1. Z Himmelbergu w Himalaje
Dlaczego właśnie buddyzm? Pochodzisz z Danii, mogłeś się więc równie
dobrze zdecydować na chrześcijaństwo albo którąś z dawnych
skandynawskich religii...
Nie miałem tu chyba żadnego wyboru. Już w dzieciństwie, w czasie wojny i po jej zakończeniu, ciągle widziałem w snach mężczyzn i kobiety w ciemnoczerwonych szatach, co w żaden sposób nie pasowało do lat
czterdziestych w Danii i wydawało mi się dosyć dziwne. Na moich
pierwszych dziecinnych rysunkach widać, jak pomagam tym ludziom w czerwonych szatach w walce i przeprowadzam ich przez góry, których
zresztą w Danii nie ma, do dolin, w których byli bezpieczni. Drugą co do
wielkości i najbardziej znaną duńską "górą" jest Himmelberg, o wysokości
147 metrów.
Macie więc jako Duńczycy bardzo blisko do nieba.
Zamiast wspinać się do nieba, ściągamy je sobie na dół (śmiech).
Później, kiedy dorosłem i zajęty byłem nocami czymś zupełnie innym,
czułem się zawsze bardzo poruszony, kiedy słyszałem lub czytałem coś o Tybecie i Azji Środkowej. Chociaż utożsamiałem się wtedy również z bohaterami islandzkich sag, wiedziałem, że na Wschodzie czeka na mnie
coś decydującego.
I rzeczywiście, od pierwszego spotkania lamowie nazywali mnie Mahakalą,
czyli głównym strażnikiem naszej linii przekazu. Zimą 1986 roku, kiedy
wraz z moją żoną Hannah i garstką przyjaciół nielegalnie podróżowaliśmy
po Tybecie na otwartych pakach różnych starych ciężarówek, przez chmury
wznieconego kurzu zobaczyliśmy w odległości godziny jazdy od Kantse we
wschodnim Tybecie, po lewej stronie, w pobliżu rzeki i łysych gór, duży,
czworokątny i podobny do twierdzy budynek z gliny, na którego ścianach
widniały kolumny "namalowane" w równych odstępach przez spływającą wodę
wapienną. Ten dom przyciągnął naszą uwagę z niezwykłą siłą. Żeby
nakłonić kierowcę do zatrzymania ciężarówki, waliłem z taką siłą w dach
szoferki, że widać w niej było później wgniecenia. On jednak
najwyraźniej już ogłuchł od ciągłego hałasu w rozpadającym się
samochodzie i niczego nie usłyszał. Kiedy wreszcie zatrzymał się w Kantse, zeskoczyliśmy z Hannach natychmiast na dół, lądując prawie na
głowach kilku mnichów, opiekujących się małym klasztorem Kalu Rinpocze,
jednego z naszych wieloletnich nauczycieli. Na nasze pytania, co jest
takiego szczególnego w owym dużym domu z białymi pasami, stojącym
pomiędzy szosą i rzeką, odpowiedzieli, że jest to Adrubtsang, gdzie
dorastał XVI Karmapa, nasz główny nauczyciel.
XVI Karmapę spotkaliśmy w 1969 roku w Nepalu, na początku naszego
trzyletniego pobytu w Himalajach. W czasie trzeciego pobytu w tym kraju
wjechaliśmy do Katmandu rozklekotanym volkswagenem piętnaście minut po
nim. W ten sposób działają mocne związki. Podróżowaliśmy całymi
tygodniami drogą lądową z Europy, przez kraje muzułmańskie i przez
Bodhgaja w Indiach do Nepalu. Karmapa przybył po trzynastu latach
nieobecności do Katmandu, żeby poświęcić olbrzymią świątynię Urdziena
Tulku oraz udzielić przy stupie Bodnath serii bardzo wyjątkowych
inicjacji i przekazów, zwanych Kagyu-Nagdze, Skarbem Mantr Kagyu.
Spotkaliśmy się z nim po raz pierwszy pod stupą Swajambu podczas
ceremonii Czarnej Korony i natychmiast zostaliśmy jego uczniami.
Czy najpierw zafascynowała cię osoba Karmapy, a dopiero potem nauka
Buddy, czy też stało się to jednocześnie?
Kiedy pisałem pracę dyplomową na uniwersytecie w Kopenhadze na temat
?lozo?i Aldousa Huxleya, oczekiwałem już od buddyzmu ostatecznych
wglądów. Chciałem wskazać innym wolną od narkotyków drogę ludzkiego
rozwoju. W tym czasie traciliśmy wielu dobrych przyjaciół z powodu
narkotyków. Dania należała wtedy jak zwykle do awangardy i nasze
zainteresowanie nimi było zupełnie świadome. W 1961 roku spróbowaliśmy
po raz pierwszy haszyszu, tuż po moim wyjściu z wojska. W 1966 roku w moje urodziny dotarła do nas pierwsza porcja LSD, zaraz po jego
wynalezieniu przez Hoffmana. Istniały wówczas trzy europejskie stolice
kultury narkotyków -?Londyn, Amsterdam i Kopenhaga. Cały ten wewnętrzny
świat dotarł bardzo szybko do Danii, która zawsze była otwarta na
nowości. Wraz z Hannah podzielaliśmy na początku entuzjazm dla tej
rzekomo szybkiej drogi do absolutnych stanów umysłu. Oddziaływanie
Timothy Leary'ego na uniwersytety wschodniego wybrzeża Stanów
Zjednoczonych było powszechnie znane, a we wtajemniczonych kręgach
rozczytywano się w Drzwiach percepcji Aldousa Huxleya. Wszystko wrzało,
był to bardzo porywający czas, pełen idealizmu i muzyki Beatlesów i Rolling Stonesów; jednak już wtedy traciliśmy coraz więcej przyjaciół z powodu narkotyków.
W 1967 roku obejrzeliśmy sobie Maharisziego, ale to był hinduizm, dla
nas o wiele za słodki. Jednocześnie słyszeliśmy o wschodnich
Tybetańczykach, o Khampach, którzy już w 1950 roku podczas pierwszego
ataku Chińczyków bronili swego kraju i w 1959 roku nadal, prawie
nieuzbrojeni, dzielnie walczyli z chińskimi okupantami. To właśnie oni,
a nie zorganizowana w średniowieczny sposób tybetańska armia,
przeprowadzili wysokich lamów przez himalajskie przełęcze do
bezpiecznych Indii. W ten sposób zwróciliśmy po raz pierwszy uwagę na
Tybetańczyków i ich religię.
Kiedy w czasie pierwszych pobytów w Azji nauczyliśmy się patrzeć na
świat z perspektywy "zarówno to, jak i tamto" zamiast "albo-albo",
wszystko inne wydarzyło się potem niejako samo z siebie. Pomogli nam w tym pełni mocy wschodni Tybetańczycy i nasi nauczyciele. Wraz z Hannah
zauważyliśmy wkrótce, że ludzie ci mają w sobie coś z wikingów, i natychmiast poczuliśmy się wśród nich jak w domu. Dzięki nim wszystko
się zaokrągliło.
Wspaniałym przykładem był dla nas szlachetny i w pełni urzeczywistniony
Lobpyn Tseczu Rinpocze z Bhutanu, którego w 1987 roku zaprosiliśmy do
naszych rozwijających się na całym świecie ośrodków. Piszę o nim w moich
książkach Buddowie dachu świata i Dosiadając tygrysa. W jego przypadku
żadna pochwała nie będzie wystarczająca. Poruszał wszystkich i wspierał
wszędzie naszą pracę. Pomimo poważnej choroby serca podróżował całymi
miesiącami po Zachodzie i błogosławił nasze ośrodki buddyjskie
Diamentowej Drogi, aż do 2003 roku, kiedy niestety zmarł w Bangkoku.
Pomagał nam bezinteresownie i z wielką energią, i to on właśnie
doprowadził nas do Karmapy.
A później dzięki Karmapie zachwyciliście się nauką Buddy?
Tak, chociaż prowadziliśmy życie pod każdym względem porywające, byliśmy
oboje z Hannah przede wszystkim intelektualistami, dla których wszystko
musiało się zgadzać na każdym poziomie. To, co nie dało się przekonująco
wyjaśnić i trąciło ckliwością, szybko niszczył duński humor, często
bezlitosny. W duchowej wiedzy Tybetańczyków nie znaleźliśmy jednak
żadnych logicznych dziur, lecz tylko pewne rzeczy, które nie byłyby
użyteczne na Zachodzie z powodu różnic kulturowych.
Nasze wątpliwości budziło także typowe dla Azji rozwarstwienie
tybetańskiego społeczeństwa, które bardzo odbiegało od zachodnich
wyobrażeń o równouprawnieniu. Inspirowały nas natomiast wglądy i szeroka
międzyludzka wymiana, dla których w naszych społeczeństwach często
brakuje miejsca wśród przepisów prawnych, demokracji i bezpieczeństwa
socjalnego. Byliśmy jednak przekonani, że można połączyć osiągnięcia
zachodniej cywilizacji z dobrymi i skutecznymi metodami ludzkiego
rozwoju, jakimi dysponował Tybet.
Matka zawsze mi opowiadała, że jako małe dziecko mówiłem, że chcę zostać
duńskim mistrzem świadomości, chociaż nie miałem wówczas najmniejszego
pojęcia, czym jest świadomość. Nie wiem, jak wpadłem na ten pomysł, ale
na pewno było to coś, co już bardzo wcześnie we mnie działało. Potem
Karmapa -?w pełni oświecony mistrz -?przyjął nas z Hannah do swojego
pola mocy i poprowadził drogą, która była dla nas najlepsza i która do
dzisiejszego dnia umożliwia osiągnięcie celu ludziom wolnym od
uprzedzeń.
W tamtych czasach niewielu mieszkańcom Zachodu dane było, tak jak nam i kilkorgu naszych przyjaciół, otrzymać nauki od żyjących jeszcze wtedy
mistrzów medytacji starych szkół "Czerwonych Czapek", których opisuję we
wspomnianych już wcześniej książkach. To najwspanialsi ludzie, jacy
kiedykolwiek i gdziekolwiek żyli i żyją.
Kalu Rinpocze z południowego przedgórza Himalajów uczył nas wszystkiego
-?od praktyk podstawowych, zwanych nyndro, po ostateczne wglądy w naturę
umysłu, które można uzyskać dzięki zastosowaniu metod, abstrakcji lub
stopieniu się z nauczycielem czy odpowiednimi formami buddów. Przy
każdej nadarzającej się okazji jeździliśmy też wtedy do Sikkimu, żeby
spotkać się z Karmapą. To było najpiękniejsze.
Nigdy nie byłeś mnichem, lecz zawsze jako człowiek świecki żyłeś
praktycznym życiem. Pracowałeś, musiałeś się troszczyć o własne
utrzymanie, nie odrzucałeś tak zwanych rzeczy światowych...
W czasie lat nauki w Himalajach żyliśmy za 50 dolarów miesięcznie, które
przysyłali nam moi rodzice. Jeśli wymieniało się pieniądze na wolnym
rynku, suma ta wystarczała nawet na to, żeby pomagać innym. Od czasu do
czasu uczyłem również w Kopenhadze angielskiego w klasie maturalnej,
pracowałem jednocześnie na budowie, a wieczorami oboje z Hannah
sprzątaliśmy w jednej ze szkół. Często pracowaliśmy po 16 godzin na
dobę. Mieszkanie na strychu nadającego się do rozbiórki domu, położonego
naprzeciwko kolonii hippisów, Christianii, kosztowało nas 10 dolarów
miesięcznie, nosiliśmy też praktyczne, wojskowe ubrania, dzięki czemu
rzeczywisty stan naszych ?nansów prawie nie rzucał się w oczy.
Przyglądając się niektórym buddystom, mam wrażenie, że nie mierzą się ze
światem. Żyją miękko i łagodnie, ale często brakuje mi w ich postawie
siły, czegoś, co by mnie rzeczywiście porwało. Nic z tego, co mówią, nie
jest nieprawdziwe, ale czasami wszystko to jest po prostu trochę nudne.
Czy masz też takie odczucia?
Świetnie to ująłeś! Dlatego podkreślam zawsze bez ogródek, jak wielkim
spełnieniem obdarza mnie odwieczna kobiecość. Jednocześnie to utrzymuje
z dala od naszych ośrodków takich ludzi, którzy i tak nie potra?liby
zastosować czystego poglądu Diamentowej Drogi. Poza tym w czasie
wykładów wspominam regularnie o takich czy innych charakterystycznych
cechach islamu, dzięki czemu nie przychodzą do nas potem osoby, które
wolą raczej żyć z zamkniętymi oczami. Natomiast ci, którzy jednak z nami
zostają, są zdolni do dużych postępów w rozwoju i korzystają później z naszych buddyjskich ośrodków. Mamy w naszej linii wspaniałe kobiety i silnych mężczyzn.
Ogólnie biorąc, Budda nauczał jednak trzy rodzaje ludzi, którzy chcieli
być odpowiedzialni za samych siebie. Pierwsza grupa nauk przeznaczona
była dla tych, którzy pragnęli uchronić się przed cierpieniem dzięki
świadomej obserwacji przyczyny i skutku. To właśnie oni nadają łagodność
i delikatność południowemu buddyzmowi -?właściwości, które są tak
potrzebne w życiu mniszki czy mnicha.
Kolejną grupę nauk przekazał Budda z myślą o tych uczniach, którzy
szukają bogatego życia wewnętrznego i dlatego też chcą, żeby ich
współczucie uzupełniało się jak najlepiej z ponadosobistą buddyjską
mądrością -?doświadczeniem pustości wszystkich zjawisk zewnętrznych i wewnętrznych. Jeśli rozwinęliśmy obie te właściwości jednocześnie -?bez
popadania w sentymentalizm z jednej strony, a biurokratyczną sztywność z drugiej -?oznacza to, że ten poziom został osiągnięty.
Istnieje wreszcie ostatni poziom nauk Buddy, Diamentowa Droga
(Wadżrajana), zwana również Drogą Wibracji (Mantrajaną) lub Drogą Pełni
(ciała, mowy i umysłu -?czyli Tantrajaną). W Diamentowej Drodze chętnie
sprawdzamy, na co nas stać. Dzięki temu podejściu dwa tysiące moich
uczniów skoczyło razem ze mną ze spadochronem, żeby obserwować swój
umysł.
Praktyka Diamentowej Drogi -?nazywanej tak dlatego, że ostatecznie umysł
jest promieniujący i niezniszczalny jak ów szlachetny kamień -?zaczyna
się od zrozumienia, że prawda musi przenikać wszystko, tak jak
przestrzeń, a także że możemy sobie wyobrazić oświecenie tylko dlatego,
iż jest ono naszą prawdziwą naturą.
Myślę, że również sam Budda nie był mięczakiem, lecz w gruncie rzeczy
prawdziwym rewolucjonistą. Przeciwstawienie się obyczajom hinduizmu w jego czasach wymagało z pewnością wielkiej mocy.
Budda był wojownikiem. Nie pochodził z kasty braminów, kapłanów, lecz z kasty kszatrijów, wojowników, o czym dzisiaj często się zapomina. Do 29.
roku życia ćwiczył się we wszystkich dostępnych wówczas sztukach
wojennych i sztukach walki. Miał też ponoć 500 kochanek, co uchodziło
wówczas wśród plemion północnych Indii za oznakę wysokiej i zaszczytnej
pozycji społecznej. Najczęściej były to chyba wdowy po poległych
wojownikach, o które troszczyła się wówczas społeczność. Oznacza to
również, że Budda potra?ł zaspokoić potrzeby wszystkich swoich kobiet -
najwyraźniej chodził wcześnie do łóżka i jadł dużo witamin.
Czy mówiąc, że Budda był wojownikiem, masz także na myśli to, że życie
duchowe jest również walką?
To zależy od tego, na ile zręcznie przekazywane są nauki oraz jak
dojrzałe i wolne są grupy, które je otrzymują. Jeśli wyjaśnienie jest
odpowiednie i możemy swobodnie je zastosować w taki sposób, żeby
przyniosło nam jak najwięcej pożytku, wówczas będziemy się rozwijać
całkowicie naturalnie. Od czasu do czasu natkniemy się co prawda na taką
czy inną przeszkodę, ale jeśli będziemy praktykować przytomnie i świadomie, otrzymamy pożyteczne nauki. Na przykład nagle zobaczymy
zjawiska z innej perspektywy i wszystko potoczy się dalej samo. Buddyzm
nie używa poczucia winy, tak silnie charakteryzującego chrześcijaństwo.
Jeśli popełniliśmy błąd, uczymy się z niego, jak najszybciej
przepraszamy i następnym razem staramy się zrobić wszystko znacznie
lepiej. Natura Buddy każdej istoty jest trwała i dlatego jest ważna.
Znaczenie mają wyłącznie nieprzemijające rezultaty; wszystko inne
przypomina raczej Disneyland.
Buddyzm nie naucza wiary w coś absurdalnego i dlatego nie można w nim
wpaść w pułapkę wątpliwości, prowadzących do pomieszania?
Znowu doskonale to ująłeś. Też tak sądzę.
Czasami jednak również pozorny "sukces" może się stać przeszkodą na
duchowej drodze. Swoje pierwsze doświadczenie medytacyjne przeżyłem w 1996 roku w Grecji, dzięki jednemu z twoich uczniów -?w chwili, gdy
wyjaśniał mi medytację Karmapy.
Tak, bardzo dobrze. Zarówno droga, jak i cel są doskonałe.
Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, czułem, że przenika mnie
zupełnie nowa siła, dygotałem na całym ciele... Myślałem: "To właśnie jest
to!". I potem całymi latami próbowałem powtórzyć to doświadczenie.
Tak, potem przyszło oczekiwanie, które ostatecznie stanęło ci na drodze.
Właśnie. Myślałem, że medytacja musi być fajerwerkiem dobrego nastroju.
Biegałem więc za nim gorączkowo, dopóki nie zauważyłem, że w ogóle nie o to chodzi. Dlatego pytam, czy praktyka może być również walką, na
przykład walką z nudą. Medytacja bywa przecież czasami śmiertelnie
nudna.
Mimo to dobrze jest się nią cieszyć. Jeśli nie popełniamy pewnego błędu,
jakim na pewno jest chęć medytowania na naturę umysłu bez nagromadzenia
w nim uprzednio olbrzymiej ilości dobrych wrażeń, to dobre są choćby
buddyjskie mantry. Uczucie znudzenia, które zmusza nas do biegania za
wciąż nowymi medytacjami, to podejmowana przez ego próba obrony swego
terytorium, zagrożonego najwyraźniej nieustannym atakiem.
Na początku ego próbuje obrócić wszystko na swoją korzyść i myśli sobie:
"Już przedtem byłem wspaniały, a teraz będę jeszcze w dodatku głęboko
uduchowiony". Jeśli jednak chce w ten sposób przetrwać swoje spotkanie z buddyzmem, to postępując tak, popełnia tak naprawdę największy błąd,
ponieważ wszystko, co jest duchowe w sposób ponadosobisty, automatycznie
rozpuszcza "ja". W dodatku, jak już wspominałem, największym wrogiem
"ja" są powtórzenia. Wraz z rosnącym doświadczeniem w medytacji ego
widzi coraz wyraźniej, że jego moc zanika. Uświadamiamy sobie, że
jesteśmy częścią całości, i rozumiemy, że wszystko, co osobiste -?ciało,
myśli i uczucia -?przychodzi, zmienia się i odchodzi. W ten sposób krok
po kroku rozpuszcza się w naszym umyśle iluzja oddzielnego i naprawdę
istniejącego "ja".
Jednak to, co pozostaje, jest o wiele ciekawsze -?jest to sama
świetlista nieograniczoność przeżywającego, będąca zwierciadłem za
odbiciami i morzem pod falami. Nie odchodzi właśnie to, co jest
niezmienne, co u wszystkich z nas jest tym samym -?przestrzeń, która
pozwala rzeczom się wydarzać, oraz ponadczasowa przytomność. Tak
naprawdę wejście na ponadosobistą duchową drogę jest ze strony ego
głupim błędem i na początku bardzo się ono przed tym broni. Na szczęście
możemy je ciągle od nowa zwyciężać i wyprowadzać w pole -?wtedy wszystko
staje się podarunkiem.
Czyli ego może mi stać na drodze, ale w określonym momencie staje się
jasne, że pracuje ono nad własnym unicestwieniem?
Tak, do pewnego momentu ego myśli, że dzięki praktykom zyskuje na sile;
są one zresztą bardzo przyjemne. Jednak stopniowo uświadamia ono sobie,
że traci coraz więcej terytorium. To mu się nie podoba, próbuje więc
różnych dróg ucieczki, co z kolei sprawia, że zachowujemy się czasem
dziecinnie lub dramatycznie.
W dłuższej perspektywie medytujący przeżywa wywalczoną wolność jako
bogactwo i szczęście. Potem przeszkodami stają się raczej lenistwo i nawyki, a napędem pełnym mocy -?postawa bodhisattwy. Obietnica
nieustającej pracy dla dobra wszystkich istot -?chociaż ich liczba jest
nieograniczona i dlatego praca ta nigdy nie dobiegnie końca -?jest bez
wątpienia najelegantszą ze wszystkich życiowych postaw!
Pod tym nie podpisze się na poważnie żadne ego.
Jeśli ego rzeczywiście wiedziałoby, w czym bierze udział, nie zrobiłoby
tego. Sam składam tę obietnicę ze szczególną radością.
Czy "duchowa duma" jest wobec tego pożyteczna na początku ścieżki,
ponieważ wstępnie skłania ego do współpracy, która je potem
niezauważenie rozpuści?
Zdecydowanie tak. Za każdym razem jest to też wielkie zwycięstwo,
któremu na Diamentowej Drodze może zaszkodzić jedynie poważne złamanie
związków z nauczycielem.
Jak wyglądało Twoje pierwsze doświadczenie medytacyjne z Karmapą?
Jak zwykle przeżyliśmy to oboje z Hannah tak samo -?pierwszą rzeczą,
którą zauważyliśmy, kiedy w 1969 roku, oślepieni promieniami słońca
prześwitującymi zza chmur, zobaczyliśmy go w świątyni na Swajambu w otoczeniu setek Tybetańczyków, była Czarna Korona, którą trzykrotnie
unosił nad głową.
Ten widok uderzył w nas jak grom z jasnego nieba, nagle poczułem tak
silne napięcie, jakbym połknął stalowy resor. Siedziałem całkowicie
wyprostowany, znajdowałem się gdzieś w otwartej przestrzeni, a całą moją
świadomość wypełniała jedynie Czarna Korona. W całym swoim
wcześniejszym, bogatym w doświadczenia życiu nie przeżyłem niczego, co
można by z tym porównać. Potem mieliśmy sporo roboty, bo Tybetańczycy
nie są przyzwyczajeni do czekania w kolejce w eleganckim, angielskim
stylu. Ponieważ w Tybecie inicjacji udzielano tylko niewielu osobom,
które siedziały w pierwszych rzędach, wszyscy z całej siły przepychali
się do przodu, przy czym młodzi i silni napierali na dzieci i na
starszych, przyduszając ich do ścian. Wszyscy chcieli dostać
błogosławieństwo wielkiego lamy. Natychmiast znalazłem gdzieś długi
bambusowy kij, oparłem go jednym końcem o ścianę i w ten sposób
powstrzymałem napierający tłum, dzięki czemu starsi i słabi mogli dostać
się do Karmapy jako pierwsi. Potem przepuściłem młodych i silnych, aż
wreszcie znaleźliśmy się przed nim również my z Hannah. Nasze
postrzeganie bardzo się zmieniło -?odległość od wąskich drzwi po lewej
stronie budynku, do odgrodzonego kratą głównego pomieszczenia, w którym
siedział Karmapa, wynosiła może z pięć metrów, jednak oboje najwyraźniej
przeżywaliśmy pokonywanie jej jak proces narodzin, czuliśmy się tak,
jakbyśmy się poruszali w długim, wąskim tunelem.
Karmapa dotknął czubków naszych głów i kiedy spojrzeliśmy na niego,
wydał nam się większy od całego pomieszczenia i promieniował jak tysiąc
słońc.
Trzymając się za głowy, w głębokim szoku podążaliśmy za mnichami, którzy
kierowali nas to tu, to tam, zawieszali nam na szyjach pobłogosławione
sznureczki, wręczali jakieś kulki z ziół i nalewali w zagłębienie dłoni
odrobinę nektaru, który trzeba było wypić. Potem zaprowadzono nas kilka
stopni dalej, do prawej części budynku. Wraz z garstką innych osób
trzymaliśmy się mocno kraty, podczas gdy promieniujący mężczyzna przed
nami błogosławił ostatnich uczestników inicjacji. Zauważył nas zaraz po
przybyciu -?istnieje zdjęcie, zrobione w chwili, gdy nas poznał. Karmapa
wygląda na nim tak, jakby myślał: "Pomocy, oni znów tu są. Znowu zaczną
się kłopoty!".
Rozpoznaliśmy się nawzajem ponownie. Ja w poprzednim życiu ochraniałem
Karmapę, a Hannah była z pewnością jego tłumaczką. Po tym spotkaniu
przez dwanaście następnych lat sprawdzał wielokrotnie moją siłę i umiejętność wyczucia sytuacji Hannah. Na przykład kilka dni po
przyjeździe, kiedy schodziliśmy razem wąską ścieżką ze stupy Swajambhu,
wskoczył mi zupełnie nieoczekiwanie na plecy, przy swoich
dziewięćdziesięciu kilogramach wagi. Na szczęście, chociaż kolana mi
drżały, udało mi się utrzymać w pionie i znieść go na sam dół do
stojących tam stup.
Ostatnio pewni starsi już opiekunowie obecnego Karmapy Taje Dordże
opowiedzieli mojemu bliskiemu przyjacielowi Manfredowi z Monachium, że
Karmapa zawsze się wtedy dopytywał, gdzie oboje z Hannach przebywamy i czym się akurat zajmujemy. Kiedy go zapytali, dlaczego mając tak wielu
zachodnich uczniów i sponsorów ciągle dopytuje się właśnie o nas,
odpowiedział:
"Wielu z was ma nadzieję, że Chińczycy opuszczą Tybet i będziemy mogli
wrócić do domu i tam praktykować. To jednak już minęło, tak się nie
stanie! Inni z was sądzą, że Hindusi ponownie przyjmą buddyzm, tak jak
dawniej. Tak się jednak również nie stanie. Przyszłość buddyzmu
Diamentowej Drogi jest na Zachodzie, a tych dwoje, Hannah i Ole,
przeniosą go tam i umocnią".
Tak czy inaczej, tego dnia -?podobnie jak wiele razy później -?nie
chcieliśmy w ogóle opuszczać jego pola mocy i po prostu siedzieliśmy
przed świątynią. Kiedy zrobiło się ciemno i kiedy zaczęły podchodzić do
nas coraz bliżej wałęsające się psy, z których większość miała
wściekliznę i trzeba było na nie naprawdę uważać, wciąż czekaliśmy na
znak.
Przekazał nam go pewien lekarz z Bhutanu -?przyniósł od Karmapy mały
pakunek z włosami wszystkich jego 16 inkarnacji. Wsunąłem to zawiniątko
do lewej górnej kieszeni grubej, wojskowej koszuli, ale kiedy
schodziliśmy już na dół, zrobiło mi się bardzo gorąco; miałem wrażenie,
że koszula na mnie płonie. Wtedy jeszcze paliłem i w pierwszej chwili
pomyślałem, że przez nieuwagę włożyłem do kieszeni żarzącą się fajkę,
ale tego dnia w ogóle nie zabrałem jej ze sobą. Zdziwiony, przełożyłem
mały pakunek z włosami do prawej kieszeni, jednak również po tej stronie
zaraz poczułem to samo. Przekładałem go więc z jednej kieszeni do
drugiej, a kiedy wreszcie zdjąłem koszulę, aż krzyknąłem z bólu. Chociaż
zawiniątko wyglądało z zewnątrz jak mały pakunek z włosami, wewnątrz
wypełniała je niezwykła moc. Te włosy są do dzisiaj najważniejszą
rzeczą, jaką zawiera mój gał, noszony na szyi tybetański pojemnik na
relikwie. Przed swoją śmiercią Karmapa napełnił także ten gał innymi
szczególnymi przedmiotami, żeby wielu ludzi mogło otrzymać
błogosławieństwo w jego imieniu..
Nie każdy ma na drodze tak silne doświadczenia. Wielu ludzi rozpoczyna
praktykę medytacyjną, ponieważ intelektualnie przekonani są o prawdziwości nauk buddyjskich, jednak nigdy nie mają tak bezpośrednich,
odczuwalnych ?zycznie przeżyć jak te, które przydarzyły się wam.
To prawda, przeżywaliśmy to wszystko z Hannah tak mocno z powodu naszego
silnego związku z Linią Kagyu z wcześniejszych żywotów. Dziś na
Zachodzie wielu innych ludzi zostało buddystami z powodu dobrej karmy,
być może jednak niektórzy z nich zachowują pewien dystans do nauk albo
głównie je studiują. Przychodzą do buddyzmu Diamentowej Drogi, ponieważ
w innej kulturze zaszli już po prostu tak daleko, że teraz porusza ich
tylko ostateczny pogląd i metody. Czują w pewien sposób, że następnym
krokiem musi być buddyjska odpowiedzialność za samego siebie, że
dualistyczne "religie wiary" nie mają im już prawie niczego do
zaproponowania. Ludzie ci są tylko w niewielkim stopniu zainteresowani
różnymi formami buddów, w których pola mocy ja zostałem wprowadzony i których chyba z dziesięciu już do tej pory widziałem -?były to zresztą
najsilniejsze doświadczenia mojego życia. Podobają im się jednak
abstrakcyjne nauki i bogactwo związanych z nimi wyjaśnień. Natomiast
bardzo mocne doświadczenia podczas pierwszego spotkania z formami buddów
mają chyba tylko takie osoby, które posiadają głęboki związek z tybetańskimi naukami z poprzednich żywotów. Tak było właśnie z Hannah i ze mną -?natychmiast poczuliśmy się bardzo zainspirowani i oboje
mieliśmy bardzo silne, ?zyczne doświadczenia.
Co radzisz ludziom, którzy przeczytali na przykład Twoją książkę
Buddowie dachu świata, dowiedzieli się z niej o tych doświadczeniach i również chcieliby przeżyć coś podobnego? Kiedy ich ego chce je mieć... Co
mówisz osobom, które przychodzą do ciebie i opowiadają, że medytują już
od dwóch lat i nic się jeszcze nie wydarzyło?
Mówię im, że jeśli praktykują właściwie i w oparciu o buddyjskie
Schronienie, ich medytacje mogą im przynieść wyłącznie pożytek. Jeśli
przeżywamy coś przyjemnego, to dzięki podzieleniu się tym z innymi to
się jeszcze umocni, natomiast wszystkie trudne i nieprzyjemne
doświadczenia oznaczają pozbywanie się przyszłych cierpień; oznaczają,
że problemy mające nadejść później mogą zostać rozbrojone już teraz i prowadzić do ludzkiej dojrzałości.
Jeśli komuś przeszkadza w medytacji to, że w jego życiu pojawia się zbyt
wiele nieprzyjemnych doświadczeń, może po prostu tylko mechanicznie
czytać teksty medytacyjne. W ten sposób, dzięki mądrości i dobrym
wrażeniom, każdy może zadbać o swoją przyszłość. Dzięki temu przybierze
ona przyjemny kształt, odpowiadający treściom zawartym w umyśle danej
osoby. Potem możemy sami wytwarzać coraz to nowe, wyzwalające wrażenia i zapomnieć o starych ograniczeniach i trudnościach.
Czy masz również wrażenie, że ludzie Zachodu muszą raczej "puszczać"
rzeczy, niż jeszcze więcej ich wchłaniać?
Tak, urlop na plaży daje jedynie uwarunkowane rezultaty. Dopóki prądy
oczekiwań i obaw wciąż płyną, opalony brzuch da nam tylko zwodnicze
poczucie, że nasze życie jest stabilne.
Właściwie sądzę jednak, że Zachód był zawsze zasadniczo "społeczny" i bardziej współczujący niż Wschód, a ostatnio stał się również bardziej
uduchowiony. W Azji myśli się przede wszystkim o cenie. Żyje tam wielu
ludzi rozwiniętych duchowo dzięki praktyce hinduizmu, taoizmu i buddyzmu, lecz także ogromna liczba takich, którzy -?być może z powodu
ubóstwa, różnic klasowych, a także niezdolności do zrozumienia, że karma
nie jest losem -?myślą egoistycznie tylko o sobie i mało interesują się
innymi. Podkreślam również zawsze, że poza wspieraniem Tybetańczyków,
kiedy tylko jest to możliwe, nie mamy nic wspólnego z ich rządem czy
polityką. Nie rozumiemy starego, feudalnego, tybetańskiego społeczeństwa
wraz z jego sądownictwem, stosującym potworne kary. Wolimy trzymać się
od tego wszystkiego z daleka. Jako ludzie Zachodu nie mamy więc żadnych
zobowiązań wobec kultury tybetańskiej. Reprezentujemy tylko jedną rzecz
z Tybetu -?strumień doświadczenia nieprzerwanych linii
urzeczywistnionych kobiet i mężczyzn, którzy na przestrzeni ostatniego
tysiąca czy nawet 1250 lat urzeczywistniali i przekazywali Diamentową
Drogę, medytowali w himalajskich jaskiniach, następnie schodzili do wsi,
żeby zarobić na następny worek jęczmiennej mąki -?tsampy, a potem znów
wycofywali się do swoich jaskiń, aż do momentu, kiedy ich umysł więcej
już się nie zmieniał. To oni są naszym Schronieniem i zachowanie ich
wiedzy o naturze umysłu uczyniliśmy swoim życiowym zadaniem. Cała
reszta, niezależnie od tego, jak wielobarwna i wyjątkowa by nie była,
pozostaje piekną, ale niełatwą do przekazania dalej kulturą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki