Cała prawda - Dan Gemeinhart

-
Proszę czekać

 

Góra mnie wzywała. Musiałem uciec. Po prostu musiałem.

I nie chciałem, by ktokolwiek wyruszył ze mną.

Zaciągnąłem paski plecaka i przytrzymałem stopą drzwi z siatki.

- Beau, chodź! - zawołałem, a mój głos nawet nie zadrżał. Był mocny jak ja.

Beau wypadł z domu jak strzała, uderzając mnie ogonem po nogach. Zahamował przednimi łapami na ganku, patrząc wesoło swoimi oczami - zielonym i brązowym, z językiem wywieszonym w radosnym uśmiechu. Schyliłem się i podrapałem go za uszami - tam, gdzie lubi najbardziej, i tak, jak tylko ja potrafię.

- Zawsze chętny na spacer, co, kolego?

Sapnął z aprobatą.

- No dobra - westchnąłem, schylając się po torbę podróżną. - Czeka cię wielka przygoda. - Spojrzałem w stronę horyzontu na majaczące w oddali białe szczyty gór. - Najdłuższy spacer w życiu. Taka prawda.

Zatrzasnąłem za sobą drzwi i nie obejrzałem się ani razu. Nawet nie sprawdziłem, czy wziąłem klucz. Nie zamierzałem tu już nigdy wracać.

Całe dziesięć minut do dworca Beau szedł grzecznie przy mojej nodze. Aparat fotograficzny, który powiesiłem na szyi, kołysał się i obijał o mój brzuch. Gdy w końcu dostrzegłem stację, dałem nurka w zaułek za rogiem i przykucnąłem, bo ze zdenerwowania trochę brakowało mi tchu.

- Dobra, piesku, robimy teraz tak, jak ćwiczyliśmy. - Rozsunąłem zamek torby i otworzyłem ją zapraszająco. Była prawie pusta. Klepnąłem w jej dno, by zachęcić psa. - No, Beau, właź do środka.

Beau wskoczył do torby, okręcił się kilka razy i położył. Uniósł na mnie wzrok.

- Dobry piesek - pochwaliłem go szeptem, a on spróbował w torbie zamachać ogonem. Wyłowiłem z kieszeni psie ciasteczko, które natychmiast pochłonął w całości z głośnym mlaśnięciem.

Zasunąłem zamek prawie do końca, a Beau zniknął w ciemnym wnętrzu. Gdy wstałem, ciężar psa przygiął mnie do ziemi. Chwyciłem mocniej uszy torby.

- Super, że nie jesteś bernardynem - zwróciłem się do niego szeptem, po czym wyszedłem zza rogu i skierowałem się do kasy biletowej.

Mężczyzna w okienku spojrzał na mnie znad gazety, którą czytał. Poprawiłem jaskrawoczerwoną czapeczkę bejsbolową i odchrząknąłem.

- Poproszę dwa bilety - powiedziałem.

- Na pociąg czy na autobus?

- Na autobus do Spokane.

- Podróżujesz sam?

Słowo "sam" zabrzmiało niczym pęknięty dzwon. Nerwowo oblizałem wargi.

- Tato poszedł do ubikacji - wyjaśniłem. - Dał mi pieniądze na bilety.

Kasjer skinął głową i ziewnął. Ludzie są leniwi - i na to właśnie liczyłem.

- W porządku. Jeden dorosły i jeden ulgowy, z Wenatchee do Spokane. Razem czterdzieści cztery dolary.

Wyjąłem pieniądze z kieszeni niebieskiej kurtki i podałem mężczyźnie.

- Autobus odjeżdża stamtąd za dziesięć minut.

Zabrałem bilety i poszedłem we wskazanym kierunku. Przy krawężniku czekało kilka autobusów, a jeden z nich rzeczywiście był opatrzony napisem "Spokane". Obejrzałem się przez ramię. Kasjer znów wlepiał wzrok w gazetę. Minąłem autobus i skręciłem za róg budynku prosto na peron kolejowy.

