2
20 sierpnia 1980 roku, kiedy przerażający płacz obwieścił przyjście na świat Tomasza, pierwszego i, jak się miało okazać, zarazem ostatniego potomka Huberta i Izabeli Kellerów, ludzka cywilizacja była w stanie wojny. Wojny trwającej od ponad stu lat, w której walkę, na niespotykaną dotąd skalę, toczono z wszystkimi znanymi medycynie przyczynami ludzkiej śmiertelności. Hubert i Izabela od kilku lat należeli do awangardy tych sił i w następnych latach dołożyli wiele cegiełek do budowanego przez naukę muru, który coraz skuteczniej oddzielał życie od śmierci. Najważniejszą z tych cegiełek miało być ich dziecko.
Tomasz był synem Huberta i Izabeli, był więc Kellerem. Ale jednocześnie nim nie był. Łączyły go z rodzicami więzy krwi, geny i wspólne wartości, a także zawód. Ale też dzieliło go od nich wszystko, tak jak wszystko dzieli człowieka od człowieka. Dla rodziców był jednak największym skarbem. Był potomkiem rodu, który zapoczątkował Rudolf Keller, prapradziadek Huberta.
Hubert Aleksander Keller, syn Adolfa Kellera i Heleny z domu Kołodziej, urodził się w 1953 roku w Katowicach, zwanych wtedy Stalinogrodem. Jego rodzina mieszkała w tym mieście od czterech pokoleń. Jednak ani jego ojciec, ani tym bardziej dziadek, pradziadek i prapradziadek nie nazywali siebie katowiczanami. Wywodzili się z Panewnik, które dopiero rok przed narodzinami Huberta dołączyły do stolicy Górnego Śląska.
Kellerowie byli rodziną górniczą. Gdy w 1880 roku siedemnastoletni Rudolf Keller przybywał na te ziemie z podpszczyńskiej wsi składającej się z zaledwie dwóch ulic i pięciu domów, wybierał lepszą przyszłość, jaką gwarantowała praca w ligockiej kopalni "Szadok". Po jej zamknięciu w 1883 roku dołączył do obsady pobliskiej "Kleine Helene", która z kolei w 1899 roku stała się częścią kopalni "Oheim", ta zaś w późniejszych latach, gdy Śląsk stał się polski, została przemianowana na kopalnię "Wujek". Tam, po trzech latach, dołączył do niego najukochańszy syn, Alojz. I tak zaczęła się półwieczna tradycja męskich potomków Kellerów. Śladami Rudolfa i Alojza poszedł również syn tego drugiego, Achim, a następnie syn Achima, Adolf. Historia rodu znaczona i w pewnym stopniu wytyczana była dynamicznymi zmianami, jakim poddawane były te tereny od połowy XIX wieku. Najstarsza wzmianka o Panewnikach pochodziła z urbarza dóbr kameralnych pszczyńskich i datowana była na 1586 rok. Przez następne stulecia Panewniki pozostawały wsią rolniczą. W 1645 roku właściciele księstwa pszczyńskiego wybudowali w tym miejscu kuźnicę, a w późniejszych latach powstały młyn i tartak. Najistotniejsza zmiana nastąpiła w 1837 roku, kiedy to książę pszczyński postawił w tym miejscu dwa piece fryszerskie.
W 1880 roku, gdy Rudolf przybył do Panewnik, nie były one już dziewiczymi terenami utrzymującymi się z rolnictwa. Do głosu zaczynał dochodzić przemysł. Przemysł, który przez cały kolejny wiek pochłonął życie tysięcy ludzi, w tym przedstawicieli rodu Kellerów, a mimo to stał się wizytówką nie tylko tych terenów, ale także całej stolicy Górnego Śląska. W 1845 roku w Panewnikach otwarto hutę "Ida", która odziedziczyła imię po zmarłej żonie księcia pszczyńskiego Jana Henryka X Hochberga, Idzie von Stechow. I chociaż huta została wygaszona już w latach 60. XIX wieku, znacząco wpłynęła na charakter okolic.
Rudolf przybył do Panewnik koleją, co było możliwe dzięki temu, że w 1852 roku pobliską Ligotę przecięły tory kolejowe, którymi dowożono węgiel z książęcej kopalni w Murckach do huty "Ida". Nieprzypadkowo pierwszą stacją kolejową była "Idaweiche", nazwana tak od ufundowanego przez księcia pszczyńskiego zakładu. Kolej pozwoliła nie tylko na rozwój przemysłu, ale także Panewnik jako ośrodka letniskowego, jakim w późniejszych latach stały się one dla mieszkańców Katowic.
