Byłam Eileen - Ottessa Moshfegh

Reflow text when sidebars are open.
Na oko nie różniłam się niczym od dziewcząt, jakie spotyka się w autobusie, pogrążonych w lekturze książek w płóciennej bibliotecznej oprawie - przyrodniczych, geograficznych; byłam jasną szatynką i czasem nosiłam na włosach siatkę. Nie rzucałam się w oczy. Pamięć podsuwa mi szarą myszkę z pospolitą burą torebką w ręku albo z paczką orzeszków ziemnych, które obraca w palcach, nie zdejmując rękawiczek, patrząc w okno i cmokając z dezaprobatą. Poranne słońce oświetla delikatny puszek na twarzy, który próbuję maskować prasowanym pudrem, zbyt jasnym dla mojej bladej karnacji. Byłam chuda, koścista, ruchy miałam kanciaste, nieporadne, chodziłam sztywno, jakbym kij połknęła. Twarz miałam usianą kraterami po trądziku, które odbierały wszelki urok czy choćby krztynę oryginalności, jaka mogła drzemać pod chłodną, obojętną maską mieszkanki Nowej Anglii. W okularach mogłabym uchodzić za intelektualistkę, ale na przeszkodzie stał mój temperament. Wyglądałam, owszem, na kogoś, kto chętnie przesiaduje zamknięty w czterech ścianach, szuka ukojenia w ciszy, wodząc wzrokiem w zadumie po stronicach książek, półkach, ciężkich zasłonach, kto koncentruje się w pełni na tym, co ma przed oczami - lekturze, biurku, drzewie za oknem, rozmówcy - ale tak naprawdę nie znosiłam ciszy, nie znosiłam bezruchu, złościło mnie wszystko. Zwykle byłam wściekła i niezadowolona. Gdy próbowałam nad tym panować, mój zły humor i nieprzystosowanie tylko się pogłębiały. Czułam się jak jakaś Joanna d'Arc czy Hamlet, który przez pomyłkę przyszedł na świat w ciele kogoś, kto jest nikim, anonimowym cieniem. Byłam nie tym, kim powinnam. Byłam Eileen.
I nawet mając dwadzieścia cztery lata - pięćdziesiąt lat temu - byłam bardzo pruderyjna. Oto ja wtedy: ciężka wełniana spódnica za kolana, grube pończochy, bluzka zawsze dopięta pod samą szyję. Nie oglądano się za mną na ulicy. Właściwie nie miałam żadnych poważniejszych mankamentów urody. Byłam młoda, niebrzydka, choć trochę nijaka. Jednak we własnym mniemaniu wyglądałam koszmarnie: brzydka, odrażająca, niedorobiona. W tej sytuacji zwracanie uwagi na siebie wydawało się szczytem głupoty. Rzadko nosiłam biżuterię, nie używałam perfum, nigdy nie malowałam paznokci. Czasem zakładałam pierścionek z małym rubinem, który odziedziczyłam po matce.
Moje życie w wydaniu młodej gniewnej skończyło się w ostatnich dniach grudnia, w nękanym mroźną zimą mieście, w którym się urodziłam i wychowałam. Przed każdym domem w ogródku piętrzyły się zaspy sięgające parapetów okien na parterze. W dzień śnieg topniał na wierzchu, a breja z jezdni spływała do rynsztoka i nagle duch wstępował w człowieka, który zaczynał wierzyć, że życie może być przyjemne, a słońce w końcu zawsze wyjdzie zza chmur. Jednak po południu, po zachodzie słońca, na śniegu krzepła skorupa lodu tak gruba, że w nocy nie pękała nawet pod ciężarem rosłego mężczyzny. Co rano od ganku do ulicy sypałam z wiadra wąską ścieżkę soli. Z daszku nad drzwiami frontowymi zwisały sople; przechodząc pod nim, lubiłam wyobrażać sobie, że przebijają moją pierś z chrzęstem, jak kule, albo rozrywają mi mózg na strzępy. Chodnik odśnieżali nasi sąsiedzi, ludzie, którym mój ojciec nie ufał, bo byli luteranami, a nie, jak my, katolikami. Ale ojciec nie ufał nikomu. Jak wielu nałogowych alkoholików miał paranoję. Nasi sąsiedzi, luteranie, na Boże Narodzenie postawili nam przed drzwiami biały wiklinowy kosz z woskowanymi jabłkami owiniętymi w celofan, bombonierką i butelką sherry. Całość wieńczył bilecik "Wesołych świąt".