Gdy planowałem swoją eskapadę, zauważyłem tam małą wiatę z ławkami. Za nią znajdował się przypięty łańcuchem kubeł na śmieci, prawie niewidoczny. Stanąłem szybko koło niego, rozejrzałem się, czy nikt mnie nie widzi, zdjąłem niebieską kurtkę i wyrzuciłem ją do śmieci. Za nią poleciała czerwona czapeczka i dwa bilety autobusowe. Wyjąłem z plecaka ciemnozieloną wełnianą czapkę i naciągnąłem ją na głowę.

Już odwróciłem się, by odejść, ale poczułem wybrzuszenie w kieszeni bluzy. Wziąłem drżący wdech i wyciągnąłem z niej staromodny srebrny zegarek kieszonkowy z okrągłą szklaną tarczą. Prezent od nieżyjącego już dziadka. Czułem, jak tyka w mojej dłoni. Mocno przygryzłem wargę. Tik-tak, tik-tak. Mijający czas.

Nie ogarniam tego: dlaczego ludzie chcą nosić przy sobie coś, co im przypomina, że życie cały czas ucieka?

Cisnąłem zegarkiem o chodnik najmocniej, jak umiałem. Uderzył w beton i szkiełko pękło, ale się nie rozbiło. Zacisnąłem zęby i nastąpiłem na niego tak zapamiętale, że aż zabolała mnie stopa. Szybka pokruszyła się, więc znów na niego nadepnąłem i wskazówki się wygięły. Miażdżyłem zegarek nogą wielokrotnie.

Właśnie znów uniosłem stopę, gdy w torbie zapiszczał Beau. Płuca mnie paliły, oddychałem szybko i ciężko, pojawiły się mdłości. Poczułem w głowie początki ćmiącego bólu. Beau znów pisnął.

- Spokojnie, Beau - wysapałem i opuściłem nogę. Schyliłem się, by wyrzucić srebrne szczątki do śmietnika, ale coś mnie powstrzymało. Spojrzałem na kubeł, a potem na zniszczony zegarek. Gdy się prostowałem, zawieszony na szyi aparat uderzył o mój brzuch. Uniosłem go do oka i sfotografowałem kawałki rozbitego zegarka rozrzucone po chodniku. Potem przesunąłem je stopą za śmietnik.

Za rogiem ujrzałem stojący pociąg. Był lśniący, srebrny i dudnił jak zabutelkowane trzęsienie ziemi. Pogrzebałem w kieszeni szarej bluzy z kapturem i wyłowiłem bilet kolejowy, który kupiłem przez Internet poprzedniego wieczoru, płacąc kartą kredytową zabraną z portfela mamy. Żołądek opadł mi do pięt.

- Jedziesz do Seattle? - zapytała konduktorka, sprawdzając bilet. Skinąłem głową i zacząłem wsiadać. Nie chciałem, by mnie zapamiętała. - Całkiem sam? Pomóc ci z torbą?

Pohamowałem się, by nie spojrzeć na nią ze złością.

- Nie - odrzekłem, nie podnosząc wzroku, po czym wspiąłem się po schodach do wagonu, choć nogi i ręce piekły mnie od ciężaru Beau.

Pociąg był prawie zupełnie pusty, więc zająłem miejsce w rzędzie na końcu wagonu. Przez duże okno widziałem Wenatchee - dom, który opuszczałem. Niebo ciemniało. Niskie budynki i magazyny wzdłuż torów rzucały długie cienie. Napływały czarne i ciężkie chmury. Zbliżała się burza, a z nią noc.

Gdzieś tam, w tym ciemnym miasteczku, była Jessie, moja najlepsza przyjaciółka. A także mama i tato. Oczami wyobraźni widziałem ich twarze. Nie mieli pojęcia, że wyjeżdżam. Nie mieli pojęcia, dokąd się udaję. Nie będą mogli mnie znaleźć. Nie będą w stanie mi pomóc.

Gwałtownie zamrugałem i potrząsnąłem głową.

- Nie potrzebuję ich - szepnąłem, wpatrując się zmrużonymi oczami w miasto i jego cienie. - Nikogo nie potrzebuję.

Może i była to prawda, ale nie spodobało mi się, że moje słowa zabrzmiały jak lament, a nie jak wyraz siły. Dotknąłem zimnej szyby palcami, patrząc w stronę pustego domu, do którego za jakiś czas wrócą rodzice.

