Prolog. Stopa
Prolog
Stopa
Nie mogłam oderwać wzroku od tej stopy. Na krzywiźnie sklepienia widniał
delikatny ślad brązowawoczerwonej henny. Przedstawiał coś
przypominającego rodzaj pnącza, choć nie pozwalał go rozpoznać niewielki
rozmiar zdjęcia, które trzymałam w dłoni. Paznokcie były czerwone i błyszczące, świeżo pomalowane. Ich powierzchni nie szpeciły zarysowania
ani odpryski. Było to zaskakujące, ponieważ stopę oderwał i odrzucił
wybuch ładunku wywołany przez terrorystkę będącą niegdyś jej
właścicielką. Pot spływał mi po dekolcie do pępka, mocząc biustonosz i przód bawełnianej koszuli pod żakietem, a ja czułam, jak zaczyna mi
ciążyć psychiczne i fizyczne zmęczenie kilkoma poprzednimi dniami.
Chwyciłam przód koszuli. Wilgotny materiał z cichym mlaśnięciem oderwał
się od mokrusieńkiej skóry. Z głowy spływały mi cieniutkie strumyczki
potu, przyklejając do niej włosy. Pytałam siebie, dlaczego w ogóle
zadałam sobie trud wysuszenia włosów przed opuszczeniem hotelu Cinnamon
Grand tego ranka. Przed końcem każdego dnia w Kolombo, choć nosiłam
eleganckie spodnium, przypominałam przywiędły liść sałaty, który zbyt
długo leżał na słońcu. Choć moi koledzy po fachu ubierali się w przewiewne bawełniane koszule i lekkie spodnie, stosownie do klimatu,
nie było żeńskiego odpowiednika tego stroju. Starałam się nosić skromnie
i zasłaniać jak największą część ciała. Zdjęcie żakietu i pokazanie
przepoconej koszuli, która przykleiła mi się do tułowia, równałoby się
konkursowi na miss mokrego podkoszulka. Wolałam więc znosić upał i pot,
byle tylko uniknąć nadmiernej uwagi.
Prowadziłam dochodzenie w sprawie terroryzmu w Kolombo na Sri Lance,
jednym z krajów, za które odpowiadałam. Uwielbiałam Sri Lankę za bujną
roślinność i tropikalny krajobraz, śnieżnobiałe plaże i ludzi, którzy
uśmiechali się częściej niż jakikolwiek inny naród, który poznałam
podczas podróży. Jednakże z wyjątkiem bryzy wyczuwalnej bliżej brzegu
klimat bywał ciężki i przytłaczający, zupełnie jakby wdychać duszne,
wilgotne powietrze przez gorące kule bawełny. Sri Lanka leży 10 stopni
na północ od równika. Dla nas, niebędących przecież starożytnymi
żeglarzami, jest to 479 mil, licząc równoleżnikowo, od dokładnego środka
Ziemi. Temperatura rzadko wykracza poza zakres od 28 do 32 stopni
Celsjusza. Bujność krajobrazu wynika z dwóch wyraźnych pór monsunowych i codziennych popołudniowych przelotnych opadów, co oznacza wysoką
wilgotność.
Właśnie skończyłam obowiązkową herbatę - gorącą herbatę - i ciasteczka, przy których omawiałam wydarzenia ostatnich dni. Podczas tej
wyprawy towarzyszył mi zespół amerykańskich agentów. Kilka dni
spędziliśmy w bazie wojskowej, stojąc w palącym słońcu i uważnie
przeglądając broń zatrzymaną podczas niedawnego nalotu wojskowego.
Mieliśmy ją skatalogować jako dowód w nadchodzącym procesie dotyczącym
terroryzmu. Omawiałam z agentami logistykę dostarczenia broni do
samolotu wracającego do USA, kiedy pan Weerasinghe, mój główny
odpowiednik w lankijskiej policji, poprosił mnie o rzut oka na dowody
pochodzące z niedawnego wybuchu terrorystycznego w Kolombo. Wyraziłam
zgodę, a on zaprowadził nas do niewielkiego, pozbawionego okna i powietrza pomieszczenia pełnego teraz spoconych agentów FBI i niewzruszonych oficerów lankijskiej policji.
Od końca lat 70. XX wieku Sri Lanka była uwikłana w nieustanną wojnę
domową między frakcją Tamilów, z których większa część przestrzega
tradycji hinduistycznej i stanowią mniejszość narodową, a Syngalezów, z których większość stanowią buddyści. Syngalezi byli u władzy.
Amerykański Departament Stanu wpisał separatystyczną grupę Tamilów,
zwaną Tygrysami Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu (LTTE), na oficjalną listę
zagranicznych organizacji terrorystycznych.
Kiedy na terytorium Stanów Zjednoczonych osoba lub grupa osób zbiera
środki na przeprowadzenie ataku terrorystycznego, dochodzenie prowadzi
FBI niezależnie od miejsca, w którym ma dojść do takiego ataku. Nazywa
się taką zbiórkę materialnym wsparciem terroryzmu i właśnie dlatego FBI
było zaangażowane w dochodzenie na Sri Lance. FBI blisko współpracowało
z lankijskim rządem podczas kilku dochodzeń związanych z grupą LTTE,
która w Stanach Zjednoczonych zbierała pieniądze na zakup broni i powiązanych elementów na potrzeby ataków terrorystycznych w swoim kraju.
Powoli oglądałam zawartość pokoju, a pan Weerasinghe opowiadał, że
tamilska samobójczyni weszła do biura urzędnika rządowego. Stojąc przed
jego biurkiem, zdetonowała bombę, czym zabiła zarówno jego, jak i siebie. Zdjęcia umieszczone w całym pomieszczeniu przedstawiały
makabryczne sceny, w tym części ciała, krew i poprzewracane meble. Na
stole leżały szczątki niegdyś jaskrawego, żółto-czerwonego sari
terrorystki, pokrytego teraz skrzepami zaschniętej brązowawoczerwonej
krwi. Po obejrzeniu zdjęć pan Weerasinghe poprowadził mnie do jednego z nich, przedstawiającego podziurawioną i porysowaną ścianę, paskudnie
szarą, pokrytą rozpryskami galaretowatej, żółtej, ziarnistej substancji
ze smugami krwi. Pan Weerasinghe powiedział:
- Panno Kathy, nie umiemy dojść, co to jest. Myśleliśmy, że to może być
jakiś materiał wybuchowy, ale chcieliśmy zapytać panią o zdanie.
Szczegółowo obejrzałam zbliżenie, a następnie wszystkie inne zdjęcia i na koniec zapytałam:
- Panie Weerasinghe, czy terrorystka miała przypadkiem bombę
przymocowaną do górnej części ciała, a nie w torebce lub torbie?
- Tak, panno Kathy - zniżył głos. - Materiał wybuchowy umieściła w...
biustonoszu i zdetonowała go przed urzędnikiem siedzącym tyłem do
ściany.
Jak miałam to wyjaśnić panu Weerasinghe? Po tym jak niechętnie wymawiał
słowo "biustonosz", poznałam, że źle się czuje, omawiając tę kwestię z kobietą. Choć nie wydawała się go peszyć rozmowa o częściach
okaleczonego ciała kobiety, wzmianka o intymnych elementach damskiej
garderoby wytrąciła go z równowagi. Nie chciałam wprawiać go w jeszcze
większe zakłopotanie ani zażenowanie. Jednocześnie pragnęłam, aby
zrozumiał, na co patrzy.
- Panie Weerasinghe, ta substancja na ścianie to tkanka piersi.
Przez kilka sekund wpatrywał się we mnie, a później po prostu skinął
głową, jakby było oczywiste, że każda kobieta wie, jak wygląda wnętrze
jej piersi, czego rzecz jasna większość kobiet nie wie. Nie tak
dokładnie.