Czy wiedzieli, co się dzieje w domu, kiedy jestem w pracy? Był to dwupiętrowy, drewniany budynek w kolonialnym stylu, pokryty łuszczącą się czerwoną farbą. Wyobrażam sobie ojca, jak sączy tamtą świąteczną sherry, przypalając ogryzek cygara od piekarnika. Żałosny widok. Na co dzień pił dżin, rzadziej piwo. Jak już wspomniałam, był pijakiem, dzięki czemu był prosty w obsłudze. Łatwo się odwracało jego uwagę, gdy się denerwował, łatwo dawał się udobruchać: po prostu wkładałam mu butelkę w rękę i wychodziłam z pokoju. Naturalnie jego alkoholizm źle na mnie działał. Byłam spięta, poirytowana, co jest typowym symptomem u osób, które mieszkają pod jednym dachem z alkoholikiem. Ta historia jest historią, jakich wiele. Później mieszkałam z niejednym alkoholikiem, dzięki czemu nauczyłam się, że na nic się zdaje zamartwianie się, pytanie: "dlaczego", zarzynanie się, żeby im pomóc. Są, jacy są, na dobre i na złe. Teraz mieszkam sama i jestem zadowolona, ba, szczęśliwa. Jestem za stara, żeby się troszczyć o cudze życie. I szkoda mi już czasu, żeby wybiegać myślą w przyszłość i martwić się na zapas. Ale kiedy byłam młoda, martwiłam się nieustannie, głównie o ojca - ile mu jeszcze lat zostało, co może mu strzelić do głowy, co zastanę, gdy wrócę wieczorem do domu.
A nie był to przytulny domek. Po śmierci matki nie zrobiliśmy gruntownych porządków ani nie porozdawaliśmy jej rzeczy, a ponieważ nie było teraz komu sprzątać, brudny, zakurzony, straszliwie zagracony dom pękał w szwach od bezużytecznych gadżetów. Mimo to wiało w nim pustką. Przypominał pustostan, którego poprzedni lokatorzy uciekli nocą, jak jacyś Żydzi albo Cyganie. Gabinet, salon i pokoje na górze stały prawie nieużywane. Wszystko zostało, jak było, porastając kurzem: rozłożona gazeta latami leżała na oparciu kanapy, zdechłe mrówki przyschły do patery z cukierkami. Klimat rudery w wysiedlonej osadzie na pustyni, na której przeprowadzano próby jądrowe.
Spałam na strychu, na łóżku polowym, które ojciec dziesięć lat wcześniej kupił na wyprawę kamperem; nigdy nie doszła do skutku. Zimny, zakurzony strych był miejscem, w którym szukałam azylu, kiedy matka zachorowała, bo źle się spało w pokoju dziecięcym sąsiadującym z jej sypialnią. Przez całą noc płakała i jęczała, wzywała mnie.
Z dołu nie docierały prawie żadne dźwięki. Ojciec wstawił do kuchni fotel z gabinetu i sypiał na nim. To był taki typ fotela, w którym za pociągnięciem dźwigni oparcie odchylało się całkiem do tyłu - swego czasu nowinka techniczna. Ale dźwignia zepsuła się i zardzewiała w pozycji rozłożonej. Reszta domu była jak ten fotel - brudna, zrupieciała, zastygła w bezruchu.
Pamiętam, że tamtej zimy cieszyłam się z wczesnych zachodów słońca. Ciemność niosła dla mnie ukojenie. Za to ojciec bał się mroku. Niestety, nie była to bynajmniej urocza słabostka. W nocy zapalał piekarnik i kuchenkę i pił, wpatrując się w buzujące niebieskie płomienie. Mówił, że zawsze mu zimno, mimo to stale chodził rozebrany. Tamtego wieczoru - od którego zacznę tę opowieść - zastałam go siedzącego boso na schodach i pijącego sherry z wygasłym cygarem w dłoni.
- Biedna Eileen - mruknął sarkastycznie, kiedy stanęłam w drzwiach.
Pogardzał mną bezbrzeżnie, uważał za żałosną i nieatrakcyjną, czego przede mną bynajmniej nie taił. Gdyby moje ówczesne marzenia miały moc sprawczą, pewnego pięknego dnia znalazłabym go pod schodami ze skręconym karkiem, ale jeszcze żywego. "Czas najwyższy" - zbyłabym jego śmiertelne drgawki maksymalnie zblazowanym tonem. Tak więc nienawidziłam go, zdecydowanie, mimo to byłam bardzo posłuszna. W domu było nas tylko dwoje - tato i ja. Owszem, mam siostrę - żyje, o ile wiem, ale nie rozmawiamy ze sobą od ponad pięćdziesięciu lat.
