Przedmowa
Po raz pierwszy usłyszałam o Ursuli Parrott, gdy wydawnictwo McNally Editions przedstawiło mi do wglądu jej powieść z 1929 roku zatytułowaną Była żona. Jest to historia młodej kobiety, która nagle znajduje się w ponurym stanie zawieszenia pomiędzy małżeństwem a rozwodem. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że nie natknęłam się na nią wcześniej. Karty powieści są pełne duchów, poczucia straty, samotnych nowojorskich mieszkań, mężczyzn, którzy co rusz zmieniają zdanie, a także miejsc i ludzi zapisujących się trwale w pamięci, dlatego że zniknęli i już nie wrócą. Z początku wydana anonimowo Była żona natychmiast wzbudziła kontrowersje ze względu na szczery opis głównej bohaterki. Patricia to kobieta szalenie urokliwa, co jednak nie uchroni jej przed porzuceniem, kiedy otwarte małżeństwo okaże się asymetrycznym fiaskiem. Bohaterka zatraca się w maratonach alkoholowych i raz za razem zanurza się w wodach seksualnego wyzwolenia, któremu jednak brakuje radości. Przez całą książkę balansuje na krawędzi katastrofy, gdzieś pomiędzy strachem przed abstrakcyjną przyszłością a fiksacją na punkcie przeszłości, która we wspomnieniach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wydaje się wspaniała i kusząca.
Niemal sto lat minęło, odkąd Była żona miała swój moment chwały (w ciągu pierwszego roku sprzedano ponad sto tysięcy egzemplarzy). W tym czasie postęp społeczny zdjął z rozwodu odium hańby, a nasze grono byłych żon się powiększyło. Pośród opisów przygód na jedną noc i jawnie łamiącego prohibicję pijaństwa można znaleźć rozrywki, z jakimi utożsamia się każda z nas, która próbowała o czymś zapomnieć: Patricia kupuje ubrania, na które jej nie stać, chodzi do kosmetyczki i do fryzjera, słucha wciąż tych samych piosenek, zastanawiając się, dlaczego w jej wypadku miłość zawsze kończy się złamanym sercem. W moim egzemplarzu roi się od wykrzykników na marginesie, anegdot opisujących podobne katastrofy miłosne z moim udziałem i akapitów zabazgranych mazakiem po to, by podkreślić jakiś fragment lub ująć jakieś wyrażenie w nawias kwadratowy. Na pierwszej stronie książki pada zdanie, które zaznaczyłam czarnym piórem: "Znudził się mną - czytamy - szukał powodów, by uzasadnić swoje znużenie, i w końcu je znalazł". Można powiedzieć, że nie tyle obrysowałam te słowa, co wzięłam je w ramę, podobną do tej wokół lustra.
Pomimo tak dobrze i w przykry sposób znajomej treści książki łatwo wpaść w pułapkę jej nostalgicznego uroku: mamy tu gramofony, kluby jazzowe i sukienki od Vionnet, a także zakazane koktajle i nowe strzeliste budynki tworzące nowojorską linię dachów - tak młodą, że ponad nią widać jeszcze gwiazdy. O ile dawniej krytycy oburzali się, że Była żona z taką swobodą, niemal mimochodem, opisuje aborcję, zdradę czy przygodny seks, o tyle współczesne analizy zbyt często zwracają uwagę na to, że świat Patricii jest już wyraźnie wiekowy. "Skandalizuje? Goni za sensacją?", pytał ktoś z krytyków przy okazji ostatniego dodruku powieści w 1989 roku. "Czasy się zmieniły". Tak i nie. Wydana pomiędzy dwiema wojnami światowymi, zaledwie miesiąc po czarnym czwartku, kiedy to po boomie nastąpił krach, Była żona zgłębia brutalną niepewność świata zamkniętego w nieustannym cyklu stawania się.
Kobiety z pokolenia Parrott, wykonujące zwrot ku rewolucji seksualnej, ale mentalnie wciąż przyku-te do wiktoriańskiej moralności, znalazły się w świecie upadających konwenansów, w którym nie miały żadnego oparcia. Budząca podejrzliwość struktura emocjonalna rozpustnej epoki jazzu odzwierciedlała przerażenie, jakie w całym kraju czuły kobiety, które zaznały wolności, lecz nadal były nieprzygotowane do mierzenia się z jej konsekwencjami. Po publikacji książki prasa niemal natychmiast zaczęła zgadywać, kto kryje się pod płaszczem anonimowości - czy Była żona to wyznanie, czy fantazja? A może powieść potępia kulturę, która zmienia się zbyt szybko, nie zauważając nieuniknionych ofiar tej zmiany? Już w sierpniu 1929 roku snuto przypuszczenia, że autorką może być Katherine Ursula Parrott (z domu Towle), dziennikarka i autorka artykułów modowych, która wydawała się niezwykle podobna do starannie uczesanej, krótkowłosej bohaterki.
Omawiając dzieło w kontekście tego, co obecnie wiemy o życiu jego autorki, trudno zgodzić się z sugestią Parrott, że postać Patricii powstała z połączenia różnych osób. Była żona przypomina raczej zapis krzywd zbyt osobistych na to, by się do nich przyznać. Urodzona w Bostonie Parrott, której ojciec był lekarzem, a matka zajmowała się domem, na początku lat dwudziestych XX wieku, tuż po ukończeniu nauki w Radcliffe College, ulotniła się do nowojorskiej Greenwich Village. Jej pierwsze małżeństwo z dziennikarzem Lindesayem Parrottem seniorem skończyło się rozwodem w 1926 roku, kiedy mąż zorientował się, że bezdzietny związek, na jaki nalegał, wcale taki nie jest. W 1924 roku Ursula, odkrywszy, że jest w ciąży, wyjechała z Londynu, gdzie para wówczas mieszkała, do Bostonu i tam urodziła jedynego syna, którego oddała pod opiekę ojca i starszej siostry. Zdumiewające, że przez całe dwa lata udawało jej się utrzymać to w sekrecie przed Lindesayem oraz kręgiem wytwornych, rozrywkowych znajomych. Marc Parrott, którego posłowie zamyka tę książkę, nigdy nie nawiązał relacji z ojcem. Miał siedem lat, gdy matka w końcu się do niego przyznała i poczuła do obowiązku opieki nad synem. Był to rok 1931, a Ursula dołączyła do garstki kobiet, które zbiły majątek, pisząc eskapistyczne romanse zanurzone w atmosferze wielkiego kryzysu.
Wspomnienia Marca Parrotta o matce kreślą barwny portret rozrzutnicy, nieraz pracującej non stop przez trzy doby, by oddać w terminie teksty, dzięki którym ona i jej kochankowie mogli się pławić w luksusach. Parrott przeszła przez lata trzydzieste lekkim krokiem, publikując w czasopismach kobiecych opowiadania oraz powieści w odcinkach, a jej nazwisko często wymieniano obok hollywoodzkich gwiazd występujących w filmach na podstawie jej scenariuszy i kinowych adaptacjach jej książek. W licznych wycinkach prasowych poświęconych twórczości i osobie Parrott nie znalazłam nigdy wzmianki o synu, natomiast czasami można ją było zobaczyć w towarzystwie pudelki o zdumiewającym imieniu... Była Żona. Wygląda na to, że największy skandal w życiu pisarki był jednocześnie jej najwierniejszą towarzyszką.
Chociaż powieść początkowo uznano za próbę lansowania przez autorkę nowego i niebezpiecznego modelu kultury, sama Parrott miała bolesną świadomość podwójnego standardu, zgodnie z którym nadal potępiano "przedsiębiorcze dziewczyny". Po drugim rozwodzie w 1932 roku i trzecim pięć lat później pisarka otwarcie zastanawiała się nad własną bezbronnością w świecie, który nie chroni już starzejących się kobiet przed "męskim pragnieniem różnorodności". Parrott nazywała rozwódki, w tym także siebie, "resztkowymi paniami" - określenie to sugeruje zarówno nadmiar, jak i odrzucenie. Według niej porzucona kobieta jest skazana na walkę, która nie skończy się zwycięstwem ani kapitulacją. Przychodzi mi na myśl Patricia obserwująca urojone zmarszczki, jakie zaczyna dostrzegać na swojej twarzy. Myślę też o jej kremach, szminkach i świadomości zegara, który nigdy nie przestaje tykać. "Resztkowa pani nie może się swobodnie zestarzeć - pisała Parrott zimą, wkrótce po publikacji Byłej żony - ponieważ w pracy i w życiu towarzyskim rywalizuje z młodszymi kobietami. A jest to rywalizacja bezlitosna".
Na początku lat czterdziestych XX wieku prasa coraz częściej drwiła z Parrott - seryjnej rozwódki pisującej historie o tytułach w rodzaju Miłość przychodzi tylko raz i Pożegnaj się raz jeszcze. Nie była już wystarczająco młoda ani wytworna, by liczyć się w znanym sobie świecie, i - co gorsza - stała się bohaterką skandalu. W grudniu 1942 roku została aresztowana pod zarzutem udzielenia pomocy dwudziestotrzyletniemu żołnierzowi w dezercji z więzienia wojskowego w Miami Beach. Zdarzenie to doprowadziło w 1944 roku do głośnego procesu oraz do rychłego końca czwartego i ostatniego małżeństwa Parrott. W artykule zatytułowanym Pisarka nakryta na seksie w więzieniu wojskowym przedstawiono ją jako matronę, która po sensacyjnej schadzce ukryła kochanka w bagażniku i potajemnie przewiozła przez posterunek wojskowy. Para, wynająwszy pokój na nazwisko Artiego Bakera, mogła się cieszyć jedną nocą wolności w hotelu. Nazajutrz oboje oddali się w ręce policji i ze łzami w oczach przyznali do winy. "Popatrzyłam na niego i dotarło do mnie, jak bardzo pragnie iść gdzieś na kolację" - powiedziała Parrott. "Dlatego postanowiłam podjąć dla niego to ryzyko".
Ostatecznie Parrott została oczyszczona z zarzutów, ale skandal ją naznaczył. Przestała być mile widziana na łamach magazynów zaspokajających gusty "przyzwoitych" pań z klasy średniej. W 1947 roku opublikowała swoje ostatnie opowiadanie Po prostu się pobierzmy; do tego czasu zdołała napisać dwadzieścia dwie powieści, pięćdziesiąt opowiadań i cztery oryginalne scenariusze filmowe, a osiem jej książek doczekało się adaptacji filmowych. W 1950 roku stała się bohaterką kolejnego skandalu: została aresztowana w Delaware, kiedy po półrocznym pobycie w hotelu uciekła, nie płacąc rachunku opiewającego na dwieście pięćdziesiąt pięć dolarów i dwadzieścia centów. Przyjaciele opowiadali, że pojechała do Delaware zbierać materiały do nowej książki, ale więcej czasu spędzała na spacerach z psem niż przy maszynie do pisania. Gazety spekulowały, że padła ofiarą własnego sukcesu, zupełnie jakby historia, którą opowiedziała przed dwudziestoma laty, w końcu okazała się napisaną ku przestrodze. Niedługo potem Parrott doznała największego upokorzenia, które definitywnie zakończyło jej karierę i pozbawiło ją złudzeń o powrocie. W 1952 roku została oskarżona o kradzież sreber stołowych o wartości tysiąca dolarów z domu przyjaciela, który pozwolił jej się u siebie zatrzymać, ponieważ twierdziła, że potrzebuje miejsca do pracy nad nową książką. Wydano nakaz aresztowania pisarki. Ostatnie pięć lat życia spędziła w ukryciu. Zmarła w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat na oddziale szpitala dla ubogich.
Można by wysnuć prosty wniosek, iż karierą pisarską Parrott zawładnął dramat osobistych skandali. Podobnie jak w przypadku wielu kobiet, których wczesne życie i dzieła definiuje bunt, uchybienia Parrott straciły swój urok z chwilą, gdy przestały uchodzić za grzechy młodości. A jednak dziedzictwo pisarki przetrwało kolejną próbę ostrej krytyki, kiedy historia starała się wtłoczyć je w ramy "literatury kobiecej" - wówczas pojęcie to oznaczało literacką mogiłę (dopiero później dostrzeżono w nim lukratywny przemysł). Jej pisanie stało się widmem, podobnie jak sama autorka - ani zamężna, ani rozwiedziona, skazana na wieczne "teraz". Snując się bez przyszłości, pije, chodzi na zakupy i na randki i zastanawia się, co jeszcze mogłaby zmienić w świecie, w którym wydają się już nie obowiązywać żadne zasady. "Kiedyś panowie przynosili mi fiołki - zauważa okropnie zrezygnowana Patricia - a teraz szkocką".
Może jestem opiekuńcza w stosunku do tej bohaterki, ponieważ wydaje mi się ona bardzo znajoma - udowadnia, że czas nie zawsze zmienia nas tak, jak byśmy tego chcieli. Jeśli dawniej powieść Parrott wyprzedzała swoją epokę, a później została w tyle, to teraz wydaje się "w sam raz", jakby znów zatoczyła koło i w końcu zdołała się z nami zsynchronizować. Wciśnięta gdzieś pomiędzy ograniczane przez społeczeństwo bohaterki Edith Wharton i roztrwoniony urok skazanych na niepowodzenie wędrowczyń Jean Rhys, Była żona trafiła na grunt Ameryki zawieszonej "pomiędzy", nadal rozstrzygającej to, kim i czym wolno stać się kobiecie. Powieść, niegdyś uwikłaną w prąd kulturowy, teraz czyta się jak szokujący opis i zapowiedź tego, co to znaczy pragnąć i zostać porzuconą - a przecież żyjemy w świecie, w którym większość z nas doświadczyła jednego i drugiego. Przypominają mi się list Patricii do kochanka, który nie mógł odwzajemnić jej miłości tak, jak tego pragnęła, oraz samotność, jaką czuła bohaterka, kiedy dzień zamienił się w noc, a ta w kolejny dzień. "Wtedy już dawno będę martwa - pisała - umrę, czekając na telegram, w którym napiszesz, że wreszcie wracasz do domu..."
Alissa Bennett
Nowy Jork, 2022