Nie powiedziałam mu, że początkowo chciałam zostać chirurgiem. Odkąd
skończyłam piętnaście lub szesnaście lat, do połowy koledżu wszystkie
wakacje i ferie pracowałam w szpitalu na oddziale chirurgii, gdzie
przygotowywałam narzędzia, zbierałam je po zabiegu, myłam i sterylizowałam. Kiedy nabrałam doświadczenia, stałam przy stole
operacyjnym, podawałam narzędzia i uczyłam się technik szycia, a jednocześnie rozpoznawania narządów. Widziałam całkiem sporo mastektomii
i operacji wycięcia guzków z piersi. Tłustej tkanki piersi złożonej z komórek zrazikowych nie sposób pomylić z czymkolwiek innym.
Pan Weerasinghe, kiedy już w ciszy zastanowił się nad moimi słowami,
delikatnie położył mi dłoń na ramieniu i gestem wskazał na usta, jakby
chronił żenującą tajemnicę, której nie chciał ujawnić innym. Nachyliłam
się, a on niskim, miękkim głosem zapytał:
- Panno Kathy, czy wiedziała pani, że zamachy samobójcze kobiet
wymyślono na Sri Lance?
- Nie, nie miałam o tym pojęcia - odparłam, choć w myślach stwierdziłam,
że nie ma się czym chwalić. Po obejrzeniu szczątków kobiety, która
wysadziła się w powietrze, byłam dziwnie roztrzęsiona i przestraszona.
Jednocześnie czułam, jak zalewa mnie smutek, że coś ją skłoniło do
popełnienia tego nieodwołalnego aktu. Zawsze wydawało mi się, że przemoc
jest rzeczą męską, nie kobiecą. Z raportu w ramach programu Uniform
Crime Reporting FBI wynika, że 88 procent wszystkich przestępstw z użyciem przemocy w USA popełniają mężczyźni. Być może kontrast między
płciami można sprowadzić do jednego opisu: mężczyźni obawiają się, że
kobiety ich wyśmieją, zaś kobiety, że mężczyźni je zabiją. Kobiety
zwykle unikają przemocy, nie na odwrót... a przynajmniej zwykle tak
jest.
Czułam już wyczerpanie długimi dniami spędzonymi na przebieraniu w broni
dużego kalibru, wyrzutniach rakiet i innych akcesoriach do zabijania.
Kiedy tak wpatrywałam się w tę masakrę, to jedno zdjęcie nieustannie
przykuwało mój wzrok i nie mogłam się od niego uwolnić... zdjęcie
stopy... samej stopy... nieskazitelnego pedikiuru i eleganckiego łuku
henny. Po bliższym przyjrzeniu się rozłożonym na stołach fragmentom sari
zdałam sobie sprawę, że wykonano je z jedwabiu bardzo wysokiej jakości,
a nie z bawełny, którą noszono na co dzień.
Ta kobieta najwyraźniej zadała sobie trud, by być piękna, jakby stroiła
się na jakąś szczególną okazję. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego
ktokolwiek, a szczególnie kobieta, miałby zadawać sobie cały ten trud,
wiedząc, że umrze? Co skłoniło ją do przedstawienia się w najlepszym
świetle, skoro wiedziała, że nigdy stąd nie wyjdzie? Nie mogłam oderwać
wzroku od tego zdjęcia. Niestety nasze społeczeństwo wydaje się
przyzwyczajone do oglądania fotografii martwych mężczyzn, ofiar
strzelanin lub wojny. A jednak kiedy podczas szkolenia w Quantico
obejrzałam szereg zdjęć martwych ciał, znaczny odsetek przedstawiał
kobiety, ofiary seryjnego zabójcy lub gwałciciela. Nie dotarliśmy do
punktu, w którym przemoc z udziałem kobiet byłaby tak powszechna, że
znieczulilibyśmy się na nią, a przynajmniej celowa przemoc ze strony tej
kobiety, która zdecydowała się odebrać życie sobie - i komuś innemu - w jeden z najbardziej destrukcyjnych sposobów.
Jechałam później samochodem ambasady amerykańskiej na lotnisko, skąd
miałam wrócić do Delhi. Lotnisko znajdowało się w odległości zaledwie
około 30 kilometrów od Kolombo, ale poruszaliśmy się powoli i czasem
jazda mogła zająć parę godzin. Drogi były w kiepskim stanie, bardzo
dziurawe, a ruch uliczny nie kierował się żadnymi zasadami. Siedząc z tyłu, zauważyłam, że nasz samochód przytulał się do autobusu
publicznego. W innej chwili zupełnie nie poświęciłabym temu uwagi. Ale
Tamilowie zaczęli dokonywać inwazji w Kolombo, położonym w południowej
części Sri Lanki i oddalonym od walk na północy. Niedawno wybuchły bomby
w kilku autobusach, a na przystanku w powietrze wyleciało kilka osób.
Podczas jednej z wcześniejszych wizyt, kiedy przebywałam w ambasadzie
amerykańskiej, pracownik Dyplomatycznej Służby Bezpieczeństwa
poinformował wszystkich o lockdownie w ambasadzie. Znaleziono oparty o frontową ścianę kompleksu ambasady rower, który z tyłu siodełka miał
przymocowane pudełko pełne materiałów wybuchowych. Do czasu przyjazdu
saperów policyjnych i usunięcia przez nich ładunku wszyscy obecni w ambasadzie mieli pozostać wewnątrz pod ścisłą ochroną, a dopiero później
mogli wrócić do własnych spraw.
Wpatrywałam się w tył autobusu, a poczucie zagrożenia i paniki uniosło
mi wszystkie włoski na karku. Podczas całej kariery w FBI taki przemożny
strach czułam dotychczas tylko raz, wiele lat wcześniej, w trakcie
dochodzenia w biurze w Nowym Jorku.
Przytłoczona przeżyciami związanymi z bronią w bazie wojskowej, rowerem
przewożącym ładunki wybuchowe, niedawnym wysadzeniem autobusów i zdjęciem stopy, o którym nie umiałam przestać myśleć, byłam roztrzęsiona
i niecierpliwa. Każdy milimetr odzieży nasiąkł nieprzerwanym strumykiem
potu, który teraz zasychał, wywołując lodowaty chłód powodujący
dreszcze. Pochyliłam się w stronę kierowcy, poklepałam go po ramieniu i warknęłam:
- Albo zwolnij i oddal się o pół mili od tego cholernego autobusu, albo
jak najszybciej go wyprzedź.
Kierowca był Lankijczykiem pracującym dla ambasady amerykańskiej.
Wiedział, że jestem attaché prawną z ramienia FBI. Odwrócił głowę i popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Wobec miejscowego personelu
ambasady zawsze byłam miła i troskliwa. Podczas wszystkich wizyt bardzo
dużo z nimi rozmawiałam. Taki wybuch był całkowicie do mnie niepodobny.
Jak odgadłam z wyrazu jego twarzy, sądził, że muszę wiedzieć coś, czego
on nie wie. Bez słowa gwałtownie odwrócił głowę i wyprzedził autobus.
Manewrując między samochodami, omijając riksze motorowe, czyli tuk-tuki,
rowery i wózki z warzywami, dowiózł mnie na lotnisko w rekordowo krótkim
czasie.
Stałam w kolejce do odprawy do Delhi, ale nadal niespokojnie i nerwowo
rozglądałam się dookoła. Jak zwykle byłam co najmniej o głowę wyższa od
większości otaczających mnie ludzi, więc bez trudu przyglądałam się
ubraniom w żywych kolorach i ciemnym włosom osób, które cierpliwie krok
po kroku podążały do lady. Przed sobą zobaczyłam kobietę w jaskrawym
sari, która kołysała się w przód i w tył, z uporem dotykała swoich
włosów i mięła w dłoniach tkaninę dolnej części stroju. Na jej karku
zauważyłam krople potu. Dla większości osób nie byłoby to nic
szczególnego, ale jeśli pochodzisz ze Sri Lanki lub Indii, jesteś
przyzwyczajona do upału i wilgoci. Rzadko widywałam, by ktoś poza
turystami z Zachodu miał na skórze więcej niż cieniutką warstewkę
wilgotnego "połysku". Zdecydowanie się pociła.
Im bardziej się jej przyglądałam, tym bardziej byłam zdenerwowana.
