ROZDZIAŁ 1
Miasto spało pogrążone w bezgwiezdnej majowej nocy, a rzeka spokojnie toczyła swe wody wśród ścielących się w mroku cieni. Nad opustoszałymi dziedzińcami uniwersytetu górowała wieża kaplicy, pełna milczących dzwonów. Młody człowiek wspiął się na żelazne wrota wysokości dziesięciu stóp, zamykające podwórzec. Chwytając się prętów, przesadził bramę, przeciął dziedziniec i stanął przed drzwiami kaplicy. Najpierw wyjął z kieszeni surduta dużą kartkę papieru, rozłożył ją, potem znalazł w kieszeni gwóźdź, pochylił się i zdjął but. Przyłożył kartkę i gwóźdź wysoko do okutych żelazem dębowych drzwi, uniósł but, zamierzył się i uderzył. Odgłos uderzenia rozniósł się po ciemnych kamiennych podwórcach. Młodzieniec znieruchomiał, jakby go to zaskoczyło. Gdzieś niedaleko rozległ się okrzyk i zgrzyt żelaza o kamienie; chwilę odczekał i uderzył jeszcze trzy razy, zanim główka gwoździa wbiła się w drewno, po czym pobiegł w podskokach do bramy, przerzucił przez nią but, przedostał się na drugą stronę, zahaczając połą surduta o wystający szpikulec; zeskoczył przy akompaniamencie odgłosu dartego materiału i zniknął w mroku tuż przed przybyciem dwóch policjantów. Zajrzeli przez bramę na dziedziniec, posprzeczali się po niemiecku na temat jej wysokości, potrząsnęli kłódką i odeszli, stukając obcasami po kocich łbach. Po chwili z ciemności ostrożnie wychynął młodzian, szukając po omacku buta. Trząsł się od z trudem tłumionego śmiechu. Nie mógł znaleźć zguby. Wracały straże. Kiedy odchodził ciemnymi ulicami w samych tylko pończochach, zegar na wieży katedry w Solariy wybijał północ.
Kiedy następnego dnia zegar wybijał południe, na uniwersytecie skończył się właśnie wykład o apostazji Juliana1 i młodzieniec wychodził z sali w towarzystwie kolegów. Usłyszał głośno wypowiedziane jego nazwisko:
- Herr Sorde. Herr ltale Sorde.
Udający głuchoniemych studenci minęli umundurowanego oficera straży uczelnianej, nawet na niego nie spojrzawszy. Zatrzymał się tylko wywołany.
- Tak, Herr rektor chce się z panem widzieć, proszę tędy, panie Sorde.
Podłogę gabinetu rektora pokrywał piękny, lecz bardzo zniszczony czerwony perski dywan. Z lewej strony rektorskiego nosa widniała sinofioletowa narośl - brodawka, znamię? Pod oknem stał ktoś jeszcze.
- Proszę odpowiedzieć na nasze pytania, panie Sorde.
Rektor spojrzał na płachtę papieru, którą trzymał w wyciągniętej ręce ten drugi: miała około jarda długości i szerokości i stanowiła połowę ogłoszenia o sprzedaży wołów pociągowych na targu w Solariy piątego czerwca tysiąc osiemset dwudziestego piątego roku. Na odwrocie było napisane dużymi wyraźnymi literami:
O, włóżcie obroże na szyje,
Jak każe von Gentz, von Haller i Müller!2
Wszystkie najlepsze Rządy
Zastąpiły rozsądek
I działań sens
Panami jak Haller, Müller i Gentz.
- Ja to napisałem - powiedział młodzieniec.
- I... - Tu rektor spojrzał na mężczyznę stojącego pod oknem i spytał z łagodną dezaprobatą: - I pan przybił to do drzwi kaplicy?
- Tak. Przyszedłem sam, nikt mi nie pomagał. To był wyłącznie mój pomysł.
- Mój drogi chłopcze ... - zaczął rektor, zmarszczywszy brwi. - Mój chłopcze, choćby sama świętość tego miejsca...
- Szedłem śladem mojego historycznego poprzednika. Jestem studentem historii. - Bladość młodzieńca zmieniła się w rumieniec.
- Do tej pory wzorowym... - rzekł rektor. - Wyczyn ten jest w najwyższym stopniu godny pożałowania. Nawet jeśli potraktuję to jako wybryk...
- Przepraszam, panie rektorze, to nie był wybryk!
Rektor skrzywił się i zamknął oczy.
- Jest oczywiste, że zamiar był poważny, bo w przeciwnym razie po co by mnie pan wzywał?
- Młodzieńcze - odezwał się drugi mężczyzna, mężczyzna bez brodawki, bez tytułu, bez nazwiska - mówisz o poważnych intencjach. Jeśli będziesz się przy tym upierał, możesz przysporzyć sobie poważnych kłopotów.
Teraz młody człowiek zbladł jak ściana. Spojrzał na mężczyznę i ukłonił się płytko, po czym odwrócił się do rektora i powiedział nienaturalnie brzmiącym głosem:
- Nie zamierzam przepraszać, panie rektorze. Zrezygnuję ze studiów. Nie ma pan prawa wymagać ode mnie niczego więcej.
- Chodzi o coś innego, panie Sorde. Proszę się opanować i posłuchać. To pański ostatni semestr na uniwersytecie. Pragniemy, by skończył pan studia bez żadnych opóźnień czy perturbacji. - Uśmiechnął się, a sinofioletowa brodawka na jego nosie poruszyła się w górę i w dół. - Zatem proszę o obietnicę, że przez resztę semestru nie będzie pan uczestniczył w żadnych studenckich zebraniach oraz że od zachodu słońca do rana nie opuści swojej stancji. To wszystko, panie Sorde. Czy da mi pan słowo?
Po krótkim milczeniu młodzieniec odpowiedział:
- Tak.
Kiedy wyszedł, inspektor prowincji złożył papier i położył go z uśmiechem na biurku rektora.
- Młodzian z charakterem - zauważył.
- Tak, to tylko chłopięce igraszki.
- Luter3 miał dziewięćdziesiąt pięć tez, a ten ma chyba tylko jedną - powiedział inspektor prowincji.
Rozmawiali po niemiecku.
- Cha, cha, cha! - roześmiał się usłużnie rektor.
- Planuje karierę publiczną? Prawo?
- Nie, wróci do rodzinnego majątku. To jedynak. Kiedy zostałem nauczycielem, przez pierwszy rok uczyłem jego ojca. Val Malafrena, wysoko w górach, środek kraju, wie pan, sto mil od cywilizacji.
Inspektor prowincji się uśmiechnął.
Kiedy wyszedł, rektor westchnął. Usiadł za biurkiem i spojrzał na portret wiszący na przeciwległej ścianie. Jego wzrok, początkowo roztargniony, stopniowo się ogniskował. Był to portret dobrze ubranej otyłej kobiety o grubej dolnej wardze, portret wielkiej księżnej Marii4, kuzynki w pierwszej linii austriackiego cesarza Franciszka. Na trzymanym przez nią zwoju narodowa czerwień i błękit Orsinii dzieliły miejsce z czarnym dwugłowym orłem Cesarstwa. Przed piętnastu laty na ścianie wisiał portret Napoleona Bonapartego. Trzydzieści lat temu portret przedstawiał króla Stefana IV w stroju koronacyjnym. Trzydzieści lat temu, kiedy rektor został dziekanem i wzywał do siebie chłopców, żeby ich surowo besztać za wykroczenia, stawali przed nim z głupimi minami i uśmieszkami. Twarze im nie szarzały. Nie miał tej bolesnej chęci przepraszania, powiedzenia młodemu Sordemu: "Przykro mi... Sam widzisz, jak się sprawy mają!". Znów westchnął i spojrzał na dokumenty do podpisu - rządowe poprawki programu nauczania, wszystkie po niemiecku. Włożył okulary i wziął niechętnie do ręki pierwszy plik. Na jego twarzy oświetlonej promieniami majowego słońca malowało się zmęczenie.
