Rozdział 1
"Pan już nie jest dziedzicem"[21]. Koniec (ziemiańskiego) świata
Czekając na barbarzyńców. Sowieci we dworze
W centralnej Polsce ostateczny koniec ziemiańskiego świata rozpoczyna się wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej na przełomie 1944 i 1945 roku. Choć z uwagi na wojnę i okupacyjne granice przepływ informacji jest ograniczony, to ziemianie nie żyją w zupełnej nieświadomości: wiedzą, co działo się na Kresach po ich aneksji przez ZSRR, jesienią 1944 roku docierają zaś do nich wieści o tym, co dzieje się na Lubelszczyźnie i Białostocczyźnie. Napływają też pierwsi wywłaszczeni właściciele ziemscy. Tadeusz Zwierkowski, który administrował należącym do rodziny jego żony, Zakrzeńskich, majątkiem Plechów w powiecie pińczowskim (obecnie kazimierskim)[22], we wspomnieniach dotyczących tego okresu napisze:
[...] życie stawało się coraz bardziej nerwowe. Ofensywa sowiecka trwała ciągle i wojska sowieckie przybliżały się do granic Polski. Jasne już było, że przyjdą i do nas, ale nikt nie wiedział, jak się zachowają? Czy nie zechcą nas [ziemian] zlikwidować? Nurtowały nas te pytania i nie znajdowaliśmy na nie odpowiedzi[23].
Irena Exner, która wojnę spędziła w rodzinnym majątku Sanki pod Grójcem, wspomina: "Mieliśmy pełną świadomość, że to już się front zbliża, że nas tylko dni dzielą od jakichś przełomów"[24]. Na Sowietów czekają, oczywiście, nie tylko ziemianie - w miarę jak front się zbliża, nastrój oczekiwania narasta również wśród chłopów. Rozmówczyni (ur. 1934) z Kaleni koło majątku Konary w powiecie radomskim (obecnie przysuskim) pamięta, że zmęczeni wojną ludzie wyglądali Sowietów z radością[25]. Arnold Szyfman, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, który ze względu na żydowskie pochodzenie ukrywał się w czasie wojny w dworach ziemiańskich na Kielecczyźnie i w Krakowskiem - między innymi w należących do Ludwika Hieronima Morstina Pławowicach (powiat miechowski, obecnie proszowicki) - o robotnikach rolnych z majątku tego ostatniego napisał:
Czekają na przyjście bolszewików, bo - jak twierdzą - gorzej być nie może, niż jest. Panowie straszą ich kołchozami, ale oni z tego szydzą: "Czy może być w kołchozach gorzej - powiedział mi jeden z nich - niż na przykład w tzw. Sztubie, gdzie mieszka kilkudziesięciu robotników i robotnic sezonowych, przybyłych zza Wisły? Widział pan, jak mieszkają, więc niech pan sam osądzi". Tak to mnie przypierali do muru, a ja - cóż im miałem na to odpowiedzieć? Sam już dawno wiedziałem, że mieszkają źle, i nikomu z administracji na myśl nawet nie przyszło, żeby przed rozpoczęciem sezonu wybielić choćby ściany, wprawić wybite okna i przygotować sienniki. [...] Myślę, że w kołchozie jako tako prowadzonym musi być na pewno lepiej[26].
Na wsi końca wojny nie brak komunizującej młodzieży, lecz nie brak też sympatyzujących z radykalnym ruchem ludowym osób starszych wiekiem (w tym wiciowców, którzy chcieli Polski ludowej, ale niekoniecznie komunistycznej). Większość nie ma sprecyzowanych poglądów politycznych, żyje w niepewności:
W wiosce z chwilą zbliżania się frontu chodziły różne wieści na temat władzy ludowej, a szczególnie reformy rolnej. Ponieważ u nas byli ludzie biedni, przeważnie dzierżawcy pańskich gruntów. Jedni mówili, że ziemia pańska odbiorą Rosjanie, z której tworzą kołchozy, gdzie za menażkę zupy i od świtu do nocy muszą ludzie pracować. Inni twierdzili nieco zbliżenie do rzeczywistości, że ziemia idzie w ręce chłopów, ale za bardzo drogą cenę[27].
Ziemianie czują narastające napięcie. Niektórzy z nich, mimo dobrych relacji z pracownikami, decydują się wyjechać, zanim będą do tego zmuszeni. Wacław Karwacki, właściciel Paśmiech w powiecie pińczowskim (obecnie kazimierskim), w styczniu 1945 roku wyjeżdża do Krakowa, gdzie od początku wojny mieszkają na stałe jego żona i córki; Armia Czerwona przejdzie przez wieś w kilka dni później, majątek zostanie zaś przejęty na cele reformy rolnej 7 marca 1945 roku[28]. August Łempicki z Gierczyc w powiecie opatowskim 29 lipca 1944 roku dowiaduje się od rezydującego w jego majątku niemieckiego zarządcy, że ten zamierza opuścić Gierczyce w ciągu dwóch dni. Łempicki chce uniknąć spotkania z sowieckimi oddziałami frontowymi w swojej posiadłości i postanawia wyjechać do Sandomierza: "Zwołałem wszystkich pracowników i rozdałem im moje krowy, każdemu po jednej, z zastrzeżeniem, że jeżeli wrócę do Gierczyc, to krowy odbiorę, a jeśli nie wrócę, to krowy pozostaną ich własnością. Radziłem więc, by o krowy we własnym interesie dobrze dbali". 31 lipca 1944 roku, "bryczką wyładowaną kuferkami" właściciele opuszczają majątek. Wiezie ich zaufany fornal[29]. Z Kurowa w tym samym powiecie (dokąd Niemcy wysiedlają ich wcześniej z pałacu we Włostowie) do Warszawy wyjeżdża też rodzina Juliusza Karskiego. Jak się okazuje, strach jest niebezpodstawny - gdy już po Powstaniu Warszawskim Karscy trafiają z powrotem w Kieleckie, NKWD ma zamiar aresztować ojca i wywieźć na Wschód resztę rodziny; unikają aresztowania dzięki ostrzeżeniu przez szeregowego żołnierza radzieckiego i pomocy zawiadowcy stacji z Włoszczowy, który zatrzymuje pociąg towarowy, by mogli wsiąść do niego i zmylić pościg[30]. Przekazywanie inwentarza lub wyposażenia dworów służbie folwarcznej przed wyjazdem - podczas ucieczki przed frontem lub już po przejęciu majątku na cele reformy - jest też stałym motywem we wspomnieniach chłopskich. Anna Rzepka (ur. 1934) z Wlonic (powiat opatowski) pamięta, że Jadwiga Turnau rzeczy, których nie dała rady zabrać, rozdała służbie. Opowiadała jej o tym ciotka, pokojówka Jadwigi: "Nawet u nas to ciocia przyniosła i porcelany trochę, no. Takich rzeczy, co były potrzebne w domu, to sobie tam wybrała i przyniosła. Mówi: "Bierz, Irko, co ci pasuje""[31].
Los ziemian podczas przemarszu Armii Czerwonej wisi na włosku - w samym powiecie miechowskim w styczniu 1945 roku aresztowanych i wywiezionych przez Sowietów na Wschód zostaje kilku właścicieli ziemskich; w Krakowskiem jest tych przypadków więcej[32]. Powszechną praktykę stanowi urządzanie przez Sowietów w napotykanych po drodze majątkach farsy sądu nad dziedzicem. Zwoływani są wówczas wszyscy pracownicy i okoliczni chłopi, których pyta się o zdanie w sprawie pomieszczika - czy aby dobrze traktował ludzi, czy dbał o pracowników. Sąd nad dziedzicem we Wlonicach, dokonany nad Stanisławem Turnauem, dobrze pamięta Anna Rzepka, która nie mieszkała w czworakach - jej rodzice mieli domek w niewielkiej odległości od dworu. Widać więc wyraźnie, że było to wydarzenie szeroko komentowane na wsi[33]. W Konarach (powiat radomski, obecnie przysuski), należących do Józefa Helbicha, człowieka już w podeszłym wieku, sytuacja była dramatyczna: Sowieci najpierw wyrzucili Helbicha i jego żonę z dworu do czworaków, potem zaś urządzili widowiskowy sąd z udziałem pracowników. Rozmówczyni urodzona w 1934 roku pamięta, że Helbicha zmuszono do klękania przed służbą i proszenia o litość. Od śmierci uratowało go wstawiennictwo pracowników i chłopów z okolicznych wsi. Helena Szcześniak (ur. 1926), córka zamożnego gospodarza z Głogowa - wsi położonej najbliżej majątku - twierdzi, że Helbich ocalał dzięki interwencji jej ojca:
Tatusio tam poszedł, bo mieszkał [dziedzic] w czworaku, bo przecież go z pokoi wygnały. [...] No i tatusio już tam zaczął prosić, a umiał po rusku rozmawiać z nimi, bo dlatego, że był tam na Ukrainie, to umiał. No i uprosił ich i darowały mu [Helbichowi], darowały mu życie[34].
Podobnie jak we Wlonicach sąd nad dziedzicem w Konarach musiał stanowić dla okolicznych chłopów duże wydarzenie, bo opowiadają o nim bardzo plastycznie również ludzie, którzy byli wówczas małymi dziećmi i nie mogli widzieć go na własne oczy:
To był dosyć taki względny człowiek. Względny. Nie można narzekać, że tego... Nawet jak... jak już wojna się skończyła, no i Ruscy wkroczyli, to go chcieli zastrzelić, no, ale ludzie obstawili go i że on był dobry. (Ale Ruscy chcieli zastrzelić za to, że po prostu... że dziedzic, tak?) Tak, bo to... że to jest pomieszczy pies taki, jak to nazywali, taki obszarnik i tego... to trzeba go roztego. No... zabić. Ale ludzie z Konar i z Kaleni nie dawali, bronili go, że to był dobry człowiek, nie dokuczał nikomu, nie tego. Wybronili. I został. Został[35].
Co ciekawe, wnuczka Helbicha, mieszkająca wtedy z rodzicami w domku ogrodnika na terenie majątku, nie pamięta tych dramatycznych wydarzeń. Być może niebezpieczeństwo grożące dziadkowi ukryto przed dwunastoletnią wówczas dziewczynką. Siostra Marta Łuniewska (ur. 1933) wspomina spotkanie z Sowietami dość humorystycznie:
A że dziadek był u nas, wobec tego oni się dowiedzieli właśnie na czworakach, że dziadek jest u nas, więc przychodzili oglądać pomieszczika. Przychodzili, siadali w kółko i patrzyli. Gdzie ma pejcz i czy ma spodnie w kratkę. Tak. Więc potem my się śmialiśmy, że po co my mamy robić te cukierki i w ten sposób zarabiać na życie, kiedy lepiej dziadka wsadzić w klatkę i obwozić po różnych oddziałach rosyjskich. I będziemy mieć w ten sposób zarobek, że oni po prostu będą przychodzić go oglądać[36].
Sąd nad dziedzicem był praktykowany nie tylko na Kielecczyźnie. Wzmianki o podobnych praktykach znaleźć można również w źródłach pochodzących z innych regionów. Przykładowo Bogusława Wierzbowska, córka zarządcy majątku w Klemensówce na Podkarpaciu, wspomina:
Miejscowy komunista się domagał, że jak powiesić, to od razu. Wobec tego zwołano całą służbę z folwarku i w takiej sionce przy wejściu do kuchni całe to towarzystwo się zgromadziło. No i było pytanie, czy na gałąź z nim, czy nie. A ojciec tego roku sprowadził z Łemkowszczyzny dziewczęta, bo brakowało pracowników. I one, jak to posłyszały, tak zaczęły płakać rozgłośnie, i że to nasz batiuszka, no i one po rusku mówiły. I że on taki dobry, i że tego. No i już nikt nie odważył się podnieść ręki, że na gałąź[37].
Konary były majątkiem, gdzie wkroczenie Armii Czerwonej miało charakter wyjątkowo dramatyczny. Helbichowi ostatecznie nic się nie stało, ale czerwonoarmiści zastrzelili co najmniej jednego mieszkańca wsi, zgwałcili też kilka kobiet[38]. Lęk przed sowieckimi gwałtami towarzyszył w równej mierze mieszkankom dworu, wsi i czworaków. Na wieść o zbliżającej się Armii Czerwonej mężowie chowają żony, a matki obwiązują głowy szmatami córkom i ubierają je w bezkształtne ubrania. Barbara Gołajewska-Chudzikiewicz, córka Niny Morstin z Bieganowa (powiat włoszczowski), przez cały czas pobytu czerwonoarmistów we dworze siedzi schowana pod łóżkiem matki. Gdy w Sankach koło Grójca żołnierze rozbijają dworską gorzelnię i zaczynają się domagać, by właściciel przyprowadził jakieś kobiety "na tańce", Irena Exner ucieka przez okno i kryje się w czworakach, u zaprzyjaźnionej rodziny fornalskiej[39]. Gwałty na ziemiankach, jeśli już się zdarzają, mają, oczywiście, dodatkowy wymiar przemocy klasowej, jednak są dość rzadkie[40]. Ofiarami sowieckich żołnierzy padają najczęściej chłopki, które nie mają dokąd uciec. Zuzanna Golińska (ur. 1926) z Młódnic wspomina:
Ale to pani, Ruskie to była hołocizna [...]. Jak złapały pannę, to w Krzyszkowicach [sąsiedniej wsi] taką W. to tak zmordowały, że już mało żywa była. Wszystkie, jeden za drugim, właziły i z nią takie rzeczy miały. Jeden za drugim - taka była hołota. To trzeba było u nas, jak one nocowały [...], we trzy nas było panny i siostra jeszcze taka mniejsza, to zawiązaliśmy se tak chuściny na głowę, że tylko nos było widać, żeby do nas się nie dotykały. Żeby nie ten starszy [oficer], to nie byłoby rady. A na wsi to złapały tyż jedną, to psy zmordowały, a tę, co mówię, na Krzyszkowicach, jak ją złapały, wprowadziły ją tam gdzieś do kurnika jakiegoś i jeden za drugim mordowały, że ona rano pojechała do doktora, do Wolanowa [...], bo już mało żywa była. To jeszcze dobrze, że ojce obroniły[41].