Zdałam sobie sprawę, że wyciągam szyję, usiłując zajrzeć jej przez ramię
i zobaczyć piersi. Czy wyglądały na większe niż zwykle? Czy jej tors
wydawał się wypchany czymś innym niż dwie piersi i zwykły bawełniany
biustonosz? Później popatrzyłam na jej stopy. Były zakurzone i zaniedbane. Miała na sobie tanie japonki. To nie oznaczało nic. Być może
nie miała czasu na malowanie paznokci. Nie mogłam oderwać od niej
wzroku. Mój umysł był ogarnięty obsesją na temat zdjęcia tamtej stopy.
Odbierając kartę pokładową, zawiesiłam na kobiecie wzrok, a później
starałam się ją dogonić przed wykrywaczem metalu. Przeszła przez niego.
Nie zatrzymały jej sygnały dźwiękowe, dzwonki ani gwizdy. W poczekalni
siedziałam w odległości kilku stóp od niej, nie tracąc nic ze swej
wzmożonej czujności. Obserwowałam jej każdy ruch. Większość czasu
siedziała spokojnie, choć wydawało mi się, że poświęciła nadmiernie dużo
czasu na ocenę otaczających ją pasażerów. Poczekałam, aż wejdzie na
pokład samolotu, i ruszyłam za nią w odległości kilku stóp. Co powinnam
zrobić? Powinnam powiadomić ochronę lotniska o swoim przeczuciu? Przed
oczami przesuwały mi się nagłówki gazet: "Agentka FBI profiluje niewinną
kobietę w samolocie".
Czy moja paranoja była po prostu reakcją na martwą samobójczynię
terrorystkę, która swą sytuację uważała za tak beznadziejną, że
świadomie wybrała śmierć? Czy też paranoja wynikała z faktu, że jej
pragnienie śmierci ujawniło coś, czego nie chciałam widzieć w sobie
samej?
Zanim zajęłam miejsce, byłam tak wyczerpana psychicznie, że mogłam
pomyśleć jedynie: "Do cholery. Jeśli samolot wyleci w powietrze,
przynajmniej nie potrwa to długo". Oparłam się o zagłówek i natychmiast
zasnęłam. Następną rzeczą, jaką pamiętam, była moja twarz odbita na
oparciu fotela przede mną, kiedy podwozie dotknęło pasa startowego na
lotnisku imienia Indiry Gandhi. I tyle z mojej wysoce skupionej
obserwacji FBI.
Po powrocie do swoich zwykłych spraw w Delhi pozbyłam się tego niepokoju
i pobudzenia, uznając, że ta kobieta na lotnisku po prostu obawiała się
latać. Być może mieszkając na Sri Lance - jeśli faktycznie tam mieszkała
- bała się także terrorystów samobójców. Być może w równym stopniu jak
ja bała się wylecieć w powietrze.
Podczas kolejnych powrotów do Sri Lanki już nigdy nie czułam takiego
zdenerwowania jak tamtego dnia. Kobieta na lotnisku i własne obawy
stopniowo wyleciały mi z głowy. Ale nigdy nie zapomniałam tamtej stopy.
Co jakiś czas zastanawiałam się nad kobietą, która wysadziła się w powietrze, a w mózgu krążyło mi to samo pytanie. Dlaczego? Dlaczego?
Dlaczego?
Tak naprawdę dopiero kiedy obudziłam się rankiem 9 listopada 2016 roku,
w dniu po wyborze Trumpa na prezydenta, zrozumiałam, dlaczego ta stopa
była dla mnie tak ważna. Położyłam się późno, już po ogłoszeniu wyników
wyborów. Usnęłam z płaczem i obudziłam się we łzach. Wiele godzin
spędziłam przed telewizorem, z przerażeniem, niedowierzaniem,
wielokrotnie zadając sobie pytanie, co się stanie ze wszystkimi
kobietami w tym kraju. Czy wszystkie staniemy się ofiarami molestowania
seksualnego? Na co zdadzą się wieloletnie próby udowodnienia sobie i innym, że kobieta może wykonywać pracę? Czy kobiety nie będą w stanie
znaleźć punktu oparcia dla własnej przyszłości? Czułam się przyduszona,
kontemplując stratę tych wszystkich cennych lat zdobywania własnej
niezależności, kiedy szłam przez życie z przekonaniem i pewnością. Czy
stracę całą radość, którą czerpałam ze zdobywania pola dla innych kobiet
i tych kobiet, które przyjdą po mnie? Wnętrzności ściskało mi
ostrzeżenie przed tym, co może nadejść.
I wtedy pomyślałam o tej stopie. Po raz pierwszy zrozumiałam, jak to
jest, kiedy wychodzisz z domu, nie wiedząc, czy wrócisz, kiedy
wychodzisz, protestujesz i walczysz o swoje przekonania ze świadomością,
że możesz za to umrzeć. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam poświęcenie
kobiet sprzed wielu dziesiątków lat, które walczyły o prawo do
głosowania. Pomyślałam o wszystkich ludziach, którzy zaangażowali się w nieznane im sytuacje, aby walczyć o swe prawo do równości nie tylko w świetle ustroju, ale także w oczach wszystkich obywateli tego kraju.
Wówczas zrozumiałam, co mogło skłonić kobietę do przemocy.
Przez lata niezliczoną liczbę dni i tygodni wychodziłam z domu z bronią.
W przeciwieństwie do tamtej terrorystki samobójczyni nigdy nie
przygotowywałam się na śmierć, zawsze starałam się wyglądać jak
najlepiej niezależnie od dalszych wydarzeń. Moim typowym mundurkiem było
nieskazitelne spodnium i wykrochmalona biała bluzka. Zawsze wiedziałam,
że być może będę musiała użyć broni. Jak sądzę, w pewnym sensie byłam
skłonna umrzeć za ulotne, słabo zdefiniowane, patriotyczne poczucie
sprawiedliwości.
Ale nawet w ciągu tych wszystkich lat spędzonych w służbie FBI, w obliczu nieodłącznego niebezpieczeństwa, rzadko się bałam. Teraz było
inaczej. Teraz czułam strach, przerażenie, o którym nigdy nie myślałam.
Teraz wiedziałam, co czuła ta kobieta od stopy w związku ze swą
samobójczą przemocą. Wiedziałam, że gdybym miała wyjść z domu i dążyć do
czegoś, w co naprawdę wierzyłam, wiedząc bez cienia wątpliwości, że nie
wrócę, dałabym sobie z tym radę.
Rozdział pierwszy. Niespokojna tęsknota
Rozdział pierwszy
Niespokojna tęsknota
Życie się waha między dwoma światy: -
Gwiazda wieczorna, co się na dnia słoni
Rąbek.1
- Lord Byron, Don Juan
W południowo-środkowym Kentucky można spotkać pofalowane wzgórza o niezwykłej urodzie, usłyszeć szum i drgania maszyn oraz napotkać
zwierzęta gospodarskie. I ciszę. I brak słów, i głosów.
Moi rodzice kupili to miejsce, farmę, na której się wychowałam, rok
przed moim urodzeniem. Trzysta akrów czarnego pyłu, ponieważ
gospodarstwo leżało w porośniętym bujną roślinnością, żyznym zakolu
rzeki Green, dopływu Ohio, który na odcinku czterystu mil przepływał
przez południowo-środkowe Kentucky. Dwupasmowa asfaltowa droga dzieliła
gospodarstwo na dwie części. Dalej przechodziła w drogę gruntową, która
zjeżdżała w dół aż do powolnego nurtu szarozielonej rzeki. Jeśli
przypadkiem tuż przed drogą gruntową skręciło się w prawo, można było
przejechać przez gospodarstwa leżące w tym szerokim zakolu i wyjechać na
kolejną dwupasmową drogę wiejską, prowadzącą ostatecznie do skrzyżowania
w przysiółku Gabe, złożonym z kilku białych pokrytych deskami domów,
kościoła baptystów z czerwonej cegły i wiejskiego sklepu. Naprzeciw tego
sklepu znajdował się przypominający domek dla lalek urząd pocztowy,
którego okiennice długo pozostawały zamknięte po fuzji z innym oddziałem
oddalonym o około pięć mil, położonym bliżej "miasta", siedziby hrabstwa
zwanego Greensburg. Moim światem był Greensburg w stanie Kentucky, w hrabstwie Green nad rzeką Green, pokryty zielenią kalejdoskop opasany
granicami błękitnego nieba i do nich należący.
