BZRK - Mr Michael Grant

Reflow text when sidebars are open.
Dziewczyna siedziała zaledwie trzy krzesła od Noaha i mówiła do własnej ręki. Do grzbietu dłoni - tak dokładnie - z szeroko rozłożonymi palcami. Czubki palców miała pomalowane na przemian na czerwono i złoto, ale nie lakierem do paznokci i nie tylko paznokcie. Wyglądało to raczej, jakby użyła farby w spreju.
Wyjaśniała grzbietowi dłoni, że jest "Absolutnie zdrowa. Absolutnie zdrowa".
Noah pomyślał, że mogłaby być ładna, ale trudno mu było tak naprawdę ocenić jej twarz lub figurę, kiedy jego wzrok nieodparcie przyciągała szrama po sznurze na jej szyi.
Zaczęła krzyczeć, kiedy przyszli po nią pielęgniarze. Musieli podnieść ją siłą, trzymając za sztywne ramiona. Jej matka, a może starsza siostra, stała, zakrywając dłonią usta. Szlochała i jak echo powtarzała słowa dziewczyny.
- Będziesz zdrowa - powiedziała ta normalna.
- Jestem absolutnie zdrowa! - krzyknęła wariatka.
Kopnęła krzesło, aż szurnęło po podłodze, i spojrzała dziko na Noaha oczami w czerwonych obwódkach.
Noah Cotton. Lat szesnaście. Kasztanowate włosy, rozczochrane, jakby dopiero wstał z łóżka i w ogóle się nie uczesał. Wargi pełne, lekko wygięte w dół, gotowe na smutek. Nos mocny i ostry - cholernie niemal doskonały nos. Ale uwagę oczywiście przyciągały przede wszystkim te jego niebieskie oczy. Skąd on wziął tak niebieskie oczy? Wyglądały nienaturalnie. Jak u kogoś, kto nosi barwione szkła kontaktowe. A kiedy zwracał na ciebie te jasne niesamowite oczy, nie wiedziałeś, czy patrzysz w niezmierzoną głębię, czy może tylko w otchłań totalnego szaleństwa.
No cóż, gdyby odpowiedź brzmiała: "w otchłań totalnego szaleństwa", doskonale pasowałby do tego miejsca - poczekalni w głównym korytarzu Ceglaka.
Ten budynek go przytłaczał. Może przez swoją historię. W XVIII wieku nazywano go Azylem dla Nieuleczalnych Szaleńców imienia Lorda Japhetha LeMaya. W połowie XIX wieku trochę to złagodzono i przemianowano na Wschodniolondyński Azyl dla Obłąkanych.
Dziś oficjalnie nazywał się Wschodniolondyńskie Centrum Leczenia Chorób Psychicznych.
Ale nikt go tak nie nazywał, a przynajmniej poza jego murami. Dla świata na zewnątrz to był Ceglak.
To architektoniczne ceglane monstrum rozrastało się - a raczej puchło - przez przeszło dwieście lat. Nie było wyłącznie z cegły. Niektóre wieże i skrzydła wzniesiono z kamienia. Część zewnętrznych zabudowań to mur pruski pokryty obłażącym, malowanym tynkiem. Ale potężny centralny budynek z dwiema bliźniaczymi wieżami, zwanymi Laufrem i Wieżą, przez podobieństwo do figur szachowych - jedną wysoką i spiczastą, a drugą przysadzistą i groźną - zbudowano w całości z czerwonej okopconej cegły.
Noah robił, co mógł, żeby nie słyszeć echa krzyków obłąkanej dziewczyny, ale poczekalnia była prawie tak samo schizofreniczna jak wielu pacjentów: stare obrazy olejne, wyłożona płytkami posadzka w nieco rozjechaną, czarno-białą szachownicę, żółte ściany, które ktoś pewnie uznał za wesołe, i meble z wyprzedaży rupieci. A do tego wszystkiego żyrandol chyba zrabowany z jakiegoś kiczowatego pałacu podczas jednej z dawnych kolonialnych wojen. Dawał światło, które genialnie rzucało cienie, więc nawet miejsca pod krzesłami wyglądały jak potencjalne legowiska maleńkich potworów.
Noah przyszedł tu odwiedzić swojego brata Aleksa. Swojego dużo starszego brata Aleksa. Lat dwadzieścia pięć, weteran z Afganistanu, Królewski Regiment Szkockich Fizylierów (motto: Nemo me impugn lacessit - Nikt nie nęka mnie bezkarnie; czy też, w alternatywnym tłumaczeniu: Nie przypieprzaj się do nas, bo zrobimy ci kuku). Bary, na których można by rozwalać pustaki. Zdyscyplinowany. Co rano wstawał, żeby przebiec dziesięć kilometrów przy każdej pogodzie, jaką miał do zaproponowania Londyn.
Alex Cotton dorobił się Krzyża Wybitnej Waleczności, bo miał takie jaja, że załatwił trzech talibów w gnieździe karabinu maszynowego, dosłownie niosąc na plecach rannego towarzysza.
A teraz...
Wywołano nazwisko Noaha. Salowy - nadęty bandzior o grubych nogach, z paralizatorem w jednej kieszeni i ze skórzaną pałką sterczącą z drugiej, poprowadził go ze sobą. Przez część biurową. Przez drzwi ze zbrojonego szkła i stali.
Przez drugie zbrojone drzwi.
Przez centrum ochrony, gdzie znudzeni ochroniarze gapili się na migające ekrany i z nogami na biurkach gadali o sporcie.
Przez trzecie drzwi. Te musiał im otworzyć na dzwonek salowy po drugiej stronie.
I tu zaczęły się wrzaski, zawodzenia i piski, narastające krzyki i rozdzierające szlochy. Dźwięki sączyły się przez stalowe drzwi poszczególnych pokoi. A właściwie cel.
Noah nie chciał czuć tych krzyków w sobie, ale nie miał zbroi, nie był na nie odporny. Na każdy dziki tryl obłąkańczego śmiechu wzdrygał się jak smagnięty batem.
Pielęgniarz i dwaj niechlujni salowi chodzili od drzwi do drzwi. Jeden pchał skrzypiący wózek wyładowany plastikowymi kubeczkami. Były oznaczone kodami cyfrowymi i każdy zawierał co najmniej kilka, a czasem i kilkanaście wesołych, kolorowych pigułek.
Pigułkowa załoga podeszła do drzwi, zapukała, nakazała osadzonemu cofnąć się, odczekała chwilę, po czym przekręciła zamek i otworzyła drzwi. Jeden z salowych - nie, powiedzmy otwarcie: to strażnicy, cerberzy, klawisze, ale na pewno nie salowi - wszedł do środka z pielęgniarzem, a drugi został na zewnątrz z paralizatorem w pogotowiu.
Noah dotarł do celi Aleksa. Numer 91.
- Spoko, jest skuty - powiedział strażnik. - Tylko nie próbuj go dotykać. Nie lubi, kiedy się go dotyka. - Uśmiechnął się z żalem i pokręcił głową, jakby sugerował, że Noah wie, o co chodzi.
Za drzwiami ukazał się pokój: półtora metra szerokości, dwa i pół długości. Jedynym meblem było stalowe łóżko. Grube, metalowe nity mocowały tę pryczę do popękanych płytek podłogi. Na półce, tak wysoko, że żaden człowiek by nie sięgnął, stało radio. Nastawione na BBC, cichutko. Grillowano jakiegoś polityka.
Alex Cotton siedział na brzegu łóżka. Nadgarstki przykuto mu kajdankami do stalowych kółek zamocowanych na obu końcach pryczy. W efekcie ręce miał wyciągnięte na boki i w zasadzie mógł poruszać tylko głową.
Duch Aleksa Cottona zwrócił zapadnięte, puste oczy na młodszego brata.
Noah na moment stracił mowę. Bo chciał powiedzieć: To nie ten pokój. To nie mój brat.
Potem rozległ się cichy warkot. W pierwszej chwili zdawało się, że dochodzi z radia. Głos zwierzęcia. Alex Cotton kłapnął zębami jak rekin, który nie zdołał chwycić zdobyczy.
- Alex - odezwał się Noah. - To ja. To tylko ja, Noah.
I znów ten gardłowy odgłos. Alex nagle skupił wzrok. Gapił się na Noaha i kręcił głową, jakby ta wizja sprawiła mu ból.
Noah minimalnie wychylił się, żeby dotknąć wyprężonego ramienia brata. Alex szarpnął się do przodu tak daleko, jak zdołał, czyli ledwie parę centymetrów. Napiął się mocno, aż pod kajdankami pokazała się krew.
Noah cofnął się i uspokajająco uniósł rękę.
- Mówiłem ci, nie próbuj go dotykać, bo zacznie wrzeszczeć o tych swoich pajączkach i innych bzdetach - burknął strażnik.
- Alex, to tylko ja. Noah.
- Nano nano nano nano - zaintonował śpiewnie Alex i zachichotał. Szybko poruszył palcami, jakby coś odgrywał.
- Nano? Co to jest, Alex? - wyszeptał Noah, jak gdyby przemawiał do wystraszonego dziecka. Łagodnie.
- He he he, nie. Nie. Nie nie nie nano nano nano. Nie.
Noah odczekał, aż Alex skończy. Nie odwrócił wzroku. To jego brat. To, co zostało z jego brata.
- Alex, nikt nie rozumie. Nikt nie wie, co ci się stało. No wiesz, że wylądowałeś tutaj.
Wyjaśnij swoje szaleństwo, szaleńcze. Powiedz mi, co się stało z moim bratem.
- Nano, makro, nano, makro - wymamrotał Alex.
- Często tak gada - podsunął strażnik. - Głównie "nano".
- To przez wojnę? - spytał Noah, ignorując strażnika.
Chciał wyjaśnienia. Żaden lekarz nie był szczególnie przekonujący. Mówili, że to prawdopodobnie przez wojnę, ale jak Alex wrócił do domu, badano go pod kątem stresu pourazowego i wyglądało na to, że wszystko w porządku. On i Noah uprawiali razem sport, pojechali na wycieczkę na kornwalijskie wybrzeże, na plażę i do jakiejś znajomej Aleksa. Brat był trochę rozkojarzony, ale nic poza tym. Rozkojarzony.
Strażnik milczał.
- To przez wspomnienia? - naciskał Noah. - O to tu chodzi? O Afganistan?
Ku jego zaskoczeniu odpowiedział Alex.
- Talib? - Zaśmiał się krzywo, jakby pół twarzy miał sparaliżowane. - Nie talib. Bug Man. Człowiek rooobal. Raz, dwa, trzy. Wszystkie zabite. Puf!
- To i tak nieźle jak na niego - uznał strażnik.
I przez kilka sekund wydawało się, że obłęd ustąpił. A Alex stara się ze wszystkich sił zmusić usta do mówienia. Zniżył głos do szeptu. Kiwał głową, jakby mówił: słuchaj pilnie, to ważne.
To. Ważne.
Po czym powiedział:
- Berserk[1].
Zadowolony z siebie kiwnął głową i kiwał dalej, coraz mocniej i mocniej, aż cały się trząsł jak w jakimś ataku. Kajdanki grzechotały o łóżko. Zdawało się, że cała cela wibruje współczująco.
- Berserk! - powtórzył, teraz już głośniej, i powtarzał coraz głośniej, aż zaczął krzyczeć. - Berserk! Berserk!
- Jezu. - Noah nienawidził się za to, że pokazał po sobie przerażenie.
- Jak już tak się rozkręci, to koniec na cały dzień - mruknął ze znużeniem strażnik. Chwycił Noaha za ramię, ale niezbyt szorstko. - Godzinami wrzeszczy o tym swoim zasranym "berserku".
- Berserk! Berserk!
Kiedy Noah usłyszał, że drzwi zamykają się za nim, poczuł falę mdłości i ulgi. Ale drzwi nie stłumiły krzyków jego obłąkanego brata, które ścigały go korytarzem i wywiercały dziury w skołowanym mózgu.
- Berserk!
- BERSERK!