Bycie w śmierci - Mikołaj Marcela

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (24,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Słoń­ce wze­szło nad po­la­ną. Mia­ło ko­lor ogni­ska, któ­re roz­pa­li­ło się już na do­bre. Brat Tom­ma nie wie­dział, jaki to dzień. Ale ja wie­dzia­łem. Tom­ma nie li­czył już ko­lej­nych dni ty­go­dnia, a mie­sią­ce i lata mia­ły dla nie­go jesz­cze mniej­sze zna­cze­nie. Czas od daw­na nie biegł do przo­du - od daw­na, czy­li od 21 kwiet­nia 1996 roku. Czas stał w miej­scu, a wła­ści­wie za­ta­czał koło. Po­czą­tek każ­de­go no­we­go cy­klu wy­zna­czał wschód słoń­ca. Prze­szłość nie była już istot­na, przy­szłość nie prze­ra­ża­ła nie­zna­nym. Była tyl­ko te­raź­niej­szość. Te­raź­niej­szość, któ­ra za­czę­ła się 21 kwiet­nia 1996 roku.

Brat Tom­ma pod­szedł do trój­ki sto­ją­cej w sze­re­gu. Tom­ma - ta­kie imię wy­brał, kie­dy wstę­po­wał do Kul­tu. Kie­dy go za­kła­dał. Był tym, któ­ry wi­dział set­ki, a może na­wet ty­sią­ce wscho­dów słoń­ca ta­kich jak ten. Wi­dział też set­ki po­dob­nych po­lan. I ty­sią­ce zlęk­nio­nych, smut­nych ludz­kich twa­rzy, któ­re, w ob­li­czu wscho­du słoń­ca i to­wa­rzy­szą­ce­go mu tań­ca ję­zy­ków ognia po raz pierw­szy w ży­ciu na­praw­dę się uspo­ka­ja­ły. Ale do­pie­ro po ugry­zie­niu. Do­pie­ro wte­dy.

Te­raz, gdy sta­li je­den obok dru­gie­go, wy­glą­da­li jak dzie­ci przy­stę­pu­ją­ce do pierw­szej ko­mu­nii albo ab­sol­wen­ci szko­ły ocze­ku­ją­cy na wrę­cze­nie dy­plo­mu. Wie­le razy pró­bo­wał, ale nie po­tra­fił się po­zbyć tych sko­ja­rzeń. A może jed­nak jak ska­zań­cy usta­wie­ni w sze­re­gu przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym i ocze­ku­ją­cy na roz­strze­la­nie? Tak, dzi­siaj wła­śnie tak wy­glą­da­li. Nie mu­sie­li trzy­mać li­nii, a mimo to trwa­li bez ru­chu. Wy­pro­sto­wa­ni jak­by po­łknę­li kije, for­mu­jąc ide­al­ny rząd. Gdy za­sta­na­wiał się nad ową na­tu­ral­ną skłon­no­ścią do tego, co nie­na­tu­ral­ne - bo czy ist­nie­je w przy­ro­dzie coś bar­dziej nie­na­tu­ral­ne­go niż ide­al­nie pro­sta li­nia - wła­śnie w niej wi­dział esen­cję ludz­ko­ści. Ludz­ko­ści, któ­rą gar­dził­by, gdy­by jesz­cze pa­mię­tał, jak od­czu­wa się po­gar­dę.

Do­pie­ro ten mały szcze­gół - li­nia utwo­rzo­na przez męż­czyzn - po­ka­zy­wał, do ja­kie­go stop­nia lu­dzie od za­wsze byli i na­dal są by­ta­mi od­cię­ty­mi od na­tu­ry. Mimo apo­ka­lip­sy i nie­mal cał­ko­wi­tej za­gła­dy daw­ne­go świa­ta opar­te­go na kul­tu­rze i tech­no­lo­gii, ich cia­ła wciąż przy­pi­sa­ne były do tam­tej rze­czy­wi­sto­ści. Wciąż nie­świa­do­mie po­wie­la­ły wdru­ko­wa­ne im przez lata od­ru­chy, sil­niej­sze od tych przy­ro­dzo­nych. Cho­ciaż wszy­scy trzej byli do­brze zbu­do­wa­ni i wy­glą­da­li na sil­nych i spraw­nych, w środ­ku byli sła­bi. Zła­ma­ni. W tym Tom­ma róż­nił się od resz­ty ludz­ko­ści. On to wie­dział i ja to wie­dzia­łem. Po­zna­łem ty­sią­ce, a na­wet mi­lio­ny po­dob­nych jemu, głup­ców i ge­niu­szy, ale tyl­ko on był praw­dzi­wie inny. On ro­zu­miał, choć nie do koń­ca. Ale zro­zu­miał.

Jed­nak męż­czyzn nie zła­ma­ła apo­ka­lip­sa. Zo­sta­li roz­trza­ska­ni wie­le lat temu, naj­praw­do­po­dob­niej już w mło­do­ści. To wte­dy sta­li się za­kład­ni­ka­mi po­rząd­ku, norm, za­sad - wszyst­kie­go, co sta­ło u pod­staw ludz­kiej cy­wi­li­za­cji. Cy­wi­li­za­cji, któ­ra od­bie­ra czło­wie­ko­wi dzi­kość zwie­rzę­cia i czy­ni go ule­głym, skłon­nym do współ­pra­cy, dzię­ki po­skro­mie­niu cza­ją­cej się w jego wnę­trzu be­stii. Nikt ni­g­dy nie chciał tego przy­znać, ale cy­wi­li­za­cja ho­do­wa­ła ludz­kość - tre­so­wa­ła i chcia­ła z niej uczy­nić po­tul­ne zwie­rząt­ka do­mo­we. Ale na­wet to się nie uda­ło, bo czło­wiek nie był na­wet zwie­rzę­ciem.

Wie­le razy za­sta­na­wiał się nad tym, kie­dy był jesz­cze To­ma­szem Kel­le­rem, a nie Bra­tem Tom­mą. Choć ni­g­dy nie było To­ma­sza Kel­le­ra, tak jak nie było Bra­ta Tom­my. Byli róż­ni To­ma­sze i róż­ni bra­cia Tom­my. Inny był To­mek przed 21 kwiet­nia 1996 roku, inny był To­masz przed pew­nym li­sto­pa­do­wym dniem 1997 roku, a jesz­cze inny przed 9 wrze­śnia 2014 roku. Ni­g­dy nikt nie jest sobą, każ­de­go dnia jest kimś in­nym, nie lep­szym, nie gor­szym - po pro­stu kimś in­nym. Te­raz już o tym wszyst­kim nie my­ślał. Już wte­dy czuł od­ra­zę do tego, czym była ludz­kość. Z każ­dym dniem uświa­da­miał so­bie, że była ża­ło­snym ga­tun­kiem. Nie był już na­wet zwie­rzę­ciem my­ślą­cym (Ani­mal ra­tio­na­le czy Ani­mal sa­piens), za­miast tego stał się czło­wie­kiem my­ślą­cym (Homo sa­piens). A czym się róż­ni zwie­rzę od czło­wie­ka? Tyl­ko jed­nym: świa­do­mo­ścią śmier­ci.

Co­kol­wiek lu­dzie ro­bią, na­bie­ra sen­su dzię­ki wie­dzy o tym, że cze­ka ich kres. Wszyst­ko, nad czym tak mo­zol­nie pra­co­wa­li i na­dal pra­cu­ją, by nadać zna­cze­nie ab­sur­dal­ne­mu ży­ciu, bez śmier­ci nie mia­ło­by war­to­ści. Ludz­ka kul­tu­ra, bez któ­rej czło­wiek nie wy­obra­ża so­bie ży­cia - za­czy­na­jąc od na­uki i tech­ni­ki, a koń­cząc na sztu­ce i po­li­ty­ce - bie­rze swój po­czą­tek w miej­scu tra­gicz­ne­go spo­tka­nia wiecz­no­ści ludz­kie­go du­cha ze śmier­tel­no­ścią jego fi­zycz­ne­go cia­ła. Tom­ma prze­niósł wzrok na isto­tę, któ­ra sta­ła te­raz na­prze­ciw­ko trzech męż­czyzn. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na­ła lu­dzi: mia­ła iden­tycz­ną bu­do­wę ana­to­micz­ną i wy­gląd ze­wnętrz­ny. Tym jed­nak, co róż­ni­ło ją od sto­ją­cej przed nią trój­ki, były oczy. W jej spoj­rze­niu próż­no było szu­kać lęku czy ra­do­ści - nie było w nim żad­nych emo­cji. Była pust­ka. I peł­nia. Ten ro­dzaj peł­ni, ja­kiej moż­na do­znać po ty­go­dnio­wej gło­dów­ce, kie­dy brak za­czy­na być sy­cą­cy, a głód nie­istot­ny. To wła­śnie wy­ra­żał nie­ru­cho­my wzrok isto­ty. Była za­ra­zem pu­sta we­wnątrz i na­sy­co­na.

Brat Tom­ma spo­glą­dał z tym sa­mym spo­ko­jem w oczy isto­ty, któ­ra nie­zdar­nie po­stą­pi­ła krok w stro­nę trój­ki. Lu­dzie za­drże­li. Bali się nie­wia­do­me­go. Bali się śmier­ci. Cho­ciaż przy­go­to­wy­wa­li się do tego od ty­go­dni, na­dal nie mo­gli się po­zbyć lęku.

Tom­ma nie wie­dział, do kogo w prze­szło­ści na­le­ża­ło to idą­ce chwiej­nym kro­kiem cia­ło, któ­re ule­gło już stop­nio­we­mu roz­kła­do­wi. Ale to nie było waż­ne. Wie­dział je­dy­nie, że jest jego Stwo­rze­niem. Jed­nym z wie­lu. Dziec­kiem, któ­re­go ni­g­dy nie do­cze­kał się z żoną. Jed­nak prze­szłość i toż­sa­mość isto­ty nie mia­ły te­raz zna­cze­nia. Li­czy­ło się tyl­ko to, że to coś było szczę­śli­we. Na swój spo­sób. Jak oni wszy­scy. Nie bało się już ni­cze­go, bo nie mu­sia­ło bać się śmier­ci. Żyło w śmier­ci, a ona w nim. Praw­dzi­wa ko­mu­nia, któ­rej do­świad­czyć mia­ła trój­ka sto­ją­ca przed isto­tą. Tom­ma pod­szedł do pierw­sze­go męż­czy­zny. Dłu­gie, czar­ne wło­sy, śred­ni wzrost, atle­tycz­ne cia­ło z wy­raź­nie za­ry­so­wa­ny­mi mię­śnia­mi, po­cią­gła, pięk­na twarz. Typ me­fi­sto­fe­licz­ne­go przy­stoj­nia­ka, któ­ry jesz­cze kil­ka lat temu ni­g­dy nie po­my­ślał­by o do­bro­wol­nej śmier­ci. Ro­bił ka­rie­rę w fil­mie albo na sce­nie i to ra­czej on przy­pra­wiał in­nych o my­śli sa­mo­bój­cze. Na ogół za­pew­ne ko­bie­ty, któ­re ma­so­wo za­li­czał po ko­lej­nych przy­stan­kach w tra­sie jego roc­ko­wej ka­pe­li. Był za­du­fa­nym dup­kiem, któ­ry świę­cie wie­rzył w to, że pod­bi­je świat.

Tom­ma spoj­rzał na nie­go, ale po daw­nym umi­ło­wa­niu ży­cia i roz­pu­sty nie było już śla­du. Te­raz na jego ob­li­czu ry­so­wa­ły się zmę­cze­nie i re­zy­gna­cja. Miał dość. Jego wzrok po­wę­dro­wał na nóż, któ­re­go ostrze bły­snę­ło w pro­mie­niach słoń­ca. Za­gryzł zęby i po­ru­szył się nie­znacz­nie, gdy stal ze­tknę­ła się z skó­rą na jego szyi i na­par­ła na nią, upusz­cza­jąc struż­kę krwi. Na­stęp­nie Tom­ma na­ciął dwa po­zo­sta­łe cia­ła. Ma­chi­nal­nie, bez za­sta­no­wie­nia.

We­dług an­tro­po­lo­gów, jed­nym z pierw­szych wy­na­laz­ków umy­słu ludz­kie­go, kie­dy nie mu­siał się już mar­twić o prze­trwa­nie, było usta­no­wie­nie pod­staw ob­rzę­dów i wie­rzeń re­li­gij­nych. Wte­dy lu­dzie sta­li się ludź­mi. Na­ro­dzi­ny i for­my tych pier­wot­nych wy­two­rów nie były zna­ne, jed­nak w prze­kształ­co­nej wer­sji prze­trwa­ły ty­siąc­le­cia. Roz­wój cy­wi­li­za­cji za­cie­rał wagę i zna­cze­nie ry­tu­ałów, od­cho­dząc od tra­dy­cji. Ale we­dług Bra­ta Tom­my - zgod­nie z wy­zna­wa­ną przez nie­go teo­rią wiel­kie­go po­wro­tu, ale i wie­dzą, któ­rą zdo­był w swo­im po­przed­nim ży­ciu - aby coś za­koń­czyć, na­le­ży po­wró­cić do po­cząt­ku.

Dla­te­go trzej męż­czyź­ni sta­li tu przed nim. Byli go­to­wi. Albo przy­naj­mniej wy­da­wa­ło im się, że doj­rze­li do ry­tu­ału przej­ścia - ini­cja­cji, któ­ra po­zwo­li im po­rzu­cić daw­ną, ludz­ką for­mę. Są­dzi­li, że doj­rze­li do prze­mia­ny i od­ro­dze­nia. Co cie­ka­we, to wła­śnie w pra­sta­rych ob­rzę­dach trwa­ła na­dal pa­mięć o praw­dzi­wym po­cho­dze­niu czło­wie­ka, o któ­rym tak ła­two za­po­mi­na­no w ko­lej­nych ty­siąc­le­ciach. O jego związ­kach z kró­le­stwem zwie­rząt. Naj­waż­niej­szym ele­men­tem pier­wot­nych ry­tu­ałów było za­da­nie rany sym­bo­licz­nej, czę­sto zwią­za­ne z ob­rze­za­niem. Do­bro­wol­ne sa­mo­oka­le­cze­nie sym­bo­li­zo­wa­ło śmierć i po­now­ne na­ro­dzi­ny. W naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nej wer­sji cho­dzi­ło po pro­stu o przej­ście w do­ro­słość: w przy­pad­ku po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia ry­tu­ału chło­piec sta­wał się męż­czy­zną i był przyj­mo­wa­ny do gru­py wo­jow­ni­ków, dziew­czyn­ka zaś sta­wa­ła się ko­bie­tą i do­łą­cza­ła do ich spo­łecz­no­ści.

Ale były tak­że ob­rzę­dy ma­ją­ce na celu za­pew­nie­nie płod­no­ści, w naj­bar­dziej eks­tre­mal­nej wer­sji obej­mu­ją­ce ka­stra­cję, a w ła­god­niej­szej - ob­rze­za­nie. Ob­rzę­dy ka­stra­cyj­ne, za­po­cząt­ko­wa­ne przez He­ty­tów, a na­stęp­nie prze­ję­te przez ludy se­mic­kie i cy­wi­li­za­cje Azji i Eu­ro­py, swo­ją naj­bar­dziej zna­ną for­mę zna­la­zły w kul­cie bo­gi­ni Ky­be­le we Fry­gii. Męż­czyź­ni, pod­czas or­gia­stycz­nych unie­sień, od­ci­na­li so­bie pe­ni­sy, a na­stęp­nie rzu­ca­li nimi w ko­bie­ty, w ten spo­sób ob­da­ro­wu­jąc je swo­im naj­więk­szym skar­bem. Póź­niej skła­da­li je wraz z ubra­nia­mi w ślub­nej kom­na­cie ma­cie­rzyń­skie­go bó­stwa. Wy­znaw­cy Ky­be­le no­si­li strój ko­bie­cy i dłu­gie wło­sy, by upodob­nić się do płci od­mien­nej. Ce­lem tych za­bie­gów było zy­ska­nie wyż­szej mocy ko­biet, któ­ra nie była dana męż­czy­znom - mocy da­wa­nia ży­cia. Isto­tą ob­rzę­dów była chęć prze­zwy­cię­że­nia śmier­ci przez zy­ska­nie mocy two­rze­nia ży­cia.

Ry­tu­ały przej­ścia mia­ły też po­wią­zać ze sobą człon­ków da­nej gru­py lub ple­mie­nia. Pod tym wzglę­dem ry­tu­ał, w któ­rym bra­li udział trzej męż­czyź­ni sto­ją­cy na po­la­nie, łą­czył w so­bie ce­chy wie­lu naj­star­szych i daw­no już za­po­mnia­nych ce­re­mo­nia­łów. Po­zwa­lał wkro­czyć do zu­peł­nie no­wej, nie­ludz­kiej wspól­no­ty. Jego ce­lem była tak­że prze­mia­na oraz zy­ska­nie mocy two­rze­nia nie­śmier­tel­ne­go i wol­ne­go od lęku przed śmier­cią ży­cia. Ale była jed­na, za­sad­ni­cza róż­ni­ca: ry­tu­ał nie uśmier­cał sym­bo­licz­nie. W tym miej­scu koń­czy­ło się przy­wią­za­nie do sym­bo­li. Męż­czyź­ni umie­ra­li na­praw­dę, by móc żyć wiecz­nie.

Po­grą­żo­na w czę­ścio­wym roz­kła­dzie isto­ta z upior­nym sko­wy­tem zbli­ża­ła sine usta do roz­cię­cia na skó­rze pierw­sze­go z męż­czyzn. Na­stęp­nie za­to­pi­ła w nim zęby. Krzyk roz­darł sło­necz­ny i ci­chy do tej pory świt. Isto­ta, za­ci­ska­jąc moc­no ra­mio­na wo­kół ofia­ry, po­że­ra­ła kęsy tka­nek i na­czyń krwio­no­śnych. Sza­re ubra­nie, ja­kie miał na so­bie męż­czy­zna, ocho­czo przyj­mo­wa­ło spły­wa­ją­cą po opa­lo­nej skó­rze ciem­no­bru­nat­ną krew. Gdy zęby wy­su­nę­ły się z szyi, a ra­mio­na po­lu­zo­wa­ły uścisk, cia­ło osu­nę­ło się na tra­wę. Ręce od­ru­cho­wo pró­bo­wa­ły ta­mo­wać krwo­tok, ale na to było za póź­no. Śmierć, a wraz z nią nie­śmier­tel­ność, już za­do­mo­wi­ły się w męż­czyź­nie. Czuł to z każ­dą ko­lej­ną se­kun­dą, gdy świa­do­mość ucho­dzi­ła z jego umy­słu. Dwaj po­zo­sta­li do­łą­czy­li do nie­go mi­nu­tę póź­niej.

Tom­ma, bio­rą­cy udział w uro­czy­sto­ści wraz z dwo­ma in­ny­mi brać­mi, z za­zdro­ścią (a przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło, bo nie po­tra­fił traf­nie de­fi­nio­wać po­ja­wia­ją­cych się w jego wnę­trzu uczuć) ob­ser­wo­wał do­ko­nu­ją­cą się na jego oczach prze­mia­nę. Męż­czyź­ni, le­żą­cy na zie­lo­no-nie­bie­sko-żół­tym dy­wa­nie utka­nym z tra­wy i let­nich kwia­tów, byli wol­ni. On mu­siał cze­kać, aż prze­mia­nie pod­da­ny zo­sta­nie ostat­ni czło­wiek, a ludz­kość prze­sta­nie ist­nieć. In­ny­mi sło­wy, aż przy­wró­co­ny zo­sta­nie na­tu­ral­ny po­rzą­dek rze­czy.

Gdy ogni­sko za­czę­ło do­ga­sać, a słoń­ce za­ję­ło miej­sce wy­so­ko na nie­bie, zwło­ki jed­ne­go z trzech prze­mie­nio­nych po­ru­szy­ły się i wy­do­by­ły z sie­bie jęk. Od­głos był jed­nak na tyle ci­chy, że nie­mal za­głu­szył go chrzęst bu­tów miaż­dżą­cych tra­wę. Do­cho­dził zza ple­ców Tom­my. To był je­den ze współ­bra­ci. Nie po­win­no go tu być. W ob­rzę­dach mo­gli brać udział tyl­ko do nich po­wo­ła­ni. Obaj o tym wie­dzie­li, a mimo to za­kłó­cił uro­czy­stość prze­mia­ny.

Zbli­żył się do Bra­ta Tom­my. Jego twarz ukry­ta była pod sza­ta­mi li­tur­gicz­ny­mi, po­dob­ny­mi do tych, ja­kie mie­li na so­bie trzej człon­ko­wie Kul­tu Bra­ta Eze­chie­la, prze­pro­wa­dza­ją­cy ce­re­mo­nię. Przy­bysz w mil­cze­niu wy­su­nął w stro­nę Tom­my bia­łą kar­tecz­kę z za­pi­sa­ną od­ręcz­nym pi­smem in­for­ma­cją. Kar­tecz­kę, na któ­rą Tom­ma cze­kał od bar­dzo daw­na. Od­czy­tał ją w my­ślach:

Zna­leź­li­śmy Lenę Mo­ryc.

2

20 sierp­nia 1980 roku, kie­dy prze­ra­ża­ją­cy płacz ob­wie­ścił przyj­ście na świat To­ma­sza, pierw­sze­go i, jak się mia­ło oka­zać, za­ra­zem ostat­nie­go po­tom­ka Hu­ber­ta i Iza­be­li Kel­le­rów, ludz­ka cy­wi­li­za­cja była w sta­nie woj­ny. Woj­ny trwa­ją­cej od po­nad stu lat, w któ­rej wal­kę, na nie­spo­ty­ka­ną do­tąd ska­lę, to­czo­no z wszyst­ki­mi zna­ny­mi me­dy­cy­nie przy­czy­na­mi ludz­kiej śmier­tel­no­ści. Hu­bert i Iza­be­la od kil­ku lat na­le­że­li do awan­gar­dy tych sił i w na­stęp­nych la­tach do­ło­ży­li wie­le ce­gie­łek do bu­do­wa­ne­go przez na­ukę muru, któ­ry co­raz sku­tecz­niej od­dzie­lał ży­cie od śmier­ci. Naj­waż­niej­szą z tych ce­gie­łek mia­ło być ich dziec­ko.

To­masz był sy­nem Hu­ber­ta i Iza­be­li, był więc Kel­le­rem. Ale jed­no­cze­śnie nim nie był. Łą­czy­ły go z ro­dzi­ca­mi wię­zy krwi, geny i wspól­ne war­to­ści, a tak­że za­wód. Ale też dzie­li­ło go od nich wszyst­ko, tak jak wszyst­ko dzie­li czło­wie­ka od czło­wie­ka. Dla ro­dzi­ców był jed­nak naj­więk­szym skar­bem. Był po­tom­kiem rodu, któ­ry za­po­cząt­ko­wał Ru­dolf Kel­ler, pra­pra­dzia­dek Hu­ber­ta.

Hu­bert Alek­san­der Kel­ler, syn Adol­fa Kel­le­ra i He­le­ny z domu Ko­ło­dziej, uro­dził się w 1953 roku w Ka­to­wi­cach, zwa­nych wte­dy Sta­li­no­gro­dem. Jego ro­dzi­na miesz­ka­ła w tym mie­ście od czte­rech po­ko­leń. Jed­nak ani jego oj­ciec, ani tym bar­dziej dzia­dek, pra­dzia­dek i pra­pra­dzia­dek nie na­zy­wa­li sie­bie ka­to­wi­cza­na­mi. Wy­wo­dzi­li się z Pa­new­nik, któ­re do­pie­ro rok przed na­ro­dzi­na­mi Hu­ber­ta do­łą­czy­ły do sto­li­cy Gór­ne­go Ślą­ska.

Kel­le­ro­wie byli ro­dzi­ną gór­ni­czą. Gdy w 1880 roku sie­dem­na­sto­let­ni Ru­dolf Kel­ler przy­by­wał na te zie­mie z pod­psz­czyń­skiej wsi skła­da­ją­cej się z za­le­d­wie dwóch ulic i pię­ciu do­mów, wy­bie­rał lep­szą przy­szłość, jaką gwa­ran­to­wa­ła pra­ca w li­goc­kiej ko­pal­ni "Sza­dok". Po jej za­mknię­ciu w 1883 roku do­łą­czył do ob­sa­dy po­bli­skiej "Kle­ine He­le­ne", któ­ra z ko­lei w 1899 roku sta­ła się czę­ścią ko­pal­ni "Ohe­im", ta zaś w póź­niej­szych la­tach, gdy Śląsk stał się pol­ski, zo­sta­ła prze­mia­no­wa­na na ko­pal­nię "Wu­jek". Tam, po trzech la­tach, do­łą­czył do nie­go naj­uko­chań­szy syn, Alojz. I tak za­czę­ła się pół­wiecz­na tra­dy­cja mę­skich po­tom­ków Kel­le­rów. Śla­da­mi Ru­dol­fa i Aloj­za po­szedł rów­nież syn tego dru­gie­go, Achim, a na­stęp­nie syn Achi­ma, Adolf. Hi­sto­ria rodu zna­czo­na i w pew­nym stop­niu wy­ty­cza­na była dy­na­micz­ny­mi zmia­na­mi, ja­kim pod­da­wa­ne były te te­re­ny od po­ło­wy XIX wie­ku. Naj­star­sza wzmian­ka o Pa­new­ni­kach po­cho­dzi­ła z urba­rza dóbr ka­me­ral­nych psz­czyń­skich i da­to­wa­na była na 1586 rok. Przez na­stęp­ne stu­le­cia Pa­new­ni­ki po­zo­sta­wa­ły wsią rol­ni­czą. W 1645 roku wła­ści­cie­le księ­stwa psz­czyń­skie­go wy­bu­do­wa­li w tym miej­scu kuź­ni­cę, a w póź­niej­szych la­tach po­wsta­ły młyn i tar­tak. Naj­istot­niej­sza zmia­na na­stą­pi­ła w 1837 roku, kie­dy to ksią­żę psz­czyń­ski po­sta­wił w tym miej­scu dwa pie­ce fry­szer­skie.

W 1880 roku, gdy Ru­dolf przy­był do Pa­new­nik, nie były one już dzie­wi­czy­mi te­re­na­mi utrzy­mu­ją­cy­mi się z rol­nic­twa. Do gło­su za­czy­nał do­cho­dzić prze­mysł. Prze­mysł, któ­ry przez cały ko­lej­ny wiek po­chło­nął ży­cie ty­się­cy lu­dzi, w tym przed­sta­wi­cie­li rodu Kel­le­rów, a mimo to stał się wi­zy­tów­ką nie tyl­ko tych te­re­nów, ale tak­że ca­łej sto­li­cy Gór­ne­go Ślą­ska. W 1845 roku w Pa­new­ni­kach otwar­to hutę "Ida", któ­ra odzie­dzi­czy­ła imię po zmar­łej żo­nie księ­cia psz­czyń­skie­go Jana Hen­ry­ka X Hoch­ber­ga, Idzie von Ste­chow. I cho­ciaż huta zo­sta­ła wy­ga­szo­na już w la­tach 60. XIX wie­ku, zna­czą­co wpły­nę­ła na cha­rak­ter oko­lic.

Ru­dolf przy­był do Pa­new­nik ko­le­ją, co było moż­li­we dzię­ki temu, że w 1852 roku po­bli­ską Li­go­tę prze­cię­ły tory ko­le­jo­we, któ­ry­mi do­wo­żo­no wę­giel z ksią­żę­cej ko­pal­ni w Murc­kach do huty "Ida". Nie­przy­pad­ko­wo pierw­szą sta­cją ko­le­jo­wą była "Ida­wei­che", na­zwa­na tak od ufun­do­wa­ne­go przez księ­cia psz­czyń­skie­go za­kła­du. Ko­lej po­zwo­li­ła nie tyl­ko na roz­wój prze­my­słu, ale tak­że Pa­new­nik jako ośrod­ka let­ni­sko­we­go, ja­kim w póź­niej­szych la­tach sta­ły się one dla miesz­kań­ców Ka­to­wic.

Na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku ży­cie to­czy­ło się tu nie­ja­ko dwu­to­ro­wo. Szyb­ki roz­wój prze­my­słu (ko­palń i po­bli­skich za­kła­dów che­micz­nych) wy­ma­gał ofiar; na­zna­czo­ny był licz­ny­mi, w więk­szo­ści tra­gicz­ny­mi zgo­na­mi. Z dru­giej oko­licz­ne łąki i sta­wia­ne przy nich za­jaz­dy, ta­kie jak Le­śny Za­mek przy dzi­siej­szej uli­cy Fran­cisz­kań­skiej - ze sta­wem i ogro­dem re­stau­ra­cyj­nym, w któ­rym la­tem or­ga­ni­zo­wa­no kon­cer­ty - ścią­ga­ły w te re­jo­ny spra­gnio­nych re­kre­acji ad­mi­ra­to­rów ży­cia i przy­ro­dy. Czerń ko­pal­nia­nej śmier­ci spo­ty­ka­ła się tu za­tem z nio­są­cą na­dzie­ję zie­le­nią traw i la­sów.

Kel­le­ro­wie bu­do­wa­li świet­ność tych te­re­nów, ale i użyź­nia­li ich gle­bę swo­ją krwią. Ru­dolf, któ­ry wy­wo­dził się z głę­bo­ko wie­rzą­cej ka­to­lic­kiej ro­dzi­ny, po­ma­gał wzno­sić mury miej­sco­wej ba­zy­li­ki na­le­żą­cej do za­ko­nu fran­cisz­kań­skie­go. W ko­lej­nych la­tach ślub w tym ko­ście­le bra­li jego syn, wnuk i pra­wnuk. Alojz, jego syn spło­dzo­ny z nie­ja­ką Fri­dą, któ­ra po­słu­gi­wa­ła naj­pierw w sta­rej karcz­mie, a po­tem w za­jeź­dzie Schwert­fe­ge­rów, wła­sny­mi rę­ka­mi, po szych­cie w ko­pal­ni "Ohe­im", bu­do­wał szko­łę w Pa­new­ni­kach. W bu­dyn­ku ukoń­czo­nym w 1913 roku uczył się jego syn i wnuk. Alojz brał tak­że udział we wszyst­kich trzech po­wsta­niach ślą­skich. Z ko­lei jego syn, Achim, był jed­nym z pierw­szych człon­ków za­ło­żo­ne­go w 1923 roku chó­ru mie­sza­ne­go "Wan­da", w któ­rym po­znał swo­ją przy­szłą żonę, Ma­rię. Z cór­ką wła­ści­cie­la wi­niar­ni Wald­frie­den, zwa­nej po­tocz­nie Do­mem Mar­ji, wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­li się pod słyn­nym dę­bem, pod któ­rym we­dług le­gen­dy, wy­po­czy­wał król Jan III So­bie­ski w dro­dze na Wie­deń. Pod tym sa­mym dę­bem spo­ty­ka­li się w mło­dych la­tach oj­ciec i dzia­dek Achi­ma.

Ślub Achi­ma i Ma­rii był lo­kal­nym wy­da­rze­niem i od­był się z nie­spo­ty­ka­ną do­tąd pom­pą w Le­śnym Zam­ku. Owo­cem ich burz­li­we­go związ­ku był Adolf Kel­ler, pierw­szy w ro­dzi­nie, któ­ry naj­pierw z wy­róż­nie­niem ukoń­czył Pu­blicz­ną Szko­łę Pod­sta­wo­wą imie­nia Jana III So­bie­skie­go w Pa­new­ni­kach, a na­stęp­nie Szko­łę Ogól­no­kształ­cą­cą Ko­edu­ka­cyj­ną Stop­nia Pod­sta­wo­we­go i Li­ce­al­ne­go, prze­mia­no­wa­ną póź­niej na VII Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce. Li­ceum, któ­re w przy­szło­ści ukoń­czyć miał tak­że jego syn Hu­bert i wnuk To­masz. Nie­wąt­pli­we suk­ce­sy w oświa­cie nie uchro­ni­ły Adol­fa przed jego prze­zna­cze­niem, ja­kim było pój­ście śla­dem mę­skich człon­ków rodu Kel­le­rów.

Aż do po­ło­wy XX wie­ku hi­sto­ria ludz­ko­ści była przede wszyst­kim hi­sto­rią męż­czyzn, bo to oni za­ra­bia­li na chleb i ro­dzi­nę. Gdy ich bra­ko­wa­ło, obo­wią­zek za­pew­nie­nia bytu spa­dał na ich sy­nów. A nad ro­dzi­ną Kel­le­rów cią­ży­ło po­dwój­ne fa­tum. Po pierw­sze w każ­dym po­ko­le­niu do­ro­słe­go wie­ku mógł do­żyć tyl­ko je­den męż­czy­zna. Kel­le­ro­wie we wszyst­kich po­ko­le­niach byli bar­dzo bo­go­boj­ną i gor­li­wie wie­rzą­cą ro­dzi­ną, jed­nak nikt do koń­ca nie po­tra­fił po­jąć mą­dro­ści Bo­żej i Bo­że­go pla­nu w tym wy­mia­rze. Na­wet Fri­da, któ­ra mia­ła wie­le cza­su na prze­my­śle­nia, do­ży­wa­jąc dzie­więć­dzie­się­ciu sied­miu lat i tym sa­mym prze­ży­wa­jąc nie tyl­ko swo­je­go męża i syna, ale tak­że wnu­ka, ni­g­dy nie zro­zu­mia­ła Bo­że­go pla­nu.

Wszyst­ko za­czę­ło się od ne­sto­ra pa­new­nic­kie­go rodu, Ru­dol­fa. Jego mat­ka uro­dzi­ła mu jesz­cze dwóch bra­ci, Han­sa i Ja­co­ba, nie­ste­ty pierw­sze­go z nich za­bra­ła bło­ni­ca, dru­gie­go odra. Nie ina­czej było z sy­na­mi Ru­dol­fa i Fri­dy: do­ro­sło­ści do­żył je­dy­nie Alojz. Jego star­szy brat, Zyg­munt, po­dob­nie jak Hans, w wie­ku sze­ściu lat za­padł na bło­ni­cę i od­szedł do lep­sze­go świa­ta, jak zwy­kła ma­wiać jego mat­ka. Młod­sze­mu na­wet nie było dane obej­rzeć tego gor­sze­go, po­nie­waż Fri­da po­ro­ni­ła. Hi­sto­ria za­to­czy­ła nie­ubła­ga­nie koło tak­że w przy­pad­ku Achi­ma i Adol­fa. Dru­gi syn Achi­ma zmarł na­gle w wie­ku dwóch lat i nikt nie był w sta­nie orzec przy­czy­ny zgo­nu. Gdy­by moż­li­wo­ści dia­gno­stycz­ne me­dy­cy­ny były tak duże, jak w roku uro­dzin jego pra­wnu­ka, To­ma­sza Kel­le­ra, być może le­ka­rzom uda­ło­by się traf­nie okre­ślić, że za śmierć od­po­wia­da­ło ostre roz­sia­ne za­pa­le­nie mó­zgu i rdze­nia, au­to­im­mu­no­lo­gicz­na cho­ro­ba mó­zgu bar­dzo po­dob­na do stward­nie­nia roz­sia­ne­go, któ­ra naj­czę­ściej ata­ku­je dzie­ci po­ni­żej dzie­sią­te­go roku ży­cia. Adolf wo­lał nie ry­zy­ko­wać i po­prze­stał z He­le­ną na pierw­szym synu, któ­ry uro­dził się zdro­wy i tak mia­ło po­zo­stać na dłu­gie lata. Oczy­wi­ście w ro­dzi­nie Kel­le­rów w mło­do­ści umie­ra­li nie tyl­ko chłop­cy. Śmierć za­bie­ra­ła tak­że dziew­czyn­ki, ale o nich prze­ka­zy ro­dzin­ne mil­cza­ły. Hu­bert pa­mię­tał ostat­nie opo­wie­ści snu­te przez pra­pra­bab­kę, jed­nak ta ni­g­dy na­wet nie za­jąk­nę­ła się o sio­strach Aloj­za, Achi­ma czy Adol­fa.

Nad Kel­le­ra­mi cią­ży­ło jesz­cze dru­gie fa­tum: śmierć zbyt szyb­ko zrzu­ca­ła cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści za ro­dzi­nę na pier­wo­rod­nych. Po­cząw­szy od Ru­dol­fa aż do Achi­ma, wszy­scy od­cho­dzi­li przed­wcześ­nie. Naj­dłu­żej żył Ru­dolf, któ­ry w wie­ku 51 lat zmarł na sku­tek po­wi­kłań po gry­pie. Alojz nie do­żył na­wet czter­dziest­ki. Umie­rał po­wo­li i w mę­czar­niach, choć nikt nie wie­dział, co było tego przy­czy­ną. Po­nie­waż do po­wszech­ne­go użyt­ku nie we­szły jesz­cze urzą­dze­nia wy­ko­rzy­stu­ją­ce od­kry­cie Wil­hel­ma Roe­ntge­na z 1895 roku, nikt nie był w sta­nie zdia­gno­zo­wać raka płuc. Z ko­lei Achim zmarł już w wie­ku trzy­dzie­stu sze­ściu lat na nie­wy­dol­ność krą­że­nio­wą.

W 1970 toku czter­dzie­stocz­te­ro­let­nie­go Adol­fa miał spo­tkać ten sam los co jego dziad­ka. Tym ra­zem jed­nak Adolf - któ­re­go ka­szel do cza­su po­ja­wie­nia się krwi bra­no za ob­jaw prze­zię­bie­nia - w to­wa­rzy­stwie żony udał się na ba­da­nie do przy­chod­ni znaj­du­ją­cej się na­prze­ciw­ko li­goc­kie­go kina Baj­ka, do któ­re­go pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych czę­sto cho­dził z sy­nem. W przy­chod­ni po­ja­wił się apa­rat rent­ge­now­ski, dzię­ki któ­re­mu usta­lo­no po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, że Adolf ma raka płuc. Za­nim jed­nak oj­ciec Hu­ber­ta od­szedł do lep­sze­go świa­ta, jak ma­wia­ła jego pra­bab­ka, jako pierw­szy w ro­dzi­nie sko­ja­rzył zbyt wcze­sną śmierć ojca i dziad­ka z miej­scem ich pra­cy. Znacz­nie wcze­śniej, bo już w 1952 roku, gdy uro­dził się wy­cze­ki­wa­ny przez nie­go syn Hu­bert, obie­cał so­bie, że ten ni­g­dy nie po­sta­wi sto­py w żad­nej ze ślą­skich ko­palń ani hut. Pra­gnął lep­sze­go i dłuż­sze­go ży­cia dla swo­je­go naj­uko­chań­sze­go dziec­ka.

Hu­bert odzie­dzi­czył in­te­lekt po ojcu, a uro­dę po mat­ce - obiek­cie wes­tchnień ca­łe­go Ko­ko­ciń­ca, na któ­rym znaj­do­wał się ro­dzin­ny dom Kel­le­rów. Achim i Adolf byli pierw­szy­mi męż­czy­zna­mi w ro­dzi­nie Kel­le­rów, któ­rzy po­tra­fi­li pi­sać i czy­tać, ale do­pie­ro Hu­bert zro­bił z tej umie­jęt­no­ści wła­ści­wy uży­tek. Od naj­młod­szych lat wy­ka­zy­wał za­in­te­re­so­wa­nie przy­ro­dą, pil­nie ucząc się w szko­le pod­sta­wo­wej, a po­tem w li­ceum. Na­uczy­cie­le do­ce­nia­li szcze­gól­nie jego za­in­te­re­so­wa­nie przed­mio­ta­mi ści­sły­mi, w tym ma­te­ma­ty­ką. Tro­chę go­rzej było z ję­zy­kiem pol­skim i ro­syj­skim, do któ­re­go Hu­bert w ogó­le się nie przy­kła­dał. Ale do­pie­ro w li­ceum z całą mocą wy­bu­chła jego pa­sja do na­uki, a szcze­gól­nie do bio­lo­gii. Za­wdzię­czał to Ja­dwi­dze Urban, któ­ra uczy­ła Hu­ber­ta ma­te­ma­ty­ki i bio­lo­gii. To ona do­strze­gła jego po­ten­cjał i od pierw­szej kla­sy li­ceum po­świę­ca­ła mu wie­le uwa­gi, pie­lę­gnu­jąc i kształ­tu­jąc jego nie­zwy­kły in­te­lekt. To za jej na­mo­wą Hu­bert od sa­me­go po­cząt­ku li­ceum wy­po­ży­czał z miej­sco­wej bi­blio­te­ki gru­be to­misz­cza. Zni­kał po­tem na dłu­gie go­dzi­ny za drzwia­mi swo­je­go po­ko­ju. Ten za­mie­niał się na czas lek­tu­ry w dżun­glę peł­ną eg­zo­tycz­nych ro­ślin i zwie­rząt lub oce­an z ry­ba­mi, gąb­ka­mi, ko­ra­low­ca­mi, sko­ru­pia­ka­mi, wo­do­ro­sta­mi i wę­żo­wi­dła­mi, o któ­rych ani Adolf, ani He­le­na ni­g­dy wcze­śniej nie sły­sze­li. Mi­łość do fau­ny i flo­ry oce­anów pchnę­ła go w świat Ju­liu­sza Ver­ne'a i jego Dwu­dzie­stu ty­się­cy mil pod­mor­skiej że­glu­gi. Dzię­ki po­wie­ści fran­cu­skie­go au­to­ra za­ko­chał się w li­te­ra­tu­rze fan­ta­stycz­no­nau­ko­wej, bły­ska­wicz­nie po­chła­nia­jąc tak­że inne kla­sy­ki ga­tun­ku, jak Po­dróż do wnę­trza Zie­mi Ver­ne'a, We­hi­kuł cza­su i Wy­spa dok­to­ra Mo­re­au Her­ber­ta Geo­r­ge'a Wel­l­sa czy w koń­cu Nowy wspa­nia­ły świat Al­do­usa Hux­leya. Jak się mia­ło oka­zać w póź­niej­szych la­tach, fan­ta­sty­ka na­uko­wa ukształ­to­wa­ła jego umysł na rów­ni z pod­ręcz­ni­ka­mi do bio­lo­gii i en­cy­klo­pe­dia­mi La­ro­us­se'a.

Jego pa­sji do na­uki nie osła­bi­ła na­wet nie­spo­dzie­wa­na śmierć ojca, któ­rą bar­dzo cięż­ko prze­żył. Gdy w 1971 roku koń­czył VII Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce jako naj­lep­szy uczeń ze swo­je­go rocz­ni­ka, mat­ka ka­te­go­rycz­nie wy­bi­ła mu z gło­wy pra­cę w ko­pal­ni. Jej mąż wie­le lat wcze­śniej wy­mógł na niej obiet­ni­cę, że nie po­zwo­li ich je­dy­ne­mu dziec­ku na wy­bór ta­kiej dro­gi ży­cio­wej. He­le­na od lat sześć­dzie­sią­tych mia­ła sta­bil­ną i do­brze płat­ną pra­cę na sta­no­wi­sku se­kre­tar­ki w Cen­tra­li Za­opa­trze­nia Hut­nic­twa w Ka­to­wi­cach. Za­chę­ca­ła syna do pod­ję­cia stu­diów w Kra­ko­wie. Do tego sa­me­go na­ma­wia­ła Hu­ber­ta pani Urban i to jej osta­tecz­nie za­wdzię­czał prze­no­si­ny do sto­li­cy Ma­ło­pol­ski. Je­sie­nią 1971 roku roz­po­czął stu­dia na Wy­dzia­le Bio­lo­gii i Nauk o Zie­mi Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go. Kie­dy jed­nak w 1973 roku na Uni­wer­sy­te­cie Ślą­skim po­wstał Wy­dział Bio­lo­gii i Ochro­ny Śro­do­wi­ska, Hu­bert po­wró­cił do Ka­to­wic. Tę­sk­nił za mat­ką i ro­dzin­nym do­mem. Nie od­po­wia­da­ła mu tak­że spe­cy­ficz­na at­mos­fe­ra Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go. Po­cząt­ko­wo wpraw­dzie miał pew­ne wąt­pli­wo­ści, czy do­brze zro­bił, prze­kre­śla­jąc dwa lata stu­diów, ale od­kąd w paź­dzier­ni­ku 1973 roku po­znał Iza­be­lę Dre­lich, ni­g­dy już nie kwe­stio­no­wał swo­jej de­cy­zji.

Stu­dio­wa­li w tej sa­mej gru­pie i za­ko­cha­li się w so­bie od pierw­sze­go wej­rze­nia. A wła­ści­wie od pierw­szej roz­mo­wy o bak­te­rio­fa­gach od­kry­tych nie­za­leż­nie przez Er­ne­sta Han­ki­na w 1896 i Fre­de­ric­ka Twor­ta w 1915. Hu­ber­ta in­te­re­so­wa­ła przede wszyst­kim dzia­łal­ność in­sty­tu­tu we Wro­cła­wiu (ro­dzin­nym mie­ście Iza­be­li) wy­ko­rzy­stu­ją­ce­go fagi w le­cze­niu po­socz­ni­cy, czy­ra­ka i dróg mo­czo­wych, w pro­fi­lak­ty­ce oraz le­cze­niu po­ope­ra­cyj­nych i po­ura­zo­wych in­fek­cji, ale rów­nież in­fek­cji płuc i cho­ro­by no­wo­two­ro­wej. Z ko­lei Iza­be­lę fa­scy­no­wał fakt, że do­pie­ro dzię­ki nim do­ko­na­no wie­lu klu­czo­wych od­kryć, w tym wy­ka­za­no, że DNA jest ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym. Oso­bom po­stron­nym ich pierw­sza roz­mo­wa mu­sia­ła przy­po­mi­nać dia­log istot po­za­ziem­skich, lecz dla nich w tam­tej chwi­li li­czy­ło się tyl­ko to, że poza sobą nie wi­dzie­li świa­ta. I tak mia­ło już po­zo­stać do ostat­nich dni ich wspól­ne­go ży­cia.

Hu­bert, choć był otwar­ty na świat i od­kry­cia na­uko­we, co w znacz­nym stop­niu róż­ni­ło go od jego przod­ków, gór­ni­ków przy­wią­za­nych do eto­su cięż­kiej, fi­zycz­nej ha­rów­ki, dzie­lił z nimi żar­li­wą wia­rę re­li­gij­ną. Wzra­stał w domu, w któ­rym, mimo pa­nu­ją­cej w Pol­skiej Re­pu­bli­ce Lu­do­wej nie­chę­ci władz do ko­rzy­sta­nia przez oby­wa­te­li z "opium dla mas", jak na­zwał re­li­gię Ka­rol Marks, wia­ra sta­no­wi­ła ab­so­lut­ny fun­da­ment ży­cia ro­dzin­ne­go. Każ­de świę­to, po­czy­na­jąc od Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Wiel­ka­no­cy, a koń­cząc na Bo­żym Cie­le i Wnie­bo­wzię­ciu Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, było ce­le­bro­wa­ne z ra­do­ścią i po­wa­gą, a przy tym sta­no­wi­ło oka­zję do spo­tkań ro­dzin­nych, któ­re za­czy­na­ły się i koń­czy­ły mo­dli­twą. Mię­dzy in­ny­mi owo przy­wią­za­nie do re­li­gii spra­wi­ło, że Iza­be­la była pierw­szą praw­dzi­wą mi­ło­ścią Hu­ber­ta. Oczy­wi­ście w li­ceum zda­rzy­ło mu się po­ca­ło­wać raz czy dwa Do­ro­tę Fe­li­cjań­ską, któ­rą za­pro­sił na stud­niów­kę, ale nic wię­cej mię­dzy nimi nie za­szło. Co in­ne­go Iza­be­la. Mimo swo­ich prze­ko­nań, zgod­nie z któ­ry­mi seks był moż­li­wy do­pie­ro po ofi­cjal­nym za­war­ciu ślu­bu, Hu­bert wy­lą­do­wał z nią w łóż­ku już dwa ty­go­dnie po pierw­szym spo­tka­niu. A po­tem ko­cha­li się dłu­go i na­mięt­nie, gdy tyl­ko nada­rza­ła się oka­zja, wciąż spra­gnie­ni swo­ich ciał.

Na dziec­ko cze­ka­li jed­nak do koń­ca stu­diów - za­rów­no dla Hu­ber­ta, jak i Iza­be­li fi­zycz­ność part­ne­ra była po­cią­ga­ją­ca, ale naj­bar­dziej pod­nie­cał in­te­lekt. Obo­je mie­li w so­bie coś z wi­zjo­ne­rów. Wy­raź­nie prze­czu­wa­li, jak wiel­ką rolę w nad­cho­dzą­cych la­tach ode­gra bio­lo­gia, w tym bio­che­mia, bio­fi­zy­ka czy bio­tech­no­lo­gia. W mia­rę moż­li­wo­ści śle­dzi­li tak­że roz­wój ge­ne­ty­ki i jej wpływ na me­dy­cy­nę. Był czas, kie­dy obo­je my­śle­li o ka­rie­rze le­kar­skiej, jed­nak le­karz był tyl­ko tym, któ­ry w prak­ty­ce sto­so­wał wy­ni­ki ba­dań i od­kryć wiel­kich bio­lo­gów. To bio­lo­gia była na­uką o ży­ciu. A ży­cie we wszyst­kich jego prze­ja­wach in­te­re­so­wa­ło ich naj­bar­dziej.

Hu­bert czę­sto wra­cał do opo­wie­ści Fri­dy, a tak­że do hi­sto­rii opo­wie­dzia­nych mu przez mat­kę, któ­re prze­ka­za­ła jej ne­stor­ka rodu. Czę­sto za­sta­na­wiał się, jak po­to­czy­ło­by się ży­cie Ru­dol­fa i Aloj­za, gdy­by szcze­pion­kę na bło­ni­cę wy­na­le­zio­no wcze­śniej, a nie do­pie­ro w 1923 roku. Miał też świa­do­mość, że gdy­by obo­wiąz­ko­wych szcze­pień dla wszyst­kich dzie­ci po­ni­żej dzie­sią­te­go roku nie wpro­wa­dzo­no już w roku 1936, on rów­nież mógł po­dzie­lić los Han­sa i Zyg­mun­ta. To samo do­ty­czy­ło odry, na któ­rą szcze­pion­kę od­kry­to, kie­dy on uczył się w szko­le pod­sta­wo­wej - czy gdy­by od­kry­to ją wcze­śniej, Ja­cob miał­by szan­sę do­żyć peł­no­let­no­ści, a może na­wet prze­żyć swo­je­go ojca?

W cza­sach gdy Hu­bert do­ra­stał, świat wo­kół nie­go zmie­niał się nie do po­zna­nia. Zna­czą­cy spa­dek umie­ral­no­ści wśród dzie­ci za­wdzię­cza­no mię­dzy in­ny­mi roz­wo­jo­wi mi­kro­bio­lo­gii. Cho­ciaż pierw­sze szcze­pie­nia ochron­ne, za spra­wą an­giel­skie­go le­ka­rza Edwar­da Jen­ne­ra, po­ja­wi­ły się po­nad sto pięć­dzie­siąt lat przed na­ro­dze­niem Hu­ber­ta, a w Pol­sce jego me­to­dę wal­ki z ospą Hia­cynt Dziar­kow­ski, Woj­ciech Je­rzy Bo­du­szyń­ski i Fran­ci­szek Neu­hau­ser sto­so­wa­li już w la­tach 1801-1802, przez ostat­nie dwa wie­ki roz­ma­ite mi­kro­by pu­sto­szy­ły ludz­kość. Ospę uda­ło się wy­eli­mi­no­wać do­pie­ro w la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku. Na szcze­pion­kę prze­ciw gruź­li­cy trze­ba było cze­kać do 1921 roku, a na pierw­sze szcze­pie­nia w Pol­sce do 1926. Hu­bert nie za­ła­pał się na jej obo­wiąz­ko­we po­da­wa­nie no­wo­rod­kom - sto­so­wa­no to do­pie­ro od 1955. Na szcze­pion­ki prze­ciw krztu­ś­co­wi i tęż­co­wi cze­ka­no do po­ło­wy lat dwu­dzie­stych, a po­lio czy ró­życz­kę po­wstrzy­mać mo­gły do­pie­ro od­kry­cia z 1959 i 1969 roku. A to była tyl­ko jed­na z dzie­dzin za­wdzię­cza­ją­cych suk­ce­sy dy­na­micz­ne­mu roz­wo­jo­wi bio­lo­gii i jej bli­skiej współ­pra­cy z me­dy­cy­ną.

Hu­bert, jak mało kto, wie­rzył w moż­li­wo­ści bio­lo­gii i me­dy­cy­ny, uzna­jąc je za nie­mal nie­ogra­ni­czo­ne. Ale w póź­niej­szych la­tach na­wet jemu zda­rza­ły się chwi­lę zwąt­pie­nia. Wte­dy wra­cał pa­mię­cią do tych chwil, gdy - jesz­cze w cza­sach stu­diów - le­że­li z Iza­be­lą na sto­ją­cej w ich sa­lo­nie ka­na­pie z se­rii Li­wia (któ­rą He­le­nie uda­ło się wy­stać w dłu­giej, ca­ło­noc­nej ko­lej­ce) i prze­glą­da­li wy­kre­sy po­ka­zu­ją­ce spa­dek śmier­tel­no­ści w ostat­nich dzie­więć­dzie­się­ciu la­tach. Po­cząw­szy od 1880 roku - od tego bo­wiem roku za­czy­na­ły się wszyst­kie sta­ty­sty­ki - słup­ki za­cho­ro­wań i śmier­tel­no­ści na bło­ni­cę, odrę, krztu­siec-ko­klusz czy szkar­la­ty­nę sys­te­ma­tycz­nie ma­la­ły. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych no­to­wa­no re­kor­do­wo ni­skie war­to­ści. O ile jesz­cze w 1900 roku cho­ro­by za­kaź­ne w Eu­ro­pie po­chła­nia­ły śred­nio 474 na 100 ty­się­cy miesz­kań­ców, co sta­no­wi­ło 29 pro­cent ogól­nej umie­ral­no­ści rocz­nej, o tyle w roku 1970 zgo­nów było już 75, czy­li le­d­wie 8 pro­cent rocz­nej umie­ral­no­ści.

Po­ja­wi­ły się jed­nak nowe pro­ble­my do roz­wią­za­nia. Cho­ro­by za­kaź­ne za­stą­pił rak. No­wo­two­ry, któ­re w 1900 roku sta­no­wi­ły le­d­wie czte­ry pro­cent ogól­nej umie­ral­no­ści, w 1970 za­bi­ja­ły już po­nad czte­ro­krot­nie wię­cej lu­dzi niż przed sie­dem­dzie­się­ciu laty. Żni­wo za­czę­ły zbie­rać tak­że cho­ro­by cy­wi­li­za­cyj­ne, bę­dą­ce wy­ni­kiem stre­su, cho­rób ner­wo­wych i psy­chicz­nych, ale tak­że skut­ków spo­ży­wa­nia al­ko­ho­lu (m.in. mar­skość wą­tro­by), nie­przy­sta­ją­ce­go do po­pra­wia­ją­cych się wa­run­ków ży­cia spo­so­bu od­ży­wia­nia, po­wo­du­ją­ce­go otłusz­cze­nie or­ga­ni­zmu i cu­krzy­cę, oraz pa­le­nia. Świat zmie­niał się bły­ska­wicz­nie, a wraz z nim przy­czy­ny śmier­tel­no­ści, Hu­bert i Iza­be­la wie­rzy­li jed­nak, że bio­lo­gia wciąż może po­ma­gać me­dy­cy­nie świę­cić ko­lej­ne trium­fy w wal­ce ze śmier­cią.

To prze­ko­na­nie prze­ka­za­li sy­no­wi, któ­ry przy­szedł na świat na po­ro­dów­ce Okrę­go­we­go Szpi­ta­la Ko­le­jo­we­go w Ka­to­wi­cach. Hu­bert, mimo ro­do­we­go fa­tum, chciał, by To­masz, tak jak jego pra­pra­dzia­dek, pra­dzia­dek, dzia­dek i oj­ciec, uro­dził się na pa­new­nic­kiej zie­mi - ko­leb­ce rodu Kel­le­rów. Choć na­ro­dzi­nom To­ma­sza to­wa­rzy­szył ty­po­wy dla wszyst­kich ro­dzi­ców nie­po­kój o zdro­wie dziec­ka, nie było do nie­go więk­szych pod­staw. Je­śli cho­dzi o prze­ży­wal­ność no­wo­rod­ków, me­dy­cy­na od po­cząt­ku XX wie­ku od­no­si­ła spek­ta­ku­lar­ne zwy­cię­stwa. Na przy­kład, o ile w Wiel­kiej Bry­ta­nii u pro­gu dwu­dzie­ste­go stu­le­cia śmier­tel­ność nie­mow­ląt cha­rak­te­ry­zo­wał sta­ły i dość wy­so­ki współ­czyn­nik 150 pro­mi­li, co ozna­cza­ło, że umie­ra­ło 15 pro­cent no­wo­rod­ków, o tyle po dru­giej woj­nie świa­to­wej spadł już do za­le­d­wie 10, cza­sa­mi 20 pro­mi­li. Moż­na było więc za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że me­dy­cy­na od stu lat kon­se­kwent­nie dą­ży­ła do tego, by ten "lep­szy świat", o któ­rym mó­wi­ła Fri­da, za­pew­nić dzie­ciom i do­ro­słym już tu, na Zie­mi.

Oczy­wi­ście hi­sto­ria wal­ki ze śmier­cią była dużo dłuż­sza i w po­przed­nich stu­le­ciach rów­nież od­no­to­wa­ła zna­czą­ce suk­ce­sy. Od po­ło­wy XVIII wie­ku dżu­ma już nie na­wie­dza­ła Eu­ro­py i nie za­bie­ra­ła ze sobą 90 pro­cent miesz­kań­ców wsi i mia­ste­czek, jak to mia­ło jesz­cze miej­sce w po­ło­wie XIV wie­ku. Me­dy­cy­nie i na­uce uda­ło się tak­że wy­dłu­żyć ży­cie ludz­kie. Gdy w XIII wie­ku i póź­niej­szych stu­le­ciach po­ło­wa po­pu­la­cji nie osią­ga­ła na­wet dwu­dzie­ste­go roku ży­cia, od koń­ca XVIII wie­ku, a więc od cza­sów oświe­ce­nia, któ­re z nie­spo­ty­ka­ną do­tąd w cza­sach no­wo­żyt­nych siłą kła­dło na­cisk wła­śnie na roz­wój na­uki i me­dy­cy­ny, śred­nia dłu­gość ży­cia za­czę­ła nie­ustan­nie ro­snąć i tak było aż do 2016 roku. To oświe­ce­nie po­ło­ży­ło pod­wa­li­ny pod wszyst­ko to, co wy­da­rzyć się mia­ło w dwóch ko­lej­nych stu­le­ciach. Uspo­ko­iło lu­dzi, prze­ko­na­ło, że śmierć nie jest karą bo­ską zrzu­ca­ną na nich bez ostrze­że­nia. Spra­wi­ło, że ludz­kość za­czę­ła z nią wal­czyć i wie­rzyć w to, że być może kie­dyś uda się ją po­ko­nać.

Ten cel przy­świe­cał tak­że Hu­ber­to­wi i Iza­be­li. Chcie­li uczy­nić świat no­wym, lep­szym dla wszyst­kich lu­dzi. Ba­da­nia i eks­pe­ry­men­ty, ja­kie pro­wa­dzi­li w la­tach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku, wal­nie się do tego przy­czy­ni­ły. Ale w ich przy­pad­ku naj­waż­niej­sza oka­za­ła się de­cy­zja o spło­dze­niu po­tom­ka. To­masz stał się ich naj­więk­szym wkła­dem w roz­wój na­uki, a przede wszyst­kim sze­ro­ko ro­zu­mia­nej bio­lo­gii. Nie by­ło­by to moż­li­we, gdy­by nie prze­ka­za­li mu swo­jej wie­dzy, ale tak­że spoj­rze­nia na świat - na­pę­dza­ją­ce­go ich każ­de­go dnia prze­ko­na­nia, że rze­czy­wi­stość wo­kół moż­na zmie­niać na lep­sze. To­masz świę­cie w to wie­rzył do pięt­na­ste­go roku ży­cia. Kro­czył śla­da­mi Hu­ber­ta i Iza­be­li ni­czym ich cień. Jed­nak w 1996 roku zda­rzy­ło się coś, co osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­ło o jego dro­dze ży­cio­wej i o tym, co miał w przy­szło­ści osiąg­nąć. I wy­da­rze­nie to było na rów­ni istot­ne z jego na­ro­dzi­na­mi. Ale to sta­ła hi­sto­ria w dzie­jach ludz­ko­ści i wspo­ma­ga­ją­cej ją na­uki: naj­waż­niej­sze chwi­le to te, w któ­rych śmierć spo­ty­ka się z na­ro­dzi­na­mi - a do­kład­niej z na­ro­dzi­na­mi idei.

3

Huk. Po­tem dru­gi, tuż po pierw­szym. Dwa wy­strza­ły, któ­re go ogłu­szy­ły. Naj­pierw to nie­moż­li­we do znie­sie­nia dzwo­nie­nie w uszach, któ­re bo­le­śnie wwier­ca­ło się w naj­głęb­sze za­ka­mar­ki jego gło­wy, aż do mó­zgu. A po­tem ab­so­lut­na ci­sza, któ­ra wy­peł­ni­ła po­miesz­cze­nie, gdy od­zy­skał słuch. To było o wie­le gor­sze. Ci­sza ro­dzi­ła fi­zycz­ny ból, prze­szy­wa­ją­cy bar­dziej niż ten pro­mie­niu­ją­cy z ran na ra­mie­niu i udzie. Była tak ab­sor­bu­ją­ca, że nie zwró­cił na­wet uwa­gi na wy­rwę po kuli w no­dze, z któ­rej są­czy­ła się ciem­no­bru­nat­na krew. Była obez­wład­nia­ją­ca. Czuł, jak ba­te­rie do­star­cza­ją­ce ener­gię or­ga­ni­zmo­wi do­cho­dzą do gra­ni­cy wy­czer­pa­nia. Oczy Mi­cha­ła San­de­ra bez­wied­nie wo­dzi­ły po ko­lej­nych obiek­tach, któ­rych nie po­tra­fił roz­po­znać. Za­trzy­ma­ły się do­pie­ro na niej. Lena. Przez mo­ment tyl­ko pa­trzył. Po­tem reszt­ką sił spró­bo­wał wstać. Naj­pierw pra­wa, po­tem lewa noga. I po­twor­ny ból. Lewa na­tych­miast od­mó­wi­ła po­słu­szeń­stwa. Syk­nął z bólu i opadł na pod­ło­gę. Pod­jął jesz­cze jed­ną pró­bę, aby zbli­żyć się do nie­ru­cho­me­go cia­ła na­sto­lat­ki. Ale już nie wsta­wał. Pod­pełzł do Leny na czwo­ra­kach. Sta­rał się omi­jać wzro­kiem dziu­rę po kuli nie­mal na sa­mym środ­ku jej czo­ła. Nie po­tra­fił. Pa­trzył pro­sto na nią. Była jak wy­rzut su­mie­nia.

To była jego wina. Wy­łącz­nie jego. Miał złe prze­czu­cia i po­wi­nien był ich słu­chać, po­wi­nien trzy­mać się z da­le­ka od tego miej­sca. Obie­cał jej, że nic złe­go się nie sta­nie, a te­raz ona...