W naszym gospodarstwie mleczarsko-tytoniowym pasło się dwieście krów.
Trzeba je było doić dwa razy dziennie, siedem dni w tygodniu, 365 dni na
rok. Nie było czasu wolnego, nie było wakacji. Moi rodzice urządzali
sobie drzemkę jedynie w niedzielne popołudnia, po kościele i obiedzie,
naszym posiłku w południe. W niedziele mój tata stanowczo nalegał na
przestrzeganie dnia wolnego, świętego dnia, kiedy należy czcić Boga, a praca jest niewskazana. Nigdy nie rozumiałam, jak tata uzasadniał
dwukrotne dojenie krów w niedzielę, co w moich oczach stanowiło pracę.
Jako dziecko nie nauczyłam się jeszcze zadawać tacie pytań. Wiedziałam
tylko, że między czternastą a szesnastą w te leniwe popołudnia miałam
przechodzić na palcach przy otwartych drzwiach ich sypialni, był to
jedyny czas, kiedy mnie i mojemu rodzeństwu wolno było siedzieć
nieruchomo i umilać sobie popołudnie marzeniami.
W zakolu rzeki nasze gospodarstwo było najzamożniejsze, najbardziej
zadbane i najczystsze w okolicy. Znaliśmy wszystkich sąsiadów, a oni
znali nas. Sąsiedzi spieszyli z pomocą, jeśli krowy przeszły przez płot
i weszły na czyjeś pole. Ku rozdrażnieniu mojej mamy tata często
pożyczał sprzęt innym rolnikom, którzy nie inwestowali we własny
majątek. Zbyt często sprzęt zwracano uszkodzony i wymagający naprawy, co
powodowało konieczność wydania zimnej, twardej gotówki. Gotówki, której
nie mieliśmy. Nie mieliśmy gotówki, ale mieliśmy wszystko, co potrzebne
- żywność, ubrania, dom i ziemię, która nas utrzymywała. Walutą w gospodarstwie nie jest gotówka, lecz ciężka praca. Wszystkie pieniądze
wytworzone przez gospodarstwo inwestowano w jego powodzenie lub porażkę.
Więcej bydła, większy i lepszy sprzęt, bardziej nowoczesne budynki
gospodarcze i plantowanie większej ilości gruntu, aby można było
posadzić więcej roślin, oraz zakup kolejnych gruntów. Mantrą mojego ojca
stały się słowa: więcej, więcej, więcej. Wszystko to wymagało
nieskończonego cyklu pracy ze strony mojej ośmioosobowej rodziny.
Kiedy naszą drogą jechał samochód, istniało prawdopodobieństwo, że znamy
kierowcę. Częściej niż samochody przejeżdżały ciągniki z osprzętem do
sadzenia tytoniu, roztrząsaczem do obornika lub, w późniejszym terminie,
przyczepą, na której ułożono na wysokość dziesięciu stóp kostki siana o słodkim zapachu, przechowywane na stryszku stodoły.
Uwielbiałam czas sianokosów. Zielonkawożółte prostokątne kostki wydawały
się maszerować po polu w równoległych rzędach i liniach prostych, a rżysko skoszone tuż przy ziemi już wyschło w upale lata na
złocistobrązowy kolor.
Nocą leżałam przy otwartych oknach, a wiatr rozwiewał na boki białe
firanki, przynosząc aromat schnącego siana - trawiasty i nieco drzewny,
wymieszany z zapachem rozgrzanej słońcem gleby. Jeśli w tej bryzie
wyczuwałam deszcz, wiedziałam, że następnego dnia tata wraz z moimi
braćmi będą w pośpiechu kostkować siano i układać je w stodole, aby
ochronić je przed wilgocią.
Kiedy siano było już w kostkach i ułożono je na przyczepach, aby zwieźć
do stodół, stawałam i obserwowałam, jak podnośnik powoli przesuwał
poszczególne kostki na górę. Kostki były ułożone w porządne prostokątne
warstwy, jedna na drugiej, aż wreszcie docierały do krokwi. Właśnie tam
spędzałam wiele godzin wczesnego dzieciństwa, wspinając się na najwyższe
kostki, tuż pod dachem stodoły, gdzie mogłam wyglądać przez szparę w drzwiczkach strychu. Stamtąd widziałam gospodarstwo, lecz ono nie
widziało mnie. Słuchałam dźwięków niesionych z wiatrem i wiedziałam,
gdzie znajdował się w danej chwili każdy z członków rodziny. Brzęk
tarczy i pługa wskazywał, że tata jest w polu, obracając czarną wilgotną
glebę ku słońcu, a radliny wysychały na jasny brąz w upale lata.
Stuk-stuk-stuk oznaczało, że mama plewi ogród. Dźwięk rozpryskiwanej
wody mówił, że jeden z moich braci zmywał dojarnię przed porannym
dojeniem.
W gospodarstwie tej wielkości nic nie dzieje się cicho. Początek każdego
dnia ogłaszał szczebiot wróbli, drozdów i sójek, a po nim następował
śpiew kardynałów i szybkie stukanie dzięciołów w lesie. Ostre szczekanie
naszej suczki rasy border collie, Tootie, kiedy zaganiała krowy na
popołudniowy udój. Kurczęta schodzące na dół z grzędy o poranku, gotowe
na spacer na sztywnych nogach wokół zagrody w poszukiwaniu zapomnianego
ziarna lub kłosa zboża z wieczornej kolacji, przerzuconego przez
druciane ogrodzenie. Spleciona melodia ptaków, podwórza oraz ręcznego i maszynowego poskramiania tych wszystkich akrów były równie wszechobecne
jak wiatr buszujący wśród liści, zaledwie tło ciszy w mojej głowie.
Dom, w którym dorastałam - dwa piętra białych desek - miał ponad sto
lat. W pierwszej dekadzie po przeprowadzce mama i tata nieco odnowili
wnętrze, zmieniając kuchnię i montując grzejniki ścienne w sypialniach
na piętrze. Wcześniej wraz z najstarszą siostrą spałam pod kocem
elektrycznym i obserwowałam oddech tężejący w mroźnym powietrzu.
Mieliśmy tylko dwa piece opalane drewnem, jeden w kuchni, a drugi w pokoju relaksu, gdzie spędzali wieczory mój tata i bracia; tata czytał
gazetę, a bracia oglądali telewizję. Dziewczęta były w kuchni z mamą,
sprzątając stół i zmywając naczynia po kolacji.
Dni mojej mamy nie miały końca. Dopiero po upływie wielu lat spędzonych
poza domem widziałam, jak siedzi przy stole w kuchni i spokojnie je
posiłek. Kiedy byłam mała, zwykle pochylała się nad stołem, wykonując
inne prace kuchenne, a po skończeniu kolacji szybko jadła i przechodziła
do kolejnego zadania.
Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy się zorientowałam, że
tu nie pasuję. Musiałam mieć około trzech lub czterech lat. Wydaje mi
się, że siedziałam wtedy za piecem w kuchni i pieściłam, trzymając mocno
w ramionach, jakieś uratowane przez siebie zaniedbane zwierzątko -
królika, kociątko lub małego skunksa. Przyglądałam się, jak starsi
bracia i siostry spokojnie siedzą przy dużym stole i przed przyjazdem
autobusu szkolnego jedzą śniadanie. Przy naszym stole zawsze było cicho.
Tata nie lubił słyszeć naszych rozmów. Chyba w ogóle nas tam nie chciał.
Jedna niefortunna uwaga kogoś przy stole mogła spowodować obrzucenie
nienawistnym wzrokiem. Nikt nie chciał poczuć uderzenia jego dłonią
rozmiaru rękawicy baseballowej ani znaleźć się w rozległym zasięgu ciosu
naszego taty, który miał sześć stóp wzrostu i był weteranem II wojny
światowej.
Kiedy tak siedziałam, obserwując mamę i rodzeństwo na orbicie niemej
kontroli taty, przyswajałam wiedzę, że cisza może być magnesem, który
jednocześnie odpycha i przyciąga. Chcieli zadowolić tatę, wypełnić
pustkę, przyciągnąć go bliżej. Jednocześnie bali się niepowodzenia, więc
siadali w kręgu, usiłując interpretować bezgłośną próżnię.
W pewnej chwili doszłam do wniosku, z niezłomną duszą dziecka, że nie
tylko nie pasuję, ale też niekoniecznie ktoś mnie chce. Jako piąte z szóstki dzieci - w okresie moich cichych wypraw za piec szóste jeszcze
się nie narodziło - w znacznej mierze byłam ignorowana. Nieszczególnie
mnie to martwiło. Zostawiono mnie samą sobie, przynajmniej przez
pierwsze pięć lat lub coś koło tego.
Wyraźnie pamiętam coś, co uważam za pierwszą przygodę, pierwsze rzucenie
się bez namysłu w entuzjastyczne uczucie ucieczki, podróż za krawędzie
bezpiecznych miejsc na podwórzu przed domem i otaczających go zabudowań
gospodarczych. Musiałam mieć jakieś cztery czy pięć lat, jeszcze nie
zaczęłam chodzić do przedszkola. Tata kupił kasztanowego kucyka z pojedynczą białą strzałką między oczami. Wabił się Blaze.
Zakochałam się w chwili, gdy po raz pierwszy usiadłam na jego grzbiecie.
Blaze o filigranowych pęcinach pachniał słodkim sianem i strumykami
potu, które spływały po jego rozgrzanej słońcem szyi. Zanurzałam twarz w jego gęstej zmierzwionej grzywie, wdychając aromat, który później
wiązałam z wolnością. Blaze nie miał siodła. Jeździłam na oklep, a linka
służąca za uździenicę zwisała w moich delikatnych, niewielkich,
dziewczęcych dłoniach. Czułam ciepłe drapanie jego szorstkiej sierści,
która ocierała się o moje gołe nogi, a piętami lekko zachęcałam go, by
zabrał mnie tam, dokąd chciałam dotrzeć.
Codziennie przed szkołą mój brat Rick przywiązywał Blaze'a do frontowego
ganku. Byłam zdecydowanie zbyt mała, aby wypuszczać się na pola po
Blaze'a, a mama i tata zbyt zajęci, aby zawracać sobie głowę chodzeniem
za kucykiem. Ich dzień zaczynał się na długo przed wschodem słońca, a kończył dobrze po zachodzie. Ten jeden akt dobroci ze strony mojego
zwykle opryskliwego i małomównego brata kazał mi wyruszyć w drogę, która
jeszcze nie dobiegła końca.
Na grzbiecie Blaze'a spędzałam niezliczone godziny. Jeździłam na nim do
lasu, słuchając szumu i szelestu liści nad głową, które wydawały się
szeptać, że nic mi się nie stanie. Wiele lat później zrozumiałam, w jaki
sposób las stał się moim rodzicem, zapewnił schronienie i osłonę przed
światem.
Siedząc na grzbiecie Blaze'a, którego starałam się zmusić do kłusowania,
czułam na skórze wietrzyk płynący jakby znad horyzontu, z odległego,
tajemniczego miejsca. Wkrótce powiązałam gwałtowny ruch do przodu z ruchem w kierunku przestrzeni, w której chciałam się znaleźć.
O wietrze od tyłu, popychającym na oślep w stronę horyzontu, napisano
wiele piosenek i wierszy. Ze mną było inaczej. Wiatr na plecach
opowiadał o miejscu, w którym już byłam. Wiatr od przodu pochodził z miejsca, którego jeszcze nie widziałam, był kompasem prowadzącym mnie,
gdybym zgubiła drogę.
Uwielbiałam Blaze'a i codziennie rano zbiegałam po schodach, aby
sprawdzić, czy stoi przywiązany do słupka. W znacznej mierze bardziej
kochałam to, co reprezentował i jak się przy nim czułam. Na jego
grzbiecie mogłam ruszyć w dowolnym kierunku - do lasu, nad staw, na
polankę jeżyn, odległe pole zbóż, gdzie często mnie zrzucał, aby
spokojnie jeść kłosy pozostałe po żniwach. Choć nie opuszczałam
gospodarstwa i tak naprawdę prawdopodobnie nigdy nie oddaliłam się o ponad pół mili, czułam, jakbym była w innym miejscu, innym kraju.
Podczas tych wczesnych lat włóczęgi nikt nigdy po mnie nie przyszedł ani
nie zadawał gorączkowych pytań, gdzie byłam. W tamtych latach
wpatrywałam się w daleki horyzont, marząc o dniu, gdy będę mogła wejść w jego nieskończoną krzywiznę. Pociągało mnie to, co osobliwe i niezwykłe.
Moją ciekawość wzbudzało wszystko, co było odmienne. To stało się moją
siłą napędową.
Byłam dzieckiem bez wyrobionego pojęcia o odmienności. Moje serce było
wolne od rasizmu czy uprzedzeń religijnych. Nie rozumiałam tego wówczas,
kiedy wzdychałam do doświadczeń innych lądów, kultur, ludzi. Być może
tam rozpoznałabym siebie w innych. Ponieważ pomimo wszelkich starań nie
umiałam znaleźć swego podobieństwa do domowników.
Rozdział drugi. Dywan Szeherezady
Rozdział drugi
Dywan Szeherezady
Wszędzie szukałem odpoczynku i nie znalazłem, z wyjątkiem chwil samotnie
spędzonych w kącie z niewielką książeczką.
- Tomasz a Kempis
Moje wczesne lata wolności w gospodarstwie nie trwały długo. Kiedy
zaczęłam szkołę, uznano mnie za wystarczająco dużą, aby pracować w domu,
a później na podwórzu, w ogrodzie i w polu. W gospodarstwie pracy się
nie oczekuje. Ona jest koniecznością. W przeciwnym razie narażaliśmy się
na dłonie taty oraz przepracowany, znużony gniew mamy.
Nadal potrafię wydzielić we wspomnieniach z pierwszych lat na farmie
najbardziej podstawowe elementy, które w końcu sprawiły, że odeszłam z tego gospodarstwa w środkowym Kentucky: pragnienie podróżowania, miłość
do książek i muzyki, ciekawość i potrzebę malowania wyraźnego i ostrego
obrazu, potrzebę rozumienia oraz wspomnienia o mamie. Ale uświadomiłam
to sobie dopiero po upływie wielu lat.
***
Nie pamiętam okresu, kiedy nie umiałam czytać. Być może wynika to z faktu, że kiedy już odkryłam książki, zgłębianie tego, co zachodziło
między tuszem a papierem, stało się jedną z moich największych pasji.
Mój brat Jimmie był trzynaście lat starszy ode mnie. Jako najstarszy to
właśnie on walczył z tatą o pójście do koledżu, torując drogę
pozostałym. Ofiarował mi także dar czytania książek. Pewnego dnia po
powrocie ze szkoły stwierdziłam, że tylny ganek jest od podłogi po sufit
wypełniony setkami woluminów. Jimmie kupił wszystkie te książki na
wyprzedaży miejscowej nieruchomości. Książki były wszędzie, poukładane w stosy o różnych odcieniach brązu i czerni, starsze woluminy nie były
jeszcze zabarwione zgodnie z nowoczesnymi standardami kolorowej grafiki
i wzornictwa, do tego zapach suchego papieru, drobiny pyłu wypadające
spośród stron... Między te zigguraty i piramidy umykałam przed pracą.
Otwierałam, zamykałam i wdychałam egzotyczne, odległe miejsca ukryte za
krzywą horyzontu, którą pragnęłam podążać. Stałam się kolibrem w pełni
lata, który przelatywał z kwiatu na pąk, próbując żywić się życiodajnym
nektarem słów, słów, które splotły pożądanie i wyobraźnię.
Ta oaza na pewien czas stała się moją prywatną biblioteką, zanim wraz z moim bratem odjechała do domu, który miał dzielić ze swą nowo poślubioną
żoną. Do tej pory jedna z moich starszych sióstr miała już prawo jazdy i przy okazji łaskawie zawoziła mnie do biblioteki po zapas nowych
książek. Byłam zmuszona przenieść się do miejscowej biblioteki w miasteczku, ponieważ pani Caldwell, bibliotekarka w mojej szkole
podstawowej, zaczęła ograniczać liczbę książek, które mogłam wypożyczyć.
Nie wierzyła, że naprawdę przez tydzień jestem w stanie przeczytać pięć
książek. Miała rację. Czytałam ich co najmniej dziesięć, zależnie od
książki i od tego, ile godzin udawało mi się nie spać nocą po ukończeniu
pracy domowej i innych obowiązków. Pani Caldwell nikt nie lubił i wszystkie dzieci w szkole podstawowej się jej bały. W godzinach
bibliotecznych nikomu nie szczędziła razów po bocznej stronie nóg,
spacerując po klasie w poszukiwaniu zasmarkanego dziecka, które
przejawiało choćby najmniejszą odrobinę wesołości, prawdopodobnie
zakazanej w jej wszechświecie. Nigdy nie widziałam u niej uśmiechu.
Niemal w każdej klasie szkoły podstawowej zdobywałam nagrodę "Mola
książkowego roku". Pani Caldwell, niezmiennie sceptyczna wobec mojej
umiejętności czytania, kazała mi stawać przed swoim biurkiem i krótko
streszczać każdą książkę. Nie była dużo wyższa ode mnie. Jej ciało
przypominało pniak - równo obciosany, z biustem wypychającym
poliestrowo-dzianinową sukienkę niczym onieśmielający dziób statku
pirackiego. Gdy stała, wpatrując się we mnie, podparta pod boki, długi
naszyjnik poziomo oplatał szeroki bezmiar, a medalion zwisał tuż na
krawędzi, poruszając się w tył i w przód w tempie metronomu. Kiedy z zachowaniem najdrobniejszych szczegółów opisywałam wątek każdej książki,
przebiegła mi przez głowę myśl, aby zapytać, skąd wiedziała, że
przeczytałam książkę. Podejrzewałam, że pani Caldwell nigdy nie
zanurzyła się w zniewalającą głębię książki, zadowalając się ustawieniem
jej w odpowiedniej kolejności zgodnie z klasyfikacją dziesiętną Deweya,
podobnie jak robiła z nielubianymi krnąbrnymi uczniami. Książki
przeznaczone były do patrzenia, nie do czytania.
Nie powiedziałam pani Caldwell, że lektury w szkole podstawowej to bułka
z masłem, a moją normą była jedna książka na wieczór. Moje starsze
rodzeństwo było już w koledżu i potajemnie czytałam ich podręczniki.
Kiedy czytali klasykę, robiłam to i ja. Kiedy uczyli się historii, i ja
się tego uczyłam. Później, w szkole średniej i koledżu, zdałam sobie
sprawę, że od siódmego do dwunastego roku życia przeczytałam lwią część
obowiązkowej literatury klasycznej. Jedyną książką, do której wróciłam w późniejszych latach, były Grona gniewu. Wyraźnie pamiętam, gdzie po
raz pierwszy czytałam ostatnią scenę. Ukrywałam się za łóżkiem siostry.
W końcu to była jej książka i obawiałam się ją zabrać z miejsca, w które
zawsze ją odkładała. Instynktownie czułam biedę, rozpacz, poczucie
destabilizacji bohaterów. A jednak nie rozumiałam, dlaczego dorosła
kobieta pielęgnuje dorosłego mężczyznę jak niemowlę. Pamiętam, jak w półmroku siedziałam na podłodze między łóżkiem a szafą, oparta plecami o ścianę ze szczególnym poczuciem niesamowitości. Nie byłam oburzona ani
zniesmaczona, ale wiedziałam, że nic nie mówiąc, powiedziano mi coś,
czego nie rozumiałam. To było nowe uczucie. Mój młody umysł nie był w stanie znaleźć w tym sensu, choć poświęciłam temu sporo czasu.
Wreszcie książki zaczęły stwarzać pragnienie przygody, podróży,
odwiedzenia odległych miejsc. Poczucie braku przynależności, świadomość,
że któregoś dnia odejdę, że wzywają mnie inne światy, to poczucie
związane z ciężarem w piersi, po którym pojawiała się gula w gardle, łzy
pod powieką, tęsknota za byciem w innym miejscu. Stojąc przed półkami w bibliotece, pragnęłam obejrzeć Dziki Zachód Annie Oakley, poczuć świeży
zapach sosen dolnej części Sierra w szczytowym okresie gorączki złota z Lolą Montez i Lottą Crabtree. Pragnęłam poczuć wiejący w twarz wiatr,
szybując w przestworzach niczym Amelia Earhart. Chciałam być wszędzie,
tylko nie tu.
Czytałam wszystko. Siedząc rano nad jajkiem w koszulce na grzance, pijąc
herbatę, czytałam napisy na pudełku płatków owsianych, etykietę na
pudełku herbaty Lipton, na słoiku z masłem orzechowym.
W wieku około jedenastu czy dwunastu lat przedzierałam się przez kilka
woluminów nowego zbioru encyklopedii zakupionych przez rodziców od
wędrownego handlarza. Nie umiem sobie wyobrazić kosztu takiego luksusu
dla naszego gospodarstwa domowego, gdzie ciągle brakowało gotówki, ale
wiem, że mama nalegała, aby stworzyć w naszym życiu takie okno na świat
poza gospodarstwem. Pomimo nieustannego zmęczenia mama była ciekawa i uwielbiała się uczyć. Zamawiała nasiona, aby w ogrodzie uprawiać
szparagi i kalafiory, całkowicie egzotyczne warzywa w naszej diecie
złożonej z mięsa i ziemniaków. Kupiła zestaw do renowacji, aby
przywracać blask starym meblom. Kiedy teraz się nad tym zastanawiam,
sądzę, że mama pragnęła tych encyklopedii nie tylko dla dzieci, ale w znacznej mierze z powodu swej niezaspokojonej ciekawości.
Książki zjawiły się w domu, a ja natychmiast zaczęłam podróżować palcem
po mapie. Szczególne zainteresowanie budził we mnie Egipt i piramidy.
Zdecydowałam, że zostanę kolejnym Howardem Carterem, przesiewając pył i piach w poszukiwaniu dawno zaginionej, a jeszcze nieodkrytej
cywilizacji.
Podczas wiosennej orki zaczęłam chodzić za ciągnikiem taty. Moje bose
stopy tonęły w wilgotnym chłodnym ile. Kiedy czułam pod palcami coś
ostrego lub nacisk kawałka skały, padałam na czworaki w poszukiwaniu
starożytnego skarbu, zbierając groty strzał i tomahawki, nieskalane i nietknięte. Czyściłam je, a później starannie rysowałam na kartce
papieru. Dodawałam wymiary, szczegółowo określałam miejsce znaleziska,
zapisywałam własne spekulacje na temat jego pochodzenia i właściciela. Z czasem okazało się to zapowiedzią mojej kariery agentki FBI,
przesiewającej dowody i doniesienia wywiadu i dokumentującej szczegóły
dochodzenia.
Pani Miller i biblioteka na kółkach stały się moją Szeherezadą na
czarodziejskim dywanie, która dostarczała pod drzwi mojego domu bajki i legendy. Biblioteki na kółkach, czyli starej furgonetki z jaskrawo
niebieskimi literami, używano kiedyś do przewozu wypieków lub chleba.
Widząc, jak wjeżdża na drogę do gospodarstwa, pędziłam przez pole, na
którym właśnie pracowałam, z nadzieją, że nie odjedzie. Pani Miller
nigdy nie przeszkadzało, że zwykle jestem brudna i bosa. Pozwalała mi
przeglądać półki, jak długo chciałam lub dopóki mama nie przyszła mnie
odciągnąć. Od czerwca do sierpnia pani Miller przyjeżdżała raz w tygodniu i pozwalała mi wypożyczać dowolną liczbę książek. Całe lato
dawała mi podróżować palcem po mapie.
Choć w ciągu dnia pracowałam w polu, w nocy podróżowałam w czasie do
odległych, obcych ziem. Kiedy bose stopy pogrążały się w nagrzanej
słońcem ziemi podczas zbioru pomidorów lub ogórków czy też motyczenia
kolejnych rzędów właśnie zasadzonego tytoniu, mój umysł przemierzał
ulice XVI-wiecznego Londynu z królową Elżbietą I lub pokonywał przełęcze
Gór Skalistych w kolumnie krytych wozów. Plecy nabierały siły, a wyobraźnia szybowała w górę.
Pragnęłam obejrzeć dalekie pawilony M.M. Kaye i wędrować Jedwabnym
Szlakiem z Marco Polo. Nastawiałam uszu, wyobrażając sobie gwizd pociągu
w oddali - dźwięk obietnicy, dźwięk nadchodzących zdarzeń, dźwięk
mijanych miejsc.
Moje pragnienie ucieczki zaczęło przekształcać się w konieczność.
Rozdział trzeci. Milczenie mojej mamy
Rozdział trzeci
Milczenie mojej mamy
Za jakąż to karęZ wszystkiego, co oddycha i myśli na świecie, Najsroższy
los się dostał nieszczęsnej kobiecie.
- Eurypides, Medea2
W jednym z moich najwcześniejszych wspomnień mama zdejmuje ze sznura
suche, pachnące słońcem pranie. Musiałam mieć około trzech lub czterech
lat. Było to jeszcze przed narodzinami mojej siostry, szóstego i ostatniego dziecka w rodzinie. Stałam w trawie, jak zwykle boso. Lewą
ręką mama zbierała szeleszczące białe prześcieradło, składając je od
razu, zaś prawą sięgała do drewnianych spinaczy do bielizny.
Uwielbiałam sznur do bielizny. Wiele rzędów prześcieradeł, poszewek i ręczników, między którymi przebiegałam, przesuwając dłońmi po tkaninie,
słysząc tarcie drobnych dziewczęcych opuszek o szorstkie poszewki na
poduszki uszyte z toreb po karmie dla kurcząt, drukowane w drobne
kwiatuszki i inne zawiłe, egzotyczne wzory, gdzie nic do niczego nie
pasowało, stało się moim prywatnym domkiem zabaw. Mama była oszczędna i na wszystkie nasze poduszki wypchane pierzem kurcząt zakładała poszewki
z toreb po karmie, w związku z czym życie kurcząt zataczało pełne koło.
Nadal pamiętam nocne pobudki z uczuciem drapania po twarzy lub uchu, gdy
przypadkowy koniec kurzego pierza wydostał się przez niebiesko-białą
wsypę. W świetle dnia chwytałam ostry, pusty w środku koniec i powoli
wyciągałam puszyste haczyki w kolorze białym, żółtym lub czerwonym.
Usiłowałam sobie przypomnieć, z którego kurczaka pochodziły te pióra.
Jego bezgłowe ciało zanurzano później w balii wrzątku, aby poluzować
lotki przed późniejszym skubaniem, a potem smażono, więc kończył na
kuchennym stole w towarzystwie tłuczonych ziemniaków, domowych
biszkoptów, sosu i kolb kukurydzy.
Ręka mamy wyciągnęła się, aby złapać suche pranie, a jej dłoń zamarła w powietrzu i usłyszałam, jak dyszy, ostro wciąga powietrze, które
wydawało się utknąć jej w gardle, ostre niczym kurza kość. Moje własne
ciało wydawało mi się sztywne. W bardzo młodym wieku chłonęłam nastroje
mamy, choć ona sama miała nad swymi emocjami lodowatą kontrolę. Już się
nauczyłam, że nigdy nie będzie przytulania, przelotnych pocałunków, nie
będzie chwili na wysłuchanie moich rzeczywistych lub wyimaginowanych
obaw. Strach był słabością, której nie można było tolerować.
Zaniepokoił mnie wyraz odrazy na jej twarzy. Idąc za jej wzrokiem,
dostrzegłam węża, który owinął się wokół jej stopy. Strzepnęła go
gwałtownym ruchem nogi, a później stanęła w rozkroku nad jego ciałem.
Nie wydała innego dźwięku, nie piszczała ani nie stęknęła. Niezdolna do
ruchu, zdałam sobie sprawę, że nie był to jeden wąż, ale dwa - długie i cienkie, czarny i szary - splecione ze sobą niczym wężowe jin i jang. W środku między nimi była przestrzeń, pozbawiona teraz obecności mojej
mamy, zostało jedynie ciepło jej bosych stóp.
Chyba wówczas byłam jeszcze zbyt mała, by bać się węży. W kolejnych
sekundach, kiedy nadal przyglądałam się ich powolnemu, ospałemu
uściskowi, usłyszałam na trawie kroki powracającej mamy. Przyniosła
motykę o długim trzonku, ostrą, zawsze gotową do jakichś prac w ogrodzie
lub na podwórzu. Podniosła nad głowę motykę o trzonku równym jej
wzrostowi. Musiała stać w pewnej odległości od węży. Z ustami
zaciśniętymi w białą kreskę, ze wzrokiem wbitym w ziemię przed sobą,
uderzyła motyką, odcinając głowę pierwszego węża. Wielokrotnymi
uderzeniami pokroiła oba węże na kawałki. W rytmicznym szale uderzała
nadal, aż w końcu nie było już ruchu ani w trawie, ani jej rąk. Bez
słowa, nie patrząc w moim kierunku, odwróciła się, ciągnąc za sobą
motykę, jakby była zbyt zmęczona, by ją podnieść nad ziemię. Nie
pamiętam, czy ja płakałam lub wydałam jakikolwiek dźwięk. Ale pamiętam
jej milczenie.
***
Zgrubiałe, spracowane dłonie mojej mamy zagniatały ciasto bez czułości
wobec jedwabistej konsystencji mąki stapiającej się w maślaną masę. Jej
ruchy były żwawe i szybkie, dzięki czemu składniki szybciej poddawały
się stanowczej woli palców. Patrzyłam, jak lewa dłoń rozsypuje odrobinę
mąki na blacie, a prawa uklepuje środek kuli ciasta. Drobinki mąki
tańczyły w promieniach słońca wpadających przez okno. Mięśnie
przedramion miała rozluźnione i zrelaksowane, a szybkie ruchy były
niczym ciche echo uderzeń wałka. Zadowolona z wyników, nożem stołowym
wrzucała kawałeczki lodowatego masła na teraz płaskie koło ciasta, a po
nich łyżki domowego dżemu truskawkowego. Nietypowo czułym gestem
chwyciła końcami palców odległą stronę koła ciasta i miękko nasunęła na
stos maślanej słodyczy. Palcem wskazującym i środkowym prawej dłoni
połączyła krawędzie w niewielkie wzniesienia i doliny, tworząc
zakończone blankami półkole, gotowe teraz do pieczenia. Pamiętam, jak
stałam obok niej na plecionym stołeczku. Ale nie pamiętam jej głosu.
***
Dom mojego dzieciństwa otaczały z czterech stron klomby z kwiatami.
Drewnianą fasadę z lat 50. XIX wieku wielokrotnie malowano na różne
odcienie bieli, warstwa po warstwie. Cynie, które zawsze były moimi
ulubionymi kwiatami, o falbaniastych pomarańczowo-żółtych kwiatostanach,
przypominały subtelnością koronkowe serwetki robione na szydełku przez
ciocię Helen. Serwetki te, ukryte w cedrowej komodzie, były zbyt
delikatne i subtelne, by mogła z nich korzystać praktyczna żona rolnika.