Sowieci jednak przede wszystkim rabują. Do dworu idą też po to, by zobaczyć pomieszczika i zgwałcić pomieszczicę, ale głównie po to, by najeść się, napić i obłowić. Maria z Paygertów Bobrzyńska, w czasie wojny zarządzająca dworem swojego kuzyna Karola Żeleńskiego w Grodkowicach (powiat bocheński, obecnie wielicki), na powitanie żołnierzy przygotowuje bigos, lecz wkrótce widzi, że był to błąd, bo niespodziewana gościnność jedynie rozzuchwala czerwonoarmistów, którzy rzucają się szukać dalszych zapasów. Ostatecznie mieszkańcy dworu uciekają do zaprzyjaźnionych chłopów na wieś, z obawy już nie o zapasy, ale o własne życie[42]. Zofia z Radziwiłłów Skórzyńska opisuje wkroczenie Sowietów do majątku krewnych w Słupi, gdzie przebywa z matką i rodzeństwem po wysiedleniu z Sichowa:
Tymczasem my poznaliśmy naszych oswobodzicieli. W ciągu godziny nic już nie stało na miejscu. Splądrowana spiżarnia, porozbijane słoiki z dżemem i konfiturami, poprzewracane meble, w kuchni śpiewy i naprędce przyrządzone posiłki z naszych zapasów. Jakiś starszyna upierał się, że mąż cioci Krysi dowodził oddziałami niemieckimi, bo przecież niemożliwe, żeby dom nie został dotychczas spalony. W końcu udało się go jakoś udobruchać. Inny rozsiadł się w fotelu w salonie (a właściwie dawnym gabinecie stryja) i rzewnie stwierdził: "Ot, jeden dzień tak żyć - i umrzeć szkoda"[43].
Sowieci plądrują nie tylko dwory. Rozmówczyni z Konar, ta sama, która z przejęciem opowiadała o sądzie nad Józefem Helbichem, wspomina:
Pamiętam, jak te Ruskie weszły, to już taka uciecha, olaboga! Mama szykowała szklanki, śmietanki, żeby się ponapijały, taka już uciecha. A to wszystko wykradło! W piwnicy mieliśmy powynoszone kury - podusiły, łby poukręcały i na środku podwórza opalały te kury. I był taki makuch, jak się robiło olej taki, taki makuch, i to się gotowało krowom na picie, to zjadły, że to czekolada. A to przecież było gorzkie, niedobre (śmiech). Aż biegunki podostawały od tego![44]
W domu Marii Koceli (ur. 1925) z Bieganowa Sowieci gościli kilka razy. Oficerowie byli kulturalni, poza tym znaleźli wspólny język z jej teściem, który służył w armii rosyjskiej i znał rosyjski. Szeregowi żołnierze zajęli cały dom, tańczyli i śpiewali przez całą noc, ale nie wyrządzili nikomu żadnej krzywdy. Na koniec trafił się jednak oficer, który ukradł jej mężowi zegarek i buty i ogołocił spiżarnię[45]. Choć w wielu wywiadach przeprowadzanych współcześnie na wsi na pierwszy plan wysuwa się aspekt humorystyczny, to dokumenty urzędowe z pierwszych lat powojennych pokazują, że szkody wyrządzone przez Armię Czerwoną na kieleckiej wsi były bardzo dotkliwe. W latach 1945-1946 mieszkańcy Kielecczyzny masowo wypełniają kwestionariusze szkód wojennych, które mają się stać podstawą do wypłaty odszkodowań. Dużą konsternację władz wywołuje fakt, że równie skrupulatnie co szkody wyrządzone przez Niemców chłopi wypisują straty doznane podczas przejścia Armii Czerwonej. W kwestionariuszach z Pławowic przeczytać można o utracie krów i koni, ale również zboża, wiader, butów i odzieży, a także o zniszczeniach zabudowań mieszkalnych i gospodarczych[46]. Mieszkaniec Kowali (powiat radomski), w której żołnierze radzieccy byli wobec mieszkańców dworu przyjaźni, ale wycięli znaczną część drzew w parku na opał dla oddziałów stacjonujących pod gołym niebem (zima była mroźna), w maju 1945 roku prosi ministra rolnictwa i reform rolnych o zgodę na rozbiórkę domu po miejscowym Niemcu. Jak pisze: "w przeciwnym bowiem razie będę pozbawiony wraz z rodziną dachu nad głową, a znajduję się w bardzo ciężkich warunkach materialnych i finansowych". Dwa miesiące wcześniej żołnierze Armii Czerwonej przejeżdżający przez Kowalę spalili mu dom[47].
Mimo strachu i niewątpliwego dramatyzmu większość rodzin ziemiańskich i znaczna część ich siedzib wyszła z pierwszego spotkania z Sowietami bez większych szkód, niezależnie od tego, czy nastąpiło ono latem 1944, czy zimą 1945 roku. Morawscy z Planty - Olga, Stanisław i ich trzynaścioro dzieci - muszą w lipcu 1944 roku opuścić majątek, ale nie dlatego, że są jego właścicielami, tylko dlatego, że Sowieci wysiedlają wszystkich mieszkańców przyfrontowego terenu. Sowieci udostępniają im nawet swój transport, by mogli zabrać dobytek[48]. Dzieci Morawskich - Anna, Stanisław i Edward - pamiętają furmanki. August Łempicki, ich sąsiad z nieodległych Gierczyc, wspomina: "Na samochodzie ciężarowym pożyczonym uprzejmie przez Sowiety przejechali przez Sandomierz Stanisławowie Morawscy z Planty wraz z liczną rodziną, kierując się za Wisłę do Grębowa, gdzie zamieszkali na plebanii". Jerzy Rusak (ur. 1934), którego rodzina uciekła chwilę wcześniej z pobliskiej wsi Tęcza (powiat opatowski), niszczonej przez bomby, mówi po latach:
Jeszcze dziś widzę, jak oni szli. [...] My tam uciekli w nocy, to rano, do dnia, spaliśmy w ogrodzie. Widziałem, jak te Morawskie wszystkie szły, ich była gromada liczna. Wszystko, co tam niesły, tych ciuchów trochę, może trochę mąki. I do Radwana [sąsiedniej wsi] doszły, i w Radwanie był taki ich znajomy, Lenart. [...] I ten Lenart wyładował furmanki i wywiózł ich prawdopodobnie za Wisłę[49].