Na przełomie XIX i XX wieku życie toczyło się tu niejako dwutorowo. Szybki rozwój przemysłu (kopalń i pobliskich zakładów chemicznych) wymagał ofiar; naznaczony był licznymi, w większości tragicznymi zgonami. Z drugiej okoliczne łąki i stawiane przy nich zajazdy, takie jak Leśny Zamek przy dzisiejszej ulicy Franciszkańskiej - ze stawem i ogrodem restauracyjnym, w którym latem organizowano koncerty - ściągały w te rejony spragnionych rekreacji admiratorów życia i przyrody. Czerń kopalnianej śmierci spotykała się tu zatem z niosącą nadzieję zielenią traw i lasów.
Kellerowie budowali świetność tych terenów, ale i użyźniali ich glebę swoją krwią. Rudolf, który wywodził się z głęboko wierzącej katolickiej rodziny, pomagał wznosić mury miejscowej bazyliki należącej do zakonu franciszkańskiego. W kolejnych latach ślub w tym kościele brali jego syn, wnuk i prawnuk. Alojz, jego syn spłodzony z niejaką Fridą, która posługiwała najpierw w starej karczmie, a potem w zajeździe Schwertfegerów, własnymi rękami, po szychcie w kopalni "Oheim", budował szkołę w Panewnikach. W budynku ukończonym w 1913 roku uczył się jego syn i wnuk. Alojz brał także udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich. Z kolei jego syn, Achim, był jednym z pierwszych członków założonego w 1923 roku chóru mieszanego "Wanda", w którym poznał swoją przyszłą żonę, Marię. Z córką właściciela winiarni Waldfrieden, zwanej potocznie Domem Marji, wielokrotnie spotykali się pod słynnym dębem, pod którym według legendy, wypoczywał król Jan III Sobieski w drodze na Wiedeń. Pod tym samym dębem spotykali się w młodych latach ojciec i dziadek Achima.
Ślub Achima i Marii był lokalnym wydarzeniem i odbył się z niespotykaną dotąd pompą w Leśnym Zamku. Owocem ich burzliwego związku był Adolf Keller, pierwszy w rodzinie, który najpierw z wyróżnieniem ukończył Publiczną Szkołę Podstawową imienia Jana III Sobieskiego w Panewnikach, a następnie Szkołę Ogólnokształcącą Koedukacyjną Stopnia Podstawowego i Licealnego, przemianowaną później na VII Liceum Ogólnokształcące. Liceum, które w przyszłości ukończyć miał także jego syn Hubert i wnuk Tomasz. Niewątpliwe sukcesy w oświacie nie uchroniły Adolfa przed jego przeznaczeniem, jakim było pójście śladem męskich członków rodu Kellerów.
Aż do połowy XX wieku historia ludzkości była przede wszystkim historią mężczyzn, bo to oni zarabiali na chleb i rodzinę. Gdy ich brakowało, obowiązek zapewnienia bytu spadał na ich synów. A nad rodziną Kellerów ciążyło podwójne fatum. Po pierwsze w każdym pokoleniu dorosłego wieku mógł dożyć tylko jeden mężczyzna. Kellerowie we wszystkich pokoleniach byli bardzo bogobojną i gorliwie wierzącą rodziną, jednak nikt do końca nie potrafił pojąć mądrości Bożej i Bożego planu w tym wymiarze. Nawet Frida, która miała wiele czasu na przemyślenia, dożywając dziewięćdziesięciu siedmiu lat i tym samym przeżywając nie tylko swojego męża i syna, ale także wnuka, nigdy nie zrozumiała Bożego planu.
Wszystko zaczęło się od nestora panewnickiego rodu, Rudolfa. Jego matka urodziła mu jeszcze dwóch braci, Hansa i Jacoba, niestety pierwszego z nich zabrała błonica, drugiego odra. Nie inaczej było z synami Rudolfa i Fridy: dorosłości dożył jedynie Alojz. Jego starszy brat, Zygmunt, podobnie jak Hans, w wieku sześciu lat zapadł na błonicę i odszedł do lepszego świata, jak zwykła mawiać jego matka. Młodszemu nawet nie było dane obejrzeć tego gorszego, ponieważ Frida poroniła. Historia zatoczyła nieubłaganie koło także w przypadku Achima i Adolfa. Drugi syn Achima zmarł nagle w wieku dwóch lat i nikt nie był w stanie orzec przyczyny zgonu. Gdyby możliwości diagnostyczne medycyny były tak duże, jak w roku urodzin jego prawnuka, Tomasza Kellera, być może lekarzom udałoby się trafnie określić, że za śmierć odpowiadało ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia, autoimmunologiczna choroba mózgu bardzo podobna do stwardnienia rozsianego, która najczęściej atakuje dzieci poniżej dziesiątego roku życia. Adolf wolał nie ryzykować i poprzestał z Heleną na pierwszym synu, który urodził się zdrowy i tak miało pozostać na długie lata. Oczywiście w rodzinie Kellerów w młodości umierali nie tylko chłopcy. Śmierć zabierała także dziewczynki, ale o nich przekazy rodzinne milczały. Hubert pamiętał ostatnie opowieści snute przez praprababkę, jednak ta nigdy nawet nie zająknęła się o siostrach Alojza, Achima czy Adolfa.
Nad Kellerami ciążyło jeszcze drugie fatum: śmierć zbyt szybko zrzucała ciężar odpowiedzialności za rodzinę na pierworodnych. Począwszy od Rudolfa aż do Achima, wszyscy odchodzili przedwcześnie. Najdłużej żył Rudolf, który w wieku 51 lat zmarł na skutek powikłań po grypie. Alojz nie dożył nawet czterdziestki. Umierał powoli i w męczarniach, choć nikt nie wiedział, co było tego przyczyną. Ponieważ do powszechnego użytku nie weszły jeszcze urządzenia wykorzystujące odkrycie Wilhelma Roentgena z 1895 roku, nikt nie był w stanie zdiagnozować raka płuc. Z kolei Achim zmarł już w wieku trzydziestu sześciu lat na niewydolność krążeniową.
W 1970 toku czterdziestoczteroletniego Adolfa miał spotkać ten sam los co jego dziadka. Tym razem jednak Adolf - którego kaszel do czasu pojawienia się krwi brano za objaw przeziębienia - w towarzystwie żony udał się na badanie do przychodni znajdującej się naprzeciwko ligockiego kina Bajka, do którego pod koniec lat sześćdziesiątych często chodził z synem. W przychodni pojawił się aparat rentgenowski, dzięki któremu ustalono ponad wszelką wątpliwość, że Adolf ma raka płuc. Zanim jednak ojciec Huberta odszedł do lepszego świata, jak mawiała jego prababka, jako pierwszy w rodzinie skojarzył zbyt wczesną śmierć ojca i dziadka z miejscem ich pracy. Znacznie wcześniej, bo już w 1952 roku, gdy urodził się wyczekiwany przez niego syn Hubert, obiecał sobie, że ten nigdy nie postawi stopy w żadnej ze śląskich kopalń ani hut. Pragnął lepszego i dłuższego życia dla swojego najukochańszego dziecka.
Hubert odziedziczył intelekt po ojcu, a urodę po matce - obiekcie westchnień całego Kokocińca, na którym znajdował się rodzinny dom Kellerów. Achim i Adolf byli pierwszymi mężczyznami w rodzinie Kellerów, którzy potrafili pisać i czytać, ale dopiero Hubert zrobił z tej umiejętności właściwy użytek. Od najmłodszych lat wykazywał zainteresowanie przyrodą, pilnie ucząc się w szkole podstawowej, a potem w liceum. Nauczyciele doceniali szczególnie jego zainteresowanie przedmiotami ścisłymi, w tym matematyką. Trochę gorzej było z językiem polskim i rosyjskim, do którego Hubert w ogóle się nie przykładał. Ale dopiero w liceum z całą mocą wybuchła jego pasja do nauki, a szczególnie do biologii. Zawdzięczał to Jadwidze Urban, która uczyła Huberta matematyki i biologii. To ona dostrzegła jego potencjał i od pierwszej klasy liceum poświęcała mu wiele uwagi, pielęgnując i kształtując jego niezwykły intelekt. To za jej namową Hubert od samego początku liceum wypożyczał z miejscowej biblioteki grube tomiszcza. Znikał potem na długie godziny za drzwiami swojego pokoju. Ten zamieniał się na czas lektury w dżunglę pełną egzotycznych roślin i zwierząt lub ocean z rybami, gąbkami, koralowcami, skorupiakami, wodorostami i wężowidłami, o których ani Adolf, ani Helena nigdy wcześniej nie słyszeli. Miłość do fauny i flory oceanów pchnęła go w świat Juliusza Verne'a i jego Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Dzięki powieści francuskiego autora zakochał się w literaturze fantastycznonaukowej, błyskawicznie pochłaniając także inne klasyki gatunku, jak Podróż do wnętrza Ziemi Verne'a, Wehikuł czasu i Wyspa doktora Moreau Herberta George'a Wellsa czy w końcu Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Jak się miało okazać w późniejszych latach, fantastyka naukowa ukształtowała jego umysł na równi z podręcznikami do biologii i encyklopediami Larousse'a.