Na klombach rosły aksamitki, których pomarańczowe pąki radośnie bujały
się na długich łodyżkach, pewne swej proroczej znajomości mojej
przyszłości. Wieńce aksamitek są wszechobecne w Indiach, które miałam
kiedyś poznać i pokochać, choć nie byłam tego jeszcze świadoma.
Widzę, jak mama klęczy w pyle, obrywając palcami obumarłe i suche główki
kolejnych kwiatów, by zachęcić je do ponownego wzrostu, jak różowe i fioletowe kwiaty majestatycznych malw ogrodowych czuwają nad jej
skrupulatną obawą wywołaną tym aktem sprzeciwu, tym pragnieniem
upiększenia otoczenia. Jestem tu, klęczę obok niej, jej wszechobecnego
cienia, słuchając jej cichej zadumy, jej ucieczki.
***
Głowa mamy pochyla się nad maszyną do szycia, lampa rzuca cień jej
włosów na tkaninę, którą przesuwa pod stopką, a igła, furkocząc, tworzy
ścieg. Uczyła mnie szyć sukienki dla lalki Barbie, podobnie jak uczyła
mnie szyć pieluchę dla kota. Pamiętam Ponuraka i otwór na ogon wycięty w tylnym brzegu, aby mógł nim żwawo i niesfornie powiewać, kiedy pędził
przez podwórze, przetaczając się i szarpiąc, aby pozbyć się
niepożądanego ciężaru.
Stałam u boku mamy, nasze głowy niemal się stykały, i patrzyłam na
szybkie ruchy jej palców, na lewą rękę przeciągającą tkaninę i prawą,
która ją napinała. Mama szyła zwykle późno wieczorem, po wyłączeniu
telewizji. W zimie ogrzewano jedynie dwa pomieszczenia, kuchnię i pokój
do relaksu, gdzie znajdował się telewizor. Więc szyła w kąciku kuchni.
Antena na tylnym ganku zbierała dźwięk maszyny do szycia, powodując
okresowe śnieżenie i postrzępione cienie na ekranie. Tata i bracia
nieustannie narzekali - a to właśnie oni mogli oglądać telewizję - więc
czekała z szyciem, aż pójdą spać. Zawsze wyczuwałam wrażenie samotności,
jakim owijała się w takie wieczory, kiedy dom ucichł, a jej ruchy
zmiękczało wyczerpanie długimi dniami i krótkimi nocami. To właśnie w tych rzadkich chwilach się jej nie bałam. Na trochę odkładała na bok
zniecierpliwienie dniami bez wytchnienia od pracy żony rolnika. W takich
momentach znajdowała cierpliwość, by mnie uczyć, by trzymać w dłoniach
jakąś robótkę i pokazać mi, że ja też mogę stworzyć coś pięknego.
***
Nie pamiętam, aby w tych wspólnych chwilach mama coś do mnie mówiła. Czy
wyobraziłam sobie jej milczenie jako własne, milczenie wynikające z lęku
o zakłócanie jej zmęczenia, jej ucieczek we własne myśli, jej narzucone
sobie wygnanie z własnego otoczenia? Oczywiście musiała się do mnie
odzywać. Jak inaczej mogłabym się dowiedzieć, że takie ciasto z dżemem
truskawkowym i masłem należy piec przez 20 minut w 180 stopniach? Skąd
mogłam wiedzieć, że trąbkowate kwiaty dziwaczków jalapa w kolorze fuksji
otwierają się nieśmiało na słońce dopiero późnym popołudniem? Skąd
mogłam wiedzieć, jak zrobić wykrój sukienki dla Barbie, aby drobne ząbki
radełka zostawiały lawendowy ślad na liniach tkaniny, którą później
cięłam i zszywałam swymi drobnymi paluszkami? Mama z pewnością miała
głos.
Ale ponieważ postrzegałam ją jako osobę bez głosu, stała się dla mnie
niewidoczna.
Rozdział czwarty. Moje milczenie
Rozdział czwarty
Moje milczenie
- Tato, jeśli nie przestaniesz jej bić, to ją zabijesz.
Moja siostra Julie stała przy drzwiach prowadzących z kuchni na tylny
ganek. Na biodrze trzymała swą niespełna dwuletnią córkę. Moja młodsza
siostra Rita wyjrzała zza nóg Julie, trzymając ją mocno za uda.
Obserwowały, jak tata mnie bije.
Zanim poczułam ból pleców, słyszałam świst pasa, którego zimna metalowa
klamra wbijała mi się w ciało. Nie pamiętam, czy miałam na sobie
koszulkę bez rękawów, czy sukienkę bez pleców, ale czułam, jak kolec
klamry przesuwa mi się po kręgosłupie, gdy ojciec cofał ramię i podnosił
je nad głowę, a później wielokrotnie mnie uderzał.
Nie pamiętam, co przeskrobałam ani jaki poważny grzech popełniłam, ale
byłam pewna, że wymagał kary. Nie płakałam i nie krzyczałam. Nie wydałam
żadnego dźwięku. To był mój błąd. Moje milczenie było dla taty sygnałem,
że jeszcze nie ukarał mnie wystarczająco, że jeszcze nic nie
zrozumiałam. Dlatego dudnienie skóry o skórę i kości trwało długo, choć
nie pamiętam ile.
Julie nie powiedziała nic więcej. Po sposobie, w jaki odezwała się do
taty, niepewnie, miękko, przekonana, że w szale, gdy na oślep wymachiwał
pasem, mógł skierować się przeciwko niej i jej maleństwu, poznałam, że
jest przestraszona. Julie wróciła na rok do domu, bo jej mąż Jason był w wojsku. Został zmobilizowany do Korei Południowej, a ona niedawno
urodziła, więc ustalono, że Julie przyjedzie na farmę, choć, jak
wiedziałam, wcale tego nie pragnęła. Zyskała wolność od nieskończonej
harówki, milczenia i bezsilności. To właśnie ona nauczyła mnie, że
pewnego dnia ja także mogę wyjechać. Miałam świadomość, że swe miejsce w domu uznawała w najlepszym razie za słabe. Więc nic już nie mówiła, a jej milczenie odpowiadało mojemu. Czekała, aż tacie zmęczy się ręka lub
przejdzie złość wywołana całą frustracją, jaka gromadziła się w nim
każdego dnia życia.
Mój ojciec był wysokim, szczupłym mężczyzną złożonym z kości i mięśni, o twarzy wykutej z granitu, której kości policzkowe wystawały przez
zbrązowiałą od słońca skórę, naciągniętą na wypukłej żuchwie i wgłębieniach. Miał czarne, proste, gęste i błyszczące włosy, a jego
głęboko osadzonym, szarozielonym oczom w otoczce ciemnych cieni zawsze
brakowało nie inteligencji, lecz pamięci, ponieważ widziały tylko to, co
były w stanie dostrzec. Często się zastanawiałam, czy usiłował
przyciągać wspomnienia do siebie, czy też je odpychał. Usta rzadko
rozchylały mu się w uśmiechu. Rzadko słyszałam, by zwracał się
bezpośrednio do mnie, nawet gdy mnie karał.
Kilka dni później byłam u swej siostry Bev i kosiłam jej podwórko.
Wyszła za Bena, który pojawił się w jej życiu, gdy miałam zaledwie
jedenaście lat. Ben był chirurgiem, "panem i władcą" miejscowego
szpitala w moim mieście rodzinnym. Była od niego młodsza o dwadzieścia
pięć lat. Stanowili stereotypowy związek - pielęgniarka z sali
operacyjnej spotyka chirurga, mają romans, on jest już żonaty, w miasteczku wybucha skandal i ona otrzymuje szkarłatną literę A jako
młoda kusicielka.
Wówczas nic z tego nie miało dla mnie znaczenia. Byłam zbyt młoda, by
zrozumieć, dlaczego było to ważne dla innych, w szczególności dla ojca.
Kiedy dowiedział się o romansie, zaciągnął siostrę do salonu "na
rozmowę". Wiedziałam, że będzie to coś poważnego, ponieważ salonu
używaliśmy wyłącznie w niedziele po kościele. Skądś wiedziałam, że
"rozmowa" nie miała mieć nic wspólnego z Bogiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki