Był sobie piłkarz... (cz. III). Był sobie piłkarz cz. III - Antoni Bugajski

Kup ebooka

26.00 zł
20.80 zł (20,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Z intry­gu­ją­cymi opo­wie­ściami wra­cają pol­scy pił­ka­rze "nie tylko z pierw­szych stron gazet". Sto­su­jąc kon­wen­cję seria­lową, ale prze­cież rów­nież spor­tową, można powie­dzieć, że to już trzeci sezon. Pomysł naro­dził się w "Prze­glą­dzie Spor­to­wym" w 2018 roku i wciąż żyje na łamach naszej gazety, lecz dosko­nale roz­wija się też w cyklu książ­ko­wym.

Zmie­niają się boha­te­ro­wie, lecz nie­zmien­nie w swo­ich rela­cjach przy­wo­łują dawne światy, w któ­rych co rusz się spo­ty­kają - jako kole­dzy albo rywale. Każdy nie­wąt­pli­wie doło­żył coś od sie­bie do pol­skiego fut­bolu, choć rzadko mowa o kamie­niach węgiel­nych, znacz­nie czę­ściej o małych, może nawet nie­zau­wa­żal­nych gołym okiem cegieł­kach. Znowu mamy czter­dzie­ści roz­dzia­łów i czter­dzie­ści pił­kar­skich życio­ry­sów - od lat przed­wo­jen­nych aż do cza­sów cał­kiem nam bli­skich.

Lubań­ski, Podol­ski, Klose... Który kibic nie zna tych pił­kar­skich nazwisk? Są wśród boha­te­rów tej książki. A jed­nak nie cho­dzi o Wło­dzi­mie­rza, tylko o Jana Lubań­skiego, zapo­mnia­nego pił­ka­rza Łódz­kiego Klubu Spor­to­wego, który dźwiga cię­żar dra­ma­tycz­nych prze­żyć; nie cho­dzi też o Lukasa, a o jego ojca - Wal­de­mara Podol­skiego. Z kolei boha­ter pierw­szego roz­działu Józef Klose jest tatą Miro­slava. Ojco­wie mistrzów świata opo­wia­dają o swo­ich pił­kar­skich karie­rach, o trud­nym i peł­nym przy­gód życiu w Pol­sce, kiedy jesz­cze nawet im się nie śniło, że syno­wie zostaną gwiaz­dami fut­bolu.

Oczy­wi­ście nie zna­czy to, że ich histo­rie są naj­waż­niej­sze. W tym zbio­rze obo­wią­zuje ide­alna rów­ność i demo­kra­cja - każdy roz­dział waży tyle samo, jeśli nawet obję­to­ści cza­sem się róż­nią, bo w każ­dym jest histo­ria czło­wieka, któ­remu życie zor­ga­ni­zo­wała piłka. Sta­wała się szansą, prze­zna­cze­niem, a cza­sem może nawet prze­kleń­stwem. Boha­te­ro­wie otwie­rają przed nami swój mikro­ko­smos, pró­bują uza­sad­nić decy­zje sprzed lat, wytłu­ma­czyć się z błę­dów, pochwa­lić suk­ce­sami. Liczą się subiek­tywne rela­cje, przed­sta­wie­nie rze­czy­wi­sto­ści wła­śnie z ich punktu widze­nia (było to nie­moż­liwe tylko w trzech przy­pad­kach, kiedy boha­te­rami roz­działów są nie­ży­jący już dzi­siaj pił­ka­rze, ale wtedy głos odda­wa­łem ludziom, któ­rzy ich dobrze znali).

W gale­rii nie­tu­zin­ko­wych postaci spo­tka­cie także pił­ka­rza, który naj­pierw zagrał w repre­zen­ta­cji Pol­ski, a potem w kadrze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Należy do licz­nej grupy boha­te­rów, któ­rzy osie­dlili się za gra­nicą i rzadko poja­wiają się w mediach, niektó­rzy wcale. Jeden już ni­gdy nie odwie­dził Pol­ski i raczej się nie wybiera. Tłu­ma­czy, że na długą podróż nie ma zdro­wia, a poza tym wydaje mu się, że nikt na niego nie czeka. Są też tacy, któ­rzy miesz­kają w Pol­sce, lecz bar­dzo daleko im do roli lide­rów opi­nii, nie pchają się do mikro­fo­nów. Medialna nie­obec­ność powo­duje, że ich rela­cje stają się świeże, nie­ba­nalne i tym bar­dziej warte pozna­nia albo przy­po­mnie­nia.

Jak naj­bar­dziej doty­czy to rów­nież zamy­ka­ją­cego tę książkę Anto­niego Piech­niczka. Wszy­scy go znamy jako wiel­kiego tre­nera, tym razem jest to jed­nak syl­wetka byłego pił­ka­rza - mistrza Pol­ski i repre­zen­tanta kraju, który o pił­kar­skiej dro­dze opo­wiada nie tylko barw­nie, ale też poucza­jąco. To wspólny mia­now­nik wszyst­kich czter­dzie­stu histo­rii.

1

Józef Klose - Mój strzał stulecia

- W piłkę nie gra się sto lat, choć cza­sami może ci się tak wyda­wać. Gdy byłem pił­ka­rzem, ni­gdy nie myśla­łem, co będzie potem. Dla­tego z żoną zawsze dba­li­śmy, aby taką świa­do­mość miał nasz syn. W życiu oprócz talentu i pra­co­wi­to­ści ważne są spo­kój i cier­pli­wość. Dzięki nim można osią­gnąć wiel­kie rze­czy - mówi Józef Klose.

Ojciec mistrza świata i króla strzel­ców mun­dialu sam był kie­dyś nie­złym pił­ka­rzem: naj­pierw w Odrze Opole, a potem w AJ Auxerre.