Kontakty z Sowietami są łatwiejsze dla tych ziemian, którzy mówią po rosyjsku. Gdy w Konarach robi się spokojniej, zięć Józefa Helbicha, Jerzy Łuniewski, wieczorami konwersuje o literaturze rosyjskiej z oficerami, którzy stają w majątku na kilka tygodni. Maria Walewska z Kowali (w czasie I wojny światowej na bieżeństwie w Kijowie) rozładowuje napięcie po pojawieniu się żołnierzy radzieckich, serwując im herbatę i bawiąc ich rozmową w ojczystym języku. Anna Hajduk, córka Stanisława Morawskiego, wspomina: "O tyle, że u nas nie było źle, bo ojciec mówił wspaniale po rosyjsku. Więc haziajin mówił po rosyjsku, to oni z haziajinem wciąż konferowali. Też chcieli sobie z kimś porozmawiać czasem"[50]. W Bieganowie Nina Morstin, Rosjanka urodzona w Petersburgu, dzięki swojej znajomości rosyjskiego nie tylko ratuje licznych mieszkańców dworu przed wyrzuceniem z domu, lecz także dyscyplinuje jednego z oficerów, gdy ten usiłuje ukraść buty nocującemu we dworze buchalterowi. Jej córka, Barbara Gołajewska-Chudzikiewicz, wspomina:
I wtedy moja mama wystąpiła ze swoim rosyjskim językiem. Pojechała po nim, nie wiem, co ona mu tam powiedziała, ale krzyczała na niego po rosyjsku bez przerwy, żeby natychmiast go zostawił, żeby się ubrał w swoje buty, bo to są buty jedyne tego człowieka i on mu ich nie da i "ja się na to nie zgadzam". Ale pojechała to po rosyjsku. Szczęka mu opadła i się wycofał. Chwała Bogu. I poszedł w końcu z tymi swoimi żołnierzami[51].
Oficerowie radzieccy zazwyczaj zachowują się przyzwoicie. Stanisław Turnau z Wlonic, gdy już zostaje osądzony i uniewinniony, z zadowoleniem konstatuje, że wyżsi rangą wojskowi ukracają samowolę żołnierzy[52]. Nieliczni oficerowie pamiętający czasy sprzed rewolucji zapraszani są do stołu, wypytuje się ich o perspektywy na przyszłość. Franciszek Starowieyski, późniejszy wybitny malarz, który część wojny spędził w Siedliskach (powiat zawierciański), wspomina oficera "z wielkiego rodu", który jako pierwszy zawitał do Siedlisk i po którym widać było, że to nie prosty krasnoarmiejec:
[...] oficer bał się, cały czas bał się mówić wszystko. Właściwie to, co mówił, to były tylko półsłówka, aluzje. Niczego nie powiedział do końca - zbyt dobrze go wytresował stalinowski system. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że reforma rolna na pewno będzie przeprowadzona, że nikt nikogo nie będzie mordował[53].
Motyw dziedzica, który dzięki znajomości języka lub/i bliskości klasowej dogaduje się z sowieckimi oficerami, pojawia się dość często w opowieściach chłopskich. Stanisław Majchrzak (ur. 1934) z Bieganowa wspomina, że we dworze stacjonował
[...] cały sztab. Wyższa sfera. Pułkownik i dowódcy tacy. Ale ona [Nina Morstin] do nich po rusku i dogadali się. I powiedzieli: lepiej, żeby się usunęła. Bo jak tam motłoch... bo jak się ten motłoch, wie pani... (Przyjdzie...) ...to cię może zgładzić. Bo to oni liczyli jako pomieszczik[54].
Majchrzak nie pamięta szczegółów - ukrywania się kobiet i awantury o buty - ale pamięta zagrożenie. Zarówno we wspomnieniach ziemian, jak i w opowieściach chłopów znaleźć można najbardziej typowe wzorce narracyjne opowiadania o Sowietach, oparte, oczywiście, na doświadczeniu biograficznym autorów tych opowieści, ale zakorzenione również głęboko w zbiorowej imaginacji: szeregowi żołnierze jako barbarzyńcy i oficerowie jako nosiciele wysokiej kultury rosyjskiej; krasnoarmiejcy, którzy kradną, gwałcą i zabijają, a jednocześnie są dobrymi, serdecznymi ludźmi (i pięknie śpiewają). Zofia Skórzyńska z Radziwiłłów, która opisuje splądrowanie przez Sowietów dworu w Słupi, w tym samym wspomnieniu pisze, że żołnierze okazali się w istocie sympatycznymi chłopcami. Maria Kocela, choć docenia to, że w jej domu zatrzymali się "kulturalni" Sowieci, swoją opowieść podsumowuje z odrazą: "A ten cały motłoch, z całej Rosji pewnie zebrany, te kacapy, ci kozacy, to wszystko, to się nie da powiedzieć, jak to było, a jak patrzyło wilkiem tylko"[55].
