I
Jeśli myślicie, że łatwo żyje się chłopcu urodzonemu w świecie czarownic, to się niestety mylicie. Antoni Asan każdego dnia doświadczał na własnej skórze, że wcale nie jest to proste. Rzeczywistość, w której przyszło mu dorastać, opierała się bowiem na odwiecznej zasadzie, w myśl której tylko dziewczynki dziedziczyły magiczne moce po swoich matkach. A chłopcy? Cóż... Właściwie wszyscy chłopcy rodzili się jako istoty niemagiczne, przez co ich rola w czarnoksięskim świecie była znikoma.
Antoni, który właśnie rozmyślał nad swoim losem w zacienionym ogrodzie, usłyszał za plecami szept Aliny:
- Nie smuć się, bo kwiaty blakną.
Najmłodsza z sióstr chwyciła chłopca za rękę i szare myśli opuściły jego głowę. Dziewczynka zgarnęła z czoła brata coś niewidzialnego, zacisnęła pięść i zaczęła spacerować wzdłuż kamiennej alejki. Wreszcie odnalazła kolczastą roślinę, która idealnie nadawała się do zneutralizowania smutku. Ostrożnie odsłoniła oset, rosnący wśród wybujałych cykorii, i wypuściła ciemny obłoczek myśli Antoniego wprost na kłujące liście. Chwast stracił zieloność i usechł.
Alina popatrzyła na brata karcącym wzrokiem. Była odpowiedzialna za zbiory roślin do celów magicznych i zawsze dbała o dobrą atmosferę w ogrodzie. Wszyscy przecież wiedzą, że kwiaty tracą barwy, gdy ludzie się smucą! Wszyscy, oprócz nieroztropnych i niemagicznych chłopców. Dziewczynka westchnęła z rezygnacją.
- Czy ty zawsze musisz rozmyślać akurat w moim ogrodzie? W głosie Aliny nie było złości, tylko zwykła ciekawość.
- Lubię tu przebywać.
- Nic dziwnego! Rośliny pomagają nam uporać się ze złymi myślami, ale za jaką cenę? Róże mi poszarzały.
Antoni zacisnął zęby, starając się powstrzymać nadciągające wzburzenie. Miał trzy siostry, które przy każdej okazji zmieniały jego humory i polepszały mu nastrój za pomocą czarów. Jak on tego nie lubił! Zawsze czuł, że coś jest mu odbierane wbrew woli, choćby nawet tym czymś był ból lub zmartwienie. Pustka, która zostawała po smutku, była gorsza niż sam smutek. A poza tym, cóż dobrego mogło wyniknąć z takich magicznych interwencji, skoro chłopiec odczuwał w ich następstwie tylko bezsilność i głęboko skrywaną, stłumioną złość?
Alina już sięgała do czoła brata, aby odebrać mu kształtujące się zdenerwowanie, ale szybko cofnęła rękę. Jej wzrok padł na niezapowiedzianego gościa, który tanecznym krokiem przekroczył ogrodową bramę. Młoda czarownica uśmiechnęła się promiennie na widok wysokiej, niezwykle kolorowej postaci. Antoni poczuł na czubku głowy dotknięcie matczynej dłoni i usłyszał jej ciepły głos:
- Ileż w tobie emocji, mój kochany Szaraku! A sio z naszego ogrodu! Zabierz tę chmurę niezadowolenia do swojego pokoju. A ty, Alino, nie ingeruj w uczucia brata. Zakazuję.
Hanna Asan szepnęła synowi na ucho kilka słów, których sens pozostał dla chłopca tajemnicą i popchnęła go leciutko w stronę domu. Antoni wycofał się z ogrodu, czując na policzku pośpieszny, choć pełen miłości pocałunek mamy. Obejrzał się za siebie i jeszcze przez krótką chwilę obserwował jej smukłą postać poruszającą się między przekwitającymi kwiatami. Przypominała jesiennego motyla. Jej długie, falujące szaty wzniecały zapach wrotyczu i strącały płatki dzikiej róży, osypujące się wprost w dłonie Aliny. Lekkie ukłucie zazdrości, które zakiełkowało w sercu Antoniego, szybko zostało zastąpione przez radość.
Patrząc na ten taniec wśród kwiatów i słysząc serdeczny śmiech czarownic, trudno było żywić urazę. Antoni roześmiał się szczerze i ruszył w stronę domostwa, nie oglądając się już więcej za siebie.
***
Dom rodziny Asan górował nad rozległym ogrodem, ale jego fasada nie wyróżniała się w sposób szczególny z otoczenia. Po kamiennych murach pięły się gałęzie ciemnozielonego bluszczu, a konary wielowiekowych drzew sięgały dachu i okien. Wnętrze domu było mroczne i jednocześnie bardzo przytulne. Dębowe drzwi prowadziły do wąskiego, wysokiego korytarza pełnego skrytek, ławek i półek. Pod strzelistym sufitem wisiały lampy, rozświetlające pomieszczenie przymglonym światłem. Na ścianach znajdowały się lustra i kolejne lampki, dzięki którym korytarz pełen był migotliwych odbić. Po prawej stronie widniało wejście do przestronnej kuchni o wielkich oknach. Stał w niej olbrzymi stół z litego drewna i pełno stołków i foteli, z których każdy był inny i przynależał do kogoś innego. Nad kuchenką wisiały duże i małe rondle, patelnie oraz chochle. Drewniane blaty i półki uginały się od słojów wypełnionych ziołami oraz barwnymi przyprawami. Z grubych belek zwisały białe warkocze czosnku, sznury borowików i suszone papryczki w kolorze ciepłej czerwieni.
Antoni przebiegł przez kuchnię, porywając po drodze dwa ciastka z szerokiego słoja, i otworzył drzwi do salonu. Zatrzymał się w progu. Salon spowity był przez mrok, którego nie zdołały rozświetlić liczne lampy i świece. W potężnym kominku żarzyły się polana. Chłopiec zobaczył tatę siedzącego jak zwykle przy biurku, pochylonego nad jakimiś woluminami i pochłoniętego pracą.
W najbliższej rodzinie Antoniego, oprócz niego samego rzecz jasna, było tylko trzech przedstawicieli płci męskiej, wliczając w to dwa kocury: Neutracogena i Morkandera. Trzecim przedstawicielem był właśnie tato, Gerard, ale, mówiąc zupełnie szczerze, Antoni miał lepszy kontakt z kocurami niż z własnym ojcem. Dlaczego tak było, zapytacie... Ano dlatego, że Gerard Asan, choć też był jedynie zwykłym człowiekiem w świecie niezwykłych czarodziejek, miał wiele obowiązków, które wypełniały jego dzień od szarego świtu do późnego wieczora. Najważniejszym z tych zadań było dbanie o Księgę Rodu, będącą przedmiotem magicznym o potężnej mocy. Tato Antoniego był Opiekunem Księgi Rodu Asan i to właśnie on zapisywał w Księdze tajemne formuły lub rysował skomplikowane runy. Księga ożywała, kiedy któraś z czarownic kładła dłonie na jej grubych stronicach. Szkarłatny atrament przepływał wtedy wartką strugą przez meandry liter, a runy zmieniały się w wirujące galaktyki.
Antoni był tylko dwa razy świadkiem takiego przeobrażenia, ale widok pulsujących liter i rozświetlonych run wywarł na nim ogromne wrażenie. Nieraz śniło mu się, że to on dotyka Księgi i ożywia jej tajemnice. Czuł pod palcami arterie znaków i wyraźne ciepło przytłumionej światłości, emanującej na drobne, chłopięce ręce...
Ech! No właśnie. Chłopięce ręce. Antoni doskonale zdawał sobie sprawę, że jako chłopiec nie ma prawa dotykać Księgi. A nawet gdyby takie prawo miał, Księga nie reagowałaby w żaden sposób na jego dotyk. Był przecież chłopcem, czyli istotą niemagiczną.
Antoni otrząsnął się z rozmyślań, ostrożnie zamknął drzwi i ruszył w stronę kącika wypoczynkowego. Neutracogen przeciągnął się leniwie na widok swojego pana, ziewnął szeroko i zeskoczył z pomarańczowej poduszki, która niemal idealnie stapiała się z kolorem jego futra. Morkander natomiast otworzył bursztynowe oko, jakby chciał tylko zaznaczyć swoją obecność, i dalej spał w najlepsze. Chłopiec wtulił twarz w jego czarną sierść, przypominającą w dotyku aksamit, a kocur zamruczał w odpowiedzi. Antoni przymknął powieki i poczuł miłe rozluźnienie.
- To dziwne, ojcze, że w książkach nie ma nawet najmniejszej wzmianki o tej runie. Jesteś pewien, że właśnie taki znak widniał w Księdze Starszych?
Głos Anny rozległ się u szczytu schodów, wyrywając Antoniego z płytkiej drzemki. Dziewczyna niosła trzy opasłe woluminy. Schodziła ostrożnie po szerokich stopniach, próbując zachować równowagę. Gerard Asan oderwał wzrok od arkusza, na którym szkicował tajemnicze znaki, i bez słowa spojrzał na najstarszą córkę. Antoni wiedział, że jego tato przemawia jedynie w chwilach najwyższej konieczności. Nie rozumiał jednak, jak można milczeć, gdy pytanie dotyczyło Księgi Starszych. Chłopiec może i nie znał się na czarach, ale zdawał sobie doskonale sprawę z kluczowej roli, jaką Księga Starszych odgrywała w świecie czarownic. Była ona bowiem najpotężniejszym z artefaktów, któremu podlegały pozostałe Księgi Rodów, w tym Księga Rodu Asan.
- Na pewno istnieje jakieś wytłumaczenie. Dlaczego nie spytałeś o znaczenie tej runy samego Gorana? - Dziewczyna odłożyła złocone tomy na biurko i przesunęła drabinę w kierunku najwyższych regałów.
Antoni wytężył uwagę i obserwował reakcję taty, który ponownie spojrzał na Annę znad rogowych okularów i ponownie nic nie odrzekł. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się leciutko. - Naprawdę myślisz, że to jedna z run ofiarnych? Ale dlaczego Goran miałby używać zamierzchłych run? Nikt nie używa już takich formuł! - Anna nie dawała za wygraną. Podeszła do biurka i spojrzała wyczekująco na ojca.
Gerard Asan podrapał się po gęstej brodzie, ponownie uniósł wzrok i poważnym głosem powtórzył pytanie córki:
- No właśnie. Dlaczego Goran miałby używać zamierzchłych run?
Wszyscy znali Gorana Gromma. Któż bowiem nie słyszał o jedynym żyjącym magu, Opiekunie Księgi Starszych i dyrektorze szkoły dla czarownic! O tym, który jako jedyny miał dostęp do prastarych artefaktów. O tym, który był posłannikiem Najstarszej Czarownicy. O tym, który kontrolował Glob Mocy i przewidywał narodziny magicznych dzieci. Dlaczego zatem ten mędrzec i czarnoksiężnik miałby używać pradawnych, zakazanych run? Na to pytanie nikt nie znał odpowiedzi, a woluminy, skrywające wiedzę o świecie, milczały niewzruszone.
W salonie ponownie zagościła cisza. Anna weszła na drabinę i odłożyła opasłe tomy na przynależne im miejsce. Potem podeszła do ściany za plecami ojca, przyklękła i wyciągnęła kolejną książkę.
- Wszystkie runy ofiarne zostały zapomniane. Zachowały się tylko historie z dawnych czasów. Może w nich znajdę odpowiedź? Antoni z napięciem wyczekiwał reakcji taty, ale nie dane mu było usłyszeć dalszej części rozmowy, bowiem w drzwiach salonu rozległ się donośny głos ciotki Leokadii, wysoce szanowanej czarownicy:
- Czemu jest tu tak ciemno? - zapytała z wyrzutem.
Zaraz za nią wpadły do środka dwie dziewczyny i zaczęły rozświetlać wszystkie lampy i świece, a ogień w kominie rozbuchały do takich rozmiarów, że aż Leokadia zakrzyknęła, śmiejąc się jednak przy tym serdecznie:
- Hola, hola, moje czarowniczki! Spalicie cały księgozbiór!
Aleksandra, środkowa z sióstr Antoniego oraz Adela, jego kuzynka i jedyna córka Leokadii, były najlepszymi przyjaciółkami, najpopularniejszymi uczennicami w Prywatnej Szkole dla Wyjątkowych Dziewcząt i błyskotliwymi czarownicami, które z lubością używały magii. Ubierały się niemal identycznie, choć różniły diametralnie. Aleksandra miała srebrzyste włosy i błękitne oczy, jak pozostała trójka rodzeństwa, natomiast Adela miała kawową skórę i oczy czarne jak smoła. Nawet Antoni musiał przyznać, że obie dziewczyny miały jednak jedną cechę wspólną, a mianowicie były po prostu piękne.
Gerard próbował zwinąć pergamin, na którym nakreślił tajemniczą runę, ale Aleksandra uprzedziła go i z chichotem wyrwała z rąk ojca gruby arkusz.
- Co tutaj masz, tatko? Jejku! Zobacz, Adelko, jaka dziwna runa! Ciociu, widziałaś kiedyś podobny znak?
Czarownice zebrały się nad pożółkłą kartą, a Anna wyjaśniła:
- Tato uważa, że widział taką runę w Księdze Starszych.
- Bzdura! - Ciotka Leokadia teatralnym gestem zmięła pergamin i wrzuciła go do kominka. - Ten znak nie przypomina żadnej z istniejących run. Wiem coś o tym, moje czarowniczki. Gerardzie, a od kiedy to masz wgląd w Księgę Starszych?
Antoni nie lubił, gdy ciotka zwracała się do jego taty tym pełnym wyższości, protekcjonalnym tonem. Owszem, była nauczycielką run w szkole dla czarownic i z pewnością wiedziała o runach więcej niż inni, ale to nie dawało jej prawa do poniżania kogokolwiek.
- Pewnie coś mi się przywidziało.
- Ależ oczywiście, że coś ci się przywidziało, Gerardzie. Ha, ha, ha! Nie powinieneś wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Przez swoją ciekawość i niewiedzę stwarzasz problem tam, gdzie go nie ma. I jeszcze zawracasz głowę Annie tymi wymysłami.
Leokadia pogłaskała siostrzenicę po schludnie upiętych włosach, wzięła z jej rąk książkę i przeczytała tytuł:
- Czary ofiarne. Historia krwawej potęgi... Litości! To nie jest najlepsza lektura dla siedemnastoletniej czarownicy! Nie uważasz, szwagrze? - Ciotka odłożyła książkę na przypadkowe miejsce. - A teraz, moje drogie czarowniczki, czas na prawdziwą pracę. Musimy przywołać deszcz, bo przedłużająca się susza zagraża zbiorom. Anno, jesteś nam potrzebna! We trzy nie damy rady temu bezwstydnie bezchmurnemu niebu.
Czarownice ujęły się za ręce i weszły do tajemnej komnaty, do której prowadziły wąskie drzwi, ukryte wśród piętrzących się rękopisów. Na krótką chwilę oczom Antoniego ukazała się sala będąca sercem domostwa Asanów. Na jej środku, na kryształowym podwyższeniu, spoczywała Księga Rodu. Ściany z białego marmuru były gładkie jak szkło, a sufit wieńczyła ozdobiona witrażami kopuła przepuszczająca refleksy wielobarwnego światła. Anna, zanim zamknęła drzwi do komnaty, popatrzyła przepraszająco na ojca, ale ten tylko uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: Idź, Anno. Wiem, że masz ważniejsze sprawy na głowie niż podejrzenia starego ojca. Idź i czyń czary, moja córko. Jesteś częścią innego świata, który nigdy nie będzie w pełni moim. Antoni podszedł do taty zbierającego manuskrypty z dębowego blatu i powiedział nieśmiało:
- Ja ci wierzę, tato.
Gerard Asan spojrzał z zaskoczeniem na syna, gdyż zupełnie nie zauważył jego obecności w salonie. Pogłaskał chłopca po płowej czuprynie i uśmiechnął się ciepło.
- Dziękuję, Antoni. Ale to nie twoje zmartwienie. - Mężczyzna spojrzał na drzwi prowadzące do tajemnej komnaty, spod których rozbłyskiwało delikatne światło. - Nie twoje - powtórzył. Poodkładał stare pisma na miejsce i już miał udać się do swojej małej pracowni, znajdującej się na poddaszu, gdy po drodze zmienił zamiar. Zawrócił, przyklęknął przy synu, chwycił go za ramiona i zadał pytanie, które powtarzał przy każdej okazji:
- Wiesz, że jesteś najważniejszym chłopcem na świecie?
Antoni jak zwykle przytaknął, choć czuł się zupełnie nieistotną częścią nieskończonego wszechświata. Tato ponownie pogłaskał go po głowie. Zabrał z biurka fajkę oraz pudełko tytoniu i ruszył w górę schodów, na powrót zagłębiony w swych niezbadanych myślach.
Chłopiec został zupełnie sam. I kiedy stał tak samotnie, pierwszy raz w życiu pomyślał, że może tato ma rację i on, Antoni, jest jednak równie ważny jak jego siostry. Pod wpływem impulsu podszedł do półek z książkami i odnalazł tę odłożoną przez ciotkę Leokadię. Czary ofiarne... przeczytał szeptem tytuł i poczuł nieuzasadniony dreszcz grozy. Następnie zrobił rzecz, o którą sam nigdy by się nie podejrzewał. Z biurka taty wziął kartkę papieru i ołówek. Z narastającym podnieceniem podszedł do kominka i musiał stłumić okrzyk ekscytacji, bowiem tak jak przypuszczał, gruby pergamin tlił się jeszcze, a wyraźny znak tajemnej runy żarzył się intensywną czerwienią. Antoni odrysował kształt runy z wielką pieczołowitością, włożył kartkę między stronice książki i pospieszył do swojego pokoju. Przebiegając po dwa stopnie naraz pomyślał, że właśnie podjął się najważniejszej misji w życiu. Poprzysiągł udowodnić, że jego tato ma rację.
II
Z okna pokoju Antoniego widać było przeszkloną oranżerię, skrawek ogrodu, szkolny dziedziniec i Gmach Czarów Rodowych. Dom rodziny Asan stanowił peryferyjną część szkolnych zabudowań, połączonych skomplikowanym systemem podziemnych korytarzy. Wejście do podziemi było jednak surowo zakazane, a większość piwnicznych przejść została zasypana i wyłączona z użytku. Łącznikiem z pozostałymi zabudowaniami była jedynie oranżeria, przez którą przechodziło się do prawego skrzydła gmachu, dostępnego dla zwykłych ludzi. W prawym skrzydle znajdowała się szkoła przeznaczona dla szarych, niemagicznych dzieci oraz apartamenty mieszkalne Leokadii Asan. Szkoła, prowadzona i zarządzana przez czarownice, stanowiła formę działalności charytatywnej na rzecz ubogich mieszkańców Osady. To właśnie do tej niewielkiej, skromnej szkoły, nazywanej przez uczniów Powszechniakiem, uczęszczał Antoni.
Centralną częścią zabudowań był surowy pałac o arkadkowych balkonach i gotyckich oknach, zwieńczony trzema wieżami. W środkowej wieży znajdowało się sanktuarium Najstarszej Czarownicy, patronki czarów rodowych. W monumentalnym gmachu głównym miała swoją siedzibę przesławna Prywatna Szkoła dla Wyjątkowych Dziewcząt, popularnie zwana po prostu Akademią, zaś w lewym skrzydle znajdowały się komfortowe pokoje gościnne. Nie wszystkie czarownice pochodziły bowiem z lokalnych rodzin i większość dziewcząt musiała mieszkać w internacie przez cały okres nauki.
Antoni obserwował ołowiane chmury piętrzące się na horyzoncie. Był przekonany, że dzisiejszego wieczoru nad miastem przejdzie burza, a intensywny deszcz napoi spragnione ogrody. Chłopiec próbował uporządkować myśli. Reakcja ciotki Leokadii nie dawała mu spokoju.
"Jako znawczyni run powinna była zainteresować się nowym znakiem, a nie tak po prostu go spalić. Dlaczego nie chciała wysłuchać taty, który wie o alchemicznych znakach i magicznych formułach dużo więcej od niejednej czarownicy? Mogła pomóc, mogła sama zyskać nową wiedzę, a jednak tego nie zrobiła. Dlaczego nie chciała się dowiedzieć?".
Wzrok chłopca padł na jakąś chudą postać śpieszącą przez oranżerię. Antoni od razu rozpoznał swojego starszego kuzyna, Alberta, którego ciotka Leokadia szkoliła na kolejnego Opiekuna Księgi Rodu. Jak to kiedyś ujęła: "Gerard nie będzie żył wiecznie, a Księga potrzebuje nieustającej troski".
Antoni stłumił nieżyczliwe uczucia. Odłożył książkę na biurko, ostrożnie uchylił drzwi i przemknął cichutko przez korytarz. Przykucnął u szczytu schodów i czekał na pojawienie się niezapowiedzianego gościa. Zgodnie z przewidywaniami chłopca, nie minęła nawet minuta, gdy do salonu wszedł Albert i dość nerwowo zaczął przechadzać się pod drzwiami, prowadzącymi do tajemnej komnaty.
Leokadia wyszła na spotkanie syna.
- Dobrze, że jesteś - wyszeptała.
- Możesz opuścić sabat, matko?
- Deszcz został już przywołany. A poza tym to wspaniałe, młode czarownice. Dadzą sobie radę bez mojego wsparcia. - W głosie ciotki dało się wyczuć prawdziwą dumę.
Leokadia podeszła do półki, gdzie uprzednio odłożyła książkę, jednak interesującego ją woluminu już tam nie było.
- Pewnie porządny, skrupulatny Gerard schował księgę na miejsce! To teraz nieistotne. Nie mamy czasu na poszukiwania.
Musisz natychmiast zwołać zebranie Sprzymierzonych. Spotkamy się za dziesięć minut w moim gabinecie.
- Dobrze, matko.
Albert wyszedł pośpiesznie, a czarownica zbliżyła się do kominka. Wzięła pogrzebacz i obserwowała spopielały arkusz, na którym w dalszym ciągu widniała wygasła runa. Leokadia stała dłuższą chwilę zupełnie nieruchomo, jakby pogrążona w transie. Antoni czuł, że cierpną mu nogi, ale nie odważył się poruszyć. Wiedział, że długo nie wytrzyma w tak niewygodnej pozycji. Mijały minuty, a czarownica ani drgnęła. Chłopiec wpatrywał się w jej lekko zgarbioną sylwetkę z narastającą desperacją. Kiedy jednak doszedł do granicy wytrzymałości, ciotka Leokadia gwałtownie się wyprostowała i z pasją wbiła pogrzebacz w zwęgloną kartę. Runa rozsypała się w drobny pył. Czarownica wyszła z domu rodu Asan, nie oglądając się za siebie.
Antoni wstał z trudnością i zaczął masować obolałe nogi. Nie miał jednak czasu, aby rozczulać się nad samym sobą. Czuł przypływ adrenaliny. Okazało się bowiem, że jego podejrzenia nie były bezzasadne! Ciotka wiedziała na temat runy coś, co stanowiło najprawdziwszą tajemnicę i co nigdy nie miało ujrzeć światła dziennego. Ale co to było? Zastanawiał się, jak wiele czarownica jest w stanie poświęcić, aby strzec sekretu i dlaczego w ogóle to robiła. Był tylko jeden sposób, by poznać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Chłopiec ruszył śladem Leokadii.
Był wieczór i wybujałe rośliny rosnące w oranżerii rzucały coraz dłuższe cienie. Burzowy front przywołany przez czarownice zbliżał się z groźnym pomrukiem. Liczne ptaki, zamieszkujące ogród, przekrzykiwały się ostrzegawczo i szukały kryjówek w zielonej gęstwinie. Pomimo zapadającego zmroku Antoni poruszał się bez najmniejszego problemu. Znał doskonale wszystkie zakamarki w prawym skrzydle, każdą salę i każdą odnogę głównego korytarza. Gruba wykładzina skutecznie tłumiła odgłos kroków, a ciężkie zasłony w każdej chwili mogły posłużyć za prowizoryczną kryjówkę. Gdy czarownica zbliżała się do świec umieszczonych w ozdobnych kinkietach, te rozpalały się jasno, by przygasnąć, gdy tylko je mijała. Antoni trzymał bezpieczną odległość, pilnując, by nie wejść w zasięg światła.
Biuro ciotki Leokadii, która kierowała Powszechniakiem, znajdowało się na drugim piętrze, na samym końcu korytarza. Wszyscy uczniowie, którzy choć raz coś porządnie zbroili, znali doskonale to miejsce. Wchodziło się do niego po trzech stromych stopniach. Za kamiennym łukiem widniała niezbyt przestronna, ale jasna sala, a w niej mahoniowe biurko i cztery wyściełane aksamitem fotele, ustawione wokół eleganckiego stolika. Pomieszczenie było schludne, znakomicie urządzone i doskonale pasowało do Leokadii Asan.
Antoni poczekał, aż czarownica wejdzie po schodach i ponownie ruszył jej śladem. Wyjrzał ostrożnie zza ściany. Na końcu korytarza niecierpliwił się Albert. Czarownica zagniotła w dłoniach jakieś proste, podręczne zaklęcie i ciężkie zasłony zasunęły się płynnie, przysłaniając okna. Antoni podziękował w myślach za ten niespodziewany prezent. Teraz po jednej stronie korytarza została utworzona solidna, sięgająca podłogi kurtyna, za którą chłopiec mógł się ukryć. Leokadia i Albert zniknęli za kamiennym portalem, a Antoni przemknął niezauważony w pobliże biura i zaczął nasłuchiwać.
- Nie możemy pozwalać sobie na błędy, a już na pewno nie na tym etapie - rozległ się kobiecy, przytłumiony głos, którego chłopiec nie zdołał rozpoznać. - Nasz cel jest szczytny, ale nie wszystkie czarownice podzielają nasze ideały.
- Akademia mogłaby przyjąć o wiele więcej czarownic, gdyby nie Prawa Starszej. Połowa pokoi w internacie jest pusta. Dar czarnoksięstwa marnuje się w domach, które go odrzucają. Jak można pozwolić na takie marnotrawstwo? To niedorzeczne! To niedopuszczalne! Należy zrobić wszystko, powtarzam, wszystko, co w naszej mocy, aby to zmienić raz na zawsze!