Trójkąt bermudzki
Katarzyna: Znasz ten kawał: syn
mówi do matki: "Mamo, to są moje koleżanki, a jedna z nich będzie moją
żoną. Zgadniesz która?". Na co matka: "Pierwsza z lewej". "Skąd
wiedziałaś?" "Bo już jej, kurwa, nie lubię".
Anna: Mogę się zrewanżować
prawdziwą historią. Przeczytałam w serwisach społecznościowych anons z zaproszeniem do programu telewizyjnego dla rodziny, która wyjechała na
wakacje z teściową i udało się wrócić wszystkim, w komplecie.
Katarzyna: Samo życie.
Anna: Ale twój dowcip świetny,
zwłaszcza że to chyba biały kruk w dziedzinie żartów o teściowych.
Zauważyłaś, że słyszy się głównie kawały o teściowych mężczyzn?
Katarzyna: Rzeczywiście. Wydaje
mi się, że stoi za tym wielowiekowy patriarchat. Facet zawsze był w rodzinie uprzywilejowany, w każdej roli. Toteż mógł sobie pozwolić na
drwiny. Już teściowe z zięciów głośno nie robiły sobie kpin.
Anna: Ze śmiechem nie ma żartów
- jak mawiał Gogol, i chyba tu akurat jego powiedzenie sprawdza się
świetnie. To samo, co w wydaniu teściowej jej zięcia najwyżej
rozśmieszy, już synowej może się nie spodobać, sprawić przykrość, a stąd
tylko krok do poważnego problemu.
Katarzyna: Zięć nie ma potrzeby
rywalizowania z teściową. I odwrotnie. Natomiast relacja między
kobietami, zwłaszcza gdy w grę wchodzi pojedynek o uwagę mężczyzny,
którego obie darzą uczuciem, każda innym, a jednak - będzie miała
charakter zdecydowanie bardziej emocjonalny. Dlaczego? No bo często
takie jesteśmy: reaktywne, drażliwe i pamiętliwe.
Anna: Profesor Bogdan de Barbaro
powiedział, że dla chłopca matka jest pierwszą kobietą, a dla
dziewczynki - pierwszą rywalką. Jeśli tak na to spojrzeć, układ:
teściowa, syn, synowa - to potencjalny trójkąt bermudzki.
Katarzyna: W dodatku w nieskończonej liczbie wariantów. Nie wiem, w jakim kontekście profesor
de Barbaro powiedział przytoczone zdanie, ale kluczowe wydaje mi się to,
jaką mamą była i jest teściowa. Jeżeli matka syna zapomniała, że
wychowuje go nie dla siebie, tylko dla niego samego, a w końcu dla innej
kobiety, musi zazgrzytać sprzeczność interesów. Tymczasem bardzo wiele
matek w ogóle nie ma tej świadomości. Zwłaszcza gdy są to matki samotne,
choć nie tylko. Jeśli kobieta nie ma partnera, zaczyna przesadnie żyć
życiem syna i wprowadza go na miejsce mężczyzny, którego brak u jej
boku. Ale równie dobrze pani może być w dość szczęśliwym związku, a będzie się ochoczo przeglądała w oczach syna, żeby się chociażby czuć
młodziej.
Anna: Brzmi znajomo, że odwołam
się do naszej poprzedniej książki.
Katarzyna: Tak. Kiedy
rozmawiałyśmy o trudnych matkach w Być córką i nie zwariować,
mówiłyśmy o tym samym typie kobiet, co toksyczne teściowe synowych,
czyli o osobowościach narcystycznych. Kobiety, które nie są dotknięte
tym rysem, funkcjonują w relacjach w miarę dobrze i bezkolizyjnie,
również na linii teściowa-synowa.
Anna: Przy czym narcystyczna
może okazać się nie tylko teściowa, ale i - dla odmiany - synowa.
Katarzyna: Wtedy to teściowa
może odchodzić od zmysłów. Ale my skupiamy się na położeniu żon i partnerek mężczyzny, a nie ich matek. Bycie synową nie jest łatwe. Młoda
kobieta wchodzi do obcej rodziny, ta rodzina przyjmuje ją różnie: jedna
ciepło i serdecznie, inna obojętnie, a jeszcze inna - z rezerwą.
Mężczyzna zwykle się stara, lecz nie zawsze potrafi, nie zawsze też
udaje mu się jak najbardziej ułatwić i ocieplić moment wprowadzenia do
rodziny swojej ukochanej. Jego matka ma ją podaną niejako na tacy:
wszystko o niej wie, o wszystko niemalże wypada jej zapytać. Poznaje
rodziców i rodzinę dziewczyny. Tymczasem sama pozostaje często
tajemnicą.
Anna: Dlatego tak ważne jest
podejście do tematu, jakie zaprezentowała nam synowa pani Diabolik,
która - powiedzmy to samochwalczo - zaczerpnęła wiedzę z naszej książki
o relacjach córki z matką. I właśnie dzięki temu sobie tę teściową
rozpracowała i rozbroiła. O pani Diabolik przeczytacie dalej w tej
książce.
Katarzyna: Podobnie jak w relacji z matką, tak na linii z teściową mamy do czynienia z kobietą
wychowaną przez inną kobietę, która z kolei została ukształtowana przez
swoją matkę i tak dalej. Tu również dochodzi do powielania jakiegoś
skryptu, który determinuje postępowanie kobiet.
Anna: Jeśli więc zrobimy
research dotyczący rodziny i korzeni teściowej oraz jej historii, możemy
zobaczyć w pani Diabolik małą, bezbronną dziewczynkę.
Katarzyna: Która jednakowoż
mocno tupie nóżkami. Natomiast rozpoznanie krajobrazu rodzinnego
faktycznie daje klucz do... może nie rozwiązania czy szczęśliwego
zakończenia, ale do zrozumienia drugiej strony. A wtedy okazuje się, że
nie trzeba brać wszystkiego do siebie.
Anna: Stąd w naszych-nie naszych
opowieściach, choć zwracamy się do synowych, światło rzucamy w większym
stopniu na teściowe. Są przecież sytuacje życiowe, już nawet bez względu
na rys osobowościowy bohaterek, w których nadaktywność czy nadobecność
matki mężczyzny w życiu młodych jest jakoś zrozumiała.
Katarzyna: Jednak nie zawsze
uzasadniona. Pamiętajmy o dwóch aspektach. Po pierwsze rodzic powinien
pozostać rodzicem, a nie wyłącznie kumplem czy przyjaciółką. I nie wolno
mu oczekiwać zamiany ról, czyli wymagać opieki rodzicielskiej od swojego
dziecka.
Anna: Dodajmy może, że tak
długo, jak się da. Bo przecież w przypadku ciężkiej choroby czy
zaawansowanego wieku często opieka dziecka nad rodzicem wchodzi w grę i ma też w sobie coś z asekuracji pararodzicielskiej. Ale wpadłam ci w słowo.
Katarzyna: A druga sprawa i ostrzeżenie, nawiązujące zresztą do tego, o czym mówiłyśmy w Być córką
i nie zwariować - osobowość narcystyczna nie musi manifestować się jako
zakochanie w sobie z wzajemnością. Narcyzm oznacza nadmierne skupienie
na sobie, również na przykład w swojej niedoli. Wyobraźmy sobie matkę,
która czuje się podupadła na zdrowiu i w związku z tym oczekuje od syna
specjalnej opieki ponad potrzeby. Będzie grała na jego sumieniu,
poczuciu przywiązania i obowiązku, będzie uprawiała szantaż emocjonalny.
A obserwatorzy z zewnątrz powiedzą, że ma prawo, bo jest poszkodowana.
Ona tymczasem zdemoluje synowi życie rodzinne, uznając, że ma do tego
legitymację w postaci złej kondycji. I ciągłym nawoływaniem o pomoc, a tak naprawdę o zainteresowanie swoją osobą, zadręczy synową, syna i wnuki też.
Anna: Mówi się, że żyjemy w cywilizacji osobowości narcystycznych. Jeśli chodzi o mnie, mam
serdecznie dość sytuacji, w których ktoś zagaja: "Jak u ciebie? Wszystko
dobrze, tak?" - odpowiada sam sobie, by bez zbędnej straty czasu
natychmiast przestroić się na transmisję danych wyłącznie na temat
własny. Czuję się wtedy jak "słup" podstawiony dla cudzych potrzeb
emocjonalnych.
Katarzyna: Też nie znoszę
takiego wampiryzmu. A ponieważ uprawiam zawód, jaki uprawiam, ludziom
często się wydaje, że w sytuacjach prywatnych nadal jestem od
wysłuchiwania ich gorzkich żali. I tak próbują sobie towarzysko mnie
"wypożyczyć". Tylko że ja się nie dam wykorzystać.
Anna: A dla mnie to problem, bo
dawniej za wielką zaletę uważano umiejętność słuchania, którą akurat
mam. Chyba jednak nauczę się stawiać granice.
Katarzyna: Najwyższa pora.
Anna: Powiedziałyśmy, gdzie leży
beczka z paliwem dla relacji synowa-teściowa. A jakie i gdzie są punkty
zapalne?
Katarzyna: Pochodzenie, różnice
środowiskowe i światopoglądowe, pieniądze, styl życia, no i oczywiście
wnuki oraz wszystko, co związane z ich wychowaniem. A tak naprawdę w złej relacji każdy pretekst jest dobry. Tu idealnie pasuje kolejny
dowcip: "Kobieta wznosi toast: Za seks! To jedyne, w czym moja teściowa
nie może czuć się ode mnie lepsza".
Anna: Ale jak udowodnimy w dalszej części książki, konkurencja może odbywać się również na tym
polu.
Gra o tron
Grażyna uważała się za równą babkę. Taką, co to do każdego się językiem
dostosuje: do młodych celnie zagada i nad starszymi pochyli się z uwagą.
Lubiła żarty, śmiała się chętnie i serdecznie, bez względu na poziom
dowcipu. I towarzyska była bardziej niż jej mąż Zenek. To ona
inspirowała wyjścia do ludzi, zresztą uważana w okolicy za atrakcyjną
kobitkę w średnim wieku, nadal lubiła się pokazać. U siebie też
potrafiła ugościć elegancko, w każdym razie w kuchni powodów do
kompleksów nie miała. I nie tylko w kuchni - jak zapewniał bezwstydnie
Zenon po kilku głębszych.
"Miss obejścia" - dogryzały po cichu złośliwe baby z sąsiedztwa, co im
czas pokreślił twarze i pogiął sylwetki. Grażynie ich zazdrość tylko
schlebiała; czuła się jeszcze młodsza i ładniejsza. Jak na swoje
możliwości, a wyżej nie aspirowała, była po prostu spełniona. Jako
kobieta i nie tylko. Mówili do niej "pani magister", bo farmaceutka, a w czułej wersji Zenka "farmazonka". Od ludzi jednak swoje poszanowanie dla
stanowiska odbierała. A że mąż prowadził hurtownię sprzętu
oświetleniowego, wiodło się rodzinie całkiem, całkiem.
Jednak najważniejszym powodem do dumy był dla Grażyny syn.
Marcin przerósł rodziców pod każdym względem. Był wyższy i wyższe miał
ambicje oraz dążenia. Zaraz po studiach wyrwał się na dobre z podwarszawskiej miejscowości do stolicy. Tu zaczął robić karierę w biznesie poligraficznym, zamieszkał w apartamentowcu w dzielnicy
"wszystko na kredyt", jeździł modnym autem z takiego też finansowego
rozdania, ale nade wszystko zaciągał kredyty zaufania u kobiet. I z tych
zobowiązań jakoś nie szło mu się wywiązywać. Całymi latami zmieniał
"narzeczone". Wyznawał też zasadę delegacyjną: mężczyzna sto kilometrów
od miejsca zamieszkania to znów wolny.
Grażyna poznawała kolejne oficjalne partnerki syna i wobec każdej
następnej wydawała się bardziej serdeczna, właśnie z tego powodu, że
była partnerką kolejną, czyli nie pierwszą i - co ważniejsze - nie
ostatnią. Ludzie dogadywali: "Patrz, jak ona się podlizuje kandydatce na
synową, pewnie by chciała wnuki bawić wreszcie!". A tymczasem Grażyna
sama nie zauważała, jak doskonale się czuje w tej sztafecie
narzeczonych. Dlaczego? Ano z banalnego przeświadczenia, że syn nie
znalazł jeszcze kobiety, ponieważ żadna nie dorównuje jego matce.
A kto to jest?
Pani magister, trzeba przyznać, miała swój udział w nakręcaniu karuzeli
z ofiarami przystojnego Marcina. Z aptekarską dokładnością odmierzała,
według potrzeb, dawki pigułek. Nie, nie wczesnoporonnych, raczej
wczesnoochronnych czy też ostrzegających w kwestii, kto zawsze będzie
kobietą numer 1 w życiu tego pożądanego kawalera. Jedna z jego partnerek
miała odebrać pokaz nienagannego a brawurowego tańca matki z synem, inna
została zarzucona całkiem niepotrzebnym popisem wiedzy farmaceutycznej,
żeby było jasne, kto tu ma kompetencje naprawdę istotne, w dodatku do
spraw tak kluczowych jak zdrowie. Kolejną "narzeczoną" Grażyna speszyła
już na wstępie. Gdy Marcin zaczął przedstawiać: "Mamo, to jest, Iwona,
wiesz...". Grażyna błysnęła tekstem: "No nie wiem, nie wiem". Miało
zabrzmieć leciutko jak śniegu puch, a walnęło jak bryłą lodu. Niechcący?
I może przez pomyłkę Grażyna powiedziała do telefonu głośno i dobitnie,
że nowa narzeczona syna jest gastrologiem, choć dopiero co przedstawiła
Zenek, jak to chłop, przez pewien czas lubił popatrzeć na młode
dziewczyny syna. Ale z czasem dotarło do niego, że może już dość tego
młodzieńczego wyszumienia.
- Grażka, martwię się o Marcina - mówił żonie - on się powinien
ustatkować.
- Ty, dziaders... - upominała równa babka Grażyna - żyj i daj żyć innym.
- Weeź daj spokój... Ile można w ten sposób? Niestety my nie jesteśmy
wieczni. Sam zostanie?
- A ty się już gdzieś wybierasz? Bo ja nie!
- No dobra, ale chciałbym się jeszcze nacieszyć jakimiś wnukami.
Popatrzeć, jak rosną, zabrać na ryby, na mecz.
- Brak ci kumpli do zabawy? Dzwoń po Maczobąka. Zawsze chętny.
Pewnego dnia, żegnając się z synem, odruchowo strzepnęła mu włos z klapy
płaszcza, a gdy spojrzała w górę, stwierdziła, że czupryna Marcinowi się
przerzedza. Jeszcze osobiście przyniosła mu preparat na porost włosów,
rzucając niby od niechcenia:
- Znalazłam w aptece, przy remanencie, może ci się kiedyś przyda.
Ale przestała drwić z niepokojów Zenka. Chyba że brnął za daleko:
- A może z tym naszym synem coś nie tak?
- Z tobą chyba coś nie tak! - odpalała z oburzeniem. Choć tak naprawdę
nie mogła mieć pewności.
Marcin wylewny nie był, nie zwierzał się z życia uczuciowego. Nawet gdy
jego któryś związek trwał dłużej, ale się kończył, syn obwieszczał
zdawkowo: "To jednak nie to". A rodzice nie naciskali. Zresztą zwykle
sami widzieli, że kolejna historia miłosna dogasa na ich oczach - Marcin
był coraz bardziej osobny, a partnerka zepchnięta do defensywy i wyciszona. Na tym etapie Grażynie było tych wszystkich dziewczyn po
ludzku żal. Nigdy jednak nie zastanawiała się, czy sama nie popełniła
lub nie popełnia tu jakiegoś błędu. Refleksja nie była jej domeną.
Przeciwnie, nie lubiła "filozofowania" Zenka i zwykle ucinała je jednym
zdaniem: "Co tu bić pianę, jest jak jest". Aż nadszedł dzień, w którym
to Zenek powiedział jej te same słowa.
Marcin rozstał się z Amelą. Zwykle w takich okolicznościach wpadał
częściej na gorące kolacje mamusi, żeby samemu nie gotować. I według
schematu po jakimś miesiącu częstotliwość wizyt słabła, a po kolejnym -
wracał z inną dziewczyną. Tym razem nie było fazy częstszych kolacji ani
przywożenia prania do wyprasowania. Wręcz przeciwnie. Syn odleciał.
Najpierw mówił, że ma nawał pracy, potem, że jedzie z kumplami, bo
potrzebny mu reset, po powrocie wpadł, ale na krótko, i zaraz zajął się
remontem swojego mieszkania. To trwało zbyt długo, by nie zauważyć, że
jest inaczej. Aż pewnego dnia przyjechał, wszedł do salonu, siadł na
kanapie i zanim Grażyna zdążyła zapytać, czy będzie coś jadł, obwieścił:
"Zakochałem się, tym razem na serio".
Grażyna, zwykle rozgadana, milczała dłuższą chwilę. Ciszę przerwał
Zenek:
- Super, synu, wreszcie!
Ona martwym tonem w końcu wykrztusiła:
- A kto to jest?
- To całkiem inna bajka niż do tej pory. Inna bajka, inna klasa,
fantazja, polot. Artystyczne klimaty, luz, ciekawi ludzie wokół,
błyskotliwość, mamy świetny przelot - Marcin gadał jak nakręcony.
Grażyna jedno czuła bardzo wyraźnie: że ekscytacja syna ją drażni. Nigdy
taki nie był. Jej syn miał zawsze do kobiet podejście rozsądne. A teraz
paplał jak zakochany szczeniak. I jej, matce, wcale się to nie podobało.
Nie zdobyła się na więcej niż poklepanie syna po ramieniu i zdawkowe:
- Kiedy ją poznamy? Wpadniecie w niedzielę na obiad?
- Nie, mamo, dzięki, ale Julka dużo koncertuje. Śpiewa w zespole i zaraz
jadą w trasę. Poza tym rodzinne obiadki, nie obraź się, ale to nie jej
klimaty.
"Nie obraź się"... Ludzie!!!
O, nieprędko przestały te słowa dźwięczeć w uszach.
I kiedy którejś niedzieli Marcin, wprawdzie sam, ale przyjechał,
Grażyna, podając do stołu, nie mogła się powstrzymać od aluzji:
- Zapraszam na rodzinny obiadek - powiedziała. Nawet nie tak bardzo,
żeby dogryźć, raczej żeby wyrzucić żal, z którym nie wiedziała, co
począć.
Oto kilka tygodni wcześniej jej całkiem przewidywalny syn wpadł jak
torpeda i w kilku słowach zburzył istniejący w tej rodzinie porządek
świata. Rzecz nie w obiadkach, lecz w tym, kogo można pozbawić wpływów
jednym krótkim "nie obraź się". Nie obraź się, ale kto inny będzie teraz
nadawał ton.
Grażyna poczuła się zdetronizowana, nieważna, odtrącona.
Gdyby nie Treska
Do spotkania doszło podczas ślubu przyjaciela Marcina, Adama. To wtedy
Julia, towarzysząca Marcinowi, po raz pierwszy pojawiła się w okolicy.
Grażynie wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że faktycznie: inna
bajka. Ale czy inna klasa? - tego Grażyna nie chciała zobaczyć. Gęste,
kręcone, ciemne włosy Julii, upięte jak u Włoszki w luźny kok, matka
Marcina natychmiast w myślach nazwała Treską. I od tej pory tylko takim
kryptonimem określała ewentualną przyszłą synową. Nie podobała jej się
ani figura, ani uroda dziewczyny. Hiszpańskie powinna mieć kształty, a nie grube rysy twarzy - skomentowała w myślach. I zaraz za tą myślą w jej głowie wykwitło prawdziwe pocieszenie: Takie chude, z wydatnym nosem
paskudnie się starzeją - skonstatowała z ulgą. Nawet nie zauważyła, że
podglądając Julię, czyli Treskę, odruchowo wciągnęła brzuch i ręką
roztrzepała włosy nad czołem.
Wcześniejsze dziewczyny syna nie przypominały Amy Winehouse, również
wokalistki, która w dodatku źle skończyła. Z nieoczekiwanym sentymentem
Grażyna wspominała wszystkie byłe Marcina. Taka Ania, grzeczna, czasem
zabawna, blondynka. Renata, krótko ostrzyżona, trochę jak punk,
uwielbiała zmieniać kolory na głowie, ale niezmiennie się uśmiechała, a do Grażyny to już szczególnie. W ogóle wszystkie dziewczyny syna były
wobec niej bardzo ugrzecznione. Może ta ostatnia, Amela - najmniej. Ale
ona w ogóle była jakaś depresyjna. Zresztą Grażyna, gdy tylko to
zauważyła, powiedziała Marcinowi. Niech chłopak wie, zanim się właduje.
I chyba poskutkowało. Wtedy.
- Julia Trawera - dziewczyna przedstawiła się, okraszając to szerokim,
swobodnym uśmiechem.
- Grażyna Werliniec - padła odpowiedź z uśmiechem powściągliwym, bo to
przecież nie przegląd stomatologiczny.
Zenek zdaje się o tym zapomniał, bo przedstawiając się, dorzucił, że
bardzo mu miło!
Prezentacja przebiegała na dziedzińcu kościoła, po ceremonii, życzeniach
dla państwa młodych i ich odjeździe w stronę domu weselnego.
- To co? Jedziemy za nimi? - bardziej stwierdził niż zapytał samozwańczy
wodzirej Zenon.
- Nie, tato, my się wycofujemy. - Marcin był odrobinę skrępowany, gdy to
mówił. - Julia musi się jeszcze spakować, bo o 19 ma samolot do Londynu.
- Ale ty przecież możesz potem wrócić na wesele przyjaciela - wyrwało
się Grażynie, która zaraz pożałowała stanowczego tonu, na granicy
reprymendy, bo Julia najswobodniej w świecie poparła ją:
- Oczywiście, też tak uważam. Powinieneś. - Przytaknęła głową,
odwracając się w stronę Marcina.
- A pani nie szkoda takiej zabawy? - Teraz Grażyna zaszczyciła Julię
uśmiechem.
- Mamo, Julka będzie miała w Londynie własny koncert w świetnym klubie,
więc nie musi żałować potańcówki pod namiotem. - Marcin uśmiechał się
dobrotliwie, jak do dziecka, które niechcący popełniło faux pas.
- Tylko że mój występ to jednak praca - powiedziała Julia pojednawczo.
- Praca... - Grażyna rzekła jakby melancholijnie. I po chwili dołożyła do
pieca: - Taka praca wiele może odebrać...
Zenek, gwałtownie odwracając głowę, spojrzał na nią jak na kogoś obcego,
bo nie wiedział, czy Grażyna nie dosłyszała słowa Londyn i dalej robi z wesela aj-waj, czy zapomniała, że to Marcin jest na ślubie przyjaciela,
a Julia właściwie nie zna młodych. Czy też całkiem co innego ma na
myśli.
- Lecimy. - Marcin objął Julię ramieniem i tak pokierował wzrok, żeby
nie patrzeć już na matkę.
Podczas wesela, na które Marcin dotarł późno i na krótko, Grażyna bawiła
się nieco ostentacyjnie, jakby samą siebie chciała przekonać, że nic nie
zmąci jej radości i nie zachwieje jej atrakcyjnością towarzyską. Jednak
Zenek swoje wiedział. Znał żonę, jak lubił mawiać grubiańsko: "Na
wylot". Nie zdziwił się zatem, gdy po powrocie do domu wstawiona Grażyna
wyrzuciła wreszcie z trzewi:
- Było fajnie i mogłoby być jeszcze fajniej, gdyby nie ta Julia Treska.
Że też musiał sobie znaleźć taką...
- Przecież ty jej w ogóle nie znasz.
- Ale już widzę, że owija go sobie wokół palca. I jaki on wpatrzony!
Słyszałeś? Nie dla niej wesele pod namiotem. Za kogo się uważa? Założę
się, że na niejednym weselu wyła do kotleta.
- Przesadzasz! - Zenek postanowił zamknąć temat, przemawiając do żony
jej własnymi słowami: - Co tu bić pianę. Jest jak jest - powiedział i zaraz zapadł w sen.
Grażyna - wprost przeciwnie. Długo przewracała się z boku na bok. Coś ją
dotkliwie uwierało. Nie w łóżku. W życiu.
Tak zapoczątkowana relacja matki z narzeczoną syna nie wróżyła dobrze na
przyszłość. I rzeczywiście, z czasem wcale nie było lepiej. Przy
pierwszej wizycie Marcina i Julii Grażynę zniesmaczyło, że dziewczyna
nie ma apetytu na jej wyborne ciasto. A przecież grzeczność zobowiązuje.
Dodatkowo zirytowało ją, że Julka nie zachwyca się apartamentem syna i opowiada, że marzy o mieszkaniu w starej kamienicy. Oczywiście w całkiem
innej części miasta. Grażyna wyprowadziła z tego wniosek, że ona go nie
docenia. A takiej sytuacji w jego życiu nigdy nie było.
Kolejne spotkanie - tym razem był to pierwszy "rodzinny obiadek" -
przyniosło Grażynie nowe niemiłe obserwacje. Okazało się, że Julia jest
córką artystów, muzyków jazzowych. Z rozbawieniem opowiadała o swoim
dzieciństwie, które często upływało jej w trasach koncertowych rodziców.
No, takiego czegoś Grażyna dla swoich wnuków nie planowała. Co gorsza,
Julia i jej rodzeństwo wiele czasu spędzali pod opieką babci. A Grażyna
zamierzała być babcią w dżinsach, babcią jeżdżącą z wnukami na rolkach,
ale nie od kupek i zupek. A propos zup, podczas tego spotkania zdarzyła
się i taka nieprzyjemna wpadka, że Julia nie reflektowała na rosół. Bo
na mięsie. O drugim daniu wegetariańskim Grażyna pomyślała, gdyż Marcin
ją wcześniej o to poprosił. Ale że rosół też zakazany?! Wariactwo. Nie
powstrzymała się:
- Gdyby młodzi wegetarianie przynajmniej wiedzieli, jak trzeba
suplementować brak mięsa w diecie - przemówiła pani magister. I westchnęła, dodając: - A potem jest tyle przypadków anemii, niepłodności
i niedonoszonych ciąż.
Julia spojrzała zadziwiona i spokojnie postanowiła skorygować pogląd
Grażyny:
- Zwierzęta, a zwłaszcza drób, są karmione antybiotykami i hormonami. Z badań wynika, że to dopiero ma fatalny wpływ na człowieka, który je tak
nafaszerowane mięso. Skutki mogą być naprawdę poważne.
Do konsensusu nie udało się dojść, choć temat banalny i w wielu
rodzinach dawno traktowany w sposób demokratyczny. Tu jednak zderzały
się dwa światy. Nie dlatego, że tak szalenie odległe - Grażyna w gruncie
rzeczy uwielbiała programy typu Wiesz, co jesz - lecz dlatego, że
jedna ze stron dążyła do konfrontacji. Nie pomagały zabiegi
dyplomatyczne Zenona w jego stylu:
- Graża, po co ty się tej dziewczyny czepiasz? Nie widzisz, jak Marcin
jest za nią?
- Nawet najdłuższa żmija kiedyś przemija. - Jak na Grażynę był to
zupełnie wyjątkowy zryw filozoficzny. Niestety nie oznaczał zamiarów
pokojowych.
Marcin widział, że matka w dokuczliwości pod adresem jego wybranki
inwestuje więcej niż wobec którejkolwiek z wcześniejszych. Miał wiele
powodów, by podziwiać Julię, był nią zafascynowany, toteż matka
ustawiająca się w kontrze traciła w jego oczach. Zawsze świadoma swojej
wartości, teraz nieskutecznie, a zwłaszcza niepotrzebnie powarkiwała jak
pies małej rasy na mastifa. W takiej niekontrolowanej zazdrości nie
mogła liczyć na sojuszników. Nie tego Marcin oczekiwał, wprowadzając
kobietę do rodziny. Zwłaszcza że sam przyjmowany był przez rodziców i bliskich Julki bardzo serdecznie.
Nic dziwnego, że starał się chronić ukochaną, co oznaczało pogłębiającą
się izolację od domu rodzinnego. Matkę i ojca o zaręczynach poinformował
po fakcie. Julii przy tym nie było, i całe szczęście, bo na twarzy
Grażyny, jak na ekranie, wyświetliła się burza emocji targających nią od
środka. Było osłupienie, rumieniec, gniewne zmarszczenie brwi, potem
nerwowe bębnienie palcami w stół, nieskoordynowane ruchy głową w górę, w dół, na boki, wreszcie rejterada do kuchni. Sama była na siebie zła, że
jest tak czytelna. Lecz nijak nie potrafiła sobie z tym poradzić.
Dlatego na spotkanie rodzin postanowiła się uzbroić najlepiej jak
potrafiła - farmakologicznie.
Być tylko tłem?
Wyciszona przez tabletkę zachowała powściągliwość w emocjach. Niestety
nie w wyrażanych poglądach. Marcin nie był zadowolony, że wystąpiła jako
obrończyni Kościoła i fanka Krzysztofa Krawczyka. Wprawdzie rodzice
Julii przyznali, że artysta był obdarzony głosem wybitnym, ale wiadomo -
sami tworzyli całkiem inną muzykę. I w ogóle w oczach Marcina byli
bardziej otwarci, nowocześni, światowi, wyrafinowani. Właściwie
irytowało go, że matka - zwykle wyluzowana i zabawna - nagle okopuje się
po stronie źle pojętej tradycji, jakby miało to zrównoważyć postępowość
rodziny Julii. O jakiej równowadze mogła myśleć? Marcin rodziców kochał
i doceniał, ale podziwiał przyszłych teściów.
I może to właśnie, że syn duszę tamtym zaprzedał, bolało Grażynę
najbardziej. Miała wrażenie, że on chwilami wstydzi się pochodzenia, ich
się wstydzi, toteż czuła się bardzo zawiedziona i zdradzona. A im
bardziej skupiała uwagę na krzywdzie swojej, tym intensywniej podlewała
niechęć do Julii i jej świata. Nie potrafiła przejść ponad swoimi
utajonymi kompleksami, które nieoczekiwanie wyszły na jaw. Ona, której
przywilejem było zwykle błyszczeć, nie chciała stawać się dla kogoś
jedynie korzystnym tłem.
A powinna była chcieć? Miała schować do kieszeni swoje uczucia, zejść z drogi, ustąpić miejsca? I właściwie kiedy popełniła błąd i strzeliła
sobie w kolano: teraz, swoją obecną postawą? Czy przez lata, kiedy
pozwalała, by syn żonglował kobietami, dopóki ona sama stała na
piedestale? Może to wtedy, lecz nie przyszło jej do głowy, że ta jego
żonglerka obejmie w końcu ją?
Julia tymczasem odznaczała się pewnością siebie i całkowitą dyscypliną
emocjonalną. Kiedy Grażynę zalewały krew i siódme poty, wybrankę Marcina
stać było na chłodny dystans. Przynajmniej z pozoru. Przynajmniej dopóki
bez trudu przychodziło jej osiąganie celów, gdyż narzeczony był pod jej
przemożnym wpływem.
- Medium - warczała Grażyna - nasz syn stał się jej medium. Kompletnie
stracił własne zdanie.
Ślub był taki, jak zarządziła Julia - cywilny i kameralny. Potem wielce
kompaktowy obiad dla rodziców, dziadków oraz świadków z partnerami, a następnie, prawie prosto z restauracji, jazda na lotnisko i podróż
poślubna do Wenecji. W hotelu Rialto, w apartamencie z widokiem na Canal
Grande, państwo młodzi spędzili tydzień. Kosztował fortunę. Na
przyjęcie, które w żadnym razie weselem nie było, a Grażyna nazwała je
nieco eleganckim, lecz fastfoodowym poczęstunkiem przed podróżą,
zaprosili rodzice panny młodej. Za Wenecję płacili rodzice pana młodego.
Z aptekarską precyzją Grażyna oszacowała przepaść między poniesionymi
przez rodziny kosztami. I od tamtej pory pilnie i niestrudzenie tropiła
kolejne dowody potwierdzające jej tezę, że Marcin jest dla Treski przede
wszystkim bankomatem. Na liście argumentów znajdowały się obserwacje
celne, ale i śmiesznie błahe.
- Patrz, Zenuś, nie dość, że wynajął dla niej studio nagrań, to jeszcze
lata po mieście, żeby jej dostarczyć oliwki koniecznie nadziewane
cytryną, bo ona innych nie zje - wyrzekała Grażyna przed mężem.
Wściekała się, że matka Julki, Magda, prowadza swoje przyjaciółki do
nowego mieszkania młodych, oczywiście w kamienicy sprzed stu lat, jak
chciała małżonka Marcina, i szczyci się nim, jakby sami z mężem sprawili
córce i zięciowi taki prezent na start. A przecież to on, Marcin, kupił
apartament na życzenie, choć miał swój kawalerski bardzo elegancki.
Nie podobały się Grażynie te zbytki. Mówiła młodym wprost:
- Wy sobie już darujcie ten high life.
- Ale dlaczego mieć gorzej, skoro można mieć lepiej - dziwiła się Julia.
- Liczy się nie tylko standard życia, ale i styl, klimat, otoczenie.
Tymi argumentami do Grażyny przemówić się nie dawało. Patrzyła na Julię
z niezadowoleniem - to mało powiedziane. I nie raz komentowała
posunięcia młodych co do zakupów czy wyboru wakacji, jakby z punktu
widzenia księgowej syna.
- Twoja matka chciałaby siąść na twoich pieniądzach - stwierdziła Julia
po którymś kolejnym wystąpieniu Grażyny.
Marcin, by nie zaogniać sytuacji, odpowiedział:
- To z jej strony przejaw troski.
Sam jednak czuł, że coraz częściej musi się wikłać w zabiegi
dyplomatyczne, występując jako ambasador to jednej, to drugiej z kobiet.
Antagonizm między matką i żoną stawał się wyraźny. Wzajemna niechęć
narastała do tego stopnia, że Julia między wierszami sączyła uwagi o braku gustu i obycia Grażyny, o jej prowincjonalnych upodobaniach i zamknięciu na świat.
Pewnego razu Grażyna, zobaczywszy starą, amerykańską szafę grającą w holu mieszkania młodych, skwitowała z wyższością:
- Kicz!
- Kicz kontrolowany. Eklektyzm raczej, jeśli wziąć pod uwagę charakter
wnętrza - próbowała wyjaśnić Julia.
Ale Grażyna obstawała przy swoim:
- To stare pudło pewnie w ogóle nie gra. Zresztą nic tu nie gra. Na
suficie stiuki, na podłodze stara mozaika, a tu grat z Las Vegas. Szafa
grająca! A szafa na ubrania gdzie?
Julia, gdy była w dobrym nastroju, mówiła do swojej matki i przyjaciół
oględnie, że nie ma z teściową pasa transmisyjnego. Ale gdy Grażyna
nadepnęła jej na odcisk, potrafiła podsumować ją bardzo dosadnie: "Ta
kobieta ma mózg o wydolności intelektualnej kalafiora".
Całe szczęście, że Marcin tego nigdy nie usłyszał. Ale nie słyszeć - to
jedno, a nie wiedzieć - drugie. Doskonale zdawał sobie sprawę z toczącej
się między najbliższymi mu kobietami swoistej gry o tron. Nawet nie o niego, jego uwagę, o jego serce ani o jego dobro. O tron! O koronę. A gdy nastąpiło coś, w imię czego racja stanu podpowiadałaby stronom
rozejm, niestety na długi czas zawieszone zostały wszelkie stosunki
dyplomatyczne.
Julia zaszła w ciążę i gdy się okazało, że urodzi córeczkę, zdawało się,
że panie połączy troska o wspólną królewnę. Nic z tego. Grażyna
wszystkie sympatyczne gesty ze strony synowej potraktowała jako czystą
interesowność.
- Chce mieć we mnie jeszcze niańkę w gratisie - pomstowała w obecności
męża. A Julii i Marcinowi przy pierwszej okazji przeczytała znaleziony
na Onecie fragment tekstu, który zabrzmiał jak jej exposé:
"Nowy trend, zgodnie z którym współcześni dziadkowie, a przynajmniej
spora ich część, nie garną się już tak bardzo do wychowywania wnuków,
utrzymuje się już od kilku lat. Z publikowanych przez Newserię badań,
wykonanych jeszcze w 2017 r., jasno wynika, że ponad 40 proc. seniorów
czas po zakończeniu kariery zawodowej chce przeznaczyć na rozwój
osobisty, studia na uniwersytetach trzeciego wieku, naukę języków obcych
i wycieczki.
Według prognoz do 2035 r. osoby po 65. roku życia i starsze będą
stanowić 25 proc. społeczeństwa. Ze względu na coraz lepszą opiekę
zdrowotną i świadomość Polaków w zakresie zdrowego trybu życia ludzie
żyją dziś znacznie dłużej, obecni emeryci mają więc przed sobą co
najmniej 20 lat życia. Z badania "Współcześni seniorzy, Polska 2017",
przeprowadzonego na zlecenie Senior Apartments, wynika, że nie
zamierzają oni rezygnować z aktywności, jakie prowadzili przed
przejściem na emeryturę. Dla wielu z nich jest to pierwszy okres, kiedy
będąc w stabilnej sytuacji materialnej, mogą się skupić na sobie i swoich planach.
Zmieniających się potrzeb seniorów nie rozumieją jednak młodsze
pokolenia. Obecni 40-latkowie wciąż postrzegają swoich rodziców jako
stereotypowych emerytów, których jedyną ambicją jest spokojna starość.
Prawie 25 proc. ankietowanych uznało, że dla ich rodziców największą
przyjemnością na emeryturze jest czas spędzany z wnukami. Sami seniorzy
mieli w tej kwestii odmienne zdanie i deklarowali, że czas, który
niegdyś przeznaczali na pracę, obecnie chcą wykorzystywać na zajęcia
związane z rozwojem osobistym, np. wykłady na uniwersytetach trzeciego
wieku, naukę języków obcych, naukę tańca, wyjścia do kina lub teatru
oraz wyjazdy na wycieczki. Taką potrzebę wyraziło 40 proc. ankietowanych
seniorów. Wiedziało o niej jedynie 20 proc. ich dzieci.
Badanie pokazało też jednak, że większości seniorów nadal zdarza się
stereotypowo postrzegać swoją rolę w społeczeństwie i rodzinie. Ponad 68
proc. ankietowanych powyżej 65. roku życia stwierdziło, że ich
powinnością jest finansowe wspieranie swoich dzieci"1.
- Ja tam jestem za nowoczesną emeryturą i tylko taką dla siebie widzę -
Grażyna postawiła kropkę. Potem żałowała, bo po jej kropce nastąpiła
długa pauza w kontaktach.
* * *
Katarzyna: Dzwoni teściowa do
zięcia: "U mnie w mieszkaniu czuć gaz, co robić?". "Mamusia jest kobietą
wierzącą, niech mama zapali świeczkę i się pomodli".
Anna: I śmieszno, i straszno!
Jeśli opowiadasz taki żart a propos powyższej historii, to rozumiem, że
uważasz Julię, czyli synową z tej opowieści, za postać mocną. Taką,
która potrafi traktować teściową ze złośliwym przymrużeniem oka, jak
robią to zwykle zięciowie.
Katarzyna: Tak. Julia wchodzi do
rodziny przyszłego męża i w relację z jego matką w sposób nieinwazyjny.
Ani nie podlizuje się przyszłej teściowej, nie podkłada, ani się z nią
nie kłóci. W gruncie rzeczy ją jakby omija, trochę olewa.
Anna: Przyszła po swoje. Trafiła
kosa na kamień?
Katarzyna: Trafiła kosa na
kamień, bo Julia jest kobietką bardzo świadomą swojej wartości.
Anna: Rozgorzał pojedynek: miss
przedmieść kontra wschodząca gwiazda londyńskich scen klubowych.
Katarzyna: Tak można to
złośliwie widzieć na obecnym etapie. Pamiętajmy jednak, że nie wszystkie
wschodzące gwiazdy rozbłyskują coraz mocniejszym światłem. A jeśli
gwiazda spada z piedestału, to rozczarowanie potrafi odebrać jej wiele
mocy. Julia oczywiście nawet wtedy będzie czuła, że została skrojona ze
szlachetniejszej materii niż Grażyna. Zrównać się mogą natomiast w innym
punkcie; jest wielce prawdopodobne, że Julia sama jako matka i teściowa
powieli schemat zachowania swojej świekry.
Anna: Ale Grażyna, czyli
teściowa, raczej nie widzi tej perspektywy. Zresztą co niby miałaby z tym zrobić?
Katarzyna: Ona w ogóle w tej
sytuacji właściwie nie bardzo ma ruch, czuje się zagrożona głównie
dlatego, że tym razem do syna nie może się odwołać, bo on jest wyraźnie
zaczadzony.
Anna: Wcześniej grała z partnerkami syna, jak chciała, ponieważ jest osobowością narcystyczną i zamierzała być w tym państwie królową po wsze wieki, a paź królowej do
pewnego momentu był, trzeba przyznać, wierny i poddany.
Katarzyna: Dlatego spokojnie
zajmowała się robieniem wrażenia zarówno na sobie, że tak powiem, jak i na innych. A dziecko, syn, o którym właściwie trochę mało wiemy, dla
niej stanowi własność i przedmiot najwyższej dumy, jak order.
Anna: Nawet nie broszka, prawda?
Prędzej berło.
Katarzyna: Order to adekwatne
słowo, bo syn ucieleśnia życiowy sukces i powód do wielkiej dumy swojej
matki. Dlatego ona chętnie go pokazuje światu jako najlepszy dowód, że
się spełniła w roli rodzicielki i osoby, która wychowała i ukształtowała
tak fantastycznego mężczyznę. Równanie wydaje się proste: skoro syn
udany, to i ona udana.
Anna: Tak to chwała przechodzi z dziecka na rodzica. Pamiętasz, kiedy rozmawiałyśmy o matkach
"prostolinijnie" narcystycznych, mówiłaś, że córka takiej kobiety zawsze
będzie miała przechlapane, podczas gdy syn ma szansę załapać się na
przedłużenie, na bycie niejako filią mamusi.
Katarzyna: I to jest właśnie
jaskrawy tego przykład. Narcyzm matki syna różni się od narcyzmu matki
dziewczynki, ponieważ syn jest włączony w jej wewnętrzny narcyzm, jest
jej latoroślą, jej wypustką, jej dziełem. Urodziłam syna królowi,
chociaż król już dawno królem nie jest i w ogóle może nigdy nie był.
Anna: W tym przypadku ani z urodzenia, ani dowodzenia.
Katarzyna: Ale jest za to
królewicz. A ona ewidentnie jest królową, i najlepiej by było, gdyby,
jak to na dworach bywało, została regentką, bo królewicz jeszcze za
młody, więc rządzi regentka, chociaż korona siedzi na łebku synka.
Anna: I tylko król nie ma nic do
powiedzenia.
Katarzyna: Oczywiście. W naszej
opowieści jest dokładnie tak samo: najmniej ważny jest mąż.
Anna: Zresztą wielkość Grażyny,
ta lokalna wielkość, wyrosła między innymi na glebie jego uległości.
Katarzyna: I jego zgadzania się
na wszystko dla świętego spokoju, w przekonaniu, że jak kobieta będzie
zadowolona z siebie, to jemu, mężowi, jakoś mało się oberwie. Ale
wracamy do syna. Początkowo w relacji z mamusią jest typowy: zmienia
dziewczyny i porzuca je bez żalu, bo oczywiście najważniejszą kobietą
jego życia przez długi czas wydaje się mama, co ją wewnętrznie karmi i podtrzymuje wiarę w jej wspaniałość. Sporo jest takich matek.
Anna: Chyba mają wrażenie, że im
lepszą zachowają relację z synem, tym bardziej je to odmładza.
Katarzyna: O, na pewno, bo skoro
taka pani, mimo swoich lat, wciąż rozumie syna i on ją rozumie, czyli
zachowują wspólny język, to znaczy, że ona ma młody język. Jeżeli fajnie
wyglądają w tańcu, można sądzić, że nie widać różnicy pokolenia. Tylko
że oni, bohaterowie tej opowieści, prowadzą nierefleksyjny styl życia
bardzo odruchowego. Skupiają się na tym, co ich głaszcze po wierzchu i co staje się najważniejszym wskaźnikiem dobrostanu.
Anna: Myślę jednak, że taki
człowiek, w tej jego bańce mikroskalowej, jest po swojemu szczęśliwy.
Katarzyna: Tak jak nasza Grażyna
była do pewnego momentu spełniona i usatysfakcjonowana. Przez tyle lat
dziewczyny syna nie miały szans stać się jej rywalkami, pętały się przy
synku, ale tylko chwilowo. Przelatywały przez ten dom jak meteory.
Anna: Aż pojawił się ktoś z innego wymiaru. A syn wymknął się spod mamusinej jurysdykcji.
Katarzyna: Towarzyszące temu
poczucie krachu i bezbrzeżnego zdumienia dotyka wiele kobiet. Bo
zaskakująco dużo matek żyje w błogiej nieświadomości, że pewnego dnia
znajdzie się w końcu inna kobieta, której trzeba będzie syna oddać.
Tymczasem taka mamunia całymi latami wychowuje dziecko dla siebie, czego
przecież nigdy nie powie wprost, ale oczywiście, że robi to dla siebie.
Zresztą pewnie zawsze wolała mieć chłopca, dla siebie nie chciała mieć
dziewczynki, bo ten typ kobiet nie chce mieć dziewczynki.
Anna: Tak czy inaczej narzeczona
Marcina już na wstępie przelicytowała Grażynę.
Katarzyna: Pokazała, że może być
ktoś jeszcze pewniejszy siebie niż jego matka. A dla mężczyzny
wychowanego przez królową-matkę mieć nie mniej mocną żonę - to jedyne
właściwe osiągnięcie! Znowu jego życie będzie świetnie urządzone! Może
nawet jeszcze lepiej niż dotychczas.
Anna: On już to czuje i przechodzi na stronę narzeczonej, co widać wyraźnie, gdy karci matkę:
"Julka będzie miała w Londynie własny koncert w świetnym klubie, więc
nie musi żałować potańcówki pod namiotem".
Katarzyna: Oczywiście, i mamusia, jakkolwiek by się starała, już nie podskoczy.
Anna: Przegrała?
Katarzyna: Na pewno nie złoży
broni. Jeżeli dla matki syn jest jej przedłużeniem, to każda synowa
zawsze będzie niewystarczająca.
Anna: Nigdy dość dobra, że
odwołam się do tytułu książki Karyl McBride o traktowaniu córek przez
narcystyczne matki?
Katarzyna: Otóż to. Zostanie
przyjęta z konieczności, bo najchętniej mamusia zostałaby z tym synem na
zawsze razem. Nie odpuści więc. Przegrana czy nie - zawsze zechce i znajdzie sposób, żeby dokuczyć. Synowa może to odczuć albo być całkiem
odporna, ale narcystyczna teściowa nie ustanie w staraniach. A jeśli
jeszcze okaże się, że syn ma z żoną czy partnerką świetną więź
seksualną, co oznacza, że jej bardzo pragnie, że ją wielbi, że mu ona
ogromnie odpowiada i że ma na nim "trzymanie", to już będzie dla matki
ciosem poniżej pasa. Poczuje się wyzuta ze wszystkiego, skoro nie będzie
miała jak wyrugować tej synowej. Wtedy zacznie złośliwie kopać dołki nie
tyle pod kobietą syna, co pod małżeństwem. Niech no tylko nadarzy się
okazja. Gdyby na przykład synek popatrywał na inne damy, mamusia
natychmiast udzieliłaby mu wsparcia, żeby zdradził swoją żonę. Bo wtedy
żona przestałaby być jego jedyną właścicielką, a mamusia mogłaby się
troszkę rozluźnić.
Anna: Matki wolą synów również z tego powodu, że nie dostają od mężczyzn tego, czego potrzebują?
Katarzyna: To jest w ogóle jedna
z praprzyczyn toksycznych relacji w układach rodzinnych. Kobiety są
rozczarowane mężczyznami i mężami, bardzo często seksualnie, ponieważ
nie jest tak, że wszyscy panowie potrafią zadowalać swoje partnerki.
Jeżeli między rodzicami nie ma więzi, która by ich satysfakcjonowała i się rozwijała, to syn staje się protezą tatusia, i to jest bardzo częsta
rzecz. Kluczową rolę odgrywa od początku kwestia: jacy to są rodzice,
czy ona tego męża ma, bo go woli mieć, niż nie mieć nikogo, bo on się
nią zachwyca, co jest dla niej ważne, bo pozwala jej być taką, jaka
jest, bo jest na tyle z jednej strony pobłażliwy, z drugiej strony może
właśnie ją zaakceptował i uznał sobie, że jak taka ona jest, to co ja tu
się będę z koniem kopał.
Anna: Często też kobiety nie
potrafią przyjąć od partnera tego, co mogłyby dostać.
Katarzyna: Ależ oczywiście,
nawet mogą nie wiedzieć, czego chcą. Bo się wstydzą, boją skonfrontować
z prawdą o swoich najskrytszych potrzebach, toteż te pragnienia dalej
pozostają ukryte. Bo te kobiety są jakby zacofane, w domu nie dostały
prawa ani przykładu, ich matka była taka... nierozkwitła. Unikają więc
seksu. I nawet bywają zadowolone, że w ten prosty sposób mają problem z głowy, bo nie wiedzą, jak to ugryźć... Zaledwie kilka razy zdarzyło mi się
spotkać klientów, którzy mówili, że ich rodzice okazywali sobie przy
nich jakiś rodzaj czułości fizycznej. A to się poklepali, a to się
pocałowali, a to przytulili, chodzili, trzymając się za ręce, albo że
się ich widziało w łóżku rano razem, albo wiadomo było, że zamykają
sypialnię, ponieważ idą na ksiuty. Niewiele kobiet dostaje taki wzorzec
bliskości. A gdy kobiety-matki unikają seksu, żeby mieć z nim święty
spokój, wtedy przenoszą podniecenie i potrzeby seksualne na synów,
oczywiście nie w wymiarze pedofilskim i w trybie molestowania. Choć i tak się zdarza. Ale zwykle odbywa się to na zasadzie zachwycania się
synkiem, doceniania go, opiekowania się nim, zapatrzenia w niego. Często
gołym okiem widać taką relację, choćby po wyglądzie chłopca. Dziecko
jest ładnie ubrane, oboje mogą być ubrani tak ładnie - w jednym stylu
albo w tym samym kolorze, taka parka jak z żurnala: mama i dziecko.
Synek na przykład ma garniturki już jako chłopiec i mama mu powtarza: Ty
mój mały mężczyzno.
Anna: Ktoś zapyta: a co w tym
złego?
Katarzyna: Pod tą dbałością o dziecko - czyściutkie, pachnące - jest podtekst: ja go myłam, jak był
malutki, ja go nosiłam w brzuchu, czyli... miałam w sobie. On jest mój.
Taki wspaniały, tak się podoba. I niech mi go tylko nikt nie odbiera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Cytat za: onet.pl/styl-zycia-/kobietaxl/jestem-babcia-zyje-na-maksa-wnukow-nianczyc-nie-chce/nefwen0,30bc1058 (dostęp 16.06.2023). [wróć]