Dowodem tego, jak istotnym doświadczeniem biograficznym było dla ziemian wkroczenie Sowietów - nawet jeśli nie pociągało za sobą bezpośrednich represji w postaci aresztowania czy śmierci członków rodziny - jest przekazywanie w rodzinie opowieści o tym wydarzeniu. U Morawskich do rangi symbolu urosło zniszczenie przez Sowietów rodzinnej biblioteki. Narracje poszczególnych członków starszego pokolenia różnią się nieco między sobą - Anna z Morawskich Hajduk (ur. 1923) pamięta, że wyrzucenie książek z biblioteki stanowiło pierwszą rzecz, którą zrobili czerwonoarmiści, od Edwarda Morawskiego (ur. 1936) usłyszałam zaś, że biblioteka spłonęła już po wyjeździe rodziny z Planty. Istotne jest jednak to, że dla każdego z nich zniszczenie zbiorów bibliotecznych - bynajmniej nie jedynego dobra, które rodzina utraciła podczas wojny - symbolizowało utratę domu. Katarzyna Morawska, córka Edwarda, powiedziała:
A mój tata, on ma takie wspomnienia... właściwie straszne. Jak tam przyszli Rosjanie, już po wojnie, i zrzucili całą bibliotekę, która była przez dwa piętra, na marmur, i spalili tę całą bibliotekę. On wspomina, że na górze, pod galeryjką [...] stała ilustrowana Encyklopedia Britannica w trzydziestu tomach, czy w ilu tam ona była. I dzieciom, czyli mojemu tacie, który jest z 1936 roku, nie wolno było samemu czytać tej encyklopedii. Trzeba było poprosić ciocię, mamę, jak była niezajęta, lub kogoś starszego, żeby oglądać tę kolorową encyklopedię, co oni strasznie lubili, bo to było fantastyczne. No i właśnie on pamięta, jak to wszystko zostało zrzucone. [...] Więc to wszystko spłonęło. Tak spłonęło, że aż marmur się wytopił. To są jego wspomnienia właśnie z domu[56].
Spotkanie z Sowietami, nawet jeśli nieraz bardziej dramatyczne dla wsi niż dla dworu, dla dworu było początkiem końca.
Czekając na "swoich". Bezkrólewie
Po przejściu frontu ziemianie - ci, którzy jeszcze pozostają w majątkach - po raz drugi czekają na barbarzyńców, tym razem "swoich". Wiedzą już, że w ślad za oddalającymi się w stronę Berlina czerwonoarmistami nadejdzie zmiana. Wielu się łudzi, że nowe władze zostawią im dwór i pięćdziesięciohektarową resztówkę, snują plany, jak te pięćdziesiąt hektarów - niedużą część posiadanego do tej pory majątku - zagospodarować. Wacław Karwacki wraz z praktykantami pracującymi w Paśmiechach przygotowuje plan urządzenia na pięćdziesięciu hektarach wzorowej hodowli bydła, Maria Walewska myśli o hodowli drobiu i ogrodnictwie[57].
Po wycofaniu się Niemców do domu wracają ziemianie, których majątki przekształcone zostały w liegenschafty (czyli majątki przejęte przez władze okupacyjne i administrowane przez niemieckich zarządców), oraz osoby zwolnione z obozów - dotyczy to części Kieleckiego, a także całości tych terenów, które wcielone były bezpośrednio do Rzeszy i gdzie wszyscy właściciele ziemscy musieli po 1939/1940 roku opuścić swoje majątki. Józef Stanisław Dunin z Głębowic (powiat oświęcimski), przez całą wojnę przebywający w oflagu w Woldenbergu (dzisiejszy Dobiegniew), przy wyzwoleniu obozu dowiaduje się od oficerów radzieckich, że właścicielom pozostawia się pięćdziesiąt hektarów ziemi i zabudowania. Natychmiast rusza do Głębowic i zaczyna gospodarować. Komisarzem ziemskim w Krakowie jest jego przedwojenny znajomy z Towarzystwa Rolniczego, który sam proponuje mu objęcie zarządu komisarycznego nad majątkiem. Sprawy wydają się wracać w przedwojenne koleiny - na wieść o powrocie dziedzica dziewczęta folwarczne przychodzą sprzątać splądrowane pokoje, na wsi znajdują się zamkowe meble. Gdy jednak Dunin po jakimś czasie wraca z wyjazdu służbowego, zastaje w Głębowicach pełnomocnika do spraw reformy rolnej, który dowiedziawszy się, że komisarzem majątku jest były właściciel, nakazuje mu opuścić zamek w ciągu trzech dni[58].
Powroty są krótkotrwałe i najczęściej powracający mają przeczucie ich tymczasowości. Stanisław Załuski, który jako trzynastolatek przybywa z rodzicami do rodzinnego Szulmierza, wspomina:
Dziwnie obco czułem się w domu mojego dzieciństwa. Strach przed Rosjanami, strach przed wsią niechętną czy może wrogą dziedzicowi, strach przed nową władzą, strach przed czymś nienazwanym, czego nie potrafiłem sobie uzmysłowić. Pobyt w Szulmierzu trwał tydzień i był nieustającym koszmarem. Rzadko wychodziliśmy z domu[59].
Właściciele majątku, Załuscy, wysiedleni przez Niemców w czasie wojny, mieszkali w sąsiedniej wsi. W lutym 1945 roku przybywają nowe władze gminne i stwierdzają, że Załuscy mogą otrzymać z powrotem dwór i pięćdziesiąt hektarów ziemi. Po tygodniu sołtys oświadcza im, że muszą jednak opuścić nie tylko dwór, lecz także powiat.
Adam Grodziński, wysiedlony przez Niemców z Oblasu (powiat radomski) w 1941 roku, po wycofaniu się Niemców, wraca do majątku z całą rodziną i czeka. Czekać nie musi długo:
Nie czuliśmy wrogości u ludzi, ale też nikt nie szukał bliższego z nami kontaktu. Wreszcie nadszedł dzień decydujący. Przyjechał z Radomia zastępca komisarza ziemskiego, inż. Kawecki, celem zorganizowania i rozpoczęcia w Oblasie akcji przeprowadzania reformy rolnej [...]. Kawecki był urzędnikiem wykonywającym to, co mu zleciła zwierzchność, ale nie widać było, aby osobiście był przekonań tak bardzo radykalnych. Przeciwnie - odczuwało się, że nam szczerze współczuje i chciałby nam ułatwić dalszą egzystencję. Poradził dwie rzeczy. Po pierwsze, abyśmy się przenieśli do dworu do rządcówki, gdyż nasza obecność jest za bardzo ostentacyjnie eksponowana. Po drugie zaś, abym zgłosił swoją kandydaturę na urzędnika, a ściśle mówiąc, na referenta rybactwa w Urzędzie Ziemskim w Radomiu, gdzie postara się mnie zaprotegować[60].
Grodziński słucha rady inżyniera Kaweckiego. Rodzina przeprowadza się do drewnianego domku stojącego na skraju parku, a on sam jedzie do Radomia i bez trudu dostaje pracę. "I tak w okresie przeprowadzania reformy rolnej zostałem w mojej okolicy funkcjonariuszem urzędu, który właśnie bezpośrednio przeprowadzał wywłaszczenie i parcelację"[61]. Z uwagi na wyprowadzkę do rządcówki kontakty Grodzińskich z dawnymi pracownikami folwarcznymi ulegają mocnemu ograniczeniu, jednak tam, gdzie ziemianie pozostają w dworach, napięcie narasta. W przypadku ziemian, którzy wracają po dłuższej nieobecności, dodatkowo kłopotliwe jest to, że służba zdążyła zazwyczaj rozszabrować dwór. Jednak istotniejszą od zrabowanych rzeczy rolę odgrywa perspektywa podziału pańskiej ziemi. Zofia Reklewska-Braun zapisze w swoich wspomnieniach, że chłopi robili się coraz bardziej wrodzy właścicielom. Służba w jej rodzinnym majątku Mirogonowice (powiat opatowski, obecnie ostrowiecki) rozmawiała o mającej nastąpić parcelacji, zupełnie się z tym nie kryjąc[62]. Kazimierz Popiel z Turny (powiat węgrowski) wspomina, że służba była "rozagitowana", on sam zaś pozostał w majątku i czekał na wywłaszczenie jedynie z poczucia obowiązku[63].