Sorde tymczasem zszedł do parku ciągnącego się wzdłuż Molseny i usiadł na ławce. Za rachitycznymi wierzbami przebijał w słońcu przydymiony błękit rzeki. Wszystko było spokojne - rzeka, niebo, liście wierzb na jego tle, słoneczny blask, ogrzewający się w nim dumnie kroczący po żwirze gołąb. Z początku Sorde siedział z rękoma na kolanach, ze zmarszczonymi brwiami i twarzą odzwierciedlającą targające nim uczucia. Stopniowo też ogarnął go spokój; wyciągnął przed siebie długie nogi, a ręce rozłożył na oparciu ławki. Jego twarz, wyróżniająca się dzięki dużemu nosowi, grubym brwiom i błękitnym oczom, przybierała coraz bardziej marzycielski, a nawet senny wyraz. Patrzył na płynącą rzekę.
- Tu jest! - Jakiś głos zabrzmiał niczym wystrzał.
Rozejrzał się powoli. Znaleźli go przyjaciele. Frenin, krępy blondyn, rzekł, zmarszczywszy czoło:
- Niczego nie udowodniłeś, nie przyjmuję twego dowodu.
- Że słowa to czyny? Przybiłem przecież słowa...
- Czynem było ich przybicie...
- ...ale kiedy już się tam znalazły, to właśnie one, słowa, wywołały działanie i przyniosły rezultaty...
- Jakie rezultaty przyniosły w naszym wypadku? - spytał Brelavay, wysoki, szczupły, smagły młodzieniec o ironicznym spojrzeniu.
- Żadnych zebrań. Areszt domowy w nocy.
- Na Boga, dzięki Austrii zachowasz niewinność! - Brelavay roześmiał się z zachwytem. - Widziałeś rano tłum przed kaplicą? Zanim Austrusie znaleźli kartkę, zobaczył ją cały wydział. Chryste Wszechmogący! Myślałem, że zaaresztują nas wszystkich!
- Skąd się dowiedzieli, że to ja?
- Niech pan zapyta starostę grupy, Herr Sorde - rzekł Frenin. - Das wurde ich auch gerne wissen!5
- Rektor nie powiedział ani słowa o Amiktiyi. Był tam jakiś Austruś. Myślicie, że stowarzyszenie będzie miało kłopoty?
- Kolejne dobre pytanie.
- Słuchaj no, Frenin! - wybuchnął Brelavay. Obaj spędzili ostatnią pełną niepokoju godzinę na poszukiwaniu Italego, byli zdenerwowani i głodni. - Ciągle powtarzasz, że tylko gadamy, a nic nie robimy. Teraz Itale coś zrobił, a ty zaczynasz narzekać! Osobiście nie obchodzi mnie, czy stowarzyszenie będzie miało jakieś kłopoty, to głupia banda, wcale się nie dziwię, że jest w niej szpieg.
Usiadł na ławce obok Italego.
- Jeśli pozwolisz mi skończyć, Tomasie - rzekł Frenin, przysiadając się - to chciałem powiedzieć, że w Amiktiyi jest nas z pięć osób traktujących te idee poważnie, tak? Po tym wszystkim, kiedy zaczną obserwować Italego, całe stowarzyszenie stanie się podejrzane i nadejdzie chwila, gdy będziemy musieli odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Stowarzyszyliśmy się dla wina i pieśni czy może kryje się za tym coś więcej? Przybijesz swój wierszyk, wysłuchasz kazania, skończysz semestr i wrócisz do domu na wieś czy może rzeczywiście grożą nam następstwa? Czy nasze słowa to czyny?
- O czym myślisz, Givanie?
- Myślę o Krasnoy.
- A co mielibyśmy tam robić? - spytał sceptycznie Brelavay.
- Tutaj, w Solariy, nie ma nic. Nic nie ma w prowincjach - ci przeklęci mieszczanie, wasi wieśniacy. Nie możemy walczyć ze średniowieczem. Jeśli jesteśmy poważni, to jedynym miejscem dla nas jest stolica. Mój Boże, czy Krasnoy jest tak daleko?
- Molsena przepływała przez niego kilka dni temu - odezwał się Itale zapatrzony w błękitną rzekę prześwitującą przez drzewa. - Posłuchajcie, to jest pomysł, to prawdziwy pomysł, Givanie. Muszę pomyśleć. Muszę coś zjeść. Chodźcie. Krasnoy, Krasnoy! - Spojrzał z radością na przyjaciół. - Nie możemy jechać do Krasnoy! - powiedział.
