C.B. Detektyw ze Stacji Kosmicznej Agora - Marc Petrin

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1: Duch w Maszynie Snu

1.1

Podbrzusze Agory pachniało jak zawsze - mieszanką spalonej izolacji, odkażanej chemicznie wody i czegoś nieuchwytnie metalicznego, jakby sama próżnia przeciskała się przez mikropęknięcia w poszyciu. Powietrze było gęste i ciepłe, przesycone nieustannym, niskim dudnieniem systemów podtrzymywania życia, które nigdy nie spały. Mój gabinet, wciśnięty między warsztat protetyczny a punkt recyklingu biomasy, był tego zapachu kwintesencją.

Siedziałem za biurkiem z prawdziwego drewna - ekstrawagancja, na którą pozwoliłem sobie po zamknięciu sprawy fałszywych certyfikatów medycznych dla górników z Cinder-IV. Jego solidność była kotwicą w tym świecie z syntetyku i hologramów. Na blacie stała do połowy pusta szklanka i butelka z bursztynowym płynem, który udawał whisky z taką samą gracją, z jaką androidy recepcyjne w Iglicy udawały empatię. Działał. To wystarczyło.

Drzwi otworzyły się bez pukania. W progu stanął Murton, barman z "Rdzawej Orbity". Miał twarz pooraną zmarszczkami jak wyschnięte dno rzeki i oczy, które widziały zbyt wiele opróżnianych szklanek i wylanych w nie żalów.

- C.B. - mruknął, wchodząc do środka. - Mam problem.

- Każdy ma - odparłem, nie podnosząc wzroku znad szklanki. - Mój nazywa się czynsz. Twój ma pewnie imię i ładne nogi.

- Gorzej. To duch.

Uniosłem brew. To było coś nowego. Duchy w tej części kosmosu zazwyczaj nosiły mundury FPK albo plakietki komorników korporacyjnych.

- Duch w maszynie - dodał Murton, siadając na chybotliwym krześle dla gości. Oparł grube dłonie na kolanach. - W mojej najlepszej maszynie snów. Model "Somnus-7". Klienci płacą ekstra za "pełną immersję".

- I co ten twój duch robi? Straszy klientów brzęczeniem łańcuchów?

- Kradnie. Klienci wchodzą na godzinę marzeń o lazurowym wybrzeżu, a wychodzą po czterdziestu minutach z bólem głowy i uczuciem, że ktoś ich okradł z dwudziestu minut czystej błogości. Niby nic, ale wieść się roznosi. Mój WPN leci w dół jak winda z zerwaną liną.

Wskaźnik Wartości Pracowniczej i Niezawodności. Fetysz Konsorcjum. Nawet tutaj, w Szarej Strefie, gdzie oficjalne metryki były żartem, ludzie wierzyli w te cyferki.

- Sprawdzałeś logi systemowe? Diagnostykę? - zapytałem.

- Technicy z Chrono-DREAM byli dwa razy. Skasowali kredyty, powiedzieli, że wszystko gra. Według maszyny sesje trwają pełne sześćdziesiąt minut. Ale klienci wiedzą swoje. Czas subiektywny, C.B. To się liczy w tym biznesie. A ten jest poszarpany. Ktoś, albo coś, majstruje przy cewkach emocjonalnych. To nie jest błąd techniczny. To sabotaż.

Oparłem się wygodniej. To nie brzmiało jak duch. Brzmiało jak człowiek. A ludzie byli moją specjalnością. Zwłaszcza ich "niemierzalne" motywacje: chciwość, zawiść, desperacja. Tego nie wychwyci żaden skaner diagnostyczny.

- Kto ma dostęp do zaplecza? - zapytałem.

- Tylko ja i mój technik. Karski. Młody, zdolny chłopak. Pracuje u mnie od roku. Zna te maszyny jak własną kieszeń.

- Zbyt dobrze, jak mniemam.

Murton westchnął. - Nie chcę go oskarżać bez dowodów. To dobry dzieciak, ale... ostatnio jakiś spięty. Nerwowy. Patrzy przez ramię, jakby go ktoś gonił.

- Gonią go rachunki - stwierdziłem, dopijając resztkę pseudo-whisky. - Zawsze gonią. Dobra, Murton. Zobaczę, co da się zrobić. Standardowa stawka. Połowa z góry.

Barman skinął głową i przelał kredyty na mój terminal. Dźwięk potwierdzenia był jedyną muzyką, która jeszcze potrafiła ukoić nerwy w tym mieście.

1.2

Znalazłem Karskiego w wąskim korytarzu technicznym za "Rdzawą Orbitą". Powietrze było tu jeszcze cieplejsze, pachniało ozonem i przegrzanymi przekaźnikami. Chłopak klęczał przy otwartym panelu serwisowym maszyny snów, tej samej, o której mówił Murton. Był tak skupiony na plątaninie światłowodów i kryształów pamięci, że nawet mnie nie usłyszał.

Nie był dzieckiem. Miał może dwadzieścia pięć lat, ale wyglądał na więcej. Twarz miał zmęczoną, podkrążone oczy i ten rodzaj napięcia wokół ust, który pojawia się, gdy człowiek zbyt długo balansuje na krawędzi. Jego palce poruszały się zwinnie, ale zauważyłem, że co kilka sekund nerwowo pocierał kciukiem o wskazujący. Tik. Mały, zdradziecki sygnał, którego nie rejestrowały żadne kamery.

- Ładna pogoda na Santorini o tej porze roku - rzuciłem w przestrzeń.

Drgnął tak gwałtownie, że upuścił na podłogę mały kalibrator. Metaliczny brzęk poniósł się po korytarzu. Odwrócił się gwałtownie, a w jego oczach zobaczyłem błysk czystej paniki. To nie była reakcja pracownika przyłapanego na lenistwie. To był strach zwierzęcia w potrzasku.

- Kim jesteś? - wysyczał, podnosząc się powoli.

- Przyjacielem Murtona. Podobno ma problemy z duchem. A ja mam alergię na zjawiska paranormalne.

Podszedłem bliżej, celowo naruszając jego przestrzeń osobistą. Spojrzałem na otwarty panel. Nie potrzebowałem zaawansowanych narzędzi, żeby zobaczyć to, co najważniejsze. Nielegalny port obejściowy, wlutowany niezdarnie w główną magistralę danych. Dyskretny, ale dla kogoś, kto wiedział, czego szukać, widoczny jak dziura w zębie. Stąd mógł odsysać moc obliczeniową i fragmenty sesji.

- To skomplikowane maszyny - powiedziałem, wskazując brodą na plątaninę kabli. - Wystarczy drobna modyfikacja, żeby część cyklu snu przekierować gdzie indziej. Sprzedać na czarnym rynku. Fragmenty marzeń, ludzkie fantazje. W Szarej Strefie zawsze znajdzie się na to kupiec. Albo po prostu podpiąć się do mocy obliczeniowej, żeby pokopać jakieś niszowe kryptowaluty. Prawda, Karski?

Zbladł. Pot spływał mu po skroni. Jego tik z kciukiem przyspieszył.

- Nie wiem, o czym mówisz. Robię tylko standardową konserwację.

- Twoje ręce mówią co innego. I twoje oczy też. Wyglądasz jak facet, który postawił na złego konia i właśnie widzi, jak ten koń łamie nogę na ostatniej prostej.

Milczał. Wiedziałem, że go mam. Technologia była tylko narzędziem. Prawdziwa walka toczyła się w sferze psychologii. On nie bał się Murtona. Bał się kogoś innego. Tego, komu nie dostarczył towaru na czas, albo tego, komu był winien pieniądze. Jego desperacja była niemal namacalna. To była moja dźwignia.

- Słuchaj, Karski - zacząłem spokojniejszym tonem. - Murton to przyzwoity gość. Nie chce cię zniszczyć. Chce tylko, żeby jego maszyna działała. Ja też nie chcę twojej skóry. Chcę tylko zamknąć sprawę. Masz dwie opcje. Albo to naprawisz, zapomnimy o sprawie, a ty znajdziesz sobie inny sposób na spłatę długów. Albo ja powiem Murtonowi, co znalazłem, a on zgłosi cię do gildii techników. Z twoim WPN trafisz na czarną listę. Koniec z pracą na Agorze. Będziesz czyścił filtry w ładowniach za racje żywnościowe.

Patrzył na mnie, a w jego oczach walczyły ze sobą strach i resztki dumy. W końcu duma przegrała. Zawsze przegrywa, gdy na szali leży przetrwanie.

- Dobrze - szepnął. - Naprawię to.

Kiwnąłem głową. Nie musiałem pytać, dla kogo kradł. To nie było częścią zlecenia. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę baru. Sprawa zamknięta. Prosta, brudna, codzienna. Jak samo życie w Podbrzuszu.

1.3

Murton czekał przy barze, polerując tę samą szklankę. Postawiłem przed nim pusty kalibrator, który Karski upuścił na podłogę.

- Twój duch został egzorcyzmowany - powiedziałem. - Maszyna będzie działać jak nowa. Daj chłopakowi spokój. Ma większe problemy niż ty.

Barman skinął głową, a na jego twarzy pojawiła się ulga. Przesłał resztę mojego honorarium. Czułem wibrację terminala w kieszeni płaszcza. Kolejny miesiąc z głowy. Kolejna mała wygrana w grze, której nie dało się wygrać, a jedynie remisować do następnej rundy.

Wyszedłem z "Rdzawej Orbity" i ruszyłem w stronę swojego sektora. Neonowe reklamy iskrzyły w gęstym powietrzu, odbijając się w kałużach rozlanej syntetycznej kawy i czegoś, co wolałem uznać za wodę. Minąłem kantynę, z której buchała para i zapach smażonego białka sojowego. Minąłem lombard, gdzie Grogin o fasetkowych oczach wyceniał właśnie czyjeś wspomnienia zapisane na kryształowym nośniku.

I wtedy ich zobaczyłem.

Stali przy wejściu do sekcji mieszkalnej dla bezklasowców, w miejscu, gdzie metalowe ściany były nagie, niepokryte żadnym hologramem reklamowym. Było ich może z dziesięciu. Terranie. Pochodzący z planety, której nie ma na mapach. Stali w milczeniu, jak grupa figur woskowych, którym ktoś zapomniał powiedzieć, że pożar w muzeum dawno ugaszono. Ich ubrania były czyste, ale znoszone. Ich twarze - puste. Ale to nie była zwykła pustka zmęczenia czy rezygnacji, którą widywałem na co dzień. To była pustka strukturalna. Jakby ktoś wyjął z nich kluczowy element, a reszta konstrukcji jeszcze o tym nie wiedziała i tylko siłą przyzwyczajenia trzymała się w pionie.

Ich oczy. To one mnie uderzyły. Nie patrzyły na nic konkretnego. Przesuwały się po zgiełku bez rejestrowania go, jakby oglądały film w obcym języku bez napisów. Znałem to spojrzenie. Widziałem je kiedyś w lustrze, dawno temu, zanim nauczyłem się je maskować cynizmem i fasadą detektywa z taniej, papierowej powieści.

Coś w ich zbiorowej, cichej traumie było echem. Niechcianym, zimnym dreszczem, który przebiegł mi po plecach, ignorując ciepło otoczenia. Wspomnieniem nie obrazu, a uczucia - uczucia absolutnego zagubienia i zerwania. Uczucia bycia zaledwie obserwowanym fragmentem w cudzym, niezrozumiałym eksperymencie.

Otrząsnąłem się, wcisnąłem dłonie głębiej w kieszenie płaszcza i ruszyłem dalej, przyspieszając kroku. To nie była moja sprawa. To był tylko kolejny smutny obrazek w tej wielkiej, obojętnej maszynie zwanej Agorą. Ale echo zostało. Cichy, fałszywy ton w symfonii stacji. Duch, którego nie dało się tak łatwo egzorcyzmować.