Intuicja, że oto nadchodzi nowe, potwierdza się też w zmianie hierarchii społecznej. Franciszek Starowieyski pamięta, że gdy już po przejściu frontu jego ośmioletni kuzyn zwrócił się do szofera po imieniu, "Bernardzie", ten odparował, że teraz już nie ma Bernarda, jest "pan Bernard" - "nastąpiło przekroczenie społecznej granicy"[64]. W Szulmierzu właściciel musi poprosić fornali o wydzielenie zboża z zapasów pozostawionych przez niemieckiego zarządcę:
Było to dla nas, przede wszystkim dla nas, pierwsze upokorzenie. [...] Według przedwojennych kryteriów do Ojca należało dzielone żyto. On powinien był ustalić wysokość przydziału na rodzinę, polecać, rozkazywać. Nic z tych rzeczy. [...] I jeśli można mówić o zachowaniu przez Ojca jakichś atrybutów pańskości, to chyba ujawniły się one tylko w tym, że nie musiał sam machać łopatą, aby napełnić worki, i że ktoś z dawnej służby pociągnął te worki na sankach do czworaków[65].
Właściciel Wlonic, Stanisław Turnau, drobiazgowo dokumentuje w swoim dzienniku proces erozji dotychczasowego porządku w codziennym życiu posiadłości. Po przejściu frontu we Wlonicach pojawiają się PPR-owcy z powiatu, zajmują część pomieszczeń i w zasadzie odsuwają właściciela od zarządzania majątkiem. Służba folwarczna masowo zapisuje się do partii - część konformistycznie, ponieważ "kierownicy z PPR" zapowiedzieli, że tylko partyjni dostaną dobrą ziemię, część z przekonania[66]. Syn właścicieli, Jan Turnau, w 1945 roku dwunastoletni, zapamiętał rodzinę Stankowskich - według jego wspomnień ojciec Jan był w majątku polowym, lojalnym wobec rodziny, a syn miał poglądy lewicowe ("czerwone") i był prowodyrem fermentu politycznego wśród fornali, otwarcie wrogim Turnauom[67]. W lutym 1945 roku, na dwa tygodnie przed przejęciem Wlonic na cele reformy rolnej, Stanisław Turnau notuje:
U nas na miejscu ciężkie panują stosunki. [...] Co kilka dni inny komisarz obejmuje władzę; panuje straszny chaos; służba dworska podzieliła się na partie i ciągle wnosi roszczenia o zboże, którego jeszcze nie brakuje. Mamy trudności z uzyskaniem opału i mąki. Gdyby nie to, że postanowiliśmy sobie nie opuszczać majątku, póki nas do tego nie zmuszą, to z wielką chęcią wyjechalibyśmy już z tych naszych Wlonic. [...] Patrzenie na to, jak inni ludzie rządzą naszym majątkiem, analizują nasze postępki dawne i obecne, jest rzeczą nieprzyjemną. [...] Co parę dni odbywają się w naszym domu wiece, na których są stawiane coraz niedorzeczniejsze wnioski. Robotnicy dniówkowi chcą za wiele lat wstecz otrzymać uzupełnienie zboża, do granicy warunków ordynariusza. Inni żądają coraz nowych pomieszczeń w i tak już przepełnionym służbą folwarczną i wysiedlonymi dworze. Jeszcze inni żądają wyrzucenia wszystkich wysiedlonych przez nas przyjętych[68].
Z pofrontowego chaosu powoli wyłaniają się nowe struktury władzy. W kolejnych dworach powstają komitety folwarczne - czasami samorzutnie, czasami z inicjatywy władz powiatowych lub lotnych ekip PPR, wysłanych do pracy w terenie. W powiecie radomskim już w styczniu 1945 roku wysłano na wieś dwudziestu sześciu urzędników starostwa i dwudziestu sześciu członków partii w celu zabezpieczenia majątków i tworzenia komitetów folwarcznych[69]. We Wlonicach komitet folwarczny organizowany jest przez Stanisława Wieczorkowskiego - chłopa wysiedlonego z pobliskich Jakubowic, któremu Turnau po tym zdarzeniu dał pracę i mieszkanie w majątku. Pewnego dnia Wieczorkowski oznajmia Turnauowi, że jest zastępcą powiatowego sekretarza PPR i że od tej chwili to on przejmuje zarząd Wlonic. Turnau zanotuje w dzienniku z goryczą: "Byłem przygotowany, że to nastąpi, ale nie spodziewaliśmy się tego, że z naszego domu wyjdzie władza, która stanie się naszym "opiekunem" i będzie nam na palce patrzeć"[70]. Komitet folwarczny, w skład którego wchodzą fornale Władysław Kawa i Andrzej Karaś, wybiera na tymczasowego zarządcę majątku polowego Jana Stankowskiego, ale władze nie wyrażają na to zgody - argumentują, że komisarzem nie może być osoba związana z majątkiem. Komisarzem Wlonic zostaje więc Edward Kozak, zecer z Warszawy, bliżej nikomu nieznany, mieszkający we wsi Wlonice od niedawna[71].