- Przepraszam - powiedziałem łagodniej. - Przepraszam.

Z zewnętrznej kieszeni plecaka wyjąłem notes i pióro. Przerzuciłem kartki zapisane zadaniami domowymi i innymi bazgrołami aż do pierwszej czystej strony, a potem się zadumałem. Grzebałem po omacku w myślach, próbując odnaleźć słowa właściwe dla tej chwili. W końcu pojawił się pomysł, nieśmiały i niewyraźny. Pokiwałem głową. Kilka razy policzyłem na palcach, bezgłośnie wypowiadając słowa, a później je zanotowałem.

Na zewnątrz usłyszałem wołanie:

- Proszę wsiadać!

I zgrzytliwy dźwięk zamykających się metalowych drzwi.

Spojrzałem na wiersz zapisany na kartce. Trzy linijki.

Sam opuszczam dom. Nowa podróż, nowy cel. Góra woła mnie.

Wsunąłem dłoń do torby leżącej na siedzeniu obok i dotknąłem głowy Beau. Polizał mnie po palcach. Język miał wilgotny, oddech ciepły, a sierść miękką w dotyku. Był moim przyjacielem. Podrapałem go za uszami, powstrzymując płacz. Usilnie próbowałem pamiętać o tym, że się nie boję. Nie boję się tak wielu rzeczy.

Oparłem głowę o siedzenie, starając się myśleć tylko o górach.

Za parę godzin mama wróci do domu.

Trochę później zacznie mnie szukać policja.

 

 

Głos jej drżał jak liść, Ostatni liść na drzewie, Który nie chce spaść.

- Jessie, kochanie, czy Mark jest z tobą? Przyszedł może do ciebie?

Jessica Rodriguez pokręciła głową do słuchawki, po czym zreflektowała się i powiedziała:

- Eee, nie. Nie widziałam go od szkoły. Coś się stało?

- Och - odrzekła mama Marka, próbując się pogodnie zaśmiać, ale zabrzmiało to tak, jakby się dławiła. - Zapewne nic takiego. Zdziwiłam się tylko, że wyszedł. I dom był taki ciemny... - Umilkła. - Nie ma też Beau. Daj mi znać, gdyby Mark się u ciebie pojawił, dobrze?

Ale Mark się nie pojawił.

Policja zazwyczaj nie podejmuje działań, jeśli dzieciaka nie ma dopiero od kilku godzin. Lecz gdy mama opowiedziała policjantom trochę o chłopcu, zaczęli słuchać uważniej. A kiedy przekazała im, czego się ostatnio dowiedziała od lekarzy, okazali jeszcze większe zainteresowanie. Gdy znaleźli liścik, który chłopiec zostawił, byli już do głębi przejęci.

Zatem kilka minut po siódmej dwa radiowozy wjechały z piskiem opon na parking przed dworcem autobusowym i stacją kolejową. Nie było żadnych podstaw do podejrzeń, że Mark udał się właśnie tam, poza faktem, że wszystko wskazywało na ucieczkę, a dziecko mogło uciec z Wenatchee tylko pociągiem albo autobusem. Jeden policjant wyskoczył z auta i podbiegł do autobusu czekającego na odjazd na południe, do Oregonu. Przyjrzał się siedzącym w nim pasażerom, szukając samotnego dziecka. Chudego chłopca o bladej cerze, w czapce na głowie.

Nie zauważył nikogo takiego.

Drugi oficer pospieszył do kasy i zapukał w okienko. Siedział tam znudzony mężczyzna, który czytał jakieś czasopismo. Znudzenie trochę mu przeszło, gdy dojrzał, że pukający to policjant.

Gliniarz zadał mu kilka pytań szybkim, ostrym tonem. Kasjer oblizał usta, podrapał się po podbródku i odpowiedział. Policjant skinął głową i wrócił do radiowozu, gdzie spotkał tego drugiego, który sprawdzał autobus. Otworzył drzwi i sięgnął po radio.

Mamy go - mówi. Ma czerwoną czapeczkę. Jedzie do Spokane.