nota
biograficzna autora
Bogusław
Kierc (ur.
w 1943 r. w Bielsku-Białej) - poeta, krytyk literacki, aktor,
reżyser, pedagog, edytor utworów Rafała Wojaczka, dramaturg.
Uhonorowany Nagrodą PolCul Foundation (1986), Medalem im. Anny
Kamieńskiej (1988), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski
(2006) oraz Medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis"
(2010). Finalista Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego ORFEUSZ
za tom jatentamten
(2018) oraz za tom Notesprospera
(2019). Nominowany do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za tom Osa
(2020). Mieszka we Wrocławiu. Wydał tomy poetyckie: Nagość
stokrotna
(1971), Ciemny
chleb
(1973), Coraz
weselsza, coraz mniej
(1978), Ktokolwiek
(1980), Niewinność
(1981), Rezurekcja
(1982), Modlitwa
przeciw rozpaczy
(1985), Łagodny,
miły
(1986), Źródło
światła
(1988), Dla
radości
(1992), Boże
cielę albo dziurka wesołości
(1994), Sekundy
(1994), Widzialne
Niewidzialne
(1996), Raz
Na Zawsze
(1997), Tyber
z piaskiem
(1997), Czary
(1999), Zaskroniec
(2003), Szewski
poniedziałek
(2005), Plankton
(2006), Cło
(2008), Rtęć
(2010), Manatki
(2013), jatentamten
(FORMA 2017), Osa
(FORMA 2019), Rytmy
(2019), Atrakcje
i nieszczęścia dla chwilowo żywych
(2020), Tyle
na chwilę
(2022); tomy szkiców: Przyboś
i
(1976), Teatr
daremny
(1980), Wzniosły
upadek anioła
(1992), Moje
kochanki
(2001), Cel
sfer
(2003), Ciało
z mojego ciała
(2005), Rafał
Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera
(2007), Płomiennie
obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem)
(FORMA 2020) oraz tomy prozy poetyckiej: Bazgroły
dla składacza modeli latających
(pierwsza część tryptyku mniemania,
FORMA 2010), Cię-mność
(druga część tryptyku mniemania,
FORMA 2014), Karawadżje
(trzecia część tryptyku mniemania,
FORMA 2016), Notesprospera
(czwarta część tryptyku mniemania,
FORMA 2018) oraz książkę Był
sobie
(pierwszy tom dyptyku ODSIEB, DK "13 Muz" / FORMA 2022).
Na
www FORMY prowadzi blog "BAZGROŁY Bogusława Kierca" -
http://www.wforma.eu/bazgroly-boguslawa-kierca.html.
Aspekt II.
Tak by to mogło się układać
Z
ciemności światło wywołuje kręcącego się (jak derwisze albo dzieci,
gdy chcą poczuć miły zawrót głowy) - LALUNA, który wypowiada
taki wierszyk:
LALUN:
Pokaż się, pokaż!
Z
niska czy z wysoka.
Gdziekolwiek
patrzę -
Wciąż
jestem w teatrze.
I
jeszcze gdzie bądź
Stoję
- ma mnie niebo.
Gdy
stanę boso,
Kałuże
mnie wzniosą.
Zaraz
na scenie
W
ciebie się przemienię.
Zjawia
się - jak na zawołanie - ZALOTA, podobna do LALUNA, jakby
drugi on.
ZALOTA:
Anioł? Pamiętam, jak kiedyś w sukience
Tańczyłeś
z nami. Mogłeś mieć dwanaście
Lat,
jak my wszystkie, ale byłeś inny -
To
znaczy inną. Dziewczynką. Dziś mogę
Powiedzieć
o tym. Wtedy się wstydziłam.
Bo
zobaczyłam, jak stałeś za drzewem
I
nie wiedziałeś, że cię widać. Zaraz
Się
odwróciłam. Ale już wiedziałam,
Że
jesteś chłopcem. Chciałeś być dziewczynką?
LALUN:
Wcale nie chciałem. Byłem nią. Tak samo
Jak
pewien bardzo mądry pan, o którym
Coś
usłyszałem. A szczególnie to,
Że
z Agrygentu był - podoba mi się
To
"z Agrygentu" i to drugie słowo,
To
jego imię - Empedokles, ten
Pan
tak powiedział: byłem już dziewczynką,
Chłopcem
i krzakiem, ptakiem, nurkującą
Rybą
i czym tam
Jeszcze.
Nie
wiadomo skąd zjawia się - znikąd? - SAMOLOTNIK. Kim on
jest?
SAMOLOTNIK:
Znaczy byłeś dziewczynką.
LALUN:
Byłem.
ZALOTA:
A kim jesteś teraz?
LALUN:
Sobą.
SAMOLOTNIK:
To znaczy?
LALUN:
Tym, co teraz mówi, że jestem sobą.
SAMOLOTNIK:
Czyli - tamtym panem?
LALUN:
Nie.
ZALOTA:
Więc aktorem?
LALUN:
Mógłbym tak powiedzieć.
ZALOTA:
To jak to było, jak byłeś dziewczynką?
LALUN:
Przecież pamiętasz. Sama powiedziałaś.
ZALOTA:
Pamiętam. Ale wtedy udawałeś.
LALUN:
Nie udawałem.
ZALOTA:
Grałeś?
LALUN:
Nie, nie grałem. Ja się bawiłem.
ZALOTA:
W dziewczynkę?
LALUN:
No tak. Tak się bawiłem.
ZALOTA:
Lubisz się przebierać?
LALUN:
Teraz też jestem przebrany.
SAMOLOTNIK:
Za kogo?
LALUN:
Jak to - za kogo? Za siebie.
ZALOTA:
A jakbyś Nie był przebrany?
LALUN:
To by mnie nie było.
ZALOTA:
Chcesz, to cię wezmę z sobą do Ogrodu
Skrzydlatych
Ludzi. Oni tam są prawie
Że
aniołami. Możesz im przypomnieć,
Kim
byli wcześniej, jak gdyby pod spodem
Tych,
co są dzisiaj. To tak, jak w zabawie
Dzieci
w dorosłych. Myślisz sobie o mnie,
Że
ja też może jestem inną sobą,
Niż
byłam kiedyś, bo to już tak było,
Jak
teraz, ale byłam jeszcze małym
Dzieckiem
i chciałam - nie śmiej się - być tobą,
To
znaczy chłopcem; tak mi się marzyło,
Że
wtedy poznam, czy się zakochałeś
We
mnie - to znaczy w tej dziewczynce, która
Chciała
być tobą i chciała mieć takie
Lalki
jak twoje w tym twoim teatrze
Lalek
- jak anioł cały w gęsich piórach;
Zdawało
mi się, że trzeba chłopakiem
Być,
żeby widzieć, jak ty. I tak patrzeć.
Zapukaj
w podłogę.
Aspekt I.
Blikują czempurity, widzi druty
Dziecko
przyszło do teatru lalek. Uszczęśliwia je bycie w teatrze. W tym
teatrze. Wie, że w tym teatrze grają lalki. A raczej - wie, że
w tym teatrze aktorzy grają lalkami. I najważniejsza jest dla niego
ta gra. Nie przeszkadza mu to, że widzi czubki głów nad krawędzią
parawanu, że blikują czempurity (nie zna jeszcze tego słowa: widzi
druty. Słyszę te czary słów: blikują czempurity, widzi druty).
Opowiada
się jakaś bajka, ale dla niego ważniejsze jest bycie lalek w tej
opowieści, ich bycie lalek jako lalek. I przez to nie są ani trochę
mniej wiarygodne w bajkowych prawdo- i nieprawdopodobieństwach.
Dziecko przejmuje się ich perypetiami, bez utraty świadomości, że to
lalki je uwodzą i wiodą w te cuda i dziwy.
To
dziecko jest chłopczykiem, co ma znaczenie wyraziste, albo
wyrazistsze, kiedy mówimy o lalkach. Bo lalki zazwyczaj kojarzą się z dziewczynkami. Ale ten chłopczyk bywał dopuszczany do ich
wtajemniczeń i mógł się z nimi bawić lalkami. Choć lalki w jego
rękach okazywały się chyba innymi zabawkami niż w rękach dziewczynek.
Dziewczynek, które były dlań wyjątkowymi stworzeniami. Całkiem
skądinąd, niż, niby podobni do niego, chłopcy.
I niezupełnie były podobne do tej, którą - już jako dorosły -
zobaczył na zdjęciu z dawnych lat, i ta dziewczynka w sukience,
sfotografowana chyba przed 1880 rokiem, jest naprawdę chłopczykiem,
który też mógłby, jak mały Malte-Laurids Brigge, czasem udawać Zosię,
ale był emanacją późniejszego pana Rainera Marii Rilkego. Starszego o 68 lat od swojego wielbiciela, z którym się jakoś mógł zetknąć, jeśli
ściśle traktował istotę swoich słów, że "nie ma wyjścia z wieczności".
Nie
przypuszczałem, zanurzony w nurtach losu, że zdarzy nam się z tą
niby-Zosią (może tylko udającą Rainera Marię, udającego Zosię)
spotkać przy lalkach.
W lekturze Elegii
Duinejskich
rozpoznałem nader wyraziście zarazem tonikę i dominantę mojego życia.
Czytając
Elegię
czwartą,
miałem wrażenie bycia czytanym przez nią. Poczułem, pojąłem, o co mi
chodzi w moich konszachtach z lalkami. "Nie sądźcie, że los to
coś więcej nad ciężar właściwy dzieciństwa" - pamiętam z Elegii
siódmej
w przekładzie Adama Pomorskiego i żarliwie potakuję. Kiedy więc,
siedząc w teatrze lalek, doznałem tego niepokojącego bycia "przed
kurtyną swego serca", jak to określił Rilke, przytuliło się do
mnie (bo przecież nie zstąpiło) objawienie o prawdziwości (czy -
jak sam wolę to nazywać - o naprawdzie)
lalki.
W mojej pierwszej sztuce, napisanej dla teatru lalek, zatytułowanej
Gajendralila,
postać sprawczego bohatera nazywa się Pan Lusterkorilke. Oczywista
jest aluzja (czy poetycka analogia) prezentowana przez tę personę.
Tytuł sztuki odwołuje się do sanskryckiego określenia "tego,
którego zabawa jest słoniem". A więc ten, kto gra słonia, nie
jest słoniem, ale słoniem jest jego zabawa. Inaczej mówiąc: on gra w słonia.
Tym
dla mnie jest istota teatru lalek (a może istota teatru w ogóle, choć
w teatrze lalek radykalnie uwydatniona).
W mojej sztuce Pan Lusterkorilke wygłaszał monolog będący transkrypcją
tego fragmentu Czwartej
Elegii
(tym razem podaję w przekładzie Bernarda Antochewicza):
wolę
lalkę, jest pełna. Zniosę
to
ciało wypchane, drut
i twarz odpatrzoną twarzy. I jestem tu przed nią.
Nawet
jeśli zgasną lampy, gdy mi powiedzą:
już
koniec - gdy szarym podmuchem próżnia spłynie ze sceny,
jeśli
już żaden z moich umilkłych przodków
nie
będzie siedział przy mnie, żadna kobieta, nawet
chłopiec
z zezem piwnych oczu.
Zostanę
jednak. Wciąż trwa oglądanie.
Pan
Lusterkorilke zaczynał słowami: "Wolę lalkę. Lalka jest
prawdziwa/i rzeczowa jak rzecz w udawaniu". Udawanie tutaj nie
ma odcienia pejoratywnego. Jest właśnie
czymś
takim, jak zabawa w słonia. W teatrze lalek takie udawanie jest
rzetelnie rzeczowe. Przez obraz i podobieństwo. To właśnie nazywam
naprawdą. Wczuwając się w rzeczowość i rzeczywistość lalek. W ich
taką rzeczywistą prawdziwość bycia lalką, której bycie odsłania
coś
przerastające i ją, i tego, który bywa jej animatorem. Jak księżyc
dla lunatyka. Może więc - jej Lalunem? W całkiem innej bajce. W Naprawdzie.