Reguła ta nie jest bynajmniej przestrzegana wszędzie. W położonej w tym samym powiecie Plancie komisarzem zostaje jeden z fornali, Jan Pańczyk (zaufany pracownik Morawskich i człowiek "bardziej oświecony", żonaty z córką gajowego), i sprawuje tę funkcję do połowy 1947 roku[72]. W Sprowie (powiat włoszczowski, obecnie jędrzejowski) komitet folwarczny zawiązuje się z inicjatywy Leona Ciemniewskiego, który administrował majątkiem podczas okupacji niemieckiej (właścicieli majątku, Moesów, nie ma już wtedy we wsi; dwór ulega całkowitemu zniszczeniu na skutek pożaru, jeszcze zanim Niemcy opuszczą Sprowę). Po przejściu frontu Ciemniewski zwołuje pracowników majątku i proponuje, by już teraz wybrali komitet folwarczny, który przejmie Sprowę w zarząd. Pracownicy wybierają do komitetu dwóch fornali, Rydzyka i Kowalczyka, Ciemniewskiego obwołują przewodniczącym. Komitet działa jak w zegarku, całość inwentarza ruchomego majątku pozostaje nietknięta do momentu, gdy w Sprowie pojawia się powiatowy pełnomocnik, by rozpocząć parcelację. Temu ostatniemu niezbyt się podoba zastany porządek, ale musi się z nim pogodzić. Ciemniewski z dużą dozą humoru opisuje swoje spotkanie z pełnomocnikiem - "najlepszym lekarzem wśród pełnomocników i najlepszym pełnomocnikiem wśród lekarzy":
[...] pan pełnomocnik rozkazał mi wezwać przed swoje oblicze przewodniczącego komitetu folwarcznego. Gdym mu, z całym spokojem, oznajmił, że ma go przed sobą, pan pełnomocnik wpadł w furię, kazał mi wezwać wszystkich pracowników i głosem podniesionym oświadczył im, że piastowanie przeze mnie stanowiska przewodniczącego komitetu folwarcznego jest bezprawiem, gdyż należę do klasy burżujów, wie on, że bywałem u właścicieli majątku Słupia, rozmawiałem przyjaźnie z panią Moesową, właścicielką Sprowy itp., itd., że wobec tego należy natychmiast wybrać nowego przewodniczącego komitetu. Wówczas zabrał głos jeden z członków komitetu, Kowalczyk:
- To, co mówi obywatel pełnomocnik, to są bzdury - oświadczył bez ogródek. - Nie można stawiać za złe inżynierowi, że rozmawiał on z dziedzicem ze Słupi albo z panią Moesową, bo jeśli tak, to mnie jeszcze prędzej trzeba wywalić z komitetu, bo ja rozmawiałem z księciem Radziwiłłem, kiedy byłem u niego fornalem w Nagłowicach. To jedno. A drugie: niech obywatel pełnomocnik nam powie, czy mamy prawo wolnego wyboru komitetu czy nie?
- Oczywiście, że tak - odpowiedział skonfundowany lekarz od reformy rolnej.
- Mamy?! No to jak mamy, tośmy sobie wybrali, obywatel Leon Ciemniewski jest przewodniczącym komitetu folwarcznego! Prawda, chłopcy? - tu Kowalczyk zwrócił się do swoich towarzyszy.
Głośno i zgodnie fornale odpowiedzieli:
- Prawda!!!
- Słyszy obywatel pełnomocnik? - pytał Kowalczyk. - Jeśli słyszy, to kłaniamy się obywatelowi! Chodźta, chłopcy, do roboty, szkoda sobie wycierać po próżnicy gębę.
I głośno tupiąc, sprowscy fornale opuścili kancelarię[73].
Gdy w trakcie likwidacji majątku po jego całkowitej parcelacji w marcu 1945 roku w Sprowie pojawia się powiatowy sekretarz PPR i zakłada koło PPR w Sprowie, fornale jednogłośnie wybierają Ciemniewskiego na sekretarza. Z trudem udaje mu się uniknąć pełnienia tej zaszczytnej funkcji.
Komitet folwarczny czasami więc od razu odsuwa właściciela od zarządzania majątkiem, jak we Wlonicach, czasami jednak zmiana jest czysto formalna, jak w Sprowie, i trąci farsą. Marionetkowości części komitetów folwarcznych dowodzi to, że zdarzało się wybieranie na ich przewodniczących nie tylko zarządcy, jak w Sprowie, lecz także właściciela[74]. W Jackowicach (powiat łowicki), należących do Jerzego Jabłońskiego, członkiem komitetu zostaje po prostu polowy, któremu właściciel w dalszym ciągu przekazuje co wieczór plany pracy na kolejny dzień[75]. Barbara Gołajewska-Chudzikiewicz, ta sama, która ukrywała się pod łóżkiem przed czerwonoarmistami, wspomina, co się działo po ich odejściu:
[...] przyszedł jeden z naszych fornali [Józef Wołoch], o którym wiedzieliśmy, że jest komunistą. Przyszedł i powiedział do mojej mamy: "Pani hrabino, pani wie, zmieniło się. Teraz ja jestem tutaj komisarzem i ja decyduję o tym, co się tu będzie działo z panią, z pani rodziną, z domem i z majątkiem". No bo już manifest PKWN był aktualny. Mama mu spokojnie powiedziała: "Wiem przecież, kim pan jest. W porządku. No i co pan zdecydował?". To on powiedział: "Pani z dziećmi może zostać we dworze w tych dwóch pokojach i w łazience. [...] Reszta będzie do naszej dyspozycji"[76].
Głównym problemem trapiącym w tym okresie mieszkańców majątków ziemskich - i ziemian, i służbę folwarczną - są chaos i niepewność. Pozostawione same sobie dwory to łakomy kąsek dla przedstawicieli władz różnego szczebla i autoramentu. Przez te miejsca przetacza się barwny korowód przygodnych komisarzy, urzędników, milicjantów, partyzantów i żołnierzy sowieckich. Do Plechowa codziennie przyjeżdżają milicjanci z sąsiednich Stojanowic, by się zaprowiantować, czasami "niechcący" zabierają też jakiś mebel. Konkuruje z nimi MO w Kazimierzy Wielkiej, której przedstawiciele zjawiają się pewnego dnia i żądają przygotowania mebli na wyposażenie posterunku[77]. Powiatowy pełnomocnik do spraw reformy rolnej wysyła w tym czasie niekończące się skargi na niesubordynowane załogi posterunków MO, które bezwstydnie grabią dworskie mienie. Przykładowo w skardze z 26 lutego 1945 roku pisze:
Niniejszym zawiadamiam, że M.O. na terenie powiatu robi wielkie nadużycia co udowadniam protokułami. M.O. zabrała meble kture były przez nas przysłane zterenu do użędu ziemskiego i biura pełnomocnika ja zwracając się po takowe więc milicja niechciała nam zwrócić [pisownia oryginalna][78].
W Grodkowicach Marię Bobrzyńską odwiedzają na przemian komisarze ziemscy z Bochni i Krakowa z żądaniem coraz to innych produktów żywnościowych (mięsa, chleba, ziemniaków...). Wyławiają także po jednym ostatnie ocalałe meble. Zdesperowana Bobrzyńska ucieka się w końcu do podstępu i podburza przeciwko komisarzom komitet folwarczny, który twardo stwierdza, że koniec z zaopatrywaniem komisarzy - zapasy potrzebne są na miejscu:
Pan Lewanda [komisarz] tłumaczył się gęsto, że w bieżącym tygodniu ma wizytę ministra rolnictwa w urzędzie ziemskim i musi go podjąć obiadem. Na co odpowiedział ogrodnik, że chłop grodkowicki świadom jest praw gościnności i na ten cel wyda 10 kg mięsa i 4 bochny chleba, ale nie więcej. Po czym ogrodnik władczym gestem kazał mi się zbliżyć i wydał odpowiednie rozporządzenie, żądając pokwitowania, aby być krytym przed Urzędem Ziemskim z Bochni, który też raz po raz do nas zaglądał i prawa sobie arogował[79].