Rozdział 2: Krąg Rozbitych Luster

2.1

Duch, którego egzorcyzmowałem u Murtona, był prosty. Miał na imię Karski i motywację starą jak świat - długi. Był problemem z podręcznika, anomalią w systemie, którą dało się sprowadzić do kilku linijek kodu i ludzkiej słabości. Sprawa zamknięta, kredyty na koncie, kolejna dziura w tonącym okręcie mojej egzystencji załatana na chwilę. Ale echo, które poczułem na widok Terran, było inne. To nie był fałszywy ton w symfonii stacji; to była cisza tam, gdzie powinna być muzyka. Strukturalna pustka, o której systemy Agory nie miały pojęcia, bo nie dało się jej zmierzyć, skwantyfikować i przypisać jej wartości WPN. A wszystko, co niemierzalne, dla Konsorcjum po prostu nie istniało.

Dlatego następnego dnia, zamiast zająć się archiwizacją zamkniętej sprawy Karskiego, co powinienem był zrobić, znalazłem się w drodze do Sektora 7G, znanego nieoficjalnie jako "Wygnanie". To nie było zlecenie. To było jak drapanie swędzącej blizny, o której dawno miałem zapomnieć.

Droga do Wygnania była jak podróż w dół rzeki czasu technologicznego. Najpierw zniknęły wszechobecne hologramy reklamowe, ustępując miejsca gołym, metalowym ścianom pokrytym warstwą brudu i kondensacji. Potem zmieniło się światło - ostre, białe neony Iglicy i kolorowy chaos Podbrzusza ustąpiły miejsca rzadko rozstawionym, żółtym lampom sodowym, które rzucały długie, chorobliwe cienie. Powietrze też było inne. Zniknął zapach ozonu z przegrzanej elektroniki i syntetycznych perfum. Zastąpiła go woń wilgotnego metalu, stęchlizny i czegoś niepokojąco organicznego - zapachu zbyt wielu ludzi stłoczonych na zbyt małej przestrzeni, zapachu biedy.

Wygnanie nie było slumsem w klasycznym, ziemskim rozumieniu tego słowa. Nikt tu nie głodował w sensie biologicznym. Konsorcjum dbało o to, by każda "jednostka biologiczna" otrzymywała minimum kaloryczne niezbędne do podtrzymania funkcji życiowych. To była ta ich odroczona, systemowa forma okrucieństwa. Dajemy wam przeżyć, ale koszt tego przeżycia jest długiem, którego nigdy nie spłacicie.

Każdy z Terran, od starca po dziecko urodzone już na stacji, był obciążony "długiem ratunkowo-relokacyjnym". Gigantyczną, abstrakcyjną sumą kredytów, którą Konsorcjum naliczyło sobie za ich "uratowanie". Koszt transportu, kwarantanny, minimalnej opieki medycznej, przydziału przestrzeni życiowej. Dług ten sprawiał, że ich Wskaźnik Wartości Pracowniczej i Niezawodności był trwale ujemny. Byli niewypłacalni z definicji. A w logice Agory, jeśli twój WPN jest na minusie, jesteś mniej niż zerem. Jesteś błędem w arkuszu kalkulacyjnym, obciążeniem systemu. Nikt cię nie zatrudni, nikt ci nie wynajmie porządnego mieszkania, nikt nie sprzeda ci polisy ubezpieczeniowej. Jesteś duchem, ale nie tym z maszyny snów. Jesteś duchem w systemie ekonomicznym.

Domy Terran były tego odzwierciedleniem. Mieszkali w labiryncie starych kontenerów towarowych, ustawionych jeden na drugim i połączonych prowizorycznymi trapami i kładkami. Kiedyś te kontenery służyły do przewożenia luksusowych towarów między systemami. Teraz, puste i zdekomisjonowane, stały się ostatnim schronieniem dla tych, którzy stracili wszystko. Ich metalowe ściany były zimne w dotyku, a wewnątrz panowała ciasnota i półmrok. Z zewnątrz wyglądały jak cmentarzysko zapomnianych przez logistykę pudełek. Od wewnątrz - jak ul, w którym zamiast miodu produkuje się traumę.

Przechadzałem się między nimi, czując się jak intruz. Z wnętrza kontenerów dobiegały stłumione dźwięki - płacz dziecka, cicha rozmowa, melodia nucona z pamięci, fałszywa i pełna tęsknoty. Nikt mnie nie zaczepiał. Ich spojrzenia były ulotne, jakby patrzyli przeze mnie. To nie była wrogość. To była apatia zrodzona z bólu tak wielkiego, że nie zostawiał już miejsca na inne emocje.

W końcu zauważyłem niewielki, nieoznakowany kontener, z którego dochodziło coś na kształt zorganizowanego szmeru. Drzwi były lekko uchylone, a ze szczeliny sączyło się słabe, ciepłe światło. Coś w tym obrazie - małym punkcie światła w morzu rdzy i cienia - przyciągnęło mnie jak ćmę. To nie był rozsądek. To był instynkt. Ten sam, który kazał mi zwracać uwagę na nerwowy tik Karskiego. Podszedłem bliżej i zajrzałem do środka. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Krąg Rozbitych Luster.

2.2

Wnętrze kontenera było niemal puste. Ktoś usunął wszystkie wewnętrzne przegrody, tworząc jedną, długą przestrzeń. Podłogę wyłożono zużytymi matami transportowymi, a jedynym źródłem światła była pojedyncza, lewitująca kula luminescencyjna, która unosiła się pośrodku, rzucając miękkie, drżące światło. Powietrze było ciężkie, ale nie od smrodu. Pachniało ludźmi, ich oddechem, ciepłem ich ciał i czymś jeszcze - zapachem potężnej, umysłowej koncentracji.

W kręgu na podłodze siedziało kilkanaście osób. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi. Siedzieli w milczeniu, z zamkniętymi oczami. Ich twarze były maskami skupienia i bólu. Pośrodku kręgu, tuż pod lewitującą kulą, leżały rozrzucone drobne przedmioty: fragment polerowanego metalu, garść piasku w szklanym naczyniu, zwęglony kawałek materiału, kilka wyblakłych fotografii, które musieli zabrać ze sobą. Relikwie. Fragmenty świata, który już nie istniał.

Jedna kobieta stała poza kręgiem, plecami do mnie. Obserwowała grupę z taką samą intensywnością, z jaką oni próbowali zajrzeć w głąb siebie. Była wysoka i smukła, ubrana w prostą, szarą tunikę, taką samą jak wszyscy tutaj. Długie, ciemne włosy miała splecione w gruby warkocz. Nie widziałem jej twarzy, ale cała jej postawa mówiła o napięciu trzymanym w ryzach siłą woli. Jak struna instrumentu, naciągnięta do granic wytrzymałości, która wibruje, ale jeszcze nie pęka.

To musiała być Anna Niewiadomska.

- Zimno - odezwał się nagle starzec siedzący w kręgu. Jego głos był cichy i łamliwy jak suchy liść. - Zawsze najpierw było zimno. Takie... metaliczne zimno. Na skórze.

- Gładkie - dodała młoda kobieta po drugiej stronie kręgu. Jej oczy pozostawały zamknięte, a po policzku spływała pojedyncza łza. - Stół był gładki i zimny. Jak lód.

- Światło - szepnął ktoś inny. - Nie żarówki. Nie słońce. Oślepiające. Ale bez ciepła.

Mówili w fragmentach. Rzucali w ciszę pojedyncze słowa, obrazy, odczucia. Jak rozbitkowie na oceanie, którzy wykrzykują swoje pozycje w nadziei, że ktoś złoży z tego mapę. To był właśnie Krąg Pamięci. Nie próbowali opowiadać historii. Wiedzieli, że to niemożliwe. Trauma rozerwała ich wspomnienia na strzępy. Próbowali je składać, kawałek po kawałku, jak archeolodzy odtwarzający naczynie z garści skorup. Każdy miał tylko fragment. Razem mogli mieć... coś więcej.

Kobieta stojąca plecami do mnie drgnęła. Powoli, jakby każdy ruch sprawiał jej ból, odwróciła się w moją stronę. I wtedy zobaczyłem jej twarz. Była młoda, może trzydziestoletnia, ale jej oczy były stare. Bardzo stare. Widziałem w nich determinację, ale pod nią, jak ciemna woda pod cienką warstwą lodu, kryło się morze traumy i bezsilności. Była piękna w ten tragiczny, poraniony sposób, jak posąg, który przetrwał trzęsienie ziemi - wciąż rozpoznawalny, ale na zawsze naznaczony pęknięciami.

Spojrzała na mnie bez zdziwienia. Jakby spodziewała się, że ktoś w końcu przyjdzie. Jej spojrzenie nie było ani wrogie, ani przyjazne. Było badawcze. Zmierzyła mnie od stóp do głów, jej wzrok zatrzymał się na moment na znoszonym trenczu i starych, skórzanych butach. Na mojej analogowej fasadzie w tym cyfrowym świecie.

Zrobiła krok w moją stronę, poruszając się bezszelestnie. - Zgubił się pan? - zapytała cicho. Jej głos był melodyjny, ale pozbawiony wibracji. Mówiła w standardowym języku Konsorcjum z lekkim, dziwnie brzmiącym akcentem, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Akcentem Ziemi. - Szukałem miejsca, gdzie cisza jest głośniejsza niż hałas - odparłem, używając starego, detektywistycznego frazesu. To była moja tarcza. Mój sposób na trzymanie dystansu. Uniosła lekko kącik ust, ale to nie był uśmiech. To był grymas zrozumienia. - To dobrze pan trafił. Tutaj mamy tylko to. Ciszę i jej echa. Czego pan chce?

Nie odpowiedziałem od razu. Zamiast tego, mój wzrok powędrował z powrotem do kręgu. Do tych ludzi, którzy z takim wysiłkiem próbowali poskładać swoje rozbite dusze. To nie było śledztwo. To była sesja terapeutyczna zrodzona z desperacji. - To, co robicie... - zacząłem, nie wiedząc, jak to ująć. - Pomaga? - Czasem - odparła. - Czasem ktoś przypomni sobie nowy szczegół. Zapach. Dźwięk. Kształt symbolu na ścianie. To jak szukanie igły w stogu siana, tylko że nie wiemy, czy szukamy igły, czy może ziarenka piasku. A stóg siana płonie. - I co potem? Kiedy już złożycie te fragmenty? Co macie nadzieję znaleźć? - naciskałem, czując się jak brutal wdzierający się do sanktuarium. Odwróciła wzrok, patrząc na lewitującą kulę światła. - Mapę - szepnęła, a w tym jednym słowie zawarta była cała ich nadzieja i cała ich rozpacz. - Legendę o mapie gwiezdnej. Wierzymy, że gdzieś w naszych pofragmentowanych wspomnieniach, ukryte są koordynaty. Droga do domu.

Mit mapy gwiezdnej. Słyszałem o tym. Plotka krążąca po Podbrzuszu, traktowana z mieszaniną litości i pogardy. Opowieść o tym, że porywacze, kimkolwiek byli, wgrali w umysły swoich ofiar pełną mapę galaktyki, a wśród niej drogę powrotną na Ziemię. Dla cyników z Agory była to bajka dla straumatyzowanych dorosłych. Sposób na przetrwanie w obliczu beznadziei. Ale dla nich... dla nich to było wszystko. Jedyny powód, by rano wstać z pryczy w zimnym, metalowym kontenerze.

- Domu już nie ma - powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Konsorcjum usunęło Ziemię z oficjalnych rejestrów po "Incydencie". Uznano ją za stratę całkowitą. - Systemy Konsorcjum nie są jedynym źródłem prawdy - odparła, a w jej głosie po raz pierwszy usłyszałem nutę stali. - My pamiętamy. Pamiętamy trawę. Pamiętamy deszcz. Pamiętamy słońce, które grzało. To istnieje, nawet jeśli nie ma tego w waszych bazach danych. I wierzymy, że droga powrotna też istnieje. Gdzieś tutaj. - Wskazała na skronie ludzi siedzących w kręgu. - Musimy ją tylko odnaleźć, zanim... zanim wszystko zniknie.

Zrozumiałem. Pamięć była dla nich wyścigiem z czasem. Każdy dzień, każda nowa trauma życia na Agorze zacierała stare ślady. Byli żywymi archiwami, które ulegały powolnej degradacji. Ich poszukiwania nie były tylko aktem nadziei. Były aktem desperackiej konserwacji.