By­łem tam, ale ni­cze­go nie czu­łem. Le­ża­łem, ale nie było my­śli, nie było słów, nie było ob­ra­zów. Było coś in­ne­go. Cał­kiem in­ne­go, coś, cze­go ję­zyk ni­g­dy nie wy­ra­zi. Nie było też wy­rzu­tów su­mie­nia, bo tyl­ko lu­dzie je mają. Bo są świa­do­mi, bo są ogra­ni­cze­ni, bo są ludź­mi. Mi­chał chwy­cił dłoń Leny i ści­snął - była cie­pła... Wy­czuł sła­by puls! Ser­ce Mi­cha­ła, któ­re do­tąd pom­po­wa­ło krew do jego or­ga­ni­zmu na naj­niż­szych ob­ro­tach, nie­spo­dzie­wa­nie wrzu­ci­ło pią­ty bieg i za­czę­ło ga­lo­po­wać. Czuł się tak, jak­by za­raz mia­ło prze­sko­czyć nad że­bra­mi i wy­rwać się z klat­ki pier­sio­wej. Z tru­dem zła­pał od­dech. Z gło­śnym ję­kiem ze­rwał z sie­bie po­pla­mio­ną krwią ko­szu­lę i przy­ci­snął ją do dru­giej rany na cie­le dziew­czy­ny - śla­du po ugry­zie­niu na jej szyi. Je­śli mia­ła ja­kieś szan­se na prze­ży­cie, naj­pierw trze­ba było za­ta­mo­wać to krwa­wie­nie.

- Ona żyje! - krzyk­nął, od­wra­ca­jąc się do męż­czy­zny w pro­chow­cu, któ­ry z nie­do­wie­rza­niem spo­glą­dał na za­bar­wio­ny wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi krwi­stej czer­wie­ni ob­raz ma­sa­kry ry­su­ją­cy się przed nim na sza­rym płót­nie pod­ło­go­we­go li­no­leum. - Sły­szysz?! Ona żyje! - po­wtó­rzył.

Od tego mo­men­tu pa­mię­tał tyl­ko uryw­ki scen. I ad­re­na­li­nę, wście­kle tło­czo­ną do or­ga­ni­zmu przez nad­ner­cza. Ad­re­na­li­nę, któ­ra na­pę­dza­ła jego po­ka­le­czo­ne i wy­cień­czo­ne cia­ło sku­tecz­niej od wy­so­ko­ok­ta­no­we­go pa­li­wa. Układ współ­czul­ny prze­jął kon­tro­lę nad or­ga­ni­zmem. To była re­ak­cja na strach o ży­cie - nie swo­je, bo to było dla nie­go nie­waż­ne, ale o ży­cie dziew­czy­ny, któ­rą wciąż moż­na było ura­to­wać.

Po bólu w ręce i no­dze nie było już śla­du, a my­śli wi­ro­wa­ły w jego gło­wie z za­wrot­ną pręd­ko­ścią. Szyb­sze bi­cie ser­ca, tło­cze­nie krwi i pod­wyż­szo­ne ci­śnie­nie spra­wia­ły, że or­ga­nizm, któ­ry jesz­cze parę chwil temu był na gra­ni­cy cał­ko­wi­te­go roz­pa­du, te­raz znów wy­da­wał się w peł­ni spraw­ny i go­to­wy do dzia­ła­nia. Jak­by był na haju - zy­skał na­gle nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do ca­łe­go ar­chi­wum pa­mię­ci, na­wet do naj­drob­niej­szych skraw­ków wspo­mnień...

Męż­czy­zna w pro­chow­cu przy­padł do nie­go.

- Żyje?! Ja­kim cu­dem?!

Mi­chał przyj­rzał się ra­nie wlo­to­wej w czasz­ce. Kula wbi­ła się do­słow­nie dwa cen­ty­me­try nad le­wym oczo­do­łem. Zmie­nił nie­co po­zy­cję i de­li­kat­nie uniósł gło­wę Leny. Po­cisk prze­szedł na wy­lot i wy­glą­da­ło na to, że prze­dziu­ra­wił tyl­ko jed­ną pół­ku­lę. Wer­to­wał w pa­mię­ci wspo­mnie­nia o ope­ra­cjach, któ­re ob­ser­wo­wał i tych, któ­re sam prze­pro­wa­dzał. Szu­kał po­dob­ne­go przy­pad­ku, cze­goś, o co mógł­by się za­cze­pić...

- Wi­dzia­łem już taki po­strzał... - mó­wił go­rącz­ko­wo. - Po­cisk, tak jak tu­taj, prze­szedł tyl­ko przez jed­ną pół­ku­lę, nie na­ru­sza­jąc naj­waż­niej­szych ośrod­ków... Tam­ten fa­cet prze­żył, ro­zu­miesz?! - Ostat­nie sło­wa nie­mal krzy­czał pro­sto w twarz męż­czyź­nie w pro­chow­cu.

Nie było go przy tam­tej ope­ra­cji, ale roz­ma­wiał z neu­ro­chi­rur­giem, któ­ry ją prze­pro­wa­dził. To był po­strzał w gło­wę. Kula nie na­ru­szy­ła ani pra­wej pół­ku­li, ani rdze­nia. Było w tym spo­ro szczę­ścia, a sko­ro wte­dy się uda­ło, to dla­cze­go nie te­raz?

My­śli Mi­cha­ła go­ni­ły w tę i we w tę, wy­grze­bu­jąc z jego hi­po­kam­pu skraw­ki sta­ty­styk, któ­re prze­glą­dał po tam­tej ope­ra­cji. Na świe­cie 47 pro­cent po­strza­łów w gło­wę nie koń­czy­ło się śmier­cią pa­cjen­ta, a w przy­pad­ku uszko­dze­nia tyl­ko jed­nej pół­ku­li ten pro­cent rósł jesz­cze o kil­ka­dzie­siąt punk­tów w górę. Wszyst­ko to ozna­cza­ło jed­no: dziew­czy­nę moż­na było ura­to­wać, ale mu­sia­ła jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w szpi­ta­lu...

Szpi­tal. No tak. Prze­cież wła­śnie znaj­do­wa­li się w jed­nym z nich: opusz­czo­nym i po­zba­wio­nym per­so­ne­lu z nie­dzia­ła­ją­cą apa­ra­tu­rą me­dycz­ną. W po­zo­sta­łych pla­ców­kach me­dycz­nych za­pew­ne wy­glą­da­ło to po­dob­nie, a bez na­tych­mia­sto­we­go do­stę­pu do sali ope­ra­cyj­nej z od­po­wied­nim sprzę­tem szan­se dziew­czy­ny na prze­ży­cie ma­la­ły wła­ści­wie do zera. Lena do tej pory mia­ła mnó­stwo szczę­ścia w nie­szczę­ściu, ale te­raz po­trze­bo­wa­ła cudu. Mi­chał nie wie­rzył w cuda.

I wte­dy, nie wia­do­mo skąd, tuż obok nie­go po­ja­wi­ła się ona. Drob­na, w oku­la­rach z gru­bym opraw­ka­mi i bu­rzą czer­wo­nych wło­sów. Za­ta­mo­wa­ła krwa­wie­nie na szyi Leny, wy­ko­rzy­stu­jąc ap­tecz­kę pierw­szej po­mo­cy, któ­rą przy­nio­sła. Zro­bi­ła to na tyle pro­fe­sjo­nal­nie, że Mi­chał uznał ją za le­ka­rza. Dla­te­go bez chwi­li zwło­ki po­in­for­mo­wał ją, cze­go po­trze­bu­je. Ta o nic nie py­ta­ła, przy­tak­nę­ła tyl­ko ski­nie­niem gło­wy.

To ona wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wa­ła. Po­mi­mo pro­te­stów i wąt­pli­wo­ści męż­czy­zny w pro­chow­cu, któ­ry chciał ra­to­wać dru­gą ofia­rę strze­la­ni­ny - si­wo­wło­se­go męż­czy­znę w bia­łych sza­tach, rze­ko­me­go ojca Leny - za­de­cy­do­wa­ła, że w pierw­szej ko­lej­no­ści zaj­mą się dziew­czy­ną. Z ich ner­wo­wej wy­mia­ny zdań Mi­chał za­pa­mię­tał, że męż­czy­zna ma na imię Wik­tor, a ko­bie­ta Da­ria. Krót­kie spię­cie mię­dzy nimi za­koń­czy­ła wzmian­ka o szcze­pion­ce, któ­rej no­si­cie­lem mia­ła być pięt­na­sto­let­nia dziew­czy­na.

Da­lej wy­pad­ki po­to­czy­ły się bły­ska­wicz­nie. Naj­pierw po­ja­wi­ły się no­sze do prze­trans­por­to­wa­nia dziew­czy­ny. Mi­chał przy­po­mniał so­bie, że wraz z Leną mi­ja­li wóz­ki z no­sza­mi na dol­nej kon­dy­gna­cji. Po je­den z nich Da­ria wy­sła­ła Wik­to­ra, i czło­wie­ka, z któ­rym przy­by­ła na miej­sce strze­la­ni­ny - Mir­ka. Za­nim wró­ci­li, opa­trzy­ła ranę na udzie Mi­cha­ła, za­po­wia­da­jąc, że zaj­mie się nią do­kład­nie w miej­scu, do któ­re­go się wy­bie­ra­li.

Pięć mi­nut póź­niej byli na ze­wnątrz. Od woj­sko­we­go hu­mvee dzie­li­ło ich kil­ka­dzie­siąt me­trów. Usły­sze­li nie­mi­ło­sier­ne za­wo­dze­nie, a po chwi­li świa­tło ich la­ta­rek wy­ło­ni­ło z mro­ku gru­pę nie­mar­twych cią­gną­cych w ich stro­nę.

- Łap­cie! - za­wo­łał Wik­tor do Da­rii i Mi­cha­ła, wska­zu­jąc ru­chem gło­wy no­sze. - My się nimi zaj­mie­my.

- Dasz radę? - za­py­ta­ła Da­ria bez prze­ko­na­nia, spo­glą­da­jąc na Mi­cha­ła. Ten ski­nął gło­wą w od­po­wie­dzi.

Kil­ku­oso­bo­wa gru­pa sztyw­nia­ków zbli­ża­ła się w ich kie­run­ku. Jed­nak spo­sób, w jaki się po­ru­sza­li, był inny niż do­tych­czas - szyb­szy i bar­dziej zde­cy­do­wa­ny. Par­li na­przód, wpa­tru­jąc się w nich.

Da­ria pró­bo­wa­ła za­cho­wać spo­kój, przej­mu­jąc no­sze od Mir­ka, nie mo­gła jed­nak opa­no­wać drże­nia rąk. Mi­chał, pod wpły­wem ad­re­na­li­ny, zła­pał uchwyt no­szy naj­pierw pra­wą ręką, a po­tem lewą. Syk bólu, jaki wy­rwał się z jego ust, zo­stał za­głu­szo­ny przez huk.

Mi­rek trze­ma szyb­ki­mi strza­ła­mi po­wa­lił na zie­mię nie­mar­twych znaj­du­ją­cych się naj­bli­żej nich. Chwi­lę póź­niej do­łą­czył do nie­go Wik­tor, osła­nia­jąc Da­rię i Mi­cha­ła. Ci ru­szy­li do sa­mo­cho­du, naj­szyb­ciej jak to było moż­li­we. Za­nim jed­nak Mi­chał do­kuś­ty­kał do po­jaz­du, dwaj męż­czyź­ni upo­ra­li się z za­gra­ża­ją­cy­mi im umar­la­ka­mi. Na­stęp­nie pod­nie­śli nie­przy­tom­ną Lenę z no­szy i uło­ży­li ją na pace hu­mvee. Za­wo­dze­nie wzma­ga­ło się. Do cię­ża­rów­ki ze wszyst­kich stron cią­gnę­li ko­lej­ni nie­mar­twi, jed­nak w tym mo­men­cie cała uwa­ga czwór­ki lu­dzi kon­cen­tro­wa­ła się na dziew­czy­nie.

Kie­dy ta była już bez­piecz­na w sa­mo­cho­dzie, Wik­tor i Da­ria za­ję­li miej­sca z przo­du. Mi­chał wgra­mo­lił się nie­zdar­nie na tył.

- Jedź­cie, ja zaj­mę się Dar­kiem! - za­wo­łał Mi­rek, gdy sil­nik hu­mvee pra­co­wał już na ni­skich ob­ro­tach.

Wik­tor nie zwle­kał ani chwi­li i ru­szył przed sie­bie w nie­zna­nym Mi­cha­ło­wi kie­run­ku. Za nimi roz­le­gły się huki wy­strza­łów. Od­wró­cił się i ob­ser­wo­wał przez tyl­ną szy­bę, jak po­zo­sta­wio­ny przed szpi­ta­lem męż­czy­zna strze­la do dwóch naj­bliż­szych umar­la­ków, a na­stęp­nie bie­giem wra­ca do bu­dyn­ku.

Mi­rek zo­stał sam. Ciem­ność. We­wnątrz i na ze­wnątrz. Za­trza­snął drzwi. Za­wo­dze­nie nie­mar­twych nie­co przy­ci­chło. Zbli­ża­li się, a on był sam. Wy­jął z kie­sze­ni małą la­tar­kę. Snop świa­tła omiótł ścia­nę, a na­stęp­nie ośle­pił go, od­bi­ja­jąc się od szy­by ko­lej­nych, tym ra­zem wa­ha­dło­wych drzwi. Po­pchnął je i wszedł w głąb szpi­ta­la. Dru­gie drzwi dało się za­ry­glo­wać. Zdjął pa­sek od spodni, owi­nął go wo­kół uchwy­tów i za­ci­snął moc­no. Jęki znów sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze, tak jak bi­cie jego ser­ca. Przy­spie­szał rów­nież od­dech. Wdech i wy­dech. Co­raz szyb­ciej, ale jed­nak wol­niej od ser­ca. Na­słu­chi­wał, jak umar­la­ki pod­cho­dzą do drzwi wej­ścio­wych i obi­ja­ją się o nie. Te­raz wy­raź­nie ich sły­szał. Jesz­cze chwi­la. Jesz­cze kil­ka kro­ków i będą w środ­ku...

I wte­dy coś za­war­cza­ło. To był sil­nik cię­ża­rów­ki. Tak przy­naj­mniej brzmiał. Za­war­czał i zgasł. Na­stą­pi­ły dwa krót­kie ostre trza­ski, je­den po dru­gim. Umar­la­ki za­trzy­ma­ły się i za­le­gła chwi­lo­wa ci­sza. Na­gle roz­legł się jęk. Ale inny. Po­tem ko­lej­ny. Jak­by stłu­mio­ny. Ago­nal­ny. Pró­bo­wał zaj­rzeć przez szpa­rę mię­dzy drzwia­mi, ale pa­sek nie po­zwa­lał otwo­rzyć ich na tyle, by co­kol­wiek zo­ba­czyć.

Za­kasz­lał. Po­świe­cił la­tar­ką na drzwi. Gaz. Przez szpa­rę do środ­ka do­sta­wał się gaz. Siwy, tań­czą­cy w po­wie­trzu. Bez­won­ny. Wi­dział go, ale ni­cze­go nie czuł. Je­dy­nie mro­wie­nie w oczach. Od­ru­cho­wo przy­mknął je i za­sło­nił dłoń­mi. Cof­nął się o krok.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

PROLOG

Kie­dy jesz­cze żyła, bała się śmier­ci. Wszy­scy boją się śmier­ci, tyl­ko nie ja. Bała się, bo nie wie­dzia­ła, czym jest śmierć. Bała się tego, czym sta­nie się po śmier­ci. Jak każ­dy czło­wiek nie wie­dzia­ła, czym jest ta chwi­la mię­dzy tym, co jest, i cze­go już nie ma. Gdy ży­cie za­mie­nia się w ma­te­rię, oso­ba w rzecz, głos w ci­szę. Śmierć była dla niej za­gad­ką, ta­jem­ni­cą i obiet­ni­cą. Rów­na­niem z sa­my­mi nie­wia­do­my­mi. Wie­lu w dzie­jach twier­dzi­ło, że wie, czym jest śmierć. Ale nie wie­dzie­li. Tyl­ko ja wiem. Tak samo ży­cie. Wie­lu twier­dzi­ło, że wie, czym jest. Ale nie wie­dzie­li. By wie­dzieć, czym jest ży­cie, trze­ba wie­dzieć, czym jest nie­ży­cie, czym jest śmierć. A to wiem tyl­ko ja.

Ta dziew­czy­na też mo­gła­by po­my­śleć, że już wie, czym jest śmierć. Po­my­śla­ła­by tak, gdy­by mo­gła my­śleć. Mo­gła­by wte­dy, w tym jed­nym mo­men­cie przed za­trza­śnię­ciem po­wiek za­py­tać: Czy to już? Czy tak wy­glą­da ko­niec? Czy tak wy­glą­da ta chwi­la, gdy je­dy­ny raz w ży­ciu mogę po­wie­dzieć: umie­ram? Nie mo­gła jed­nak za­py­tać. Była nie­przy­tom­na. Świa­do­mość opu­ści­ła ją i prze­by­wa­ła gdzieś, ale nie tam, gdzie jej cia­ło, gdy po­cisk po po­ko­na­niu krót­kie­go dy­stan­su dzie­lą­ce­go go od jej gło­wy za­chły­snął się jej krwią, wwier­ca­jąc się w lewą pół­ku­lę mó­zgu. Twar­de ko­ści czasz­ki pró­bo­wa­ły sta­wiać opór, ale po­cisk prze­bił je bez pro­ble­mu. Wszedł w mó­zgo­wie jak w ma­sło tuż nad le­wym oczo­do­łem. Jego prze­zna­cze­nie było pro­ste: za­bić dziew­czy­nę. By jed­nak za­koń­czyć swo­ją mi­sję, mu­siał prze­wier­cić jej gło­wę na wy­lot, sie­jąc spu­sto­sze­nie w mó­zgu.

Tra­sę lotu wy­zna­czy­ła ba­li­sty­ka. Naj­pierw wnę­trze czasz­ki. Pierw­szy przy­sta­nek: kora przed­czo­ło­wa. Płat czo­ło­wy po­wy­żej, po­ni­żej i w od­da­li ośro­dek Bro­ca. Lewa pół­ku­la. Ale po­cisk nie jest świa­dom tego wszyst­kie­go. Ko­lej­ne tkan­ki ner­wo­we roz­ry­wa­ją się pod jego na­po­rem. O mi­li­me­try mija czter­dzie­ste czwar­te i czter­dzie­ste pią­te pole Brod­man­na. Kor­bi­nian Brod­mann był XIX-wiecz­nym nie­miec­kim neu­ro­lo­giem, któ­ry usta­lił po­dział kory mó­zgu na czter­dzie­ści sie­dem pól. Na­stęp­nie po le­wej mija za­kręt ob­rę­czy tuż nad spo­idłem wiel­kim. W koń­cu, cały po­kry­ty krwią, tkan­ka­mi i mi­kro­sko­pij­ny­mi frag­men­ta­mi czasz­ki, z im­pe­tem wdzie­ra się na dwu­dzie­ste dru­gie pole Brod­man­na, któ­re jest czu­cio­wym ośrod­kiem mowy. Jego uszko­dze­nie po­wo­du­je afa­zję Wer­nic­kie­go, czy­li pro­ble­my z ro­zu­mie­niem mowy wła­snej i in­nych osób. Może tak­że pro­wa­dzić do nad­mier­nej ga­da­tli­wo­ści lub znie­kształ­ca­nia słów. Ale to już było nie­istot­ne. Kula mija te­raz zwo­je pod­sta­wy, by prze­drzeć się z pła­ta skro­nio­we­go do po­ty­licz­ne­go. Roz­szar­pu­je gra­ni­cę mię­dzy sie­dem­na­stym i osiem­na­stym po­lem Brod­man­na, by w koń­cu opu­ścić to smut­ne, ciem­ne miej­sce, prze­szy­wa­jąc płat po­ty­licz­ny i wy­do­sta­jąc się z mro­ku tu­ne­li na­czyń krwio­no­śnych na świa­tło dzien­ne. A wła­ści­wie księ­ży­co­we, bo za okna­mi pa­nu­je już noc. Ja­rze­niów­ki świe­cą ja­śniej od słoń­ca, a kula ni­czym Ikar wzno­si się ku nim. Ale w prze­ci­wień­stwie do syna De­da­la, nie spa­da do krwi­ste­go mo­rza czer­wo­ne­go, roz­le­wa­ją­ce­go się po szpi­tal­nej pod­ło­dze. Mo­rza, któ­re­go do­pły­wy sta­no­wi krew są­czą­ca się z ran dziew­czy­ny i in­nych ciał le­żą­cych na po­sadz­ce.

Po­cisk z obłęd­ną pręd­ko­ścią zbli­ża się do ścia­ny. Opusz­cza­jąc lufę, gnał z pręd­ko­ścią 800 me­trów na se­kun­dę i choć zwol­nił w trak­cie prze­lo­tu przez czasz­kę i mózg dziew­czy­ny, na­dal pę­dził gru­bo po­nad 500 me­trów na se­kun­dę. I wte­dy w ułam­ku se­kun­dy, wy­ha­mo­wu­je do zera. Z ca­łym im­pe­tem, roz­grza­ny do czer­wo­no­ści szyb­ko­ścią, ale i krwią na­sto­lat­ki, wbi­ja swo­je po­dłuż­ne me­ta­lo­we cia­ło głę­bo­ko w ścia­nę. Ta przyj­mu­je go chłod­no. Gło­śny zgrzyt i po­cisk zo­sta­je spra­so­wa­ny do ma­łej pa­styl­ki. A dziew­czy­na umie­ra­ła jak wszy­scy. Wszy­scy, tyl­ko nie ja.