W Kroczowie (powiat iłżecki, obecnie zwoleński) zjawia się "tzw. komisarz, dobroduszny chłopczyna lubiący pić bimber". Pomieszkuje we dworze tygodniami w oczekiwaniu na pogodę sprzyjającą przeprowadzeniu parcelacji. Czasami zjawia się "Sowiet organizujący UB w Kazanowie" i wybiera sobie coś z mebli - za pokwitowaniem. Właścicielka, wysiedlona już dawno do oficyny, nagabywana jest przez rozmaite indywidua, które namawiają ją, by póki ma jaką taką kontrolę nad majątkiem, wyprzedała po cichu jego wyposażenie: "Nad wyraz trudne były takie rozmowy, a należało rozmawiać z każdym, i to grzecznie"[80].
Ziemianie żyją w ciągłej niepewności. Niektórzy na wszelki wypadek wywożą część dobytku w jakieś bezpieczne miejsce (przedsięwzięcie rozpoczyna się zresztą jeszcze przed rozpoczęciem działań frontowych w styczniu 1945 roku): Turnauowie ekspediują meble do mieszkania w Sandomierzu, Maria Bobrzyńska przekonuje "chłopców z komitetu", by wywieźli fortepian córki właściciela Grodkowic, Karola Żeleńskiego, do budynku zajmowanego we wsi przez siostry zakonne[81]. Inni do ostatka nie wierzą, że stracą majątek. Feliks Cały, który w 1944 roku zarządza majątkiem Józefów pod Tarnobrzegiem, a jako że pochodzi spod Lwowa, wie, co znaczy rewolucja agrarna na modłę sowiecką, wbrew protestom właścicielki zaopatruje jej mieszkanie w Tarnobrzegu w mąkę, ziemniaki i inne zapasy (pozwolą one przetrwać kobiecie pierwsze miesiące po wywłaszczeniu)[82]. Tylko nieliczni są w stanie podjąć decyzję o opuszczeniu majątku na własną rękę. Większość czeka do ostatniej chwili, łudzi się bowiem, że najgorsze się nie wydarzy. Ci ludzie drżą o własny los i dom rodzinny, ale wbrew wszelkiej logice przejmują się wciąż tym, że majątki nie przygotowują się do wiosennych zasiewów. 16 lutego (na cztery dni przed przejęciem posiadłości na cele reformy) Stanisław Turnau z Wlonic notuje:
Obecnie żyjemy ciągle w zawieszeniu, rzeczy mamy częściowo w walizkach. Nie wiemy, czy z wiosną osiądziemy w mieście, czy też trzeba się będzie kłopotać o wiosenne zasiewy. To oczekiwanie jest bardzo ciężkie, tym bardziej że każdy dzień stracony dezorganizuje coraz więcej warsztat rolny, pozbawia go środków produkcji, utrudnia zdobycie zboża siewnego. Cały system komisarzy i milicji prowadzi tylko do rabunku, próżniactwa i rozstroju[83].
Maria Walewska z Kowali wspomina z goryczą:
Chęć podjęcia czynnego życia i pracy nurtowała nas, ale jakąż pracę mogliśmy rozpocząć "w cieniu ustawy o reformie rolnej"? Patrzyliśmy na zupełnie zdezorganizowane i do reszty dewastowane gospodarstwo w Kowali, będącej przecież cząstką organizmu gospodarczego Polski, i nie mogliśmy ani ofiarować swojej pracy, ani wystąpić z jakąś inicjatywą produkcyjną. Barometr społeczny wskazywał na zmianę, a myśmy ciągle nie wiedzieli: jak ta zmiana będzie wyglądać? [...] Szamotaliśmy się jak ryby w sieci. Pojechać do Radomia. Coś się dowiedzieć. Jakie są dalsze losy wojny? Gdzie toczą się walki? Co się dzieje w Polsce? W Warszawie? W Lublinie? W Radomiu?[84]
Wywłaszczenie - doświadczenie ziemian, pamięć chłopów
W końcu jednak nadchodzi moment, gdy ziemianie muszą ostatecznie opuścić swoje domy. Wyjeżdżają sami, nie wytrzymują bowiem napięcia. Są brutalnie wyrzucani z domu, czasami jednocześnie aresztowani. "Ustawowo" mają na wyjazd trzy dni, ale bywają one skrócone do doby albo rozciągnięte do tygodni. W odróżnieniu od okresu bezkrólewia, który w pamięci wsi nie zachował się zupełnie, wyjazd ziemian został zapamiętany, choć pamięć ta jest mocno zróżnicowana. Ludwik Hieronim Morstin z Pławowic wyjeżdża sam kilka dni po przybyciu komisarza Sławomira Lenartowicza. Wspomnienia dzisiejszych mieszkańców Pławowic o tym wydarzeniu są bardzo oględne. Janina Nowak (ur. 1922), mieszkająca w 1945 roku w tak zwanych chałupkach, czyli małych domkach położonych tuż przy parku pałacowym, mówi:
Jak się skończyła wojna, to słyszałam to tylko, że tylko w nocy poszli. Morstinowie. (Odjechali stąd). Nie odjechali. Poszli. A czy pojechali dalej gdzie, czy tam ktoś czekał gdzie na nich, to nie wiem. Tylko, że wynieśli się w nocy. Ani nikt nie wiedział. Nawet służba nie wiedziała. To to słyszałam od tej Bartoszki, ona była kucharką[85].
Władysław Jeziorski (ur. 1933), syn fornala, stwierdza dość obojętnie: "Nikt ich nie wyganioł. [...] No i hrabia zabroł się, poszedł"[86]. Jedynie Zofia Gasińska (ur. 1931), również urodzona w czworakach, bardzo emocjonalnie opowiada:
Jak Ruski przyszedł, to wysiedlił ich. I oni, biedaki, pojechali. Każdy ich żałował, bo dobrzy byli dla ludzi. (Czyli jak to było? Oni sami wyjechali czy ich wyrzucili?) Wysiedlili ich. Kazali im się wynieść, to wynieśli się. To płakała hrabina i jechała. Jakby to komu krzywdę zrobiła[87].
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.