1
Józef Klose - Mój strzał stulecia
- W piłkę nie gra się sto lat, choć czasami może ci się tak wydawać. Gdy
byłem piłkarzem, nigdy nie myślałem, co będzie potem. Dlatego z żoną
zawsze dbaliśmy, aby taką świadomość miał nasz syn. W życiu oprócz
talentu i pracowitości ważne są spokój i cierpliwość. Dzięki nim można
osiągnąć wielkie rzeczy - mówi Józef Klose.
Ojciec mistrza świata i króla strzelców mundialu sam był kiedyś niezłym
piłkarzem: najpierw w Odrze Opole, a potem w AJ Auxerre.
Miroslav Klose został legendą niemieckiego futbolu, ale urodził się w Opolu i jest synem polskiego piłkarza, który przez wiele lat był ważnym
zawodnikiem Odry występującej nawet w europejskich pucharach. Jeszcze za
czasów PRL rodzina państwa Klose najpierw wyjechała do Francji, a potem
już na stałe do Republiki Federalnej Niemiec, gdzie zaczęła nowe życie,
zupełnie od podstaw. Teraz Józef Klose opowiada swoją historię.
Musisz zdobyć zawód
- Chodziłem do zawodówki w Blachowni Śląskiej, a po lekcjach kopało się
piłkę, dzień w dzień. Bez tej piłki nie szło wytrzymywać. Człowiek grał
i zapominał o bożym świecie - przyznaje.
Od czego jednak są rodzice. Oni pilnowali priorytetów. - Stanowczo mi
powtarzali: "Synek, fajnie, że grasz w piłkę, jeśli aż tak lubisz. Ale
pamiętaj: najpierw musisz zdobyć zawód". Uczyłem się więc na tokarza.
Roboty w tym fachu wtedy było w bród, bo przemysł się rozwijał, na
dodatek dawał całkiem porządny zarobek. Na koniec miałem egzamin. Trzeba
było obliczyć i ustawić wszystkie parametry, a potem wytoczyć śrubę z gwintem albo inny przedmiot. Wszystko zaliczyłem. Jako absolwent
zawodówki musiałem odpracować minimum osiem miesięcy. Szykowała się
robota tokarska, ale trochę zmieniłem plany - uściśla. I wcale nie
chodziło jeszcze o plany piłkarskie.
Pierwsza wypłata
Fabryka w Blachowni szukała trasera, czyli robotnika kreślącego na
prefabrykatach wyrobów linie, wzdłuż których ma być prowadzona dalsza
obróbka, na przykład cięcie albo wiercenie otworów na nity. - Zgłosiłem
się, bo ciekawiło mnie to bardziej niż sama obróbka skrawaniem. Już w czasie szkolnych praktyk podpatrywałem człowieka, który się tym
zajmował. Nazywał się Józek Suchanek. Chciałem robić to samo co on. Na
przykład koła zębate, z wszystkimi szablonami i wyliczeniami. Jaki obwód
musi mieć? Ile zębów? Dopiero później szło to na obrabiarkę - opowiada
ze znawstwem. - Zgłosiłem się do Józka Suchanka, zacząłem z nim
pracować. Uczył mnie, co i jak. A że byłem sprytny, szybko to
pokapowałem. Sprawnie mi szło. Trasowałem przedmioty w coraz krótszym
czasie. Józek nalegał, żebyśmy szli na śniadanie, ale nie chciałem
tracić czasu. "Odłóż to, bo zrobiliśmy już 200 procent normy i jak
będziemy tak zasuwać, następnym razem na takie koło zębate dadzą nam
godzinę zamiast dwóch". Tak mądrze poradził mi doświadczony pracownik -
przyznaje Klose.
Duża wydajność miała przełożenie na wynagrodzenie, bo robiło się na
akord. - Na pierwszą wypłatę dostałem cztery i pół tysiąca złotych, a to
w latach 60. była bardzo porządna pensja. Przyszedłem dumny z siebie do
domu, wyłożyłem banknoty na stół. Mama aż pobladła: "Synek, komuś ty to
ukradł?!". Minęła dobra chwila, aż dotarło do niej, że ja,
osiemnastolatek po zawodówce, zarabiam takie pieniądze w zakładzie w Blachowni Śląskiej.
Emocjonalną reakcję matki Józefa Klose można zrozumieć jeszcze lepiej,
jeśli dodamy, że w 1960 roku średnia krajowa według Głównego Urzędu
Statystycznego wynosiła 1560 zł, w 1969 roku - 2174 zł...
Przyjechali, poczekali
To był jednak epizod, bo młody Józek inaczej zapatrywał się na swoją
przyszłość. Skończył zawodówkę, zdobył konkretny fach, pokazał rodzicom,
że dzięki niemu może solidnie zarobić. Spełnił więc wbijane mu do głowy
warunki i wreszcie mógł zająć się swoją pasją, czyli futbolem.
Grać zaczynał w Energetyku w rodzinnych Sławięcicach. Jeszcze w zawodówce przez rok był piłkarzem Chemika Kędzierzyn, ale nie czuł się
tam najlepiej i wrócił do macierzystego klubu. Przełomem było powołanie
od trenera Juliusza Mariańskiego do juniorskiej reprezentacji
województwa opolskiego. W 1965 roku zespół z Opolszczyzny zdobył w Kaliszu prestiżowy Puchar Michałowicza, a wśród bohaterów turnieju
znalazł się także Józef Klose.
W opolskim środowisku nie był już anonimowym piłkarzem. Zainteresowała
się nim Odra Opole, przodujący klub w regionie. Jej szkoleniowcem został
Tadeusz Foryś - ten sam, który był trenerem kadry narodowej podczas
pamiętnego zwycięskiego meczu z ZSRR (2:1) w 1957 roku.
Aby załatwić wszystko jak należy, do Józka wybrał się Jan Śliwak,
działacz Odry bez reszty oddany wyszukiwaniu piłkarzy odpowiednich dla
tego klubu. - Wysłannicy Odry pojawili się u mnie w domu w poniedziałek
i usilnie namawiali, żebym przyjechał do Opola. Obiecałem, że będę w środę. Środa minęła, a mnie nie ma. W czwartek też nie. W piątek Śliwak
przyjechał po mnie po raz drugi z nową strategią: razem z drugim
działaczem poczekali, aż się spakuję i zabrali do Opola. Zakwaterowali
mnie w hotelu, następnego dnia kazali przyjść na trening. W ten sposób
zostałem piłkarzem Odry - opowiada. To był sezon, w którym Odra spadła z ekstraklasy (wtedy skromniej nazywanej I ligą), a potem Klose jeszcze
dwukrotnie spotkała taka przykrość, lecz zawsze udało się wrócić do
elity z jego znaczącym wkładem.
Burza w obronie
- W Odrze szybko się zaaklimatyzowałem. Miałem się od kogo uczyć, bo
była grupa doświadczonych zawodników: Konrad Kornek, Henryk Szczepański,
Henryk Brejza, no i Engelbert Jarek, największa gwiazda drużyny i idol
kibiców. Strzelał dużo goli, ale miał też bardzo dokładne podanie na
25-30 metrów. Wystarczyło tylko dużo biegać i piłka adresowana od niego
spadała pod nos. Tyle że trzeba było ją umiejętnie przyjąć i kontrolować
- uściśla na wszelki wypadek. - Engelbert dużo nie mówił, ale za to
dosadnie. Podpowiadał młodym, ale w konkretnej sprawie zabierał głos
tylko raz. Jeżeli młody był rozkojarzony i nie zrozumiał, to już był
jego problem. Engelberta Jarka należało słuchać zawsze i z całkowitą
uwagą - tłumaczy.
Pomnikową postacią był też "Burza" Szczepański, 45-krotny reprezentant
kraju, olimpijczyk z Rzymu. Grał na bocznej obronie. Miał już swoje
słuszne piłkarskie lata, gdy w Odrze pojawił się występujący na skrzydle
Klose. - Boczni obrońcy włączali się do akcji ofensywnych, więc "Burza"
też, lecz w takich sytuacjach nie miał już sił szybko wracać. Kiedyś nie
ruszyłem do asekuracji w obronie. Krzyknął, aż bębenki mi w uszach
zadrżały i oczywiście w mig pognałem tam, gdzie mi pokazał. Za drugim
razem nie musiał już pokazywać. Wystarczyło, że na mnie popatrzył.
Dopiero gdy wrócił do obrony, mówił: "No, teraz zasuwaj do przodu" -
relacjonuje Klose.
Sam z bieganiem nigdy nie miał problemów. To był jego wielki atut. Był w zasadzie nie do zajechania. Czasem ścigający się z nim rywal słaniał się
na nogach, łapały go skurcze, a skrzydłowy Odry szykował się na kolejny
rajd.
- Na koniec zawsze liczy się jednak dyspozycja dnia, a kryzysowy mecz
dopada każdego i to w futbolu się nie zmienia. A jak jesteś w dołku,
okazuje się, że rywala nie możesz nawet kopnąć w nogę, bo i na to jest
dla ciebie za szybki i za sprawny - wykłada piłkarską filozofię nasz
bohater.
Górski wolał Latę
Okrzepł. Kibice go lubili, bo był z Odrą na dobre i na złe. W lidze też
wyrobił sobie markę. Twierdzi nawet, że miał go na oku Kazimierz Górski
montujący ekipę, która potem przywiozła medal z mistrzostw świata w 1974
roku. Najwyraźniej selekcjoner uznał jednak, że inni są jeszcze lepsi.
- A konkretnie, że lepszy ode mnie jest też grający na skrzydle Grzegorz
Lato. I nie mam argumentów, żeby z tym wyborem dyskutować. Mówimy o piłkarzu, który został królem strzelców mistrzostw świata - zaznacza
Józef Klose.
W kadrze więc nigdy nie zagrał, a tym bardziej nie został królem
strzelców mundialu, w przeciwieństwie do syna, który - cóż za zbieg
okoliczności - snajperską koronę wywalczył wtedy, gdy turniej po 32
latach znowu odbywał się w Niemczech.
Zamknąłem oczy i kopnąłem
W 1977 roku z Odrą Opole pan Józef zagrał za to w Pucharze UEFA jako
zdobywca Pucharu Ligi. Drużyna młodego trenera Antoniego Piechniczka w pierwszej rundzie odpadła z FC Magdeburg. Najpierw w Opolu przegrała
1:2. - Prowadziliśmy 1:0, kiedy trener zdjął mnie z boiska. Zbliżając
się do ławki, powiedziałem sobie pod nosem, oczywiście tak, żeby trener
nie usłyszał: "Ta zmiana to był pana największy błąd". No i proszę: dwa
gole strzelił Jürgen Sparwasser i przegraliśmy - kwituje. Zaznacza
jednak, że ta uwaga była rzucona z przymrużeniem oka. Do głowy mu nie
przyszło, że zadziała jak klątwa.
W każdym razie do Magdeburga Polacy jechali już z marnymi szansami. -
Przyjechaliśmy autobusem dzień wcześniej, dostaliśmy trochę wolnego
czasu. Mówię do chłopaków: "Przegraliśmy u siebie, z tego już pewnie nic
nie będzie. Chodźcie tu niedaleko na dworzec kolejowy, wypijemy po
piwie. Tyle naszego z tej wyprawy". Poszliśmy całą drużyną.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wysączyliśmy po dwa piwka i grzecznie do
hotelu - relacjonuje.
Na drugi dzień mecz. Szybko, bo już w 11. minucie Joachim Streich
zdobywa bramkę, gospodarze obejmują prowadzenie. A więc wszystko szło
zgodnie z przypuszczeniami. Wydawało się, że pytaniem jest tylko: ile
jeszcze Niemcy nastrzelają...
- Parę minut przed końcem pierwszej połowy Zbyszek Kwaśniewski wycofał
mi piłkę piętą. Do bramki było ponad 20 metrów. Do dzisiaj czuję, jak
piłka siadła mi na nodze. Normalnie mój strzał stulecia! Zamknąłem oczy
i kopnąłem. Piłka poleciała w krótki róg, nisko. Wpadła! - opowiada.
Odra potrzebowała już tylko jednej bramki, by doprowadzić do dogrywki i była świetna okazja. - Idziemy z przewagą: Wojtek Tyc i ja. Kiwnąłem
obrońcę i przede mną jest już tylko bramkarz. Patrzę, że Wojtek z prawej
strony wchodzi, więc mu wyłożyłem do pustej. Spudłował... Myślałem, że go
uduszę...
Pół roku samotności
Jesienią 1978 roku Józef Klose wyjechał do AJ Auxerre, które lubiło
zatrudniać Polaków. Szlak przecierał Marian Szeja, bramkarz
reprezentacji Polski i Zagłębia Wałbrzych, drugim był jego klubowy
kolega Zbigniew Szłykowicz. W końcu przyszła kolej na Klose, a potem
pojawiali się coraz lepsi, medaliści mistrzostw świata.
- Trener Guy Roux liczył się ze zdaniem Mariana Szei. Poprosił go, by
polecił prawoskrzydłowego z Polski. Marian zwrócił się z tym pytaniem do
Bernarda Blauta, a on pomyślał o mnie - tłumaczy Klose.
To była ważna zmiana w jego życiu. Nic dziwnego, że pamięta nawet
dokładną datę wyjazdu: 12 października 1978 roku. - Trudno zapomnieć, bo
transfery we Francji można było zatwierdzać do 13 października. Wszystko
odbywało się więc błyskawicznie i cud, że udało się załatwić przy tej
całej biurokracji - zaznacza.
W Auxerre przez pierwsze pół roku było ciężko, bo początkowo nie zabrał
rodziny. - Święta Bożego Narodzenia spędziłem sam, chociaż zapraszali
mnie ludzie z klubu. Nie chciałem nadużywać gościnności. Zostałem w swoich czterech ścianach - wspomina.
Finał w Paryżu
AJ Auxerre grało wówczas w II lidze, ale po dwóch sezonach zanotowało
historyczny awans do Premi?re Division, bo tak formalnie nazywała się
wtedy dzisiejsza Ligue 1. Wcześniej jako drugoligowiec w 1979 roku
zespół wystąpił na Parc des Princes w Paryżu w finale Pucharu Francji. Z Szeją i Klose w składzie przegrywał po dogrywce (1:4) z FC Nantes,
aktualnym wicemistrzem kraju. Polacy zostali bohaterami Auxerre. Wszyscy
doceniali ich rolę w drużynie.
Po awansie do elity Klose zagrał jeszcze 14 meczów, ale funkcjonował już
na specjalnych zasadach. - W najwyższej klasie trzeba było zawierać
zawodowe kontrakty, a ja miałem już 33 lata. W moim przypadku klub nie
zdecydował się na taki kontrakt. Trener Roux powiedział jednak, że tyle
zrobiłem dla Auxerre, że chciałby, abym został jeszcze rok. Niby bez
profesjonalnej umowy, ale on już się postara, żeby mi płacono jak innym
piłkarzom. Grałem do października, a potem jedynie w rezerwach, bo
sprowadzili ze Stali Mielec Andrzeja Szarmacha. Obowiązywał limit dwóch
obcokrajowców, a że był przecież jeszcze Heniek Wieczorek (17-krotny
reprezentant Polski i medalista MŚ z 1974 roku - przyp. red.), więc dla
mnie zabrakło miejsca - dodaje.
4 października 1980 roku w 74. minucie ligowego spotkania z FC Nantes
zmienił Jeana-Marca Ferreriego. Był to ostatni występ Józefa Klose na
Stade l'Abbé-Deschamps. Dziesięć dni później zagrał jeszcze pełne 90
minut w wyjazdowym meczu z Nimes (0:0) i na tym zakończyła się jego
przygoda z pierwszą drużyną Auxerre.
Żadnego spotkania w Premi?re Division już nie zagrał natomiast Szeja,
który jednak cieszył się wielkim szacunkiem i został w klubie. Zajął się
pracą szkoleniową. Między słupkami zastąpił go Joël Bats, późniejszy
reprezentant Francji i mistrz Europy z 1984 roku.
Małżeństwo z Odry
Latem 1981 roku Klose przeniósł się do FC Chalonnais. - Chciałem wracać
do Polski, ale namówili mnie, żebym pomógł w awansie. Grali w czwartej
lidze, a chcieli być w trzeciej. No i cel został osiągnięty, a w kolejnym sezonie udało się utrzymać. Miałem 37 lat, nie chciałem grać na
siłę. Czułem, że to już kres kariery. Wtedy sprowadziłem się do Opola -
wspomina.
Został zatrudniony w Odrze, trenował drugą drużynę. W 1987 roku
postanowił jednak wyjechać z rodziną do Niemiec. - Wtedy były takie
czasy, że zapaliło się zielone światło dla prywaciarzy. Ja nie nadawałem
się do tego. Nie umiałem kombinować. Źle się czułem w tej
rzeczywistości. Uznałem, że w Niemczech poradzę sobie lepiej, że
zaczniemy tam od nowa normalnie żyć. Znałem w miarę język niemiecki,
więc wiedziałem, że na początku będzie mi łatwiej - w taki sposób
przedstawia powody decyzji. - Przemyślałem wszystko. Przyszedłem do domu
i mówię do żony: "Pakujemy, co się da i jedziemy".
Jego żona Barbara Jeż (po ślubie przyjęła nazwisko męża) była znaną
piłkarką ręczną, 45-krotną reprezentantką kraju. - Basia z Otmętem
Krapkowice dwa razy zdobyła mistrzostwo Polski, ale wcześniej
występowała w Odrze Opole. Po treningu chodziłem zobaczyć, jak
dziewczyny grają. No i wpadła mi w oko - uśmiecha się, mówiąc o małżeństwie znanych sportowców Odry.
W domu zawsze po polsku
W wyjeździe z Polski rodzinie Klose pomógł Andrzej Szarmach. -
Poprosiłem go, by załatwił nam zaproszenie. Wersja była więc taka, że
jedziemy go odwiedzić we Francji. To był warunek otrzymania zgody na
przekroczenie granicy. Docelowo od razu postanowiliśmy zamieszkać w RFN
- zaznacza.
Osiedlili się w Kusel, niedaleko Kaiserslautern. - Jeszcze trochę
amatorsko grałem w piłkę, ale już koncentrowałem się na pracy, bo trzeba
było utrzymać rodzinę. No i miałem ponad 40 lat, więc co to mogło być za
granie? - pyta retorycznie.
Natomiast w tym czasie w piłkę zaczynał grać już dziewięcioletni syn
Mirek, choć długo wcale nie było pewne, czy wystarczy mu talentu i wytrwałości, żeby pokazać się na większej scenie. Był wystawiony na
wielką próbę. Jako imigrant z Polski musiał mozolnie się przebijać,
udowadniać swoją wartość. W przyszłości został wielką gwiazdą
niemieckiego futbolu - królem strzelców mistrzostw świata, mistrzem
świata i 137-krotnym reprezentantem RFN, dla której zdobył 71 bramek.
Łatwo zauważyć, że dla Niemców był tym, kim Robert Lewandowski dla
Biało-Czerwonych.
- Nic w karierze syna nie było łatwe. Był w nowym kraju. Musiał się w nim zaaklimatyzować, wszystkiego uczyć. Najpierw przez pięć lat dzieci
były z nami we Francji (państwo Klose mają też córkę Marzenę, o dwa lata
starszą od syna - przyp. red.). Potem wróciliśmy na trzy lata do Opola,
ale znów wyjechaliśmy do Niemiec, co dla dzieci oznaczało naukę języka
niemieckiego od podstaw. W domu zawsze rozmawialiśmy po polsku.
Powtarzałem dzieciom, że nie wolno im zapomnieć tego języka - zaznacza.
Przyjadę i wprowadzę
- Razem z żoną staraliśmy się pomagać Mirkowi nie tylko w piłkarskich
planach, dawać wskazówki. Tłumaczyliśmy mu, żeby był pracowity, spokojny
i cierpliwy, a co ma przyjść, to przyjdzie. Miał talent, to było widać.
Należało go tylko umiejętnie rozwijać. Dzisiaj rodzice często robią
podstawowy błąd: mają 11-letniego syna, który przejawia piłkarskie
zdolności i już by chcieli, żeby był zawodowcem. Nie potrafią czekać -
ocenia Józef Klose. Sam był niezłym piłkarzem, ale pod tym względem syn
zdecydowanie prześcignął ojca.
Do Opola wciąż zagląda, chociaż cała jego rodzina, z wyjątkiem siostry
żony, też mieszka za granicą. - Wychodzi na to, że moją rodziną, która
została w Opolu, jest Odra - ocenia były piłkarz. Odry w ekstraklasie
nie ma już od ponad 40 lat. W 2022 zagrała w barażach, ale nic z tego
nie wyszło. - Jeżeli naprawdę będzie planowała awans do Ekstraklasy,
przyjadę na cały sezon i ją wprowadzę. Nie będą musieli płacić mi ani
złotówki - uśmiecha się pan Józef, który tylko w najwyższej klasie
rozgrywkowej w barwach opolskiego klubu zagrał 197 meczów i strzelił 39
goli.
BIOGRAM
Urodzony: 3 października 1947 roku w Sławięcicach
Pozycja na boisku: napastnik
Kluby: Energetyk Sławięcice (do 1965, z epizodem w Unii Kędzierzyn),
Odra Opole (1966-78; 197 meczów, 39 goli), AJ Auxerre/FRA (1978-81; 14
meczów, 1 gol), FC Chalonnais/FRA (1981-84)1
Zdobywca Pucharu Ligi (1977)
uwzględnione są mecze i gole tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej w danym kraju [wróć]
2
Zbigniew Płaszewski - Szept Bohatera
- Ciężko jest, czasem bardzo ciężko. Oddycham tylko przeponą; szybko się
męczę. Gdy mówię, ledwo mnie słychać. Jednak tak całkiem zamilknąć bym
nie chciał. Trzeba żyć, ile się da. Nogi też bolą, ale zacisnę zęby i idę. Nawet na mecz Wisły Kraków z wnukiem czasem się wybiorę - mówi
Zbigniew Płaszewski, mistrz Polski z Białą Gwiazdą i jeden z bohaterów
zwycięskiego meczu nad Holandią (2:0).
Płaszewski od dawna zmaga się ze skutkami raka krtani i w tej walce jest
niezłomny. W 2000 roku przeszedł wielogodzinną operację. Wygrał, ale
cena była duża. Aby dobrać się do nowotworu, chirurdzy musieli usunąć
węzły chłonne, uszkodzić struny głosowe. Od tej pory Płaszewski ma duże
problemy z oddychaniem i mówieniem. Po operacji przez kilka tygodni mógł
przyjmować pokarm tylko przez rurkę. Przez lata musiał się przyzwyczaić
do nowego, bardzo trudnego funkcjonowania. Jeżeli w ogóle
przyzwyczajenie jest możliwe...
Żyje w małym mieszkaniu w Nowej Hucie. Troskliwie opiekowała się nim
żona Krystyna, ale los zabrał mu również ją. - Zmarła w grudniu 2020
roku. Tyle lat razem, tyle pomocy z jej strony. Też swoje przy mnie
przeżyła... Ciężko to wszystko unieść - szepcze jeszcze cichszym i łamiącym się głosem.
Dostaje skromniutką emeryturę, trudno z niej wyżyć. Dobrzy ludzie
starają się mu pomagać. Pamiętają o nim w Małopolskim ZPN, a Wisła
Kraków ufundowała mu karnet i jeśli tylko zdrowie pozwala, pojawia się
na meczach przy Reymonta. - Nogi już nie niosą. Jest problem z biodrami,
ale próbuję trzymać jakiś kontakt z dawnymi kolegami. I na pogrzebach
staram się być. Czasem trzymam sztandar, bo do tego wyraźna mowa
niepotrzebna, za to w taki sposób mogę wyrazić szacunek. Wydaje mi się,
że gdy ja będę chodził na pogrzeby, to ludzie przyjdą kiedyś na mój. Co
pan sądzi, dobrze myślę?
W notesie selekcjonerów
Zanim Płaszewski został jedną z legend krakowskiej Wisły, która w 1978
roku pod wodzą młodego trenera Oresta Lenczyka zdobyła mistrzostwo
Polski, a potem dotarła do ćwierćfinału Pucharu Europy, był cenionym
piłkarzem Hutnika Kraków. Nowa Huta była jego naturalnym środowiskiem.
Na tamtejszych osiedlach, podwórkach, uliczkach uczył się grać w piłkę i żył z fantazją krnąbrnego dzieciaka. Odkąd pamięta, był niesamowicie
szybki. Ścigał się z chłopakami o dwie głowy wyższymi, a i tak
dotrzymywał im kroku. Widzieli to wuefiści w podstawówce i próbowali
popychać w kierunku sportu. Na spartakiadzie młodzieży wygrywał na
sprinterskich dystansach. Na boisku też nie dał się nikomu zagonić,
choćby nie wiadomo co, bo na dodatek był uparty.
Zapisał się do Hutnika. Jako nastolatek grał w II lidze i robiło się o nim coraz głośniej. Trafił do reprezentacji Polski juniorów. Gdy
selekcjonerem pierwszej kadry został Kazimierz Górski, powołał niespełna
20-letniego Płaszewskiego na inauguracyjne zgrupowanie i zupełnie nie
przeszkadzało mu, że był ledwie drugoligowcem. W kadrze zresztą mógł
zagrać już wcześniej, w ostatnim meczu Ryszarda Koncewicza. Dostał
powołanie na spotkanie z Czechosłowacją, ale... nie pojechał i nieobecności nie usprawiedliwił, za co został przez PZPN
zdyskwalifikowany na miesiąc.
Uprowadzony
W Hutniku grał zdecydowanie za długo, a przecież bardzo konkretne
propozycje z ekstraklasy były już wtedy, kiedy docenił go selekcjoner
Koncewicz. "Echo Krakowa" z 2 października 1970 roku piórem redaktora
Jana Frandoferta (nestor krakowskich dziennikarzy sportowych zmarł w 2020 roku w wieku 92 lat) złowieszczo donosiło: "Przed kilkoma dniami do
sympatyków piłkarstwa w Nowej Hucie dotarła wiadomość: "czarną limuzyną"
porwano asa atutowego jedenastki hutniczej - Zbigniewa Płaszewskiego".
Po tym intrygującym wstępie autor objaśniał: "Oczywiście nie
uwierzylibyśmy w żadne "porwanie", bo w końcu nie tak znów łatwo zmusić
młodego, wysportowanego młodzieńca, aby wbrew swej woli siadł do obcego
samochodu i odjechał w nieznane. Nietrudno natomiast "porwać" sportowca,
gdy zdoła się go zachęcić do tego odpowiednio atrakcyjną obietnicą. I tak też było w wypadku Płaszewskiego".
Nie chciał sprawić psikusa
W artykule redaktora Frandoferta piłkarz przyznawał, że już od jakiegoś
czasu ludzie z Górnika Zabrze nagabywali go, aby zmienił barwy klubowe.
"Byli też w Krakowie, lecz dopiero ostatnim razem zastali mnie w domu i zdołali namówić, abym pojechał porozmawiać z odpowiedzialnymi
działaczami klubu w Zabrzu. Zgodziłem się wreszcie, ale postawiłem
warunek, aby tego samego dnia odwieźli mnie do Krakowa" - mówił na
łamach "Echa Krakowa".
Płaszewski zwierzył się dziennikarzowi, że ofertę odrzucił. Wyjaśnił, że
z powodów rodzinnych i dlatego, że już rozpoczął naukę w technikum
hutniczym. Wskazał na jeszcze jeden powód: "Nie chciałem sprawić psikusa
kolegom z drużyny i klubowi, który mnie wychował, w chwili, kiedy mamy
szanse na awans do ekstraklasy". Wyznał, że mniej więcej w tym samym
czasie pojawili się u niego w domu z kontraktową ofertą także
emisariusze Zagłębia Sosnowiec. "Tato pozbył się ich jednak dość szybko"
- uspokoił krakowskich kibiców dziewiętnastolatek.
Hutnikowi do elity awansować się nie udało, ale rok później Płaszewski
został wybrany na najlepszego piłkarza ziemi krakowskiej. - Chciałbym
grać tak jak Franz Beckenbauer - deklarował w wywiadzie na łamach tej
samej gazety, podkreślając, że Niemca za boiskową wszechstronność ceni
bardziej niż Pelégo lub Eusébio.
Najpiękniejsze wspomnienie
W 1974 roku Biało-Czerwoni cieszyli się z mundialowego medalu, a Płaszewski nie był już nawet drugoligowcem, bo Hutnik został
zdegradowany. Na oku miała go Legia Warszawa. Dwudziestotrzylatek ciągle
podlegał obowiązkowi odbycia służby wojskowej, ale krakowska Wisła nie
pokpiła sprawy. Uchroniła go przed powołaniem do armii. Przez pewien
czas nawet przetrzymywała w ukryciu poza domem, byle tylko wysłannicy
Legii nie zdołali go może i siłą przechwycić.
Znowu tracił czas, ale uzbroił się w cierpliwość i wreszcie zagrał w ekstraklasie. W Wiśle zadebiutował w listopadzie 1975 roku w wyjazdowym
starciu z GKS Tychy (1:2), wtedy jeszcze w pomocy, bo dopiero później
dał się poznać jako czołowy polski boczny obrońca. Znowu zauważył go
Kazimierz Górski i pozwolił wystąpić w towarzyskim spotkaniu z Grecją
(0:1 w maju 1976 roku), ale na igrzyska olimpijskie do Montrealu nie
zabrał. Potem na radarach miał go Jacek Gmoch. Dał mu zagrać 45 minut w meczu towarzyskim ze Szwecją w listopadzie 1977 roku (2:1), ale i on
pominął wiślaka przy ustalaniu kadry na mundial w Argentynie.
Najbardziej docenił go kolejny selekcjoner Ryszard Kulesza. Zagrał w jednym z najbardziej spektakularnych występów Biało-Czerwonych w historii. 2 maja 1979 roku Polska na Stadionie Śląskim w Chorzowie
pokonała 2:0 Holandię - wicemistrzów świata dwóch poprzednich mundiali.
Stawką były punkty w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Płaszewski
biegał na lewej obronie.
- To najpiękniejsze wspomnienie z mojej kariery. Wielki stadion, pełne
trybuny, hymn tak odśpiewany, że aż mrowiło po plecach... No i przede
wszystkim niesamowite zwycięstwo. Miałem już 28 lat. Kto by pomyślał, że
doczekam takiej chwili? - mówi wzruszony.
Każdy ma swoje Okęcie
Półtora roku później kadra w tamtym kształcie przestała istnieć.
Wszystko przez tak zwaną aferę na Okęciu, kiedy trzech piłkarzy łódzkich
klubów (Władysław Żmuda, Zbigniew Boniek i Stanisław Terlecki) stanęło
murem za Józefem Młynarczykiem, którego selekcjoner nie chciał wpuścić
na pokład samolotu, bo był wyraźnie "wczorajszy". Dla piłkarzy posypały
się dyskwalifikacje, a ze stanowiskiem musiał się też pożegnać Kulesza.
Płaszewskiego nie było wtedy w kadrze, ale - cóż za ironia losu - raptem
dwa miesiące później na tym samym lotnisku miał swoją, bliźniaczo
podobną "aferę na Okęciu". Tak ją opisało "Echo Krakowa": "Piłkarska
drużyna Wisły udała się samolotem do Jugosławii na przedsezonowe
zgrupowanie. Ponieważ odlot samolotu opóźnił się o 2 godziny, piłkarze
czas dzielący ich od chwili startu spędzili w restauracji na Okęciu. Gdy
nadszedł moment odprawy przedodlotowej, obsługa lotniska stwierdziła, iż
dwaj zawodnicy: Zbigniew Płaszewski i Kazimierz Gazda z uwagi na stan
wskazujący na nadużycie alkoholu, nie mogą zostać wpuszczeni na pokład
samolotu. Ekipa krakowska odleciała więc bez tej dwójki".
Zrobili pokazówkę
Wisła surowo ukarała winowajców. Mocniej oberwał Płaszewski, bo uznano,
że ujął się za pijanym kolegą, deklarując, że jeżeli nie leci Gazda, to
on również nie zamierza. W efekcie byłemu reprezentantowi Polski
zasądzono ośmiomiesięczny bezwzględny zakaz gry w piłkę. Publiczne
napiętnowanie blisko 30-letniego piłkarza miało swoją wagę.
- To był klub milicyjny. Zrobili z tej historii pokazówkę i uznano, że
najlepiej uderzyć w Płaszewskiego. Byłem kozłem ofiarnym. Mówiłem to już
wtedy, a po tylu latach mogę tylko powtórzyć, bo taka jest prawda -
opowiada nasz bohater.
Był zniszczony przez kontuzje, no i łatka "aferzysty z Okęcia" też swoje
robiła. Pograł jeszcze amatorsko w Austrii, ale przede wszystkim ciężko
pracował fizycznie. Chwytał się różnych zajęć, dopóki zdrowie pozwalało.
Bo później zaczęła się już tylko heroiczna walka z chorobami.
- Mam nadzieję, że jeszcze są kibice, którzy mnie pamiętają. Coś w tej
piłce jednak zrobiłem, trochę pograłem. Czasem, gdy jest mi już bardzo
trudno, przynajmniej mam co wspominać...
BIOGRAM
Urodzony: 18 sierpnia 1951 roku w Krakowie
Pozycja na boisku: obrońca
Reprezentacja: 5 meczów, 0 goli
Kluby: Hutnik Kraków (do 1975), Wisła Kraków (1975-81; 106 meczów, 2
gole)1
Mistrz Polski (1978)
uwzględnione są mecze i gole tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej w danym kraju [wróć]