Jego pasji do nauki nie osłabiła nawet niespodziewana śmierć ojca, którą bardzo ciężko przeżył. Gdy w 1971 roku kończył VII Liceum Ogólnokształcące jako najlepszy uczeń ze swojego rocznika, matka kategorycznie wybiła mu z głowy pracę w kopalni. Jej mąż wiele lat wcześniej wymógł na niej obietnicę, że nie pozwoli ich jedynemu dziecku na wybór takiej drogi życiowej. Helena od lat sześćdziesiątych miała stabilną i dobrze płatną pracę na stanowisku sekretarki w Centrali Zaopatrzenia Hutnictwa w Katowicach. Zachęcała syna do podjęcia studiów w Krakowie. Do tego samego namawiała Huberta pani Urban i to jej ostatecznie zawdzięczał przenosiny do stolicy Małopolski. Jesienią 1971 roku rozpoczął studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kiedy jednak w 1973 roku na Uniwersytecie Śląskim powstał Wydział Biologii i Ochrony Środowiska, Hubert powrócił do Katowic. Tęsknił za matką i rodzinnym domem. Nie odpowiadała mu także specyficzna atmosfera Uniwersytetu Jagiellońskiego. Początkowo wprawdzie miał pewne wątpliwości, czy dobrze zrobił, przekreślając dwa lata studiów, ale odkąd w październiku 1973 roku poznał Izabelę Drelich, nigdy już nie kwestionował swojej decyzji.
Studiowali w tej samej grupie i zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. A właściwie od pierwszej rozmowy o bakteriofagach odkrytych niezależnie przez Ernesta Hankina w 1896 i Fredericka Tworta w 1915. Huberta interesowała przede wszystkim działalność instytutu we Wrocławiu (rodzinnym mieście Izabeli) wykorzystującego fagi w leczeniu posocznicy, czyraka i dróg moczowych, w profilaktyce oraz leczeniu pooperacyjnych i pourazowych infekcji, ale również infekcji płuc i choroby nowotworowej. Z kolei Izabelę fascynował fakt, że dopiero dzięki nim dokonano wielu kluczowych odkryć, w tym wykazano, że DNA jest materiałem genetycznym. Osobom postronnym ich pierwsza rozmowa musiała przypominać dialog istot pozaziemskich, lecz dla nich w tamtej chwili liczyło się tylko to, że poza sobą nie widzieli świata. I tak miało już pozostać do ostatnich dni ich wspólnego życia.
Hubert, choć był otwarty na świat i odkrycia naukowe, co w znacznym stopniu różniło go od jego przodków, górników przywiązanych do etosu ciężkiej, fizycznej harówki, dzielił z nimi żarliwą wiarę religijną. Wzrastał w domu, w którym, mimo panującej w Polskiej Republice Ludowej niechęci władz do korzystania przez obywateli z "opium dla mas", jak nazwał religię Karol Marks, wiara stanowiła absolutny fundament życia rodzinnego. Każde święto, poczynając od Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a kończąc na Bożym Ciele i Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, było celebrowane z radością i powagą, a przy tym stanowiło okazję do spotkań rodzinnych, które zaczynały się i kończyły modlitwą. Między innymi owo przywiązanie do religii sprawiło, że Izabela była pierwszą prawdziwą miłością Huberta. Oczywiście w liceum zdarzyło mu się pocałować raz czy dwa Dorotę Felicjańską, którą zaprosił na studniówkę, ale nic więcej między nimi nie zaszło. Co innego Izabela. Mimo swoich przekonań, zgodnie z którymi seks był możliwy dopiero po oficjalnym zawarciu ślubu, Hubert wylądował z nią w łóżku już dwa tygodnie po pierwszym spotkaniu. A potem kochali się długo i namiętnie, gdy tylko nadarzała się okazja, wciąż spragnieni swoich ciał.
Na dziecko czekali jednak do końca studiów - zarówno dla Huberta, jak i Izabeli fizyczność partnera była pociągająca, ale najbardziej podniecał intelekt. Oboje mieli w sobie coś z wizjonerów. Wyraźnie przeczuwali, jak wielką rolę w nadchodzących latach odegra biologia, w tym biochemia, biofizyka czy biotechnologia. W miarę możliwości śledzili także rozwój genetyki i jej wpływ na medycynę. Był czas, kiedy oboje myśleli o karierze lekarskiej, jednak lekarz był tylko tym, który w praktyce stosował wyniki badań i odkryć wielkich biologów. To biologia była nauką o życiu. A życie we wszystkich jego przejawach interesowało ich najbardziej.
Hubert często wracał do opowieści Fridy, a także do historii opowiedzianych mu przez matkę, które przekazała jej nestorka rodu. Często zastanawiał się, jak potoczyłoby się życie Rudolfa i Alojza, gdyby szczepionkę na błonicę wynaleziono wcześniej, a nie dopiero w 1923 roku. Miał też świadomość, że gdyby obowiązkowych szczepień dla wszystkich dzieci poniżej dziesiątego roku nie wprowadzono już w roku 1936, on również mógł podzielić los Hansa i Zygmunta. To samo dotyczyło odry, na którą szczepionkę odkryto, kiedy on uczył się w szkole podstawowej - czy gdyby odkryto ją wcześniej, Jacob miałby szansę dożyć pełnoletności, a może nawet przeżyć swojego ojca?
W czasach gdy Hubert dorastał, świat wokół niego zmieniał się nie do poznania. Znaczący spadek umieralności wśród dzieci zawdzięczano między innymi rozwojowi mikrobiologii. Chociaż pierwsze szczepienia ochronne, za sprawą angielskiego lekarza Edwarda Jennera, pojawiły się ponad sto pięćdziesiąt lat przed narodzeniem Huberta, a w Polsce jego metodę walki z ospą Hiacynt Dziarkowski, Wojciech Jerzy Boduszyński i Franciszek Neuhauser stosowali już w latach 1801-1802, przez ostatnie dwa wieki rozmaite mikroby pustoszyły ludzkość. Ospę udało się wyeliminować dopiero w latach trzydziestych XX wieku. Na szczepionkę przeciw gruźlicy trzeba było czekać do 1921 roku, a na pierwsze szczepienia w Polsce do 1926. Hubert nie załapał się na jej obowiązkowe podawanie noworodkom - stosowano to dopiero od 1955. Na szczepionki przeciw krztuścowi i tężcowi czekano do połowy lat dwudziestych, a polio czy różyczkę powstrzymać mogły dopiero odkrycia z 1959 i 1969 roku. A to była tylko jedna z dziedzin zawdzięczających sukcesy dynamicznemu rozwojowi biologii i jej bliskiej współpracy z medycyną.
Hubert, jak mało kto, wierzył w możliwości biologii i medycyny, uznając je za niemal nieograniczone. Ale w późniejszych latach nawet jemu zdarzały się chwilę zwątpienia. Wtedy wracał pamięcią do tych chwil, gdy - jeszcze w czasach studiów - leżeli z Izabelą na stojącej w ich salonie kanapie z serii Liwia (którą Helenie udało się wystać w długiej, całonocnej kolejce) i przeglądali wykresy pokazujące spadek śmiertelności w ostatnich dziewięćdziesięciu latach. Począwszy od 1880 roku - od tego bowiem roku zaczynały się wszystkie statystyki - słupki zachorowań i śmiertelności na błonicę, odrę, krztusiec-koklusz czy szkarlatynę systematycznie malały. W latach siedemdziesiątych notowano rekordowo niskie wartości. O ile jeszcze w 1900 roku choroby zakaźne w Europie pochłaniały średnio 474 na 100 tysięcy mieszkańców, co stanowiło 29 procent ogólnej umieralności rocznej, o tyle w roku 1970 zgonów było już 75, czyli ledwie 8 procent rocznej umieralności.
