Był sobie - Bogusław Kierc

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

nota biograficzna autora

Bogusław Kierc (ur. w 1943 r. w Bielsku-Białej) - poeta, krytyk literacki, aktor, reżyser, pedagog, edytor utworów Rafała Wojaczka, dramaturg. Uhonorowany Nagrodą PolCul Foundation (1986), Medalem im. Anny Kamieńskiej (1988), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2006) oraz Medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" (2010). Finalista Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego ORFEUSZ za tom jatentamten (2018) oraz za tom Notesprospera (2019). Nominowany do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy za tom Osa (2020). Mieszka we Wrocławiu. Wydał tomy poetyckie: Nagość stokrotna (1971), Ciemny chleb (1973), Coraz weselsza, coraz mniej (1978), Ktokolwiek (1980), Niewinność (1981), Rezurekcja (1982), Modlitwa przeciw rozpaczy (1985), Łagodny, miły (1986), Źródło światła (1988), Dla radości (1992), Boże cielę albo dziurka wesołości (1994), Sekundy (1994), Widzialne Niewidzialne (1996), Raz Na Zawsze (1997), Tyber z piaskiem (1997), Czary (1999), Zaskroniec (2003), Szewski poniedziałek (2005), Plankton (2006), Cło (2008), Rtęć (2010), Manatki (2013), jatentamten (FORMA 2017), Osa (FORMA 2019), Rytmy (2019), Atrakcje i nieszczęścia dla chwilowo żywych (2020), Tyle na chwilę (2022); tomy szkiców: Przyboś i (1976), Teatr daremny (1980), Wzniosły upadek anioła (1992), Moje kochanki (2001), Cel sfer (2003), Ciało z mojego ciała (2005), Rafał Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera (2007), Płomiennie obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem) (FORMA 2020) oraz tomy prozy poetyckiej: Bazgroły dla składacza modeli latających (pierwsza część tryptyku mniemania, FORMA 2010), Cię-mność (druga część tryptyku mniemania, FORMA 2014), Karawadżje (trzecia część tryptyku mniemania, FORMA 2016), Notesprospera (czwarta część tryptyku mniemania, FORMA 2018) oraz książkę Był sobie (pierwszy tom dyptyku ODSIEB, DK "13 Muz" / FORMA 2022). Na www FORMY prowadzi blog "BAZGROŁY Bogusława Kierca" - http://www.wforma.eu/bazgroly-boguslawa-kierca.html.

Aspekt II. Tak by to mogło się układać

Z ciemności światło wywołuje kręcącego się (jak derwisze albo dzieci, gdy chcą poczuć miły zawrót głowy) - LALUNA, który wypowiada taki wierszyk:

LALUN: Pokaż się, pokaż!

Z niska czy z wysoka.

Gdziekolwiek patrzę -

Wciąż jestem w teatrze.

I jeszcze gdzie bądź

Stoję - ma mnie niebo.

Gdy stanę boso,

Kałuże mnie wzniosą.

Zaraz na scenie

W ciebie się przemienię.

Zjawia się - jak na zawołanie - ZALOTA, podobna do LALUNA, jakby drugi on.

ZALOTA: Anioł? Pamiętam, jak kiedyś w sukience

Tańczyłeś z nami. Mogłeś mieć dwanaście

Lat, jak my wszystkie, ale byłeś inny -

To znaczy inną. Dziewczynką. Dziś mogę

Powiedzieć o tym. Wtedy się wstydziłam.

Bo zobaczyłam, jak stałeś za drzewem

I nie wiedziałeś, że cię widać. Zaraz

Się odwróciłam. Ale już wiedziałam,

Że jesteś chłopcem. Chciałeś być dziewczynką?

LALUN: Wcale nie chciałem. Byłem nią. Tak samo

Jak pewien bardzo mądry pan, o którym

Coś usłyszałem. A szczególnie to,

Że z Agrygentu był - podoba mi się

To "z Agrygentu" i to drugie słowo,

To jego imię - Empedokles, ten

Pan tak powiedział: byłem już dziewczynką,

Chłopcem i krzakiem, ptakiem, nurkującą

Rybą i czym tam

Jeszcze.

Nie wiadomo skąd zjawia się - znikąd? - SAMOLOTNIK. Kim on jest?

SAMOLOTNIK: Znaczy byłeś dziewczynką.

LALUN: Byłem.

ZALOTA: A kim jesteś teraz?

LALUN: Sobą.

SAMOLOTNIK: To znaczy?

LALUN: Tym, co teraz mówi, że jestem sobą.

SAMOLOTNIK: Czyli - tamtym panem?

LALUN: Nie.

ZALOTA: Więc aktorem?

LALUN: Mógłbym tak powiedzieć.

ZALOTA: To jak to było, jak byłeś dziewczynką?

LALUN: Przecież pamiętasz. Sama powiedziałaś.

ZALOTA: Pamiętam. Ale wtedy udawałeś.

LALUN: Nie udawałem.

ZALOTA: Grałeś?

LALUN: Nie, nie grałem. Ja się bawiłem.

ZALOTA: W dziewczynkę?

LALUN: No tak. Tak się bawiłem.

ZALOTA: Lubisz się przebierać?

LALUN: Teraz też jestem przebrany.

SAMOLOTNIK: Za kogo?

LALUN: Jak to - za kogo? Za siebie.

ZALOTA: A jakbyś Nie był przebrany?

LALUN: To by mnie nie było.

ZALOTA: Chcesz, to cię wezmę z sobą do Ogrodu

Skrzydlatych Ludzi. Oni tam są prawie

Że aniołami. Możesz im przypomnieć,

Kim byli wcześniej, jak gdyby pod spodem

Tych, co są dzisiaj. To tak, jak w zabawie

Dzieci w dorosłych. Myślisz sobie o mnie,

Że ja też może jestem inną sobą,

Niż byłam kiedyś, bo to już tak było,

Jak teraz, ale byłam jeszcze małym

Dzieckiem i chciałam - nie śmiej się - być tobą,

To znaczy chłopcem; tak mi się marzyło,

Że wtedy poznam, czy się zakochałeś

We mnie - to znaczy w tej dziewczynce, która

Chciała być tobą i chciała mieć takie

Lalki jak twoje w tym twoim teatrze

Lalek - jak anioł cały w gęsich piórach;

Zdawało mi się, że trzeba chłopakiem

Być, żeby widzieć, jak ty. I tak patrzeć.

Zapukaj w podłogę.

Aspekt I. Blikują czempurity, widzi druty

Dziecko przyszło do teatru lalek. Uszczęśliwia je bycie w teatrze. W tym teatrze. Wie, że w tym teatrze grają lalki. A raczej - wie, że w tym teatrze aktorzy grają lalkami. I najważniejsza jest dla niego ta gra. Nie przeszkadza mu to, że widzi czubki głów nad krawędzią parawanu, że blikują czempurity (nie zna jeszcze tego słowa: widzi druty. Słyszę te czary słów: blikują czempurity, widzi druty).

Opowiada się jakaś bajka, ale dla niego ważniejsze jest bycie lalek w tej opowieści, ich bycie lalek jako lalek. I przez to nie są ani trochę mniej wiarygodne w bajkowych prawdo- i nieprawdopodobieństwach. Dziecko przejmuje się ich perypetiami, bez utraty świadomości, że to lalki je uwodzą i wiodą w te cuda i dziwy.

To dziecko jest chłopczykiem, co ma znaczenie wyraziste, albo wyrazistsze, kiedy mówimy o lalkach. Bo lalki zazwyczaj kojarzą się z dziewczynkami. Ale ten chłopczyk bywał dopuszczany do ich wtajemniczeń i mógł się z nimi bawić lalkami. Choć lalki w jego rękach okazywały się chyba innymi zabawkami niż w rękach dziewczynek. Dziewczynek, które były dlań wyjątkowymi stworzeniami. Całkiem skądinąd, niż, niby podobni do niego, chłopcy.

I niezupełnie były podobne do tej, którą - już jako dorosły - zobaczył na zdjęciu z dawnych lat, i ta dziewczynka w sukience, sfotografowana chyba przed 1880 rokiem, jest naprawdę chłopczykiem, który też mógłby, jak mały Malte-Laurids Brigge, czasem udawać Zosię, ale był emanacją późniejszego pana Rainera Marii Rilkego. Starszego o 68 lat od swojego wielbiciela, z którym się jakoś mógł zetknąć, jeśli ściśle traktował istotę swoich słów, że "nie ma wyjścia z wieczności".

Nie przypuszczałem, zanurzony w nurtach losu, że zdarzy nam się z tą niby-Zosią (może tylko udającą Rainera Marię, udającego Zosię) spotkać przy lalkach.

W lekturze Elegii Duinejskich rozpoznałem nader wyraziście zarazem tonikę i dominantę mojego życia.

Czytając Elegię czwartą, miałem wrażenie bycia czytanym przez nią. Poczułem, pojąłem, o co mi chodzi w moich konszachtach z lalkami. "Nie sądźcie, że los to coś więcej nad ciężar właściwy dzieciństwa" - pamiętam z Elegii siódmej w przekładzie Adama Pomorskiego i żarliwie potakuję. Kiedy więc, siedząc w teatrze lalek, doznałem tego niepokojącego bycia "przed kurtyną swego serca", jak to określił Rilke, przytuliło się do mnie (bo przecież nie zstąpiło) objawienie o prawdziwości (czy - jak sam wolę to nazywać - o naprawdzie) lalki.

W mojej pierwszej sztuce, napisanej dla teatru lalek, zatytułowanej Gajendralila, postać sprawczego bohatera nazywa się Pan Lusterkorilke. Oczywista jest aluzja (czy poetycka analogia) prezentowana przez tę personę. Tytuł sztuki odwołuje się do sanskryckiego określenia "tego, którego zabawa jest słoniem". A więc ten, kto gra słonia, nie jest słoniem, ale słoniem jest jego zabawa. Inaczej mówiąc: on gra w słonia.

Tym dla mnie jest istota teatru lalek (a może istota teatru w ogóle, choć w teatrze lalek radykalnie uwydatniona).

W mojej sztuce Pan Lusterkorilke wygłaszał monolog będący transkrypcją tego fragmentu Czwartej Elegii (tym razem podaję w przekładzie Bernarda Antochewicza):

wolę lalkę, jest pełna. Zniosę

to ciało wypchane, drut

i twarz odpatrzoną twarzy. I jestem tu przed nią.

Nawet jeśli zgasną lampy, gdy mi powiedzą:

już koniec - gdy szarym podmuchem próżnia spłynie ze sceny,

jeśli już żaden z moich umilkłych przodków

nie będzie siedział przy mnie, żadna kobieta, nawet

chłopiec z zezem piwnych oczu.

Zostanę jednak. Wciąż trwa oglądanie.

Pan Lusterkorilke zaczynał słowami: "Wolę lalkę. Lalka jest prawdziwa/i rzeczowa jak rzecz w udawaniu". Udawanie tutaj nie ma odcienia pejoratywnego. Jest właśnie czymś takim, jak zabawa w słonia. W teatrze lalek takie udawanie jest rzetelnie rzeczowe. Przez obraz i podobieństwo. To właśnie nazywam naprawdą. Wczuwając się w rzeczowość i rzeczywistość lalek. W ich taką rzeczywistą prawdziwość bycia lalką, której bycie odsłania coś przerastające i ją, i tego, który bywa jej animatorem. Jak księżyc dla lunatyka. Może więc - jej Lalunem? W całkiem innej bajce. W Naprawdzie.