Wyszli z parku ze śmiechem.
Kiedy rozstali się późnym popołudniem i Itale ruszył do domu, nadal przepełniało go radosne, pełne niedowierzania oczekiwanie. Czy to możliwe, że zacznie się nowe życie? Czy rzeczywiście pojedzie do miasta, zamieszka tam, będzie pracował z innymi dla wolności? To nieprawdopodobne, fantastyczne, cudowne! Jak się do tego zabrać? W mieście na pewno są ludzie, którzy z radością ich powitają i przydzielą pracę. Podobno są tam tajne stowarzyszenia utrzymujące kontakty z podobnymi grupami w Piemoncie i Lombardii, w Neapolu, Czechach, Polsce i w państwach niemieckich, bo na terenie Cesarstwa Austriackiego i jego satelitów, a nawet poza nimi, w całej Europie, rozciąga się delikatna i niezauważalna siatka liberalizmu niczym układ nerwowy śpiącego człowieka. Jest to sen niespokojny, gorączkowy, pełen marzeń. Nawet w tym sennym mieście ludzie mówią o Matiyasie Sovenskarze, przebywającym na wygnaniu w swoim majątku od roku tysiąc osiemset piętnastego, jako o królu. Jest nim wedle prawa i woli swego ludu. Dziedzicznym i konstytucyjnym królem wolnego kraju. I do diabła z cesarzem i cesarstwem! Itale szedł cienistą ulicą wielkimi krokami niczym letnia trąba powietrzna, z rozpaloną twarzą i w rozpiętym surducie.
Mieszkał u rodziny swego wuja Angelego Dru. Przed kolacją wyjaśnił mu, że w nocy podlega aresztowi domowemu. Wuj się roześmiał. Wraz z żoną, z którą miał wiele dzieci, zapewnił krewnemu mały pokój, obfite posiłki i nieograniczone zaufanie. Starsi synowie Angelego nie byli zbyt spokojni i czasem wydawało się, że państwo Dru są zarówno zaskoczeni, jak i zadowoleni z powodu nienadużywania tego zaufania przez Italego.
- O co poszło? Co zrobiłeś tym razem? - spytał wuj.
- Powiesiłem głupi wierszyk na drzwiach kaplicy.
- I to wszystko? Czy opowiadałem ci, jak pewnej nocy przyprowadziliśmy na uniwersytet młode Cyganki? Wtedy jeszcze nie zamykali bram na noc. - I Angele po raz kolejny opowiedział tę historię. - O czym jest ten twój wiersz, co?
- Och, o polityce.
Angele nadal się uśmiechał, ale na czole pojawiła mu się zmarszczka niepokoju czy też rozczarowania.
- O jakiej polityce?
Itale, aby udobruchać wuja, wyrecytował wierszyk, a potem musiał go wyjaśnić.
- Rozumiem - powiedział Angele niepewnie. - No cóż, sam nie wiem. Wiele się zmieniło od czasów, kiedy byłem w twoim wieku. Jezus Maria! Co nas obchodzą ci wszyscy Prusacy i Szwajcarzy, Haller, Müller? Ale wiem, kim jest von Gentz - przełożonym policji cesarskiej, a to bardzo ważne stanowisko. Nie nasz interes, co robią tacy ludzie.
- Nie nasz interes! Skoro wszystko, co robimy, to ich interes? Skoro aresztuje się nas, kiedy tylko otworzymy usta?
Itale starał się unikać rozmów z wujem o polityce, ale jego poglądy były tak jasne, a fakty tak oczywiste, że za każdym razem miał nadzieję, iż przekona wuja. Angele robił się coraz bardziej niespokojny, lecz upierał się i nie chciał nawet przyznać, że nie podoba mu się obca policja patrolująca miasto i uniwersytet oraz że on też uważa Matiyasa Sovenskara za króla.