Pojawiły się jednak nowe problemy do rozwiązania. Choroby zakaźne zastąpił rak. Nowotwory, które w 1900 roku stanowiły ledwie cztery procent ogólnej umieralności, w 1970 zabijały już ponad czterokrotnie więcej ludzi niż przed siedemdziesięciu laty. Żniwo zaczęły zbierać także choroby cywilizacyjne, będące wynikiem stresu, chorób nerwowych i psychicznych, ale także skutków spożywania alkoholu (m.in. marskość wątroby), nieprzystającego do poprawiających się warunków życia sposobu odżywiania, powodującego otłuszczenie organizmu i cukrzycę, oraz palenia. Świat zmieniał się błyskawicznie, a wraz z nim przyczyny śmiertelności, Hubert i Izabela wierzyli jednak, że biologia wciąż może pomagać medycynie święcić kolejne triumfy w walce ze śmiercią.
To przekonanie przekazali synowi, który przyszedł na świat na porodówce Okręgowego Szpitala Kolejowego w Katowicach. Hubert, mimo rodowego fatum, chciał, by Tomasz, tak jak jego prapradziadek, pradziadek, dziadek i ojciec, urodził się na panewnickiej ziemi - kolebce rodu Kellerów. Choć narodzinom Tomasza towarzyszył typowy dla wszystkich rodziców niepokój o zdrowie dziecka, nie było do niego większych podstaw. Jeśli chodzi o przeżywalność noworodków, medycyna od początku XX wieku odnosiła spektakularne zwycięstwa. Na przykład, o ile w Wielkiej Brytanii u progu dwudziestego stulecia śmiertelność niemowląt charakteryzował stały i dość wysoki współczynnik 150 promili, co oznaczało, że umierało 15 procent noworodków, o tyle po drugiej wojnie światowej spadł już do zaledwie 10, czasami 20 promili. Można było więc zaryzykować twierdzenie, że medycyna od stu lat konsekwentnie dążyła do tego, by ten "lepszy świat", o którym mówiła Frida, zapewnić dzieciom i dorosłym już tu, na Ziemi.
Oczywiście historia walki ze śmiercią była dużo dłuższa i w poprzednich stuleciach również odnotowała znaczące sukcesy. Od połowy XVIII wieku dżuma już nie nawiedzała Europy i nie zabierała ze sobą 90 procent mieszkańców wsi i miasteczek, jak to miało jeszcze miejsce w połowie XIV wieku. Medycynie i nauce udało się także wydłużyć życie ludzkie. Gdy w XIII wieku i późniejszych stuleciach połowa populacji nie osiągała nawet dwudziestego roku życia, od końca XVIII wieku, a więc od czasów oświecenia, które z niespotykaną dotąd w czasach nowożytnych siłą kładło nacisk właśnie na rozwój nauki i medycyny, średnia długość życia zaczęła nieustannie rosnąć i tak było aż do 2016 roku. To oświecenie położyło podwaliny pod wszystko to, co wydarzyć się miało w dwóch kolejnych stuleciach. Uspokoiło ludzi, przekonało, że śmierć nie jest karą boską zrzucaną na nich bez ostrzeżenia. Sprawiło, że ludzkość zaczęła z nią walczyć i wierzyć w to, że być może kiedyś uda się ją pokonać.
Ten cel przyświecał także Hubertowi i Izabeli. Chcieli uczynić świat nowym, lepszym dla wszystkich ludzi. Badania i eksperymenty, jakie prowadzili w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, walnie się do tego przyczyniły. Ale w ich przypadku najważniejsza okazała się decyzja o spłodzeniu potomka. Tomasz stał się ich największym wkładem w rozwój nauki, a przede wszystkim szeroko rozumianej biologii. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie przekazali mu swojej wiedzy, ale także spojrzenia na świat - napędzającego ich każdego dnia przekonania, że rzeczywistość wokół można zmieniać na lepsze. Tomasz święcie w to wierzył do piętnastego roku życia. Kroczył śladami Huberta i Izabeli niczym ich cień. Jednak w 1996 roku zdarzyło się coś, co ostatecznie zdecydowało o jego drodze życiowej i o tym, co miał w przyszłości osiągnąć. I wydarzenie to było na równi istotne z jego narodzinami. Ale to stała historia w dziejach ludzkości i wspomagającej ją nauki: najważniejsze chwile to te, w których śmierć spotyka się z narodzinami - a dokładniej z narodzinami idei.