Rozdział 2 Wielkie zmiany
15 lutego 1908 roku Flora Lewis poddała się operacji raka żołądka, którą przeprowadzono w jej własnym łóżku, w sypialni w Little Lea. Do domu przybyli trzej lekarze oraz dwie pielęgniarki i przekształcili piętro w prowizoryczny oddział szpitalny. Jack udał się na strych, aby tam oczekiwać wieści o wyniku operacji. Zapach eteru i środków dezynfekujących przebijał się przez strop, a chłopiec rozmyślał, co z nim będzie, jeśli matka umrze. Trudno było to sobie wyobrazić. Wcześniej umierały już co prawda domowe zwierzęta - pies, kanarek i dwie myszy. Ale jak to jest, kiedy umiera jedno z rodziców? Jack nie miał pojęcia.
Chłopiec z ulgą przyjął fakt, że nie musi się o tym jeszcze teraz przekonywać. Matka przeżyła operację i odzyskiwała siły. Śmierć jednak nie ominęła rodziny - dwa miesiące po operacji matki zmarł na wylew dziadek Lewis, który mieszkał z nimi w Little Lea od samego początku.
Po śmierci swojego ojca Albert Lewis do tego stopnia się wycofał i pogrążył w zadumie, że trudno było nawiązać z nim rozmowę, z kolei krótko po pogrzebie teścia zaczął się pogarszać stan zdrowia Flory, która z dnia na dzień opadała z sił. Tak pogłębiło to melancholię ojca, że Jack z trudem wytrzymywał z nim w jednym pomieszczeniu.
Choć ojciec Flory był duchownym w Kościele episkopalnym, rodzina Lewisów nie należała do szczególnie religijnych. Co niedziela chodzili na nabożeństwo do kościoła św. Marka, Jack odczytywał na głos modlitwy z książeczki do nabożeństwa i recytował psalmy, ale w domu nikt nie rozmawiał o Bogu. Mimo to dziewięcioletni Jack postanowił, że będzie się modlił, dopóki jego matka nie zostanie uzdrowiona. Co rano, tuż po przebudzeniu, odmawiał za nią modlitwę, błagając Boga, by zabrał chorobę i przywrócił ją do zdrowia. Na nic się to jednak zdało.
Jack zrozumiał powagę sytuacji, kiedy 8 lipca sprowadzono ze szkoły w Anglii Warrena, żeby pożegnał się z matką. Żaden z braci nie wiedział, co robić, więc obaj starali się być jak najciszej i usuwać się z drogi dorosłym. Chodzili na górę, na strych, gdzie wkraczali w swoje równoleg-łe światy Boxen i Indii. W tym okresie Jack pracował nad połączeniem dwóch krain. Napisał historyjkę o tym, jak król Bublich II, który zamieszkiwał jego wyimaginowany świat, odkrył "Indie". Namalował również mapę krainy, według której Indie nie były krajem w Azji, ale dużą wyspą u wybrzeża Zwierzolandii. Warren zaś zaznaczył na mapie drogi morskie łączące dwa królestwa i narysował kursujące między nimi okręty.
23 sierpnia 1908 roku przypadały czterdzieste piąte urodziny Alberta Lewisa, lecz w Little Lea nikt tego dnia nie świętował. Wcześnie rano, kiedy Jack był jeszcze w łóżku, do pokoju wszedł ojciec.
- Twoja matka odeszła - powiedział.
Jack, nie do końca jeszcze rozbudzony, usiłował zrozumieć słowa ojca. Odeszła dokąd? Na wizytę do lekarza? Pojechała nad morze? I nagle spłynęła na niego przerażająca prawda - nie poszła nigdzie na chwilę, ale odeszła na zawsze!
Wkrótce braci odziano w najlepsze niedzielne ubrania i poprowadzono do sypialni rodziców.
- Spójrzcie tylko na nią. Czyż nie jest piękna? - spytała jedna z ciotek.
Jackowi zbierało się na wymioty. Jego matka leżała w łóżku, na kołdrze, w kompletnym stroju. O ile zauważył, w martwym ciele matki nie było nic pięknego. Nie patrzył na "nią" - patrzył na "to coś".
Uroczystość pogrzebowa i następujący po niej pochówek zlały się Jackowi w jeden zamglony obraz. Usiłował pojąć, co się właśnie stało, i - co równie ważne - co się z nim stanie teraz. Ojciec zachowywał się dziwnie: czasem wybuchał niekontrolowanym szlochem, innym razem kazał chłopcom wychodzić z pokoju, bo nie chciał ich widzieć.
Sytuacja jeszcze się pogorszyła, kiedy dziesięć dni po śmierci Flory niespodziewanie zmarł starszy brat ojca, wuj Joseph. Ponownie zjechała się cała rodzina, aby znajomą już drogą przejść w kondukcie żałobnym na nabożeństwo pogrzebowe i pochówek na cmentarzu przy kościele św. Marka.
Chłopcy czekali, aż wszystko w Little Lea wróci do normy, choć w głębi serca Jack wiedział, że nie nastąpi to już nigdy. Albert Lewis, który w ciągu zaledwie czterech miesięcy stracił ojca, żonę, a potem brata, z trudem był w stanie funkcjonować.
Jack od zawsze wiedział, że z czasem pójdzie w ślady Warrena i wyjedzie do szkoły w Anglii, ale wyglądało na to, że w tej sytuacji ojciec od razu będzie chciał się go pozbyć. I rzeczywiście, zapisano Jacka do szkoły z internatem Wynyard House w Hertfordshire, gdzie miał pojechać wraz z Warrenem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do wyjazdu chłopców do Anglii.
Pewnego wieczoru, trzy tygodnie po śmierci matki, Jack, w towarzystwie pozostałych dwóch Lewisów - Warrena i ojca, szedł nadbrzeżem zatoki w Belfaście. Pogrążeni byli w niezręcznej ciszy; jedynie podeszwy nowych butów Jacka wydawały głuchy dźwięk w zetknięciu z deskami pomostu. Każdy kolejny krok bardziej go irytował. Nigdy nie musiał nosić tak niewygodnych ubrań, a myśl, że ma w nich spędzić kolejne cztery dni, wydawała mu się niemal nie do zniesienia. Na głowę miał założony melonik - nieco przymały, uciskał głowę jak imadło. Szyję ocierał sztywny kołnierzyk, jak te noszone w Eton - duży, biały i nakrochmalony. Do tego ciasno zapięta marynarka i pumpy.
Lewisowie odszukali statek, który miał przewieźć chłopców do Anglii, i wdrapali się na trap. Powinna to być chwila ekscytacji, ale Jac-kowi przypomniała się radosna wakacyjna podróż, jaką odbył z matką do Anglii i Francji - wspomnienie innego i, jak przypuszczał, bardziej beztroskiego życia.
W końcu, z głębokim westchnieniem ulgi, Albert Lewis oświadczył, że statek niebawem odpływa i lepiej, żeby zszedł już z pokładu. Następnie wybuchnął szlochem. Bracia przyglądali mu się ze stoickim spokojem. Przez ostatnich kilka miesięcy Jack napatrzył się na tyle wybuchów emocji u dorosłych, że wystarczyłoby mu na całe życie, był więc zadowolony, kiedy ojciec się opanował, odwrócił i opuścił statek.
Mimo przygnębiających okoliczności Jack i Warren zdobyli się na pożegnalny uśmiech, kiedy statek odbijał od brzegu. Przy kłębach czarnego dymu buchającego z komina śruba okrętowa skotłowała wodę i statek rozpoczął podróż przez zatokę Belfast Lough na otwarte morze. Jack stał na sterburcie i wpatrywał się w noc z nadzieją, że po raz ostatni ujrzy światełko migoczące w domu Little Lea. Nie zobaczył jednak nic prócz ciemności.
Następnego ranka okręt zawinął do portu w Liverpoolu, gdzie chłopcy wysiedli i skierowali się na dworzec kolejowy. W miarę jak ich pociąg ze stukotem zbliżał się do Londynu, zagubienie i smutek Jacka przeradzały się w wyraźną niechęć do Anglii. Chłopiec porównywał chybotliwe drewniane płoty do solidnych kamiennych ogrodzeń w Irlandii, a przeważające tu zabudowania z czerwonej cegły - do malowniczych białych chatek w rodzinnych stronach. Denerwował go nawet kształt snopków siana - były tu wyższe i bardziej spiczaste niż w Irlandii.
Podczas pobytu w domu Warren niewiele mówił o tym, jak wygląda życie w Wynyard House, a Jack zaczął się zastanawiać, dlaczego tak mało wie o miejscu, do którego zmierzali. Już niebawem miał się o tym przekonać.
W Londynie, na stacji Euston, bracia przesiedli się na pociąg do Watford, gdzie dotarli po dwudziestu minutach. Jack stanął naprzeciw nowej szkoły i wziął głęboki wdech - był to brzydki bliźniak z żółtej cegły, wysypany żwirem w miejscu, gdzie powinien znajdować się ogród. W środku było jeszcze bardziej ponuro niż na zewnątrz. Sala sypialna, którą zamieszkiwało dziewięciu pensjonariuszy, była surowa i nieprzyjazna. W oknach brakowało zasłon - pierwszej nocy księżyc świecił Jackowi prosto w twarz.
Następnego dnia rozpoczynały się lekcje, a Jack zaczynał uzmysławiać sobie ogrom nieszczęścia, jakie go spotkało. Dyrektor szkoły Wynyard House, wielebny Robert Capron, rządził placówką jak niepoczytalny kapitan statku. Dzień rozpoczął się śniadaniem w jadalni. Chłopcy - dziewięciu pensjonariuszy i ośmiu uczniów dochodzących - siedzieli na jednym krańcu długiego stołu. Na drugim zasiadał wielebny Capron ze swoją cichą małżonką, z synem, przezywanym przez chłopców "siusiumajtkiem", i z trzema flegmatycznymi dorosłymi córkami. Siusiumajtek wyglądał na jedyną osobę, która miała odwagę rozmawiać z ojcem, ale i tak tylko wtedy, kiedy ten o coś zapytał.
Chłopcy jedli w ciszy, a każda łyżka owsianki rosła Jackowi w ustach, tak że ledwie mógł cokolwiek przełknąć. Był dopiero ranek pierwszego dnia szkoły, a chłopiec już obawiał się, co będzie dalej.
Po śniadaniu uczniowie odmaszerowali do wspólnej sali o pustych ścianach - bez żadnych ilustracji ani ciekawych pomocy dydaktycznych. Były tam natomiast laski zaczepione na hakach, gotowe by w każdej chwili po nie sięgnąć i wymierzyć cios w chłopięcą nogę lub pośladek.
Pierwsza była arytmetyka, chociaż nie istniał żaden oficjalny plan zajęć. Wielebny Capron, którego chłopcy nazywali "Staruszkiem", po prostu kazał uczniom zapisywać rachunki na tabliczkach. Wyglądało na to, że nie obchodzi go, co to będą za obliczenia. Siedzieli nad tym dwie godziny i Jack zaczął się zastanawiać, czy w ogóle czegoś się tu nauczy.
Po arytmetyce mieli krótką przerwę, a potem przyszedł czas na łacinę. Tu również Staruszek mało się odzywał, więc Jack zaczął powtarzać ćwiczenia, które robił już wcześniej z matką. Niemal słyszał jej głos, jak wspólnie czytają, a ona subtelnie go poprawia. Tylko to powstrzymywało go od płaczu.
Lunch był równie przygnębiający co śniadanie, a po posiłku chłopców odesłano na dwór na gimnastykę - mieli grać w palanta na żwirowym podwórku przed budynkiem szkoły. Jack biegał po ostrych kamieniach i marzył o miękkiej, zielonej trawie otaczającej Little Lea.
Wkrótce chłopiec znienawidził wszelkie sporty zorganizowane, a to głównie dlatego, że zarówno on, jak i Warren, odziedziczyli po ojcu defekt kciuków. Normalnie palec ten zgina się w dwóch stawach, a kciuki braci Lewisów miały tylko po jednym, przez co dość niezdarnie trzymali kij czy łapali piłkę.
Popołudniowe lekcje były równie nudne i chaotyczne co poranne, choć Jack miał okazję po raz pierwszy się przekonać, jak Staruszek dyscyplinuje swoich uczniów. W czasie lekcji dyrektor spytał jednego z chłopców, Petera, o pewien dowód geometryczny. Uczeń zaczął odpowiadać, ale nieprawidłowo. Zszokowany Jack patrzył, jak Staruszek zdejmuje ze ściany laskę i zaczyna uderzać nią w ławkę, krzycząc na ucznia: "Myśl! Myśl! Myśl!".
Mimo napomnienia wyraźnie przestraszony Peter nie był w stanie udzielić poprawnej odpowiedzi.
- Podejdź tu, chłopcze - nakazał w końcu Staruszek.
Jack obserwował, jak Peter ostrożnie wychodzi z ławki.
- Stań tu i schyl się - powiedział Staruszek, wskazując na miejsce z przodu klasy.
Peter zrobił, jak mu kazano, a Staruszek, z laską w ręce, przeszedł do tyłu sali. Nagle odwrócił się na pięcie, przebiegł przez klasę, dopadł do chłopca i z całym impetem wymierzył mu potężny cios laską w pośladki. Peter nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku, Staruszek zaś wrócił na tył klasy i powtórzył całą procedurę. Sześć razy uderzył laską o siedzenie chłopca, a kiedy skończył, ten wydał z siebie żałosny jęk bólu, którego ukłucie Jack poczuł aż w żołądku. Był to jeden z najstraszniejszych aktów przemocy, jakich kiedykolwiek był świadkiem, i postanowił zrobić, co w jego mocy, żeby samemu uniknąć takiej kary.
Warunki życia w Wynyard House również wstrząsnęły Jackiem. W Little Lea mógł swobodnie poruszać się po całym domu, a tutaj był rozliczany z każdego kroku. W budynku była tylko jedna umywalnia z jedną wanną, a każdy z chłopców mógł brać kąpiel tylko raz na tydzień. Warunki panujące w toaletach były na tyle złe, że gdyby w szkole przeprowadzić inspekcję, z pewnością zostałaby zamknięta. Na tyłach budynku postawiono tylko jeden, nigdy niesprzątany wychodek. Co gorsza, przechowywano tam również wszystkie paczki z przekąskami i żywnością, jakie rodziny przesyłały chłopcom.
Sytuacja w Wynyard House nie poprawiała się, a można było wręcz odnieść wrażenie, że każdego dnia Staruszek wymyśla coraz to nowe zasady i kary za ich złamanie. Dwa tygodnie po przyjeździe Jack napisał do ojca błagalny list:
Mój drogi Papciu,
pan Capron powiedział coś, czego raczej nigdy nie zapomnę - "Do diabła z tym chłopakiem" - (za plecami Warrena), bo Warnie nie przyniósł swojego dżemu na podwieczorek, a nikt wcześniej nie słyszał o takiej zasadzie. Proszę, czy możemy nie zostawać na sobotę? Po prostu NIE MOŻEMY czekać w tej dziurze do końca semestru...
Twój kochający syn Jack
Niestety Albert nie odpowiedział na apel syna i chłopcy pozostali w Wynyard do końca semestru, zdani sami na siebie.
Jedynym jasnym punktem tamtego okresu były częste chwile, kiedy Staruszek wypędzał chłopców ze szkoły i kazał im chodzić na wspólne długie spacery. Niekiedy mieli przykazane trzymać się z dala od szkoły przez cały dzień. Zamiast włóczyć się gdzieś daleko, chłopcy zatrzymywali się w pobliskich wioskach, gdzie na pociechę kupowali sobie słodycze. Następnie przechadzali się wzdłuż kanału, który wił się przez płaską okolicę. Mijały ich pociągi i cudaczne automobile, co sprzyjało ogólnej ekscytacji. To właśnie w trakcie jednego z takich spacerów Jack wdał się w pierwszą dyskusję filozoficzną. Z jednym ze starszych chłopców zaczął rozważać, czy przyszłość jest linią, którą ktoś już narysował, czy też raczej niepoznanym bytem kreowanym w czasie rzeczywistym. Rozmowa zachwyciła Jacka, który uświadomił sobie, że dużo bardziej woli mówić o ideach niż o sprawach codziennych, na przykład o szkole.
Kiedy bracia wrócili do Little Lea na święta, Jack był pewien, że uda mu się przekonać ojca, żeby nie odsyłał ich do Wynyard House. Pan Lewis pozostał jednak głuchy na błagania syna, żywiąc przekonanie, że drobne niedogodności tradycyjnego angielskiego szkolnictwa tylko zahartują chłopców. Bracia wrócili więc do internatu.
To właśnie wtedy, w 1909 roku, Jack skończył jedenaście lat i zaczął znajdować pocieszenie w chrześcijaństwie. W Irlandii, we wczesnym dzieciństwie, religia otaczała go zewsząd. Jego dziadek Hamilton był kaznodzieją, który na starość w nieskończoność recytował psalmy, nawet jeśli nikt go nie słuchał, a matka Jacka lubiła czytywać anglikańską książeczkę do nabożeństwa. Dopóki jednak chłopiec nie trafił do Wynyard House, nie zastanawiał się, czym dla niego osobiście jest chrześcijaństwo. Szkolne doświadczenia były dla Jacka tak trudne, że chłopiec zaczął z niecierpliwością oczekiwać coniedzielnych porannych nabożeństw w kościele św. Jana.
Na początku był zrażony, że kościół parafialny skłania się w stronę obrzędowości High Church2 - parafianie robili znak krzyża i klękali przed ołtarzem. Wkrótce jednak odczucie to ustąpiło, a Jack zaczął wsłuchiwać się w kazania oraz modlitwy i postanowił dołożyć wszelkich starań, by stać się dobrym chrześcijaninem.
Każdego poranka i wieczoru oddawał się modlitwie, codziennie czytał też Biblię. Praktyka ta, w połączeniu z wizytami w domu, pomogła mu nieco lepiej znieść okres pobytu w szkole. Kiedy Jack i Warren odwiedzali Irlandię, najbardziej lubili pakować kosz piknikowy i rowerami objeżdżać wiejskie okolice hrabstwa Down. W tamtym okresie na irlandzkich drogach coraz częściej pojawiały się samochody, a Warren był nimi zafascynowany. Jack z kolei wolał się od nich trzymać z daleka i kiedy słyszał nadjeżdżający automobil, często przeskakiwał na drugą stronę ogrodzenia.
Po pierwszym roku Jacka w Wynyard House Warren ukończył szkołę i wyjechał kontynuować naukę w Malvern College w wiejskim hrabstwie Worcestershire. Jack wymyślił, że to doskonała okazja, aby i on wyjechał z Wynyard, jednak ojciec nie chciał o tym słyszeć. Nadal pogrążony w żalu po śmierci żony, ojca i brata nie miał pojęcia, że w szkole dzieje się aż tak źle. W 1909 roku sytuacja pogorszyła się do tego stopnia, że jeden z rodziców złożył na policję doniesienie o nadużyciach, do których tam dochodzi, i wybuchł skandal. Sprawa zakończyła się polubownie, jednak połowę chłopców zabrano ze szkoły, tak że zostało w niej tylko czterech uczniów dochodzących i pięciu rezydentów, w których gronie był, niestety, Jack Lewis.
Po zakończeniu śledztwa Staruszek stał się jeszcze bardziej nieobliczalny. Kręcił się po korytarzu, szukając, kogo by tu skarcić. Szczególnie upodobał sobie niskich chłopców, których podnosił za kołnierzyk i zamaszyście bił laską po łydkach. W oczach Jacka wyglądało to jak makabryczne wahadło, przypominające mu to z zegara dziadka. Na szczęście młody Lewis, dobry i cichy uczeń, zdołał uniknąć kar cielesnych, lecz bardzo cierpiał, patrząc na okrutne traktowanie kolegów. Po roku od wyjazdu Warrena z Wynyard House Staruszek był człowiekiem wyniszczonym, niezdolnym sprostać codziennym obowiązkom dyrektora nawet tak niewielkiej placówki. Pewnego dnia ogłosił, że Wynyard się zamyka, a on wraca do swojego powołania duchownego.
Jack ze zdumieniem stwierdził, że jego modlitwy zostały wysłuchane. Szkoła Wynyard House to już przeszłość, koniec. Co jednak było jeszcze przed nim?