Miro­slav Klose został legendą nie­miec­kiego fut­bolu, ale uro­dził się w Opolu i jest synem pol­skiego pił­ka­rza, który przez wiele lat był waż­nym zawod­ni­kiem Odry wystę­pu­ją­cej nawet w euro­pej­skich pucha­rach. Jesz­cze za cza­sów PRL rodzina pań­stwa Klose naj­pierw wyje­chała do Fran­cji, a potem już na stałe do Repu­bliki Fede­ral­nej Nie­miec, gdzie zaczęła nowe życie, zupeł­nie od pod­staw. Teraz Józef Klose opo­wiada swoją histo­rię.

Musisz zdobyć zawód

- Cho­dzi­łem do zawo­dówki w Bla­chowni Ślą­skiej, a po lek­cjach kopało się piłkę, dzień w dzień. Bez tej piłki nie szło wytrzy­my­wać. Czło­wiek grał i zapo­mi­nał o bożym świe­cie - przy­znaje.

Od czego jed­nak są rodzice. Oni pil­no­wali prio­ry­te­tów. - Sta­now­czo mi powta­rzali: "Synek, faj­nie, że grasz w piłkę, jeśli aż tak lubisz. Ale pamię­taj: naj­pierw musisz zdo­być zawód". Uczy­łem się więc na toka­rza. Roboty w tym fachu wtedy było w bród, bo prze­mysł się roz­wi­jał, na doda­tek dawał cał­kiem porządny zaro­bek. Na koniec mia­łem egza­min. Trzeba było obli­czyć i usta­wić wszyst­kie para­me­try, a potem wyto­czyć śrubę z gwin­tem albo inny przed­miot. Wszystko zali­czy­łem. Jako absol­went zawo­dówki musia­łem odpra­co­wać mini­mum osiem mie­sięcy. Szy­ko­wała się robota tokar­ska, ale tro­chę zmie­ni­łem plany - uści­śla. I wcale nie cho­dziło jesz­cze o plany pił­kar­skie.

Pierwsza wypłata

Fabryka w Bla­chowni szu­kała tra­sera, czyli robot­nika kre­ślą­cego na pre­fa­bry­ka­tach wyro­bów linie, wzdłuż któ­rych ma być pro­wa­dzona dal­sza obróbka, na przy­kład cię­cie albo wier­ce­nie otwo­rów na nity. - Zgło­si­łem się, bo cie­ka­wiło mnie to bar­dziej niż sama obróbka skra­wa­niem. Już w cza­sie szkol­nych prak­tyk pod­pa­try­wa­łem czło­wieka, który się tym zaj­mo­wał. Nazy­wał się Józek Sucha­nek. Chcia­łem robić to samo co on. Na przy­kład koła zębate, z wszyst­kimi sza­blo­nami i wyli­cze­niami. Jaki obwód musi mieć? Ile zębów? Dopiero póź­niej szło to na obra­biarkę - opo­wiada ze znaw­stwem. - Zgło­si­łem się do Józka Suchanka, zaczą­łem z nim pra­co­wać. Uczył mnie, co i jak. A że byłem sprytny, szybko to poka­po­wa­łem. Spraw­nie mi szło. Tra­so­wa­łem przed­mioty w coraz krót­szym cza­sie. Józek nale­gał, żeby­śmy szli na śnia­da­nie, ale nie chcia­łem tra­cić czasu. "Odłóż to, bo zro­bi­li­śmy już 200 pro­cent normy i jak będziemy tak zasu­wać, następ­nym razem na takie koło zębate dadzą nam godzinę zamiast dwóch". Tak mądrze pora­dził mi doświad­czony pra­cow­nik - przy­znaje Klose.

Duża wydaj­ność miała prze­ło­że­nie na wyna­gro­dze­nie, bo robiło się na akord. - Na pierw­szą wypłatę dosta­łem cztery i pół tysiąca zło­tych, a to w latach 60. była bar­dzo porządna pen­sja. Przy­sze­dłem dumny z sie­bie do domu, wyło­ży­łem bank­noty na stół. Mama aż pobla­dła: "Synek, komuś ty to ukradł?!". Minęła dobra chwila, aż dotarło do niej, że ja, osiem­na­sto­la­tek po zawo­dówce, zara­biam takie pie­nią­dze w zakła­dzie w Bla­chowni Ślą­skiej.

Emo­cjo­nalną reak­cję matki Józefa Klose można zro­zu­mieć jesz­cze lepiej, jeśli dodamy, że w 1960 roku śred­nia kra­jowa według Głów­nego Urzędu Sta­ty­stycz­nego wyno­siła 1560 zł, w 1969 roku - 2174 zł...

Przyjechali, poczekali

To był jed­nak epi­zod, bo młody Józek ina­czej zapa­try­wał się na swoją przy­szłość. Skoń­czył zawo­dówkę, zdo­był kon­kretny fach, poka­zał rodzi­com, że dzięki niemu może solid­nie zaro­bić. Speł­nił więc wbi­jane mu do głowy warunki i wresz­cie mógł zająć się swoją pasją, czyli fut­bo­lem.

Grać zaczy­nał w Ener­ge­tyku w rodzin­nych Sła­wię­ci­cach. Jesz­cze w zawo­dówce przez rok był pił­ka­rzem Che­mika Kędzie­rzyn, ale nie czuł się tam naj­le­piej i wró­cił do macie­rzy­stego klubu. Prze­ło­mem było powo­ła­nie od tre­nera Juliu­sza Mariań­skiego do junior­skiej repre­zen­ta­cji woje­wódz­twa opol­skiego. W 1965 roku zespół z Opolsz­czy­zny zdo­był w Kali­szu pre­sti­żowy Puchar Micha­ło­wi­cza, a wśród boha­te­rów tur­nieju zna­lazł się także Józef Klose.

W opol­skim śro­do­wi­sku nie był już ano­ni­mo­wym pił­ka­rzem. Zain­te­re­so­wała się nim Odra Opole, przo­du­jący klub w regio­nie. Jej szko­le­niow­cem został Tade­usz Foryś - ten sam, który był tre­ne­rem kadry naro­do­wej pod­czas pamięt­nego zwy­cię­skiego meczu z ZSRR (2:1) w 1957 roku.

Aby zała­twić wszystko jak należy, do Józka wybrał się Jan Śli­wak, dzia­łacz Odry bez reszty oddany wyszu­ki­wa­niu pił­ka­rzy odpo­wied­nich dla tego klubu. - Wysłan­nicy Odry poja­wili się u mnie w domu w ponie­dzia­łek i usil­nie nama­wiali, żebym przy­je­chał do Opola. Obie­ca­łem, że będę w środę. Środa minęła, a mnie nie ma. W czwar­tek też nie. W pią­tek Śli­wak przy­je­chał po mnie po raz drugi z nową stra­te­gią: razem z dru­gim dzia­łaczem pocze­kali, aż się spa­kuję i zabrali do Opola. Zakwa­te­ro­wali mnie w hotelu, następ­nego dnia kazali przyjść na tre­ning. W ten spo­sób zosta­łem pił­ka­rzem Odry - opo­wiada. To był sezon, w któ­rym Odra spa­dła z eks­tra­klasy (wtedy skrom­niej nazy­wa­nej I ligą), a potem Klose jesz­cze dwu­krot­nie spo­tkała taka przy­krość, lecz zawsze udało się wró­cić do elity z jego zna­czą­cym wkła­dem.

Burza w obronie

- W Odrze szybko się zaakli­ma­ty­zo­wa­łem. Mia­łem się od kogo uczyć, bo była grupa doświad­czo­nych zawod­ni­ków: Kon­rad Kor­nek, Hen­ryk Szcze­pań­ski, Hen­ryk Brejza, no i Engel­bert Jarek, naj­więk­sza gwiazda dru­żyny i idol kibi­ców. Strze­lał dużo goli, ale miał też bar­dzo dokładne poda­nie na 25-30 metrów. Wystar­czyło tylko dużo bie­gać i piłka adre­so­wana od niego spa­dała pod nos. Tyle że trzeba było ją umie­jęt­nie przy­jąć i kon­tro­lo­wać - uści­śla na wszelki wypa­dek. - Engel­bert dużo nie mówił, ale za to dosad­nie. Pod­po­wia­dał mło­dym, ale w kon­kret­nej spra­wie zabie­rał głos tylko raz. Jeżeli młody był roz­ko­ja­rzony i nie zro­zu­miał, to już był jego pro­blem. Engel­berta Jarka nale­żało słu­chać zawsze i z cał­ko­witą uwagą - tłu­ma­czy.

Pomni­kową posta­cią był też "Burza" Szcze­pań­ski, 45-krotny repre­zen­tant kraju, olim­pij­czyk z Rzymu. Grał na bocz­nej obro­nie. Miał już swoje słuszne pił­kar­skie lata, gdy w Odrze poja­wił się wystę­pu­jący na skrzy­dle Klose. - Boczni obrońcy włą­czali się do akcji ofen­syw­nych, więc "Burza" też, lecz w takich sytu­acjach nie miał już sił szybko wra­cać. Kie­dyś nie ruszy­łem do ase­ku­ra­cji w obro­nie. Krzyk­nął, aż bębenki mi w uszach zadrżały i oczy­wi­ście w mig pogna­łem tam, gdzie mi poka­zał. Za dru­gim razem nie musiał już poka­zy­wać. Wystar­czyło, że na mnie popa­trzył. Dopiero gdy wró­cił do obrony, mówił: "No, teraz zasu­waj do przodu" - rela­cjo­nuje Klose.

Sam z bie­ga­niem ni­gdy nie miał pro­ble­mów. To był jego wielki atut. Był w zasa­dzie nie do zaje­cha­nia. Cza­sem ści­ga­jący się z nim rywal sła­niał się na nogach, łapały go skur­cze, a skrzy­dłowy Odry szy­ko­wał się na kolejny rajd.

- Na koniec zawsze liczy się jed­nak dys­po­zy­cja dnia, a kry­zy­sowy mecz dopada każ­dego i to w fut­bolu się nie zmie­nia. A jak jesteś w dołku, oka­zuje się, że rywala nie możesz nawet kop­nąć w nogę, bo i na to jest dla cie­bie za szybki i za sprawny - wykłada pił­kar­ską filo­zo­fię nasz boha­ter.

Górski wolał Latę

Okrzepł. Kibice go lubili, bo był z Odrą na dobre i na złe. W lidze też wyro­bił sobie markę. Twier­dzi nawet, że miał go na oku Kazi­mierz Gór­ski mon­tu­jący ekipę, która potem przy­wio­zła medal z mistrzostw świata w 1974 roku. Naj­wy­raź­niej selek­cjo­ner uznał jed­nak, że inni są jesz­cze lepsi.

- A kon­kret­nie, że lep­szy ode mnie jest też gra­jący na skrzy­dle Grze­gorz Lato. I nie mam argu­men­tów, żeby z tym wybo­rem dys­ku­to­wać. Mówimy o pił­ka­rzu, który został kró­lem strzel­ców mistrzostw świata - zazna­cza Józef Klose.

W kadrze więc ni­gdy nie zagrał, a tym bar­dziej nie został kró­lem strzel­ców mun­dialu, w prze­ci­wień­stwie do syna, który - cóż za zbieg oko­licz­no­ści - snaj­per­ską koronę wywal­czył wtedy, gdy tur­niej po 32 latach znowu odby­wał się w Niem­czech.