Stałem tam, w progu tego prowizorycznego sanktuarium, i czułem, jak mój cynizm, moja tarcza z taniej powieści noir, zaczyna pękać. Problem z rozbitymi lustrami jest taki, że w każdym fragmencie, nieważne jak małym, możesz zobaczyć odbicie własnej twarzy. A ja w ich bólu widziałem echo swojego własnego, dawno pogrzebanego zagubienia.

Odwróciłem się, by odejść. To wciąż nie była moja sprawa. To był ich ból, ich nadzieja, ich mityczna mapa. - Poczekaj - powiedziała za mną Anna Niewiadomska. Zatrzymałem się, ale nie odwróciłem. - Czasem ludzie znikają - ciągnęła cicho, ale jej głos niósł się w ciszy kontenera. - Nawet stąd. Znikają i nigdy nie wracają. FPK mówi, że to ucieczki. Że nie wytrzymali długu i uciekli w głąb Strefy. Ale my wiemy, że to nieprawda. Oni by nas nie zostawili. Nie zostawiliby Kręgu. Czułem jej spojrzenie na plecach. Zimne i palące jednocześnie. - Piotr zaginął trzy dni temu. Miał jedno z najczystszych wspomnień. Pamiętał fragment, który wyglądał jak konstelacja. Rysował go w kółko. Teraz go nie ma. A my... my zebraliśmy wszystko, co mieliśmy. Każdy kredyt. Potrzebujemy kogoś, kto potrafi szukać. Kogoś, kogo nie obchodzą numery WPN. Kogoś, kto rozumie duchy.

Odwróciłem się powoli. Patrzyła na mnie, a w jej wyciągniętej dłoni leżał mały, sfatygowany woreczek. Czułem przez materiał chłód kilkudziesięciu metalowych monet o niskim nominale. To była zapłata. Śmieszna. Żałosna. I jednocześnie najcięższa, jaką kiedykolwiek mi zaoferowano. Bo nie płacili kredytami. Płacili ostatnim okruchem nadziei.

I ja, Carl Bennett, cynik, relikt, facet, który za pieniądze znalazłby dziurę w całej próżni, wiedziałem, że jestem w potrzasku. Bo odmówienie tej sprawie byłoby jak przyznanie, że duch z mojej własnej przeszłości ostatecznie wygrał.

Rozdział 5: Szepty w Szarym Splocie

5.1

Wizyta w biurze Federalnej Policji Konsorcjum zostawiła w moich ustach smak, którego nie mogła spłukać żadna, nawet najgorsza whisky. To był smak zimnego, sterylnego metalu i biurokratycznej obojętności. Smak systemu, który zaprojektowano tak, by był głuchy na wszystko, co nie generuje zysku. Kaelen i jego fasetkowe oczy nie byli problemem. Byli tylko objawem. Prawdziwą chorobą była logika, którą reprezentowali: jeśli czegoś nie da się wpisać do arkusza kalkulacyjnego jako aktywa, to jest to pasywa. A pasywa się utylizuje, nie szuka. Proszenie FPK o pomoc w sprawie zaginionego Terranina o ujemnym WPN było jak proszenie mafii, żeby wszczęła śledztwo w sprawie zniknięcia jednego z własnych dłużników. Strata czasu i energii.

Wiedziałem, że jeśli mam znaleźć jakąkolwiek odpowiedź, nie znajdę jej w lśniących, oficjalnych korytarzach Agory. Musiałem zanurkować tam, gdzie system miał swoje pęknięcia, swoje zapomniane piwnice i zaśniedziałe styki. Musiałem udać się do Szarego Splotu.

Szary Splot nie był miejscem na żadnej oficjalnej mapie. Był nieindeksowanym, wirtualnym podbrzuszem stacji, siecią w sieci, cyfrowym czarnym rynkiem, gdzie informacja była najcenniejszą walutą. Nie wchodziło się tam z lśniącego terminala w moim biurze. To byłoby jak wejście na spotkanie z gangsterami w białym garniturze i z walizką pełną pieniędzy. Zbyt czysto, zbyt łatwo do namierzenia. Do Splotu wchodziło się z fizycznych, brudnych nor, rozsianych po najgłębszych sektorach Podbrzusza - z miejsc, gdzie linie danych były tak splątane, a sygnały tak zakłócone, że nawet policyjne algorytmy śledzące gubiły trop.

Moja nora nazywała się "Gniazdo Pająka". Był to podupadły salon z automatami do gier i terminalami publicznymi, wciśnięty między zakład utylizacji płynów chłodniczych a kantynę serwującą białko z grzybów, które smakowało jak mokry karton. Powietrze w środku było gęste i gorące, przesycone zapachem ozonu, spalonej elektroniki i taniego stymulantu, który większość klientów wstrzykiwała sobie prosto w kark, by wytrzymać wielogodzinne sesje.

W rzędach stały stare, połatane konsole, a w ich wklęśniętych fotelach siedzieli cyfrowi rozbitkowie. Ludzie, których WPN był tak niski, że jedynym światem, w którym mogli coś znaczyć, był ten wirtualny. Ludzie uciekający przed długami, przeszłością albo po prostu przed potworną nudą życia na dnie drabiny społecznej Agory. Ich twarze, oświetlone migoczącym blaskiem ekranów, były maskami pustej koncentracji. Ich ciała były tutaj, ale umysły dryfowały gdzieś w bezkresnym, nielegalnym oceanie danych Szarego Splotu.

Przeszedłem między nimi, ignorując ich beznamiętne spojrzenia. Mój cel znajdował się na samym końcu sali, za zasłoną z antystatycznej folii. Była to mała, klaustrofobiczna kabina, w której urzędował mój informator. Człowiek, który był dla Szarego Splotu tym, czym pająk dla swojej sieci.

5.2

Nazywał się Echo. A może to była tylko jego sieciowa ksywka. Nikt nie wiedział na pewno. Był chudy jak szczur z kanałów i blady jak mieszkaniec księżyca, który nigdy nie widział prawdziwego słońca. Jego oczy, ukryte za grubymi soczewkami gogli neuro-optycznych, zdawały się patrzeć jednocześnie na mnie i na tysiąc niewidzialnych punktów w cyberprzestrzeni. Siedział w fotelu, który wyglądał bardziej jak gniazdo z kabli i połatanych płytek drukowanych niż mebel. Jego palce, zakończone zestawem niestandardowych, cybernetycznych implantów, unosiły się nad konsolą, która była chaotyczną plątaniną części z co najmniej dziesięciu różnych modeli.

- C.B. - mruknął, nie odrywając wzroku od swoich ekranów. Jego głos był suchym szeptem, jak szum uszkodzonego głośnika. - Dawno cię nie było. Myślałem, że znalazłeś sobie uczciwą pracę.

- Humor ci się wyostrzył, Echo - odparłem, siadając na jedynym wolnym stołku, który groził zawaleniem. - Mam robotę. Potrzebuję informacji.

- Każdy potrzebuje. Informacja to nowa woda. Bez niej umierasz z pragnienia. - Jego palce zatańczyły na konsoli. - Co masz dla mnie?

Położyłem na blacie zaszyfrowany chip kredytowy. Nie spojrzał na niego. Wiedział, że go nie oszukam. To nie był nasz styl. Nasza relacja opierała się na prostej, brutalnej symbiozie: ja dawałem mu środki na utrzymanie jego cyfrowego nałogu, on dawał mi dostęp do swojej pajęczej sieci.

- Zaginięcie. Terranin. Piotr Kowalski. Z Wygnania. Sektor 7G. Zniknął trzy, może cztery dni temu. FPK umyło ręce.

Echo prychnął. To był jedyny dźwięk, który zdradzał jakąkolwiek emocję. - Terranin z Wygnania. To jak szukanie konkretnego ziarenka piasku na pustyni, na której codziennie przechodzi burza piaskowa. System filtruje takie dane jako statystyczny szum.

- Wiem. Dlatego przyszedłem do ciebie. Ty nie filtrujesz. Ty słuchasz szumu. Sprawdź wszystko. Nagrania z kamer, publiczne i prywatne. Logi transportowe. Transakcje. Plotki na forach. Cokolwiek.

Skinął głową. Wsunął mój chip do portu w swojej konsoli. Przez chwilę jego oczy za grubymi szkłami zamgliły się, jakby patrzył w dal. Jego palce znieruchomiały, a potem zaczęły poruszać się z niewiarygodną prędkością, stukając w klawisze, przesuwając niewidzialne okna w wirtualnej przestrzeni. Patrzyłem, jak pracuje. To było jak obserwowanie mistrza ceremonii przywołującego duchy. Ja widziałem tylko migoczące linie kodu i chaotyczne diagramy. On widział rozmowy, tajemnice i kłamstwa płynące w żyłach Agory. Czekałem. W tej robocie cierpliwość była równie ważnym narzędziem, co naładowany pistolet i butelka taniej whisky.

5.3

Minęło dziesięć minut. Może piętnaście. W "Gnieździe Pająka" czas płynął inaczej. Echo znieruchomiał. Jego palce zawisły nad konsolą.

- Ciekawe - szepnął. - Twój Piotr Kowalski to nie jest jednorazowy błąd w systemie.

- Co masz na myśli?

Zamiast odpowiedzi, machnął ręką. W powietrzu między nami zamigotał trójwymiarowy hologram. Była to uproszczona mapa Agory, lśniąca siatka korytarzy i sektorów. Echo stuknął w kilka klawiszy i na mapie zaczęły pojawiać się małe, pulsujące, czerwone punkty.

- To są zgłoszenia zaginięć Terran z ostatnich sześciu miesięcy - powiedział Echo. - Tylko te z najgłębszych sektorów. Wszystkie z ujemnym WPN. Wszystkie zamknięte przez FPK z adnotacją "prawdopodobna ucieczka w celu uniknięcia zobowiązań". Siedemnaście przypadków. Twój Kowalski jest osiemnasty.

Patrzyłem na te pulsujące punkty. Każdy z nich był człowiekiem. Każdy był historią, która została wymazana przez system, uznana za nieistotny błąd zaokrąglenia. To nie było już śledztwo w sprawie zaginięcia. To była cholerna archeologia masowego grobu, którego nikt nawet nie zauważył.

- Widzisz wzór? - zapytał Echo. - Znikają w regularnych odstępach czasu. Zawsze z miejsc o niskim poziomie monitoringu. Zawsze jednostki bez powiązań, bez rodziny, które łatwo uznać za uciekinierów. To nie jest chaos. To jest metodyczne. To jest polowanie.

- Kto za tym stoi? - zapytałem, chociaż w żołądku czułem już zimny węzeł przeczucia.

Echo znowu zaczął pisać. Hologram zniknął, zastąpiony przez strumienie danych. - To jest trudniejsze. Ktokolwiek to robi, jest dobry. Używa fałszywych sygnatur, czyści logi. Ale każdy zostawia echo. Nawet najcichszy szept. - Zamilkł na dłuższą chwilę. Słyszałem tylko szum wentylatorów chłodzących jego maszynę. - Mam coś. Skrawek danych. Fragment usuniętego logu z kamery serwisowej, dryfujący w cyfrowych śmieciach. Ktoś go nieudolnie próbował nadpisać.

Na ekranie pojawił się niewyraźny, zaszumiony obraz. Korytarz serwisowy, gdzieś w Podbrzuszu. Przez ułamek sekundy przemknęła przez niego postać. Nie dało się rozpoznać twarzy, ale widać było fragment uniformu.

- To korytarz w Sektorze 4, Poziom Gamma. Tuż przy starym, zamkniętym Salonie Snu "Morfeusz-Prime" - powiedział Echo. - Należy do Chrono-DREAM Inc. Zamknęli go pięć lat temu po jakimś skandalu z nielegalnymi testami neuro-stymulantów.

- A ta postać? - spytałem.

- Według sygnatury czasowej, to Piotr Kowalski. Dwa dni przed swoim zniknięciem. Kręcił się w okolicy. I to nie wszystko. - Echo przybliżył inny fragment obrazu. Na ścianie za Kowalskim widać było ledwo widoczne, świeżo namalowane logo. Logo ochrony korporacyjnej Chrono-DREAM.

Chrono-DREAM Inc. Korporacja od syntetycznych snów i snów na kredyt. Nagle sprawa przestała być mglistym polowaniem na duchy. Nabierała kształtu. Brzydkiego, korporacyjnego kształtu.

5.4

Zapłaciłem Echo dodatkowe kredyty za milczenie i kopie wszystkiego, co znalazł. Wyszedłem z "Gniazda Pająka" i znowu znalazłem się w głośnych, cuchnących korytarzach Podbrzusza. Świat na zewnątrz nie zmienił się ani na jotę. Te same neony wciąż iskrzyły, ten sam tłum wciąż płynął w obie strony, ten sam zapach smażonego białka i recyrkulowanego powietrza wciąż unosił się wkoło. Ale dla mnie wszystko było inne.

Wiedziałem już, że nie szukam jednego zaginionego człowieka. Wdepnąłem w coś znacznie większego. To była systematyczna operacja, dobrze zaplanowana i bezwzględnie realizowana. Ktoś porywał najbardziej bezbronnych mieszkańców Agory, ludzi, o których nikt się nie upomni, bo dla systemu byli tylko liczbą w kolumnie "pasywa". Chrono-DREAM Inc., korporacja, która oficjalnie sprzedawała marzenia, najwyraźniej prowadziła po godzinach zupełnie inny, mroczniejszy interes.

Wróciłem do swojego biura. Syntetyczny deszcz znowu bębnił o szybę. Nalałem sobie szklankę tej samej podróbki whisky, ale jej smak wydawał mi się jeszcze bardziej chemiczny niż zwykle. Wpatrywałem się w zaszyfrowany datapad od Echo, na którym wyświetlała się mapa z osiemnastoma czerwonymi punktami. Osiemnaście dusz, niewidzialnych dla świata.

Piotr Kowalski nie był ofiarą przypadkowego porwania. Był kolejnym ogniwem w długim łańcuchu. A jego obsesyjne rysunki gwiazd, jego rzekoma "mapa", nagle nabrały nowego, złowieszczego znaczenia. Może nie był szaleńcem. Może był kimś, kto wiedział zbyt dużo.

Sprawa przestała dotyczyć garści monet od zrozpaczonej społeczności. Przestała być nawet kwestią mojej zawodowej dumy. Stała się czymś osobistym w sposób, którego nie potrafiłem jeszcze nazwać. Patrząc na te czerwone punkty, widziałem nie tylko Terran. Widziałem cienie. Echa ludzi wyrwanych ze swojego życia, potraktowanych jak surowiec.

Dopiłem whisky jednym haustem. Czułem jej syntetyczne ciepło rozchodzące się po żołądku. Spojrzałem na mapę Agory na swoim terminalu i wyznaczyłem kurs. Sektor 4. Poziom Gamma. Zamknięty Salon Snu "Morfeusz-Prime".

Czas było przestać słuchać szeptów. Czas było zapukać do drzwi. Nawet jeśli wiedziałem, że po drugiej stronie nie czeka nikt, kto ucieszyłby się na mój widok.

Rozdział 6: Pan Thorne Patrzy z Góry

6.1

Iglica. Wbijająca się w zanieczyszczone chmury Neo-Veridii niczym igła ze szkła i stali, była pomnikiem arogancji jednego człowieka. Na samym jej szczycie, w biurze tak przestronnym, że mogłoby pomieścić tuzin mieszkań z niższych poziomów, rezydował Julian Thorne. Świat na dole był dla niego jedynie gobelinem świateł i cieni, odległą mapą, po której poruszały się nieistotne punkciki. Jego świat znajdował się tutaj, w sterylnym, klimatyzowanym sanktuarium, gdzie powietrze smakowało zwycięstwem, a widok z panoramicznych okien potwierdzał jego status pana i władcy.

Ściany biura były żywym dziełem sztuki - cyfrowymi płótnami, na których powoli przesuwały się uspokajające, abstrakcyjne formy w odcieniach chłodnego błękitu i srebra. Pośrodku stało masywne biurko z polerowanego obsydianu, tak czarne i gładkie, że zdawało się pochłaniać światło. Na jego powierzchni nie leżał ani jeden zbędny przedmiot. Porządek był dla Thorne'a nie tyle nawykiem, co manifestacją kontroli.

Julian Thorne, Prezes Zarządu i założyciel Chrono-DREAM Inc., nie był istotą, która lubił niespodzianki. Dlatego też, gdy na jego biurku zmaterializował się trójwymiarowy, półprzezroczysty raport, jego idealnie wyprofilowane brwi uniosły się o ułamek milimetra. Gest ten, dla kogoś, kto go nie znał, byłby niezauważalny. Dla jego podwładnych byłby zwiastunem burzy.

Palcami o długich, wypielęgnowanych paznokciach, Thorne przewijał holograficzne strony. Raport, przygotowany przez jego wewnętrzny dział bezpieczeństwa, był zwięzły i rzeczowy. Dotyczył niejakiego C.B. - prywatnego detektywa. Zmarszczył lekko nos na to archaiczne określenie. "Prywatny detektyw". Brzmiało jak coś z historycznych filmów, relikt epoki, w której tajemnice można było jeszcze odkryć, grzebiąc w fizycznych śmieciach, a nie w strumieniach danych.

Raport zawierał wszystko: profil psychologiczny C.B., jego byłą przynależność do sił policyjnych, listę jego ostatnich, mało znaczących spraw, a co najważniejsze, jego obecne zainteresowanie zniknięciem niejakiej Elary Vance. Imię to nic Thorne'owi nie mówiło. Było jednym z tysięcy, setek tysięcy imion Terran, którzy przewinęli się przez jego korporację. Surowiec. Naczynia dla snów, które sprzedawał elitom.

Thorne oparł się wygodniej w swoim fotelu z prawdziwej, nie syntetycznej, skóry. Jego spojrzenie błądziło po danych. C.B. odwiedził klinikę snów. Rozmawiał z technikiem. Węszył w pobliżu magazynów. Wszystko to było... irytujące. Jak mucha brzęcząca przy uchu podczas ważnego spotkania. Nie było to zagrożenie, nie w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Zagrożeniem mogłaby być konkurencyjna korporacja z podobną technologią lub rządowy regulator z realną władzą. Prywatny detektyw opłacany z resztek funduszy jakiejś zrozpaczonej rodziny był jedynie niedogodnością. Statystycznym błędem w jego doskonale skalibrowanej maszynie.

Mimo to, ziarno irytacji zostało zasiane. Jego operacje były zbyt delikatne, zbyt ważne, by pozwolić na jakąkolwiek formę zewnętrznej ingerencji, nawet tak nieudolnej. Perfekcja nie toleruje skaz. A C.B. był właśnie taką skazą - brudnym śladem buta na nieskazitelnie białej podłodze jego imperium.

6.2

Thorne dotknął niewidocznego sensora na krawędzi biurka. - Panie Graves, do mojego biura. Natychmiast. - jego głos był spokojny, niemal monotonny, ale niósł w sobie ciężar niepodważalnego autorytetu.

Nie minęło trzydzieści sekund, a bezszelestne drzwi otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna zbudowany jak opancerzony transporter. Marcus Graves, szef ochrony Chrono-DREAM, był przeciwieństwem swojego pracodawcy. Tam, gdzie Thorne był smukły i elegancki, Graves był masywny i brutalny. Jego twarz, poorana bliznami z czasów służby w korporacyjnych siłach pacyfikacyjnych, była pozbawioną emocji maską. Ubrany był w nienagannie skrojony, wzmacniany kevlarem garnitur, który nie ukrywał potężnej muskulatury.

- Panie Thorne - mruknął Graves, stając w idealnej odległości od biurka, ani za blisko, by naruszyć przestrzeń osobistą, ani za daleko, by okazać brak szacunku.

Thorne nie podniósł na niego wzroku, wciąż wpatrując się w wirujące dane raportu. - Mamy problem natury... sanitarnej, panie Graves. Karaluch dostał się do kuchni.

Graves milczał, czekając. Znał metafory swojego szefa.

- Nazywa się C.B. - Thorne machnął ręką, a hologram z raportem przesunął się w stronę szefa ochrony. - Były glina. Teraz bawi się w detektywa. Węszy w sprawie jednego z naszych... dawnych aktywów. Kobiety o nazwisku Vance.

Graves w milczeniu przyswajał informacje, jego oczy skanowały dane z prędkością maszyny. - Rozumiem, proszę pana. Jakie są dyrektywy?

- To nie jest cel do eliminacji - powiedział Thorne, w końcu podnosząc wzrok. Jego oczy, w kolorze arktycznego lodu, spotkały się ze spojrzeniem Gravesa. - Jego zniknięcie mogłoby przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Nie chcemy śledztwa w sprawie morderstwa, chcemy, żeby stracił zapał. Chcę, żeby poczuł, że wsadził nos w gniazdo genetycznie zmodyfikowanych szerszeni. Chcę, żeby obudził się pewnego ranka i uznał, że dalsze grzebanie w tej sprawie jest najgorszym pomysłem w jego krótkim, nieznaczącym życiu.

Zapadła cisza, przerywana jedynie cichym szumem systemu wentylacyjnego. Thorne delektował się tą chwilą, władzą, jaką dawało mu jedno słowo.

- Zniechęćcie go - powiedział w końcu, smakując to słowo. - Użyjcie wszelkich niezbędnych środków z wyłączeniem siły letalnej. Niech jego sprzęt ulegnie awarii. Niech jego źródła informacji wyschną. Niech poczuje się obserwowany na każdym kroku. Niech zrozumie, że są siły, z którymi nie może wygrać. Niech to będzie lekcja pokory. Subtelnie, ale stanowczo.

- Tak jest, panie Thorne - odparł Graves bez mrugnięcia okiem. - Zajmiemy się tym. Detektyw straci zainteresowanie.

- Wiem, że tak będzie, panie Graves - odparł Thorne, ponownie odwracając wzrok w stronę panoramy miasta. - Dlatego cię zatrudniam. Możesz odejść.

Gdy tylko Graves wyszedł, Thorne machnięciem dłoni zamknął hologram. Sprawa C.B. została delegowana. Z problemu stała się zadaniem do wykonania. A w jego umyśle nie było już na nią miejsca.

6.3

Thorne wstał i podszedł do ogromnego okna, opierając dłonie o chłodną szybę. Pod nim, tysiące stóp niżej, miasto pulsowało życiem. Rzeki świateł pojazdów, migotanie neonów, niezliczone okna w wieżowcach - każde z nich było domem dla Terranina. Dla niego, patrzącego z góry, nie byli oni ludźmi. Byli zasobem. Byli liczbami w arkuszu kalkulacyjnym.

Początkowo ich wartość leżała w ich umysłach, w ich zdolności do śnienia. Chrono-DREAM Inc. zbudowało swoje imperium na sprzedaży tych snów. Bogaci, znudzeni, nieśmiertelni niemal dzięki technologiom medycznym, płacili fortunę, by na kilka godzin zanurzyć się w autentycznych, surowych emocjach, jakich sami nie potrafili już doświadczyć. Strach, radość, miłość, rozpacz - wszystko to było towarem, zbieranym od Terran jak owoce z drzewa. A kiedy umysł dawcy był już wyeksploatowany, pusty i wypalony, stawał się bezużyteczny.

Ale Thorne był wizjonerem. Zawsze patrzył kilka kroków w przyszłość. Zrozumiał, że prawdziwa wartość nie leży w ulotnych marzeniach sennych, ale w samym budulcu życia. W genach.

Terranie, żyjący w zanieczyszczonym środowisku niższych poziomów, byli fascynującym materiałem badawczym. Ich ciała, przez pokolenia, adaptowały się, mutowały w subtelny sposób, by przetrwać w toksycznym otoczeniu. Ich DNA było kopalnią unikalnych sekwencji, kluczem do odporności, regeneracji, a może nawet czegoś więcej.

Wartość. To słowo definiowało jego światopogląd. Jaka jest wartość jednego Terranina? Dla jego rodziny - ogromna. Dla społeczeństwa - znikoma. Dla Juliana Thorne'a - warunkowa. Była to wartość surowca, który można przetworzyć w coś znacznie cenniejszego. Tak jak przetwarza się rudę żelaza w stal, tak on zamierzał przetworzyć ludzkość w jej następną, doskonalszą formę. A sentymenty? Sentymenty były dla biedaków i filozofów. W sali posiedzeń zarządu liczył się tylko zysk i postęp. A on, Julian Thorne, był kapłanem ich obu.

6.4