Byłam żoną seryjnego mordercy - Cathy Wilson

-
Proszę czekać

Prolog Tu się kończy...

Cathy, włącz szybko wiadomości!

Był wrzesień 2006 roku, sobotni poranek, a w głosie mojej ciotki brzmiał niepokój. Odłożyłam słuchawkę i włączyłam telewizor. Sekundę później krzyknęłam. Szok. A potem zdziwienie.

To nie mógł być on. To niemożliwe.

Nie wiem, czemu mój nastoletni syn Daniel, był już na nogach o dziewiątej rano w weekend, ale ucieszyłam się, gdy wbiegł do pokoju.

- Mamo, co się stało?

Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Gapiłam się tylko w ekran, trzęsłam się i wskazywałam palcem zdjęcie mężczyzny, który był oskarżony o zabicie młodej dziewczyny.

- Nie strasz mnie, mamo - odezwał się Daniel. - Co to za facet? Znasz go?

Dotąd byłam w stanie chronić mojego syna przed trucizną, jaką była jego przeszłość, ale nadszedł czas prawdy. Wzięłam głęboki oddech.

- Danielu... to twój ojciec.

Jakaś część mnie chciałaby, abym nigdy nie spotkała Petera Brittona Tobina. Część mnie chciałaby, aby nigdy się nie narodził. I jestem pewna, że wielu ludzi by się ze mną zgodziło. Wystarczyłoby zapytać pogrążone w żałobie rodziny Angeliki Kluk, Vicky Hamilton i Dinah McNicol. Na ich miejscu uznałabym, że śmierć jest zbyt łagodną karą dla człowieka, który odebrał życie ich dzieciom. Można by też spytać dwie młode dziewczyny, które zgwałcił i zostawił na śmierć, prostytutki, które krzywdził, oddając się swoim niezdrowym i brutalnym zapędom, i wiele innych kobiet, które mogły stać się jego ofiarami podczas może nawet czterdziestu zbrodniczych lat. Wszyscy ci ludzie na pewno nie powiedzieliby o nim dobrego słowa.

Lecz to mnie przypadła ta okropna i wyjątkowa rola. I dlatego tylko po części mogę pragnąć, by nigdy się nie narodził. Bo czy wam się to podoba, czy nie, seryjny morderca Peter Tobin jest też ojcem mojego jedynego dziecka, mojego pięknego syna. A jak wie każdy rodzic, dla ochrony swojego dziecka zrobi się wszystko. Na nieszczęście dla mnie Peter Tobin o tym wiedział.

Wiedza daje władzę, a Peter doskonale wiedział, że nie ma nic silniejszego niż więź łącząca matkę i dziecko. Wykorzystywał to. Właśnie w ten sposób kontrolował mnie w czasie naszego małżeństwa. Jedno nieodpowiednie słowo czy zachowanie z mojej strony, a groził, ale nie mnie, mnie nie musiał. Groził Danielowi.

Nasz biedny, niewinny synek od chwili narodzin stał się narzędziem, którym Tobin mną manipulował. Teraz to widzę. Dziecko stało się kartą przetargową. Środkiem do osiągnięcia celu.

Byłam szaloną, rozwydrzoną nastolatką, gdy zakochał się we mnie dwa razy ode mnie starszy Peter Tobin. Byłam wolnym duchem, pewnym siebie, głośnym i niezależnym. Miałam szesnaście lat, a świat leżał u moich stóp na szpilkach. Tak się czułam i tak mnie wszyscy postrzegali. Wszyscy poza Peterem.

Tylko on pod tą przykrywką dostrzegł zagubioną, przerażoną dziewczynę. Zranioną i samotną nastolatkę pragnącą, by ktoś wskazał jej cel. Wiedział, że doskonale nadaję się, by mnie zniewolił. To dlatego wmanewrował mnie w ciążę. Nie sądzę, aby tak naprawdę chciał mieć dzieci. Chciał mieć narzędzie.

Dzień, w którym od niego uciekłam, był najstraszniejszym dniem mojego życia. Wszystko musiałam mieć zapięte na ostatni guzik. Jeden błąd, jedno opóźnienie, a by mnie złapał. I zabił.

Wiedziałam, że nie miałby wyboru. Uważał, że jestem jego własnością. Może nawet najcenniejszą rzeczą, jaką miał, ale nie kimś, kto potrafi decydować za siebie. Kiedy uciekłam, nie czuł się porzucony, lecz okradziony. Wiedziałam, że będzie pragnął zemsty.

Noc, w której wykradłam mojego syna ze Szkocji i przywiozłam do Portsmouth, gdzie mieszkała moja rodzina, była najdłuższą nocą w moim życiu. Byłam pewna, że Peter będzie nas ścigał, czekał, aż autokar się zatrzyma, by wtedy odzyskać swoją własność.

Byłam pewna, że każdy mijający nas samochód należy do niego, że za każdym razem, gdy zwalniamy, robimy to z jego powodu.

Mojej rodzinie i przyjaciołom powiedziałam, że byłam przekonana, że gdyby tamtej nocy nas znalazł, to bym umarła. Wszyscy odpowiadali tak samo - "nie mogło być tak źle".

Ale oni nie wiedzieli! Nikomu nie powiedziałam o znęcaniu się, biciu, brutalności i atmosferze terroru, która przez te trzy lata panowała w naszym domu. Nie wierzyli, gdy mówiłam, że Peter by mnie zabił, byle tylko powstrzymać mnie przed ucieczką, ale ja wiedziałam.

A potem, we wrześniu 2006 roku, aresztowano go za zamordowanie Angeliki Kluk. I wtedy wiedzieli już wszyscy.

Mój syn był bardzo młody, gdy jego życiu zagrażało niebezpieczeństwo, ale wyszedł z tego bez szwanku. Chodził do psychologa i na terapię, i ponad dziesięć lat później wyrósł na zdrowego, młodego mężczyznę. Jestem pewna, że ma to wszystko już za sobą.

Mam nadzieję, że ta książka pozwoli mnie także zamknąć ten okres. Nigdy nikomu nie opowiedziałam tej historii. Nawet moi najbliżsi przyjaciele nie wiedzą, co przeżyłam jako zabawka Petera Tobina, ani nie słyszeli, jak podobieństwa pomiędzy krótkim życiem mojej matki a moim sprawiły, że wpadłam w jego łapy. Wiele włożyłam w to, by odbudować moje życie, ale straciłam już zbyt dużo czasu na uciekanie od prawdy. Dopóki nie zmierzę się z przeszłością, dopóty moja ucieczka przed złem będzie niepełna. Jeśli nie podzielę się moją historią, to ona zawsze będzie mnie prześladować. A tego nie chcę.

Tu się kończy.

A tak się zaczęła...

Wybory mojej mamy

Dziadku, kto to?

Miałam czternaście lat i siedziałam przy kuchennym stole w domu dziadków. Przede mną, w równych kupkach, leżały dziesiątki małych, kwadratowych zdjęć. Jedno z nich zwróciło moją uwagę.

Dziadek poprawił okulary i przyjrzał się fotografii.

- To ty - powiedział, uśmiechając się ciepło.

Wpatrywałam się w kudłatą kuleczkę w szaroniebieskim sweterku. Naprawdę miałam kiedyś takie jasne kręcone włoski? A te grubiutkie nóżki! Maleństwo ze zdjęcia wyglądało na takie szczęśliwe, uśmiechało się do aparatu, oparte na biodrze szczupłej kobiety w przepięknej, sięgającej uda białej sukience. Kobieta wydawała się jeszcze szczęśliwsza, o ile to w ogóle możliwe. Nie musiałam zgadywać, kim była, ale na wszelki wypadek się upewniłam.

- A to mama?

Dziadek skinął głową.

- Tak - odparł, a w jego głosie zabrzmiała duma. - To twoja mama. Prawda, że jest śliczna?

Nie musiał o to pytać. Nigdy nie widziałam nikogo piękniejszego. Miała długie blond włosy spływające na ramiona i szczupłe, opalone nogi - jak dla mnie wyglądała niczym gwiazda filmowa. A przynajmniej modelka. A ten strój...

- Przepiękna sukienka - powiedziałam. - Wygląda tak elegancko.

Uśmiech znikł z twarzy dziadka.

- To prawda - odezwał się cicho. - Każdy się stara dobrze wyglądać w dniu ślubu.

Dzień ślubu? Ale przecież jestem na tym zdjęciu.

Nie pamiętam już, czy nie mogłam tego zrozumieć, czy tylko nie chciałam.

- Nie rozumiem, dziadku.

Dziadek westchnął głęboko.

- Obawiam się, Cathy - powiedział ponuro - że nie ma jak tego inaczej nazwać: jesteś bękartem.

Mógł mi to powiedzieć na dziesięć innych sposobów, ale jak to zwykle on, postanowił użyć właściwego określenia. W końcu byłam bękartem i już. Taki właśnie był dziadek - zawsze poprawny. Lubił, by wszystko było zrobione i powiedziane prawidłowo, nawet jeśli mogło to kogoś zaboleć. Poza tym, zdaniem dziadka, to właśnie on został tu najbardziej skrzywdzony.