Zamknąłem oczy i kopnąłem

W 1977 roku z Odrą Opole pan Józef zagrał za to w Pucha­rze UEFA jako zdo­bywca Pucharu Ligi. Dru­żyna mło­dego tre­nera Anto­niego Piech­niczka w pierw­szej run­dzie odpa­dła z FC Mag­de­burg. Naj­pierw w Opolu prze­grała 1:2. - Pro­wa­dzi­li­śmy 1:0, kiedy tre­ner zdjął mnie z boiska. Zbli­ża­jąc się do ławki, powie­dzia­łem sobie pod nosem, oczy­wi­ście tak, żeby tre­ner nie usły­szał: "Ta zmiana to był pana naj­więk­szy błąd". No i pro­szę: dwa gole strze­lił Jürgen Spar­was­ser i prze­gra­li­śmy - kwi­tuje. Zazna­cza jed­nak, że ta uwaga była rzu­cona z przy­mru­że­niem oka. Do głowy mu nie przy­szło, że zadziała jak klą­twa.

W każ­dym razie do Mag­de­burga Polacy jechali już z mar­nymi szan­sami. - Przy­je­cha­li­śmy auto­bu­sem dzień wcze­śniej, dosta­li­śmy tro­chę wol­nego czasu. Mówię do chło­pa­ków: "Prze­gra­li­śmy u sie­bie, z tego już pew­nie nic nie będzie. Chodź­cie tu nie­da­leko na dwo­rzec kole­jowy, wypi­jemy po piwie. Tyle naszego z tej wyprawy". Poszli­śmy całą dru­żyną. Posie­dzie­li­śmy, poga­da­li­śmy, wysą­czy­li­śmy po dwa piwka i grzecz­nie do hotelu - rela­cjo­nuje.

Na drugi dzień mecz. Szybko, bo już w 11. minu­cie Joachim Stre­ich zdo­bywa bramkę, gospo­da­rze obej­mują pro­wa­dze­nie. A więc wszystko szło zgod­nie z przy­pusz­cze­niami. Wyda­wało się, że pyta­niem jest tylko: ile jesz­cze Niemcy nastrze­lają...

- Parę minut przed koń­cem pierw­szej połowy Zby­szek Kwa­śniew­ski wyco­fał mi piłkę piętą. Do bramki było ponad 20 metrów. Do dzi­siaj czuję, jak piłka sia­dła mi na nodze. Nor­mal­nie mój strzał stu­le­cia! Zamkną­łem oczy i kop­ną­łem. Piłka pole­ciała w krótki róg, nisko. Wpa­dła! - opo­wiada. Odra potrze­bo­wała już tylko jed­nej bramki, by dopro­wa­dzić do dogrywki i była świetna oka­zja. - Idziemy z prze­wagą: Woj­tek Tyc i ja. Kiw­ną­łem obrońcę i przede mną jest już tylko bram­karz. Patrzę, że Woj­tek z pra­wej strony wcho­dzi, więc mu wyło­ży­łem do pustej. Spu­dło­wał... Myśla­łem, że go udu­szę...

Pół roku samotności

Jesie­nią 1978 roku Józef Klose wyje­chał do AJ Auxerre, które lubiło zatrud­niać Pola­ków. Szlak prze­cie­rał Marian Szeja, bram­karz repre­zen­ta­cji Pol­ski i Zagłę­bia Wał­brzych, dru­gim był jego klu­bowy kolega Zbi­gniew Szły­ko­wicz. W końcu przy­szła kolej na Klose, a potem poja­wiali się coraz lepsi, meda­li­ści mistrzostw świata.

- Tre­ner Guy Roux liczył się ze zda­niem Mariana Szei. Popro­sił go, by pole­cił pra­wo­skrzy­dło­wego z Pol­ski. Marian zwró­cił się z tym pyta­niem do Ber­narda Blauta, a on pomy­ślał o mnie - tłu­ma­czy Klose.

To była ważna zmiana w jego życiu. Nic dziw­nego, że pamięta nawet dokładną datę wyjazdu: 12 paź­dzier­nika 1978 roku. - Trudno zapo­mnieć, bo trans­fery we Fran­cji można było zatwier­dzać do 13 paź­dzier­nika. Wszystko odby­wało się więc bły­ska­wicz­nie i cud, że udało się zała­twić przy tej całej biu­ro­kra­cji - zazna­cza.

W Auxerre przez pierw­sze pół roku było ciężko, bo począt­kowo nie zabrał rodziny. - Święta Bożego Naro­dze­nia spę­dzi­łem sam, cho­ciaż zapra­szali mnie ludzie z klubu. Nie chcia­łem nad­uży­wać gościn­no­ści. Zosta­łem w swo­ich czte­rech ścia­nach - wspo­mina.

Finał w Paryżu

AJ Auxerre grało wów­czas w II lidze, ale po dwóch sezo­nach zano­to­wało histo­ryczny awans do Premi?re Divi­sion, bo tak for­mal­nie nazy­wała się wtedy dzi­siej­sza Ligue 1. Wcze­śniej jako dru­go­li­go­wiec w 1979 roku zespół wystą­pił na Parc des Prin­ces w Paryżu w finale Pucharu Fran­cji. Z Szeją i Klose w skła­dzie prze­gry­wał po dogrywce (1:4) z FC Nan­tes, aktu­al­nym wice­mi­strzem kraju. Polacy zostali boha­te­rami Auxerre. Wszy­scy doce­niali ich rolę w dru­ży­nie.

Po awan­sie do elity Klose zagrał jesz­cze 14 meczów, ale funk­cjo­no­wał już na spe­cjal­nych zasa­dach. - W naj­wyż­szej kla­sie trzeba było zawie­rać zawo­dowe kon­trakty, a ja mia­łem już 33 lata. W moim przy­padku klub nie zde­cy­do­wał się na taki kon­trakt. Tre­ner Roux powie­dział jed­nak, że tyle zro­bi­łem dla Auxerre, że chciałby, abym został jesz­cze rok. Niby bez pro­fe­sjo­nal­nej umowy, ale on już się postara, żeby mi pła­cono jak innym pił­ka­rzom. Gra­łem do paź­dzier­nika, a potem jedy­nie w rezer­wach, bo spro­wa­dzili ze Stali Mie­lec Andrzeja Szar­ma­cha. Obo­wią­zy­wał limit dwóch obco­kra­jow­ców, a że był prze­cież jesz­cze Heniek Wie­czo­rek (17-krotny repre­zen­tant Pol­ski i meda­li­sta MŚ z 1974 roku - przyp. red.), więc dla mnie zabra­kło miej­sca - dodaje.

4 paź­dzier­nika 1980 roku w 74. minu­cie ligo­wego spo­tka­nia z FC Nan­tes zmie­nił Jeana-Marca Fer­re­riego. Był to ostatni występ Józefa Klose na Stade l'Abbé-Deschamps. Dzie­sięć dni póź­niej zagrał jesz­cze pełne 90 minut w wyjaz­do­wym meczu z Nimes (0:0) i na tym zakoń­czyła się jego przy­goda z pierw­szą dru­żyną Auxerre.

Żad­nego spo­tka­nia w Premi?re Divi­sion już nie zagrał nato­miast Szeja, który jed­nak cie­szył się wiel­kim sza­cun­kiem i został w klu­bie. Zajął się pracą szko­le­niową. Mię­dzy słup­kami zastą­pił go Joël Bats, póź­niej­szy repre­zen­tant Fran­cji i mistrz Europy z 1984 roku.

Małżeństwo z Odry

Latem 1981 roku Klose prze­niósł się do FC Cha­lon­nais. - Chcia­łem wra­cać do Pol­ski, ale namó­wili mnie, żebym pomógł w awan­sie. Grali w czwar­tej lidze, a chcieli być w trze­ciej. No i cel został osią­gnięty, a w kolej­nym sezo­nie udało się utrzy­mać. Mia­łem 37 lat, nie chcia­łem grać na siłę. Czu­łem, że to już kres kariery. Wtedy spro­wa­dzi­łem się do Opola - wspo­mina.

Został zatrud­niony w Odrze, tre­no­wał drugą dru­żynę. W 1987 roku posta­no­wił jed­nak wyje­chać z rodziną do Nie­miec. - Wtedy były takie czasy, że zapa­liło się zie­lone świa­tło dla pry­wa­cia­rzy. Ja nie nada­wa­łem się do tego. Nie umia­łem kom­bi­no­wać. Źle się czu­łem w tej rze­czy­wi­sto­ści. Uzna­łem, że w Niem­czech pora­dzę sobie lepiej, że zaczniemy tam od nowa nor­mal­nie żyć. Zna­łem w miarę język nie­miecki, więc wie­dzia­łem, że na początku będzie mi łatwiej - w taki spo­sób przed­sta­wia powody decy­zji. - Prze­my­śla­łem wszystko. Przy­sze­dłem do domu i mówię do żony: "Paku­jemy, co się da i jedziemy".

Jego żona Bar­bara Jeż (po ślu­bie przy­jęła nazwi­sko męża) była znaną pił­karką ręczną, 45-krotną repre­zen­tantką kraju. - Basia z Otmę­tem Krap­ko­wice dwa razy zdo­była mistrzo­stwo Pol­ski, ale wcze­śniej wystę­po­wała w Odrze Opole. Po tre­ningu cho­dzi­łem zoba­czyć, jak dziew­czyny grają. No i wpa­dła mi w oko - uśmie­cha się, mówiąc o mał­żeń­stwie zna­nych spor­tow­ców Odry.

W domu zawsze po polsku

W wyjeź­dzie z Pol­ski rodzi­nie Klose pomógł Andrzej Szar­mach. - Popro­si­łem go, by zała­twił nam zapro­sze­nie. Wer­sja była więc taka, że jedziemy go odwie­dzić we Fran­cji. To był waru­nek otrzy­ma­nia zgody na prze­kro­cze­nie gra­nicy. Doce­lowo od razu posta­no­wi­li­śmy zamiesz­kać w RFN - zazna­cza.

Osie­dlili się w Kusel, nie­da­leko Kaiser­slau­tern. - Jesz­cze tro­chę ama­tor­sko gra­łem w piłkę, ale już kon­cen­tro­wa­łem się na pracy, bo trzeba było utrzy­mać rodzinę. No i mia­łem ponad 40 lat, więc co to mogło być za gra­nie? - pyta reto­rycz­nie.

Nato­miast w tym cza­sie w piłkę zaczy­nał grać już dzie­wię­cio­letni syn Mirek, choć długo wcale nie było pewne, czy wystar­czy mu talentu i wytrwa­ło­ści, żeby poka­zać się na więk­szej sce­nie. Był wysta­wiony na wielką próbę. Jako imi­grant z Pol­ski musiał mozol­nie się prze­bi­jać, udo­wad­niać swoją war­tość. W przy­szło­ści został wielką gwiazdą nie­miec­kiego fut­bolu - kró­lem strzel­ców mistrzostw świata, mistrzem świata i 137-krot­nym repre­zen­tan­tem RFN, dla któ­rej zdo­był 71 bra­mek. Łatwo zauwa­żyć, że dla Niem­ców był tym, kim Robert Lewan­dow­ski dla Biało-Czer­wo­nych.

- Nic w karie­rze syna nie było łatwe. Był w nowym kraju. Musiał się w nim zaakli­ma­ty­zo­wać, wszyst­kiego uczyć. Naj­pierw przez pięć lat dzieci były z nami we Fran­cji (pań­stwo Klose mają też córkę Marzenę, o dwa lata star­szą od syna - przyp. red.). Potem wró­ci­li­śmy na trzy lata do Opola, ale znów wyje­cha­li­śmy do Nie­miec, co dla dzieci ozna­czało naukę języka nie­miec­kiego od pod­staw. W domu zawsze roz­ma­wia­li­śmy po pol­sku. Powta­rza­łem dzie­ciom, że nie wolno im zapo­mnieć tego języka - zazna­cza.

Przyjadę i wprowadzę

- Razem z żoną sta­ra­li­śmy się poma­gać Mir­kowi nie tylko w pił­kar­skich pla­nach, dawać wska­zówki. Tłu­ma­czy­li­śmy mu, żeby był pra­co­wity, spo­kojny i cier­pliwy, a co ma przyjść, to przyj­dzie. Miał talent, to było widać. Nale­żało go tylko umie­jęt­nie roz­wi­jać. Dzi­siaj rodzice czę­sto robią pod­sta­wowy błąd: mają 11-let­niego syna, który prze­ja­wia pił­kar­skie zdol­no­ści i już by chcieli, żeby był zawo­dow­cem. Nie potra­fią cze­kać - oce­nia Józef Klose. Sam był nie­złym pił­ka­rzem, ale pod tym wzglę­dem syn zde­cy­do­wa­nie prze­ści­gnął ojca.

Do Opola wciąż zagląda, cho­ciaż cała jego rodzina, z wyjąt­kiem sio­stry żony, też mieszka za gra­nicą. - Wycho­dzi na to, że moją rodziną, która została w Opolu, jest Odra - oce­nia były pił­karz. Odry w eks­tra­kla­sie nie ma już od ponad 40 lat. W 2022 zagrała w bara­żach, ale nic z tego nie wyszło. - Jeżeli naprawdę będzie pla­no­wała awans do Eks­tra­klasy, przy­jadę na cały sezon i ją wpro­wa­dzę. Nie będą musieli pła­cić mi ani zło­tówki - uśmie­cha się pan Józef, który tylko w naj­wyż­szej kla­sie roz­gryw­ko­wej w bar­wach opol­skiego klubu zagrał 197 meczów i strze­lił 39 goli.

BIOGRAM

Uro­dzony: 3 paź­dzier­nika 1947 roku w Sła­wię­ci­cach Pozy­cja na boisku: napast­nik

Kluby: Ener­ge­tyk Sła­wię­cice (do 1965, z epi­zo­dem w Unii Kędzie­rzyn), Odra Opole (1966-78; 197 meczów, 39 goli), AJ Auxerre/FRA (1978-81; 14 meczów, 1 gol), FC Cha­lon­nais/FRA (1981-84)1

Zdo­bywca Pucharu Ligi (1977)

uwzględ­nione są mecze i gole tylko w naj­wyż­szej kla­sie roz­gryw­ko­wej w danym kraju [wróć]

2

Zbigniew Płaszewski - Szept Bohatera

- Ciężko jest, cza­sem bar­dzo ciężko. Oddy­cham tylko prze­poną; szybko się męczę. Gdy mówię, ledwo mnie sły­chać. Jed­nak tak cał­kiem zamilk­nąć bym nie chciał. Trzeba żyć, ile się da. Nogi też bolą, ale zaci­snę zęby i idę. Nawet na mecz Wisły Kra­ków z wnu­kiem cza­sem się wybiorę - mówi Zbi­gniew Pła­szew­ski, mistrz Pol­ski z Białą Gwiazdą i jeden z boha­te­rów zwy­cię­skiego meczu nad Holan­dią (2:0).

Pła­szew­ski od dawna zmaga się ze skut­kami raka krtani i w tej walce jest nie­złomny. W 2000 roku prze­szedł wie­lo­go­dzinną ope­ra­cję. Wygrał, ale cena była duża. Aby dobrać się do nowo­tworu, chi­rur­dzy musieli usu­nąć węzły chłonne, uszko­dzić struny gło­sowe. Od tej pory Pła­szew­ski ma duże pro­blemy z oddy­cha­niem i mówie­niem. Po ope­ra­cji przez kilka tygo­dni mógł przyj­mo­wać pokarm tylko przez rurkę. Przez lata musiał się przy­zwy­czaić do nowego, bar­dzo trud­nego funk­cjo­no­wa­nia. Jeżeli w ogóle przy­zwy­cza­je­nie jest moż­liwe...

Żyje w małym miesz­ka­niu w Nowej Hucie. Tro­skli­wie opie­ko­wała się nim żona Kry­styna, ale los zabrał mu rów­nież ją. - Zmarła w grud­niu 2020 roku. Tyle lat razem, tyle pomocy z jej strony. Też swoje przy mnie prze­żyła... Ciężko to wszystko unieść - szep­cze jesz­cze cich­szym i łamią­cym się gło­sem.

Dostaje skrom­niutką eme­ry­turę, trudno z niej wyżyć. Dobrzy ludzie sta­rają się mu poma­gać. Pamię­tają o nim w Mało­pol­skim ZPN, a Wisła Kra­ków ufun­do­wała mu kar­net i jeśli tylko zdro­wie pozwala, poja­wia się na meczach przy Rey­monta. - Nogi już nie niosą. Jest pro­blem z bio­drami, ale pró­buję trzy­mać jakiś kon­takt z daw­nymi kole­gami. I na pogrze­bach sta­ram się być. Cza­sem trzy­mam sztan­dar, bo do tego wyraźna mowa nie­po­trzebna, za to w taki spo­sób mogę wyra­zić sza­cu­nek. Wydaje mi się, że gdy ja będę cho­dził na pogrzeby, to ludzie przyjdą kie­dyś na mój. Co pan sądzi, dobrze myślę?

W notesie selekcjonerów

Zanim Pła­szew­ski został jedną z legend kra­kow­skiej Wisły, która w 1978 roku pod wodzą mło­dego tre­nera Ore­sta Len­czyka zdo­była mistrzo­stwo Pol­ski, a potem dotarła do ćwierć­fi­nału Pucharu Europy, był cenio­nym pił­ka­rzem Hut­nika Kra­ków. Nowa Huta była jego natu­ral­nym śro­do­wi­skiem. Na tam­tej­szych osie­dlach, podwór­kach, ulicz­kach uczył się grać w piłkę i żył z fan­ta­zją krnąbr­nego dzie­ciaka. Odkąd pamięta, był nie­sa­mo­wi­cie szybki. Ści­gał się z chło­pa­kami o dwie głowy wyż­szymi, a i tak dotrzy­my­wał im kroku. Widzieli to wuefi­ści w pod­sta­wówce i pró­bo­wali popy­chać w kie­runku sportu. Na spar­ta­kia­dzie mło­dzieży wygry­wał na sprin­ter­skich dystan­sach. Na boisku też nie dał się nikomu zago­nić, choćby nie wia­domo co, bo na doda­tek był uparty.

Zapi­sał się do Hut­nika. Jako nasto­la­tek grał w II lidze i robiło się o nim coraz gło­śniej. Tra­fił do repre­zen­ta­cji Pol­ski junio­rów. Gdy selek­cjo­ne­rem pierw­szej kadry został Kazi­mierz Gór­ski, powo­łał nie­spełna 20-let­niego Pła­szew­skiego na inau­gu­ra­cyjne zgru­po­wa­nie i zupeł­nie nie prze­szka­dzało mu, że był led­wie dru­go­li­gow­cem. W kadrze zresztą mógł zagrać już wcze­śniej, w ostat­nim meczu Ryszarda Kon­ce­wi­cza. Dostał powo­ła­nie na spo­tka­nie z Cze­cho­sło­wa­cją, ale... nie poje­chał i nie­obec­no­ści nie uspra­wie­dli­wił, za co został przez PZPN zdys­kwa­li­fi­ko­wany na mie­siąc.

Uprowadzony

W Hut­niku grał zde­cy­do­wa­nie za długo, a prze­cież bar­dzo kon­kretne pro­po­zy­cje z eks­tra­klasy były już wtedy, kiedy doce­nił go selek­cjo­ner Kon­ce­wicz. "Echo Kra­kowa" z 2 paź­dzier­nika 1970 roku pió­rem redak­tora Jana Fran­do­ferta (nestor kra­kow­skich dzien­ni­ka­rzy spor­to­wych zmarł w 2020 roku w wieku 92 lat) zło­wiesz­czo dono­siło: "Przed kil­koma dniami do sym­pa­ty­ków pił­kar­stwa w Nowej Hucie dotarła wia­do­mość: "czarną limu­zyną" porwano asa atu­to­wego jede­nastki hut­ni­czej - Zbi­gniewa Pła­szew­skiego".

Po tym intry­gu­ją­cym wstę­pie autor obja­śniał: "Oczy­wi­ście nie uwie­rzy­li­by­śmy w żadne "porwa­nie", bo w końcu nie tak znów łatwo zmu­sić mło­dego, wyspor­to­wa­nego mło­dzieńca, aby wbrew swej woli siadł do obcego samo­chodu i odje­chał w nie­znane. Nie­trudno nato­miast "porwać" spor­towca, gdy zdoła się go zachę­cić do tego odpo­wied­nio atrak­cyjną obiet­nicą. I tak też było w wypadku Pła­szew­skiego".

Nie chciał sprawić psikusa

W arty­kule redak­tora Fran­do­ferta pił­karz przy­zna­wał, że już od jakie­goś czasu ludzie z Gór­nika Zabrze naga­by­wali go, aby zmie­nił barwy klu­bowe. "Byli też w Kra­ko­wie, lecz dopiero ostat­nim razem zastali mnie w domu i zdo­łali namó­wić, abym poje­chał poroz­ma­wiać z odpo­wie­dzial­nymi dzia­ła­czami klubu w Zabrzu. Zgo­dzi­łem się wresz­cie, ale posta­wi­łem waru­nek, aby tego samego dnia odwieźli mnie do Kra­kowa" - mówił na łamach "Echa Kra­kowa".

Pła­szew­ski zwie­rzył się dzien­ni­ka­rzowi, że ofertę odrzu­cił. Wyja­śnił, że z powo­dów rodzin­nych i dla­tego, że już roz­po­czął naukę w tech­ni­kum hut­ni­czym. Wska­zał na jesz­cze jeden powód: "Nie chcia­łem spra­wić psi­kusa kole­gom z dru­żyny i klu­bowi, który mnie wycho­wał, w chwili, kiedy mamy szanse na awans do eks­tra­klasy". Wyznał, że mniej wię­cej w tym samym cza­sie poja­wili się u niego w domu z kon­trak­tową ofertą także emi­sa­riu­sze Zagłę­bia Sosno­wiec. "Tato pozbył się ich jed­nak dość szybko" - uspo­koił kra­kow­skich kibi­ców dzie­więt­na­sto­la­tek.

Hut­ni­kowi do elity awan­so­wać się nie udało, ale rok póź­niej Pła­szew­ski został wybrany na naj­lep­szego pił­ka­rza ziemi kra­kow­skiej. - Chciał­bym grać tak jak Franz Bec­ken­bauer - dekla­ro­wał w wywia­dzie na łamach tej samej gazety, pod­kre­śla­jąc, że Niemca za boiskową wszech­stron­ność ceni bar­dziej niż Pelégo lub Eusébio.

Najpiękniejsze wspomnienie

W 1974 roku Biało-Czer­woni cie­szyli się z mun­dia­lo­wego medalu, a Pła­szew­ski nie był już nawet dru­go­li­gow­cem, bo Hut­nik został zde­gra­do­wany. Na oku miała go Legia War­szawa. Dwu­dzie­sto­trzy­la­tek cią­gle pod­le­gał obo­wiąz­kowi odby­cia służby woj­sko­wej, ale kra­kow­ska Wisła nie pokpiła sprawy. Uchro­niła go przed powo­ła­niem do armii. Przez pewien czas nawet prze­trzy­my­wała w ukry­ciu poza domem, byle tylko wysłan­nicy Legii nie zdo­łali go może i siłą prze­chwy­cić.

