Byłem gitarzystą Niemena - Tomasz Jaśkiewicz, Witold Górka

Reflow text when sidebars are open.
Właśnie skończyliśmy pracę nad tekstem tej książki i możemy się oddać naszej ulubionej rozrywce - słuchaniu muzyki.
Tomasz Jaśkiewicz urodził się w 1943 roku. Po wojnie razem z rodzicami i starszym rodzeństwem zamieszkał w centrum Warszawy.
WG: Urodziłeś się w 1943 roku... Mało prawdopodobne, żebyś zapamiętał jakieś obrazy z okupacji?
TJ: No rzeczywiście, mało prawdopodobne. Do końca nie jestem pewien, co z tych okruchów, przebłysków pamięci jest prawdziwe, a co się pojawiło później i zbiło w parę ponurych obrazów. Wydaje mi się, że pamiętam Niemców, ale najprawdopodobniej to obrazy z końca lat czterdziestych, gdy na ulicy, na której mieszkałem, kręcono filmy wojenne: Zakazane piosenki, Miasto niepokonane czy Kanał. Korzystano z tego, że był tam kawałek przedwojennej Warszawy. Z okien mojego mieszkania na parterze mogłem oglądać aktorów. Napatrzyłem się na tych żołnierzy ze szmajserami, z hełmami, słyszałem te wszystkie krzyki, wrzaski, wystrzały, prawdopodobnie to się zlepiło w taką kulę, która mnie gniotła. Wyobraź sobie ludzi po traumie wojennej, którzy nagle na klatce schodowej spotykają esesmanów obwieszonych zbrojnym żelastwem, obkutych głośno dudniącymi butami i pędzących prosto na nich. Nie wiesz, o co chodzi, ta wojna, wrzask na klatce, matko jedyna, nie da się opisać. Panika i krzyki. A to tylko statyści szukają jakiejś toalety.
WG: Okupację spędziliście w Warszawie?
TJ: Nie. Urodziłem się w Serocku, tam poznali się moi rodzice. W Serocku ojciec pracował u niemieckiego burmistrza jako kierowca, mama była wdową po żołnierzu Września, sprzedawała papierosy ukręcone z niedopałków. W którymś momencie, tak wynika z opowieści matki, gdy front się zbliżał, Niemcy z jakichś powodów nałapali sporo ludzi i popędzili ich na południowy zachód. W tej gromadzie byliśmy całą rodziną, czyli ojciec, moja mama, jej dwójka dzieci po zabitym pierwszym mężu i ja, kompletnie nieświadome niemowlę w wózku zrobionym z jakiejś skrzynki po armatnich pociskach. Wiem, że zawlekli nas aż do Czechosłowacji, a potem jeszcze dalej na zachód, aż wylądowaliśmy w Niemczech we Friedlandzie. Z opowieści mamy wiem, że podczas tej upiornej wędrówki przeszedłem wszystkie możliwe choroby dziecięce: odrę, ospę, koklusz i coś tam jeszcze. W efekcie byłem cały zaropiały, w stanie, że tak powiem, agonalnym. Ale ja silny byłem, jakoś na tym mleku matki dałem radę i przeżyłem, chociaż nie bez strat. Od tamtej pory nie słyszę na jedno ucho i źle widzę na jedno oko.
WG: Można było myśleć, że ani muzykiem, ani malarzem nie będziesz...
TJ: Zgadza się. Paradoks. Nie wiem, co to stereo i nie słyszę pewnych pasm. Od dziesięcioleci gram w różnych zespołach i prawdopodobnie jestem jedynym z zainteresowanych, który nie słyszy dokładnie tego, w czym uczestniczy.
WG: Po wojnie znaleźliście się w Warszawie?
TJ: Tak. Mój ojciec był z zawodu szoferem. Nawet więcej, szoferem-mechanikiem. Kochał samochody, potrafił wiele przy nich zrobić, prawdziwy fachowiec. Przed wojną był związany z PPS-em. Po wojnie dostał pracę w milicji i miał wozić różne milicyjno-ubeckie szychy. Chcieli mieć go stale pod ręką i zapewne dlatego przyznali nam mieszkanie na ulicy Jaworzyńskiej. Pełny komfort, moje starsze rodzeństwo, rodzice i ja, w sumie sześć osób, i aż osiemnaście metrów kwadratowych na parterze. Dzisiaj jedna osoba dusi się na takim metrażu, ale dla nas to było naprawdę coś. Dom. Miejsce do życia. Jaworzyńska znajduje się zaraz przy hipsterskim dziś placu Zbawiciela. To był taki ślepy zaułek, bo jeńcy niemieccy przegrodzili ją garażami i bardzo wysoką ceglaną ścianą. Piękna modernistyczna, przedwojenna ulica w kształcie litery Y. Wylot do ulicy Mokotowskiej był jedynym wyjściem i wejściem, na rogu stały dwie budki z uzbrojonymi wartownikami, bo to był wtedy matecznik ubeków. Tam mieszkał towarzysz Witold, czyli Franciszek Jóźwiak1, którego mój ojciec czasem woził cytryną2.
WG: Wy, dzieciaki, mieliście świadomość, że mieszkacie w jakimś specjalnym miejscu?