- Po prostu w trzynastym roku znaleźliśmy się po niewłaściwej stronie6. Powinniśmy przystąpić do Przymierza i pozwolić Bonapartemu powiesić się na własnym sznurze. Ty nie pamiętasz, jak to jest, kiedy całą Europą wstrząsa wojna, słyszy się tylko o wojnie... Prusacy przegrywają, Rosjanie zwyciężają, jedna armia naciera tu, druga cofa się tam, brakuje żywności, nikt nie jest bezpieczny we własnym łóżku. Można zarobić mnóstwo pieniędzy, ale nie dają one bezpieczeństwa - nie ma żadnej pewności. Pokój to wspaniała rzecz, chłopcze! Doceniłbyś to, gdybyś był o kilka lat starszy.
- Jeśli ceną pokoju jest wolność...
- Och, świetnie! Wolność, prawa... Nie daj się omamić słowom, mój drogi Itale. Prawdą jest to, że słowa ulatują z wiatrem, a pokój jest dany od Boga.
Wuj był pewien, że przekonał siostrzeńca: jego poglądy były tak jasne, a fakty tak oczywiste... Itale przynajmniej zaprzestał dyskusji.
Przy stole Angele wygłosił tyradę przeciwko nowemu prawu podatkowemu ustanowionemu przez rząd wielkoksiążęcy, którego bronił jeszcze przed godziną. Skończył płaczliwie, a kiedy uśmiechnął się, spoglądając na rodzinę, bardzo przypominał swoją siostrę, matkę Italego. Chłopak wielkodusznie wszystko mu wybaczył. Nie mógł obwiniać wuja za tępotę - przecież miał on prawie pięćdziesiąt lat.
O północy Itale siedział przy stole w swojej sypialence na poddaszu. Nogi wyciągnął przed siebie, podbródek oparł na rękach i wpatrywał się ponad stertami książek i papierów w ciemność za otwartym oknem. Słychać było szelest, szum i ciszę drzew w majową noc. Itale myślał o oknie swego pokoju w domu nad jeziorem Malafrena, o podróży do Krasnoy, o śmierci Stylicha7, o rzece koloru przydymionego błękitu płynącej za wierzbami i o ludzkim życiu; wszystko w jednym, długim, niewypowiadalnym ciągu skojarzeń. Z ulicy dochodziło przybliżające się stukanie dwóch par austriackich butów wojskowych - zatrzymały się pod domem i ruszyły dalej.
Jeśli musi tak być, to musi, jest to konieczne, pomyślał z radosnym niepokojem, jak gdyby w tych słowach było zawarte jego życiowe kredo, i wsłuchał się w szum liści. Zdawało się mu, że skok przez bramę na ciche dziedzińce uniwersytetu i rozmowa z rektorem odbyły się bardzo dawno, kiedy był chłopcem, a jego uczynki nie miały jeszcze znaczenia. Teraz miał wrażenie, że kiedy Frenin wypowiedział słowa "myślę o Krasnoy", spodziewał się ich: musiały paść, stały się nieuniknione. Nie wróci i nie spędzi życia na wsi w górach. To już niemożliwe. Tak dalece niemożliwe, że potrafił spojrzeć na takie życie, które aż do dzisiaj uważał za swoje niekwestionowane przeznaczenie, z tęsknotą i żalem. Znał tam każdą piędź ziemi, każdą codzienną czynność, wszystkich ludzi, znał ich tak jak własne ciało i duszę. O mieście nie wiedział nic.
- Musi tak być, musi tak być - powtórzył z przekonaniem, radością i obawą.
Nocny wiatr, pachnący świeżą wilgotną ziemią, musnął mu twarz i poruszył białymi firankami. Miasto wciąż spało pod wiosennymi gwiazdami.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
WSTĘP
MALAFRENA
CZĘŚĆ PIERWSZA. W PROWINCJACH
CZĘŚĆ DRUGA. WYGNAŃCY
CZĘŚĆ TRZECIA. WYBORY
CZĘŚĆ CZWARTA. DROGA DO RADIKO
CZĘŚĆ PIĄTA. WIĘZIENIA
CZĘŚĆ SZÓSTA. KONIECZNA NAMIĘTNOŚĆ
CZĘŚĆ SIÓDMA. MALAFRENA
PIOSENKI