Znowu tra­cił czas, ale uzbroił się w cier­pli­wość i wresz­cie zagrał w eks­tra­kla­sie. W Wiśle zade­biu­to­wał w listo­pa­dzie 1975 roku w wyjaz­do­wym star­ciu z GKS Tychy (1:2), wtedy jesz­cze w pomocy, bo dopiero póź­niej dał się poznać jako czo­łowy pol­ski boczny obrońca. Znowu zauwa­żył go Kazi­mierz Gór­ski i pozwo­lił wystą­pić w towa­rzy­skim spo­tka­niu z Gre­cją (0:1 w maju 1976 roku), ale na igrzy­ska olim­pij­skie do Mont­re­alu nie zabrał. Potem na rada­rach miał go Jacek Gmoch. Dał mu zagrać 45 minut w meczu towa­rzy­skim ze Szwe­cją w listo­pa­dzie 1977 roku (2:1), ale i on pomi­nął wiślaka przy usta­la­niu kadry na mun­dial w Argen­ty­nie.

Naj­bar­dziej doce­nił go kolejny selek­cjo­ner Ryszard Kule­sza. Zagrał w jed­nym z naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych wystę­pów Biało-Czer­wo­nych w histo­rii. 2 maja 1979 roku Pol­ska na Sta­dio­nie Ślą­skim w Cho­rzo­wie poko­nała 2:0 Holan­dię - wice­mi­strzów świata dwóch poprzed­nich mun­diali. Stawką były punkty w kwa­li­fi­ka­cjach do mistrzostw Europy. Pła­szew­ski bie­gał na lewej obro­nie.

- To naj­pięk­niej­sze wspo­mnie­nie z mojej kariery. Wielki sta­dion, pełne try­buny, hymn tak odśpie­wany, że aż mro­wiło po ple­cach... No i przede wszyst­kim nie­sa­mo­wite zwy­cię­stwo. Mia­łem już 28 lat. Kto by pomy­ślał, że docze­kam takiej chwili? - mówi wzru­szony.

Każdy ma swoje Okęcie

Pół­tora roku póź­niej kadra w tam­tym kształ­cie prze­stała ist­nieć. Wszystko przez tak zwaną aferę na Okę­ciu, kiedy trzech pił­ka­rzy łódz­kich klu­bów (Wła­dy­sław Żmuda, Zbi­gniew Boniek i Sta­ni­sław Ter­lecki) sta­nęło murem za Józe­fem Mły­nar­czy­kiem, któ­rego selek­cjo­ner nie chciał wpu­ścić na pokład samo­lotu, bo był wyraź­nie "wczo­raj­szy". Dla pił­ka­rzy posy­pały się dys­kwa­li­fi­ka­cje, a ze sta­no­wi­skiem musiał się też poże­gnać Kule­sza.

Pła­szew­skiego nie było wtedy w kadrze, ale - cóż za iro­nia losu - rap­tem dwa mie­siące póź­niej na tym samym lot­ni­sku miał swoją, bliź­nia­czo podobną "aferę na Okę­ciu". Tak ją opi­sało "Echo Kra­kowa": "Pił­kar­ska dru­żyna Wisły udała się samo­lo­tem do Jugo­sła­wii na przed­se­zo­nowe zgru­po­wa­nie. Ponie­waż odlot samo­lotu opóź­nił się o 2 godziny, pił­ka­rze czas dzie­lący ich od chwili startu spę­dzili w restau­ra­cji na Okę­ciu. Gdy nad­szedł moment odprawy przed­odlo­to­wej, obsługa lot­ni­ska stwier­dziła, iż dwaj zawod­nicy: Zbi­gniew Pła­szew­ski i Kazi­mierz Gazda z uwagi na stan wska­zu­jący na nad­uży­cie alko­holu, nie mogą zostać wpusz­czeni na pokład samo­lotu. Ekipa kra­kow­ska odle­ciała więc bez tej dwójki".

Zrobili pokazówkę

Wisła surowo uka­rała wino­waj­ców. Moc­niej obe­rwał Pła­szew­ski, bo uznano, że ujął się za pija­nym kolegą, dekla­ru­jąc, że jeżeli nie leci Gazda, to on rów­nież nie zamie­rza. W efek­cie byłemu repre­zen­tan­towi Pol­ski zasą­dzono ośmio­mie­sięczny bez­względny zakaz gry w piłkę. Publiczne napięt­no­wa­nie bli­sko 30-let­niego pił­ka­rza miało swoją wagę.

- To był klub mili­cyjny. Zro­bili z tej histo­rii poka­zówkę i uznano, że naj­le­piej ude­rzyć w Pła­szew­skiego. Byłem kozłem ofiar­nym. Mówi­łem to już wtedy, a po tylu latach mogę tylko powtó­rzyć, bo taka jest prawda - opo­wiada nasz boha­ter.

Był znisz­czony przez kon­tu­zje, no i łatka "afe­rzy­sty z Okę­cia" też swoje robiła. Pograł jesz­cze ama­tor­sko w Austrii, ale przede wszyst­kim ciężko pra­co­wał fizycz­nie. Chwy­tał się róż­nych zajęć, dopóki zdro­wie pozwa­lało. Bo póź­niej zaczęła się już tylko hero­iczna walka z cho­ro­bami.

- Mam nadzieję, że jesz­cze są kibice, któ­rzy mnie pamię­tają. Coś w tej piłce jed­nak zro­bi­łem, tro­chę pogra­łem. Cza­sem, gdy jest mi już bar­dzo trudno, przy­naj­mniej mam co wspo­mi­nać...

BIOGRAM

Uro­dzony: 18 sierp­nia 1951 roku w Kra­ko­wie Pozy­cja na boisku: obrońca Repre­zen­ta­cja: 5 meczów, 0 goli

Kluby: Hut­nik Kra­ków (do 1975), Wisła Kra­ków (1975-81; 106 meczów, 2 gole)1

Mistrz Pol­ski (1978)

uwzględ­nione są mecze i gole tylko w naj­wyż­szej kla­sie roz­gryw­ko­wej w danym kraju [wróć]