TJ: Dzieci nie przejmowały się niczym, po prostu robiły swoje na tej ulicy. Potem z tych dzieci powyrastały niezłe łobuzy. Jaworzyńska szybko dorobiła się swojej legendy. Kiedyś byłem w bardzo ciężkiej sytuacji, przyciśnięty na Wilczej czy Hożej w jakimś przejściu przez trzech chłopaków. Gdy doleciał czwarty, pomyślałem, że zginę, a ten krzyczy: "Zostawcie go, on jest z Jaworzyńskiej!". I to mnie uratowało, moi starsi koledzy pracowali na to, żebym mógł bezpiecznie chodzić po Warszawie. Ulica dawała nam w zasadzie wszystko, była tam świetlica, dzieciaki mogły się spotkać, był też teren pomiędzy blokami, taki jak z Chłopców z Placu Broni, tam się grało w zbijaka, piłkę nożną, był trzepak. Można powiedzieć: normalne, fajne dzieciństwo. A najważniejsze, że tuż obok było morze ruin. Na Jaworzyńskiej się mieszkało, a dookoła był Disneyland ze swoimi atrakcjami. Można było znaleźć kącik tylko dla siebie, na przykład na szóstym piętrze zburzonego domu: niebo, gołębie, brzózka, która rosła na tymże piętrze. Siedzisz sobie, jest ciepło, niebo jest błękitne, patrzysz z góry, a wszystko dookoła rozwalone w drobny mak. Było pełno miejsc, gdzie można było wejść. Można się było czołgać piwnicami, przechodzić klatkami schodowymi, do góry, w dół, coraz niżej i niżej, piwnica, dreszczyk, przecież tam mogą być albo kompoty sprzed wojny, albo kościotrupy. Nie miałem jeszcze lęku wysokości, mogłem się bujać na pręcie zbrojeniowym zakończonym ogromną pecyną betonu, pięknie sprężynował, huśtawka na wysokości czwartego piętra, bez siatki ubezpieczającej, zamiast niej zsypisko po budynku. W tamtych czasach nie znałem innych miast, nie oglądałem kolorowych czasopism, które pokazałyby mi, jak wygląda Paryż czy Lizbona. Dla mnie to było normalne - są niby te zniszczenia, budynki nie są całe, tyle rozumiałem, ale mnie to nie niepokoiło. Wszystko działało, były już sklepy, kioski, owszem, ludzie się potwornie męczyli, ale z perspektywy dziecka to nie stanowiło żadnego problemu - Warszawa była dla mnie ładnym miastem. Przynosiłem mamie kwiatki zebrane na gruzowiskach, minęło wszak parę lat, wiatr naniósł piachu, nasiona, padały deszcze - kwiaty rosły, było ich naprawdę sporo, na wiosnę całe połacie ruin były pokryte kwiatami. Najpiękniejsze rosły na najwyższych piętrach. Dla mnie te ruiny były pięknym, zaczarowanym miejscem. Innym naszym terenem były Pola Mokotowskie. Potem w tym miejscu był bazar Polna, wybudowano akademik Riviera, ale w tamtych czasach to były pola trawy usiane pociskami moździerzowymi. Piękne rzeczy do zabawy - kilogram zardzewiałego żelaza w formie bombki, stateczniki. Tym się rzucało, ale to nie wybuchało. Były taśmy amunicyjne bez amunicji, do jakiegoś ciężkiego karabinu maszynowego, pięknie zrobione. Tym się dzieciaki bawiły, potem to rzucały i biegły na obiad, następnego dnia znajdowały sprzęt w tym samym miejscu, nikt tego nie sprzątał. Niemieckie hełmy się walały, każdy z nich miał dziurkę, nie można było ich zakładać na głowę, bo te zadziory były skierowane do środka. Kopało się nimi jak piłką. One stawały się coraz bardziej zardzewiałe i coraz bardziej popękane. Wśród tego złomu, żelastwa pobitewnego często siedzieli jacyś panowie z jakąś panią, wszyscy rozebrani do krótkich majtek, do bielizny różowej, panowie mieli na głowach chusteczki zawiązane na cztery supełki i na gazetach układali to, co niezbędne na takim bardzo pięknym przyjęciu, wódkę z niebieską lub z czerwoną kartką (ci z czerwoną to było lepsze towarzystwo) i pieczywko, ogóreczki. Taka tam panowała atmosfera latem. Kiedy nadchodziła zima, przenosiliśmy się na inne tereny, w stronę Agrykoli, a tam na butach, na kiju, na czymkolwiek zjeżdżaliśmy ze skarpy. Ogromne wrażenie zrobił na nas padły koń i pan, który wykrawał z tego konia kawały mięsa i wkładał je do wiadra. Przykre, ale to nikogo nie dziwiło i nikt nie wołał straży miejskiej do takiego wydarzenia, nie przeganiał dzieciarni, żeby nie doznała szoku. Było zupełnie inaczej niż dziś.
Plac Zbawiciela w Warszawie.
Dla dorosłych - trudne życie, dla mnie - plac zabaw.
Od początku szkoły podstawowej Tomek był tzw. trudnym dzieckiem. Skończyło się to przerwaniem nauki i opieką kuratora.
WG: Posłano cię pewnie do jakiejś poważnej, resortowej podstawówki?
TJ: Nie. Nie pamiętam nawet, czy coś takiego było. Nie demonizuj tej ubeckości. Z mojej perspektywy to wyglądało tak, że ci wszyscy ubecy posyłali swoje dzieci do normalnych szkół, prowadzili się tak cholernie normalnie, w tych swoich mundurach nosili brzuchy i szerokie zady, uśmiechali się dobrotliwie, znali wszystkie dzieci, odnosili się do nich bardzo dobrze. Pomijając chodzenie do kościoła, to wszystko było jak trzeba, dzieci wymyte, całe towarzystwo szło na spacer w Aleje Ujazdowskie, jak przed wojną. Wszystkie dzieci raz w tygodniu pędzono do fryzjera, w niedziele wychodziły z domów zaczesane na mokro, pełne drobnomieszczaństwo. Moja podstawówka była w starym baraku, mniej więcej tam, gdzie dziś jest Trasa Łazienkowska, niedaleko klubu Remont3. Chodziły do niej wszystkie dzieciaki z okolicy. Nie czułem się w niej najlepiej, bo byłem małym łobuzem. Uwielbiałem się bić, takich też miałem kolegów. Walka to był nasz żywioł. Potrafiłem poważnie uszkodzić przeciwnika, ale nie bałem się i sam dostać łomotu. Szkoła, nauczyciele i te wymuskane, grzeczne dziewczynki to nie było dla mnie interesujące otoczenie. Ja już przed szkołą umiałem czytać, uwielbiałem książki. Razem z mamą chodziliśmy regularnie do biblioteki i pochłanialiśmy tony książek. To było fajne, książki i wolność w ruinach. Szkoła była nudna. Szybko zacząłem mieć problemy. Nauczyciele chcieli się mnie pozbyć, ja wcale nie pragnąłem tam pozostać. Wreszcie się doigrałem. Przez moją skłonność do łażenia po piwnicach oskarżono mnie o kradzież, już nie pamiętam czego, pewnie jakichś przetworów na zimę. Nie ukradłem ich, ale miałem na pieńku z tyloma ludźmi, że nikt nie chciał uwierzyć w moją niewinność. Przyznano mi panią kurator, która miała mnie obserwować i podjąć decyzję, co z tym krnąbrnym szczeniakiem zrobić.
To ja. Jeszcze nie myślę o gitarze.
WG: Normalnie, wsadzić do poprawczaka.
TJ: Tego się obawiałem. Miałem jednak spore szczęście, że światła pani kurator dostrzegła we mnie coś, czego nauczyciele nie widzieli. Uznała, że jestem wrażliwy i zdolny, i że poprawczak mnie zniszczy, zdeprawuje. Załatwiła mi zajęcia plastyczne w nowiutkim Pałacu Młodzieży4. Nie było już miejsc w sekcji malarskiej, więc upchnęła mnie w grupie projektującej wzory na tkaniny.
WG: To brzmi trochę jak z radzieckiej powieści dla młodzieży.
TJ: Ale to prawda. Załapałem się także na chwilę do sekcji modelarskiej działającej w budynku YMCA na Konopnickiej. Można tam było próbować zbudować z desek model okrętu lub coś innego, postukać młotkiem. Miałem tam też zajęcia lalkarskie, modele z gliny oklejone masą papierową, to wszystko zamiast szkoły, pokuta za grzechy, których nie popełniłem. A jeszcze chwilę później zostałem harcerzem. To wcale nie było proste dla takiego chłopaka jak ja, o którym wiadomo było, że wyrośnie z niego bandyta. Szczerze mówiąc, nie rozumiałem, dlaczego mnie nie chcieli, w końcu nie kłamałem, nie paliłem i nie piłem, czyli byłem teoretycznie idealnym kandydatem. Ale nie. Dopiero mój ówczesny przyjaciel, Dominik, załatwił mi to przez swojego kuzyna, który wziął mnie do swojej drużyny. Trwało to krótko, bo właśnie zaczęły się zawirowania 1956 roku. Miałem trzynaście lat, gdy mój drużynowy wybił szybę wystawową na poczcie przy placu Konstytucji, to miał być jego protest. Powoli zaczynałem rozumieć, co się dzieje, zdawać sobie sprawę, że istnieją ustroje polityczne i że drużynowy jest przeciwnikiem tego, w którym żyłem. Oczy zaczęły mi się otwierać. Upominanie się o wolność i swobodę wypowiedzi, w tym właśnie duchu, choć bardzo krótko, tak nas ten drużynowy prowadził.
W czasie polskiego października trzynastoletni Tomek miał okazję bezpośrednio obserwować efekty politycznej odwilży - wiele wydarzeń miało miejsce w pobliżu jego domu.
WG: Mieszkałeś w samym centrum Warszawy. Jak zapamiętałeś rok 1956?
TJ: Nagle się okazało, że ludzie w okolicy Nowowiejskiej, placu Zbawiciela, placu Konstytucji, ulicy Śniadeckich, przed Politechniką są jakoś nienormalnie ruchliwi, tłum się przemieszczał. Nie za bardzo rozumiałem, co się dzieje, chyba nie kojarzyłem tego z komuną, aż do momentu, gdy zobaczyłem, jak ten tłum zgromadzony przed Politechniką został zaatakowany przez milicję. Byłem wtedy na ulicy Lwowskiej i nie miałem się gdzie schować - od strony Koszykowej napierały oddziały milicji i od strony uczelni też. Znaleźliśmy się w potrzasku. Myślę, że uniknąłem masakry, bo wyglądałem na dzieciaka, który się zaplątał tam przez przypadek. Tuż przy mnie czterech milicjantów skatowało może dwudziestoletniego chłopaka. To było straszne, szok, jak można mieć taką pracę, żeby kogoś tak katować, nie znając go, nie wiedząc, kim jest. Wkrótce potem, gdy siedziałem na ławce w Alejach Jerozolimskich, zatrzymał się przy mnie radiowóz milicyjny, wyszedł taki byk, wyjął pałę i mnie zdzielił. Mówi: "Ja cię nauczę, jak się siedzi". Widocznie nie siedziałem jak trzeba. Spokojnie wsiadł do milicyjnej suki i odjechał. Potraktowałem to jako wydarzenie humorystyczne, przecież nie wyglądałem na wroga ludu. Po prostu: mógł, więc przywalił.
Październik '56. Nie wszystko rozumiałem ale czułem, że dzieje się coś ważnego.
WG: Co działo się w tym czasie w twoim domu?
TJ: Tata umarł w 1954 roku, ale długo chorował, trzy ostatnie lata życia przesiedział w jakichś sanatoriach, szpitalach. Miał 50 lat. Po śmierci ojca zostaliśmy w tym samym mieszkaniu, mamie przydzielono rentę po mężu, ale i tak musiała pracować. Renta była niewiarygodnie niska, mój ojciec nie był nikim znaczącym. Wtedy, można tak powiedzieć, poszliśmy na dno. Starsze dzieci musiały sobie już radzić same, ja i młodsza siostra zostaliśmy przy mamusi. Od czasu tego oskarżenia o kradzież nie chodziłem do szkoły, podstawówkę ukończyłem już w szkole dla dorosłych. Dopiero tam trafiłem na nauczycieli na poziomie. O moich wcześniejszych nauczycielach, tak jak patrzę na to z obecnej perspektywy, nie mam nic dobrego do powiedzenia, to były bezduszne typy. W tej wieczorowej szkole byliśmy traktowani zupełnie inaczej, jak inteligentne jednostki, równoprawne.Nagle się okazało, że mam głowę do matematyki, polubiłem fizykę, a szczególnie jej nauczyciela, który po lekcji pokazywał mi swoje zdjęcia z Mazur. Potrafił rozmawiać z nami, kochał naturę, ludzi, miał dobre podejście do nas. To była bardzo ciekawa szkoła, naprawdę żałowałem, że tak szybko się skończyła.
WG: Miałeś wtedy już jakiś pomysł na życie? Wiedziałeś, co będziesz robił?
TJ: Nie bardzo. Całe lata schodziły mi na takiej nauce życia, próbie dostosowania się. Wtedy nie miałem poczucia, że muszę coś zrobić, myślałem, że na wszystko mam jeszcze mnóstwo czasu. Łobuzem byłem na pewno, znałem chuliganów i awanturników, ale wiesz, oni nie byli tacy źli. Oni byli źli wtedy, kiedy trzeba było odparować cios, dopiero wtedy stawali się bezwzględni i brutalni, ja też taki byłem. Nie umiałem się powściągnąć.
Zapuszczanie włosów... ech, to się nie wróci...
WG: Na szczęście nie zostałeś ulicznym bandytą.
TJ: Na szczęście. Miałem też inne zainteresowania, godzinami mogłem słuchać radia.
Kontakt z muzyką zapewniał początkowo jeden, a od 1949 roku dwa programy Polskiego Radia. Były przesycone propagandą, ale miały także wyraźne zacięcie edukacyjne.
WG: Z niepokojem zauważam, że do tej pory nie powiedzieliśmy ani słowa o muzyce. Była jakoś obecna w twoim życiu?
TJ: Wiesz co? Wszyscy koledzy z branży odpowiadają na to pytanie, że muzyka była obecna w ich życiu od zawsze. Nie zamierzam się wyłamać. Otóż była obecna od zawsze. W tym naszym osiemnastometrowym mieszkaniu pod sufitem był zawieszony głośnik z jednym przełącznikiem, włącz, wyłącz...
WG: U nas mówiło się na to szczekaczka.
TJ: Tak. Albo kołchoźnik. Mama, która nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem, włączała to urządzenie z samego rana i tak przez cały dzień coś do nas gadało. To nie było głupie. Oczywiście, zapewne sączyła się propaganda, ale dla mnie, małego kajtka, to nie miało żadnego znaczenia. Ważne były audycje słowno-muzyczne, słuchowiska, które uwielbiałem. Pojawiała się i muzyka popularna, i poważna, ale głównie zapamiętałem ogromne ilości muzyki z różnych stron świata. Jacyś andyjscy Indianie czy meksykańscy mariachi. Najciekawsze były jednak utwory narodów Związku Radzieckiego. Myślę, że właśnie dzięki takiemu, dziś powiedzielibyśmy niesformatowanemu radiu zawdzięczam pewną cechę - nie dzielę muzyki na gatunki, nie jestem obrażony na żaden z nich. Klasyka doskonale mi się komponuje z rockiem czy jazzem. Potrafię słuchać wszystkiego, oczywiście poza utworami, których nie lubię, ale to nie ma nic wspólnego z przynależnością gatunkową.
Pod koniec lat pięćdziesiątych na ekranach polskich kin pojawił się film, opowieść o pierwszym europejskim piosenkarzu rockandrollowym Tommym Steele'u. To wydarzenie zmieniło umysły i dusze wielu polskich nastolatków.
WG: Próbowałeś grać na jakimś instrumencie?
TJ: Ojciec miał akordeon, ale to był wielki instrument, za duży dla mnie. Wymyślił kiedyś, że zostanę skrzypkiem, i nawet znalazł jakiegoś swojego kolegę, który w ramach barteru, pół litra za lekcję, zobowiązał się wprowadzić mnie w arkana tej sztuki. Nie dali rady. Nie chciałem i już. Wszystko szybko się rozeszło po kościach, to pół litra pozostało jedynym stałym elementem umowy. Bardzo się cieszę, że tak właśnie wyszło. Muzyka przyszła do mnie, kiedy miała przyjść, kiedy to ja już jej potrzebowałem. Czasem się słyszy o dzieciach terroryzowanych przez ambitnych rodziców, zmuszanych do bezustannych ćwiczeń. Niestety, często kończy się to tak, że wraz z samodzielnością zrzucają z siebie muzykę jak jakieś jarzmo. Koniec ponurego niewolnictwa. I przeciwnie - mam sporo starych już kolegów, z poważnymi zawodami, którzy nigdy nie zostali profesjonalnymi muzykami, nie są nawet w tym dobrzy, ale trzymają w szafach swoje gitary i od czasu do czasu chwytają za nie, cofając się do szczęśliwej młodości. Aż miło popatrzeć.
WG: Wreszcie padło to słowo: gitara.
TJ: Tak, to był koniec lat pięćdziesiątych, w naszym radiu zaczęły się pojawiać rockandrollowe kawałki. Na ekrany kin wszedł film W rytmie rock and rolla, którego bohaterem był Tommy Steele. Oszaleliśmy.
WG: Paweł Brodowski5 też gdzieś wspomina, że ten film go powalił.
TJ: Obejrzałem film i natychmiast wiedziałem, że chcę mieć gitarę. Nie wiedziałem jeszcze, jak ją zdobyć, ale wiedziałem, że bardzo chcę. Czułem dreszcze, słuchając tej muzyki, była po prostu żywa, była inna, wzbudzała we mnie emocje. To było zupełnie inne uczucie niż teraz, gdy się słucha fajnej piosenki. Wtedy to było jak jakaś lawina, taka piosenka spadała na ciebie, waliła w ciebie, zaczynałeś wpadać w dygoty, reakcja była tak niezwykle silna i emocjonalna, że chciałeś tego więcej, mocniej, głośniej, jeszcze raz. To działało jak narkotyk. Takiego utworu jak Rock Around the Clock mogę często słuchać i pamiętam, co czułem, kiedy usłyszałem go po raz pierwszy. Byłem powalony tym rytmem, nie tym głosem, nawet nie tą gitarą, ale tym rytmem, tymi bębnami, które zupełnie inaczej działały na słuchacza, brzmiały inaczej, to było dzikie, wyluzowane, wyjęte z absolutnie wszystkich kanonów, norm muzycznych. Na to czekałem, o to dokładnie chodziło, i na tym to polegało, to był głód, chciałem więcej, więcej i więcej. Jeśli chodzi o grę, to ja wtedy nie byłem nawet amatorem. Najpierw było ogólne pragnienie gry na gitarze, potem problem, skąd ją wziąć. Podejmowałem różne próby zapisania się do ogniska muzycznego. Był na przykład Andrzej Żandarowski6, który miał zespół, w którym na kilka gitar grali boogie-woogie. To było powalające, potęga pięciu watów. Ale nie miałem z nimi żadnych kontaktów, to było tak, że gdzieś słyszałem, że podsłuchałem gdzieś z chodnika, przez okno. Potem nagle się okazało, że było jakieś ognisko muzyczne i tam pewien pan uczył grać na gitarze. Zapisałem się, ale jak on zaczął zachwalać gitarę, opowiadać, jak można na niej zagrać muzykę klasyczną, tak bardzo cichutko, jak na żadnym innym instrumencie, to całkowicie mnie do tej gitary zraził i bardzo szybko zakończyłem lekcje. Był niezwykle przyjemnym, bardzo miłym człowiekiem, ale to nie o to mi chodziło, ja chciałem po prostu łomotać. Chciałem być częścią tego łomotu i jak się potem okazało, takich spragnionych było więcej.
Golf i czapka - w poszukiwaniu tożsamości.
W poszukiwaniu rockandrollowych klimatów Tomek trafił na Jurka Szczęśniaka7, chłopaka, który już coś na temat tego świata wiedział.
WG: Jak się odnajdywaliście?
TJ: Takim sznureczkiem, od jednego do drugiego. Ktoś znał kogoś, kto znał kogoś, kto miał gitarę. Ja byłem ze Śródmieścia, więc cały czas byłem trochę outsiderem. W Warszawie centrum tego ruchu było na Mokotowie. Tam były osoby, które wiedziały trochę więcej, niektórzy mieli już jakieś gitary, już coś umieli. W pewnym momencie trafiłem na Jurka Szczęśniaka. Jurek mieszkał przy Dąbrowskiego z ciotką Ludwiką i kotem perskim. Żył jak książę obsługiwany przez bardzo w nim zakochaną, zdominowaną ciotkę, robił z nią, co chciał. Ja miałem tam wstęp, w domu była gitara, tłukliśmy na niej bezustannie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to Jurek zrobił ze mnie gitarzystę. Ten proces nie trwał wcale krótko, a nawet zanosiło się na to, że nie zakończy się on sukcesem. Nie byłem jakimś orłem. Jurek był bardzo zaawansowany, wszystko wiedział i miał piękny umysł, po prostu mówił "bo to jest tak i tak". Mówił to z ogromnym przekonaniem, a ja, taki pełen kompleksów człowiek znikąd, przekonany, że nigdzie nie pasuję, nagle poczułem jego akceptację. Chciał mi przekazać swoją wiedzę, a gdy coś pojąłem, to się cieszył. Cudny człowiek, taki jest do dziś, taka natura. Z nim spędzało się czas jak w domu kultury albo jak w prywatnej akademii jazzu. Miał talent pedagogiczny. Jestem mu bardzo wdzięczny.
WG: Miał już jakiś przyzwoity instrument?
TJ: Skąd. To były drewniane, pseudoklasyczne, robione w bydgoskiej fabryce instrumentów niby-gitary. Z drzazgami, popękane, niestrojące, powyginane gryfy, męka pańska. Gdyby nie upór Jurka, rzuciłbym to w diabły. Dzięki niemu wytrzymałem te krwawiące palce, mimo że nic mi się nie udawało, akord nigdy nie brzmiał pięknie. Wiedziałem, że fałszuję, ale nic nie można było z tym zrobić. Jurek mnie uczył, co to jest a-moll, g-moll, co to jest tonacja, jak się chwyty łapie, to naprawdę jest poważna wiedza. Co najważniejsze, sprawił, że nie mam złych nawyków, które trzeba by przewalczać, mam dobrą technikę. Może nie jestem demonem szybkości, ale nie mam sztywnej ręki, mam elastyczny przegub. Dodajmy do tego, że wprowadził mnie w świat swoich fascynacji. Najwspanialszą muzyką, jaką u niego słyszałem, były nagrania Fatsa Domino. Absolutna miłość i zauroczenie. Jurek był w niego zapatrzony, śpiewał jego piosenki, w takim jakimś language'u, podrabiając jego brzmienie. Było naprawdę fajnie. Myślę, że prawie to mieliśmy, byliśmy blisko, ale nigdy razem nie założyliśmy zespołu.
WG: Jak twoja mama odniosła się do nowej pasji?
TJ: Moja mama cieszyła się, że się czymś zająłem. Ja zawsze uchodziłem za drania i sprawiałem strasznie dużo kłopotów wszystkim dookoła, a mimo to panowała na mój temat opinia, że jestem bardzo zdolny, że bardzo pięknie rysuję, pięknie śpiewam, że jak wezmę kredki do ręki i coś namaluję, to na pewno będzie to cudne. Byłem aprobowany, a to bardzo uskrzydla, popatrz, nawet ta pani kurator, która mogła mnie zezłomować w domu poprawczym, a potem zrobić ze mnie junaka w hufcu pracy8, takiego, co przerzuca cegły i wysadza coś tam dynamitem w kopalni rudy, uranu, ona też podzielała opinię, że jestem cholernie zdolny do rzeczy artystycznych. To wcale nie była prawda, moje rysunki wcale nie były lepsze niż innych dzieci. Ja byłem za te rysunki chwalony, więc moja wiara w siebie rosła, ale dobrze wiem, że nie byłem zdolniejszy od innych dzieci, one też pięknie rysowały, grały i śpiewały. Mama chyba była zadowolona, że mam nowe, artystyczne zainteresowania, że gram na gitarze.
WG: Było w tej waszej pasji coś jeszcze poza dźwiękami? Nowy styl bycia?
TJ: Rock and roll zmienił świat, z nim przyszło wyzwolenie od starej, zatęchłej mody, od tych krawatów, garniturów, od kalesonów z trokami i innych bzdur. Od przekonania, że mężczyzna składa się z przedziałka, koszuli z krawatem i garnituru, że w marynarce - rzecz jasna - jest lusterko, grzebień, scyzoryk, chusteczka, zapalniczka, zegarek. To wszystko padło, już nie można było powiedzieć dzieciakowi: rób tak jak ja. Dzieciak odpowiadał: a idź goń się, ja będę robił to, co robię, tylko ty nie rób tego, co ja, bo już jesteś za stary, już nie żyjesz. Wtedy tak to widziałem. Muszę się przyznać do okropnej rzeczy, ja nigdy tak naprawdę nie byłem rockandrollowym gitarzystą, po prostu nie miałem okazji, choć zawsze chciałem. Bardzo ich szanowałem, to byli cudowni ludzie, tak zwani chuligani, jeszcze nie było rock and rolla, a oni już byli rockandrollowcami, mieli własny ubiór, specyficzne fryzury, przede wszystkim luźny tryb życia, o to chodziło. Ci ludzie już się wyrywali z systemu, szlajali się po mieście, wystawali po bramach, czekali, aż zaświta jutrzenka. I zaświtała - na każdej ulicy w Polsce, Kawczej, Smoczej, w Poznaniu, w Gdańsku, w Białymstoku, na Śląsku te wolnościowe impulsy już działały.
Bikiniarze przed sądem.
WG: Władza ludowa widziała to podobnie, bikiniarz9 był wrogiem.
TJ: Władza wiedziała, że ten kiełkujący światek niesie w sobie potężny ładunek buntu. Mieszanina lewicowej frazeologii, zgrzebnej moralności socjalistycznej i estetycznej szarzyzny była poważnie zagrożona.
Młody Jaśkiewicz próbował bez powodzenia uczyć się gry na flecie, co po latach przydało mu się w kontaktach ze Zbigniewem Namysłowskim.
TJ: Przepraszam, zapomniałem o flecie. W jakimś momencie Jurkowi Szczęśniakowi zaświtała myśl, że moglibyśmy się podeprzeć szkołą muzyczną i jak to on, trach i nagle zrobione, jesteśmy na placu Zbawiciela, tam gdzie później był jakiś sklep czy knajpa rybna. Zdaję egzamin do szkoły muzycznej stopnia podstawowego.Jeszcze nie umiałem grać na gitarze, a tym bardziej na flecie, ale okazało się, że jedyne miejsce, gdzie mógłbym się uczyć, jest w klasie fletu u pana profesora Gawryluka. Jurek Szczęśniak też zdał egzamin, i też na flet. Poszliśmy do magazynu i dostaliśmy tam dwa flecie trupy, były drewniane, pamiętały chyba Fryderyka II Wielkiego, który z upodobaniem grywał na drewnianym flecie. Były zabytkowe, potrzaskane, popękane i ciężko było wydobyć z nich jakiś dźwięk. Zakupiłem poleconą mi Szkołę na flet Towarnickiego, podręcznik w dwóch częściach. Tak wyposażony poszedłem do profesora Gawryluka. Najpierw czekałem, aż skończy lekcję dziewczynka, która była przede mną. Byłem bardzo stremowany, nie umiałem z tym fletem zrobić zupełnie nic, a ta dziewczynka wyszła serdecznie żegnana uśmiechami przez pana profesora. Czyściutkimi rączkami składała swój piękny, nowy metalowy flet do wspaniałego futerału. Profesor Gawryluk miał jeszcze uśmiech na twarzy, który mu natychmiast zgasł, kiedy jego wzrok padł na mnie. Jego ton się zmienił, mowa ciała pokazywała: "Kurde, matko, co też za farfocel mi się trafił". Z obrzydzeniem pokazał mi, co i jak, a potem przyłożył mi ten flet do ust i powiedział: "Zrób taką dupkę tutaj z ust i dmuchnij". Z pierwszej lekcji wyszedłem z zadaniem wydobywania jak najdłuższych dźwięków, wszystko jedno jak - wiadomo, trzeba było opanować jakąś podstawową technikę wydobywania dźwięku z instrumentu. Wydobywanie nut z popękanego fletu, z którego ulatywało powietrze, nie było proste, zaczynało mi tchu brakować, mroczki mi zaczynały przed oczami latać z braku tlenu, koszmar jakiś. Zapytałem Jurka Szcześniaka, co robić, a on mówi: "Ćwicz!" i pokazał jak, bo był już bardziej zaawansowany. Zacząłem się uczyć od Jurka, jak się gra na flecie, i wreszcie poszedłem do Gawryluka na następną lekcję. Posłuchał, jak bardzo nie jestem w stanie wydobyć tych długich dźwięków z fletu i powiedział: "Mam do ciebie prośbę, nie przychodź tu więcej". Oddałem flet, wszystko pozamiatane, nie dyskutowałem z panem profesorem, prawdopodobnie miał rację, w ogóle mu się nie podobałem. Teraz wybiegając trochę w przyszłość: moje dzieje się tak potoczyły, jak się potoczyły, i trzeba trafu, że Niemen przyjął do zespołu Enigmatic Zbyszka Namysłowskiego. Zbyszek na swoim wyposażeniu miał nowy flet, wyjął go, dmuchnął, wszystko gra. Mówi: "Nigdzie nie mogę dostać Szkoły na flet Towarnickiego, nigdzie jej nie ma". Nie mógł wiedzieć, że ja to mam i mogłem zrobić prezent Zbyszkowi. Po dwóch tygodniach Zbyszek był już całkowitym flecistą. Jemu się ten podręcznik przydał, ale bardzo krótko z niego korzystał. Po dwóch tygodniach był już mistrzem fletu, no obłęd. I jeszcze raz Zbyszek. To już była druga połowa lat siedemdziesiątych. Poszedłem sprawdzić swoje konto dewizowe w Narodowym Banku Polskim przy placu Powstańców Warszawy. Co widzę? Przy wejściu nerwowo kręci się Zbyszek Namysłowski. Pyta: "Dokąd idziesz?". Ja na to, że do konta. "A ty co?". Zbyszek: "Chodź na bok, słuchaj, ja tu już godzinę chodzę, nie wiem, jak to zrobić, mam sto dolarów do sprzedania i nie umiem". To były takie czasy, że gdyby ktoś przyłapał Zbyszka Namysłowskiego, człowieka znanego, człowieka, o którym piszą gazety, pokazuje go telewizja, ma koncerty i nagrywa płyty, na tym, że handluje walutą, byłoby niewesoło, to było nielegalne. Wziąłem te jego sto dolarów, przeszedłem dziesięć kroków, mówię: "Stówa jest do sprzedania", zrobiliśmy z cinkciarzem wymianę. To musiało wyglądać bardzo śmiesznie, bo na pewno stali tajniacy, którzy obstawiali ten teren, na pewno stali cinkciarze, którzy mieli ustawionych tajniaków i na pewno byli klienci, którzy chodzili na drżących nogach. To wyglądało jak balet, dziesięć kroków do cinkciarza, obrót, szu, szu, szu, obrót, przekazanie, odejście, jak w Jeziorze łabędzim, kolejny obrót, przekazanie kwoty, piętnaście kroków do Zbyszka, i po sprawie. Taka to była przysługa, dla mnie nic takiego, dla Zbyszka ratunek w ciężkiej sytuacji.
Dzięki Szczęśniakowi Tomek trafił do klubu Relaks na AWF-ie, gdzie miał wreszcie szansę grać - może nie to, co chciał, ale w zespole i na prawdziwej scenie.
WG: Wracamy do muzyki. Co dalej się działo z twoją rozbudzoną muzykalnością?
TJ: Poza Jurkiem Szczęśniakiem było jeszcze jedno, coraz poważniejsze źródło wiedzy - radio. W tym czasie w audycji Muzyka i aktualności można było już usłyszeć Billa Haleya, Presleya, Sedakę. Swoje audycje miał Lucjan Kydryński - majstersztyk zapowiedzi radiowej, wymodelowany głos oraz doskonale wyakcentowane wyrazy i to zawieszenie, i rozwiązanie. Jak zwykle - mieliśmy w Polsce parę takich osób, które potrafiły przemycić coś spoza rozdzielnika. Wkrótce pojawiła się Rozgłośnia Harcerska, nieoceniona i mająca swoich fanów do dzisiaj. Było w niej bardzo dużo atrakcyjnej muzyki. Inaczej: może nie była to szczególnie wartościowa muzyka, ale za to dokładnie taka, jakiej młodzież potrzebowała. Serwowali nam ją dwaj redaktorzy, Pograniczny i Gaszyński, też byli młodzi i fajni i robili świetną robotę. Ciągle jeszcze nie miałem gitary, ale wyraźnie czułem, że już muszę, bo się uduszę. W klubie studenckim Relaks na AWF-ie Jurek Szczęśniak i Marek Zarzycki10 (obaj później w Kawalerach) zaczęli montować zespół.
To nasz zespół w klubie Relaks, w środku z gitarą - Jurek Szczęśniak. Ja - pierwszy z prawej.
Był z nimi jeszcze Zdzisiek Stępień na perkusji. Bardzo ostro walił, też chciał, aby było rockandrollowo. Sprzęt miał straszny, nie było jeszcze plastików, tylko prawdziwe naciągi ze skóry. Matko, jak te bębny fatalnie się zachowywały, przy większej wilgotności powietrza siadało to wszystko, nie było tego upragnionego trzasku z werbla, tylko jakieś głuche dudnienie. Zdzisiek robił, co mógł, bardzo zdolny był. Grali tam jeszcze: akordeonista Mietek Jedynowicz, który był po szkole muzycznej i znał nuty, oraz Zygmunt Smogorzewski na saksofonie. To były wczesne lata sześćdziesiąte. Szczęśniak mnie tam ściągnął. Z mojego punktu widzenia to był krok wstecz, nie było mowy o tym, aby grać rock and rolla. Nie było sprzętu, jeden wzmacniacz zrobiony przez naszego menedżera, trochę mocniejszy od radia. Serce mi się rwało do rocka, a tu jakoś tak wyszło, że głównie graliśmy na wieczorkach tanecznych dla studentów i różnych dziwnych ludzi z miasta. Zamiast dawać czadu - graliśmy bardzo dużo tang. Mietek grał na akordeonie i robiliśmy zwykłą popularną muzykę, zupełnie usługową, patrząc na pary, które się pod nami migdaliły, bo to były hormony w dużym stężeniu na parkiecie. Kiedyś nawet z tym repertuarem zawędrowaliśmy do Międzyzdrojów. Mieliśmy wtedy ciemnoskórego wokalistę, my nic nie umieliśmy, on też nie, ale wystarczyło, że on się pokazał, Zdzisiek zagrał na bębnach i już był aplauz. Nie posuwało to mojej kariery do przodu, ale to były to piękne chwile, pierwszy raz w życiu byłem nad morzem, miałem kolegów, jakieś środowisko. Życie było cudowne, ale do rock and rolla i do dziewczyn było jeszcze bardzo, bardzo daleko.
Na początku lat sześćdziesiątych młodzi ludzie zarażeni rock and rollem szukali siebie nawzajem i miejsc, gdzie można go grać. W Warszawie centrum nowego ruchu stanowił mokotowski klub Sezam.
WG: Ten rock and roll się już gdzieś kotłował?
TJ: W Warszawie nieźle się kotłowało na Mokotowie. Tam był klub Sezam na rogu Dąbrowskiego i Alei Niepodległości. Miejsce w podziemiach z w zasadzie już gotowym środowiskiem. Mieli swoich perkusistów, mieli basistów, gitarzystów, saksofonistów - tam się już działy naprawdę niesłychane rzeczy. Nie pamiętam, kto mnie tam zaprowadził, Szczęśniak czy Zarzycki. Byłem pod ogromnym wrażeniem, ale nie miałem na czym grać, bo w Relaksie grałem na gitarze, która nie miała żadnego osprzętu elektrycznego, to była gitara bez przystawki i bez kabla, niepodłączona do niczego. Początkowo funkcjonowałem w tym środowisku jako słuchacz, entuzjasta, który tam się kręci, ale byłem skazany na to, aby podziwiać innych, Zarzyckiego, Szczęśniaka, Janka Goethla11 albo Andrzeja Turskiego12.
Chochoły już ze mną. Janek Goethel, ja, Paweł Brodowski.
WG: Zbliżamy się do Chochołów - zaczęli grać w 1962.
TJ: Tak, to byli kumple z jednej szkoły, oni zwoływali się w świetlicy albo na korytarzu, omawiali i próbowali, tutaj ktoś na jakimś pianinie, ktoś inny bębnił, a potem sprawdzali to wszystko w Sezamie. To byli: Tomek Butowtt13, Janek Goethel, Mietek Salecki, Janek Głowacki i Bogusław Poniatowski. Szybko pojawił się Paweł Brodowski i Andrzej Turski. Oni wszyscy byli zaangażowani w to granie, śpiewanie, zespół powstał, działał, już miał swoją renomę i pierwsze dokonania. Bardzo im tego zazdrościłem, więc w każdej wolnej chwili ćwiczyłem na gitarze w naszym mieszkaniu na parterze. To oczywiście było słychać na ulicy i okoliczne chłopaki gromadziły się pod oknem.
WG: Żywy instrument to było coś. Kiedy ktoś na osiedlu zaczynał grać na gitarze czy bębnach, to elektryzowało okolicę i wszyscy o tym wiedzieli.
TJ: Tak właśnie było. Początkowo nawet nie miałem świadomości, że ich przyciągam. Z niektórymi zacząłem się kumplować, niektórzy także muzykowali i zaczęli do mnie wpadać do domu. Jednym z nich był Marek Ałaszewski14, późniejszy lider Klanu. Marek wpadał do mnie albo ja do niego, piliśmy herbatę, omawialiśmy jakieś nasze techniczne odkrycia i graliśmy.
Rok 1959 to rok powstania big-beatu. Młodzi rockandrollowcy mieli od tej pory także polskie wzory.
WG: Powstał big-beat. Niektórzy nie lubią tego określenia.
TJ: Ja także początkowo nie lubiłem, wolałem mówić o rock and rollu. Franek Walicki wyjaśniał to wielokrotnie, że trzeba było mieć jakieś określenie zastępcze, aby nie drażnić władz. Dziś big-beat mi nie przeszkadza.
WG: Kogo słuchałeś w tym czasie?
TJ: Nie byliśmy samotną wyspą, w radiu było już tego trochę, nie tylko Elvis i Bill Haley, ale także Ricky Nelson, Tommy Steele, który był fajnym chłopakiem, taki proletariusz. Dali mu gitarę i proszę, i gra. Dochodziły te dźwięki zewsząd, także od polskich zespołów. Nie udało mi się być na koncercie grupy Rhythm and Blues15, bardzo żałowałem. Załapałem się na jeden koncert Czerwono-Czarnych, wtedy wiedziałem już na pewno, że rock and roll działa, że są takie rzeczy, o których ja nie muszę czytać, nie muszę słyszeć przez radio ani nikt nie musi mi mówić: "Stary, idź, zobacz", bo już byłem, widziałem i wiem, tak, to jest dobre, to działa. Pasowało mi wszystko w tym zespole, od muzyki po koszule w pionowe paski. Trochę nie wiedziałem, co myśleć o Bogusławie Wyrobku16, ale na przykład takie nazwisko jak Jordan17 elektryzowało, samo brzmienie takiego nazwiska wystarczało. Był z nimi też fantastyczny, naprawdę świetny wokalista, Marek Tarnowski18 - tego człowieka po prostu uwielbiałem, doprowadzał ludzi do ekstazy. Gdy śpiewał, można było poczuć dreszcze od polskiego big-beatu. Byłem też dumny, gdy łomotały gitary Bernolaka19 i Puławskiego20 - to były takie gitary, że po prostu można było oszaleć. Zamienili czeskie jolany na fendery, mieli też wzmacniacz Fendera, więc brzmienie było zupełnie powalające. To nic, że obaj grali na jednym wzmacniaczu - brzmiało to wspaniale. Był Big Beat Sextet21, który nagrał płytę. Miałem ją i katowałem. Jakieś covery, wszystko mi się u nich podobało. To z nich wyłoniły się Tajfuny22. Te wszystkie zespoły budowały motywację w młodych ludziach aspirujących do muzyki, bo jeśli oni mogą, to przecież my też. Na co tu czekać, zakładamy zespół, gramy. Właśnie na tym polegał fenomen takich utworów jak Malowana lala - Karin Stanek23 wychodziła na scenę i rozwalała wszystko jak dynamit. Utwór raczej słaby, ale spełniał wszystkie wymagania rock and rolla, bardzo krótki tekst, rytm i energia. To był tylko rock and roll, ale to zmieniało nasze życie. Pamiętajmy też o jednym: to wszystko ci pionierzy zrobili w czasach, kiedy w parkach kultury i wypoczynku, na dechach cały czas była harmonia, trąbka, mandolina, refrenista, który coś zapodawał. A w pierwszym obiegu byli ci wszyscy namaszczeni, prosta kontynuacja przedwojennych piosenkarzy. Nie było wyjścia, musiało się znaleźć też miejsce dla rock and rolla, i się znalazło. Mocno kopnąć i miejsce jest, trząchnąć tą walizką mocno i jeszcze trochę miejsca się znajdzie. Większość tej roboty wykonali inni, a ja byłem tym, który z wywieszonym jęzorem czekał, kiedy będzie można w to wskoczyć. I tak pytałem losu: "Czy już?", a los odpowiadał: "Już prawie, prawie". No to ja za chwilę: "Ale to znaczy kiedy?", a los: "Jeszcze nie, ale zaraz będzie można".