Czternaście lat później było mu równie ciężko przyznać, że jego córka urodziła dziecko z nieprawego łoża, jak w 1969 roku. A z punktu widzenia dziadka nie to było najgorsze. Ślub odbył się dwudziestego szóstego maja 1970 roku, w szesnaste urodziny mojej mamy, czyli w momencie, kiedy wreszcie osiągnęła wiek, w którym mogła zgodnie z prawem wyjść za mąż. Ja urodziłam się w listopadzie poprzedniego roku.

Rany, pomyślałam. Z nieprawego łoża i to jeszcze z nieletnią matką. Nie najlepszy start w życiu. Spojrzałam na dziadka, który zabrał się z wielkim zacięciem do czyszczenia butów i uświadomiłam sobie, że nie takiego startu mi życzył.

Reginald Ralph Seaford Beavis był człowiekiem dumnym. Służył jako major w Królewskim Korpusie Sygnałowym, w wydziale wywiadowczym armii, i przez całe lata po tym, jak opuścił armię, wciąż nosił się po wojskowemu. Pracował jako sprzedawca dla przedsiębiorstwa Willis, produkującego takie papierosy, jak Stand, Embassy i Woodbine. I bez trudu zdobył sobie popularność wśród współpracowników.

Reg spotkał swoją przyszłą żonę, Daphne, kiedy jeszcze służył w wojsku. Babcia była wtedy fryzjerką i raz nawet układała włosy wspaniałej Peggy Ashcroft, o czym przypominała nam do końca swoich dni. Pracowała tylko dwa lata, ale do końca życia sama robiła sobie trwałą, farbowała włosy i je strzygła. "Po co miałabym chodzić do kogoś innego, skoro jestem wykwalifikowaną fryzjerką?" - zwykła mówić. I od kiedy pamiętam, nigdy nie zmieniła fryzury. Zupełnie jakby utknęła w dziurze czasowej.

Dziadkowie pobrali się pod koniec lat czterdziestych dwudziestego wieku i przenieśli z Bristolu, gdzie znajdowała się fabryka Willis, do Peterborough. W 1950 urodziła im się pierwsza córka, Anne. Wszystko układało się idealnie. Dziadek był kościelnym w miejscowym kościele, a babcia układała kwiaty. Nie musiała pracować, bo dziadkowi doskonale się w pracy wiodło.

Byli porządnymi, szanowanymi obywatelami. Wszystko szło znakomicie. Wszystko, jeśli nie liczyć mojej matki.

Jennifer Mary Beavis urodziła się w maju 1954 roku. W tym czasie babcia z dziadkiem żyli już sobie spokojnie ze swoją czteroletnią Anne. Jestem pewna, że zakładali, że ich młodsza córka dopasuje się do tego stylu. Z tego co wiem, nie mieli co na to liczyć. Przez jakiś czas wszystko szło dobrze. Kościół był ważny w życiu rodzinnym, jeździli na wakacje na plażę, wyjeżdżali na wycieczki do Stonehenge, wszystko tak jak trzeba. Żadnej z córek niczego nie brakowało.

Obie dziewczynki chodziły do szkoły w Peterborough. Co więcej, gdy w 1960 dziadek przeniósł rodzinę do Saltdean, nieopodal Brighton, otrzymał od pani Franks, dyrektorki szkoły, wspaniałe świadectwo z informacją, że "będzie nam bardzo brakowało Jennifer. Jest jedną z naszych najlepszych uczennic. Doskonale czyta. Rzadko się zdarza, aby tak małe dziecko czytało tak płynnie".

Gdy to teraz czytam, to zupełnie, jakbym czytała o kimś obcym. Taki potencjał...

Obie dziewczynki miały wspaniały start w życie. Co więcej, był to taki sam start. Te same szkoły, ci sami kochający rodzice, te same możliwości. Więc czemu ich drogi tak się rozeszły?

Myślę, że to, jak potoczyło się życie Anne, odpowiadało mniej więcej wyobrażeniom dziadka. Z tego co wiem, wszystko robiła dobrze. Ze szkoły poszła na studia pielęgniarskie. Mając dwadzieścia lat, spotkała mężczyznę swoich marzeń, ale rozsądnie odczekała rok, nim wzięli ślub. Po trzech latach urodziły im się dzieci, oczywiście chłopiec i dziewczynka. Chodziły grzecznie do szkoły i skończyły dobre studia. Teraz mają wspaniałe posady i zakładają własne rodziny. Mają nawet psa. Idealna rodzina.

A co do mamy... Wygląda na to, że za każdą dobrą decyzję Anne mama wybierała złą. Raz za razem. Nie wiemy właściwie czemu. Wiemy tylko, że w ostatecznym rozrachunku kosztowało to Jenny życie.

To dla mnie zagadka. Co sprawiło, że moja mama wybrała właśnie taką drogę? Miała te same możliwości, to samo wsparcie, te same geny. Najwyraźniej to jej nie wystarczyło. Nie nadawała się na pielęgniarkę. Nauka też do niej nie przemawiała, chociaż, według tego, co mówiły świadectwa z pierwszych lat szkoły, była bardzo zdolna. W wieku czternastu lat przestała się interesować szkołą, a trzeba dodać, że i gimnazjum miało jej już serdecznie dość.

Po mojej matce zostało niewiele pamiątek, ale na szesnaste urodziny dostałam od rodziców pudełko pełne listów i innych dotyczących jej dokumentów. Całymi latami nie miałam odwagi go otworzyć, ale kiedy wreszcie się na to zdecydowałam, żałowałam, że nie zrobiłam tego wcześniej. W listach, na fotografiach i w wycinkach z gazet kryło się tyle informacji o jej życiu.

W jednym z listów dyrektorka szkoły informuje, że spotkała mamę z kilkoma koleżankami w kafejce w Newhaven. Mama przysięgała, że jest tam za zgodą dziadka, ale w rzeczywistości była na wagarach. W odpowiedzi dziadek napisał, że "zrobi wszystko, aby ratować reputację szkoły". Teraz brzmi to może zabawnie, ale wtedy musiało być dla dziadka czymś strasznym.

List o wagarach został wysłany szesnastego maja 1968 roku, na tydzień przed czternastymi urodzinami mamy. Jestem pewna, że dziadek miał nadzieję, że jego interwencja zakończy całą sprawę. Niestety, kilka dni później było już tylko gorzej.

Przyszedł kolejny list: "Szanowny panie Beavis, Pańska córka Jennifer została przyjęta do szpitala im. Victorii w Lewes w związku ze złym samopoczuciem wywołanym spożyciem pewnych pastylek. Została zatrzymana na obserwacji do następnego dnia. Bardzo niepokoję się całą tą sytuacją i byłabym wdzięczna, gdyby przybył pan jak najszybciej w celu omówienia tej sprawy. Mam nadzieję, że Jennifer niedługo poczuje się lepiej". Podpisano - dyrektorka szkoły.

Nie wyobrażam sobie nawet, jak musiał się czuć dziadek. Na pewno martwił się, że mama trafiła do szpitala, ale z drugiej strony cóż to było za upokorzenie! Jego córka przedawkowała coś i wylądowała w szpitalu. Dobrze, że nie wiedział o tym nikt poza nim i dyrektorką. Niestety, to miało się szybko zmienić.

Sprawa trafiła do lokalnej prasy, zafascynowanej historią o tym, jak trójka dziewcząt z klasy średniej urywała się ze szkoły, by zażywać, "barbiturany na uspokojenie". Rozwodziła się też nad tym, że jedną z dziewcząt skierowano na badania psychiatryczne. Nietrudno zgadnąć którą.

I kiedy już wyglądało na to, że gorzej być nie może, opowieść o zażywających pigułki nastolatkach trafiła do prasy ogólnokrajowej. Co gorsza, wydrukowano ją na łamach ulubionej gazety dziadka, a dokładniej na pierwszej stronie "Sunday Telegraph". I to w czternaste urodziny mojej mamy.

Z jednej strony, współczuję dziadkom, którzy musieli czuć się okropnie i to przez coś, co dziś właściwie z wyjątkiem dyrektorów szkoły, wszyscy ignorują. A z drugiej, cieszę się, że sprawa trafiła do gazet, bo dzięki temu artykułowi i temu, że babcia wycięła go starannie i schowała, poznałam tę część życia mojej mamy. Babcia powiedziała mi tylko, że mama "wpadła w nieodpowiednie towarzystwo". Dopiero z tych wycinków dowiedziałam się, że była badana przez psychiatrę, co jest "standardową procedurą w przypadku problemów emocjonalnych". Tylko ją przebadano, jej przyjaciółek już nie. Najwyraźniej uznano, że to mama jest prowodyrką i to ona potrzebuje pomocy. Ale czemu? Co sprawiło, że prawie przedawkowała barbiturany?

Nie wiem, ile czasu trwało leczenie, jeśli w ogóle jakieś przeprowadzono. Pewnie niedługo, bo uznano, że najlepiej będzie ją przenieść do nowej szkoły. I tak mama trafiła do miejscowego gimnazjum. Niestety była typem osoby, która wszędzie zdoła wpakować się w kłopoty. Może i nowa szkoła odcięła ją od narkotyków, natomiast dała nową atrakcję. Chłopców.

Zapisywanie czternastolatki do szkoły koedukacyjnej w momencie, gdy buzują w niej hormony, zawsze jest ryzykowne, i nie sądzę, aby moja mama miała jakiekolwiek problemy ze zrozumieniem zasad randkowania. Nie mówię, że jest w tym coś złego, ale jeśli ktoś chodził przez całe życie do szkół dla dziewcząt, to taka zmiana była niczym poczęstowanie po raz pierwszy dziecka cukierkiem. Jestem pewna, że szybko zrozumiała, jacy oni są naprawdę!

Większość dziewczyn szybko sobie uświadamia, że chłopcy w ich wieku są niezbyt dojrzali, moja mama także. Ale kiedy miała czternaście czy piętnaście lat, w szkole nie było nikogo wystarczająco starszego od niej. Na szczęście jej przyjaciółki miały starszych braci, były też potańcówki i przyjęcia. To właśnie na jednym z nich poznała mojego ojca, pięć lat od niej starszego. Był to najciekawszy człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkała.

Jestem pewna, że mama nie była jedyną osobą, która w tym czasie uganiała się za starszymi chłopcami. Ale ona należała do tych, którym się nie powiodło. Niedługo po swoich piętnastych urodzinach stwierdziła, że jest w ciąży. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak bardzo musiała się bać, ale to był dopiero początek problemu. Trzeba było jeszcze powiedzieć o tym rodzicom.

Jak większość ludzi w tamtych latach dziadkowie pragnęli tylko być szanowani. Mama doskonale o tym wiedziała. Dość się nasłuchała, więc zrobiła to, co wiele innych dziewcząt w takiej sytuacji, czyli nic. Zupełnym przypadkiem któregoś dnia babcia zobaczyła mamę w bikini i stwierdziła, że jej brzuch jakoś dziwnie się zaokrąglił. I dopiero wtedy cała sprawa wyszła na jaw.

Tego nieszczęścia nie dało się tak szybko zapomnieć. W ciągu dwóch tygodni ludzie na pewno zaczęliby zauważać brzuch mamy, a pod koniec roku miało się pojawić dziecko. W 1969 roku tak się nie robiło. A w każdym razie nie robili tak porządni ludzie.

Naprawdę współczuję moim dziadkom. Kiedy pogodziłam się wreszcie z tym, że byłam obecna na ślubie własnej matki, sądziłam, że wiem już wszystko. No dobra, moi rodzice byli trochę nieuważni, wiem, że pewnie nie byłam planowana, ale byli zakochani i na pewno myśleli o ślubie. Moje pojawienie po prostu przyspieszyło to wszystko. Jakże byłam naiwna.

Kiedy usiadłam do pisania tej książki, ponownie zmusiłam się do przejrzenia tych listów. Powoli składałam w całość tę historię. Moi rodzice, czekając na dziecko, zdecydowali, że wezmą ślub, gdy tylko będą mogli to zrobić, i postanowili razem zamieszkać. Gdyby tego nie zrobili, mojemu ojcu groziłaby kara za stosunek z nieletnią. Jednak jak w wielu przypadkach i dziś, policja uznała, że moi rodzice są w związku. No owszem, piętnaście lat to za mało, ale się kochali. W tym wieku myśli się, że spędzi się z drugą osobą resztę życia. Niestety, na tym problemy się nie kończyły. Kolejny list informował, że mamę uznano za potencjalną ofiarę i rozważano, czy nie przekazać jej pod opiekę państwa. Sugerowano również, że powinna oddać mnie do adopcji.

Kiedy miałam czternaście lat, w głębi serca wiedziałam, że mama zrobiłaby wszystko, by mnie przy sobie zatrzymać. Przez ten krótki czas, gdy byłyśmy razem, widziałam, co robiła, by mnie chronić, na co się narażała, by tylko mnie nie stała się krzywda. To nie jest kobieta, która oddałaby swoje dziecko.

Mama musiała być pod okropną presją, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy o niej myślę, to że nigdy się nie poddawała. Bez względu na koszt. Widziałam to tyle razy...

Koniec wersji demonstracyjnej.