Ojciec nie był szczególnie wysoki, za to barczysty, miał długie nogi i czuło się w nim coś władczego. Rzednące siwe włosy układały się w zawadiacki czub. Z perspektywy czasu widzę, że podobnie jak chłopcy z więzienia, w którym pracowałam, tłamsił w sobie wrażliwość i gniew. Na jego twarzy - twarzy starca - malował się grymas czujności, sceptycyzmu i wiecznej dezaprobaty. Ręce mu się trzęsły, nawet kiedy solidnie popił. Stale się drapał po podbródku - krwistym, nalanym, obwisłym. Tarł go dobrotliwie, jakby czochrał po głowie niesfornego malca. Mówił, że w życiu żałuje jednego: że nie udało mu się zapuścić porządnej brody - jakby to było świadome zaniechanie. Taki już był - zgorzkniały, arogancki, nielogiczny. Nie sądzę, żeby naprawdę kochał swoje dzieci. Obrączka, którą nosił latami po śmierci mamy, sugerowała, że może chociaż ją darzył uczuciem. Ale przypuszczam, że nie był zdolny do prawdziwej miłości. Z natury był okrutny. Do dziś potrafię mu wybaczyć, jeśli tylko przypomnę sobie, jakie cięgi obrywał w dzieciństwie od rodziców. Nie jest to metoda elegancka, ale skuteczna.
Gwoli wyjaśnienia: to nie jest opowieść o tym, jaki mój ojciec był koszmarny. Nie mam najmniejszego zamiaru rozliczać go z jego okrucieństwa. Ale pamiętam tamten dzień, kiedy na schodach odwrócił się za mną z takim wyrazem twarzy, jakby rzygać mu się chciało na mój widok. Stałam na półpiętrze, patrząc na niego z góry.
- Wracaj na dół - zaskrzeczał. - Masz jechać do Lardnera. - Lardner to monopolowy na drugim końcu miasta. Pusta butelka po sherry wypadła mu z ręki i toczyła się, podskakując, po schodach.
Teraz jestem bardzo zrównoważona, można powiedzieć wręcz stoicka, ale wtedy łatwo wpadałam w szał. Ojciec wiecznie traktował mnie jak jakieś popychadło, a ja nie umiałam powiedzieć nie.
- Dobrze - odparłam potulnie.
Ojciec kaszlnął i pyknął dymem z ogryzka cygara.
Kiedy byłam rozbita, myślenie o sobie przynosiło mi ulgę. Prawdę mówiąc, miałam obsesję na punkcie własnego wyglądu. W moich małych zielonych oczach próżno by szukać - zwłaszcza wtedy - błysku dobroci. Nie należę do osób, które usiłują uszczęśliwiać bliźnich, choćby dlatego, że nie umiem stawiać na swoim. Widząc tamtą mnie - z włosami spiętymi klamerką, w płaszczu mysiego koloru - wzięlibyście mnie za drugoplanową postać w tej opowieści: sumienną, przewidywalną, wtórną i nieciekawą. Wyglądałam jak poczciwa uboga krewna z prowincji i chyba wolałabym być nią niż sobą. Dość często przeklinałam i dostawałam ataków szału, a tamtego dnia przyładowałam z buta w drzwi łazienki tak mocno, że mało nie wypadły z zawiasów.
Spowijała mnie otoczka apatii, stoicyzmu i tumiwisizmu, podczas gdy tak naprawdę kipiałam ze złości, a w głowie miałam szaleńczy natłok myśli, głównie morderczych. Obnosiłam się ze zbolałą, bezbarwną miną, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Moje lektury nie dotyczyły prowadzenia domu i ogródka. Lubiłam czytać o wszelkich okropnościach. Pamiętam, jak wybierałam jedną z najgrubszych książek w bibliotece publicznej - kompendium medycyny starożytnego Egiptu - aby zgłębiać upiorną praktykę wyciągania mózgu zmarłego przez nos.
Lubiłam wyobrażać sobie mój mózg zwinięty w czaszce w kłębek. Fantazje, że własny mózg można rozplątać, wyprostować i tym sposobem przywrócić mu spokój i zdrowie, niosły ukojenie. Miałam poczucie, że w moim mózgu coś zostało wadliwie zainstalowane, a problem jest na tyle skomplikowany, że jedynym remedium pozostaje lobotomia - mój mózg wymagał przeglądu generalnego, wymiany starego życia na nowe. Stawiałam samej sobie dramatyczne diagnozy. Oprócz książek gustowałam w lekturze "National Geographic". Prenumerata pocztowa miesięcznika to był prawdziwy luksus, dzięki któremu czułam się kimś wyjątkowym. Z zapartym tchem chłonęłam artykuły poświęcone wierzeniom ludów pierwotnych. Fascynowały mnie ich krwawe rytuały, ofiary z ludzi, morze bezsensownego cierpienia. Wiem, że to brzmi jak wyznanie degeneratki. Ale nie sądzę, żebym cierpiała na wrodzony brak serca. Gdybym przyszła na świat w innej rodzinie, miałabym szansę wyrosnąć na osobę o normalnych emocjach i zachowaniach.
W gruncie rzeczy byłam masochistką. W jakimś stopniu odpowiadało mi, że ojciec mną dyrygował. Owszem, wściekałam się, nienawidziłam go, to oczywiste, ale ta złość nadawała mojemu życiu szczyptę sensu, a jazda do monopolowego zabijała czas. Życie jawiło mi się jako niekończąca się próba przechytrzenia zegara.
Wychodząc z łazienki, starałam się wyglądać na słabą i zmęczoną. Ojciec pokasływał niecierpliwie. Wzdychając z rezygnacją, wzięłam monety z jego wyciągniętej dłoni. Z powrotem zapięłam płaszcz. Czułam ulgę, że mam dokąd iść, mam na wieczór jakąś alternatywę dla krążenia po strychu albo przyglądania się, jak ojciec pije. Nie trzeba było mnie namawiać do wyjścia z domu.
Gdybym wychodząc, mocno trzasnęła drzwiami, na co miałam szczerą ochotę, mógłby się odłamać któryś z sopli nad gankiem. Wyobrażałam sobie, jak wbija się przez nasadę karku i przeszywa mi serce. Z kolei gdybym odchyliła głowę do tyłu, mógłby przebić mi gardło i rozharatać komorę klatki piersiowej - chętnie wyobrażałam sobie to ze wszystkimi szczegółami - przejść przez trzewia, by wreszcie wbić się, jak kryształowy sztylet, w części intymne. Tak w tamtej epoce wyobrażałam sobie mapę anatomiczną mojego ciała - mózg był kłębkiem przędzy, tułów pustym naczyniem, a części intymne ziemią niczyją. Jednak zamknęłam drzwi ostrożnie, bo wcale nie chciałam umrzeć.
Odkąd ojciec nie był już zdolny siąść za kierownicą, jeździłam jego starym dodge'em. Uwielbiałam ten samochód, olbrzymi czterodrzwiowy coronet - zieleń mat - z odrapaną i powgniataną maską. Podłoga przerdzewiała na wylot od soli, którą posypywano u nas jezdnie w zimie. W schowku przy kierownicy trzymałam zamarzniętą mysz polną, którą tamtej zimy znalazłam zwiniętą w kłębek na ganku. Podniosłam ją za ogon i zakręciłam nią w powietrzu, a potem wrzuciłam do schowka, dokładając do niedziałającej latarki, mapy drogowej Nowej Anglii i garstki zaśniedziałych miedziaków. Tamtej zimy co jakiś czas zaglądałam do mojej myszy, by sprawdzić, czy mimo mrozu nie pojawią się jakieś oznaki rozkładu. Prawdopodobnie dawało mi to poczucie władzy. Mysz była moją maskotką, talizmanem na szczęście.
Testowałam temperaturę na zewnątrz, wystawiając język tak długo, aż mróz zaczął mnie szczypać. Tamtej nocy musiało być sporo poniżej zera. Sam oddech sprawiał mi ból. Ale ja wolałam mróz od upałów. W lecie byłam niespokojna i rozbita. Dostawałam wysypki od słońca, musiałam wylegiwać się w zimnej wodzie. Przy moim biurku w więzieniu zawzięcie wachlowałam się papierowym wachlarzem. Nie znosiłam pocić się przy ludziach. Wszelkie przejawy cielesności napawały mnie obrzydzeniem. Nie słuchałam Beatlesów, nie oglądałam programów Eda Sullivana. Nie interesowała mnie w ogóle masowa rozrywka. Wolałam czytać o starożytnych dziejach, odległych krainach. Wszelkie informacje o aktualnych wydarzeniach i bieżących trendach uprzytomniały mi boleśnie moją izolację. Odcinając się z własnej woli od wszelkich nowinek, z ofiary zamieniałam się w sprawcę.
Wracając do samochodu: mdliło mnie podczas jazdy. Czułam, że coś jest nie tak z rurą wydechową, ale w tamtych czasach uporanie się z usterką podobnego kalibru przerastało moje możliwości. Uznałam, że mimo mrozu powinnam uchylić okno. W swoim mniemaniu byłam bardzo dzielna, tak naprawdę jednak bałam się, że jeśli zacznę narzekać na samochód, ojciec mi go odbierze. Tylko samochód trzymał mnie przy życiu. Był moją ucieczką. Ojciec, zanim przeszedł na emeryturę, w wolne dni zabierał nas na przejażdżkę. Jeździł po mieście jak wariat - parkował na chodnikach, z wizgiem ścinał zakręty, w środku nocy kończyła mu się benzyna, zdarzało mu się przytrzeć bokiem o cysternę z mlekiem, biurowiec AMP i tym podobne. W tamtych czasach wszyscy jeździli po pijaku, ale ojciec stanowczo przeginał. Ja byłam rozsądnym kierowcą. Nigdy nie przekraczałam dozwolonej prędkości, nie przejeżdżałam na czerwonym świetle. Po zmroku lubiłam prowadzić powoli, ledwie wciskając gaz, i patrzeć, jak miasto sunie za oknem, niczym film. Zawsze wyobrażałam sobie, że inni mieszkają w nieporównanie ładniejszych domach, z błyszczącymi meblami i eleganckim kominkiem, na którym wywieszano skarpetę dla Świętego Mikołaja. Ciasteczka w spiżarni, elektryczna kosiarka w garażu. W tamtych czasach chętnie wyobrażałam sobie, że inni mają lepiej niż ja. Zwłaszcza jeden ganek w sąsiedztwie działał na mnie przygnębiająco. Stała na nim biała ławeczka, z podłogi wystawała metalowa skrobaczka do czyszczenia butów ze śniegu, o kształcie podobnym do odwróconej łyżwy, a na drzwiach wisiał wianuszek ostrokrzewu. Miasto miało pewien staroświecki urok. Każdy, kto mieszkał kiedyś w Nowej Anglii, zna tę wyjątkową głębię nocnej ciszy okrytych śniegiem nadmorskich miast. Po zachodzie słońca zmierzch nie tyle dogasał, ile wycofywał się w głąb oceanu, jakby wsysany przez odmęty.
Do końca życia nie zapomnę brzęczenia dzwonków nad drzwiami monopolowego - dźwięku, który witał mnie co wieczór. Alkohole Lardnera. Uwielbiałam ten sklep. Wnętrze było ciepłe i schludne, mogłam przechadzać się między rzędami półek do woli, udając, że czegoś szukam. Naturalnie wiedziałam, gdzie przechowują dżin: w środkowej alejce po prawej, idąc w stronę kasy, metr, dwa od czarnej ściany i tylko na dwóch półkach: bee-feater na górnej i seagram's na dolnej. Sprzedawca, pan Lewis, był tak uprzejmy i wesoły, jakby się w życiu nie domyślał, czemu służą moje zakupy. Tamtego wieczoru po wyjściu ze sklepu położyłam butelki na przednim siedzeniu. Dziwna rzecz, że alkohol nigdy nie zamarza. W całym dodge'u mróz się nie imał tylko dżinu. Dygocąc z zimna, przekręciłam kluczyk w stacyjce i powoli ruszyłam z powrotem. Pamiętam, że wracałam do domu dłuższą, bardziej malowniczą trasą.
Zastałam ojca w kuchni, na fotelu. Później nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, tamten wieczór był tylko datą rozpoczęcia tej historii. Postawiłam butelki na podłodze w zasięgu ręki ojca, zgniotłam w ręku papierową torbę i cisnęłam na kupę śmieci przy drzwiach do ogródka na tyłach. Weszłam na strych. Poczytałam "National Geographic", a potem zgasiłam światło i dzień był odfajkowany.
Teraz, gdy już poznaliście mnie trochę, pozwólcie, że się wam przedstawię. Nazywam się Eileen Dunlop. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata i zarabiałam pięćdziesiąt siedem dolarów tygodniowo, pełniąc funkcję, można powiedzieć, sekretarki w prywatnym zakładzie poprawczym dla nastoletnich chłopców. Z perspektywy lat widzę, że instytucja ta była niczym innym jak więzieniem dla małoletnich. Na potrzeby tej historii nazwałam to miejsce Moorehead. Wiele lat później mieszkałam w mieszkaniu, którego właścicielem był skończony psychopata Delvin Moorehead. Uznałam, że jest jak najbardziej stosownym patronem tamtej instytucji.
Za tydzień miałam uciec na zawsze z domu. A oto historia mojej ucieczki.