Cała nadzieja w nieboszczce. Komedia kryminalna - Magda Kuydowicz

Kup ebooka

35.00 zł
29.48 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Małgo -?kru­czo­czarna demo­niczna pięk­ność z dłu­gimi nogami, leni­wym ruchem otwo­rzyła drzwi do naszego pokoju. Wśli­zgnęła się z gra­cją kota, po czym po efek­tow­nej pau­zie ruszyła w moim kie­runku.

Jak zawsze wywo­łała poru­sze­nie, szcze­gól­nie w męskiej czę­ści redak­cji.

Jeremi, zerwał się na równe nogi z taką werwą, że wylał kawę, a Daniel ner­wowo prze­cie­rał oku­lary.

Wes­tchnę­łam. Jej poja­wie­nie się ni­gdy nie wró­żyło nic dobrego.

-?Witam wszyst­kich! -?rzu­ciła Małgo.

-?Dzień dobry... -?odpo­wie­dział tylko Jeremi i opadł na krze­sło, nie spusz­cza­jąc wzroku z atrak­cyj­nej mene­dżerki.

Małgo miała czarne leg­ginsy, buty na obca­sach, białą męską koszulę roz­piętą pra­wie do pępka, a na szyi -?o nie­biosa! -?efek­towny naszyj­nik z krysz­tał­kami Swa­ro­vskiego, o któ­rym mogła­bym tylko poma­rzyć. Migo­tał pro­wo­ka­cyj­nie mię­dzy jej buj­nymi pier­siami, gdy z groźną miną szła w moją stronę z kosz­to­ry­sem.

-?SAP-a nie ma -?prze­mó­wiła z lekką chrypką, z powodu któ­rej faceci mdleli na potęgę.

-?Czego nie ma? -?zdzi­wi­łam się.

Pra­co­wa­łam w Pega­zie od nie­dawna i tele­wi­zyjna nomen­kla­tura była mi cią­gle obca. Z lekka mnie też prze­ra­żała.

-?Każdy ma SAP-a, ty też -?wyja­śniła, wachlu­jąc się papie­rami i przy­sia­da­jąc na brzeżku mojego biurka.

Ruchem głowy naka­zała mi, bym prze­krę­ciła moni­tor w jej stronę, co uczy­ni­łam. Bogini wydęła piękne wargi i dłu­gim, smu­kłym pal­cem poka­zy­wała mi, gdzie kli­kać. Posłusz­nie stu­ka­łam w kla­wia­turę to, co dyk­to­wała.

Jeremi z Danie­lem w mil­cze­niu i z nie­ga­sną­cym podzi­wem obser­wo­wali bogi­nię. Praca prze­stała być dla nich ważna. Chwi­lami zapo­mi­nali wręcz oddy­chać. Daniel ner­wowo mru­gał. Jeremi usi­ło­wał zetrzeć plamę kawy z nie­na­gan­nie wypra­so­wa­nej koszuli w kratkę. Ale tarł nie w tym miej­scu, gdzie trzeba, gdyż ani na sekundę nie spusz­czał wzroku z Małgo.

-?I ja znam ten SAP? -?zary­zy­ko­wa­łam kolejne pyta­nie.

Małgo wes­tchnęła z poli­to­wa­niem i prze­chy­liła się w moją stronę. Wyjęła mi myszkę z ręki i znie­cier­pli­wiona klik­nęła w jakąś ikonkę. Po chwili na moni­to­rze poja­wiła się lista pra­cow­ni­ków sta­cji mają­cych dostępy do kosz­to­ry­sów. Wid­niał tam jak byk mój numer ewi­den­cyjny i rze­czony SAP.

Wpi­sa­łam pokor­nie numer w odpo­wied­nią rubryczkę, pro­po­nu­jąc Małgo kawę i coś słod­kiego.

-?Jestem na die­cie. Ale macie coś naprawdę dobrego? -?zain­te­re­so­wała się.

Spoj­rza­łam na Jere­miego. Odblo­ko­wało go i rzu­cił się w stronę szafki z kawą i her­batą, któ­rej zawar­tość soli­dar­nie uzu­peł­nia­li­śmy.

-?No... mamy cze­ko­ladki, które dziew­czyny przy­wio­zły z dele­ga­cji w Kra­ko­wie i kawę z Bra­zy­lii od naszego kore­spon­denta -?kusił Jeremi, nasz redak­tor odpo­wie­dzialny za zakupy zagra­niczne.

Wręcz wił się z chęci słu­że­nia Małgo i speł­nia­nia jej zachcia­nek.

-?Kawa może być -?zgo­dziła się łaska­wie -?Mała czarna, bez mleka.

-?Dodać sło­dzik? -?odwa­ży­łam się zapy­tać.

-?A daj!

Daniel pod­su­nął Małgo krze­sło. Usia­dła niczym kró­lowa, krzy­żu­jąc zgrabne nogi. Posta­wi­li­śmy przed nią naszą naj­ład­niej­szą por­ce­la­nową fili­żankę, a na tale­rzyku sło­dzik w saszetce.

Ule­ga­nie kapry­som albo nie­wy­po­wie­dzia­nym ocze­ki­wa­niom bogini weszło nam w krew. Poza nie­kwe­stio­no­waną urodą miała rów­nież sporo innych zalet. Nie można było odmó­wić jej kom­pe­ten­cji. Nie poj­mo­wa­łam, jak to się dzieje, że tony doku­men­tów krążą po fir­mie, krążą, a gdy wra­cają, to pie­nią­dze tra­fiają na moje konto. Dla­tego tak jak wszy­scy ule­ga­łam słod­kiej tyra­nii Małgo.

Tak było pro­ściej. Kole­żanki, które poszły na wojnę z bogi­nią, pole­gły. I z kosz­to­ry­sami, i per­spek­ty­wami roz­woju kariery. Dział eko­no­miczny był nie­za­leżną wyspą. Kto chciał dobrze funk­cjo­no­wać w fir­mie, musiał się z tym pogo­dzić. Pro­du­ko­wa­łam więc zesta­wie­nia, kosz­to­rysy, sce­na­riu­sze, opisy i inne potrzebne doku­menty w okre­ślo­nej i pożą­da­nej przez Małgo ilo­ści i na czas. Nie­stety, na­dal robi­łam błędy i byłam za to słusz­nie kry­ty­ko­wana. Sys­te­ma­tycz­nie i z nie­ta­joną satys­fak­cją. Kaja­łam się więc, obie­cu­jąc za każ­dym razem poprawę. Gra­ły­śmy w to z Małgo od mie­sięcy.

Nie zazdro­ści­łam jej ani pie­nię­dzy, ani wpa­trzo­nych w nią męż­czyzn.

Ale zgrab­nych nóg i innych detali dosko­na­łej figury już tak. I to bar­dzo.

Wie­lo­krot­nie sta­ran­nie się jej przy­glą­da­łam, szu­ka­jąc naj­mniej­szych wad. Wpraw­dzie miała dość paskudny cha­rak­ter, ale wiele pięk­nych kobiet może sobie na to bez­kar­nie pozwo­lić. To mi jakoś nie prze­szka­dzało.

Za to te jej wąskie pęciny, drobne kostki, dłu­gie palce, łabę­dzia szyja i pełna wdzięku kibić dopro­wa­dzały mnie do szału.

Może oczy mogłaby mieć odro­binę więk­sze... Ale i tak jej zie­lone kocie spoj­rze­nie dzia­łało na wszyst­kich.

"Może cho­ciaż plecy ma brzyd­kie" -?łudzi­łam się. Ale gdzie tam!

Kie­dyś latem przy­szła w sukience na ramiącz­kach, odsła­nia­jąc swoje tyły, od szyi po pośladki. Padłam z roz­pa­czy. Małgo i z tyłu była ide­al­nie gładka, wypie­lę­gno­wana i opa­lona na cie­pły brąz.

Gdy­bym ja pole­żała chwilę na plaży, od razu mia­ła­bym czer­wone placki na ple­cach, a nogi pokryte zde­cy­do­wa­nie nie cie­płym brą­zem. Małgo wszystko miała rów­niutko opa­lone, i to od pierw­szych gorą­cych dni maja. Podej­rze­wa­łam ją o uży­wa­nie potwor­nie dro­giego samo­opa­la­cza Cha­nel, który pew­nie wsma­ro­wy­wał w nią jeden z wielu kochan­ków. Aby być tego pewną, musia­ła­bym poczuć spe­cy­ficzny korzenny zapach, ale do obwą­chi­wa­nia jej na szczę­ście nie byłam w sta­nie się zni­żyć.

W fili­żance Małgo paro­wała kawa zapa­rzona w eks­pre­sie przez Jere­miego, a moi kole­dzy plą­sali wokół mene­dżerki jak w tran­sie.

Jeremi opo­wia­dał dyk­te­ryjki z planu zdję­cio­wego naszego wize­run­ko­wego spotu, a Daniel, raz po raz ocie­ra­jąc zapa­ro­wane oku­lary, pod­su­wał jej służ­bowe cze­ko­ladki i pry­watne wafelki ukry­wane przed nami w szu­fla­dzie.

Małgo wpa­try­wała się nieco znu­dzona w swoje ide­al­nie opi­ło­wane paznok­cie z japoń­skim mani­cu­rem. Dro­gim, wzmac­nia­ją­cym płytkę i pra­wie nie­wi­docz­nym.

-?A powiedz nam -?odwa­ży­łam się ode­zwać -?czy to prawda że kie­row­nik Mieszko się zarę­czył?

-?Phi -?prych­nęła, popi­ja­jąc kawę drob­nymi łycz­kami. -?Cie­kawe kiedy? Ma na gło­wie audyt, a poza tym chyba by mi powie­dział. Znamy się od dziecka.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że uczyli się w jed­nej pod­sta­wówce i liceum, i że roz­dzie­liły ich dopiero stu­dia . Pocho­dzili z małej mie­ściny na Pod­la­siu, a ich matki razem pra­co­wały w szkole.

Mieszko nie był uro­dziwy, ale sły­nął z ogni­stego tem­pe­ra­mentu i rów­nie buj­nej ambi­cji. Małgo trak­to­wała go jak brata. To on ścią­gnął ją do naszej tele­wi­zji.

-?Widziano go, jak kupo­wał pier­ścio­nek w gale­rii. Drogi, z bry­lan­tem w bia­łym zło­cie -?drą­ży­łam.

-?Zako­chany jest, to fakt -?kiw­nęła głową w moją stronę -?ale to chyba nic poważ­nego, skoro mnie nie popro­sił, abym to klep­nęła.

-?Klep­nęła? -?Jeremi maśla­nym wzro­kiem na­dal wpa­try­wał się w nogi i szpilki Małgo.

-?Zwy­kle liczy się z moim zda­niem -?spre­cy­zo­wała bogini.

-?On, on... -?zaciął się z pod­nie­ce­nia Daniel -?...nie wygląda na zako­cha­nego.

-?Mieszko nie daje tego po sobie znać. Ale dwa razy był dzień po dniu w tej samej koszuli -?ucięła dys­ku­sję Małgo, dopi­ja­jąc kawę i wsta­jąc z krze­sła.

Pano­wie zerwali się, by otwo­rzyć jej drzwi. Daniel miał bli­żej, więc tym razem wygrał.

Gdy wyszła, zosta­wia­jąc za sobą mgiełkę per­fum Mole­cule 02, na które ni­gdy nie będzie mnie stać, zauwa­ży­łam, że nie zabrała ze sobą kosz­to­rysu.

-?Zaniosę jej! -?Jeremi od razu wystar­to­wał do drzwi.

-?Zostaw w sekre­ta­ria­cie, ona nie lubi, gdy się do niej wcho­dzi bez uprze­dze­nia -?szep­nął Daniel, po czym prze­tarł zapa­ro­wane oku­lary.

***

Reszta dnia upły­nęła nam na ruty­no­wych pra­cach redak­cyj­nych, prze­ry­wa­nych tra­dy­cyj­nym sys­te­mem puk­nięć w ścianę kie­row­nika. Nie chciało mu się wycho­dzić z pokoju, więc usi­ło­wał nas wytre­so­wać. Nie­stety, byli­śmy mało karni, bo cią­gle myliła nam się liczba puk­nięć z odpo­wia­da­ją­cym im pole­ce­niem.

-?Trzy razy puk­nął czy mi się wydaje? -?Daniel czo­chrał się po buj­nej czu­pry­nie, szu­ka­jąc w chmu­rze zesta­wie­nia repor­taży na wio­snę.

-?Czy trzy ozna­cza: "Chodź­cie do mnie wszy­scy za chwilę"? -?Spoj­rza­łam na Jere­miego z nadzieją, że on pamięta.

-?Trzy to coś innego -?stwier­dził. -?Dwa -?to: "Chodź­cie", jedno -?to prośba o cukier, bo zapo­mniał, lub sól w porze obiadu.

-?Osza­leć można! Może to spi­szemy? -?. -?Po co? I tak cią­gle zmie­nia. -?Jeremi się­gnął po słu­chawkę, by zadzwo­nić wewnętrzną linią, gdy nagle mnie olśniło.

-?Cze­kaj! Mon­taże! Cho­dzi o spis popo­łu­dnio­wych mon­taży! -?krzyk­nę­łam.

Szybko wydru­ko­wa­łam zesta­wie­nie i poszłam pro­sto do "jaskini zła", jak nazy­wa­li­śmy gabi­net Mieszka.

Sie­dział nabur­mu­szony i coś stu­kał na kla­wia­tu­rze.

-?Zesta­wie­nie dla cie­bie. -?Pod­su­nę­łam mu tabelkę.

-?Dziś ty i Daniel ? -?spy­tał.

-?Yhm, robię kul­turę na popo­łu­dnie, a Daniel sport na wie­czór.

-?Co macie?

Mieszko nie musiał czy­tać, miał bowiem od tego per­so­nel. Czyli mnie.

-?Ja mam Viki Gabor, Bara­no­vskiego i Kry­stiana Ochmana -?nowe klipy i nagrane zapo­wie­dzi dla widzów, a Daniel ma wspo­mnie­nia olim­pij­czy­ków o Szur­kow­skim i frag­menty wyści­gów. I tro­chę siat­kówki męż­czyzn. Szef sportu się zgo­dził.

-?Dobra. -?Kiw­nął ryżą brodą kie­row­nik. -?Byli­ście już na obie­dzie?

Takie pyta­nio­wy­róż­nie­nie zda­rzało się rzadko. Mieszko uwiel­biał dania z pobli­skiej chiń­skiej budki. Jeź­dził tam nawet samo­cho­dem, gdy tylko miał chwilę czasu. Mój żołą­dek źle zno­sił taką ilość glu­ta­mi­nianu sodu, ale z zasady nie odma­wia­łam kie­row­ni­kowi. Jadłam w jego towa­rzy­stwie ryż i surówki. Wspólny obiad był świet­nym pre­tek­stem do roz­mowy o pod­wyżce lub nowym pro­jek­cie. A Jeremi, jak mi się zwie­rzył przy kawiarce dziś o poranku, miał taki na hory­zon­cie.

-?Ja już jadłam. Ale Damian z Jere­mim piją tylko kawę od rana. Zawo­łać ich?

-?Nieee. -?Mieszko prze­cią­gnął się. -?Tak tylko pyta­łem... z tro­ski o zespół, rzecz jasna.

-?Oczy­wi­ście -?przy­tak­nę­łam. -?O mnie nie musisz się mar­twić. Gotuję w domu i przy­no­szę jedze­nie do pracy.

-?I zawsze masz coś cie­ka­wego... -?Mieszko zawie­sił głos.

Masz ci los! Jesz­cze doży­wiać go będę! Nie­do­cze­ka­nie!

-?Jestem na die­cie warzyw­nej -?gładko skła­ma­łam .

-?A nie, nie, to dzię­kuję. Warzyw mam teraz pod dostat­kiem. -?Uśmiech­nął się pod nosem.

"To zna­czy, że wege­ta­rianka..." -?pomy­śla­łam o kobie­cie zarę­czo­nej z nim bry­lan­tem, a gło­śno powie­dzia­łam: -?To ja już pójdę!

Mieszko łaska­wie kiw­nął głową i wró­cił do swo­ich mejli.

-?Tra­fi­łaś w gust? -?zapy­tał Daniel, zbie­ra­jąc mate­riały na mon­taż.

-?Chyba tak, bo nawet spy­tał, czy już jedli­śmy...

-?Będzie chciał, żebym go znowu zastą­pił w pią­tek -?wes­tchnął Jeremi. - Zawsze wcze­śniej udaje miłego i tro­skli­wego.

-?To go uprzedź i weź wolne! -?Zebra­łam swoje rze­czy i spoj­rza­łam na Daniela. -?Idziemy?

-?"Weź wolne" -?burk­nął Jeremi. -?I co ja wtedy będę robił?

-?Upo­rząd­ku­jesz zdję­cia lub kolek­cję piór -?pod­su­nę­łam kole­dze, który był pod­ręcz­ni­ko­wym przy­kła­dem pra­co­ho­lika.

Pewna moja uro­dziwa kole­żanka kie­dyś się uparła, że nauczy go odpo­czy­wać.

Wziął więc trzy dni wol­nego, ale od razu się roz­cho­ro­wał.

Chudy, wysoki, z poważ­nym i smut­nym spoj­rze­niem budził wielką sym­pa­tię i jed­no­cze­śnie współ­czu­cie kobiet. Nie­wiele mu to jed­nak poma­gało. Praca zawsze wygry­wała w jego życiu z miło­ścią.

Idąc na mon­taż, zadzwo­ni­łam do sąsiadki z prośbą, żeby wyszła z moim psem, bo zostanę dłu­żej w pracy. Córeczka Patry­cji, Ame­lia, miała lek­kie cechy auty­zmu. Uwiel­biała moją Małą Czarną, mini­suczkę a la york, z nie­na­tu­ral­nie dużymi uszami i oczami, którą zaadop­to­wa­łam ze schro­ni­ska. Teraz dzięki sąsiadce suczka pój­dzie na spa­cer i będzie piesz­czona i kar­miona ponad miarę. Ame­lia bar­dzo się przy Małej wyci­szała, a jej mama miała dzięki temu kilka gwa­ran­to­wa­nych kwa­dran­sów spo­koju. Ja zaś czy­ste sumie­nie, bo nie zawa­la­łam jako opie­kunka zwie­rzaka, który z tru­dem wycho­dził z traumy.

Rozdział drugi

W mon­ta­żowni cze­kała już Iwonka, odpi­co­wana na wie­czorną randkę. Opi­nała ją niczym zbroja czarna dzia­ni­nowa kiecka z gol­fem. Do tego miała ciem­no­zie­lone kozaki z zamszu na wyso­kich obca­sach i usta poma­lo­wane krwi­sto­czer­woną szminką. Nie­wy­soka i szczu­pła, miała krę­cone włosy do ramion, ufar­bo­wane na srebrny blond. Była kobieca, prze­bo­jowa, a dziś nawet dra­pieżna. I tak się zapewne czuła.

Rzu­ciła okiem na moje dżinsy, bluzę z kap­tu­rem, potar­gane włosy i z nadzieją w gło­sie spy­tała, ile nam dziś zaj­mie mon­to­wa­nie kli­pów. Miała bowiem rezer­wa­cję sto­lika na dwu­dzie­stą w nowej susharni na Saskiej Kępie i nie zamie­rzała spóź­nić się wię­cej niż kwa­drans.

-?Jakiś milio­ner ci się tra­fił? -?spy­ta­łam.

-?Nie, to ja jestem milio­nerką. A on jest młody i śliczny.

Kiw­nę­łam głową ze zro­zu­mie­niem, bo Iwonka była tuż po korzyst­nym roz­wo­dzie i niczego sobie nie odma­wiała. Uwa­żała, że seks to naj­lep­szy kosme­tyk. Sądząc po efek­tach jej inten­syw­nego ostat­nio życia, miała rację.

-?Też powin­naś spró­bo­wać -?zachę­ciła mnie kuk­sem w bok i pod­su­nęła wafle ryżowe w gorz­kiej cze­ko­la­dzie.

-?Nic z tego. -?Ugry­złam kawa­łek. -?Nawet nie­złe. Ja to muszę naj­pierw się zako­chać.

-?O rany! To masz trudno z sek­sem.

-?Nie­spe­cjal­nie trudno, ale rzadko. W wtedy to wpa­dam po uszy.

-?Stre­su­jące.

-?Dość, ale ina­czej nie potra­fię. Pró­bo­wa­łam.

-?Chcesz dodać tu gra­fikę, bo jeden klip ma archi­walne sceny fil­mowe? - Iwonka zmie­niła temat i poka­zała na moni­to­rze, gdzie pla­nuje doło­żyć czerni.

-?Dobrze, tylko daj pod to jakieś tło podobne do belki z pod­pi­sem, że niby tak miało być.

-?To w paski?

-?Tak, niech się prze­ma­zują jak tu -?poka­za­łam pal­cem.

Iwonka spraw­nie kli­kała i mon­to­wała klipy dla Mieszka. W pokoju obok Daniel z ner­wo­wym Wal­decz­kiem zaj­mo­wali się spor­tem.

Lubi­łam tę spo­kojną robotę. Na trze­cim pię­trze był słaby zasięg tele­fonu, więc pano­wały dobre warunki do sku­pie­nia się na pracy.

Poza tym romanse Iwonki były cie­kaw­szym tema­tem niż pełne napięć roz­mowy z kole­gami drę­czo­nymi podob­nie jak ja przez kie­row­nika -?teraz na przy­kład pla­no­wa­nymi hitami na wio­snę.

Mie­li­śmy nad­miar pracy i nie­do­bór czasu oraz gotówki na kupo­wa­nie nowych pro­gra­mów. Mieszko mimo to żądał atrak­cyj­nych pomy­słów, pozy­ska­nych za darmo i reali­zo­wa­nych naj­chęt­niej na wczo­raj. Było to o tyle trudne, że jako mały kanał pry­wat­nej sta­cji musie­li­śmy stać w kolejce i cze­kać dłu­żej niż duzi gra­cze z atrak­cyj­nym cza­sem emi­sji i takimże cen­ni­kiem reklam. Ucie­ka­łam przed tymi tema­tami i roz­mową z kie­row­ni­kiem, jak długo się dało.

Nie­stety, powta­rzało się to co sezon. Wio­sną sze­fo­wie wręcz eks­plo­do­wali ogromną ilo­ścią żądań i wybu­chali fru­stra­cją na wieść o tym, co inni mają w ramówce, a oni nie mogą mieć, bo ich nie stać. Ktoś musiał być winny tej sytu­acji, ale nie zamie­rza­łam być tym kto­siem.

Wie­dzia­łam, że gdy zejdę z mon­tażu, dopad­nie mnie tele­fon od Mieszka . Więk­szość pożą­da­nych przez kie­row­nika nowych pro­gra­mów wyma­gała dro­gich licen­cji i łasze­nia się do dys­try­bu­to­rów, by godzili się w umo­wach na roz­sze­rze­nie praw do emi­sji u nas. Pro­gramy szły na cały świat i potrze­bo­wały regu­la­cji praw­nych w róż­nych stre­fach. Liczba tele­fonów, które nale­żało w związku z tym wyko­nać, i pism roz­sy­ła­nych w tych spra­wach była ogromna, bo nale­żało je przy­go­to­wać w kilku wer­sjach. Na samą myśl robiło mi się słabo. Byłam z tą robotą w lesie.

Mając to z tyłu głowy, wysu­nę­łam głowę z dziu­pli Iwonki i zaj­rza­łam przez uchy­lone drzwi do Waldka. Tak jak sądzi­łam, obaj z Danie­lem zato­pieni byli w roz­mo­wie na temat nowych iPhone'ów.

-?Długo jesz­cze wam zej­dzie? -?spy­ta­łam

-?Opor­nie nam się mate­riały ścią­gają. A jak u was? -?Daniel jak zwy­kle czo­chrał swoją czu­prynę, wpa­tru­jąc się w nowe cacko Waldka.

-?Jesz­cze godzinka.

-?Mieszko dzwo­nił?

-?U mnie cisza, a u cie­bie?

-?Wysła­łem mu dwie ogromne tabele przed wyj­ściem -?pochwa­lił się Daniel.

-?Lizus!

-?Cały dzień sie­dzia­łem nad pra­wami do meczów i sko­ków nar­ciar­skich i mi się udało. Zapla­no­wa­łaś mu teatry do lata?

-?Cze­kam na zgody twór­ców, gorzej jest z fil­mami doku­men­tal­nymi. O tele­tur­nie­jach nie wspo­mnę.

-?No tak, dro­gie są jak pies. Mam już siat­kówkę. To na razie!

-?Na razie...

Wró­ci­łam do pracy z Iwonką. Zro­bi­łam opisy i wysła­łam dane doty­czące praw. Była dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści. -?Oglą­damy całość, potem wysy­łaj to na emi­sję i leć! -?uspo­ko­iłam Iwonkę, która już podry­gi­wała ner­wowo, malu­jąc kar­mi­nowe usta.

Szybko popra­wi­ły­śmy dwie lite­rówki, a reszta była w porządku. Wyszłam z mon­ta­żowni. Daniel musiał chwilę zostać, żeby pod­ciąć wypo­wie­dzi spor­tow­ców o geniu­szu Szur­kow­skiego.

Powoli szłam ciem­nym kory­ta­rzem, potem po scho­dach i dłu­gim łącz­ni­kiem. Tylko w jed­nym bufe­cie paliło się świa­tło. Tele­wi­zja Pegaz świe­ciła pust­kami. Wje­cha­łam windą na pię­tro redak­cji. W naszym sekre­ta­ria­cie paliła się lampka na bla­cie, przy któ­rym sta­nę­łam, by wziąć klucz do pokoju. Nawet Jeremi o tej porze zwy­kle już zmie­rzał metrem do domu. O dziwo nie zosta­wił dla nas klu­cza.

Zadzwo­ni­łam do Daniela.

-?Bra­łeś klu­cze do pokoju? -?spy­ta­łam.

-?Nie, no skąd! Jeremi miał zosta­wić tam, gdzie zawsze.

-?Nie ma ich pod bla­tem. Zabrał do domu??

-?Nie­moż­liwe!

-?Dobra, poszu­kam jesz­cze.

-?Daj znać, mnie jesz­cze chwilę to zaj­mie. W razie czego weź­miemy zapa­sowy od straż­ni­ków.

-?To na razie, ode­zwę się!

Pode­szłam do prze­szklo­nych drzwi naszego pokoju, zaj­rza­łam do środka i zamar­łam. Klucz tkwił w zamku, ale po tym, co ujrza­łam wewnątrz, nie odwa­ży­łam się go prze­krę­cić ani naci­snąć klamki. Na środku pod­łogi leżała Małgo... Jej wytrzesz­czone zie­lone oczy nie­ru­chomo wpa­try­wały się w sufit. Była rów­nie mar­twa, jak piękna.

Wrza­snę­łam i osu­nę­łam się na pod­łogę.

***

W takim sta­nie zna­lazł mnie Daniel, który usi­ło­wał bez­sku­tecz­nie dodzwo­nić się w spra­wie klu­czy, żeby usta­lić, czy ma je brać od straż­nika, czy nie. W końcu przy­szedł do redak­cji z zapa­so­wymi. Leża­łam na pod­ło­dze już przy­tomna, ale jak spa­ra­li­żo­wana, a za oszklo­nymi drzwiami leżał trup.

-?Jezu­sie­na­za­reń­ski­kró­lu­ży­dow­ski­co­tu­się­stało! Małgo, to nie­moż­liwe!!! To się nie dzieje! -?krzy­czał mój kolega i patrzył przez szklane drzwi. Zaczął mnie pod­no­sić i jed­no­cze­śnie dzwo­nił po ochronę.

-?Panie Janku, na górę szybko, szó­ste pię­tro! -?dyszał, bo wyśli­zgi­wa­łam mu się spod ramion. -?Jak to co? Wypa­dek ! I to osta­teczny! Co? A dzwoń, gdzie pan uwa­żasz, tylko chodź tu migiem. Trzeba zabez­pie­czyć miej­sce zbrodni.

Następne minuty pamię­tam jak przez mgłę. Ktoś tupał i sapał(pew­nie pan Janek i jego kolega). Posa­dzono mnie na krze­śle w sekre­ta­ria­cie i okryto ple­dem sekre­tarki Leny, która opa­tu­lała nim chore nerki.

Tkwi­łam na­dal w stu­po­rze, ale na szczę­ście już w pew­nym odda­le­niu od zwłok.

Potem poja­wili się nie­bie­scy wraz z dziwną okrą­glutką posta­cią w tyrol­skim kape­lu­siku z piór­kiem i w woj­sko­wym płasz­czu. Grom­kim gło­sem wykrzy­ki­wała różne komendy doty­czące zdjęć i odpo­wied­niego trak­to­wa­nia bied­nej Małgo .

Mar­twą bogi­nię wynie­śli na noszach, a drzwi pokoju zakle­ili taśmą i zaplom­bo­wali.

Wszystko to reje­stro­wa­łam cząstką świa­do­mo­ści, sie­dząc na krze­śle Leny bokiem do wej­ścia. Byłam sku­lona i zamo­tana w jej pled i dłu­gie troczki swo­jej bluzy z frędz­lami, którą dosta­łam od Leny w podzięce za napi­sa­nie z nią na sce­na­riu­sza pew­nego kon­certu. Nikt nie miał pro­blemu z poma­ga­niem Lenie. Była uro­cza i znała wszyst­kich, bo pra­co­wała w Pega­zie od dawna. Cie­pła bluza, pod­bita sztucz­nym futer­kiem wisiała u mnie w sza­fie. Nie raz mi się już przy­dała, a teraz doda­wała irra­cjo­nal­nej pew­no­ści, że to wszystko nie­ba­wem się skoń­czy i bez­piecz­nie wrócę do domu.

Ktoś życz­liwy przy­niósł her­batę w moim kubku ter­micz­nym w mopsy (chyba Daniel), a ktoś inny ple­cak i kurtkę z pokoju (to pan Janek).Wresz­cie kry­mi­nalna wrzawa przy­ci­chła.

Dopi­łam her­batę, wsta­łam i zro­bi­łam kilka ćwi­czeń, żeby roz­pro­sto­wać zasty­głe mię­śnie. Wyszłam z pokoju do naszej koedu­ka­cyj­nej łazienki.

Dwóch poli­cjan­tów myło ręce i dys­ku­to­wało na temat braku papie­ro­wych ręcz­ni­ków. Na mój widok odwró­cili się i przyj­rzeli z wyraźną dez­apro­batą.

-?Mam coś na nosie? -?zapy­ta­łam mało uprzej­mie.

-?E, nie, ale musimy panią prze­słu­chać. Gdzie pani była?

-?Cały cho­lerny czas w sekre­ta­ria­cie. A teraz muszę siku - odpo­wie­dzia­łam i zni­kłam za drzwiami toa­lety.

Gdy wyszłam, nie było ich. Cze­kali w sekre­ta­ria­cie, dokład­nie oglą­da­jąc zawar­tość mojego ple­caka i kie­szeni kurtki.

-?Szu­ka­cie narzę­dzia zbrodni? -?zakpi­łam.

-?Nie wyklu­czamy i takiej moż­li­wo­ści -?przy­znał wyż­szy poli­cjant, który miał impo­nu­jący nos. -?To pani ją zna­la­zła, prawda?

-?Tak. Ale bar­dzo chcia­ła­bym wró­cić do domu. -?Zabra­łam dużemu face­towi ple­cak.

-?Mamy tylko kilka pytań. Komi­sarz Klu­czyk zaraz tu przyj­dzie. Wejdźmy do gabi­netu dyrek­tor. Tam będzie spo­koj­niej.

-?I zim­niej -?doda­łam. -?Nasza dyrek­tor cią­gle wie­trzy, więc zabiorę ze sobą pled.

Nie minęło kilka minut, gdy w gabi­ne­cie zja­wiła się pulchna postać w tyrol­skim kape­lu­siku, ale już bez woj­sko­wego płasz­cza. Miała na sobie dziwne wdzianko -?ni to mary­narkę, ni sur­dut, i wąskie spodnie. Mogłaby w każ­dej chwili zacząć jodło­wać i nie uzna­ła­bym, że to nie na miej­scu

-?Beb­cia Klu­czyk, ochrzczona jako Elż­bieta. -?Komi­sarz przed­sta­wiła się krót­kim uści­skiem dłoni i usia­dła vis-a-vis mnie przy biurku dyrek­torki.

-?Kaja Danow­ska, redak­torka -?odwza­jem­ni­łam się.

-?Pani zna­la­zła denatkę, Mał­go­rzatę Pań­czyk?

-?Tak.

-?Która to była godzina?

-?Jakaś dzie­więt­na­sta czter­dzie­ści pięć, może pięć­dzie­siąt... tro­chę się idzie do nas z mon­tażu. Ona była już, no wie pani...

-?Sztywna?

-?Tego nie wiem, nie weszłam do pokoju. Leżała tak nie­na­tu­ral­nie skrę­cona. Jakby nagle upa­dła. Wyglą­dała na nie­żywą.

-?Cie­kawe...-?Beb­cia Klu­czyk przyj­rzała mi się. -?Czyta pani kry­mi­nały?

-?O tak! Namięt­nie od lat! Robi­łam też z kolegą pro­gram "Kry­mi­nalna Sió­demka"

-?A znam, kole­dzy ze sto­łecz­nej współ­pra­co­wali... Stąd u pani ta wie­dza.

-?Wie­dza nie... raczej intu­icja.

-?Mało kto wie, że nie­na­tu­ralna pozy­cja ciała ozna­cza jego poważne uszko­dze­nie lub śmierć -?wyja­śniła Beb­cia.

-?O pro­szę! -?ucie­szy­łam się.

-?Lubiła ją pani?

-?Małgo? Skąd! Podzi­wia­łam ją, ow­szem, ale szcze­rze nie zno­si­łam. Jak dla mnie miała za dużo sek­sa­pilu. Była tu nie­zbędna.

Beb­cia unio­sła brwi.

-?Tylko ona umiała zapa­no­wać nad naszym dzia­łem praw­nym i tak przy­go­to­wać doku­menty, żeby wszystko szło szybko i pie­nią­dze docie­rały na czas. Była rów­nie piękna, co sku­teczna. Taka zabój­cza mie­szanka... o, par­don!

Beb­cia uśmiech­nęła się tak, że z jej oczy zro­biły się wesołe szparki. - Celna uwaga. Kolejna!

-?Chcia­ła­bym już...

-?Ostat­nia rzecz -?prze­rwała mi. -?Kiedy widziała ją pani żywą po raz ostatni?

-?Dziś około pięt­na­stej. Była w redak­cji i przy­nio­sła mi kosz­to­rys do popra­wie­nia.

-?Czego kosz­to­rys? -?zain­te­re­so­wała się Beb­cia.

-?A to ma zna­cze­nie? -?zdzi­wi­łam się. -?Cyklu kuli­nar­nego, z mistrzem grilla Artu­rem Moro­zem. Miał być reali­zo­wany w jego domu na Kaszu­bach.

-?Wszystko ma zna­cze­nie, droga pani redak­tor. Denatka obra­cała dużymi pie­niędzmi. Umiała dopro­wa­dzić trans­ak­cje do szyb­kiego finału. Róż­nym oso­bom mogło to prze­szka­dzać.

-?Nie rozu­miem.

-?W kosz­to­ry­sach można zaszyć wiele ukry­tych kwot. Trzy­sta zło­tych tu, pięć­set tam... A w skali roku zbiera się spora suma.

-?Małgo może była wredna, ale nie­głu­pia. Dobrze zara­biała i nie ryzy­ko­wa­łaby utraty pracy dla jakie­goś szwin­dla.

-?Ale umia­łaby go wykryć...

-?No tak. -?Spoj­rza­łam z uzna­niem na miło­śniczkę Tyrolu. -?Od tej strony patrząc, była nawet groźna. Mogę już...

-?Oczy­wi­ście, odwie­zie panią aspi­rant Rogaś. Jest późno, a za panią trudne przej­ścia.

-?Dzię­kuję, miesz­kam bli­sko metra i naprawdę...

-?Nie ma o czym mówi! Rob­son!

Wysoka postać z dużym nosem wysko­czyła nagle zza drzwi gabi­netu.

-?Dodzwo­ni­łeś się do szefa pani Kai?

-?Nie odbiera, ten redak­tor Daniel obie­cał go powia­do­mić jutro z rana.

-?A wła­śnie, gdzie jest Daniel? -?zain­te­re­so­wa­łam się.

-?Składa zezna­nia w pokoju obok. Bar­dzo nam pomógł. Można się pogu­bić na tych kory­ta­rzach. Prze­ka­zał nam też namiary na resztę redak­cji.

-?Daniel taki jest. Za wszystko czuje się odpo­wie­dzialny. Poza tym chyba pod­ko­chi­wał się w Małgo, ale był bez szans.

-?Dla­czego? -?zain­te­re­so­wała się Beb­cia.

-?Małgo jest..., zna­czy była kobietą luk­su­sową. Wyra­fi­no­waną, ale skorą do flir­tów. Śmier­tel­nie zako­chany w niej redak­tor, z kre­dy­tem miesz­ka­nio­wym na trzy­dzie­ści pięć lat, to par­tia nie dla niej.

-?Rozu­miem, a drugi kolega?

-?Jeremi? To pra­co­ho­lik. Dzwo­ni­li­ście do niego?

-?Tak, z panem Danie­lem. Wyszedł tym razem chwilę po was, gdy w dziale eko­no­micz­nym jesz­cze paliło się świa­tło -?zre­fe­ro­wał Rob­son.

-?Czyli była Małgo i jej nowa pra­cow­nica Elka. Przy­uczała ją po godzi­nach do pracy nad umo­wami. -?Poki­wa­łam głową i wsta­łam, odrzu­ca­jąc nie­dbale pled Lenki na pod­łogę.

Aspi­rant Rogaś vel Rob­son natych­miast go pod­niósł i sta­ran­nie zło­żył w kostkę. Wyszli­śmy z Beb­cią z pokoju sze­fo­wej. W sekre­ta­ria­cie sie­dział Daniel, który w mil­cze­niu podał mi kurtkę i sza­lik. Uści­snę­li­śmy się na poże­gna­nie.

***

Mała Czarna cze­kała stę­sk­niona. Sąsiadka włą­czyła jej lampkę na sto­liku przy oknie i otu­liła moim kocem. Po kilku susach i szczek­nię­ciach na powi­ta­nie, usia­dły­śmy w fotelu, żebym mogła spo­koj­nie pomy­śleć. Gła­ska­łam suczkę, sta­ra­jąc się opa­no­wać mętlik w gło­wie. Mój uko­chany Maks nie prze­by­wał aku­rat w sto­licy, a tym samym w naszym miesz­ka­niu. W pogoni za sen­sa­cją ruszył do Piły. Związki bez zobo­wią­zań i per­spek­tyw to była jego spe­cjal­ność.

Był zna­nym dzien­ni­ka­rzem, ale imał się róż­nych zajęć. Pisy­wał na przy­kład sce­na­riu­sze dla agen­cji rekla­mo­wych, a ponie­waż podob­nie jak ja uwiel­biał kry­mi­nały, poje­chał szu­kać sen­sa­cyj­nych inspi­ra­cji dla firmy pro­du­ku­ją­cej oran­żadę. Dzięki mnie zaprzy­jaź­nił się z komi­sa­rzem Lesz­kiem Koź­miń­skim, sze­fem tam­tej­szego Festi­walu "Kry­mi­nalna Piła". O tej porze na pewno mieli już ostro w czu­bie, więc nie zamie­rza­łam zawra­cać mu głowy. Ale z dru­giej strony, od tego prze­cież był, żeby mu ją zawra­cać...

Wzię­łam suczkę pod pachę i poszły­śmy do kuchni nasta­wić wodę na her­batę. Pija­łam ją hek­to­li­trami, doda­jąc wie­czo­rami odro­binę soku mali­no­wego lub domo­wej nalewki Maksa. Dzień mia­łam ciężki, więc wla­łam sobie zdrowo alko­holu do kubka. Upi­łam łyk i zadzwo­ni­łam do mojej dru­giej połówki.

-?Kocha­nie, tro­chę już uchlany jestem, co tam? -?zapy­tał z tro­ską.

-?Zabili Małgo... To ja ją zna­la­złam i... -?pocią­gnę­łam nosem, robiąc gło­śny wdech -?...boję się teraz wró­cić do pracy.

-?Piszesz sce­na­riusz czy mnie wkrę­casz? -?zapy­tał Męż­czy­zna Mojego Życia.

-?Bogini nie żyje, ty głupku! -?wrza­snę­łam.

-?Pocze­kaj, spo­koj­nie. Jesteś w domu?

-?Tak -?chlip­nę­łam -?z Małą Czarną.

-?Wra­cam jutro wie­czo­rem, dasz radę do tego czasu?

-?Nie wiem -?odpar­łam szcze­rze.

-?Cze­kaj, dam ci Leszka.

-?Kajka, jak się masz? Sły­szę, że to ja bym się teraz przy­dał. a nie Maks. -?Komi­sarz Koź­miń­ski mimo wypi­tego alko­holu rze­czo­wym komen­ta­rzem wlał mi tro­chę otu­chy w serce.

-?Boję się... -?wyzna­łam łzawo.

-?Rozu­miem. Też bym się bał na twoim miej­scu. Kto pro­wa­dzi śledz­two?

-?Nie­jaka Beb­cia... Elż­bieta Klu­czyk.

-?Znam ją. Tuż przed eme­ry­turą, eks­cen­tryczna, ale bar­dzo dokładna w robo­cie. Zadzwo­nię do niej, gdy tro­chę wytrzeź­wieję. Zaj­mie się tobą do naszego powrotu.

-?Naszego? -?zdzi­wi­łam się.

-?No prze­cież samej cię z tym nie zosta­wię. Daję ci jesz­cze Maksa, ale kładź się spać i niczym nie martw. Śledz­two jest w dobrych rękach!

-?Kocha­nie, to ten tego, nie­ba­wem jeste­śmy -?zabeł­ko­tał Maks .

-?Cze­kam na was! -?obwie­ści­łam tonem kobiety zawie­dzio­nej i się roz­łą­czy­łam.

Rozdział trzeci

-?O wszyst­kim dowia­duję się ostatni! -?grzmiał od rana kie­row­nik. - Jakim pra­wem pra­cow­nicy udzie­lają wyja­śnień bez mojej zgody!

Sie­dzie­li­śmy, gdzie popa­dło w jego małym pokoju. Ja na pod­ło­dze tuż pod ścianą, bo przy­szłam ostat­nia. Mil­cze­li­śmy, cze­ka­jąc, aż Mieszko się wyła­duje. Lub cho­ciaż weź­mie głęb­szy wdech, co nie­stety nie nastę­po­wało. Wrzesz­czał, tylko bar­dziej się nakrę­ca­jąc i macha­jąc rękoma.

-?Ale prze­cież dzwo­ni­łem... -?ura­żony Jeremi z lekka poczer­wie­niał - ...nagra­łem się...

-?Czy ja nie mogę mieć chwili pry­wat­no­ści z kobietą! -?ryk­nął na to Mieszko.

-?Ależ.... -?sumi­to­wał się Jeremi.

-?Jakby nie było lep­szych ter­mi­nów! Dla­czego aku­rat w czwar­tek wie­czo­rem! Przed piąt­kiem! -?gorącz­ko­wał się kie­row­nik.

-?To wie tylko mor­derca. -?Lenka siorb­nęła her­batę z kubka i popra­wiła oku­lary, które jak zwy­kle zje­chały jej na koniec nosa.

Zamil­kli­śmy zgod­nie, a kie­row­nik zawie­sił na niej cięż­kie spoj­rze­nie.

-?Cze­kam na doku­menty, pani Leno! -?wark­nął. -?Od tygo­dnia!

-?To moja wina -?wtrą­ci­łam się. -?Ośrodki nie wysłały jesz­cze opi­sów do pro­gra­mów po emi­sji. Pogo­nię ich dzi­siaj i prze­każę mate­riał bez­po­śred­nio kie­row­nic­twu.

-?Do końca dnia? -?upew­nił się jesz­cze Mieszko.

-?Posta­ram się -?obie­ca­łam i uśmiech­nę­łam się potul­nie. To zwy­kle dzia­łało.

-?Poli­cja chce mieć pokój na prze­słu­cha­nia -?wtrą­cił się Jeremi. -?Może to pomiesz­cze­nie po maga­zynku? Jest sprząt­nięte. Możemy w czy­nie spo­łecz­nym wsta­wić tam z Danie­lem stół i dwa krze­sła .

-?Dobrze. -?Mieszko kiw­nął głową. -?Wskażę odpo­wied­nie meble w maga­zy­nie i ktoś je dostar­czy na pię­tro.

-?Sze­fie, pan jest jako pierw­szy -?szep­nął zza oku­la­rów Daniel. -?Na tej, no, liście prze­słu­chań. Za godzinę chyba.

-?Niech przyjdą do mnie -?łaska­wie zgo­dził się kie­row­nik -?a w byłym maga­zynku będzie zezna­wać reszta zespołu.

-?To zała­twione! -?Lenka mru­gnęła do mnie. -?Idziesz do mnie spraw­dzić roz­pi­ski kon­cer­tów na wio­snę?

-?Pod­go­nię doku­menty z ośrod­ków i przyjdę. -?Uśmiech­nę­łam się.

-?Może­cie wra­cać do swo­ich obo­wiąz­ków -?zarzą­dził Mieszko i otarł brodę chu­s­teczką.

Był aż spo­cony ze zło­ści. Ale ani sło­wem nie zająk­nął się o pięk­nej Małgo. A prze­cież była jego przy­ja­ciółką z dzie­ciń­stwa...

-?Nie uwa­ża­cie, że to dziwne, iż nie wspo­mniał sło­wem o Małgo? - spy­ta­łam kole­gów po powro­cie do pokoju, pstry­ka­jąc włącz­nik dzbanka do her­baty .

-?Może to jesz­cze do niego nie dotarło?. -?Daniel podał mi kubek w kra­snale z kil­koma list­kami bia­łej her­baty w środku. -?Let­nią wodę popro­szę.

-?Gdyby ją widział tak jak ja... -?Wla­łam Danie­lowi wodę do naczy­nia, a na swój wrzą­tek cze­ka­łam, macha­jąc w powie­trzu łyżeczką.

-?Moim zda­niem to był raczej zawo­dowy układ. -?Jeremi z obrzy­dze­niem oglą­dał swój brudny kubek. -?On jest wku­rzony, bo co teraz zrobi z kosz­to­ry­sami? Kto będzie odwa­lał tę czarną robotę...?

-?Dam ci fili­żankę, mam czy­stą, i zapa­rzę wię­cej earl greya. -?Poda­łam Jere­miemu naczy­nie po swo­jej babci.

-?Nie żal ci? -?Jeremi z respek­tem oglą­dał deli­katną por­ce­lanę, ręcz­nie malo­waną w paste­lowe wzory. -?Mam nie­zgrabne palu­chy.

-?Daj spo­kój -?żach­nę­łam się. -?Naczyń się używa, a nie modli do nich, gdy stoją w salo­nie za szybką witrynki.

-?My z mamą wła­śnie się do nich modlimy -?wyszep­tał jak zawsze nie­śmiało Daniel. -?Co nie­dziela po obie­dzie do Bia­łej Marii Rosen­thala.

-?Wydaje mi się, że tro­chę odbie­gli­śmy od tematu... -?zwró­ci­łam uwagę, zapa­rza­jąc aro­ma­tyczną her­batę dla sie­bie i Jere­miego. -?Co o tym wszyst­kim myśli­cie?

-?Zbrod­nia jak zbrod­nia. Laska była efek­towna, zwra­cała uwagę, może nawet pro­wo­ko­wała face­tów, to tak skoń­czyła. -?Jeremi wzru­szył ramio­nami.

-?No wiesz co! Żeby uroda była powo­dem zabój­stwa? -?obu­rzy­łam się, sia­da­jąc przy biurku. Cze­ka­jąc prze­pi­sowe trzy minuty, aż her­bata się zapa­rzy, zer­ka­łam co chwila do służ­bo­wej poczty.

-?Uroda może nie, ale to, co można dzięki niej osią­gnąć, to inna sprawa -?stwier­dził Jeremi, patrząc na swoją her­batę. -?Jest już gotowa?

-?Jesz­cze chwila. Muszę zadzwo­nić w spra­wie doku­men­tów dla Mieszka, ale wró­cimy do tematu. -

Moi kole­dzy z regio­nów byli wiecz­nie w tere­nie i dzięki temu nie­ustan­nie i sku­tecz­nie migali się od biu­ro­kra­cji. Mimo to kil­koro z nich dopa­dłam tele­fo­nicz­nie i zmu­si­łam do pracy z papie­rami. Muzycy mieli po pan­de­mii pod górkę i nie mogli cze­kać na hono­ra­ria w nie­skoń­czo­ność. W naszych pro­gra­mach było sporo muzyki. Na osiem zale­głych zesta­wień praw autor­skich cztery powin­nam mieć do końca dnia gotowe. Mogłam teraz spo­koj­nie napić się her­baty i chwilę pod­rą­żyć sen­sa­cyjny temat. Nale­żało mi się.

-?A więc, pano­wie, uroda pro­wo­kuje, a luk­sus zabija. Czy tak?

-?O jed­nym i dru­gim mam raczej mgli­ste poję­cie. -?Jeremi dmu­chał do kubka, żeby wystu­dzić her­batę. -?Pozwo­lisz mi posło­dzić czy jak zwy­kle będzie wykład o aro­ma­tach?

-?Cukier też zabija -?przy­po­mnia­łam i wrę­czy­łam kole­dze torebkę ze sło­dzi­kiem, zabra­nym z kawia­renki na par­te­rze.

-?Nie wiem, jak może­cie tak o tym dow­cip­ko­wać! -?Daniel, choć lek­ce­wa­żony przez naszą bogi­nię, patrzył na nas z naganą w lekko załza­wio­nych oczach.

-?Tylko to nam zostało. -?Jeremi wzru­szył ramio­nami. -?Cie­kawe, czy pen­sje przyjdą nor­mal­nie. Kaja, jak ty masz nali­czane hono­ra­ria? Robiła je Małgo?

-?Tak. Poza pen­sją co mie­siąc dodat­kowa kasa za mon­taże i pro­gramy let­nie z całej Pol­ski.

-?Od razu wszystko pła­cili czy cykali po kilka prze­le­wów?

-?Po kilka. Małgo pil­no­wała, żebym dosta­wała regu­lar­nie tak po trzy w mie­siącu. Będzie nam jej bra­ko­wać... -?wes­tchnę­łam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki