Być może gwiazdy. Cykl Terra Ignota. Tom 4 - Ada Palmer

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział szósty
MORZE FLAG
Napisane 26-27 września roku 2454 Wydarzenia z 26-27 września Romanova
12:47 - Na Awentynie są konie. To pierwszy obraz, jaki nam przysłali zwiadowcy prowadzący obserwacje z dachów Kapitolu. Zamazana plama koni okrążających szczyt położonego najdalej na południe z siedmiu wzgórz Romanovy. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to Utopianie, ale nie widzieliśmy na ekranach skrzydeł, łusek ani rogów, byli tylko jeźdźcy na koniach. Kawaleria? Czyżbyśmy rzeczywiście wrócili do czasów konnych armii?
Będę robiło te notatki w każdej wolnej chwili, bo kto wie, kiedy następna wiadomość przyniesiona przez zdyszanego kuriera będzie brzmiała: "Uciekajcie!". Na razie nie widzimy dymu ani ognia. W zasięgu naszego wzroku nie ma wrogich wojsk. Wszystkie siły uczestniczące w konflikcie są lokalne. Flagi się przemieszczają. Dostrzegamy grupy maszerujące po widocznych drogach albo zboczach. Niektórych nadal nie zidentyfikowaliśmy, ale rozpoznajemy Europejczyków gromadzących się na Placu Zerwania Więzów, Masonów na Placu Semaforowym, a na Wiminale na północ od nas zebrały się wielkie tłumy Mitsubishian w ciemnych mundurach. Powiewają nad nimi szkarłatno-zielone flagi z trójliściem. Inni zmierzają w stronę mostów, siedmiu kruchych arterii łączących dwie połowy naszego miasta. Na Moście Bartona i Moście Coubertina na południe od nas jest już gęsto od tarcz strzelniczych Olimpijczyków, Humanistów i Strażników Pasiek, ale położony najbliżej Most Kovács, prowadzący do szpitala jego imienia na wyspie Tibernov, pokrywają Czerwone Kryształy i Kuzyni z pistoletami osłabiającymi. Mam nadzieję, że to dobrze. Nad jednym z północnych mostów chyba panują Masoni z czarnymi rękawami, nad Mostem Juany II powiewa wielka chorągiew z tarczą strzelniczą, ale na Moście Utarutu dzieje się coś, co chciałobym móc nazwać bijatyką. Nie możemy stąd zobaczyć, co się dzieje w Dzielnicy Utopiańskiej, położonej na Janikulum po drugiej stronie rzeki, gdzie prawdopodobieństwo aktów przemocy jest największe, widzimy jednak szczyt wzgórza i niebo nad nim. Unosi się tam coś, co wygląda jak chmary jaskrawych motyli, chyba że zrobi się zbliżenie i zobaczy kolce oraz pazury. Nie mamy jednak pojęcia, co się dzieje na ziemi.
13:03 - Ekipa naukowców, którą kieruje Corker, mówi nam, że system lokalizatorów nie tylko wyłączono, lecz także pojawił się potężny sygnał zakłócający, który zagłusza wszystko. To zła wiadomość, jednak z drugiej strony również dobra, bo źródło takiego sygnału można namierzyć (zwłaszcza że, jak powiedziało Huxley, energia potrzebna do jego wysyłania musi być ogromna). Przynajmniej dowiedzieliśmy się, że zrobiono to celowo. Jakaś grupa uciszyła świat. Ekipa, którą kieruje Dragović, wyruszyła na kampus, w poszukiwaniu ekspertów, którzy pomogliby nam sobie z tym poradzić, a przynajmniej to zrozumieć.
13:31 - Utopia jest niewinna; Su-Hyeon mi wierzy.
14:05 - Bardakçi informuje, że szesnastu pobitych Humanistów i Europejczyków (nienoszących V ani tarcz strzelniczych) zjawiło się pod naszą barykadą na północnym końcu Forum. Zapewne powinnom nazwać ich "uchodźcami". Oglądali koronację w barze na Wiminale, ale wyciągnęli ich stamtąd (dwójka z nich twierdzi, że także obrabowali) mitsubishiańscy żołnierze. Mitsubishianie aresztowali/porwali/zabrali szóstkę ich towarzyszy - czwórkę Humanistów noszących tarcze strzelnicze i dwójkę kanadyjskich Europejczyków w mundurach. Miejsce ich pobytu jest nieznane. Mówią, że widzieli też Masonów i innych, prowadzonych gdzieś przez mitsubishiańskich żołnierzy. Jedno twierdzi, że zauważyło karabin. Coś zgorzkniałego we mnie wyobraziło sobie Tulliusa Mardiego mówiącego "witajcie", ale nie sądzę, by nawet ono mogło się cieszyć, że jego plan budowy obozów internowania wprowadzono w życie.
14:32 - Wybuch nad Eskwilinem, zderzenie nisko lecącego autolotu z czymś większym i skrzydlatym. Pożar najwyraźniej się nie szerzy.
14:47 - Dobra robota, Carlyle Foster-Kraye. Straż Konklawe jest do naszej dyspozycji. To zwiększyło liczebność naszych sił niemal dwukrotnie, poprawiając bezpieczeństwo Forum. Lepiej, żeby wisiało na sznurowadle niż na włosku.
15:12 - Nowe obrazy z Kapitolu. Obejrzałom całą serię, nieruchome zdjęcia wykonane w kilkuminutowych odstępach. Flagi w mieście nie tylko się przemieszczają, lecz także zmieniają z upływem czasu. Niektóre jaskrawe plamy znikają, ustępując miejsca innym, jak kwiaty rozkwitające kolejno na wiosnę. Nie, raczej jak kwiaty, które się wyrywa. Precz z jaskrami i łąkowymi kwiatami. Niech tulipany - albo cokolwiek innego - zostaną same. Położony na północ od nas Wiminał zdominowały barwy Mitsubishi, nad kolejnymi kwartałami powiewają wyłącznie trójliście tej Pasieki. Nad sporym obszarem na północny zachód od nas, w okolicach kampusu, widzi się wyłącznie szaro-purpurowe flagi Masonów i gdzieniegdzie Czerwone Kryształy. Nad Eskwilinem inne flagi również znikają, pozostawiając tylko cyrkiel i węgielnicę. Mam nadzieję, że usuwa się jedynie flagi. Na południu, za rzeką, widzimy feerię tęczowych kolorów, kręgi i tarcze strzelnicze Humanistów, a także trochę chorągwi grup narodowych i odrobinę innych. A na Awentynie nadal widzi się konie.
15:17 - Jin Im-Jin mi wierzy.
15:20 - Race wystrzelone w porcie przez ekipę, którą kieruje Lin. System ostrzegający przed sztormami jest w porządku. Próbowali przekazać coś jeszcze, ale wdały się zakłócenia. Napływają nowi uchodźcy, ale nie jest ich zbyt wielu. Jeong i Matsuoka przeciągnęli kabel łączący nas ze zwiadowcami na Kapitolu i mamy z nimi natychmiastową łączność. Powiedzieli, że kabla wystarczy na jeszcze jedno połączenie - z Palatynem albo południowo-zachodnią bramą Forum - ale nie na więcej. Dodali też, że miasta zbudowane przed nastaniem ery bezprzewodowej łączności będą w lepszej sytuacji niż Romanova, bo w dawnych murach jest mnóstwo starych przewodów. Przypuszczalnie we wszystkich miastach na Ziemi sytuacja wygląda tak samo.
15:39 - Nasi Myrmidoni przyprowadzili do Szpitala imienia Kovács jedenastu rannych Utopian oraz kilka uszkodzonych u-bestii. Nie wszystkie umieją latać. Ludzie mówią, że między kampusem a rzeką tłumy przeszukują zaułki, szukając niewidzialnych postaci za pomocą węży ogrodowych i farby w aerozolu. Ludzie mówią, że na Polu Franklina zapalono ogień i ku niebu bucha słup czarnego dymu ze skrzydeł, płetw oraz pokrytych piórami bądź futrem ciał. Mam nadzieję, że to były raczej roboty niż zwierzęta. Ludzie mówią, że Utopia wszystko zaplanowała, wojnę, autoloty, ataki potworów, wyłączenie lokalizatorów.
15:55 - Carmen mi wierzy. Triumwirat wyda oświadczenie. I co ty na to, operacjo "Baskerville"?
16:16 - Zaraza. Nie, wojna i zaraza mogą być bliskimi towarzyszami, ale to nie może się wydarzyć tak szybko. Nie w naturalny sposób. To na pewno broń biologiczna. Odkryła ją ekipa, którą kieruje Moon. Na granicy kampusu, na północ od nas, wybuchły zamieszki. Ludzie uciekali w panice, niszcząc wszystko po drodze, inni zaś przewracali wózki uliczne, by wznieść barykady. Widzieliśmy to tylko z daleka, ale jest kilkanaście ofiar. Nie zginęły, ale leżą na ziemi, próbując się czołgać niczym robaki, jak powiedziało jedno z naszych agentów. Na szczęście punkt zero znajdował się blisko Placu Semaforowego, więc Masoni z czarnymi rękawami skutecznie otoczyli kordonem całą okolicę.
16:40 - W tej chwili nie dzieje się nic szczególnego, więc zapewne powinnom opisać topografię okolicy (choć to jest kopia Rzymu i czuję się dziwnie, opisując tak dobrze znane miasto). Rzeka Tibernov przecina je na kształt litery S, zatem wschodnia i zachodnia połowa przylegają do siebie jak yin i yang, a wyspa, na której wzniesiono Szpital Kovács, znajduje się prawie w samym środku, niedaleko od nas. Główną częścią miasta jest północno-wschodnia połowa (część yin, że tak powiem). W niej skupia się Siedem Wzgórz, dominujących nad niżej położonymi obszarami niczym wyciągające się ku niebu palce dłoni trzymającej jakiś przedmiot. Dolina Forum przecina tę otwartą dłoń niby blizna biegnąca ze wschodu na zachód. Gmach Senatu, Rostra, sądy, biuro cenzora, Konklawe Senseistów, ambasady Pasiek i inne ważne ośrodki Sojuszu skupiają się w tej dolinie. Dlatego bez zwiadowców nie widzielibyśmy zbyt wiele poza stokami wzgórz otaczających nas na podobieństwo muru. Wzgórza Rzymu są bardziej strome, niż zapewne sobie wyobrażacie. Przypominają niemal płaskowyże. Starożytni osadnicy wybrali to miejsce dlatego, że zapewniało ochronę przed wilkami i innymi zagrożeniami. Gdy budowniczowie Agrippy MASONA zbudowali ich kopie, wypełnili je windami i innymi ułatwiającymi życie urządzeniami, ale uczynili je równie stromymi. Dlatego przypominały teraz fortece. Najbliższymi nam wzgórzami są Kapitol, położony na zachodzie, między nami a rzeką (samotny jak kciuk), oraz Palatyn, tworzący południową ścianę naszej doliny - oba pokryte ważnymi budynkami Sojuszu. Są tam też małe mieszkania dla wokatorów z Forum, jak mieszkanie Viviena, w którym się zatrzymałom. Mieliśmy wystarczająco wiele barykad i ludzi, by przynajmniej na razie utrzymać kontrolę nad doliną Forum. Te dwa wzgórza również należały do nas. Na wschodnim końcu doliny, za Koloseum, znajduje się Celius, na którym zawsze przewagę mieli Brilliści. Mam nadzieję, że przyjazne posterunki, które wystawiono tam już jakiś czas temu, nie zmienią się nagle we wrogie. Na wzgórzu nadal widać różne flagi. Dalej na północy skupiają się pozostałe palce. Na północnym wschodzie wznosi się wielki Eskwilin, na którym przetrwały wyłącznie chorągwie Masonów, a prosto na północ od niego Wiminał i Kwirynał, których stoki przechodzą powoli w bezkresne mitsubishiańskie morze. Nad rzeką można też znaleźć inne nisko położone tereny doliny o mieszanej populacji oraz sławny Romanovański Kampus Kwirynalny. Przerażeni studenci z pewnością przeklinają nas za to, że popsuliśmy im zbliżający się dzień wyboru. Daleko na południe, ukryty za Palatynem, piętrzy się samotny Awentyn, ze swą złowieszczą, niewyraźną kawalerią. To jest wschodnia strona rzeki, skomplikowane yin naszego yin i yang. Mniejsze zachodnie yang, Transtibernov (trans-Tiber-nov(a), tzn. "zanowotybrze") jest prostsze. Jego północny ogon stanowi długie wzgórze Janikulum, co godzina zmieniane przez utopiańskie mury w tysiąc nowych cudów, a jego masywną głową, położoną na południu, jest Dzielnica Teatralna ze swym sławnym życiem nocnym. Rządzą tam barwy Strażników Pasiek i Humanistów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
STRONY W OBECNEJ CHWILI
(NOTATKA DO SIEBIE: Ta strona nie sortuje się tak dobrze, jak tego chciałom. Muszę poprawić później - 9A)
Potwierdzeni Reformiści (zwolennicy przebudowy świata przez Księcia)
1. Jehovah Epicurus Donatien D'Arouet Mason (niesamodzielne)
Książę. Także romanovańskie Trybun, Porfirogeneta, członek Naczelnej Rady Kuzynów (czy pozbawiono Je stanowiska w Pasiece Humanistów?), następca (domniemane? zatwierdzone?) tronu Hiszpanii, Książę Korony Europy, pień powstającego baszu mózgowców Gordian, Obcy, głównodowodzący Reformistów, tzn. wszystkich, którzy opowiedzieli się po Jego stronie, gdy wypowiedziało wojnę całemu światu
2. Joyce Faust D'Arouet (Czarnoprawowcy)
Wkrótce królowa Hiszpanii i cesarzowa Europy, matka Księcia. Wychowywała też Ganymede'a, Danaë, Helo?se, Dominica itd.
3. Czy to naprawdę wszyscy?
Potwierdzeni Strażnicy Pasiek (przeciwnicy przebudowy świata przez Księcia)
1. Ojiro Cardigan Sniper (Humaniści)
Trzynaste przewodniczący baszu skrytobójców, zwanego OS
2. Lesley Juniper Sniper Saneer (Humaniści)
Baszrodzone Snipera i również (byłe?) skrytobójca
3. Aesop Harriman (Humaniści)
Romanovańskie senator, Triumfator Olimpiady
4. Cała masa ludzi w różnych miejscach
Prawdopodobnie Reformiści
1. Dominic Seneschal (Czarnoprawowcy)
Pełniące obowiązki dyrektor naczelny Mitsubishi, baszrodzone/pies Księcia
2. "Martin" Mycroft Guildbreaker (Masoni)
Minister Porfirogenety (tzn. Księcia)
3. Helo?se (Kuzyni)
Członek Rady Kuzynów, baszrodzone i narzeczona/zakonnica Księcia
4. Gibraltar Chagatai (Czarnoprawowcy)
Osoba prowadząca gospodarstwo domowe Księcia
5. Cornel Mason (Masoni)
Cesarz Masonów, prawny adoptowany ojciec Księcia
6. Xiaoliu Guildbreaker (Masoni)
Masońskie Familiaris Regni, małżonek Martina
7. Achilles Mojave (Czarnoprawowcy)
Dowódca Myrmidonów (zmilitaryzowanych usługowców)
8. Patroklos Celujący (nie dotyczy)
Ożywiony plastikowy żołnierzyk, nadal poddawany testom na Księżycu
9. Felix Faust (Gordianie)
Rektor Instytutu Psychotaksonomii Brilla, rodzone Madame, jedno z quasi-baszrów Księcia
10. Carlyle Foster-Kraye de la Trémo?lle (Czarnoprawowcy, dawniej Kuzyni)
Doradca Konklawe Senseistów
11. Huxley Mojave (Utopianie)
Strażnik Mycrofta, ma jakiś stopień wojskowy? Policyjny?
12. Mushi Mojave (Utopianie)
Entomolog, jaki jest jego oficjalny tytuł - ambasador?
Prawdopodobnie Strażnicy Pasiek
1. Ockham Prospero Saneer (Humaniści)
Dwunaste przewodniczący baszu skrytobójców OS, w więzieniu Sojuszu
2. Eureka Weeksbooth (Humaniści)
Kartezjańskie skonfigurowany, członek baszu skrytobójców OS, ukrywa się
3. Thisbe Ottila Saneer (Humaniści)
Twórca ścieżek węchowych, członek baszu OS, gdzieś się czai
4. Sydney Koons (Humaniści)
Kartezjańskie skonfigurowany, członek baszu OS, w więzieniu Sojuszu
5. Kat i Robin Typer (Humaniści)
Członkowie baszu skrytobójców OS, zapewne jedno nadal w więzieniu?
6. Tullius Mardi (Szaroprawowcy)
Podżegacz wojenne, jedyne ocalałe z serii morderstw Mycrofta, wychowane na Księżycu
7. Ganymede Jean-Louis de la Trémo?lle (Humaniści)
Byłe prezydent Humanistów, baszrodzone Księcia. Bliźniacze rodzone Danaë, w więzieniu?
8. Vivien Ancelet (Humaniści)
Prezydent Humanistów, byłe cenzor, Siódme Anonim, małżonek Bryar, baszro Su-Hyeona, jedno z quasi-baszrów Księcia
9. Julia Doria-Pamphili (Europejczycy)
Nadal!! głowa Konklawe Senseistów, prześladowca Snipera (obecnie nosi tarczę strzelniczą Strażników Pasiek)
Neutralni lub prawdopodobnie neutralni
1. Bryar Kosala (Kuzyni)
Przewodniczący Kuzynów, małżonek Viviena Anceleta, baszro Su-Hyeona, jedno z quasi-baszrów Księcia, pracuje z Czerwonym Kryształem
2. Ektor Carlyle Papadelias (Europejczycy)
Komisarz generalny policji romanovańskiej (stanowisko wymaga od niego neutralności)
3. Jin Im-Jin (Gordianie)
Mówca senatu romanovańskiego (stanowisko wymaga od niego neutralności)
4. Charlemagne Guildbreaker Senior (Masoni)
Romanovańskie senator, badziadek Martina (MASON rozkazało mu zachować neutralność, dopóki będzie pracowało dla Romanovy)
5. Jung Su-Hyeon Ancelet Kosala (Szaroprawowcy)
Następca Viviena na stanowisku romanovańskiego cenzora, badziecko Viviena i Bryar, moje w przybliżeniu quasi-baszrodzone/przyjaciel (stanowisko wymaga od niego neutralności)
6. Ja (usługowcy)
Następca Viviena jako Dziewiąte Anonim. Następca Mycrofta jako kronikarz, pracownik biura cenzora, w przybliżeniu quasi-baszrodzone/przyjaciel Su-Hyeona
7. Cato Weeksbooth (Utopianie)
Szalone popularyzator nauki, byłe członek baszu skrytobójców OS, na wolności!
Niepewni, czy opowiadają się po którejś ze stron, czy wolą zachować neutralność
1. Isabel Carlos II z Hiszpanii (Europejczycy)
Król Hiszpanii, cesarz-elekt Europy, biologiczny ojciec Księcia
2. Hotaka And? Mitsubishi (Mitsubishianie)
Byłe dyrektor naczelny Mitsubishi, jedno z quasi-baszrów Księcia, w więzieniu?
3. Dyrektoriat Naczelny Mitsubishi
(plus Dominic jako p.o. dyrektor naczelny i przywódca bloku And?)
a. Jyothi Bandyopadhyay dyrektor Greenpeace (nadal) b. Lu Biaoji zajęło miejsce Lu Yonga, blok szanghajski c. Ma Yimin zajęło miejsce Wang Baobao, młodsze przedstawiciel bloku szanghajskiego d. Chen Chengguo, alias Lao Chen zastąpiło Wang Laojinga, blok pekiński e. Kim Gyeong-Ju zastąpiło Kim Yeong-Uka, blok koreański f. Hajime Yoshida zastąpiło Kunie Kimurę, młodsze przedstawiciel bloku japońskiego g. Ouyang Fan zastąpiło Huang Enlaia, blok Dongbei h. Andromeda Ng alias Wu Anmei zastąpiło Chen Zhongrena, blok Wenzhou4. Danaë Marie-Anne de la Trémo?lle Mitsubishi (Mitsubishianie)
Bliźniacze rodzone Ganymede'a, baszrodzone Księcia, małżonek And?
5. "Półskonfigurowane" adoptowane dzieci baszu Mitshubishi
a. Toshi Mitsubishi (Szaroprawowcy) nadal oficjalnie pracownik biura cenzora? b. Masami (Mitsubishianie) dziennikarz w gazecie Czarna Sakura c. Hiroaki (Kuzyni) byłe/nadal? pracownik KBIZ d. Sora (Humaniści) sekretarz pretora Humanistów e. Ran (Humaniści) wyrzucone przez Ganymede'a, nadal bez pracy? f. Michi (niesamodzielne, skłania się ku Europejczykom) student na Kampusie Amsterdamskim g. Jun (niesamodzielne, prawdopodobnie Brilliści) student w Instytucie Brilla w Ingolstadt6. Casimir Perry alias Merion Kraye (Europejczycy)
Byłe premier Europy, przywódca spisku przeciwko Madame, pojebane, żądne zemsty masowe morderca
7. Szeregowy Przykucnięty (nie dotyczy)
Ożywiony plastikowy żołnierzyk, dezerter, nadal z Perrym-Kraye'em?
8. Lorelei "Cookie" Cook (Kuzyni)
Romanovańskie Minister Oświaty, przywódca frakcji edukacjonistów (antyskonfigurowanych), najważniejsze przeciwnik Bryar wśród członków Rady Kuzynów
9. Castel Natekari (Czarnoprawowcy)
Romanovańskie Trybun, zbieracz plotek w Hobbestown
10. Bo Chowdhury (Białoprawowcy)
Zastępca komisarza generalnego, całkowicie skorumpowane
In memoriam
1. Mycroft Canner (Usługowcy)
Ósme Anonim, poprzednie kronikarz, moje przyjaciel
2. Bridger (niesamodzielne)
istniało naprawdę
3. Apollo Mojave (Utopianie)
tytuł?
4. W praktyce cały rząd Europy
5. Miasto Atlantyda
6. Pokój.
Rozdział pierwszy
ŚWIATOWA WOJNA DOMOWA
Napisane 15 września roku 2454 Romanova
Ta wojna musi trwać krótko. Wszyscy to sobie powtarzamy. Utopianie kupili nam sześć miesięcy, nim zacznie się prawdziwe piekło. Czas, gdy nikt nie ma bomb jądrowych, superzarazków, broni sterowanych komputerowo albo ich innych, równie apokaliptycznych odpowiedników, wspólnie określanych słowem "zwiastuny". W ciągu tych sześciu miesięcy nie możemy zniszczyć świata. Dla osiągnięcia tego celu poświęcili swą nieśmiertelność, wyrzekli się zdystansowanej neutralności, która do tej pory strzegła Utopii, jedynej Pasieki, nieponoszącej winy za działający od stuleci system skrytobójczych zamachów, znany jako OS, ani nie ucierpiała z jego powodu. Nie, tu chodzi o coś ważniejszego. O zdystansowaną neutralność płynącą z dosłownego oddzielenia się od świata. Stolice pozostałych Pasiek znajdują się na Ziemi, ich stolica leży natomiast na odległym, spokojnym Księżycu. Mogli po prostu przeczekać wojnę. Nawet jeśli Luna City nie pomieści wszystkich, pozostali mogli się ukryć w odległych, niegościnnych zakątkach Ziemi. Kosmiczna technologia pozwoliłaby im tam przetrwać. Być może jest czczym fantazjowaniem wyobrażanie sobie, że mogą posiadać tak zaawansowaną technologię, ale nie jest myśleniem powiedzenie, że wyłącznie oni byliby w stanie zapewnić, że przeżyje wystarczająco wielu z nich, by mogli stworzyć lepszy świat, który ma powstać z popiołów naszego. Teraz nikt już nie wie, czy wojna oszczędzi kogokolwiek z nielicznej, obcej mniejszości, która zaatakowała pierwsza podczas przedolimpijskiego rozejmu i w ten sposób uczyniła z siebie kozła ofiarnego jeszcze bardziej oczywistego niż OS. Apollo było gotowe zniszczyć ten świat, żeby uratować lepszy, ale większość Utopian była innego zdania i zagłosowała za narażeniem na ryzyko Wielkiego Projektu, by na sześć miesięcy nałożyć więzy pokoju na nasze zwiastuny. Ta wojna musi trwać krótko. Wystarczająco krótko, by wykorzystać ich poświęcenie i nie pozwolić, by kije, miecze i karabiny w naszych rękach zmieniły się w Wielki Czerwony Guzik.
Jak jednak mogłaby się skończyć po zaledwie sześciu miesiącach? To jest światowa wojna domowa. Linie podziału biegną przez wszystkie miasta, wszystkie ulice. Nikt nie ma rodzinnej ziemi, na którą mógłby się wycofać, nie istnieją "nasza strona" i "wasza strona", które mogłyby zawrzeć ze sobą rozejm. Jeśli historia uczy nas czegoś o wojnach światowych i wojnach domowych, to z pewnością tego, że dają one początek powszechnym, wielostronnym wendetom. Wojna Kościołów potrzebowała piętnastu lat, by wymazać z powierzchni Ziemi państwa narodowe, a choć kłótliwi historycy mogą się spierać o to, czy pierwsza wojna światowa skończyła się w roku 1945 czy 1989, trwała wystarczająco długo, by Orwell mógł sobie wyobrazić, jak zwarte w nierozstrzygalnej konfrontacji dystopie mogłyby naprawdę osiągnąć wieczną wojnę. Spojrzę jeszcze dalej w przeszłość. Wojna Dwóch Róż, Walczące Królestwa Chin, wojna stuletnia, niekończące się rewolucje po roku 1789, a nawet starcie między Atenami a Spartą - wszystko to były konflikty trwające dziesięciolecia, nie miesiące. Optymizm podpowiadał, że po prostu nie słyszałom o licznych w historii małych wojnach, ale ta wojna nie będzie mała. Zdrowy rozsądek i pobladła twarz Su-Hyeona, gdy codziennie wychodzi z biura cenzora, są jedynymi wyroczniami, jakich potrzebuję.
Mycroft przedstawiłoby wszystko, co się dzieje, jako mniejsze. Albo większe. Jedno i drugie. Uczyniłoby opisywane wydarzenia małymi jak wojny mrówek, ruchy bierek na szachownicy, teatrzyk marionetek grających wyznaczone im role, podczas gdy wielkość należałaby do Autorów, Opatrzności i Wielkiej Rozmowy, w którą wierzyło z tak niezachwianą pewnością. Mnie jej brak. Przez większość czasu wierzę. Gorliwość Mycrofta oraz jego bystra i przekonująca inteligencja nauczyły mnie wiary, gdy działaliśmy w ukryciu i spaliśmy na piętrowych łóżkach. Nadal jednak targają mną wątpliwości. Jadłom przysmaki stworzone przez Bridgera, czułom woń mózgu i krwi w chwili zmartwychwstania Księcia i widziałom, jak Achilles rzuca oszczepem, ale czułom też smak księżycowego pyłu i widziałom, jak tęczowe smoki, stworzone tylko ludzkimi rękami, wzbiły się do lotu nad oszołomionym, pogrążonym w żalu forum. Widziałom, jak Mycroft leciał. Ludzie stworzyli rzeczy, które uznałobym za niemożliwe bez udziału Bridgera. Gdy nadejście snu się opóźnia, moja sceptyczna wyobraźnia tworzy alternatywne wyjaśnienia cudów, Planu i Ingerencji. Moja dawna jaźń uznałaby tę współczesną za szaleńca. Co, jeśli Achilles, Boo i Patroklos Celujący są po prostu u-bestiami? Co, jeśli sami to wszystko stworzyliśmy?
Jednego zawsze jestem pewne: to moje zwątpienie jest szaleństwem, nie moja wiara. Rodzi się ono z paranoi. To tak, jakbyśmy poznali jakąś niewiarygodnie zdumiewającą osobę, która wbrew wszelkim oczekiwaniom uznaje nas za drogiego przyjaciela, uśmiecha się do nas godzinami, latami, ale my znamy zgniliznę i porażkę, które nas wypełniają, i nie potrafimy uwierzyć, że te uśmiechy, uśmiechy tej osoby, mogą naprawdę być przeznaczone dla nas. Nie potrafię uwierzyć, że ta wojna jest szlachetniejsza, niżby się zdawało. Że my jesteśmy szlachetniejsi. Oskarżam nas wszystkich, oskarżam Tulliusa Mardiego, Perry'ego-Kraye'a, Joyce Faust, siebie, wyobrażam sobie, że jesteśmy nieudolnymi autorami nadchodzącej katastrofy. Coś upartego, co kryje się w najczarniejszych głębiach mojego umysłu, nie chce uwierzyć, że zasługujemy na to, by stać się kimś więcej. Ale jesteśmy kimś więcej. Wiem o tym. Jesteśmy instrumentami budującymi drogę od ścian jaskini ku gwiazdom. To my zbudowaliśmy ten świat i zbudujemy inne, lepsze. Jesteśmy wiadomością, która położyła kres dosłownie nieskończonej samotności Istoty tak Dobrej, Prawdomównej i Rzeczywistej jak Ta, Która Odwiedziła Nas w Ciele Nazwanym przez Nas Jehovah Masonem. Kiedyś łatwiej było mi to zrozumieć. Gdy Mycroft było tłumaczem, znajdowałom wielkość w każdej ludzkiej sylabie, ale pod jego nieobecność logika, dowody i doświadczenie nie potrafią przebić się przez zasłonę wątpliwości, spowijającą mnie w mrocznych godzinach. Tylko jedno może tego dokonać: Ono nas Kocha. Tego się trzymam. Istota Lepsza i Łaskawsza niż Nasz Stwórca sięgnęła ku nam z innego wszechświata przez nieprzeniknioną ciemność i dotknęła nas Swą nieskończoną Miłością. Kiedy w to wierzę, nadal potrafię wyobrazić sobie nas między gwiazdami.
Rozdział drugi
BITWA O CIELO DE PÁJAROS
Napisane 15-17 września roku 2454 Wydarzenia z 7 września Romanova
Nie miałom zamiaru opisywać swych doświadczeń z drugiego dnia wojny, były bowiem pełne chaosu, uświadomiłom sobie jednak, że ów chaos był pierwszym atakiem - nie atakiem uczestniczących w wojnie frakcji - Reformistów na Strażników Pasiek, najemców na mitsubishiańskich właścicieli nieruchomości, Pasiek poszkodowanych przez OS na te, które z niego korzystały, ani edukacjonistycznych fanatyków na ludzi, których akurat tego dnia uważali za "skonfigurowanych". To był atak chaosu na ład, wojny na Ziemię. Zaczął się kilka godzin po Ceremonii Zamknięcia Igrzysk Olimpijskich, ale wtedy nic nie było dla mnie rzeczywiste poza atakiem na Atlantydę i tym, co zniszczył. Tymi, którzy w nim zginęli. W czarnych godzinach przed świtem żałoba skapitulowała wreszcie przed snem, wkrótce jednak obudził mnie głos Księcia, dobiegający z lokalizatora w moim uchu.
- Ludzkość potrzebuje rady Anonima.
Usłyszawszy klarowny, pozbawiony emocji głos Jehovah Masona, poderwałom się odruchowo, nie z poczucia obowiązku, lecz dlatego, że każde słowo, jakie od niego słyszałom, było prawdziwe i ważne. Jego słowa nie są dobrze przemyślane, jak w przypadku Viviena, czy rozsądne, jak słowa Bryar. Są nieskomplikowaną, jasną prawdą, jak to, że dwa plus dwa równa się cztery, coś, co istnieje, nie może jednocześnie nie istnieć, a cierpienie jest złe. Jeśli powiedziało, że ludzkość czegoś potrzebuje, miało na myśli całą ludzkość, od kromaniończyków aż po Marsa. Uruchomiłom soczewki, nim jeszcze do końca zarejestrowałom różnicę między czuwaniem a snem.
Przekaz natychmiast przeniósł mój wzrok do Chile. Był tam dzień, a nad lśniącymi szklanymi dachami Cielo de Pájaros unosiły się smugi dymu - fioletowe, koralowe i ciemnoszare. W innych przekazach ujrzałom ogień oraz ludzi. To były tylko przypadkowe urywki. W jednym dwójka Humanistów w barwach Złotej Drużyny ciskała przedmiotami, które eksplodowały dziwnie monochromatycznym pomarańczowym płomieniem; w drugim gromada ludzi kryła się w jednym z kwietnych rowów między szeregami szklanych dachów. W jeszcze innym ekipa Strażników strzelała z ogłuszaczy. Niektórzy w zaatakowanych grupach nosili niebieskie mundury policji Sojuszu Romanovańskiego, inni zaś kuzynowskie suknie. Zapewne byli to inspektorzy, mający zapobiec niewłaściwemu wykorzystaniu domu i komputerów baszu Saneer-Weeksbooth, które w tej chwili znajdowały się w rękach Sojuszu. Niektórzy Kuzyni pomagali jednak Humanistom. Nie miało to dla mnie sensu, dopóki nie znalazłom kanału, którego oprogramowanie podkreślało godło Strażników Pasiek - tarczę strzelniczą Snipera - widoczne na piersiach wszystkich atakujących. Napastnicy próbowali przejąć kontrolę nad autolotami. Nie mogli posuwać się naprzód po ziemi, ponieważ tarasy Miasta Widokowego czyniły każdy kwietny rów fortecą, a każdą biegnącą po podwyższeniu drogę ziemią niczyją. Dlatego atakujący robili podkopy i wchodzili do domów przez drzwi do piwnic - takie jak drzwi Thisbe. W ten sposób posuwali się w górę - rów po rowie, jeden za drugim. Wypatrywałom śladów oporu mieszkańców - rozwalonych drzwi albo przypalonej trawy - ale Strażnicy Pasiek najwyraźniej nie spotkali się z wrogością z ich strony. Nic w tym dziwnego. Humaniści stanowili siedemdziesiąt jeden procent mieszkańców Cielo de Pájaros.
Nagły rozbłysk. Obraz się zachwiał, ludzie pochylili się, osłaniając głowy, a szklane dachy wokół nich rozprysły się i uleciały w górę niczym drobinki kurzu poruszone oddechem. Na niebie coś się pojawiło. W dół sypały się odłamki i pajęczynowe smugi dymu, w górę zaś wzbiła się kolumna kłębiącego się chaotycznie dymu. Jakby wybuchł wulkan, tyle że tu nie było żadnego wulkanu. Spróbujcie sobie wyobrazić Wezuwiusza zamaskowanego przez gryfią skórę, tak że widzicie tylko dym i ogień unoszące się ku chmurom. Ujrzałom rozmazujące się sylwetki autolotów. Powłoka schodziła z nich jak zdejmowana łyżką piana z cappuccino. Obraz przesunął się w górę i zobaczyłom, że szczyt stożka wznosi się coraz wyżej, puchaty i ogromny. Przez mój umysł przemknęło słowo "grzyb". Poczułom się jak idiota: zderzenie autolotów. Czytamy o reaktorach pokładowych, o tym, że nawet miasta nie pożerają energii tak szybko jak silniki, mogące nas w kilka sekund zanieść z jednego końca miasta na drugi, ale nie możemy sobie pozwolić na myślenie o znajdującej się tuż obok antymaterii. Gdybyśmy o niej pomyśleli, moglibyśmy już nigdy nie wsiąść do autolotu. Systemy zabezpieczające skierowały ku górze moc wybuchu - energia potężniejsza od tej, która karmi Słońce ogrzewające Ziemię, uwolniona w jednym miejscu, ale skierowana ku górze, dzięki zdolności przewidywania łaskawych inżynierów, którzy w tej chwili wydali się bardziej podobni bogom niż kiedykolwiek dotąd. Do powierzchni dotarła fala uderzeniowa i pojawiła się też czarna plama - pozostałość po spalonym dachu i obróconym w parę autolocie. Przez chmury popiołu przemykały kolejne autoloty - za dużo, zbyt blisko siebie, jak rój szarańczy otaczający miasto zwartą powłoką. Zrozumiałom, dlaczego nie mogliśmy po prostu zalać Cielo de Pájaros siłami pokojowymi, by bronić systemu, którego potrzebowała cała Ziemia. Czy to było przypadkowe zderzenie? Dwa autoloty po prostu za bardzo zbliżyły się do siebie? Czy może wykalkulowane ostrzeżenie tego, kto kierował ich ruchami? A może ktoś odważny próbował zmusić autolot do lądowania, by pomóc bronić serce pompujące życiodajny ruch przez nasz rozległy świat? Kamery znowu skierowały się w dół, pokazując kolejne strzały, grupy posuwające się naprzód przez zarośnięte kwiatami rowy, coraz bliżej centralnego baszobudynku o kluczowym znaczeniu. Zrozumiałom, dlaczego Ziemia potrzebuje Anonima. Na krawędzi moich soczewek mrugało wezwanie na konferencję! Przyłączyłom się do niej.
"Maître!" To słowo zrozumiałom, ale nie strumień gorączkowej francuszczyzny, który nastąpił po nim. Nie włączyłom obrazu, ale nawet bez widoku twarzy w szalonym głosie Dominica słyszało się namiętność silniejszą niż strach. Błaganie?
- Nie wsiadajcie do autolotu, Dominicu! Słyszycie mnie?! Nie wsiadajcie do autolotu!
To był głos Martina, przerywany empatycznym dyszeniem.
- Nie ważcie się rozkazywać swemu przeorowi!
Po angielsku głos Dominica brzmiał jeszcze gwałtowniej niż po francusku.
- Nie dotrzecie ad Dominium nostrum, jeśli zginiecie, rozbijecie się albo znikniecie! - Pod wpływem emocji do słów Martina wkradały się łacińskie frazy. - Nie wiemy, kto odpowiada za zniknięcia. - Każdy autolot na Ziemi może się rozbić w dowolnej chwili!
Przechodzenie na francuski, by wykluczyć Martina z rozmowy, zawsze było ulubioną taktyką Dominica.
Kiedy mówiło do milczącego Księcia, przejrzałom instahistorię oferowaną przez wiadomości. Autoloty się zbuntowały. Tak opisywali to ludzie, jakby były one sojusznikiem, który nas zdradził. Wsiadali do nich jak zwykle i startowali, ale niektórzy już nie lądowali. Nie było żadnych informacji o wypadkach, żadnych słupów dymu. Ich lokalizatory po prostu milkły podczas lotu, a o nich samych więcej nie słyszano. O pierwszych zniknięciach doniesiono dwie godziny po zakończeniu Ceremonii Zamknięcia Igrzysk, ale podczas zamieszania po ataku na Atlantydę potrzeba było więcej czasu, by informacje się rozeszły. W tych godzinach zniknęły tysiące Humanistów. Niewykluczone, że zaginęły dziesiątki tysięcy i mogli wśród nich być również członkowie innych Pasiek. Vivien (muszę się przyzwyczaić do nazywania go prezydentem Humanistów Anceletem) zażądało, by siły Sojuszu pilnujące komputerów Saneer-Weeksboothów pozwoliły policji jego Pasieki zbadać, co się stało z komputerami systemu. Co gorsza, posłużyło się gwałtownymi, pełnymi szowinizmu słowami. Lesley Saneer wezwało do użycia przemocy, a Cielo de Pájaros go posłuchało.
"Non." Spokój Jehovah Masona sprawił, że na moment poczułom się lepiej, ale zaraz sobie przypomniałom, że zachowałoby spokój, nawet gdyby cały świat płonął. "Je te l'interdis."
(Kontekst pozwolił mi domyślić się znaczenia tych słów: "Zabraniam wam.")
"Maître!" sprzeciwiło się Dominic załamującym się głosem.
- Zastanówcie się, Dominicu! - błagało Martin. - Nie mamy pojęcia, którzy nieprzyjaciele kontrolują autoloty. Tłum Strażników Pasiek dzielą od domu tylko trzy rowy, a w ciągu ostatnich dwudziestu minut posunęli się naprzód o cztery!
- Mają plan - wtrąciłom. Mój głos załamywał się, przebijając się przez pozostałości snu. Przed sześcioma miesiącami nie zauważyłobym wzorców w przedstawionych w przekazach starciach, ale Achilles poddało Myrmidonów intensywnemu szkoleniu i teraz potrafiłom dostrzec różnicę między planowanym a nieplanowanym chaosem. - Łatwo było przewidzieć, że tam dojdzie do pierwszych starć. Gdybym mieszkało w okolicach Cielo de Pájaros, miałobym plan.
- Tak jest! - zawołało Martin. - Obecnie autoloty kontroluje nieznany nieprzyjaciel, a za dwadzieścia minut przejdą w ręce znanego nieprzyjaciela, zakładając, że nie zniszczy on całego systemu. Musicie się z tym pogodzić, Dominicu. T?genky? dzieli godzina drogi od Aleksandrii. Jeśli wsiądziecie teraz do autolotu, możecie wylądować pośrodku oceanu, dostać się do niewoli albo zginąć, ale nie dotrzecie ad Dominum na czas!
- Godzina drogi od Aleksandrii - powtórzyło Książę swym klarownym, lecz pozbawionym uczuć głosem.
Martin: Jesteście na wyspie. Skorzystajcie z łodzi.
- Z łodzi! Trzy tygodnie!
W ustach Dominica zabrzmiało to jak przekleństwo.
Znowu Książę: Trzy tygodnie. Godzina. Nie. Odległość rozstała się z czasem. Ci dwaj wrogowie od dawna byli złączeni ze sobą, ale to już się skończyło. Nie dzielą cię ode Mnie dwie godziny, Mój Dominicu, nie dwa dni i nie dwa tygodnie. Dzieli cię ode Mnie pół świata. Nie wiemy już, ile to będzie po przeliczeniu na jednostki czasu.
Wątpię, by dźwięki, które wyrwały się z ust Dominica, były artykułowanym językiem, mogła to jednak być jakaś zniekształcona, bełkotliwa postać francuskiego.
Uruchomiłom Hâte Anonyme. Czuję się mniej swobodnie niż Vivien, korzystając z tego bezpośredniego serwisu informacyjnego. Nadal myślę jak redaktor i napełnia mnie przerażeniem wizja tego, że miliardy ludzi śledzą moje myśli (i literówki) w tej samej chwili, gdy je zapisuję. Niemniej, jeśli w całym okresie, gdy służyłem jako Anonim, jakaś chwila wymagała pośpiechu, to właśnie ta:
<Jeśli od miejsca, gdzie chcecie spędzić wojnę, dzieli was więcej niż dwadzieścia minut lotu, zachowajcie spokój.> (W tej chwili do mojego serwisu podłączyło się już 11 milionów osób.) <Nie możecie dziś podjąć decyzji.> (81 milionów.) <Nie zdążycie dotrzeć na miejsce, nim wasz autolot zawiedzie, nawet jeśli spróbujecie.> (303 miliony.) <Zastanówcie się nad tym, jakich przyjaciół, jakie schronienie i jaką użyteczną pracę możecie znaleźć tam, gdzie obecnie przebywacie.> (Ponad miliard.) <To wasze krótkoterminowe zadanie.>
"Mon chiot Déguisé." Nawet w chwili kryzysu Książę nie skraca osobliwego Tytułu, jaki mi nadało. Czas jest dla Niego znacznie mniej realny niż słowa. Spokój wewnętrzny, jaki daliście swym czytelnikom może się wydawać mniejszy od zewnętrznej wojny jedynie tym, którzy błędnie wyobrażają sobie, że rozmiary sfery mentalnej ogranicza fizyczny obwód serca albo mózgu.
Minęło kilka chwil, nim mój umysł przetłumaczył te słowa na "dobra robota". To mną wstrząsnęło. Na tym właśnie polega kłopot z Księciem w codziennym życiu. O wszystkim mówi zbyt szczegółowo. Nie mogłom po prostu przesunąć licznika odbiorców do narożnika pola widzenia i udawać, że wyświetla się w nim parę cyfr mniej. Mój przekaz uspokoił nieco nawet urywany oddech Dominica. To przypomnienie o mojej mocy zwiększyło tylko mój strach, gdy mówiłom dalej, obserwując, jak moje słowa zapisują się w umysłach całego świata.
<Jeśli jednak dzieli was mniej niż dwadzieścia minut lotu od jakiegoś superważnego miejsca, nie mam prawa wam powiedzieć, byście nie próbowali. Postarajcie się, żeby się opłaciło. Jeśli wsiądziecie teraz do autolotu, możecie się rozbić i zginąć, wylądować gdzieś w głuszy i umrzeć z głodu albo mogą was wziąć do niewoli nieznani nieprzyjaciele. To są realne zagrożenia. Skonfrontujcie je z niewielką szansą, że uda się wam dotrzeć do celu. Jeśli uznacie, że warto podjąć to ryzyko, zróbcie to. Natychmiast. Ale tylko pod warunkiem, że macie całkowitą pewność.>
Skończyłom. Oczami wyobraźni widziałom śmierć w płomieniach, twarze wpatrzone w ścianę ognia, dziecko krzyczące na widok słupa dymu wzbijającego się z lasu. Powiedziałom sobie, że dzięki moim ostrzeżeniom mniej ludzi podejmie taką próbę, ale niektórzy i tak to zrobią - paranoja zrodziła w moim umyśle wizję altruistycznego lekarza, próbującego dotrzeć do szpitala - a niektórzy z nich zginą z mojej winy.
Książę mnie uspokoiło.
- Jak wasz gatunek nazwał miejsce, w którym jest teraz wasze ciało, chiot?
Gdzie się znajdowałom? Nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzić. Byłom w jakimś określonym miejscu i co, jeśli leżało ono daleko od przyjaciół i bezpieczeństwa? Czułom pod sobą cienki materac i zmięte prześcieradło. Oczyściłom soczewki i zobaczyłom mroczne, ciasne pomieszczenie, raczej schowek niż pokój. Na wszystkich ścianach wisiały półki. Leżały na nich najrozmaitsze przedmioty, wywołujące wrażenie całkowitego chaosu: pudełka, aktówki, plastikowe skrzynki, połowa stojącego wieszaka, kanciaste kanistry podpisane nieczytelnymi bazgrołami, katana, buty i ubrania w przezroczystych workach, papierowe notatniki - cały skład zgromadzony przez maniakalnego chomika. Niektóre przedmioty spadły na podłogę, dołączając do śmieci i bielizny do prania, wypełniających kąty pokoiku. Wgnieciona skrzynia służyła jako stół przy łóżku. Znalazłom na niej torebki ze śniadaniami instant, cukierki kawowe, mandarynki, papierową książkę, kajdanki z żelu Cannera i tanią kopię popiersia brodatego mężczyzny, tak źle wyrzeźbionego, że mogło równie dobrze przedstawiać Darwina, jak i Platona. Na okładce książki napisano Victor Hugo. Pochyliłom się, by się upewnić, że to Holmes.
- Jestem bezpieczne - oznajmiłom. - W biurze Papadeliasa.
Do rozmowy dołączył nowy głos.
"Seigneur?"
"Ma brave Helo?se" odpowiedziało Książę.
Martin: Helo?se! Świetnie. Nie wsiadajcie do autolotu. Gdziekolwiek jesteście, nie...
Helo?se: Jestem teraz w autolocie.
Martin: Słucham?
Helo?se: Lecę. Ciocia Bryar wezwała mnie do...
Martin: To nieważne.
Helo?se: Ale...
Martin: Lądujcie. Natychmiast. Gdziekolwiek jesteście.
Helo?se: Jestem nad Saharą!
Wszystkim nam zaparło dech w piersiach.
- Słucham?
Helo?se: Byłam w Kano. Cudowne spotkanie z przedstawicielami ONZ. Przygotowują się do przyjęcia naszych uchodźców.
Ja: Organizacja Narodów Zjednoczonych...
Wypowiedziałom te słowa szeptem, oszołomione tym podobnym snom przypomnieniem, że zamknięte w swych rezerwatach szczątkowe "państwa narodowe" nadal mają swoje ambasady, szpitale i granice.
Helo?se: Unia Afrykańska jest...
Martin: Później. Musicie natychmiast wylądować.
Helo?se: Wszystko w porządku. Widziałam wiadomość Anonima. Do Casablanki zostało mi niespełna dwadzieścia minut.
Nie ona również. Myśl, że moje słowa zabiły wyimaginowanych lekarzy, była wystarczająco ciężkim ciosem.
Martin: Nie jest w porządku. Ktoś porywa autoloty. Jakie jest najbliższe miasto? Sprawdźcie na mapie i polećcie tam.
Helo?se: Ubari? Jakieś miejsce zwane Ubari...
Ja: Nie. Strażnicy Pasiek mają tam co najmniej osiemdziesiąt procent poparcia. Natychmiast wzięliby was jako zakładnika.
Martin: Skąd o tym wiecie?
Ja: Myślicie, że nie sprawdziliśmy z Su-Hyeonem flag na wszystkich dachach na Ziemi? To ryzykowne, nawet jeśli większość ludzi odleciała do pracy. - Przywołałom mapę. - Sprawdźmy tu. W Illizi większość to Mitsubishianie... te oazowe miasteczka są niebezpiecznie małe, jeśli łańcuchy dostaw zostaną przerwane... nie...
Martin: Czy nie możecie skręcić w stronę wybrzeża? Jakie miasto leży najbliżej Trypolisu?
Helo?se: Trypolis jest niewiele bliżej niż Casablanca. Jeśli...
Ja: Nie podoba mi się stosunek flag w Trypolisie. Nie ma żadnego miasta z reformistyczną większością między Ubari a...
"Alexandrie" dokończyło za mnie Dominic. "Va a l'Alexandrie, Helo?se. Immédiatement."
Helo?se: Do Aleksandrii jest tak samo daleko, jak do Casablanki.
"Notre Maître est a l'Alexandrie!" warknęło Dominic. "Seul!"
"Seul" powtórzyło Książę, cicho i powoli, jak dziecko w akwarium, obserwujące niezwykłe, poruszające się faliście stworzenie za szkłem i powtarzające na głos jego świeżo poznaną nazwę.
"Seul!" zawołało przerażone Helo?se. Sam! Martinie, czy Nôtre Seigneur naprawdę jest w Aleksandrii sam?
- Nie obawiajcie się - odpowiedziało Martin. - Pałac jest lepiej strzeżony niż jakiekolwiek inne miejsce na Ziemi. Na razie musimy się skupić na waszym bezpieczeństwie. Jeśli zdołacie dolecieć do wybrzeża, będziecie mogli dotrzeć do Aleksandrii łodzią.
Martin wykręcał się od odpowiedzi. Natychmiast wzbudziło to moją czujność.
- Gdzie jesteście, Martinie? - zapytałom.
- Na powierzchni, bezpieczne.
Kolejny unik.
- Nie o to pytałom. Ja jestem w Romanovie, Dominic w T?genky?, a wy?
Przez trzy sekundy słyszeliśmy przyśpieszony oddech Martina. Bał się? Biegł?
- Najpierw Helo?se - upierało się.
Jednemu Pytającemu Martin zawsze musi odpowiedzieć.
- Jak ludzkość nazwała miejsce, w którym jest teraz wasze ciało, Martinie?
- Szpital o wysokim poziomie bezpieczeństwa Klamath Marsh - odrzekło niemal bez chwili wahania.
Groza ukryta w tej odpowiedzi rosła w miarę, jak logika analizowała jej sens. Rzecz jasna, biedne Martin ciężko pracowało, ścigając OS i Perry'ego-Kraye'a, przeczesując szpitalne dywany w poszukiwaniu włosów albo licząc ślady stóp. Ale teraz odległy szpital-więzienie, w którym ścigaliśmy się o to, kto pierwszy dotrze do Cato Weeksbootha, zapowiadał kryzys innego rodzaju. Na Klamath Marsh nie prowadzą żadne drogi. Nie ma tam sąsiadów. To rezerwat w oregońskiej głuszy, ongiś należący do Greenpeace, a obecnie do Mitsubishi, dziki, porośnięty zielenią i pełen niebezpieczeństw. Nawet gdyby Martin zdołało sforsować góry, za nimi czekał na nie tylko bezkresny Pacyfik albo, na wschodzie, pustynie i Wielkie Równiny. Nigdzie nie znajdzie pomocy ani schronienia. Były tam tylko nieliczne baszobudynki, niemal bez wyjątku należące do członków Greenpeace Mitsubishi, a za nimi dumne miasta, gdzie nad wieżowcami powiewała flaga Snipera. Bezkres tej wielkiej, opasłej planety wydawał się aktem złośliwości, jakby Ziemia zaplanowała to wszystko, wiedząc, że żadne mury ani linie frontu nie staną się barierą równie nieprzebytą, jak okrutna szerokość Ameryki.
Znowu spojrzałom na mapę Sahary. Helo?se jeszcze mogliśmy uratować.
- Żadne miejsce, które uznałobym za bezpieczne, nie leży bliżej niż Aleksandria. Nie mogę być pewne, że którekolwiek z nich opowie się po stronie Reformistów albo zachowa neutralność. Aleksandria jest w miarę blisko, teoretycznie w zasięgu.
Raz jeszcze zerknęłom na relację z Cielo de Pájaros, ale dym i pochylone sylwetki posunęły się naprzód tylko o jeden rów. Mieliśmy jeszcze może kilkanaście minut.
- Zatem do Aleksandrii - skonkludowało Martin.
- A co z Casablancą? - nie ustępowało Helo?se. - W tej chwili odległość jest taka sama.
"Il est seul!"
- Wiem - raczej pisnęło, niż odpowiedziało Helo?se. - Ale może dojść do przewrotu!
- Gdzie?
- W Casablance. Dlatego tam leciałam. Cookie zwołało Radę Kuzynów. Wszyscy przywódcy edukacjonistów są na miejscu, a ciocia Kosala mówiło, że nasza przewaga jest bardzo chwiejna. Zwołuję wszystkich, których uda mi się znaleźć, ale mogłabym zdziałać znacznie więcej, gdybym zjawiła się tam osobiście.
W tej chwili uświadomiłom sobie z zawstydzeniem, że cały czas rozmawialiśmy o Helo?se, jakby było nieobecne. Niemniej dopiero teraz, redagując ten zapis, zdałom sobie sprawę, jak daleko się w tym posunęliśmy. Sposób bycia Helo?se zachęca do takiego zachowania, ta toksyczna, wyuczona bezradność, która w dawnych czasach sygnalizowała kobiecość. Wszyscy na wyścigi próbowaliśmy być pomocni, do tego stopnia, że hamowaliśmy je, gdy chciało pomóc sobie samo. Mam nadzieję, że Martin i ja nie wpadlibyśmy tak łatwo w tę pułapkę, gdyby Dominic nie było dla nas przykładem.
"Seul" powtórzyło raz jeszcze Książę.
- Wiem, Seigneur. Pragnę przybyć do Was. Ale prosiliście mnie, bym stała się Waszym głosem wśród Kuzynów. W obecnej sytuacji nie mogę zrobić obu tych rzeczy jednocześnie.
- Zmuszasz Mnie do wyboru - oznajmił bezbarwny głos.
- Nie chcę tego, Seigneur!
- Nie ty, ma ch?re Helo?se. Mój Gospodarz. Ten, Który Stworzył Odległość, pragnie teraz, bym poczuł smak licznych rodzajów bólu: oddzielenia, bezsilności, niewiedzy i, za pośrednictwem ciebie, ból wyboru między dwoma bólami. Muszę stracić jedną ósmą ludzkości albo ciebie. Zmusza Mnie do wyboru.
Jeśli czyta się słowa Księcia w tej relacji, sprawiają wrażenie niepotrzebnego wtrącenia, straty czasu. Wtedy jednak wyglądało to inaczej. Jego spokój dał mi swobodę, pozwolił pomniejszyć wszystko, jakbym było maleńkim stworzeniem mieszkającym na śnieżnej kuli, a ogromna Istota trzymająca w dłoni mój mały świat próbowała porozumieć się ze mną, sprawić, bym ujrzało Ją na moment i uświadomiło sobie, że cała ta oślepiająca śnieżyca jest tylko mikrokosmosem, a prawdziwe przyczyny, których szukam, leżą poza nią. To pozwoliło mi dostrzec poważniejsze problemy.
- Chwileczkę, czy Bryar grozi niebezpieczeństwo? Czy to przewrót ograniczający się do retoryki, czy taki, który kończy się śmiercią?
- Ciocia Bryar jest w Delhi - odpowiedziało Helo?se. - Rozmawia z przywódcami Greenpeace. Nie może dotrzeć do Casablanki. Dlatego chciało, żebym wróciła jak najszybciej. Wszyscy, którym ufa, rozproszyli się po świecie, walcząc z kryzysami. W Casablance władzę mają edukacjoniści. Nikt poza mną nie ma szans ich powstrzymać.
Delhi? Coś wewnątrz mnie się osunęło, drobinka śniegu dająca początek lawinie. Nic nie wyglądało, jak trzeba. Miała się zacząć partia szachów. Bryar było przewodniczącym Kuzynów i z definicji powinno przebywać w Casablance. Tak był urządzony ten świat. MASON było w Aleksandrii, Joyce Faust w Paryżu, a Helo?se z Księciem. Jeśli Bryar było w Delhi, to gdzie było Vivien? Gdzie byli wszyscy? Su-Hyeon? Achilles? Mycroft? Sprawdziłom wiadomości i znalazłom sześć pochodzących od Viviena. Przebywało w Buenos Aires i z gorączkowym niepokojem pytało, gdzie jestem. Jedna wiadomość od Bryar, zawiadamiająca, że jest bezpieczne w Delhi, jedna od MASONA, z żądaniem, żebym wróciło do Aleksandrii, a także inne, od usługowców, Huxleya Mojave, Patroklosa i Joyce Faust. Nie było wiadomości od Mycrofta. Nagle poczułom pośród wypełniającej sypialnię Papy woni stęchlizny coś, co pachniało jak oliwa z oliwek, i przypomniałom sobie. Mycroft. Łzy nadeszły szybko. Nie potrafiłom ich powstrzymać, nawet o tym nie myślałom, mój umysł i ciało uległy im całkowicie, aż wreszcie nie sposób było odróżnić płaczu od krzyków. Zwierzęca część mojej jaźni wiedziała, że tego potrzebuję, że fizyczna realność płaczu, intensywna jak sprint, wymazuje wszelkie inne myśli. Nie było już obowiązków, dobrych manier, nie było wiadomości i map przed moimi oczami ani czekającego na mnie Księcia. Zostałom samo ze swym żalem i brakiem Mycrofta. Płakałom, aż gardło zapłonęło mi z bólu, mięśnie w moich bokach złapały kurcze, a łkanie przerodziło się w żałosną czkawkę. Drżałom, czując pod swoją twarzą wilgotny bark. Otaczały mnie ramiona, niezgrabne, ale ciepłe. Wtulałom się w nie przez długi czas, nim sobie uświadomiłom, że ramiona i bark oznaczają, że ktoś jest ze mną. Obejmuje mnie. Czułom zapach szamponu i czekolady. Odsunęłom się, by się przyjrzeć, ale drzwi były otwarte, a na zewnątrz było głośno i jasno. Zakręciło mi się w głowie od blasku.
Ramiona opadły.
- Chcecie ciastko czekoladowe? - zabrzmiał łagodny głos. To było Carlyle Foster-Kraye de la Trémo?lle. Włosy miało wilgotne po prysznicu, a szata opadała mu do pasa, odsłaniając tank top i obandażowany bark.
Ciastko czekoladowe. To pytanie sprawiało mi trudności.
- Może napijecie się wody?
Dwukrotnie próbowałom wydać z siebie dźwięk rozpoznawalny jako "tak", ale w końcu zadowoliłom się skinieniem głowy.
Uśmiechnięte Kuzyn wyprostowało się. Śledziłom je wzrokiem, gdy wyszło do jasnego gabinetu, przedzierając się przez morze śmieci dzielące dwa biurka Papadeliasa.
Moje soczewki były w trybie biernym. Zauważyłom, że konferencja się skończyła, a Książę i jej pozostali uczestnicy zniknęli. Minęły minuty. Ile minut? Matematyka była trudna.
- Bitwa! - zawołałom nagle. - Cielo de Pájaros!
Coś w niebieskich oczach Foster-Kraye sprawiało, że nawet uwidaczniający się w nich ból wydawał się delikatny.
- Doszło do wybuchu. Baszobudynek wyleciał w powietrze razem ze wszystkimi komputerami. Przyczyn jeszcze nie znamy. To było coś wewnętrznego, nie pocisk. Mnóstwo ludzi nagle wypadło na zewnątrz, a potem wszystko przesłonił dym.
- To znaczy, że autoloty przestały działać?
- Nie. Nadal krążą w powietrzu, tylko nie zjawiają się na żądanie ani nie lądują. Nikogo w nich nie ma i nikt nie wie, kto nimi kieruje. Przynajmniej mamy nadzieję, że nikogo w nich nie ma.
Otworzyło drzwi na drugim końcu gabinetu. Głosy dobiegające z głównego gabinetu brzmiały znacznie donośniej niż hałas brzmiący codziennie w kwaterze głównej policji naszej zjednoczonej Ziemi.
Uświadomiłom sobie, że Foster-Kraye poszło po wodę.
- Butelka jest w stojaku na parasole! - zawołałom.
Odwróciło się i zaczęło w nim grzebać.
- To woda z Grecji - dodałom odruchowo. Przypomniałom sobie, jak Papa chwalił się tym przed nami, i ponownie targnęło mną łkanie. Pamiętam, że wydało mi się dziwne, że mam w sobie więcej łez, choć przed chwilą byłom przekonane, że wylałom już wszystkie.
Foster-Kraye wróciło z butelką.
- Moje łupy wojenne w tej chwili ograniczają się do trzech lekko zgniecionych ciastek czekoladowych i tacy z tajemniczymi kostkami sera. Pomożecie mi?
Razem z wodą podało mi chusteczki.
Dzięki porządnemu wydmuchaniu nosa wszystko wydało mi się bardziej realne.
- Łupy wojenne?
- Rozbity wózek dostawczy porzucony przed wejściem. Nie lubię marnotrawstwa.
- Powinnom najpierw pójść do łazienki - odrzekłom.
Dopóki nie spróbowałom wstać, nie zdawałom sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebuję. W biurze Papy była łazienka z prysznicem, z tych samych powodów, dla których na podłodze w magazynie dowodów leżał materac. Było wokatorem. W łazience unosiła się jeszcze para po prysznicu wziętym przez Foster-Kraye i nie widziałom siebie w lustrze. Zostałom samo z wiadomościami i obrazami z lokalizatora przedstawiającymi wybuch: strumień ludzi przedzierających się przez rowy i nagła podziemna eksplozja. Powierzchnia wybrzuszyła się niemal sferycznie, jakby od dołu przebijało się przez nią ogromne jajo. Nie było ognia, tylko czarna ziemia i trzewia budynków, a odłamki szklanych dachów otaczały to wszystko niczym cukier pokrywający cr?me br?lée. W jednej sekundzie kopuła z gruzu rosła, a w następnej się zapadła. Dopiero wtedy w lukach między jej fragmentami pojawił się ogień, szybko przesłonięty przez czarny dym. Huk nadszedł na samym końcu, jak na źle zsynchronizowanej ścieżce dźwiękowej. Dom, w którym pomagałom Mycroftowi zmazywać zakrętasy ze ścian, zniknął, a wraz z nim ukryte głęboko pod ziemią dziedzictwo Saneer-Weeksboothów, którego matematyczna magia dawała całemu światu lot.
Moją uwagę odwróciły nowe wiadomości. Vivien poczuło wielką ulgę, usłyszawszy, że jestem bezpieczne w Romanovie, i radziło mi trzymać głowę nisko, pomagać Su-Hyeonowi i mieszkać w jego własnym mieszkaniu przy Forum, ponieważ było uwięzione w Buenos Aires i nie miało go potrzebować. Chciałom je poprosić, by pomogło Martinowi uciec z Klamath Marsh, ale znajomość realiów wojny ostrzegła mnie, że prezydent Humanistów nie może już ofiarować neutralnej przyjaźni Familiaris Regni, które było trzecie w linii sukcesji do tronu MASONA. Bryar przysłało mi słowa zachęty z Delhi i powtórzyło uprzejmą wskazówkę Viviena, mówiąc, że mogę chwilowo uważać ich małe mieszkanko w Romanovie za swoje. Helo?se dotarło bezpiecznie do Casablanki i starło się z Cookie w sali posiedzeń. Posłuszne Dominic zostało w T?genky? i zwoływało tymczasowych dyrektorów kierujących mitsubishiańskimi blokami wyborców, podczas gdy prawdziwi dyrektorzy czekali razem z And? na proces, który mógł się nigdy nie odbyć. Książę Jehovah Mason było samo. Nie dosłownie, ponieważ MASON również przebywał w Aleksandrii, podobnie jak szybkonogi Achilles, ale ojciec i sojusznik nie zastąpią najbliższych przyjaciół, jakich pragną mieć wszystkie myślące istoty - czy to delfiny, małpy, czy Bogowie. Garstka bezcennych mieszkańców tego wszechświata, których Nasze Samotne Gość mogło zwać "Swoimi", nie mogła do niego przybyć. Helo?se odebrał mu kryzys w Casablance, Dominica Azja, Martina Ameryka, a Mycrofta śmierć. Mnie zaś Romanova. Nie mogłom do Niego wrócić. Ani dotrzeć do żadnego z nich. Pozostało mi tylko siedzieć tu razem z Carlyle Foster-Kraye, zjeść trzy ciastka czekoladowe i patrzeć, jak świat płonie.
- Mamy mleko - oznajmiłom po wyjściu z łazienki.
- Gdzie? - zapytało Carlyle.
Moją uwagę odwróciła relacja z walk ulicznych w Melbourne i uderzyłom się w palec u nogi.
- W minilodówce pod biurkiem Mycrofta. Duży zielony karton, o który opierają się te wszystkie tubki.
Kuzyn przyniosło mleko.
- Nie ma widelców, ale znalazłom łyżkę i pałeczki.
- Mam widelec ze sobą - odparłom.
Zauważyłom pytanie "po co?", kształtujące się na ustach Kuzyna, które jednak pozostało niewypowiedziane. Carlyle szybko sobie uświadomiło, że każde usługowiec musi być przygotowane do zjedzenia wszystkiego, co ofiaruje mu przypadek bądź leniwe zleceniodawca.
- Wolicie gęste, ciągnące się ciastko, wysokie i puszyste, czy to z czerwonym dżemem między warstwami? - zapytało.
Zawahałom się, zajęte wyciąganiem widelca z kieszeni na udzie. Poczułom na wyschniętej już tkaninie szorstki dotyk morskiej soli. Woda morska, ciała na noszach, śmierć Mycrofta. Płacz powrócił na moment, ale udałom, że to czkawka.
- Po kawałku każdego?
Foster-Kraye oddzieliło łyżką spore kawałki dwóch pierwszych ciastek, ale zatrzymało się przy trzecim. Jego lokalizator, podobnie jak mój, z pewnością przekazał wiadomość, że rada miejska Odessy wydała rozkaz aresztowania wszystkich Mitsubishian w mieście. Być może Humanistów również. Informacje były sprzeczne.
- Czy przedtem też było tak źle? - zapytałom. - Zanim... się uspokoiłom? Czy złe wiadomości napływały tak szybko?
Nim Kuzyn zdążyło mi odpowiedzieć, usłyszeliśmy, że "zorganizowana milicja" zbliża się do kilku baszobudynków w Limpopo.
- Od chwili, gdy autoloty przestały działać - odpowiedziało. - Ludzie chyba już wiedzą, że nikt ich nie powstrzyma. Ani multiprawo, ani siły Sojuszu, ani Romanova. Wszyscy, którzy mieli plan, wcielają go w życie.
- Tak wiele planów - odpowiedziałom, zwracając się w równym stopniu do ciastka, jak i do towarzysza.
Casimir Perry-Kraye uwzględniło to w swoich zamysłach. Perry-Kraye, które zniszczyło rezerwową stację kierujących autolotami komputerów, by uczynić to wszystko jeszcze bardziej bolesnym dla świata. Zadałom sobie pytanie, czy istniały jeszcze dalsze rezerwy? I czy je również zniszczyło?
- Każde miasto tworzy własne prawo.
Foster-Kraye przeciągnęło się, spoglądając na mnie. Jesteśmy w mieście. Nie musiało mówić tego na głos. Ta myśl, ten strach były wypisane na jego twarzy. Czułom się uwięzione w przeszywającym spojrzeniu jego przesadnie niebieskich oczu. Danaë i prezydent Ganymede nauczyli mnie bać się tego koloru. Mój umysł wrócił do pałacu La Trimouille z jego łożami o pozłacanych ramach i do śmiechu Perry'ego-Kraye'a w płomieniach w Brukseli.
- Nadal jesteśmy w stanie zrobić coś dobrego - oznajmiło nagle Carlyle.
Spojrzałom na nie ze zdumieniem.
- Słucham?
Pochyliło się ku mnie.
- Nawet jeśli część tego, co doprowadziło Ziemię do tego kryzysu, jest naszą winą, waszą i moją, to jeszcze nie znaczy, że nie możemy zrobić nic dobrego. Jesteśmy tutaj. Żyjemy. Posiadamy zdolność działania, dokonywania wyborów i osiągania celów. To prawda. Nawet jeśli wydaje się nam, że dawne błędy umniejszają nasze możliwości, suma tych błędów nie jest liczbą ujemną, którą trzeba odjąć od dobra, jakie uczynimy teraz, nie jesteśmy w głębokiej czeluści, z której musimy się wygramolić na powierzchnię, by móc zacząć od zera. Możemy czynić dobro, a nasza przeszłość nie odbiera nam tej możliwości, dopóki żyjemy i oddychamy. I próbujemy.
Gapiłom się na nie. Widelec sterczał mi bezwładnie z ust. To było jak mentalne smagnięcie biczem, surrealistyczna chwila, w której szalejący wokół nas kryzys przerodził się nagle w sesję senseisty. Byłego senseisty? Nie byłom pewne, czy Foster-Kraye nadal jest senseistą. Poszukałom wzrokiem senseistycznej szarfy. Miało ją. Czarno-biały pas materiału otaczał je w talii, podtrzymując i pomagając utrzymać szatę na biodrach. Znałom to wrażenie, gdy metafizyka atakuje nas niespodziewanie pośród normalności. W moim umyśle pojawiła się fraza: "Spędziliście zbyt wiele czasu w towarzystwie Księcia Masona". Uświadomiłom sobie, że ja i Foster-Kraye jesteśmy tu sami, obaj zaliczamy się do wtajemniczonych i nie musimy niczego ukrywać.
- Czy czcicie teraz Księcia? - zapytałom.
Na twarzy Kuzyna wykwitł uśmiech promienny niczym słońce.
- Daję mojemu Stwórcy drugą szansę. Tego wymaga sprawiedliwość. Ono mi ją dało.
Poczułom, że czoło mi się marszczy. Głos Kuzyna brzmiał szczerze i był słodki jak wiosna, ale coś zagotowało się we mnie, gdy go usłyszałom. Coś toksycznego i znajomego, jak smak kwasu żołądkowego na już podrażnionym gardle. Kiedy da drugą szansę Mycroftowi, ja również będę się tak uśmiechało. Nie wiem, na jak długo unieruchomiła mnie ta paląca nienawiść, ale nadal gapiliśmy się na siebie nawzajem, gdy gliniarze wpadli do środka tak gwałtownie, że poderwałom się, złapałom ciężką rurę leżącą pod biurkiem Papy i stanęłom w obronnej pozycji, nim jeszcze się zorientowałom, że się poruszyłom.
- ...gdzieś w biurku Papy... - mówiło jedno z nich, gdy wchodzili. Wszyscy zatrzymali się nagle na nasz widok. Cztery osoby w szarych romanovańskich mundurach wymiętych po całonocnej służbie. Ich oczy błyszczały od czynności soczewek.
- Co tu robicie? To chroniony obszar! - zawołało jedno z nich.
Poznałom je - było wysokie, o klasycznej południowoazjatyckiej urodzie, przepasane szarfą Bezpasiekowego Białoprawowca. Nie mogłom sobie przypomnieć jego nazwiska.
Foster-Kraye wstało, roztropnie trzymając ręce w widocznym miejscu.
- Jestem informator specjalny Carlyle Foster.
- Wiem, kim jesteście. - Wzniosło oczy ku niebu, potępiając albo zbyt wyrozumiałe traktowanie informatorów przez Papę, albo tego konkretnie Kuzyna. - Czy rozkazano wam tu przebywać?
- Ostatni rozkaz, jaki otrzymałom od Papy, brzmiał: "Schowajcie się gdzieś i nie dajcie się zlinczować". Ale nie mam tego na piśmie. Papa kazało mi pilnować [Anonima].
Spojrzenie policjanta stało się jeszcze bardziej podejrzliwe, gdy skierował je na mnie.
- Uciekliście z noclegowni? I to podczas stanu wyjątkowego!
- To nie była ucieczka - odpowiedziałom. - Papa pozwoliło mi tu zostać.
Policjant odepchnęło Foster-Kraye na bok i spojrzało na mnie.
- Wy też pewnie nie macie tego na piśmie?
Wreszcie poznałom jego mundur - szary ze złotą lamówką i iskrzącym się niebieskim holograficznym obszyciem, którego nie potrafią skopiować domowe drukarki, taki sam jak mundur Papy, tylko bez skrzyżowanych spiral. Zastępca komisarza generalnego. Tytuł przywołał nazwisko. Bo Chowdhury.
- Pracuję - nie ustępowałom.
- W ściśle chronionym biurze? Co tu robicie?
Prawda była tajna i mogłom ją wypowiedzieć tylko w myślach. Jestem cholernym Anonimem!
Chowdhury wykorzystało moje wahanie.
- Odłóżcie broń, usługowcu. Nie chcielibyście mieć w kartotece stawiania zbrojnego oporu.
Znieruchomiałom. Czułom się jak widz, obserwujące się z przerażeniem i obrzucające się przekleństwami. Odłóż tę rurę, idioto! Grożenie zastępcy komisarza generalnego? Co ci strzeliło do łba? Ale moje ciało ani drgnęło.
Chowdhury skinęło głową na pozostałych, nakazując im ruszyć w moją stronę.
- Zabierzcie usługowca do celi.
Foster-Kraye podeszło bliżej.
- Nie ma takiej potrzeby. - Nie potrafiłom określić, czy słodycz w jego głosie jest fałszywa, czy po prostu nieodparta. - Odprowadzę [Anonima] do najbliższej noclegowni.
Spojrzenie Chowdhury'ego było twarde jak kamień.
- Do celi. Natychmiast. Jeśli wtrącicie się jeszcze raz, zamknę was razem z nim, Kuzynie.
- Czarnoprawowcu - poprawiło go Foster-Kraye, prostując się, by czarna szarfa wyłoniła się z fałd szaty niczym dyndające nogi śpiącego kota. Jego postura zmieniła się nagle, wyrażając celowość, której nie mogłom do końca nazwać groźbą. Zapomniałom, że Foster-Kraye podążyło za przykładem Dominica aż tak daleko.
- Połączcie się z Papą - odpowiedziało ze spokojem. - Ono wyjaśni to nieporozumienie.
Stojący z tyłu policjanci wymienili niepewne spojrzenia.
- Odłóżcie rurę, usługowcu - powtórzyło Chowdhury. - Natychmiast.
Zaciskałom dłoń na swej broni tak mocno, że zbielały mi kostki.
- Gdzie jest Papa? - zapytałom.
Niepewne spojrzenia przeszły w bolesne grymasy.
- Nie będę już dłużej prosiło.
Zastępca komisarza generalnego wyciągnęło ogłuszacz. Dwójka policjantów podążyła za jego przykładem, ale czwarte zbliżyło się z uśmiechem i delikatnie wyciągnęło rękę po rurę. Poznałom je. Miało rude włosy i było grubokościste jak kariatyda. Kilka razy robiłom mu kawę i więź zrodzona z dzielenia się chlebem - albo ciastkami - uspokoiła mnie w stopniu wystarczającym, bym mogło rozluźnić palce, gdy zabierało mi rurę. Cofnęłom się z ulgą prosto w otwarte ramiona Foster-Kraye.
- [Anonim] jest w szoku. - Czarnoprawowiec uścisnęło mój bark. - Całą noc spędziło w porcie. Straciło...
- Swojego Króla Żebraków? - Chowdhury zauważyło, że się skrzywiłom. - Wydaje się wam, że Papa nie miało otwartych oczu? Że nie znamy tożsamości pozostałych dowódców prywatnej armii Mycrofta Cannera? - Skinęło głową do swych ludzi. - Zabierzcie obu do cel. Zajmę się nimi, gdy trochę się uspokoi.
Nagle pochwyciły mnie liczne ręce.
- Stójcie! - zawołało Foster-Kraye. - Nie możecie...
- Jesteście Czarnoprawowcem - przypomniało mu Chowdhury. - Mogę was zamknąć w skrzyni i wyrzucić klucz.
Foster-Kraye nie mogło temu zaprzeczyć.
- Nie macie powodu...
- Jesteście szpiegami.
- Nie - wyrwało mi się, nim zdążyłom się zastanowić.
Rzeczywiście nimi byliśmy. Od dawna. Szpiegowałom dla Księcia, Mycrofta, Achillesa, Viviena i Martina, a Foster-Kraye dawniej pracowało dla Julii, a następnie dla Papy, Dominica i również dla Księcia. W mojej głowie buzowały myśli zbyt skomplikowane, by wyrazić je pełnymi zdaniami. Nie byłom w stanie powiedzieć nic więcej. Wyprowadzono nas. Dwie ręce trzymały mnie za ramiona, a trzecia naciskała na moją głowę, zmuszając mnie do pochylenia się i prowadząc do przodu, ku drzwiom wyjściowym, nonsensownemu więzieniu, inercji, marnotrawieniu godzin, marnotrawieniu mnie, bezsensownemu uwięzieniu już pierwszego dnia wojny. Przypominająca sen absurdalność tej sytuacji uniemożliwiła mi opór. Mój oszołomiony mózg upierał się, że jedyne wyjście to się obudzić. Odsiecz?
- Stać. Aresztujcie zastępcę komisarza Chowdhury'ego.
Trzymające mnie ręce rozluźniły się. Imperialna purpura wypełniła drzwi przed nami swym lśniącym autorytetem. A może powinnom raczej powiedzieć "republikańska purpura"? W starożytnym Rzymie jedynie nieliczni, najwyżsi rangą urzędnicy mogli nosić togi tej charakterystycznej ciemnej barwy. Obecnie ów kolor przysługuje tylko jednemu urzędowi. Urzędowi cenzora. Serce zabiło mi szybciej na myśl o Vivienie, ale oczywiście ta spokojna, niska, lekko zdyszana osoba to było Jung Su-Hyeon Ancelet Kosala, odziane w nowy piękny mundur cenzora. Towarzyszyła mu Straż Cenzora. Su-Hyeon uśmiechnęło się i spojrzało mi w oczy. W jego uśmiechu dostrzegłom blask nadziei na bezpieczne schronienie. Pod wpływem ulgi moje oczy znowu wypełniły łzy. A to jeszcze nie był koniec. Razem z Su-Hyeonem pośpieszyły mi na ratunek dwa Filary Ziemi. Trzymały się blisko, na wypadek gdyby młode, niedoświadczone cenzor nie nauczyło się jeszcze wymuszać posłuszeństwa. Po jego lewej stronie stało maleńkie mówca Senatu Jin Im-Jin, wpatrujące się w wysokich policjantów ze sprawiedliwą pogardą godną baprapradziadka, po prawej zaś barczyste, spokojne i brodate jak rozłożysty dąb senator Charlemagne Guildbreaker Senior. Ich milczące spojrzenia pytały rozdziawiających usta zdumionych policjantów, czy odważą się nie wykonać rozkazu.
- Słyszeliście mnie. Aresztujcie zastępcę komisarza Chowdhury'ego.
- Ale...
- Ono pracuje dla Joyce Faust D'Arouet - oznajmiło Su-Hyeon z całkowitym spokojem.
Sześć prostych słów tłumaczyło wszystko: osobliwą wrogość Chowdhury'ego, jego dziwnie szczegółową wiedzę o mnie, Mycrofcie i Myrmidonach, pogardę wobec Carlyle Foster-Kraye i to bezsensowne aresztowanie. Mało brakowało, by pojmali naszą dwójkę dla Madame.
Nagłe westchnienie Chowdhury'ego zadało kłam jego zaprzeczeniom.
- Słucham? Nie... to nie...
Su-Hyeon nie musiało podnosić głosu.
- Tylko w tym roku odwiedziliście paryski burdel prowadzony przez "Madame" siedemdziesiąt sześć razy. Mam wrażenie, że zwykle świadczy wam tam usługi osoba o imieniu Dolmancé?
Moje serce zabiło radośnie na widok oszołomionego spojrzenia Chowdhury'ego. Wyobraziłom sobie, że przebywające daleko stąd Madame ma taką samą minę. Zadałom sobie pytanie, jaki los czekałby mnie w rękach tej despotycznej królowej. Czy Madame spróbowałoby podporządkować Anonima swym rozkazom? A może wykorzystałoby mnie jako zakładnika, by szantażować Anceleta? A Foster-Kraye? Czy "bękarcie dziecko spłodzone w porywach namiętności" nadal byłoby skuteczną bronią przeciwko Danaë? A może to była już zgrana karta i byłe Kuzyn byłoby użyteczne jedynie do prowokowania Dominica bądź jako zabawka dla sługi, które danego dnia najlepiej przysłużyło się swojej pani? Młode cenzor nie musiało nawet kiwać głową, by policjanci wypuścili mnie i zatrzymali zastępcę komisarza generalnego.
- Nie! Nic nie rozumiecie! - wołało Chowdhury. - To nie jest tak, jak wam się zdaje! Te wizyty nie są... Nie macie uprawnień, by to zrobić! Pod nieobecność Papy jestem...
Niemal nie słyszałom jego kłamstw. Było po wszystkim. Było po wszystkim już w chwili, gdy padło sześć pierwszych słów. Mówiąc: "Ono pracuje dla Joyce Faust D'Arouet", Su-Hyeon w praktyce poderżnęło zdradzieckie gardło Chowdhury'ego. Pozostali policjanci odprowadzili protestującego głośno Białoprawowca, mijając liczne biurka w zewnętrznym biurze. Dżungla ekranów i głosów umilkła. Zapadła triumfalna cisza. Tego drugiego dnia wojny przynajmniej jedno zwycięstwo przyszło nam łatwo.
- Hej, wy, trzecie z lewej! - zawołało nagle mówca Jin Im-Jin, przerywając ciszę. - Tak, wy, w żółtej szacie. Co jest napisane na biurku? O'Callaghan. Jesteście O'Callaghan?
- Tak.
Blade, wiercące się nerwowo Kuzyn podniosło się zza jednego z większych biurek.
- Wybierzcie jakąś liczbę między jeden a siedem.
- S... słucham? Hmm... trzy?
Nim skończyło mówić, mówca Jin uderzyło notatnikiem o blat biurka, produkując dźwięk, jakiego nie mogłoby uzyskać, pstrykając palcami chudymi jak u szkieletu. Wielu się poderwało, ale tylko O'Callaghan pisnęło głośno.
- Je również aresztujcie. - Mówca Jin wskazało palcem. - Jest w to zamieszane. Aha, i to w kącie też, to w zielonym. Meksykańskie Humanista. Je także. Naprawdę nie powinniście tak często zerkać na współspiskowców. To całkowity brak subtelności. Cała trójka ma bardzo niskie liczby w czwartym i piątym, to interesujące... 3-7-7... bardzo charakterystyczne...
Wszyscy gapiliśmy się na mówcę, które pogrążyło się w niezrozumiałym brillistycznym monologu. Jedynym wyjątkiem było senator Charlemagne Guildbreaker, zapewne przyzwyczajone do tego po wielu dziesięcioleciach współpracy z Jin Im-Jin.
- Czy tę dwójkę też mamy aresztować, cenzorze? - zapytało ze spokojem Mason.
- Hmm, tak! - opowiedziało Su-Hyeon, wyrywając się z zamyślenia. - Tak, je również aresztujcie. Chwileczkę, najpierw... - Strażnicy i więźniowie zamarli w bezruchu. - Chowdhury, i każde z was, jeśli chcecie otrzymać łaskę, powiedzcie, co zrobiliście z Papadeliasem.
Spojrzenia, które wymienili, wyrażały zdziwienie, nie winę.
- Wiem tyle samo, co inni, przysięgam! Papa wsiadło do autolotu o piątej pięćdziesiąt cztery rano i od tej pory się nie odezwało. Nie wiem nic więcej.
Ta informacja docierała do mnie powoli. To było niemożliwe. Po katastrofie siedziałom z Papą w tym pomieszczeniu. Obejmowaliśmy się, opłakując razem Mycrofta, gdy tsunami już minęło i wszystko wróciło do normy. Cisza po burzy. Byliśmy bezpieczni, nic nam nie groziło. Jak mogło zniknąć? Papa, które rozumiało, które, jak ja... jeżeli jakieś człowiek poza mną kochało Mycrofta... zniknęło?
Su-Hyeon drżało tylko przez chwilę.
- Wyprowadźcie ich. A potem jak najszybciej sprowadźcie tu tylu policjantów, ilu tylko znajdziecie. Dopilnujcie, żeby był co najmniej jeden z każdego biura albo wydziału. Mam przewidywania liczebności frakcji w każdym mieście. Nie chciałom dzielić się nimi, dopóki mieliśmy tu szpiegów. W tych pierwszych godzinach kluczowe znaczenie ma to, żebyśmy skupili się na miastach, w których siły są wyrównane i wybuch przemocy jest najbardziej prawdopodobny, a także na tych, gdzie któraś ze stron ma przygniatającą przewagę i może dojść do natychmiastowych ataków na mniejszości. Mam krótką listę, podzieloną na typy przewidywanych problemów. Chcę, żebyście wszyscy współpracowali z mówcą Jin w sprawie przydziału odpowiednich list. W kwestiach dotyczących samej Romanovy rozmawiajcie z senatorem Guildbreakerem. Jeśli znacie jakichś funkcjonariuszy policji albo innych godnych zaufania urzędników Sojuszu, którzy przebywają w Romanovie, przekażcie dane... komuś... Ktoś zgłasza się na ochotnika? - Uniosła się jedna ręka. - W porządku. Zbierzcie nazwiska, skontaktujcie się ze wszystkimi i zawiadomcie ich, że wkrótce ich wezwiemy. Liczą się nawet sekundy. Do roboty!
Eksplodował hałas, ale bardziej radosny niż przedtem, przepojony poczuciem celu.
Su-Hyeon odwróciło się błyskawicznie.
- Carlyle Foster, sprawiacie wrażenie kogoś, kto mógłby przekonać Konklawe Senseistów do użyczenia nam swojej straży.
Byłe Kuzyn rozpromieniło się wyraźnie.
- Myślę, że sobie z tym poradzę.
- Znakomicie. Czy zgodzicie się współpracować z senatorem Guildbreakerem w wyprowadzeniu tej straży na ulice, by broniła porządku w okolicach Forum? Jeśli ludzie mogą w obecnej chwili uznać kogoś za neutralnego, to z pewnością ich.
- Da się zrobić.
- Dziękuję. - Su-Hyeon zwróciło się w moją stronę i zarzuciło mi na ramiona coś miękkiego, ciepłego i przypominającego kokon. Coś purpurowego. To była jego stara marynarka wicecenzora. Pochyliło się ku mnie. - Będziecie to nosić przez cały czas, jasne? W tym stroju nikt nie ośmieli się was tknąć. Nie chodźcie po ulicach bez tej marynarki, wyglądając jak bezbronne usługowiec. To zbyt ryzykowne. Rozumiecie? Obiecajcie mi.
- Mmhm - wymamrotałom przez łzy.
Moje uczucia odbiły się na jego wyrazistej twarzy niczym w lustrze. Uściskało mnie.
- Bardzo mi przykro.
Ściskało mnie tak mocno, że aż jęknęłom. Su-Hyeon było ze mną. Przeszył mnie dreszcz, od którego poczułom się lepiej. Nikt nigdy nie był ze mną tak blisko, niczyj dotyk nie był tak rzeczywisty i pewny. Ten uścisk był odwzajemniony. Nie byliśmy sami. To było nowe wrażenie, ale nic w tym dziwnego. Nie byliśmy sami, ale po raz pierwszy w życiu musieliśmy się liczyć z taką możliwością. Bardzo liczni ludzie zostali teraz skazani na samotność. Książę. Papa. A nade wszystko Mycroft.
- Wpisałom do rejestru, że do odwołania jesteście na stałe przydzieleni do mojego urzędu. Macie czas potrzebny, by wykonywać swą pracę, i nikt nie będzie zadawał wam pytań ani się wtrącał. Możecie tu na razie zostać, żeby odpocząć. Pomagajcie innym, jeśli chcecie, albo wróćcie do swojej pracy, wkrótce będziecie mogli wrócić ze mną do urzędu, bezpiecznie i bez przeszkód. W porządku?
Poczułom, że wszystko rzeczywiście jest w porządku. Sprawy nie wróciły do normy, nie było dobrze, ani nawet lepiej, ale obecność Su-Hyeona dała mi to niezbędne minimum stabilności, którego rozpaczliwie potrzebowałom. Półkę skalną mogącą uratować kogoś ześlizgującego się z urwiska. To rozproszyło nieco mgłę, na spółkę z poziomem cukru we krwi podniesionym przez czekoladę. Wysłałom wiadomości do Viviena, Bryar, Achillesa i MASONA, zapewniając je, że nic mi nie grozi. Następnie uspokoiłom ludzkość, prosząc wszystkich o umiarkowanie za pośrednictwem Hâte Anonyme. W pierwszej kolejności zwracałom się do miast, w których sytuacja była najgorsza. Następnie napisałom esej "O fanatyzmie" (oparty na Dictionnaire philosophique portatif Voltaire'a), w którym twierdziłom, że okrucieństwa wojny rodzą się nie w jakiejś nieludzkiej militarnej machinie, lecz w ludzkich sercach, gdy pozwalamy, by nasze przekonania przerodziły się w fanatyzm. Wszyscy mogliśmy zginąć w tej wojnie, lecz zagrażała nam również możliwość stania się sprawcami okrucieństw. Tego pierwszego niebezpieczeństwa nie mogliśmy uniknąć, ale poradzenie sobie z drugim z pewnością leżało w naszej mocy. Każde z nas samo decydowało, czy pozwoli, by jego serce zaraził fanatyzm, czy otworzy je przed Rozumem, Rozsądkiem i Człowieczeństwem. Myślę, że ten esej uspokoił nieco sześć miliardów moich czytelników, choćby tylko dlatego, że regularne komunikaty Anonima przypominały im o normalności. Miałom nadzieję, że moje osobiste doświadczenie jako osoby, która sama dopuściła się okrutnego czynu, doda esejowi autentyzmu, mógł to jednak być nadmierny optymizm. Skończyłom pisać, znowu sprawdziłom, co u Księcia. Po raz kolejny ja i wszystkie moje kłopoty staliśmy się jedynie kroplą w morzu jego Nieskończonej, Dobrej Filozofii. Prosiło mnie o zdefiniowanie słowa "gdzie". Dlaczego? Dlatego że próbowało zrozumieć, jak to możliwe, że ta z pozoru prosta myśl-słowo-rzecz mogła służyć do sformułowania zupełnie różnych pytań, takich jak: "Gdzie jest Mój Dominic?" i "Gdzie jest Mój Mycroft?".
Rozdział trzeci
TERAZ JESTEM W MIEJSCU
Napisane 19-22 września roku 2454 Wydarzenia z 8-22 września Romanova
Nigdy przedtem nie byłom w żadnym miejscu. Żadne z nas nie było, nie naprawdę, nie tak, jak obecnie. Zawsze mogliśmy polecieć, dokąd tylko chcieliśmy, i dotrzeć tam po chwili albo za godzinę. A teraz jestem w Romanovie. Jutro i pojutrze również tu będę. Będę chodziło po tych ulicach, nie po żadnych innych, spało na tej kanapie, jadło żywność kupioną w tych sklepach, a gdy zapasy się skończą... Mycroft miało rację, to będzie tak, jakbyśmy rozbili się na Księżycu.
Minęły już dwa tygodnie wojny. Autoloty nie były winne, to natychmiast stało się oczywiste. Mam na myśli to, że potwierdziliśmy, iż ktoś kieruje ich szalonymi lotami po niebie. Dlatego już ich nie przeklinamy, jak czasami zdarza się nam przeklinać korzeń albo porzuconą na ziemi torbę, o które się potkniemy. Skupiają się nad miastami, krążąc nad nimi z wielką prędkością, by zablokować miejską przestrzeń powietrzną. Niezamieszkane obszary i morza są czyste. To nie może być przypadkowa awaria. To jest plan. A wina sięga znacznie głębiej. Rekonstrukcjoniści i majsterkowicze bardzo szybko zbudowali zastępcze machiny: balony, samoloty, sterowce i helikoptery. Tutaj, na Sardynii, mieliśmy mały hydroplan z dwoma grubymi pływakami, który próbował polecieć do Włoch. Strącił go autolot, podobnie jak wszystkie pozostałe. Zderzenie i dobrze już nam znany słup dymu. Utopianie również próbowali. Przenieśli autoloty ze swego niezależnego systemu na trasy położone wyżej bądź niżej, ale maszyny Saneer-Weeksboothów są szybsze od utopiańskich i dogoniły wszystkie. Przysięgam, że przez jeden straszliwy dzień częściej widziałom na utopiańskich płaszczach zakłócenia niż nieistniejące miejsca.
Niebo jest przed nami zamknięte. Nienawiść oskarża OS, Strażników Pasiek, Humanistów, Kuzynów, którzy jako ostatni kontrolowali system, Mitsubishian, którzy pomogli go stworzyć przed wszystkimi tymi laty, Perry'ego-Kraye'a, Joyce Faust, a przede wszystkim skonfigurowanych. Oskarża się też "półskonfigurowanych", pozbawionych sumienia, stworzonych przez Joyce Faust, basz Mardi, Utopię albo Mycrofta, "moralne automaty, jak Eureka Weeksbooth i Sidney Koons". Jaskrawe barwy edukacjonistów zaczęli nosić ludzie, którzy nie są Kuzynami. Doszło do zamieszek w Hajdarabadzie, Durbanie, Shenzhen, Hongkongu (zabito tam Sung Myunga, twórcę rosettańskich skonfigurowanych), a przede wszystkim w Székesfehérvár, gdzie wychowywanie skonfigurowanych jest - było - prawdziwym przemysłem. Przemoc dotarła aż do Budapesztu, gdzie z trudem udało się ją powstrzymać dzięki pełnemu pasji apelowi króla Hiszpanii. Antymitsubishiańskie rozruchy nie wygasły tak szybko. W ich przypadku tłumy są mniej liczne, ale wielu skierowało swą agresję przeciwko właścicielom nieruchomości i ich pechowym sąsiadom we wszystkich miastach, w których mała chińska albo japońska dzielnica była narażona na atak (koreańskie dzielnice na razie oszczędzono). Najgorzej było w Dubaju, gdzie wściekłość tłumów skierowała się przeciwko nielicznej mniejszości Mitsubishian. To dziwne, że czuliśmy się zaskoczeni. Liczby Viviena - czy raczej liczby Kohaku Mardiego - już dawno temu przewidziały, że gdy w rękach Mitsubishian znajdzie się sześćdziesiąt siedem procent powierzchni lądów, cały świat stanie w płomieniach. Jednakże ta przemoc wydawała się nam zupełnie bezsensowna, całkowicie pozbawiona związku z Joyce Faust, Księciem i stronami, które tak usilnie starało się stworzyć. Niemniej Pasieka Mitsubishi korzysta z usług skonfigurowanych, była jednym z beneficjentów OS i stworzyła Urządzenie Cannera, a w dodatku tymczasowi dyrektorzy nadal utrzymują, że postępowali słusznie, uciekając się do takich metod, by bronić interesów członków Pasieki kosztem innych. Podejrzewam, że dla każdego baszu, który od lat cierpiał z powodu wysokich czynszów, okazało się to wystarczającą prowokacją.
Zamieszki i chaos były tak męczące, że poczuliśmy szczerą ulgę, gdy strony wojny zaczęły wyglądać tak, jak przewidywały podręczniki.
MASON ogłosiło stan wojny w posępnej ceremonii odprawionej o świcie na szczycie zigguratu w Aleksandrii. Urząd pater patratus wysłał kopię deklaracji do Charlemagne, które mówi, że po łacinie brzmi ona pięć razy groźniej. Jej sens sprowadza się jednak do "poskromienia i sprowadzenia na właściwą drogę" wszystkich nieprzyjaciół, którzy zagrażają IMPERIUM i jego ciągłości (w tym przypadku słowo "ciągłość" oznacza Księcia, ponieważ nadal nie wolno wspominać o Imperator Destinatus). Przed upływem godziny od zakończenia ceremonii masońskie siły wyszły ze swoich miast, podobnie jak satelity wystrzelone w ściśniętej postaci rozkładają na orbicie skrzydła, kable i automatyczne kończyny. Dżipy pierwsze wyruszyły w drogę, wznoszono fortyfikacje i wieże, z portów wypłynęły łodzie, spychacze i walce budowały drogi dla ciężarówek, motocykli oraz nieuniknionych, jak zapowiadające zły los komety, czołgów. W mieszanych miastach wznoszono umocnienia wokół masońskich dzielnic, tam zaś, gdzie Imperium miało znaczną przewagę liczebną, powstały wokół nich fosy z dróg i betonu. Trypolis, Kair, Ankara, Stambuł, Konstanca, Kraków, Antoniopolis, Kazań, Baku, Samarkanda, Labokla, Caedeculmin, Kalkuta - jeśli połączycie ze sobą te punkty na mapie, odniesiecie wrażenie, że wróciła era państw geograficznych. MASON jest w stanie je połączyć, ponieważ Rezerwat Lewantyński i jego sojusznicy w Azji Wewnętrznej - zawsze zaprzyjaźnieni z Masonami - przyznali Imperium wyłączne prawo przejścia przez ich terytoria.
Mitsubishianie wyruszyli na morze. Tego pierwszego poranka znikąd pojawiły się tysiące okrętów, ukrytych dotąd w magazynach albo zmontowanych błyskawicznie. Nocami oceany są teraz usiane ruchomymi światłami, niezliczonymi jak gwiazdy - od wysp Japonii poprzez Seul, Szanghaj i wybrzeża Wietnamu aż po indonezyjski archipelag. Dubaj i samotne Hawaje również mają swe małe roje mitsubishiańskich świetlików, można też zobaczyć niewielkie skupiska wokół subkontynentu indyjskiego, zwłaszcza przy brzegach w okolicach Madrasu. Wszystkie płyną pod banderami z mitshubishiańskim trójliściem i flagami niektórych grup narodowych (Japonii na razie się nie widzi, a choć większość regionalnych flag Chin spotyka się często, Dongbei rzuca się w oczy swą nieobecnością. To samo dotyczy wielu podgrup Indii), ale obecne są też znaki mitshubishiańskich bloków. Najwyraźniej każdy z nich ma własną flotę. Chorągwie Greenpeace widzi się często - zarówno na okrętach, jak i na dachach - zwłaszcza w okolicach Kuala Lumpur i Bombaju, a także we flocie, która 12 września zbliżyła się do Nowej Zelandii. Wciąż pojawiają się nowe okręty. Na razie niczego nie zaatakowały, unoszą się tylko na wodzie jak stada przerośniętych gęsi i testują swe działa w okolicach Brisbane, Manili i Tajwanu.
Europa jest najlepsza, jeśli chodzi o podstawy wojny, a przynajmniej grupy narodowe są najlepsze, ponieważ ich obecność najwyraźniej przynosi korzyść również Mitsubishi. Mają już mundury, flagi i stopnie wojskowe, znalezione w ich historycznych książkach, ale autentyczne, mają podręczniki, procedury, broszury szkoleniowe, pensje aktualizowane od niepamiętnych czasów oraz plakaty werbunkowe z patriotycznymi sloganami, które nadal chwytają za serce. Nawet ja otrzymałom zaproszenie od Helleńskiej Marynarki Wojennej. Wszystkie grupy w Unii Europejskiej powołały w każdym mieście placówki zajmujące się ich członkami, zapewniające schronienie tym, którzy znaleźli się daleko od domów, werbujące żołnierzy i zapewniające swym rodakom pomoc, której mogą zaufać. Ich niewielkie armie ograniczają się na razie do urządzania parad, rozwieszania plakatów i dodawania ludziom odwagi. Pół rekonstrukcjonizm, pół wojna. Nadaje to obecnym wydarzeniom pozory normalności, ale wyczuwa się też mroczniejsze nuty. Nad niektórymi biurami werbunkowymi - na przykład filipińskim i flamandzkim za Kolumną Carlyle'a - powiewają tylko ich własne flagi - albo ich własne i UE - ale inne, jak nasze, greckie przy Circus Max, wywiesiły już V z V Reformistów, choć nie jest to jeszcze legalne. W sobotę w życie wejdą poprawki do europejskiej konstytucji. Król Hiszpanii Isabel Carlos II zostanie koronowane na cesarza Europy, Isabel Carlosa I. Gdy po południu tego dnia cesarz poślubi Joyce Faust D'Arouet, Jehovah Epicurus Mason nagle stanie się następcą europejskiego tronu. Jednakże cesarstwo powołane przez króla Hiszpanii, z prowizorycznym parlamentem, jest monarchią konstytucyjną, posiadającą mechanizmy kontroli i równowagi, daleką od absolutnego poddania się, którego żąda Książę. Duch Europy jest ochoczy, związki, które łączyły grupy narodowe z krwiożerczym Perrym, wstrząsnęły nimi tak bardzo, że są gotowe dać dobremu, kochającemu życie Księciu wolną rękę pod hasłem "Nowa konstytucja". Jednakże król Hiszpanii nie złamie prawa. Dlatego wiele instytucji Unii Europejskiej nadal debatuje nad tym, czy mają uprawnienia przyznać komukolwiek nieograniczoną władzę, nawet jeśli lud się tego domaga. Dopóki nie podejmą decyzji, europejskie placówki nie mogą wywieszać V z V. Ale niektóre i tak to robią.
Kuzyni nie prowadzą wojny. Pracują dla pokoju. Ich jadłodajnie i centra pomocy uchodźcom są pełne ruchu. Rzadko widzi się na ulicy Kuzyna, który nie nosiłby znaku Czerwonego Kryształu, często z czapką pielęgniarską i fartuchem do kompletu. Założyli noclegownie, gdzie mogą się zatrzymać ci, którzy znaleźli się daleko od domu, i organizują pomoc humanitarną w ramach Czerwonego Kryształu. Kuzyni i Czerwony Kryształ uchodzą wręcz za synonimy, więc ochotnicy z innych Pasiek noszą teraz czerwone wersje swych godeł obok czerwonych kryształów, by oznajmić: "Nie jestem Kuzynem!". Jest w tym ironia, ponieważ (sprawdzałom to) sam symbol czerwonego kryształu - czerwony romb z mniejszym, białym w środku - przyjął się jako atrybut neutralności pod koniec dwudziestego pierwszego wieku, gdy pierwsze zapowiedzi wojny Kościołów sprawiły, że dawne emblematy czerwonego krzyża i czerwonego półksiężyca stały się źródłem konfliktów.
Bryar opuściło Delhi i dotarło do Bombaju, gdzie otaczają je Kuzyni i członkowie Greenpeace Mitsubishi, wszyscy sprzeciwiający się zniszczeniu Ziemi. Bryar już podjęło próby skłonienia przywódców do negocjacji, codziennie zgłasza nowe inicjatywy, zalewa publiczne kanały uspokajającymi oświadczeniami dotyczącymi logistyki - jak znaleźć centra pomocy uchodźcom, jakie gadżety i sprzęty gospodarstwa domowego można przekazać na potrzeby pomocy (kto by pomyślał, że stary manometr próżniowy może mieć tak wiele zastosowań w medycynie!), a przede wszystkim propaguje swój Program Wymiany Broni. Kuzyni stworzyli ośrodki, w których można wymienić śmiercionośną broń - nową albo używaną, nowoczesną bądź archaiczną - i otrzymać w zamian nowiuteńki "pistolet osłabiający" - stworzony przez ich Pasiekę dalekozasięgowy ogłuszacz, zatwierdzony jako bezpieczny dla zdrowia. To jest ich wielki plan mający spowodować, że walki okażą się bezkrwawe, armie będą brały nieprzyjaciół do niewoli, zamiast ich zabijać, i zmienią światową wojnę domową w światową domową zabawę w berka. Życzę im szczęścia. Mieli zamiar rozdać setki tysięcy pistoletów osłabiających walczącym armiom, ale transport przestał działać i tysiące skrzyń wypełnionych tą bronią leżą bezużyteczne w fabrykach albo płyną na statkach.
Mogę was z radością poinformować, że z Casablanki dociera do nas znacznie więcej informacji o Helo?se niż o Lorelei Cook. Helo?se nie kieruje Czerwonym Kryształem, ale jest jego ludzką twarzą, nieustannie produkuje filmiki instruktażowe uczące rozpoznawania odwodnienia albo wiązania bandaży. Są też jednak inne, nieoficjalne materiały produkowane przez edukacjonistów, uczące ludzi, jak "humanitarnie" uporać się ze skonfigurowanym (jak najskuteczniej schwytać takie "stworzenie" i trzymać je w bezpiecznym zamknięciu, jakie zagrożenie stwarzają konkretne "gatunki", brr). Obok znanych rodzajów, jak kartezjańscy czy stratfordzcy skonfigurowani, pojawiły się nowe kategorie. Skonfigurowani D'Arouet i nacechowani płciowo to najwyraźniej synonimy, są też skonfigurowani z Alba Longa (to znaczy Mycroft, Tullius i reszta baszu Mardi). Skonfigurowani z OS, skonfigurowani And? (Toshi, Masami itd.) i, co najbardziej przerażające, utopiańscy.
Pierwszym ruchem, jaki wykonała Utopia podczas tej wojny, było danie całemu światu rowerów. Nasze drukarki i tak by je wyprodukowały, by wspomóc systemy komunikacji miejskiej, nieprzystosowane do świata pozbawionego autolotów, ale oni opublikowali (za darmo) plany modelu wymagającego pięć razy mniej surowców niż najlżejszy znany do tej pory. Dzięki temu Ziemia zaoszczędziła około pięciu miliardów kilogramów materiału do drukarek, który będzie można wykorzystać do produkcji bandaży bądź ubrań. Albo do bardziej przygnębiających celów. Nie potrafię ocenić, czy ten dar złagodził wrogość sprawiającą, że wielu pochwala atak na Atlantydę, ale przynajmniej jak dotąd Shuilian, Liliput i Paititi uniknęły ataków. W mieszanych miastach Utopianie trzymają się swoich dzielnic, a ich bram strzegą najbardziej przerażające u-bestie. Czasami jednak niewielkie oddziały maszerują głównymi ulicami. Towarzyszą im potwory, a delijskie słońca lśnią oślepiającym blaskiem. Krążą pogłoski o tłumach próbujących się zbliżyć do utopiańskich dzielnic, ale odstraszają je smoki, dinozaury i roboty o stalowych sercach.
Gordianie siedzą cicho, ale są pomocni. Basz mózgowców i Instytut Brilla potępiły OS i wszystkie "zbrodnicze" próby zamachów na "Donatiena D'Arouet". Potwierdzili też, że ich Pasieka nie akceptuje kary śmierci, tortur ani przemocy, śmiercionośnej broni oraz celowych zabójstw we wszystkich sytuacjach, w tym również podczas wojny. Tylko nieliczni Brilliści przyłączają się do zamieszek, a tych, którzy to robią, natychmiast aresztuje pasiekowa policja, jeśli tylko znajdują się w zasięgu jazdy rowerem od jej najbliższego posterunku. Tymczasem do biura Su-Hyeona wciąż napływają pomocne informacje z tego czy tamtego miasta, w którym jakiś Brillista wyczytał z twarzy ludzi na ulicach, że wkrótce dojdzie tam do wybuchu przemocy. Według naszych ocen pomogło to ograniczyć liczbę ofiar na całym świecie w równym stopniu, jak całe siły Romanovy.
Jedyna militarna akcja, jaką podjęli (jeśli można to tak nazwać), polegała na tym, że w niektórych brillistycznych dzielnicach ustawiono przy wejściu biurka i siedzący za nimi urzędnicy uprzejmie zaczepiali wybranych przechodniów, prosząc ich o oddanie ukrytej broni na przechowanie (zawsze zgadywali trafnie). Cieszyłom się tą chwilą spokoju, ale zgadzałom się z Su-Hyeonem, że nie będą mogli bez końca trzymać się pacyfizmu Brilla.
Chwila największego napięcia nastała, gdy Vivien - prezydent Ancelet - weszło na mównicę, by odczytać (mówiło po hiszpańsku dość kiepsko, z silnym akcentem) odpowiedź Humanistów na groźbę wojny, wygłoszoną przez MASONA.
- Tylko w ciągu ostatniej doby zginęło wskutek przemocy więcej ludzi, niż zabiło ich OS przez całą swą historię. Pasieka Humanistów nadal jest zdecydowana znaleźć alternatywę dla systemu OS, ale po ostatnim orzeczeniu sądu w sprawie terra ignota nie możemy potępić Lesley i Ockhama Saneerów, byłego prezydenta Ganymede'a de la Trémo?lle ani innych urzędników naszej Pasieki, którzy uratowali miliony ludzkich istnień za pomocą środków, których nie zabraniały prawa Humanistów ani Sojuszu. MASON zagroziło, że podporządkuje sobie siłą wszystkie pozostałe Pasieki i inne ludzkie instytucje, w tym również Sojusz, które nie potępią i nie skażą na wygnanie Ojiro Snipera oraz jego zwolenników. Pasieka Humanistów nie popiera zamachu na Epicuro Masona, ale noszenie tarczy strzelniczej i szanowanie wszystkiego, co reprezentuje Ojiro Sniper jest korzystaniem z prawa do wolności sumienia i opinii, które są niezbędne dla poszanowania godności człowieka. W związku z tym rekomenduję, by dzisiaj, ósmego września roku dwa tysiące czterysta pięćdziesiątego czwartego, Pasieka Humanistów uznała, że jest w stanie wojny z Masonami oraz innymi Pasiekami i ludzkimi instytucjami, które powołują się na hasła sprawiedliwości i reformy, by ukryć systemową, interesowną przemoc, zagrażającą naszemu życiu, naszym prawom, Pasiece i godności człowieka, a także Uniwersalnemu Wolnemu Sojuszowi, który umożliwił nadejście tej najlepszej i najśmielszej epoki w dziejach. W związku z tym wzywam wszystkich członków naszej Pasieki, by zagłosowali nad pytaniem, czy mamy odrzucić moją rekomendację i stawić czoło temu kryzysowi wyłącznie pokojowymi środkami, czy uznać stan wojny i upoważnić mnie jako prezydenta do użycia wszystkich sił i środków Pasieki Humanistów w defensywnych i ofensywnych działaniach wojennych.
Siedemdziesiąt dwa procent zagłosowało za wojną. To oznacza, że dwadzieścia osiem procent było przeciw. Wskazuje to na prawdziwą rewolucję, którą przypadkowo ukryłom, pisząc o kolejnych Pasiekach: Drugie Wielkie Zerwanie Więzów. W ostatnich dwóch tygodniach ponad pół miliarda ludzi wystąpiło ze swoich Pasiek, jeden członek na dwudziestu. Te liczby skoczyły gwałtownie w górę zaraz po wypowiedzeniu wojny przez MASONA i Viviena. Mnóstwo ludzi zostało Szaroprawowcami, ale wielu z tych, którzy noszą tarcze strzelnicze, porzuciło swoje Pasieki, by przyłączyć się do Humanistów, natomiast ci, którzy najgłośniej domagali się krwi Snipera, przechodzą do MASONA albo do Europejczyków, wierząc, że słodkie król Hiszpanii zaprowadzi sprawiedliwość bez potrzeby uciekania się do zemsty. Zwiększył się też napływ do grup narodowych. Basze i indywidualne osoby, którym do tej pory było wszystko jedno, czy są Grekami, Austriakami czy Gruzinami, nagle zapragnęły mieć rodaków. Głowę uniósł też prawdziwy, staromodny rasizm, a przynajmniej strach przed nim. Wiele milionów ludzi przyłączyło się do Kuzynów i do Czerwonego Kryształu. Uznałobym to za altruizm, gdyby nie fakt, że wielu z nich to ludzie o widocznie wschodnioazjatyckim pochodzeniu uwięzieni w masońskich i europejskich stolicach albo nie-Mitsubishianie o ewidentnie innym pochodzeniu, którzy znaleźli się w miastach zdominowanych przez Pasiekę Mitsubishi albo po prostu na dalekim wschodzie. Kuzynowska szata i opaska Czerwonego Kryształu na ramieniu są tarczą i zbroją dla tych, którzy liczą twarze wokół siebie, różniące się od ich twarzy, i boją się, że chrapanie tej śpiącej od dawna bestii, większości, staje się coraz płytsze. Błagam, błagam, niech się okaże, że te obawy nie mają podstaw.
Wszystko to jednak dzieje się daleko ode mnie. Oglądam to przez swoje soczewki jak film fabularny albo zawody sportowe. Po upadku Cielo de Pájaros wszystko podzieliło się na bezpośrednie otoczenie - ten pokój, to miasto - i resztę świata. Wiem, że to, co dzieje się poza Romanovą, nadal jest realne. Docierają do mnie obrazy, głosy i liczby. Nadal wpływam na ludzi swymi słowami wzywającymi do zachowania spokoju, ale ich rzeczywistość jest dla mnie niedostępna, jak świat przedstawiony w jakiejś grze albo na utopiańskim płaszczu. Natomiast to, co widzę na ulicach, wydaje mi się dziesięć razy bardziej rzeczywiste niż przedtem. Różnica między oknem a ekranem nagle stała się ważna.
Pierwsze ten podział podważyło Carlyle Foster-Kraye, pytaniem tak skomplikowanym, że patrol uliczny odprowadził je w górę hierarchii dowodzenia, najpierw do wartowników pod naszymi drzwiami, później do najbliższych urzędników, a wreszcie, pomieszczenie za pomieszczeniem, do pogrążonej w chaosie sali głównej, gdzie resztka najlepszych ludzi Papy, Su-Hyeon, ja, Straż Cenzora i pozostali w mieście senatorzy staraliśmy się jakoś kierować Romanovą. Wszyscy unieśli wzrok, gdy Carlyle weszło do środka. Ci, którzy czytali historię Mycrofta, wiedzą stanowczo zbyt wiele o tej niezwykłej, słodkiej i złamanej osobie - szpiegu, utajnionym genotypie, bękarcie diuka i deistycznym senseiście. Dlatego przyciąga spojrzenia wszystkich.
- Wytłumaczcie raz jeszcze, o co wam chodzi, Kuzynie Foster - zachęciło strażnik.
Wyrozumiałe Carlyle Foster-Kraye dotknęło szarfy Czarnoprawowca, którą miało na biodrach, ale nie poprawiło strażnika.
- Pilnie potrzebuję materiałów budowlanych i robotników, by odbudować wejście do centrum dla gości w Konklawe dla senseistów. Sześć budynków w innych dzielnicach również może posłużyć jako centra aktywności. Potrzebujemy wartowników w mundurach Sojuszu, by nadali sprawie oficjalny charakter, budżetu, powiedzmy pięć milionów na miesiąc, dostępu do oficjalnego globalnego systemu pilnych komunikatów, by ludzie poważnie traktowali moje oświadczenia, a także mnóstwa ochotników. Najlepiej by było, gdyby znaleźli się wśród nich niektórzy z was. Aha, i jeszcze tyle jabłek i miodu, ile tylko zdołamy zgromadzić.
Senator Charlemagne Guildbreaker wstało zza pobliskiego biurka z uśmiechem na ustach.
- Niezła lista. I wszystko to dla Konklawe?
Carlyle skinęło głową.
- W czwartek zaczyna się Rosz ha-Szana.
Su-Hyeon wciągnęło nagle powietrze, ale ja potrzebowałom trochę czasu, by przerzucić w pamięci listę świąt wszystkich wiar, której uczymy się w szkole. Ich nazwy mieszały się w mojej pamięci jak ubrania w starej, przepełnionej szafie. Rosz ha-Szana, żydowskie święto... pierwsze z serii świąt następujących po sobie w krótkim czasie...
- Nikt nie może polecieć do rezerwatu - dodało Carlyle.
Teraz ja również westchnęłom i zauważyłom satysfakcję na twarzy senseisty.
- Zrozumieliście to - potwierdziło Carlyle. - Bez autolotów nikt nie może polecieć na święta do rezerwatu i każda osoba, która odprawia obrzędy religijne, będzie musiała zaryzykować, że ujawni się przed innymi, a także złamać Pierwsze Prawo, jeśli ceremonia wymaga zgromadzenia większej liczby ludzi. Musimy zachować wielką ostrożność, by tego uniknąć. Nie chodzi mi tylko o wyznawców religii żydowskiej, lecz również innych wiar. Wszyscy oni panicznie boją się zdemaskowania w chwili, gdy nadejdą ich święta. Dlatego potrzebujemy miejsc, w których będzie można odprawiać obrzędy, nie ujawniając tożsamości uczestników. Chcę, żeby między holem a pokojami ceremonialnymi umieszczono zapewniającą prywatność salę bez okien. Będzie miała tylko jedno wejście, ale cztery różne wyjścia prowadzące do różnych pomieszczeń. Będziemy zachęcać do wizyt mnóstwo ludzi, wyznawców i ochotników, nikt więc nie będzie miał pewności, że ktoś wyznaje jakąś wiarę tylko dlatego, że przyszedł do ośrodka w dzień święta danej religii. Wszyscy goście będą pojedynczo wchodzili do przedpokoju. Na drzwiach umieści się napis, że odbywa się tam ceremonia, więc wyznawcy danej religii - w przypadku Rosz ha-Szana Żydzi - będą mogli wejść do środka i wziąć w niej udział, pozostali zaś wybiorą któreś z trojga innych drzwi, za którymi neutralni wyznaniowo senseiści będą prowadzili grupowe dyskusje, trwające tyle samo czasu. Nikt nie będzie wiedział, kto wszedł do której sali, bo nawet jeśli zobaczy kogoś w holu i nie spotka go później na dyskusji, szansa, że wszedł do jednej z pozostałych sal bezwyznaniowych, nie do obrzędowej, będzie wynosiła dwie trzecie. Uczestnicy ceremonii zobaczą się nawzajem, ale nie ma idealnego rozwiązania. Miejmy nadzieję, że to rozwiązanie będzie najmniej niedogodne dla wszystkich.
Zapadła cisza. Wszyscy zastanawialiśmy się nad tą propozycją.
- Czy nie moglibyśmy zaprosić ochotników na ceremonię? - zasugerowało Im-Jin. - Znam masę ludzi, którzy chodzą na wieczory sederowe, gdy organizują je centra senseistów.
- Rosz ha-Szana wymaga grupowej modlitwy na głos, po hebrajsku. Nawet jeśli rozda się słowniki wymowy, łatwo będzie poznać, kto już wypowiadał te słowa, a kto nie. Z czasem ochotnicy mogliby się nauczyć poszczególnych ceremonii, ale tego nie sposób zrobić szybko. Nie da się też uniknąć błędów. Poza tym ten system musi uwzględniać ceremonie, w których nie mogą uczestniczyć ludzie niebędący wyznawcami, nie tylko te dostępne dla wszystkich.
Im-Jin kiwało głową, słuchając tych słów.
- W porządku. Czworo drzwi i mnóstwo ochotników. To chyba da się zrobić.
- Świetnie! Chcę, żeby pracę rozpoczęto natychmiast. Konklawe powinno się stać przewodnikiem dla centrów w innych dzielnicach tego miasta i we wszystkich innych miastach. Dlatego niezbędny jest wysoki budżet. Transport przestał funkcjonować i wielkie miasta będą potrzebowały ośrodków położonych na peryferiach, żeby wszyscy mogli do nich dotrzeć.
- A jabłka i miód będą potrzebne do ceremonii?
- Chodzi przede wszystkim o to, by dać sygnał, że postaramy się zdobyć wszystko, co konieczne. Pierwszym poważnym wyzwaniem będą etrogi i lulaw na święto Sukkot. Konklawe już je zasadziło, ale nie wszyscy to zrobią. Niemniej większość drzew kuchennych ma jedno i drugie, jeśli zainstalowano w nich standardowy pakiet wielowyznaniowy. Mimo że jest za mało czasu, by uzyskać dojrzałe owoce przed nadejściem Sukkot, zapytaliśmy kilku rabinów i odpowiedzieli nam, że czasu wystarczy, by na drzewie wyrósł kwiat, który stanie się etrogiem, więc jeśli zostanie zapylony, można go będzie wykorzystać, pod warunkiem, że wypukłość u podstawy kwiatu, która zmieni się w owoc, stanie się widoczna gołym okiem. Na szczęście dobrze odżywione drzewo kuchenne zdąży wyprodukować coś takiego. To samo dotyczy trzech pozostałych roślin, bo liście tworzą się szybko. Jeśli rozwiążemy problem Sukkot, ludzie trochę się uspokoją. Byłoby bardzo dobrze, gdyby niektórzy z was osobiście pojawili się na pierwszych ceremoniach w Konklawe, żeby wyrazić poparcie dla programu, a także po to, by służyć jako przykrywka, na wypadek gdyby któreś z was praktykowało obrzędową religię. To bardzo ważne, by żadna z osób sprawujących obecnie władzę w Romanovie nie została zdemaskowana. To spowodowałoby panikę, bo ludzie baliby się, że jedna z religii zdobywa przewagę i... Czy macie zamiar zarządzić racjonowanie? Proszę, zróbcie to. Zakładam, że będziemy tego potrzebowali, bo nikt już nie jest w stanie transportować żywności. Gdybyśmy mogli ogłosić, że ceremonialne posiłki w Konklawe są wyłączone spod racjonowania, to byłby świetny pretekst pozwalający ludziom uczestniczyć w nich i udawać, że robią to tylko dla jedzenia. Nikt nie będzie nikogo podejrzewał!
Ten długi monolog wylał się z ust Carlyle jednym ciągiem, pełen pasji, lecz dobrze przygotowany, jakby nie zmrużyło oka przez całą noc, zastanawiając się nad nim.
- Naprawdę musimy to zrobić, jak trzeba, od samego początku. Jest już po równonocy i za późno na Mahalaya, ale jeśli poradzimy sobie naprawdę dobrze z żydowskimi świętami i z Nawaratri, wyznawcy wszystkich obrzędowych religii staną się spokojniejsi. Jeśli jednak schrzanimy sprawę i wszyscy to zobaczą, jeśli jacyś ludzie zostaną zdemaskowani, wyznawcy będą się bali tym bardziej, im bliżej będzie do ich wielkich świąt. To stanie się potężną beczką prochu, podłożoną pod już trwający konflikt. Sytuacja będzie się pogarszała w miarę zbliżania się grudnia i wszystkich świąt związanych z przesileniem zimowym, z Bożym Narodzeniem na czele. Ramadan też ma się zacząć dwudziestego pierwszego grudnia.
Zabrakło mi tchu w piersiach. Boże Narodzenie i Ramadan? Dwa bliźniacze śpiące smoki, których starcia tak często zalewały Ziemię strumieniami krwi. Czy kaprysy muzułmańskiego księżycowego kalendarza rzeczywiście umieściły w tym roku Ramadan tak blisko Bożego Narodzenia? Dzięki autolotom bardzo łatwo było ukryć trwający miesiąc post. Restauracje zmieniały godziny, urządzały "noce zabaw" i wszyscy skakali wokół świata, by nigdy nie jeść za dnia, po prostu dla zabawy. Czy teraz czeka ich zdemaskowanie? Wszystkich chrześcijan i muzułmanów na świecie w ciągu tych samych pięciu dni? Strach opinii publicznej przed tym wydarzeniem wystarczy, by roztrzaskać i ekran, i okno. Zauważyłom, że wszyscy wytrzeszczają oczy. Nie gapili się jednak na Carlyle, lecz na Charlemagne Guildbreakera. Powodem był nie tylko jego bliskowschodni wygląd, tak pospolity w Imperium. Chodziło również o geografię. Wielkie masońskie stolice otworzyły swe wojenne szlaki, łącząc w całość geograficzny twór tak, jakby jakaś nieumarła bestia mogła na nowo zszyć swe ciało z fragmentów kości i ożyć. Trypolis, Kair, Ankara, Stambuł, Baku, Samarkanda. Połączenie ze sobą tych kropek wyodrębniło na mapie bardzo charakterystyczny kształt. Wydrążone Imperium MASONA z Rezerwatem Lewantyńskim i sojusznikami z Azji Wewnętrznej w jego środku. Wszyscy przyjęliśmy założenie, że krwiożercze chrześcijaństwo ukrywa się rozproszone, być może najsilniejsze wśród Humanistów, Europejczyków i Kuzynów, ale podzielone, osłabione, niegroźne. Jeśli jednak, jak przypuszcza tak wielu, jego rodzone, islam, skryło się przede wszystkim wśród Masonów, to jest absolutnie najgorsza chwila, by zerwać tę maskę. Ramadan bez autolotów i Boże Narodzenie dokładnie w tej samej chwili ujawnią wyznawców obu religii jednocześnie. Wyobraźcie sobie, że spoglądacie na te szeregi biurek i wiecie! Zdaję sobie sprawę, że toksyczne frakcje obu religii zginęły w wojnie Kościołów i przetrwały tylko pokojowe odłamy, których wyznawcy nie byli niczemu winni i ucierpieli tak samo jak wszyscy, gdy ekstremiści zatruli bardziej gorliwe skrzydła, ale... Oplotłom się ramionami. Czy Charlemagne Guildbreaker...? Nie, bałom się tego, że coś zdemaskuje słodkie, stare Charlemagne. Chodziło mi o Imperium. Wiem, że Cornel MASON nie jest muzułmaninem! Wiedziałom, że nim nie jest. Pomogło Achillesowi złożyć byka w ofierze greckim bogom, ale... wielu innych o tym nie słyszało. MASON często pości podczas różnych świąt, większość ważnych przywódców tak robi, na wypadek gdyby któreś z nich było... Powszechnie jednak wiadomo, że wśród Masonów jest wielu... dlatego ludzie mogą się bać... wszyscy na Ziemi wiedzą też, jaką wiarę niezbyt potajemnie wyznaje Isabel Carlos, które wkrótce zostanie cesarzem, i choć jest to łagodna odmiana chrześcijaństwa, krowianka zapewniająca ochronę przed śmiercionośną formą, wszystko to nadal wydaje się zbyt znajome - cesarstwo Europy i cesarstwo MASONA, to nie może się zmienić w wojnę między dwiema wiarami. Czy to możliwe? Nawet sam strach przed tym może doprowadzić do miliona zrodzonych z paniki czynów, które razem złożą się na niepowstrzymaną lawinę.
Jeśli pożyję ponad sto lat, to czy nauczę się spoglądać z uśmiechem na krwawe cykle historii, jak Charlemagne Guildbreaker i mówca Jin Im-Jin?
- To bardzo słuszna koncepcja, Bezpasiekowy Foster - zakończyło Charlemagne, tak ciepło i spokojnie, jakby Carlyle poprosiło je o otwarcie nowego placu zabaw. - W pełni popieram propozycję ofiarowania Konklawe wszelkich zasobów, jakich będzie potrzebowało, by rozwiązać te problemy, tutaj i na całym świecie. Udzielimy wam wsparcia na wszystkie możliwe sposoby. Chętnie wezmę udział w waszym Rosz ha-Szana.
- Powinniśmy urządzić ceremonie również tutaj! - dodało pośpiesznie Su-Hyeon. - Wszyscy w tym biurze pracują niemal bez chwili wolnego i trudno im będzie wyjść, żeby wziąć udział w uroczystościach, ale gdybyście umieścili tu jedno ze swoich centrów, moglibyśmy wziąć na swoje barki niektóre z łatwiejszych świąt. Nie tych, które mogłyby zdemaskować wyznawców, lecz dostępnych dla wszystkich. To pozwoliłoby nam zapewnić opinię publiczną, że wszystkie osoby kierujące obecnie Sojuszem mogą wyznawać dowolną wiarę bądź połączenie różnych wiar. To byłby dobry przykład dla każdego.
- Znakomicie - odparło byłe Kuzyn Carlyle z radosnym uśmiechem. - Przejdźmy do logistyki!
Panika przygasła we mnie, gdy obserwowałom, jak ta trójka współpracuje z Carlyle. Dwójka posiwiałych senatorów stała u boków młodego cenzora. Byli gotowi na to wyzwanie, jak i na każde inne. Gotowi uzdrowić i okno, i ekran. W tych pierwszych, pełnych problemów dniach narodził się nasz triumwirat - Su-Hyeon, Jin Im-Jin i Charlemagne Guildbreaker. To oni rządzą Romanovą i Uniwersalnym Wolnym Sojuszem, ponieważ pozostali przebywający na miejscu senatorzy są z reguły zbyt skłóceni, by chcieli ze sobą rozmawiać, nawet zdalnie. Jako cenzor Su-Hyeon ma podczas kryzysu uprawnienia dyktatora, ale w całej historii Sojuszu nigdy z nich nie skorzystano, nie sądzę więc, by ludzie naprawdę w nie uwierzyli, gdyby podczas wszystkich wystąpień nie towarzyszyła mu dwójka wielkich senatorów, z aprobatą malującą się na postarzałych twarzach. Jin Im-Jin i Charlemagne Guildbreaker należą do pokolenia pradziadków. Przypuszczam, że właśnie dlatego powierzyliśmy im tę rolę. Co prawda nie wiedzą o wojnie więcej od nas, ale przynajmniej wychowali się w świecie przed nadejściem pokolenia, które oczarowała i zepsuła Joyce Faust, znali ów świat, a nawet nim władali. Pamiętali, jak działały Pasieki w czasach, gdy nie było jeszcze burdelu opartego na stereotypowych rolach płciowych ani tajnego sprzysiężenia rządzących, kiedy król Hiszpanii cieszyło się szczęśliwym życiem rodzinnym, Humaniści po każdych wyborach przechodzili od rządów kongresu do decemwiratu i z powrotem, a żadne ukryte w cieniu władca marionetek nie rezerwowało wszystkich najwyższych urzędów na Ziemi dla ludzi uzależnionych od ról płciowych. Wiedzieli, jak nasz świat poradził sobie z poprzednimi kryzysami. Potentaci kształtowani przez Joyce Faust od pięćdziesięciu lat (sprawdziłom to w dokumentach, opuściło szkołę senseistów i otworzyło pierwszy burdel w roku 2404) sprowadzili na Ziemię potop wojny, a pozostałe pokolenia - starsze i młodsze - są skałą, na której wspiera się porządek świata: najstarsi senatorzy, młode Su-Hyeon i ja.
- Dlatego że jestem Anonimem - odpowiedziałom na pytające spojrzenie Jin Im-Jin, gdy po odejściu Carlyle Su-Hyeon zaprowadziło naszą czwórkę na prywatne spotkanie. Dwójka najstarszych senatorów, nowe cenzor-dyktator i... jakieś przypadkowe usługowiec.
- Ach, dziękuję. - Jin poruszyło nerwowo palcami, zapewne zapamiętując brillistyczne liczby, które wyczytało z mojej twarzy i postury. - Byłoby krępujące dla nas wszystkich, gdybym to odgadło.
- Nowe Anonim! - zawołało Charlemagne Guildbreaker. - To dla mnie zaszczyt! Cieszę się, że mam szansę was poznać i współpracować z wami! Wasz esej "o fanatyzmie" był prawdziwym arcydziełem! - Mason, które rozwiązało sprawę Geislera i zdemaskowało lejek sprzedażowy Siedmiu Poranków stworzony przez Rongcorp, którego propozycje dały początek unii Mitsubishi z Greenpeace, i które złamało pieczęć Sanctum, by odczytać na głos nazwisko Cornelius Semaphoros, gdy ognie na wieży ogłosiły śmierć Aeneasa MASONA, to Mason ściskało teraz z błyskiem w oczach moją dłoń w obu własnych. - Wielki zaszczyt!
Swędzenie poinformowało mnie, że po moich policzkach spływają łzy, ale słowa nie chciały nadejść.
Uratowało mnie Su-Hyeon.
- Wezwałom tu [Anonima], ponieważ sądzę, że nasza czwórka może w obecnej sytuacji zrobić bardzo wiele dla tego miasta i dla całego świata, jeśli wspólnie będziemy układać plany i staniemy się głosem Sojuszu. Obecnie mam wielkie uprawnienia, trochę infrastruktury i średnio po kilkunastu urzędników w każdym mieście na Ziemi. Nie sądzę, bym samo mogło z tym zdziałać zbyt wiele. Brak mi należytego doświadczenia i wyszkolenia, nie mam też zaufania ludzi, którzy ledwie o mnie słyszeli. Jeśli jednak mi pomożecie, sądzę, że wspólnie mamy szansę stworzyć coś potężnego.
Charlemagne Guildbreaker podrapało się po białej brodzie, czyniącej z jego twarzy ponadczasowy obraz jowialnej starości, do tego stopnia, że nie można określić, czy było dziewięćdziesiątce, czy po stodwudziestce.
- Ale co? Neutralną potęgę? Czy wolelibyście opowiedzieć się po którejś ze stron?
- Nieważne - odpowiedziało natychmiast Su-Hyeon. - Cokolwiek zasugerujecie. Chcę ratować ludzkie życie. Jestem skłonne kierować się waszą radą, gdy chodzi o wybór stron albo pozycji. Kocham Sojusz i podoba mi się myśl o zachowaniu go jako neutralnej siły, ale jeśli wasza dwójka powie mi, że lepiej dla ludzkości będzie, jeśli poprzemy Masonów, Strażników Pasiek, Reformistów albo Czarnoprawowców Natekari, wszystko jedno kogo, jestem gotowe rozważyć to, co sugeruje wam doświadczenie.
Starzy senatorzy wymienili przeciągłe, aprobujące spojrzenia.
- Wiecie, że we wszystkich kwestiach popieram swego cesarza.
Guildbreaker uniosło rękę. Na ramieniu miało szarą opaskę familiarisa. Nosiło ją od dnia, gdy zdało egzamin dorosłej kompetencji.
- To prawda - zgodziło się Su-Hyeon. - Ale wiem również, że w Senacie z reguły zachowujecie neutralność, ponieważ uważacie, że wspieranie Sojuszu jest korzystne również dla Masonów. Czy nadal jesteście tego zdania, mimo że trwa wojna?
- W większej części tak - przyznało Guildbreaker. - Sojusz i neutralne populacje Bezpasiekowych są bardzo cenne dla Imperium. Jestem przekonane, że w chwili obecnej najbardziej przydam się cezarowi, pomagając wam w utrzymaniu sojuszu.
- Chcecie, żebym poparło Masonów? I potępiło Snipera?
Guildbreaker umilkło na chwilę. W wyrazie jego wydętych ust dostrzegłom lekkie podobieństwo do Martina.
- Nie na krótką metę. Gdybyście w tej chwili opowiedzieli się po którejś ze stron, ludzie pomyśleliby, że Romanova stała się marionetką. Ci nieliczni przedstawiciele, których macie we wszystkich miastach, opuściliby was, by przejść do swych Pasiek i grup narodowych.
- Zatem uważacie, że powinniśmy zachować neutralność? - zapytało Su-Hyeon z radością w głosie. - Czy będziecie konsekwentnie popierać mnie w tej sprawie, nawet jeśli pewne moje posunięcia będę sprzeczne z interesami Masonów?
- Tak, chyba że cesarz wyda mi inne rozkazy. A jeśli poprosimy MASONA o złożenie nieodwołalnej przysięgi, że nie rozkaże mi zdradzić neutralności Sojuszu, nie złamię jej.
- Znakomicie! Dziękuję! - ucieszyło się Su-Hyeon. Odkąd zaczął kształtować się plan, policzki cenzora odzyskiwały barwę. - Mówco Jin, czy jesteście takiego samego zdania?
- Że Masoni wierzą w nieodwołalne przysięgi? Z pewnością tak.
W ciemnych oczach spoglądających spomiędzy zmarszczek na twarzy Jin Im-Jin pojawiły się błyski ironicznej wesołości.
Nagle poczułom się gorzej, a po chwili lepiej, usłyszawszy frazę "nieodwołalna przysięga". Te słowa obudziły dwa śpiące smoki, a potem przypomniały mi, że to tylko skamieliny, nic więcej. Masoni wierzą w nieodwołalną przysięgę MASONA, wszyscy bez wyjątku, ale to nie jest wiara w jakąś tajną, znaną wyłącznie im religię, lecz w coś nowego i otwartego dla wszystkich: Cesarstwo, ich Pasiekę, wszystkie Pasieki, nasz nowy, dobry świat. Prywatne obrządki, jakie Masoni - czy ktokolwiek inny - odprawiają w rezerwatach albo ze swoimi senseistami, nie są jakimiś barbarzyńskimi rytuałami, lecz ceremoniami, jakie współczesne nam osoby mogą kochać i szanować, i w których mogłyby zapragnąć wziąć udział. Na tym opiera się Uniwersalny Wolny Sojusz. Nasi muzułmanie i chrześcijanie nie są fanatykami z czasów wojny Kościołów. Ich wiary przeszły ewolucję, podobnie jak piękne ptaki, które powstały ze straszliwych dinozaurów. Przyszło mi na myśl, że Anonim powinno napisać esej popierający stworzony przez Carlyle Foster plan rozwiązania problemu obrzędowych religii. Byłom przekonane, że poradzę sobie z tym zadaniem.
Su-Hyeon uśmiechnęło się ironicznie i żartobliwym tonem wypowiedziało kilka sylab po koreańsku. Później przeszło na angielski.
- Czy pomożecie mi uczynić z Sojuszu funkcjonalną siłę zachowującą neutralność w obecnej wojnie?
- Oczywiście - zgodziło się Jin. - Bez względu na to, do jakich absurdów posuną się walczące strony, wszyscy będą potrzebowali funkcjonalnego, neutralnego Sojuszu, który umożliwi negocjacje.
- Nawet jeśli Gordianie zostaną wciągnięci w wojnę po którejś ze stron?
Jin zakasłało.
- To nie trwałoby długo. Jesteśmy tylko niewiele więksi od Utopii i nie mamy żadnych smoków. Ale nasz stary basz mózgowców ma sporo rozumu i Felix również. A gdyby się okazało, że jednak go nie mają, będziemy potrzebowali silnego i funkcjonalnego Sojuszu, żeby przemówił im do rozsądku.
Guildbreaker uniosło brwi.
- Opowiedzielibyście się po stronie Sojuszu, przeciwko własnej Pasiece?
- Z pewnością nie. Zmarzłobym, gdybym zdjęło sweter. Ale moja Pasieka nie wejdzie w konflikt z neutralnym Sojuszem - kontynuowało. - A gdybym myliło się w tak podstawowej sprawie, to... Nie mylę się w tak podstawowej sprawie. Po prostu nie.
Guildbreaker uśmiechnęło się ciepło i skinęło głową.
Mówca odpowiedziało mu równie ciepłym uśmiechem, ale jego twarz zmieniła nagle wyraz, gdy spojrzało na mnie.
- A czy nasze nowe Anonim również jest neutralne?
Gapiłem się na nie nadal sparaliżowane żartem o swetrze. Jeśli patrzy się na mówcę Jin z daleka, można zapomnieć o jego niewiarygodnej długowieczności, ale gdy siedziałom obok niego, widziałom, że liczba 150 odbija się we wszystkich ruchach jego tak bardzo maleńkiego ciała, żwawego jak ciało świerszcza, ale kruchego jak cukierki wstążkowe. Instynkt szybszy niż myśl - ten sam, który skłania nas do pośpieszenia z pomocą dziecku albo osobie ciężarnej - zawsze czuwa, gdy Jin jest blisko. Naprężamy mięśnie gotowi otworzyć drzwi, zablokować przeciąg, podać albo - w tym przypadku - wpaść w panikę na myśl o zimnie i jego możliwych skutkach.
- Mogę ręczyć za [Anonima] - odpowiedziało za mnie Su-Hyeon.
- Naprawdę?
Jin Im-Jin przyjrzało się uważnie mojej twarzy, potem twarzy Su-Hyeona, znowu jej i raz jeszcze cenzora. Jego suche palce poruszały się, przeprowadzając bezgłośne obliczenia.
Nie wzdrygnęłom się.
- Pytajcie - rzekłom.
- Wybierzcie liczbę - odpowiedziało mówca.
- Pięć.
- Większą niż pięć.
- Sto trzynaście milionów sześćset cztery.
- Kolor?
- Srebrnoszary.
Wciągnęło powietrze, jak sędzia, gdy zobaczy pierwsze dobre trafienie w pojedynku szermierczym.
- Byliście Humanistą, ale rozważaliście możliwość przejścia do Europy. To było... mrrrr... tak, morderstwo, to interesujące... stosunkowo niedawno... i Su-Hyeon myśli, że drugi raz byście tego nie zrobili, ale wy... jesteście przekonane, że byście zrobili?
Minęło parę chwil, nim sobie uświadomiłom, że to było pytanie.
- Zgadza się.
- A Vivien Ancelet... widzę, że budzi w was umiarkowany entuzjazm, ale to nie wystarczy, by przeciągnąć was na stronę Humanistów... nie, jest ktoś... coś... ktoś... coś... więcej niż jedno coś... jesteście w szoku pod wpływem żałoby... to niedawna strata, ale skomplikowana... Ach! Canner, oczywiście. Kondolencje. Jakim imieniem zwracacie się do J.E.D.D. Masona?
Tym razem umilkłom tylko na czas jednego oddechu. Nie miałom innego wyjścia. Przez mój umysł przemknął cały wszechświat. Ciemność, morze gwiazd, Gość, wojna i towarzyszący jej ogień, okrutne przywitanie Gospodarza i ból, ból, który dostrzegałom w słowach i czarnych oczach tego Dobrego i bezcennego Nieznajomego, ból, którego nie byłom w stanie powstrzymać, jego obecność tak niemożliwa, lecz realna. Nasze Gość.
- Książę.
Tym razem mówca Jin milczało przez chwilę. Poczułom lekką dumę z tego powodu.
- Wtórne, ale oryginalne. Dobrze. - Skinęło głową do Su-Hyeona. - Wielokrotnie spaliście obok siebie, na tej samej podłodze albo w tym samym łóżku, jak na piżama-party, ale nigdy nie byliście parą, nie uprawialiście ze sobą seksu ani nie wykazywaliście tym zainteresowania?
Wyprostowałom się, chcąc odwrócić spojrzenie mówcy od biednego, nieśmiałego Su-Hyeona, na którego twarzy pojawił się rumieniec.
- Zgadza się.
- W takim razie uwierzę w jego poręczenie. Czy to wam wystarczy, Carmen?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem, do kogo odnosi się to imię. Dopiero gdy Charlemagne Guildbreaker odpowiedziało, uświadomiłom sobie, że nawet masońscy patriarchowie, od których kroków trzęsie się ziemia, mogą mieć przydomki.
- Zaufałom mu w chwili, gdy powierzyło mi tajemnicę tożsamości Anonima.
Tak oto, z radosnym uśmiechem Su-Hyeona, zaczął się nasz czteroosobowy triumwirat. To nie taki wielki oksymoron, jakby się zdawało. Jeśli "Tai-kun" może być Dziesiątym Dyrektorem, ja mogę być czwartym triumwirem.
Potem wszyscy opowiedzieliśmy pozostałym więcej o sobie. Myślę, że dla dobra Czytelnika powinnom teraz wyjaśnić, jak się mają sprawy między mną a Su-Hyeonem. Quasi-rodzone to najlepsze określenie, mimo że znamy się zaledwie od trzech lat. Odziedziczyliśmy po połowie królestwa Viviena. Su-Hyeon jest nowym cenzorem, a ja nowym Anonimem. Zaczęło się to od dość krępującego epizodu. Tego samego dnia, gdy uświadomiłom sobie, że Mycroft jest Ósmym Anonimem, i zostałom Dziewiątym, podekscytowane, hiperaktywne Vivien zaprosiło mnie do swojego baszobudynku, bym porozmawiało ze wszystkimi, ale w pierwszej kolejności z Bryar i Su-Hyeonem. Bryar natychmiast okazało mi ciepło, ale Su-Hyeon było zamknięte w sobie i nosiło onieśmielający mundur. Jego piękna, wschodnioazjatycka twarz o wysoko ustawionych kościach policzkowych oraz ciemne oczy o przeszywającym spojrzeniu były dla mnie nowością i wywierały surowe, autorytarne wrażenie. Ogarnęło mnie paranoidalne podejrzenie, że zaraz doniesie władzom, że złamałom jakiś mało znany punkt przysięgi usługowca, o którym nierozsądnie zapomniałom. Gdy jednak zaczęliśmy rozmawiać o statystykach nazwisk, nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy nadszedł świt. To była cudowna noc. Jedno z nas zaczynało łańcuch wnioskowania, a drugie natychmiast przeskakiwało do jego końca i ruszało dalej. Wkrótce Mycroft i Vivien umilkli, słuchając, jak uwolniliśmy się od hamulców, jakich używaliśmy w rozmowach z innymi.
Su-Hyeon jest dzieckiem koreańskiego trójkąta z baszu Kosali, jednym z dwunastki badzieci wychowywanych w znajdującej się w Bombaju fontannie energii służącej jako baszobudynek. Su-Hyeon i pozostali zbliżali się już do dojrzałości, gdy późne małżeństwo Bryar z Vivienem połączyło w całość ich dwa basze. Właściwie lepiej byłoby powiedzieć, że dwudziestu jeden hałaśliwych Kuzynów zaprosiło pięciu nerwowych, uczonych członków spokojnego francuskiego baszu Szaroprawowców Anceleta na kolację i zalewało ich domową kuchnią, aż zapomnieli odlecieć do siebie. Słyszałom, że Su-Hyeon w dzieciństwie również było nerwowe i skupiało się na nauce, przynajmniej w porównaniu z otaczającą je wioską wiecznie aktywnych Kuzynów. Wystarczył jednak rzut oka na matematyczne zagadki, którymi Anceletowie wypełniają swe noce, by zmieniło się w wokatora. Natychmiast zaczęło szkolenie w biurze cenzora i stało się najsilniejszym ogniwem łączącym ze sobą dwie połówki baszu, pomijając tylko prawdziwą miłość, którą ociekają Bryar i Vivien. Okazało się, że ja i Su-Hyeon studiowaliśmy jednocześnie na Kampusie Kwirynalnym, ale nasze drogi nigdy się nie skrzyżowały, a teraz mój wyrok stał się żelaznym murem między nami, uniemożliwiającym wszelkie rozmowy o baszu i rodzinie. Jesteśmy quasi-rodzonymi, dziedzicami dwóch odrębnych, ale równych tytułów i uczniami tego samego fenomenalnego mentora. Życie usługowca i wokacja Su-Hyeona nie pozwalają nam spędzać razem zbyt wiele czasu, ale cieszymy się tym, co mamy. Dzieli nas jednak jeszcze inny mur. Nie jest nim zazdrość - moja głowa do matematyki jest odrobinę mniej nadludzka od jego głowy, a jego talent do retoryki ustępuje mojemu o kilka decycyceronów. Chodzi o odmienną przeszłość, fragmenty naszego diagramu Venna, które nie zachodzą na siebie, ale czasami ujawniają się nagle, przypominając mi, że właściwie nie znam Su-Hyeona, a ono nie zna mnie: Korea i Grecja; Kuzyni i Humaniści; uznanie Senatu i harówka usługowca; dwadzieścia pierwszych lat naszego życia; jego sławny basz w Bombaju; moje krwawe zabójstwa. Poza tym Su-Hyeon ledwie zna Księcia. Wszystko to sprawia, że nasza przyjaźń stąpa po kruchym lodzie. Maszerujemy ramię w ramię, ale w każdej chwili któreś z nas może runąć w nieznaną, lodowatą ciemność.
Tak przynajmniej było do tej pory. Muszę dodać, że teraz jesteśmy ze sobą na co dzień, pracujemy razem, tworzymy plany i rozmawiamy, starając się przekonać wszystkich, że Sojusz nadal istnieje. W znacznej części polega to na publikowaniu konsultacji rządowych (to odpowiedniki konsultacji senackich, tyle że tworzymy je sami), gdy jakieś podżegacz wywołuje zamieszanie z gatunku tych, jakie zwykle prowadzą do rozruchów. Naszą kwaterą główną jest biuro Papy (czy raczej to, co zostało z biura biednego Papy). Ogłaszamy ostrzeżenia oparte na kalkulacjach Su-Hyeona albo na informacjach Brillistów. Zawiadamiamy mitsubishiańskich właścicieli nieruchomości, gdy nasila się skierowana przeciwko nim wrogość, przypominamy mniejszościom, że są mniejszościami i co to może oznaczać. Posługujemy się informacjami, nie siłą, wysyłamy do odległych akcji trójki agentów na rowerach, kiedy sądzimy, że wystarczą spokojne słowa wsparte znakiem Sojuszu. Pomijając ośrodki zamieszkane przez Czarnoprawowców, możemy mówić o szczęściu, jeśli mamy w jakimś mieście więcej niż tuzin prawdziwych urzędników Sojuszu. Nasi przedstawiciele nigdy nie byli niczym więcej niż ostatnią deską ratunku. Służyli radą miejscowym organom, gdy pasiekowe prawa zanadto się zapętlały. Su-Hyeon zdołało w dwa tygodnie pięciokrotnie zwiększyć te siły, ofiarując kanapy i biurowe strychy wygnańcom, którzy złożą podpis i przejdą prowizoryczną procedurę weryfikacji opracowaną przez Jin Im-Jin. Mimo to dopiero przed czterema dniami mogliśmy się cieszyć faktem, że wreszcie mamy po osiemnastu agentów we wszystkich miastach na naszej Liście Zagrożeń, co oznaczało, że możemy przejść z dwunastogodzinnych dyżurów na ośmiogodzinne. Najbardziej przerażające w tym wszystkim było samo stworzenie Listy Zagrożeń, na której znalazły się miasta, gdzie mieszanina flag i stronnictw wyglądała najbardziej złowieszczo. Szczególnie bezradni są członkowie nielicznych mniejszości, otoczeni morzami wrogo nastawionej większości, ale oni przynajmniej wiedzą o niebezpieczeństwie i podejmują środki ostrożności. Prawdziwymi beczkami prochu są miejsca, w których siły są w największym stopniu wyrównane: Hajdarabad, gdzie rynki odnalezionych skarbów przyciągają najrozmaitszych klientów, Singapur, Toronto, frankofońska Kinszasa, gdzie granica rezerwatu jest tak bardzo blisko, albo wypełniony tarczami strzelniczymi Londyn. Dowcipnisie z kwatery głównej prosili Su-Hyeona, by zaczekało z opublikowaniem Listy Zagrożeń, bo chcą przyjmować zakłady o to, które miasto znajdzie się na pierwszym miejscu.
- Romanova - odparło cenzor, natychmiast odbierając im ochotę do żartów. Wspominałom już o różnicy między ekranem a oknem.
Jest też pewna różnica między mną a pozostałymi triumwirami. Mam na myśli coś więcej niż fakt, że jestem niewidzialne jako czwarte z nich. Po godzinach, jeśli nie skorzystam z łóżka w bocznym gabinecie, które proponuje mi Su-Hyeon, Straż Cenzora odprowadza mnie do mieszkania Viviena na Palatynie, skąd rozciąga się widok na ulice na stoku. Widzę stamtąd rzeczy, których oni nie dostrzegają. Zauważają tylko to, co oczywiste: ciemne, pozbawione życia okna, handlowe ulice całkowicie puste albo wypełnione zbyt jednorodnymi tłumami, coraz częstsze napisy nad drzwiami - tylko Mitsubishianie, zakaz wstępu u-skonfigurowanym albo zakaz wstępu V. Ja widzę "ochotników" - usługowców "naprawiających" "kiosk" położony na strategicznym skrzyżowaniu. Widzę innego usługowca, czekającego przy opuszczonej piekarni na dole, by zameldować, że bezpiecznie wróciłom do domu. Widzę, że wykonuje się rozkazy Achillesa. Myrmidoni działają, ale to samo dotyczy innej, subtelniejszej siły. Gdy strażnicy już mnie odprowadzą i odmówią wypicia herbaty przed powrotem do kwatery głównej, mówię "to kot", jeśli czuć zapach zwierzęcia albo coś przewróciło kubek pozostawiony na blacie w kuchni. Pierwszej nocy byłom śmiertelnie przerażone, gdy niesamowite poczucie, że nie jestem samo w pustym pokoju, przerodziło się w świadomość, że naprawdę czuję ciepło i cuchnący oddech tuż za sobą. Starałom się obliczyć, ile kroków dzieli mnie od kuchennych noży, gdy nagle cień skupił się w oblicze czarnego lwa, a na ścianie obok mnie rozbłysło na moment słońce.
- Huxley Mojave - powiedziałom i brzmienie tego nazwiska rozproszyło upiorne wrażenie. - Powierzono nam to samo zadanie i obaj zawiedliśmy, czyż nie tak? - wyszeptałom, zastanawiając się, czy oblicza lwów zawsze mają taki smutny wyraz. - Wy również strzegliście Mycrofta.
Ledwie usłyszałom jego "tak". Przednia część płaszcza rozchyliła się, odsłaniając twarz - woalkę, czarne włosy, podrapany, zabandażowany podbródek i rękę na temblaku. To były takie same bandaże polowe radośnie niebieskiej barwy, jakie Carlyle Foster-Kraye przyniosło ze sobą po przejściu tsunami. Wszyscy próbowaliśmy.
- Co teraz zrobicie? - zapytałom. - Czy potrzebujecie pomocy w skontaktowaniu się z innymi Utopianami?
- Nie. Strzegę was.
Jego dłoń wyłoniła się z ukrycia i włożyła mi na głowę zmiętoszony kapelusz. Zapach Mycrofta. Wspomnienia wróciły gwałtownie. Nieruchome ujęcie tłumu, niebo nad Forum wypełnione jaskrawymi skrzydłami śpieszącymi z pomocą Atlantydzie, zgubiony kapelusz leżący na ostatnich śladach stóp, świadczących, że taka istota kiedykolwiek chodziła po Ziemi. Czy według Utopii byłom jego najbliższym krewnym i powinnom otrzymać tę pamiątkę, jedyne, co mogłoby w jakimś stopniu zastąpić ciało? Być może tak. Nim zdążyłom zalać się łzami, dłoń Huxleya wróciła i wcisnęła mi coś w drugą rękę. Spojrzałom na przedmiot. Można by go nazwać pistoletem, podobnie jak smukłego niczym strzała, śmiertelnie groźnego sokoła wędrownego można by nazwać ptakiem.
- Nie nauczę was zasad jego działania, ale pokażę wam, jak się bronić - zaczęło Huxley.
Rozdział czwarty
KWESTIA MUNDURÓW
Napisane 24 września roku 2454 Wydarzenia z dnia wczorajszego Romanova itd.
- Mamy cztery godziny, by uratować Sydney.
Głos Su-Hyeona nie był budzikiem, który zwykle wyrywa mnie ze snu, ale lokalizatorowy monitor potwierdził, że spałom wystarczająco długo, by mój stan przeszedł z "zagrożenia" w "przemęczenie". Przez moment szukałom na oślep butów, nim sobie przypomniałom, że w nich zasnęłom.
- Macie czas, by wyjaśnić naturę niebezpieczeństwa? - zapytałom.
Sydney nie było zaskoczeniem. Znajdowało się wysoko na naszej Liście Zagrożeń jako jedna z metropolii o najbardziej mieszanym składzie mieszkańców, ale gdy Su-Hyeon ogłaszało alarm w połowie przypadków łatwo było zrozumieć naturę zagrożenia, a w drugiej połowie było to x ? 3?(liczba/dochody ludności) ÷ 0,545n, gdzie n ? ceny mieszkań w euro na metr kwadratowy, a nie wydawało się, byśmy mogli w tej chwili poświęcić pół godziny na matematykę.
- Jeśli pewne żądania nie zostaną spełnione, za cztery godziny i jedenaście minut miasto zaatakuje mitsubishiańska flota złożona z co najmniej stu siedemnastu okrętów.
To łatwo było zrozumieć. Przesunęłom się na bok, by Su-Hyeon mogło do mnie dołączyć na naszym nowym ulubionym miejscu do drzemek - kanapie, która z jakichś niewyjaśnionych powodów znalazła się na pomoście na schodach przeciwpożarowych prowadzących w dół z gabinetu Papy.
- Co to za żądania?
Su-Hyeon podsunęło mi talerz z fasolą i sałatką owocową.
- Przygotowałom dla was listę czynności, ale w tej chwili triumwirat prowadzi negocjacje. Najedzcie się i wysłuchajcie ich do końca, nim zabierzecie się do roboty. Dodam was jako słuchacza. Jesteście gotowi?
Zrobiłom miejsce dla talerza na stercie świeżo zapakowanych zestawów do testów DNA, które otaczały kanapę, od czasu do czasu zrzucając na nas pomarszczoną straż przednią.
- Jestem - potwierdziłom.
Już pierwszy obraz sprawił, że mocno zacisnęłom dłonie na poduszkach kanapy. Nim moje soczewki się włączyły, byłom przygotowane na jasno oświetloną salę spotkań, twarde słowa, a nawet na dym i krew, ale nie na przypływ dobrze mi znanego, gorzkiego strachu ofiary oraz antypatii. Żałuję, że złowieszcze anioł naszego Gościa, Dominic Seneschal, miało czas nauczyć mnie tej reakcji. Wiedziałom, że jest na drugim końcu świata i nie może mnie dotknąć, a nawet mnie nie widzi, bo byłom zalogowane tylko jako słuchacz, ale trafiłom do Madame nie tylko jako dziedzic Anceleta, lecz również Mycrofta, a nowego psa trzeba było wytresować. Zwabiono mnie podstępem do środka i zaprowadzono do celi, którą naznaczyli swymi wymiotami Mycroft, Carlyle i tak wielu innych. Opieka Viviena ocaliła mnie przed najgorszym, ale nawet teraz, w bliskości Su-Hyeona, fasoli i kanapy, widok Dominica z pewnością nie był przyjemny.
Soczewki pokazały mi, że w T?genky? nastał już ranek. Pacyfik i szklane płatki lotosowych wieżowców lśniły w jasnym blasku słońca. Obecni byli wszyscy tymczasowi dyrektorzy Mitsubishi, poza dyrektorem Greenpeace, Jyothi Bandyopadhyay, które uczestniczyło w spotkaniu zdalnie. Siedzieli wokół owalnego stołu z poważnymi minami. Większość nosiła wojskowe mundury. Satelity zauważyły je już na pokładach ich okrętów, ale po raz pierwszy ujrzałom je z bliska. Kurtki były prawdziwymi dziełami sztuki - nasza epoka dostatku uczyniła wojnę lepszą przynajmniej pod tym względem - równie piękne jak mitsubishiańskie marynarki, niektóre ciemnogranatowe ze zdobnymi liniowymi wzorami reprezentującymi płynącą wodę, inne zaś ciemnozielone, z narysowanymi cienką kreską gałązkami klonu. Przypuszczam, że reprezentowały marynarkę wojenną i armię lądową. Na ich ramionach, mankietach i piersiach błyszczały naramienniki (będę się musiało nauczyć odczytywać stopnie barwy złotej, a także białej i szkarłatnej - kolorów Mitshubishi. Podobnie jak w normalnych mitsubishiańskich garniturach, krój kołnierzy miał inne warianty dla chińskich, japońskich i koreańskich podfrakcji. Jednakże Jyothi Bandyopadhyay nie nosiło munduru, podobnie jak Dominic, które siedziało na honorowym miejscu, nadal odziane w swój osiemnastowieczny strój. Przypuszczam, że to również był mundur, oznaczający służbę Księciu.
- ...gdybyśmy przedłużyli czas potrzebny do wprowadzenia w życie tej decyzji - mówiło Charlemagne Guildbreaker, gdy włączył się dźwięk. Jego spokojny głos i bujna broda poprawiały mi humor, podobnie jak ciepła bliskość Su-Hyeona. - Przy braku autolotów problemem będzie dystrybucja. Materiały potrzebne do produkcji na miejscu są drogie. Większość miast już je racjonuje. Jeśli Gwardia Imperialna jest tu dobrym przykładem, wiele mundurów ma elementy, których nie da się wyprodukować na miejscu. Jeśli mamy przekonać przywódców, sprawić, że to zadanie wyda się im bardziej wykonalne, dobrze by było powiedzieć im, że mają, powiedzmy, trzydzieści dni na zaprojektowanie i organizację dystrybucji mundurów, wystarczająco wiele czasu, by zaprojektować uniformy dla tych, którzy ich nie posiadają, a dla tych, którzy je mają, znaleźć jakieś alternatywy dla trudnych do wyprodukowania części.
- Trzydzieści dni!
- Gdybyście zasugerowali to przed rozpoczęciem wojny, powiedziałobym "dwa miesiące", a wtedy mieliśmy autoloty.
- Zażądalibyśmy tego, gdyby przyszło nam do głowy, że niektóre Pasieki mogą nie wyprodukować mundurów! - warknęło dyrektor Lu Biaji, następca Lu Yonga na stanowisku przywódcy silniejszego szanghajskiego bloku. W swym nowym mundurze wyglądało jak król. Na jego ramionach lśniły symbole rangi barwy starego złota. To nowe Lu było krewniakiem poprzedniego. To był jedyny blok, w którym rodzina zapuściła korzenie tak głęboko, że nawet huragan publicznego oburzenia nie był w stanie wyrwać władzy z jej rąk. - Termin trzydziestu dni jest absolutnie nie do przyjęcia. Nasi członkowie co godzina spotykają się z atakami, a wy proponujecie kolejny miesiąc oczekiwania, podczas gdy stronnicze sądy będą dawały atakującym wolną rękę, powołując się na prawa wojskowe, które w ogóle nie istnieją. Naszych członków w Sydney aresztowano za usiłowanie morderstwa, mimo że bronili się przed tłumem, który zabił - nie tylko zranił, ale zabił - kilku ich współbaszowców. Napastnicy nie ponieśli żadnej kary, ponieważ policja oznajmiła, że są żołnierzami i to była akcja wojskowa. Czyimi żołnierzami? Jaka akcja? Winni muszą zostać ukarani!
Wątek podjęło Ma Yimin, dawne szanghajskie kontroler finansów publicznych. W zeszłym roku, po dziesięcioleciach wiernej służby w drugim szeregu, wygnano je z bloku Wang Baobao (przyczyną konfliktu był jakiś projekt rekultywacji). Okryło się hańbą w momencie odpowiednim, by wykorzystać nowy cykl wahadła i powrócić do władzy.
- Wszyscy się zgadzamy, że Pasieki mają uprawnienia, by wprowadzać odmienne prawa dla różnych rodzajów członków, ale jeśli chcą mieć inne zasady dla żołnierzy i cywilów, powinny one być równie jasne, jak w przypadku Biało- i Czarnoprawowców. Europa dobrze to rozwiązała. Członkowie muszą się zarejestrować jako żołnierze, prawa muszą być spójne i należy wprowadzić mundury, nie za miesiąc, a od jutra, żeby napastnicy i ich ofiary wiedzieli, że zarówno żołnierze, jak i cywile zostaną osądzeni w zgodzie z określonymi prawami, a nie tak, jak sobie zażyczy frakcja sprawująca władzę.
Omal się nie roześmiałom, widząc, jak perfekcyjnie Ma Yimin, które urodziło się w półmasońskim baszu i w związku z tym mogło się nieco różnić od innych Mitsubishian, wpisało się w wywód Lu Biaoji. Zadałom sobie pytanie, jakie dawne zobowiązania - Kampus Zhejiang? Trifold Investments? Dubaj? - mogły sprawić, że dwójka reprezentantów Szanghaju wciągnęła się w role "przywódcy" i "podwładnego" tak błyskawicznie, że miałom wrażenie, iż widzę ich poprzedników, którzy po prostu włożyli nowe maski. Szybko jednak przestało mnie to śmieszyć. Czy wiedza o takich szczegółach, którą zawdzięczałom plotkom krążącym w romanovańskich kręgach władzy, stanie się teraz bronią? Tak samo jak kije i kamienie?
Cierpliwe Carmen Guildbreaker (ten przydomek nadal mnie rozśmiesza, a także przywołuje na moją twarz uśmiech) pokręciło głową.
- Jeśli narzucicie tak nierealistyczny termin, nie zdołamy nikogo przekonać. Nie dlatego, że to zbyt trudne, ale dlatego, że brzmi niewiarygodnie. Chcecie, byśmy przedstawili to jaką własną propozycję, nie waszą. Zgadzam się, że to dobry pomysł. Dzięki temu ludzie zrozumieją, że to korzystne dla wszystkich stron, nie tylko dla waszej. Ale jeśli zasugeruję cezarowi wprowadzenie mundurów i prawa wojskowego, a potem powiem mu, że propozycję trzeba przyjąć przed upływem czterech godzin i wprowadzić w życie, nim miną dwadzieścia cztery, zapyta mnie, skąd taki pośpiech. W obliczu takiego pytania nie będę w stanie ukryć, że propozycja pochodzi od was.
Staremu, posępnemu Chen Chengguo - następcy Wang Laojinga na stanowisku reprezentanta Pekinu - przypadło w udziale zadanie pytania, które lśniło w oczach ich wszystkich.
- Powiedzieliście, że możecie zachować neutralność w tej sprawie.
- Mogę. Cesarz udzieliło mi pozwolenia na okłamywanie go. Niemniej radzę sobie z tym bardzo kiepsko. A nawet gdyby tak nie było, to kłamstwo po prosto zbyt łatwo jest przejrzeć. Jeśli chcecie, by triumwirat przedstawił waszą propozycję jako swój plan, musi ona wyglądać jak jeden z naszych planów. Potrzebne są równowaga i wiarygodny poziom umiarkowania. Gdyby ten pomysł pochodził od nas, nawet w sytuacji wymagającej pośpiechu zaproponowalibyśmy... Dwa tygodnie?... - Carmen zaczekało, aż Jin i Su-Hyeon skiną głowami na swoich ekranach. - Aż Pasieki stworzą swe prawa wojskowe. I miesiąc, aż wyprodukują mundury i zorganizują ich dystrybucję.
Przedstawiciel Pekinu nie było usatysfakcjonowane.
- Sugerujecie, że Masoni nie mają prawa wojskowego? To brzmi jak gra na czas.
- Bynajmniej. - Carmen uparcie się uśmiechało. - Jestem pewne, że Imperium ma system prawa wojskowego, ale być może nieco zdezaktualizowany.
- Zdezaktualizowany? Nie rozumiem.
Od drugiego z bocznych ekranów dobiegł ironiczny śmiech mówcy Jin Im-Jin.
- Carmen chciało powiedzieć, że ich mundury mogą pochodzić z czasów, gdy jeszcze nie znano spodni. - To dało nam czas kilku oddechów na nacieszenie się tym żartem. Ponieważ mojego głosu nie przekazywano, mogłom sobie pozwolić na chichot. - Bądźmy poważni, dyrektorzy, nawet Europa potrzebowała trochę czasu na wprowadzenie poprawek do projektów z czasów wojny Kościołów. Idę o zakład, że w cztery godziny uda się nam przekonać prawie wszystkich do wyrażenia zgody na ten projekt, ale to niemożliwe, by cały świat już jutro wdział mundury.
- Triumwirowie. - Złowrogie warknięcie Dominica rozproszyło wesołość wywołaną słowami Jin. - Wasze cztery godziny właśnie stały się trzema. Wyzwolimy Mitsubishian z Sydney. Jeśli w chwili, gdy nasze floty dotrą do portu, będziemy mieli wiarygodną obietnicę, że wszystkie uzbrojone siły w mieście będą umundurowane, zaczekamy... powiedzmy czterdzieści osiem godzin, zanim wkroczymy do miasta, żeby nasi żołnierze mogli przywitać sojuszników i omijać dzielnice kontrolowane przez nieprzyjaciół. Jeśli nie otrzymamy takiej obietnicy, nie będziemy mieli innego wyboru niż wkroczyć do miasta i utorować sobie drogę walką, ulica po ulicy, traktując wszystkie napotkane osoby jako uzbrojone i niebezpieczne, aż wreszcie dotrzemy do naszych członków.
Su-Hyeon zmarszczyło brwi.
- Groźby są...
- Realne - warknęło Dominic. - Dyskusje nie poszerzą Pacyfiku, Europejczycy, Czerwony Kryształ i wasze romanovańskie siły noszą mundury. Naszym żołnierzom wydano rozkazy, jak mają traktować każdą z tych grup. Jeśli chodzi o pozostałych, nie wymagamy wygładzonych kodeksów prawnych, których nigdy nie podda się rewizji, a tylko możliwości rozróżniania od siebie przyjaciół, wrogów i uciekających przechodniów.
Gdy po raz kolejny usłyszałom "cztery godziny", poczułom się dziwnie zmęczone. Absurdalnie ociężała flota, widoczna na bocznym ekranie w moich soczewkach, posuwała się leniwie po monotonnym Pacyfiku. Wydawało się niemożliwe, że wiemy o tym, obserwujemy to i możemy w każdej chwili nawiązać łączność ze wszystkimi pozostałymi siłami na Ziemi, ale nie jesteśmy w stanie zrobić nic, by dogonić te ledwie się przemieszczające punkciki, podobnie jak nie mogłobym dogonić na rowerze rakiety lecącej na Marsa.
Su-Hyeon poweselało. Poruszało rękami na ekranie, a jednocześnie starało się trzymać łokcie z dala od moich realnych, żywych żeber. Wyglądało to nieco surrealistycznie.
- To znaczy, że zaakceptujecie prowizoryczne mundury?
- Prowizoryczne?
Cenzor wyświetliło coś na naszych soczewkach. Ku swemu zawstydzeniu rozpoznałom własne rysunki, przedstawiające najnowsze projekty mundurów. Nie, gorzej, to były dawne rysunki, które Achilles określiło jako "nieznacznie mniej beznadziejnie" niż moje pierwsze próby. Poprawę zawdzięczałom głównie ściąganiu z Apolla.
- Jeśli zależy wam wyłącznie na możliwości odróżniania stron, mundury nie muszą być pełnymi strojami. - Su-Hyeon zrobiło zbliżenie na rękaw oznaczony "V" Reformistów. - Wystarczą znaki, które pozwolą odróżnić bijatykę w barze od inwazji. Czy na krótką metę zaakceptujecie coś, co można łatwo wykonać? Opaskę, szarfę, szablon, coś, co można by zrobić albo wydrukować w domu? Wszyscy mogliby skopiować coś takiego, ale to nie jest wada, tylko zaleta. Jak w przypadku szarf Bezpasiekowych. Jeśli ludzie noszą takie oznaczenia, podlegają prawom wojskowym, a jeśli nie, są cywilami. O bardziej skomplikowane zagadnienia wszystkie strony będą mogły się martwić później.
Szepty po chińsku najwyraźniej wyrażały aprobatę.
Skierowałom wzrok poza obraz widoczny na soczewkach i przyjrzałom się swojemu... Czy to było śniadanie? To nie mogło się udać. Ludzie, którzy padli ofiarą inwazji, nie włożą mundurów tylko po to, by stać się łatwiejszym celem. To za bardzo przypominało dylemat więźnia. Jako grupa skorzystamy, jeśli wszyscy będą nosili mundury, ale każda indywidualna osoba jest bardziej bezpieczna po cywilnemu, bo ci w mundurach przyciągają strzały. Te obiekcje rozbrzmiewały w mojej głowie głosem Achillesa. Moja wyobraźnia małpowała zastrzeżenia, jakie nasze weteran zgłaszało wobec moich licznych szkiców. Na najwcześniejszych rysunkach popełniałom ten sam błąd - były zbyt jaskrawe i charakterystyczne, a dystynkcje na rękawach albo na epoletach zanadto widoczne dla snajperów ukrytych na dachach. Pierwsza wojna światowa nauczyła tego wszystkich, kosztem życia wielu tysięcy oficerów. Dystynkcje przeniesiono na kołnierz, by mniej rzucały się w oczy. Mundury Mitsubishian zrobią z nich chodzące cele. Być może jednak nie miało to już znaczenia. Nie żyliśmy w roku 1914. Minęło z górą pięć stuleci i każdy osobisty lokalizator miał kamerę mogącą zrobić zbliżenie na kołnierz z odległości kilometra. Major pochodziło z innych czasów i mogło się mylić, zwłaszcza jeśli chodzi o psychikę współczesnych ludzi. W dzisiejszych czasach ubranie ma bardzo wiele wspólnego ze szczerością i autoidentyfikacją. Miliony ludzi dobrowolnie nosiły tarcze strzelnicze albo V z V i cierpiały z tego powodu. Być może w naszej epoce, gdy wszyscy nosimy na rękawach znaki swych Pasiek, grup narodowych oraz hobby, wyrośliśmy już z dylematu więźnia i zgodzimy się nosić mundury, które uczynią wojnę lepszą, a szanse przetrwania każdego z nas gorszymi. Poza usługowcami, oczywiście. Nasze mundury są subtelne i zakamuflowane. Rozsądne. Wtem nawiedziła mnie nowa myśl. Kiedy ją sobie przypominam, czuję w ustach kwaśny smak. Co mnie obchodzi, czy Mitsubishianie noszą mundury? Nie jestem Mitsubishianinem. To z pewnością korzystne, jeśli przeciwna strona nosi na piersiach tarcze strzelnicze, w niektórych przypadkach dosłownie. Dopóki ci, którzy stoją po mojej stronie, są bezpieczni, reszta może się przebierać do woli. Dopadły mnie mdłości. Na wpół przeżuta fasola w moich ustach przypominała ciepławe błoto. Zdradziłom Viviena, kalając szlachetny tytuł Anonima swą stronniczością. Jak Mycroft zdołało to wszystko równoważyć, wplątane w tak wiele stron równocześnie?
- Prowizoryczne mundury za czterdzieści osiem godzin - podsumowało Su-Hyeon, kiedy znowu zaczęłom słuchać. - Rozpowszechnimy też uniwersalny model prawa wojskowego oparty na waszych propozycjach. Wprowadzimy jednak pewne poprawki, by lepiej go dostosować do prawa Sojuszu.
- Zgoda.
- A co, jeśli nie zdołamy się skontaktować ze Sniperem? - zapytało tonem, jakim mówiło "szach" podczas partii szachów.
Uświadomiłom sobie, że właśnie w tym punkcie wszystko się rozpada. Cztery godziny. Mieliśmy bezpośrednie połączenia z MASONEM, Vivienem, królem Hiszpanii i Faustem, ale żeby dotrzeć do frakcji Snipera, musielibyśmy krzyczeć w eter albo porzucić list pod sklepem z żywymi lalkami i mieć nadzieję, że trafi do adresata.
Dominic zaklęło pod nosem, usłyszawszy imię "bluźniercy".
- Sniper się zgodzi. To korzystne dla Strażników Pasiek. W tej chwili część z tych, którzy noszą tarcze strzelnicze, uważa to za zobowiązanie do... ataku na... radcę Masona. - Dominic skrzywiło się okropnie, próbując wykrztusić inne słowo niż Maître na określenie Księcia. - Ale inni wyrażają poparcie dla krwawych metod, jakimi posługiwało się OS, by utrzymać długotrwały pokój. Mundury uporządkują ten chaos, pomogą zorganizować się walczącym stronom i sprawią, że nieuzbrojeni sympatycy nie będą wchodzili w drogę armiom. To się opłaci.
Ma rację, pomyślałom, obserwując Dominica. Milczało, a zregenerowana skóra na jego twarzy przypominała maskę. Nagle coś sobie uświadomiłom. J.E.D.D. Mason chciałoby mundurów. A Dominic o tym wiedziało. Dobre i honorowe Książę, które uczyniło Siebie Celem dla miliarda snajperów, chciało dać nam strony, za które warto ginąć. Pragnęło, by wszyscy, którzy wezmą w ręce broń, poczuli przypływ dumy i pewności siebie, jaki czuli Dominic i Helo?se, gdy co rano wkładali stroje symbolizujące ich urzędy. Nawet odległe Martin, brnące przez okrutne pustkowia, znało to uczucie. Było też coś więcej. Książę pragnęło, by każda śmierć była wynikiem intencji. By każdy strzał oddano świadomie i do kogoś, kto działa celowo, a nie pośród ulicznego chaosu, przypadkowo i do jednego ze swoich. Niemalże słyszałom w myślach Jego pozbawiony emocji głos: "Jeśli muszą być ofiary, niech ich śmierć będzie...". Jakiego określenia by użyło? W jakim języku? Coś bardziej szczerego niż "dobra", mniej pretensjonalnego niż "Sprawiedliwa", będącego przeciwieństwem do "bezsensowna", ale nieudającego, że śmierć kiedykolwiek może być "w porządku". Może "przemyślana"? "świadoma"? Przeszył mnie dreszcz. Książę jest władne spełnić bardzo niewiele próśb, ale ciągle wznoszę do Niego jedną modlitwę: "Jeśli mnie zastrzelą, chcę zginąć za to, o co walczę, nie przez pomyłkę". Dominic wszystko to zaplanowało. Celowo stworzyło plan użycia mundurów, a przynamniej udzieliło mu poparcia. Pragnęło, by to był dar dla jego Dobrego Pana. Gdy ujrzałom to życzenie w jego dumnych oczach, cały lęk przed doczesnymi zdradami rozproszył się we mnie niczym mgła. Dominic jest dziwnym, okrutnym i drapieżnym stworzeniem, ale często - choć tylko dla J.E.D.D. Masona - również dobrym.
- Zatem powstrzymacie się przed atakiem, jeśli wszyscy pozostali przywódcy wyrażą zgodę przed upływem czterech godzin, nawet jeśli nie otrzymamy zgody Snipera albo innych przywódców Strażników Pasiek? - naciskało Su-Hyeon.
Chińscy dyrektorzy naradzali się między sobą. Nowe koreańskie dyrektor Kim Gyeong-Ju powiedziało jakiś żart w swym ojczystym języku, Im-Jin i Su-Hyeon parsknęli śmiechem. Poczułom się osamotnione. Podobną nerwową samotność wyczuwałem również u zasępionego i niczemu niewinnego dyrektora Greenpeace, Bandyopadhyay, które zachowało urząd dzięki temu, że nie miało pojęcia o istnieniu OS. Muszę sobie zapamiętać tę zasępioną minę i tę samotność. Su-Hyeon biegle włada hindi i jeśli Mitsubishianie okażą się wrogami, wbicie klina między Chiny a Greenpeace mogłoby... To trudne. Pomagałom Vivienowi wykrywać pęknięcia i łatać je, ale nie znoszę poczucia, że rozwija się we mnie instynkt ich wykorzystywania.
Szepty przeszły w skinienia głowami.
- Zgoda.
Szybko uporaliśmy się z pożegnaniami. Su-Hyeon stworzyło drzewo zadań i widzę teraz cały plan, który doprowadzi (przynajmniej mamy taką nadzieję) do powstania Triumwiralnego Porządku, który poprę jako Anonim, co powinno się spotkać z pozytywną reakcją Pasiek. Im-Jin najpierw zwróci się do Fausta. Następnym rozmówcą będzie senator Ouroboros Wyrdspell według mówcy najbardziej "powiązane z rzeczywistością" Utopianin, jakie zna. Carmen zwróci się z petycją do MASONA, a następnie połączy się z królem Hiszpanii, choć Europa i tak przystanie na nasze propozycje. Spodziewam się, że moim pierwszym rozmówcą będzie Vivien albo Książę (choć Dominic zarezerwowało tę przyjemność dla siebie). Ze zdziwieniem zauważyłom, że moim zadaniem numer jeden było towarzyszenie Su-Hyeonowi w rozmowie z Bryar Kosalą. Nie rozumiałom wtedy, dlaczego przekonanie Kosali jest najważniejsze.
- Su-Hyeon! [Anonim]! Bardzo się cieszę, że was widzę!
Gdy ujrzałom w soczewkach uśmiech Kosali, poczułom się, jakby mnie uściskano. Przewodniczący Kuzynów znajdowało się w jasno oświetlonym pomieszczeniu i miało za plecami duże okna, co upodabniało jego włosy do czerwonej aureoli. Zauważyłom na jednym z końców pokoju zasłonę barwy fuksji i nagietków oraz puszystego białego kota śpiącego na wysokiej stercie skrzyń oznaczonych Czerwonym Kryształem.
- Gdzie jesteś? - zapytało Su-Hyeon.
- Nigdzie nie mogłoby mi być lepiej. - Rumieniec na policzkach Bryar dodawał wiarygodności tym słowom. - W Bombaju panuje spokój, wszystko działa prawidłowo, ludzie dają mi to, czego od nich potrzebuję. A moje baszrodzone, Mohana i Ganges, mają tu swój basz. Pamiętacie je?
- Czy Mohana to ta osoba w czapce żółwia? - domyśliłom się pierwsze.
- Aha. Mieszkam z nimi. Mają tu nadzwyczajny widok na port. - Bryar przechyliło obraz, byśmy mogli zobaczyć wodę za oknem, a także kawałek miasta, widoczny we wczesnoporannym świetle godziny, jaka tam właściwie była teraz w Indiach.
- Mam własną łódź portową i rower, więc mogę się swobodnie poruszać.
- Uwielbiam te ich łodzie portowe!
Sterta zestawów do testów DNA zatrzęsła się pod wpływem entuzjazmu cenzora. Jeden z nich zleciał ze szczytu, omal nie wpadając w moją fasolę.
- Macie strażników?
Nie mogłom nie zadać tego pytania.
- Tak. Całą masę. I mnóstwo pomocy. Cały ten kwartał i kilka sąsiednich przerobiono na kwaterę główną Kuzynów. Połowa statków w porcie zgodziła się uczestniczyć w dystrybucji naszych pistoletów osłabiających. Nie uwierzylibyście, jak bardzo aktywny jest tu Czerwony Kryształ.
- Ja w to wierzę - zapewniło Su-Hyeon. - Jeśli trendy się utrzymają, w następnym tygodniu aktywność znowu wzrośnie dwukrotnie.
- Świetnie!
- Tak wygląda sytuacja na całym świecie, nie tylko w Bombaju. U was wzrost liczby zgłoszeń przekroczył już punkt szczytowy, chyba że coś się zmieni w Singapurze bądź w Manili, albo masońska droga prowadząca z Caedeculmin zbliży się do Ahmadabadu... - Su-Hyeon często krzywi się w szczególny sposób, gdy uświadamia sobie, że sprowadziło rozmowę na manowce statystyki. - Cieszę się, że wszystko z wami w porządku.
Bryar uśmiechnęło się z wielką pobłażliwością.
- [Anonimie], poczułom wielką ulgę, kiedy usłyszałom, że jesteście w Romanovie i Su-Hyeon może się wami zaopiekować. Su-Hyeon, nie zapominajcie, że [Anonim] was potrzebuje, byście regularnie dostarczali mu jedzenie i wyznaczali godziny.
Uśmiechnęłom się, ale nagle poczułom, że purpurowa marynarka Urzędu Cenzora, którą miałom na sobie, jest niewiele więcej niż obrożą dla psa.
- Bryar, to miło, że możemy z wami pogadać, ale nie oznaczyliśmy tego spotkania jako pilnego z myślą o pogawędkach.
Su-Hyeon uśmiechnęło się, próbując złagodzić niepokój, jaki mnie ogarnął, gdy sobie uświadomiłom, że straciliśmy minutę na przywitanie i rozmowy o czapkach.
- W porządku. Przewidziałom czas na takie sprawy.
Zmarszczyłom brwi na znak, że się z nim nie zgadzam, ale takie już jest Su-Hyeon. Czasami idzie na drobne kompromisy, dla poprawy morale. Na przykład nasza sałatka owocowa. To były owoce z dekoracyjnych drzew otaczających sale spotkań Sojuszu. Jedliśmy je już piąty dzień z rzędu i najłatwiej byłoby znowu zwalić je na stertę w kwaterze głównej. (Leniwi patroni często tak robią, a usługowcy łatwo się ekscytują, gdy dostają na obiad coś innego niż poobtłukiwane, zbędne owoce). Jednakże Su-Hyeon poprosiło kogoś, by zrobiło dla nas sałatkę owocową, inwestując cenne minuty na zamaskowanie konieczności. Udało się. Ludzie na naszej zmianie sprawiali dziś wrażenie nieco mniej zmęczonych. Zapewne z tego samego powodu poświęciło tę minutę, by stała się mentalnym bandażem dla naszej trójki, czymś w rodzaju rodzinnej pogawędki przed burzą.
Bryar: Zwracacie się do mnie z powodu Warszawy, Singapuru, Manili, Bangkoku, wyspy Koome, wybuchów autolotów czy jakiegoś innego kryzysu?
(Pośpiesznie sprawdziłom wszystkie te kryzysy. Większość z nich pojawiła się po tym, jak położyłom się spać. W Warszawie doszło do zanieczyszczenia wody; na Fidżi sławni twórcy fajerwerków Indus-Kreeney zdołali zdezorientować czujniki autolotu i sprowadzić go bezpiecznie na ziemię, popychając mniej utalentowanych naśladowców do mimowolnego sprowokowania wybuchów pojazdów w Bhopalu, Aberdeen, Lizbonie i na Wyspie Księcia Edwarda; w Strategicznym Rezerwacie Moskitów na wyspie Koome doszło do przerwy w dopływie prądu, trwającej niemal od początku kryzysu; natomiast Singapur, Manila i Bangkok przypominały Sydney - wielkie, mieszane metropolie we wschodniej Azji, gdzie ludzie atakowali mitsubishiańskich właścicieli nieruchomości, a floty Mitsubishi były coraz bliżej).
Su-Hyeon: Żadne z powyższych. Chcemy porozmawiać o zaleceniu, jakie zamierza dziś wydać triumwirat. Chcemy, żeby wszystkie frakcje zaczęły nosić mundury.
Bryar: Mundury?
Su-Hyeon: Potrzebujemy wyraźnego rozróżnienia między cywilami i żołnierzami. Ciągle dochodzi do tak zwanych zamieszek, ale niekiedy są one naprawdę spontaniczne, a w innych przypadkach zorganizowane grupy atakują z góry wybrane cele. W obecnej sytuacji ludzie nie potrafią ich odróżnić. Policja i prawo również.
Bryar: Zauważyłom ten problem.
Su-Hyeon: Ogłosimy, że Pasieki, które chcą podjąć działania militarne, powinny mieć jawne, ustalone prawo wojskowe, a ich żołnierze powinni być zarejestrowani i łatwi do rozpoznania. Europejczycy i Mitsubishianie już to robią. I dobrze na tym wychodzą. Jeśli tłum Masonów zbierze się na ulicy, wszyscy wpadają w panikę, bo MASON ogłosiło, że cała Pasieka jest w stanie wojny, ale wiemy, że Europejczycy w mundurach są żołnierzami, a ci, którzy ich nie noszą, nie. Dlatego prawdopodobieństwo paniki albo ataku na grupę Europejczyków jest sześćdziesiąt dwa procent mniejsze.
- Już tak wiele? - zdziwiłom się.
- Widzieliście krzywą wzrostu. Po północy mam prawo zaokrąglać w górę.
Bryar przyłapało mnie na sprawdzeniu czasu i uśmiechnęło się.
- Ten pomysł mi się podoba.
- Wiem - odparło Su-Hyeon. - Sami robicie to samo z Czerwonym Kryształem. Po prostu musimy to rozszerzyć. Singapur, Bangkok, Manila, we wszystkich takich miejscach przestraszeni Humaniści albo Mitsubishianie poczują się pewniej, jeśli będą mogli spojrzeć na ulicę i ustalić, którzy z widocznych na niej Masonów są nieszkodliwymi przechodniami. A jeśli wszyscy natychmiast zaczną nosić proste znaki, takie jak opaski Czerwonego Kryształu, będziemy mogli uratować życie tysięcy ludzi. - Ponownie skrzywiłom się boleśnie, gdy Su-Hyeon pokazało moje okropne projekty. - Ale pod warunkiem, że ktoś będzie ich ponaglał. Odkąd autoloty przestały działać, nie możemy niczego wymusić. Triumwiralny Porządek to tylko zaproszenie do swarów, chyba że wy i inne szanowane głosy będziecie się domagać szybkiego działania.
- Poprę tę propozycję jako Anonim - dodałom. - I podkreślę znaczenie pośpiechu dla ratowania ludzkich istnień.
- A biuro Komisarza Generalnego utworzy publiczną bazę danych ze zdjęciami mundurów i wyjaśnieniami znaczenia wszystkich szczegółów.
Bryar skinęło głową.
- Chcecie, żebym to również poparło? A może mam wam pomóc przekonać Viviena?
- Itoanijeitodrugie!
Odwróciłom się z zaskoczeniem, gdy moje "i to, i to" zmieszało się z "ani jedno, ani drugie" Su-Hyeona.
Cenzor potrząsnęło głową.
- Chcemy, żebyście to wprowadzili w życie.
- Słucham? - Bryar zmarszczyło brwi. - Chcecie, żeby Kuzyni produkowali mundury dla wszystkich?
- Nie. Zróbcie własne.
- Mówiliście, że opaski Czerwonego Kryształu dobrze się sprawdzają.
- Czerwony Kryształ to nie to samo, co siły zbrojne Kuzynów.
Kosala znowu się zasępiło.
- Nie mamy sił zbrojnych. Jesteśmy neutralni.
- Jin mówiło, że trudno będzie was przekonać - odparło z westchnieniem cenzor.
Bryar nadal miało zdziwioną minę.
- Pozwalamy członkom innych Pasiek i Bezpasiekowym wstępować do Czerwonego Kryształu, ale...
- Su-Hyeon ma rację! - zawołałom i skrzywiłom się, słysząc stukot spadających po schodach pakietów do badań DNA strąconych przez mój entuzjazm. - Teraz to rozumiem. Macie siły zbrojne. Macie strażników! Uzbrojonych ochroniarzy pilnujących szpitali, magazynów i Centrów Wymiany Broni, a także was samych! Macie strażników osobistych, Bryar.
Zerknęło poza ekran, potwierdzając, że w kątach pokoju kryje się coś więcej niż zasłony o pastelowych kolorach lubianych przez jego baszrodzone.
- Strażnicy to nie armia!
- Macie rację. Niemniej noszą broń i nie są tym samym, co zwyczajni Kuzyni... Och, Su-Hyeon, macie całkowitą rację! - Moja pasja zasłużyła na uśmiech. Uświadomiłom sobie, o czym z pewnością myślało cenzor od chwili, gdy mnie obudziło. - Musicie się zgodzić, Bryar. Jesteście najważniejsi ze wszystkich. Jeśli Kuzyni włożą mundury, żadne inne mocarstwo nie odważy się odmówić, ponieważ wasze siły są najsłodsze, najłagodniejsze, najbardziej pomocne i godne zaufania, a wreszcie najsympatyczniejsze ze wszystkich, jakie kiedykolwiek istniały. Nie noszą żadnej broni poza pistoletami osłabiającymi, a ich jedynym zadaniem jest ochrona tych, którzy rozdają potrzebującym zupę i bandaże. Jeśli każecie tym siłom włożyć mundury, nikt inny - ani MASON, ani Sniper, ani Tullius Mardi - nie ośmieli się wyłamać!
Bryar zastanawiało się przez chwilę z nadal zasępioną miną. Obawiałom się, że wybierając żartobliwe sformułowania, mogłom je obrazić, zamiast poprawić mu humor.
- Być może...
- Niepokoją was edukacjoniści - domyśliło się cenzor.
Gdy tylko usłyszałom to słowo, natychmiast zrozumiałom, o co chodzi. Edukacjoniści senator Cook. W Casablance omal nie doszło do przewrotu. Nastąpiła konfrontacja między żarliwym Cook a wiernym Helo?se, choć toczona tylko na słowa. W następnej próbie może dojść do użycia "sił zbrojnych".
Bryar nie śpieszyło się z odpowiedzią.
- To... Nie, jeśli chodzi o edukacjonistów, to raczej by pomogło. Czy wasza publiczna lista, ta, którą opublikowalibyście razem ze zdjęciami mundurów, wymagałaby, żeby wszystkie Pasieki i frakcje opisały cel, skalę oraz granice aktywności swych oddziałów? Jakie akcje wolno by im było podejmować i przy użyciu jakich metod? Jeśli wszyscy będą musieli publicznie ujawnić granice uprawnień swych sił, będę mogło zdefiniować siły Kuzynów jako czysto obronne i jasno oznajmić, że nie wolno im atakować skonfigurowanych i tak dalej, ogłosić, że tego typu poczynania są nielegalne i będą karane. To by pomogło.
- Zatem zrobicie to? - naciskało Su-Hyeon.
Kolejna chwila namysłu.
- Tak, pod warunkiem, że zażądacie publicznego ujawnienia granic uprawnień wszystkich formacji militarnych.
- Znakomicie! Dziękuję!
Su-Hyeon przerwało połączenie.
Wznowiłom je.
- Hej, Bryar. Przepraszam za to.
- To nie wasza wina - odparło z uśmiechem. - Cieszę się, że mogłom zobaczyć was obu.
- Nawzajem. Su-Hyeon, pożegnacie się z Bryar?
Nie odwróciło się.
- Co? Ach. Cześć. Do zobaczenia. Przepraszam. Matematyka.
Skrzywiłom się lekko, by podziękować Bryar za zbycie śmiechem tej aż nazbyt znajomej reakcji.
- Cieszę się, że jesteście bezpieczne w Bombaju - dodałom. - Bałom się o was, kiedy usłyszałom, że jesteście w Delhi.
Uśmiechnęło się uspokajająco.
- Jestem teraz nad morzem. - Znalezienie łodzi do Casablanki nie powinno być zbyt trudne, kiedy już wynegocjujemy prawo przejścia z mitsubishiańską flotą. Cieszę się, że jesteście bezpieczne z Su-Hyeonem. Martwiłom się o was, kiedy usłyszałom...
Trudno mi było uwierzyć, jak szybko nadeszły łzy.
- Tak.
Bryar wpatrywało się w moje soczewki ze smutkiem i współczuciem, ale nagle wydało mi się to nieszczere. Czekałom. Czy doda coś jeszcze? Kondolencje? Powie, że wie, jak wiele znaczyło dla mnie Mycroft? Że to nie moja wina? Gdyby jego usta zadrżały, wiedziałobym, że również powstrzymuje łzy, ale widziałom tylko to wymuszone współczucie. Nadal przechodzą mnie dreszcze na wspomnienie tych, które przeszły mnie wówczas. Mycroft zawsze mówiło, że myślało, iż Bryar pragnie je "uśpić". Do tej chwili zawsze wydawało mi się to niewiarygodne.
- Muszę się zabrać do pracy nad moim oświadczeniem - oznajmiłom. - Zawiadomię was, jeśli będziemy potrzebowali pomocy, by przekonać Viviena.
- Wprowadziłom zmiany do waszych plików w Programie Usługowców - poinformowało mnie. - Jesteście na stałe przydzieleni do biura cenzora.
- Dziękuję. To mi pomoże. Miło było was zobaczyć, Bryar. Do widzenia.
Przerwałom połączenie.
Cieszy się, że Mycroft nie żyje. Nie chciałom tego pomyśleć. Nie chciałom tego wiedzieć. Wszyscy oni się z tego cieszą.
Bryar wznowiło połączenie.
- Co jest? - zapytałom, zajmując się tak wieloma skrzynkami zadań jednocześnie, że obraz przewodniczącego Kuzynów zajmował tylko wąski pasek soczewek.
- Mówiłom, że jesteście na stałe przydzieleni do biura cenzora.
- Słyszałom. Dziękuję.
- Możecie się zatrzymać w mieszkaniu Viviena albo w urzędzie cenzora. Nie będziecie miało kłopotów z powodu unikania noclegowni.
Wypełnił mnie chłód.
- Dziękuję. To mi pomoże.
Usta miałom otwarte, ale następne pytanie sformułowałom tylko w myślach. Czy chcecie mnie odseparować od...
- Wy i Su-Hyeon będziecie bardzo dokładni, tak? Wszystkie Pasieki i frakcje muszą mieć własne mundury?
Głos Bryar jest najstraszniejszy wtedy, gdy brzmi najsłodziej.
- Tak. Wszystkie. Przyjemnie się z wami rozmawiało. Dziękuję. Cześć.
Przerwałom połączenie.
Kosala spróbowało je wznowić.
Odmówiłom odbioru i zajęłom się robotą.
Bryar powtórzyło próbę, posługując się priorytetem Administracji Programu Usługowców, który usunął wszelkie inne dane z moich soczewek i dodał czerwony znaczek do mojej kroniki probacji.
- Co jest? - warknęłom.
- Nowe, charakterystyczne, łatwe do odróżnienia mundury dla wszystkich frakcji opowiadających się po wszystkich stronach.
Czekało na odpowiedź.
Wierciłom się nerwowo.
- Nie możecie robić wyjątku dla waszej "Armii Żebraków", [Anonimie]. A może uszczęśliwicie mnie niezmiernie i powiecie, że rozwiązaliście ją, bo nie ma już Króla Żebraków?
Zerknęłom na Su-Hyeona, by się upewnić, że całkowicie zatopiło się w obliczeniach i mnie nie słucha.
- Mamy mundury - wyszeptałom.
- Usługowcy mają mundury. Jeśli wojowniczy stronnicy Mycrofta Cannera będą uczestniczyli w walkach w strojach usługowców, skutki dotkną również ich niewinnych współbraci. Wszystkich bez wyjątku.
- Myrmidoni - wymamrotałom.
- Słucham?
- Nadali sobie... - W moim umyśle poniosło się echem słowo "tchórz!". Nie "oni". - My. Nadaliśmy sobie nazwę Myrmidoni.
Palące spojrzenie Bryar sprawiało mi ból.
- Jeśli staniecie do walki w tych strojach, zniszczycie Program Usługowców. Na zawsze. Myślicie, że ludzie znowu wam zaufają po czymś, co będzie wyglądało jak bunt? Cofniecie nas z powrotem do epoki więzień! - Przerwało na moment, bym mogło ujrzeć klaustrofobiczną wizję murów i zmarnowanych lat. - Albo gorzej. Wiecie, jak skończyło Spartakus.
Wykluwały się we mnie ostre słowa, ale wymazały je przypadkowe wspomnienia: hawajski wiatr chłodzący mi język po zbyt pikantnej salsie z guawy, wschodzące słońce wyłaniające się zza ostrego jak brzytwa horyzontu na Zanzibarze, wiatr i słońce na moich spoconych plecach i łzy wdzięczności na policzkach Mycrofta Cannera. Utracić Program Usługowców? Zadrżałom na tę myśl.
- Nie mamy żadnych innych ubrań. Co mielibyśmy robić? Kraść pranie ze sznurków?
- Przekazuję Program Usługowców Czerwonemu Kryształowi. Wszystkim usługowcom wyda się opaski i każde z nich, któremu nie przydzielono specjalnego zadania, będzie musiało zgłosić się do najbliższego centrum. Otrzymają tam dach nad głową, wyżywienie i ochronę. W zamian będą wykonywali bardzo użyteczną pracę, ratując ludzkie życie.
- To... świetny pomysł - przyznałom, odchylając się do tyłu.
Uśmiech Bryar wyglądał szczerze, ale zniknął bardzo szybko.
- Rejestracja w Czerwonym Krysztale będzie obowiązkowa, chyba że postanowię zrobić wyjątek dla waszych bojowników.
- Myrmidonów - poprawiłom ją po raz drugi. - Tak się nazywali żołnierze Achillesa w...
- Znam Iliadę! - warknęło Bryar. - Czy Achilles jest nowym Królem Żebraków?
To mnie zabolało.
- Chyba tak. Tak.
Bryar odetchnęło głęboko. Zapewne również poczuło ból.
- Tak, Myrmidonów. Jeśli pozwolę im stać się niezależną siłą, będą musieli mieć własne mundury, o wyraźnie wojskowym charakterze, by ludzie nie pomyśleli, że usługowcy się zbuntowali, i żeby nikt ich nie pomylił z moim Czerwonym Kryształem.
- Raczej nie możecie... - zaczęłom po chwili wahania.
- Powstrzymać was? - Wciągnęło gwałtownie powietrze. - Pewnie, że mogę. Być może nikt inny na Ziemi nie byłby w tej chwili w stanie tego dokonać, ale ja tak. Wiecie o tym. Mam wasze akta, wasze lokalizatory, wszystkich bez wyjątku, a cały świat jest moim dłużnikiem. Ilu niezdolnym wrócić do domu wygnańcom zapewniam w tej chwili opiekę? Znacie liczby.
Skrzywiłom się. Nie dopuszczałom do siebie świadomości, jak wielu ludzi znalazło się daleko od domu, udając przed sobą, że to tylko abstrakcja, jak kolejne cyfry liczby pi.
- Cztery miliardy pięćset milionów - przyznałom.
To było naprawdę oszołamiające. Prawie połowa ludności świata nocowała na pryczach albo kanapach i ustawiała się w kolejkach do kuchni polowych. A Bryar było do tego przygotowane. Miało szpitale, skarpetki i mydło. To było niewiarygodne osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że zaczęło wszystko planować niespełna dwieście dni temu.
Na twarzy przewodniczącego Kuzynów pojawił się triumf.
- Wszystkie Pasieki mają wobec mnie niepoliczalny dług. I wszystkie mi ufają. Armie również. Moje pistolety osłabiające każdego dnia ratują życie kolejnym ludziom. Gdybym publicznie wezwało do wyłapania zbuntowanych usługowców, gdybym spuściło na was ziemię i pioruny, jak sądzicie, ile zdołaliby osiągnąć w tej wojnie wasi Myrmidoni?
Achilles nie jest jedyną osobą, która myśli o boginiach, gdy widzi rozgniewane Bryar.
- Błagam - wykrztusiłom. - To, co próbujemy zrobić, przyniesie korzyść wszystkim. My wiemy, jak się prowadzi wojnę. Achilles nas wyszkoliło. Wniesiemy we wszystko, co będzie się działo, odrobinę zdrowego rozsądku, dopilnujemy, by przynajmniej jedna ze stron wiedziała coś o morale i granicach wytrzymałości. O tym, kiedy bitwa przeradza się w chaos albo w walkę na wyczerpanie i jak się zorientować, że przegraliśmy. Dzięki nam wojna stanie się lepsza i być może również krótsza. Ona musi skończyć się szybko, nim... - Słowo "zwiastuny" majaczyło w moim umyśle, ale u-język mógłby wzbudzić nieufność Kosali. - Proszę, pozwólcie nam na to! Błagam was, Bryar! Nie jako mojego quasi-rodzica, ale jako architekta pokoju, który nadejdzie później!
- Zatem jako quasi-rodzica całego świata. - Kosala umilkło na chwilę. Nie mogłom odczytać zbyt wiele z jego oblicza, poza strumieniem wzbierających myśli. Moja twarz zapewne wyglądała tak samo. - W takim razie będziecie musieli zaakceptować moje warunki.
- Dziękuję. Dziękuję. - Czułom się głupio. Nie byłom w stanie przywołać innych słów. - Dziękuję.
Twarz Bryar nie zmieniała wyrazu.
- Będziecie nosili pistolety osłabiające, wszyscy, którzy będą je mieli. Musicie też ubierać się w mundury o wyraźnie wojskowym charakterze, nie stroje usługowców, żeby nikt nie pomyślał, że mój program jest kierowany przez wroga.
- Nie, To zły pomysł. Możliwość przemieszczania się niepostrzeżenie bardzo nam pomaga...
- Chcecie stać się wyjątkiem od obowiązku noszenia mundurów, który sami proponujecie wprowadzić? To hipokryzja.
W tym punkcie musiałom się zgodzić z Kosalą. Głębokie bruzdy, jakie miało na czole, nie pozwalały na dalsze wykręty.
- Nie jestem dowódcą - odpowiedziałom. - Ale spróbuję.
- Próby to za mało. Chcecie, bym powstrzymało swą dłoń? Zróbcie to. Wiem, że nie macie zbyt wielu zasobów potrzebnych do produkcji mundurów, ale udało się wam stworzyć wyszkoloną milicję za pomocą kijów i odpadków. Poradzicie sobie.
Pozostało mi jedynie pochylić głowę przed jedyną mocą, która rzeczywiście może zwrócić przeciwko nam cały świat.
- Tak jest.
- I będziecie używali pistoletów osłabiających.
Spróbowałom sobie wyobrazić reakcję Achillesa, ale na tak gęsto pokrytej bliznami żałoby twarzy złość i radość wydawały się równie prawdopodobne.
- Oczywiście. Gdy tylko będzie to możliwe - odpowiedziałom. - Nie pragniemy wypełniać cmentarzy. Ale nie możemy się ograniczać do tej broni. Potrzebujemy noży, małych ładunków wybuchowych i tak dalej. Jak wszystkie armie.
Kosala umilkło na chwilę, próbując wyczytać coś z mojej twarzy.
- Za kogo będziecie walczyć?
Spojrzałom na nie ze zdziwieniem.
- Za wszystkich! - odpowiedziałom i natychmiast poczułom się głupio.
- Chodziło mi o to, po czyjej stronie. - Przeciągnęło się, rozprostowując z trzaskiem ramiona. - Co innego, jeśli nadal pozostajecie usługowcami i wykonujecie zadania zlecone przez członków Pasiek albo Bezpasiekowych, a zupełnie co innego, jeśli jesteście niekontrolowaną armią.
Dziwnie trudno było mi odpowiedzieć na to pytanie. Walczyliśmy dla Achillesa, ale ono właściwie nie jest członkiem naszego nowego niezwykłego świata. Sformułowanie "niekontrolowana armia" nie wpadło mi przedtem do głowy, nie było jednak do końca fałszywe. Przypomniałom sobie ostatnie spotkanie z Achillesem. Ten moment bardzo wyraźnie utrwalił się w mojej pamięci. Zbliżał się koniec zachodu słońca. Niebo miało łososiową barwę. To było na pełnym pniaków wzniesieniu w... gdzieś. Ja siedziałom, a Major stało. Na dole rozciągało się miasto. W powietrzu unosiły się głosy setek, być może tysięcy ptaków. Ich małe, czarne sylwetki pstrzyły wszystkie gałęzie i dachy. Pamiętam, że coś nagle je spłoszyło i wzbiły się do lotu, tworząc wielkie, falujące skupisko, jakby na firmamencie niespodziewanie pojawiła się wielka plama kipiącego oleju. Sylwetka Achillesa rzutowała się dokładnie w jej środku. Wyglądało to tak, jakby ptaki i ono były częścią tego samego, częścią natury, czymś bardziej realnym, bardziej zakorzenionym, ściślej związanym z Ziemią niż reszta ludzkości. Pozostałości z dawnych czasów, nim jeszcze Thomas Carlyle stworzyło nasz niedoskonały, pełen samozadowolenia raj. Coś zapomnianego, co powróciło w chwili potrzeby, by pomóc nam spojrzeć poza splątane sznury marionetek i zobaczyć...
- Coś, za co warto zginąć. - Nie chciałom powiedzieć tych słów na głos, ale zrobiłom to i zauważyłom, że Bryar wzdrygnęło się pod wpływem... Przedżałoby? Czy jest takie słowo? W oczach przewodniczącego Kuzynów pojawił się strach połączony z żalem, nie było to jednak uczucie quasi-rodzica Ziemi, lecz mojego quasi-rodzica. - Achilles chce walczyć za MASONA - odpowiedziałom. - Chce, żebyśmy wszyscy za niego walczyli. Przynajmniej do chwili, gdy równowaga sił między walczącymi stronami zmieni się w takim stopniu, że dojdzie do wniosku, iż walka za MASONA przedłużyłaby wojnę.
Kosala pogrążyło się w milczeniu. Chciałobym wiedzieć, co było jego przyczyną. Czy wątpiło w MASONA? Nie było pewne, czy może powierzyć mroczniejszemu rodzicowi Ziemi mroczniejszą część naszego bractwa niewolnych? A może wątpiło we mnie?
- Czy nie ma wśród usługowców takich, którzy chcieliby walczyć dla kogoś innego? Byłych Humanistów? Byłych Mitsubishian?
- Oni przyłączą się do Czerwonego Kryształu - zapewniłom. - W ten sposób będą mogli pomóc swoim Pasiekom. Nie chcieliby walczyć z resztą nas.
Żywiłom głęboką nadzieję, że Bryar nie zapyta, skąd mam taką pewność. Wtedy musiałobym wytłumaczyć, jak magnetyczny wpływ wywiera Achilles na nas wszystkich. I jak bardzo się go boimy.
- W takim razie Masoni wystawią wam patenty. Jutro wszyscy usługowcy muszą nosić rozpoznawalny mundur Myrmidonów albo Czerwonego Kryształu. Nie będzie żadnych wyjątków.
- Zgoda.
- Poza wami.
- Słucham?
Mój gwałtowny ruch strącił kolejne pakiety, które posypały się na moje ramiona.
Su-Hyeon uniosło nagle wzrok.
- Coś wam dolega, [Anonimie]?
- Nie - skłamałom. - Starałom się powstrzymać kichnięcie.
Kosala zaczekało, aż Su-Hyeon znowu pogrąży się w obliczeniach.
- Jesteście zbyt cenni dla Sojuszu.
Poczułom, że mars na moim czole przybrał dziecinny wygląd.
- Bryar...
- Nie chodzi o to, że jestem nadopiekuńcza. Triumwirat was potrzebuje. Sojusz również. I Ziemia. Nie będziecie uczestniczyć w walce ani wykonywać szalonych misji dla Jeda albo Achillesa. Jeśli zobaczę was w jakimkolwiek innym mundurze niż cenzorska marynarka, nakażę całemu światu aresztować wszystkich Myrmidonów, a Su-Hyeonowi przykuć was kajdankami do biurka. Jasne?
Słowa mnie opuściły, przegnane przez błysk wilgoci w oczach Bryar. Czyżbym się przedtem myliło? To mogło być czyste myślenie życzeniowe, ale znałom Kosalę i znałom kogoś, kto wypełniał ryzykowne zadania dla "Jeda" i dla Achillesa i kogo powinno się przykuć do biurka dla jego bezpieczeństwa.
- Tak - potwierdziłom. - Jasne. Powtórzę to wszystko Majorowi. To znaczy Achillesowi. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, by tak się stało. - To były gorzkie słowa, a marynarka cenzora nadal wydawała mi się czymś pośrednim między zbroją a obrożą. - Wliczając w to dbanie o własne bezpieczeństwo.
- W porządku. Zróbcie tak.
Ponownie pochyliłom głowę. Wszystkie żądania Bryar były sprawiedliwe i mądrzejsze od moich, ale nadal czułom kwaśny posmak, nawet gdy wreszcie się zabrałom - gdy mi w końcu na to pozwoliło - do pisania artykułu. Dlatego że mi groziło? Że po raz pierwszy poczułem, jak to jest, kiedy osoba, która była dla mnie prawie baszrem, która kiedyś dawała mi zupę i przynosiła poduszki, włada znaczną częścią świata. A może po prostu rzadko zdarzało mi się poczuć smak gorzkiej strony doli usługowca, tej, która była bliska statusu niewolnika.
Triumwirowie i ja odwołaliśmy się do swej perswazyjnej magii. Opinia publiczna oglądała ten proces od tyłu. Myślę, że gdybym teraz o tym nie pisało, nasze kłamstwo pozostałoby prawdą na wieki. W rzeczywistości otrzymaliśmy wszystkie obietnice (trzydzieści sześć minut przed terminem), zanim ogłoszono Triumwiralny Porządek, ale powszechnie uznano, że to Romanova zaczęła wszystko, zgłaszając ten surowy plan, szybko zaakceptowany przez cesarza elekta Europy, Helo?se, za zgodą przewodniczącego Kosali, przez gordiański basz mózgowców (zwięźle po angielsku i rozwlekle po niemiecku), wychwalano też Viviena za to, jak konsekwentnie trzymało się języka hiszpańskiego w swym długim i pełnym pasji oświadczeniu wyrażającym zgodę. Mitsubishianie udali obojętność, wysyłając krótkie i opóźnione potwierdzenie, i najwyraźniej nikt nie podejrzewał, że to oni byli... Czy powinnom napisać "wnioskodawcami", czy raczej "organizatorami"? Odpowiedź Utopian była dziwna. Oznajmili, że nie mają armii, tylko cywilną milicję (nikt nie rozumie, na czym miałaby polegać ta różnica), obiecali jednak, że członkowie tej milicji będą nosić łatwo rozpoznawalne znaki, gdy tylko pojawią się publicznie. Pierwsi też wysłali obraz do bazy danych Romanovy - płaszcz oznaczony na plecach i ramionach jasnym delijskim słońcem.
Jako Anonim przypomniałom wszystkim, że zgoda Pasiek znaczy niewiele bez odpowiedzi międzypasiekowych frakcji - Strażników Pasiek i Reformistów. (Edukacjoniści również mają zwolenników w wielu Pasiekach, ale pozycja Anonima nie pozwala mi stawiać fanatyków na równi ze Sniperem i Księciem, a poza tym mają już swoje różnobarwne skarpetki).
Książę jest tak łaskawe, że szybko odpowiedziało na petycję Anonima do Strażników Pasiek i Reformistów, łącząc się ze mną na prywatnej linii.
"Kocham waszą szczerość. Mam nadzieję, że przyniesie dobro".
Tylko osiem słów, a oczyściły mnie jak słońce wysuszające wodę po kąpieli. Ujrzeć Jego obraz w soczewkach, bezpieczny i niezmieniony na tle szarych, kamiennych murów Aleksandrii, to dla mnie uzdrawiający balsam. Ku mojemu zachwytowi towarzyszyło Mu Chagatai. Może ono nie być jednym z Jego czterech aniołów, ale przynajmniej miało w Aleksandrii jakąś osobę należącą do Niego, nie do MASONA.
- Zatem chcecie, by Wasza strona nosiła mundury? - zapytałom.
- Tak. Miejmy jakiś znak, pod którym będą mogli walczyć ci, którzy pragną pomóc mi zmienić ten dobry świat w lepszy. Ten pomysł rozpala we Mnie pragnienie, które czują również Moi przeciwnicy. Każda Pasieka i każde sumienie musi zdecydować, czy wolno nosić jednocześnie nasz znak i pasiekowe godło. Czy potraficie w przybliżeniu oddać te myśli po angielsku tak, by wszyscy byli w stanie je zrozumieć? Skoro nasze Mycroft już nie może tego zrobić?
Nie potrafiłom. Nikt nie zdołałby oddać czystości zawartej w Jego nienaturalnych, niezgrabnych słowach. Niemniej opublikowaliśmy moją nieudolną próbę. Wielu wychwalało Księcia za to, że z takim szacunkiem traktowało tych, którzy głośno domagali się Jego śmierci. Ku mojej wielkiej dumie Książę wybrało projekt zgłoszony przeze mnie. Cztery V biegnące pionowo wzdłuż ramienia tak, że jeśli policzyć przerwy między nimi, razem było ich siedem. Ten znak łatwo dodać za pomocą farby, taśmy albo tuszu, zostawia na górze miejsce na dystynkcje i można go połączyć z dowolnym mundurem (o ile Pasieki na to pozwolą, co na razie nie jest pewne). Podaliśmy to do wiadomości publicznej w porze obiadowej i już po godzinie otrzymaliśmy odpowiedź. Na całym świecie pojawiły się setki Lalek Snipera, noszące na rękawach tarcze strzelnicze z krzyżem nitek w tym samym miejscu, w którym umieściliśmy nasze V. Nie spodziewałom się, że poczuję tak potężną ulgę. Teraz, gdy widzę tarczę strzelniczą noszoną tylko na piersi, już się nie boję. Czuję się szczęśliwe na myśl, jak wysoko cenimy wolność sumienia. Wszyscy poczuli się lepiej. Dostrzegam to w uśmiechach w biurze Papy. Kilku siedzących za biurkami policjantów zaczęło nawet nosić na piersiach tarcze strzelnicze. Chcieli to robić już od dłuższego czasu, ale bali się, gdyż zwolenników Ockhama można było pomylić z bojownikami Snipera.
Nagrody za "najwięcej uratowanych istnień" i "najbardziej odrażającą odpowiedź" przypadają Tulliusowi Mardiemu, za ten sam obrzydliwy tekst opublikowany dziś razem z innymi odpowiedziami - "Praktyczny przewodnik internowania i traktowania jeńców wojennych". Treść odpowiada tytułowi. To podręcznik traktowania wrogów, zawierający rozdziały poświęcone aresztowaniom, kwestiom własności, higienie, morale, planom obozów, dozwolonym rodzajom aktywności, szkołom, porównaniu zalet getta i obozu jenieckiego na pełną skalę. Zamieszczono w nim mnóstwo faktów i diagramów, listę radosnych wskazówek, a także przykłady oparte na badaniach psychologicznych oraz historii wojen światowych. Tullius musiało poświęcić na to wiele lat. Chciałobym powiedzieć, że to wytwór chorego umysłu, ale większość treści stanowią wskazówki typu "Zróbcie X, żeby uniknąć skutków niedożywienia" albo "Zróbcie Y, żeby wasi strażnicy nie zmienili się w nadużywających władzy sadystów". Nienawidzę tego z całego serca, ale taki tekst jest niezbędny. Sydney może go potrzebować już w tym tygodniu. Myślę o ośmiu procentach mieszkańców Buenos Aires, którzy nie są Humanistami, o mniejszościach w Nagoi, Tajpej albo Dubaju, o przerażonych Brillistach w dublińskim Trinity College i o odważnych osobach, które noszą tarcze strzelnicze w cieniu władzy MASONA. Jeśli ci w Ameryce, którzy odważą się pomóc Martinowi, poniosą porażkę, wolałobym, żeby ich zamknięto w obozie, niż zastrzelono. Zakładając, że będą humanitarnie traktowani. Dlatego myślę, że powinniśmy być wdzięczni Tulliusowi Mardiemu. Tekst zawiera też długi rozdział poświęcony "alternatywnym sposobom traktowania przeciwników", opisujący, jak sobie poradzić z wrogo nastawioną mniejszością bez uciekania się do trzymania jej w zamknięciu. Rozdział o przesłuchaniach mówi o traktowaniu z szacunkiem i tłumaczy, dlaczego tortury to bardzo niedobry pomysł dla obu stron. Tullius cytuje Beccarię, Voltaire'a, przedśmiertne notatki Mercer Mardi, a także Anonima.
Najwięcej napięcia budził fakt, że wciąż nie nadchodziła odpowiedź z Aleksandrii. Carmen zapewniało, że MASON się zgodzi, ale gdy nad Ameryką zapadała już noc, niepokój przypomniał mi, z jak wielkim uporem Imperium utrzymuje, że jest starsze niż Pasieki, Sojusz albo triumwirat, i nie dba o żądania tych nowomodnych, ulotnych tworów. Niepokoiłom się myślą, że MASON nie będzie mogło sobie pozwolić na wywołanie wrażenia, że nam ustąpiło. Gdy jednak wracałom do domu wczesnym rankiem, ujrzałom na ulicach Masonów z lewymi rękawami zabarwionymi na czarno. Władza nad życiem i śmiercią, będąca prerogatywą MASONA, rozszerzyła się na tysiące rąk. Żaden inny komunikat nie mógłby być równie oczywisty.
Udało się nam. Mitsubishiańska flota spokojnie czekała w porcie Sydney, a kolory świata się zmieniły. Bardzo przypominało to symulację Apolla, Mycroft kilkakrotnie wyświetlało mi ją na soczewkach. Mundury wyglądają inaczej, ale napięcie jest identyczne. To inny czas, zanadto skupiony, pełen nienazwanej energii, która przyśpiesza mój puls niczym pierwsze ukąszenie jesieni, jakby całe poprzednie życie było jedynie leniwym weekendem.
A nasi Myrmidoni? Moje nieliczne wolne chwile skrzyżowały się z wolnymi chwilami Achillesa dopiero późnym popołudniem, wysłałom mu jednak krótką listę gróźb Bryar i moich ustępstw. Choć przebywało w pełnej wieżowców Aleksandrii, Achilles, gdy mi odpowiedziało, znalazło sposób na to, by być na dworze, gdzie morze i słońce przywróciły mu czystość.
"Kogo zdradzicie tym razem? Bryar i Su-Hyeona? Czy mnie?"
Jego słowa nie były brutalne, a po prostu szczere. Jego greka o śpiewnej wymowie niosła mi radość niby odwilż. Uśmiechnęłom się na widok jego lewego rękawa, świeżo ufarbowanego na czarno, a także na widok innych Myrmidonów, ćwiczących musztrę za jego plecami. Wszyscy mieli czarne rękawy, symbol tego, że są delegatami Śmierci, bardziej oczywisty niż kosa. Życzenie Bryar się spełniło, a cezar zyskało cennego sojusznika. Uśmiechnęłom się. Główną przyczyną tego uśmiechu było jednak spokojne wybaczenie widoczne w oczach Achillesa, przeznaczone specjalnie dla mnie. Nie, nie dla mnie. To był pożegnalny dar dla Mycrofta, które chciałoby, bym je otrzymało, błagało o nie dla mnie, gdybym je o to poprosiło.
- Jestem gotowe zdradzić wszystkich oprócz Księcia - odpowiedziałom jak Mycroft.
Rozdział piąty
OPERACJA "BASKERVILLE"
Napisane 26 września roku 2454 Wydarzenia dziejące się w tej chwili Romanova, odległe zakątki Ziemi
Tę nazwę wybrało Su-Hyeon. To miało być coś w rodzaju żartu, ale okazało się zbyt celne, by jakakolwiek inna nazwa mogła się przyjąć.
Zaczęło się podczas koronacji. To była pierwsza chwila spokoju od wybuchu wojny. Wszyscy zgromadzili się, by zobaczyć brukselski blichtr, więc wreszcie przestaliśmy otrzymywać wiadomości. Na wszystkich frontach zapanowała cisza. Nawet zaprowadziłom Su-Hyeona do łóżka. Ja też powinnom się przespać, ale nie mogłom pozwolić, by mnie to ominęło. Isabel Carlos I, cesarz Europy. Nowe cesarstwo. To nie wydarzyło się od roku 800, chyba żeby liczyć Napoleona, a jego z pewnością również chciałobym zobaczyć.
Pokój się utrzymywał, aż zjawili się wszyscy dygnitarze - czy raczej ich zastępcy. Najwyżsi rangą pechowcy, których przypadek uwięził w Brukseli, zastąpili prezydentów, królowe i ministrów grup narodowych oraz osłabionych konfliktem Pasiek. Brukselę wypełniły orkiestry oraz radosne twarze. Nie potrafiłom uwierzyć, że w naszym wycieńczonym świecie przetrwało tak wiele radosnej energii. Znaczniki czasu potwierdzają, że raporty zaczęły napływać od momentu rozpoczęcia parady, ale niestrudzeni pracownicy siedzący za naszymi biurkami od trzech tygodni ze zrozumiałych względów reagowali powoli, kiedy się okazało, że przerwa trwała tak krótko. Najpierw zwrócili się do mnie, w tej samej chwili, w której moje soczewki zrobiły zbliżenie na karetę wiozącą koronę. Była nowa - trudne zadanie dla jakiegoś śmiałego jubilera, ząbki z fasetowanego złota, cienkie jak ostrza noży słoneczne płomienie róży wiatrów, i dwanaście wielkich szafirów, koloru prawie takiego samego jak flaga Europy. Pytanie było bolesne, ale niepokojący bieg wydarzeń je usprawiedliwiał.
- [Anonimie], czy powinniśmy obudzić Su-Hyeona?
Z pewnością właśnie ja byłom osobą, którą powinno się o to zapytać.
W wyciągu, który do mnie dotarł, znajdowały się cztery raporty. Nim skończyłom je przeglądać, otrzymałom dwa kolejne. Przerażone elektryk w regionie ałtajskim (labiryncie gór i rzek w miejscu, gdzie Syberia styka się z pustyniami leżącymi na południu) informował, że widział "monstrualne wilki" w okolicy miejscowego centrum przekaźnikowego. Na dołączonych obrazach można było zobaczyć granatowe i ciemnoszare sylwetki, pokryte futrem i czymś, co wyglądało na drut kolczasty. Po kilku minutach stacja przekaźnikowa w Shangombo (na południowej granicy Wielkiego Rezerwatu Afrykańskiego) przysłała z przerażeniem obrazy czegoś, co rozpoznałom jako przesadnie duże, ale nieszkodliwe oblicze aksolotla (o długości mierzonej w metrach, a nie w centymetrach), zaglądającego do środka przez świetlik. Z Ittoqqortoormiit na Grenlandii napłynęły wiadomości o morskich potworach, a kilka minut później przysłano stamtąd zdjęcie wielkiej jak czołg ryby trzonopłetwej o szczękach twardszych niż stal, zbliżającej się do magazynu. Notatka z Cambridge Bay (na kanadyjskiej północy) przerodziła stary żart w rzeczywistość. "Tu są smoki". Westchnęłom, myśląc, że strach zmienia zwykłe u-bestie w potwory, ale nagle ryba zaatakowała magazyn i wtargnęła do pomieszczenia ze sprzętem. Następne wiadomości wyglądały podobnie: San Juan Buenaventura (region Meksyku tak odległy, że przetrwały tam języki uto-azteckie), Ruoqiuang (na równinach położonych na północ od Tybetu), Falias i Findias (sztuczne wyspy na Oceanie Arktycznym), Alice Springs (zadrżałom na myśl, ile kilometrów głuszy pełnej jadowitych australijskich form życia dzieli to miasto od pomocy), Crested Butte w stanie Kolorado (w West Elk Mountains, jednej z niezliczonych skalistych okolic Ameryki), Tristan da Cunha (wyspa na południowym Atlantyku), z której przysłano nam tylko jedno słowo: Rá?svi?r. Przerażające imię jedynej w dziejach SI winnej morderstw (czy może powinniśmy teraz mówić "pierwszej"?). Kazałom im obudzić Su-Hyeona.
Kiedy cenzor szukało butów, mnie przypadło w udziale zorganizowanie jakiejś odpowiedzi - zapewne dlatego, że wykończeni do cna gliniarze zza biurek nie czuli się gotowi przynosić światu tak rozpaczliwych wiadomości. Zewsząd dobiegały błagania o pomoc, ale wszyscy ci wieśniacy byli nie tylko odlegli, lecz również nieosiągalni. Przebywali w miejscach, których nawet najbardziej szalony turysta nie chciałby odwiedzić bez wielotygodniowych przygotowań i wyszkolonej ekipy. Jeśli do tych miejsc kiedykolwiek prowadziły drogi, to stulecia, jakie upłynęły od nadejścia Mukty, dawno już zagoiły wszystkie rany na powierzchni Ziemi. Nie mogłom powiedzieć tym ludziom, ile czasu upłynie, nim nadejdzie pomoc. Nie potrafiłom sobie nawet wyobrazić, jak można by ją zorganizować. Nim zjawiło się Su-Hyeon, nadeszły jeszcze gorsze wiadomości. Nie były to jednak wiadomości, jakich się obawiałom.
To nie były pokryte krwią smoki ziejące ogniem na tłumy. Ani płaszcze włączające się do walki, delijskie słońca i debiut nowych świetlistych blasterów, takich jak ten, który nosiłom ukryty w kaburze pod pachą. To nie była Ziemia kontra Troja. To było milczenie. Z kolejnych miejsc napływały wiadomości - kilka zdań, film nakręcony na lokalizatorze - a potem nagle cisza. Nie tylko od informatora, ale z całego miasteczka. Żadnych danych. Żadnych sygnałów z lokalizatorów. Cisza. Całkowita i nieprzenikniona. Małe azyle dla tych, którzy wolą otwarte niebo nad głową od uroków miejskiego życia, znikały jeden po drugim. W moim umyśle zabrzmiały słowa "grobowa cisza". Ogarnęła mnie groza na myśl o nieziemskich mackach, jakie dotarły do tych maleńkich placówek i wciągnęły je z powrotem w pierwotną ciszę natury, która nie zamierzała już dłużej tolerować ludzkich nadużyć. Podrywałom się nerwowo na wszystkie ciche hałasy dobiegające z kątów pomieszczenia.
- Przerwa w dopływie danych? Bierzmy się do roboty.
Su-Hyeon przegnało paranoidalne podejrzenia działaniem i ciepło uścisnęło mój bark. Połączyliśmy się z lokalnymi technikami, którzy udzielali niejasnych odpowiedzi na temat przyczyn nagłej ciszy i obiecywali, że spróbują coś w tej sprawie zrobić. Sprawdziliśmy satelity i otrzymaliśmy trochę obrazów pustych ulic. Tu i ówdzie było widać grzbiet albo skrzydło jakiejś olbrzymiej, poruszającej się bestii. A może to były cienie? Su-Hyeon pośpiesznie tworzyło model, mówiący, jakiego rodzaju osady są celem ataków, i przewidziało następne prawdopodobne cele. Okazało się, że połowa z nich już milczy. Satelity ponownie pokazały puste ulice, ale prawie wszystkie szlaki na Ziemi były wtedy puste. Wszyscy przykleili się do ekranów albo oglądali koronację przez lokalizatory, siedząc na wygodnych krzesłach. W tej właśnie chwili odważne Isabel Carlos szło przez komnatę, w której odbywała się ceremonia - nie krocząc dumnie jak szczęśliwe zdobywca, lecz ostrożnie i z szacunkiem, zbliżając się do oczekującej korony jak pielgrzym zmierzające ku miejscu, gdzie żyło bądź umarło któreś z historycznych bohaterów. Nie mogłom patrzeć dłużej, miałom zbyt wiele roboty. Nie mieliśmy agentów w tak maleńkich osadach, ale kazaliśmy naszym ludziom połączyć się z tyloma miasteczkami, z iloma tylko mogli. Pamiętam, że w ich słowach za każdym razem brzmiało coraz więcej precyzji i przekonania.
Pierwsza rozmowa: Halo, mówi Romanova. Policja Sojuszu, z pilnym ostrzeżeniem od biura cenzora i triumwiratu. Zgodnie z naszymi przewidywaniami wasze miasteczko może w każdej chwili zostać zaatakowane przez nieznane siły, w tym monstrualne stworzenia, zapewne u-bestie... tak, prawdopodobnie utopiańskie... Sądzimy, że najpierw spróbują zniszczyć wasze stacje lokalizatorów i centra łączności...
Trzecia rozmowa: Halo, mówi Romanova. Policja Sojuszu z pilnym ostrzeżeniem od biura cenzora i triumwiratu. Wasze miasteczko może zostać zaatakowane przez siły, w których skład wchodzą wielkie, agresywne u-bestie...
Dziesiąta rozmowa: Ostrzeżenie policji triumwiratu. Zaatakują was utopiańskie potwory.
- Dlaczego są widzialne? - zapytałom wszystkich, Su-Hyeona i siebie, gdy procesor satelity zmienił zamazaną plamę długości trzech metrów w giętką masę tej samej długości, wyposażoną w przypominające kolce nogi skierowane we wszystkie strony. Stworzenie wyglądało jak kwiat dmuchawca przeobrażony w długiego robaka. - Nie muszą być widzialne.
Pamiętam litość na twarzy Su-Hyeona, jakby nie chciało mnie zranić, mówiąc źle o czymś tak cennym.
- Strach - odpowiedziało cicho. - Chodzi im o strach. Nie pozwalają nam widzieć ludzi, Utopian, którzy towarzyszą u-bestiom. Ani miłych, sympatycznych stworzeń. Chcą, żeby ludzie widzieli potwory. Żeby uciekali, mdleli, wpadali w panikę. A przede wszystkim się poddawali. Jesteśmy przygotowani na żołnierzy, nie na piekielne ogary. - Spojrzało z westchnieniem na biurko Papadeliasa, za którym siedziało teraz porucznik zbyt lojalne, by wyrzucić wyczytaną książkę Arthura Conan Doyle'a. - Operacja "Baskerville".
- Muszę iść do łazienki - oznajmiłom.
Czułom wewnętrzny ból, tak silny, że nie potrafiłom tego wytłumaczyć, taki, że chce się chwilę posiedzieć na sedesie, żeby popłakać w samotności. Jednakże światowe media oderwały wreszcie spojrzenia od cesarskiego blichtru Brukseli. Lokalizator przekazał mi pierwsze, niejasne ostrzeżenia z listy zagrożeń Kuzynów oraz nagłówki w tabloidowym stylu, informujące o atakach potworów. Uświadomiliśmy sobie, że zostały nam tylko minuty, nim cała Ziemia poczuje za plecami oddech piekielnych ogarów. Uruchomiłom Hâte Anonyme. Ale nie wiedziałom, co powiedzieć. "Zostańcie w domach"? Co, jeśli mordercze megakomary będą posuwały się naprzód budynek po budynku, zostawiając za sobą tylko wysuszone ciała? To były tylko słowa rozbudzonej nagle wyobraźni, ale jeśli ogląda się kolejne obrazy przedstawiające ostrodziobe gryfy i upiorne meduzoptaki, trudno jest powstrzymać wyobraźnię przed uzupełnianiem zamazanych fragmentów jeszcze straszliwszymi. Pragnęłom powiedzieć: "Wrogiem jest strach. Prawdziwe niebezpieczeństwo to panika", ale Helo?se było już na linii i mówiło to samo, z wielkim przekonaniem, wkładając całe serce w swój nieśmiały uśmiech. Moje serce znajdowało się w zupełnie innym miejscu. Dlaczego mnie nie ostrzeżono? To pytanie pożarło wszystkie inne niczym największa ryba w stawie. Jeśli Utopianie planowali coś tak wielkiego, to czy nie powinni mnie poinformować? Czy nie ufali Majorowi? MASONOWI? Naszemu Sojuszowi? Czy wszyscy oni wiedzieli, ale żadne mi nie zaufało?
Pogrążone w tych posępnych rozmyślaniach odebrałom nagle wiadomość z Ittoqqortoormiit, z łodzi rybackiej, której załoga sprytnie przerobiła sonar i zdołała nadać komunikat o niewyraźnych cieniach, które przechodziły z domu do domu, pozbawiając wszystkich przytomności. Wymyśliliśmy kilka improwizowanych sposobów, które pozwoliłyby nam odpowiedzieć, ale nie otrzymaliśmy już drugiego sygnału. Kuzyni również próbowali, podobnie jak wszystkie firmy mające związek z produkcją lokalizatorów, a wkrótce również rządy Pasiek i przypadkowi ludzie dobrej woli. Technicy odpowiedzialni za lokalizatory byli zbyt zajęci, by mogli nam odpowiedzieć.
- Zapomnijcie o tym - rozkazało Su-Hyeon. - Uruchomcie wszystkich agentów. Wszystkie siły, które możemy przemieścić, muszą dotrzeć do bram utopiańskich dzielnic, zanim zrobią to tłumy albo lokalne oddziały.
Wszyscy zaczęli wysyłać sygnały. Wszyscy oprócz mnie.
Odczekałom kilka oddechów.
- A co nasze siły mają zrobić, gdy już dotrą na miejsce?
Skierowały się na mnie zdumione spojrzenia.
- Powstrzymać zamieszki oczywiście - odpowiedziało któreś z naszych ludzi.
Obrzuciłom je złowrogim spojrzeniem.
- To nie są zamieszki. To pierwszy atak.
Poczułom się jak szczur przynoszący zarazę. Wszyscy gapili się na mnie z przerażeniem, jakby to przeze mnie do ich świata trafiła epidemia. Wszyscy oprócz Su-Hyeona. Jego twarz wyrażała spokój i przygotowanie, coś w niej mówiło nie tylko, że nie jestem temu winne, ale że wbrew naszym obawom to nie jest zapowiedź ostatecznej katastrofy.
- Nasi agenci pomogą nam się zorientować, kto popiera kogo - wyjaśniło. - Macie rację, to pierwszy atak. Jeśli zawarto jakieś sojusze, teraz się o tym przekonamy. Jeśli Utopianie mają sprzymierzeńców, będą ich bronili, a przynajmniej nie będzie ich wśród sił, które rozpoczną szturm. Jeśli inni sprzymierzyli się ze sobą, będą wspólnie atakować bramy Utopian. Władze miast również podejmą pewne kroki, zależnie od tego, czy wiedziały o tej operacji, czy nie. Dzisiaj wreszcie stworzymy mapę...
Nagle zabrzmiał alarm. Łącze satelitarne przestało działać. Potem sześć łącz. Po chwili wszystkie odmówiły posłuszeństwa. Ekrany na biurkach i ścianach zrobiły się puste. Brak sygnału. Mój lokalizator zapiszczał. Brak sygnału. Lokalizator Su-Hyeona również. Brak sygnału. Dziesięć miliardów lokalizatorów od Reykjaviku aż po Esperanza City wydało taki sam dźwięk. Brak sygnału. Na całym świecie zapadła cisza. A może nie? Być może świat mówił dalej, pytając: "Co się stało w Romanovie?". Podobnie jak my przedtem pytaliśmy: "Co się stało w Alice Springs?" albo "Co się stało w Shangombo?". Tak czy inaczej, nie mieliśmy już ekranów. Zostały nam tylko okna. Właśnie przebiegło za nimi trzech Masonów z czarnymi rękawami. Nikt się nie odzywał. Usiedliśmy zrezygnowani, ogarnęło nas rozleniwienie związane ze świadomością porażki. Słyszałom płacz, ale nie odwróciłom się, by sprawdzić kto to. To za bardzo przypominałoby pracę. Wtem, w niemal całkowitym bezruchu, moje oczy dostrzegły jedyny wyjątek: Su-Hyeona. Stało wpatrzone w plan Romanovy widoczny na ekranie przed nim. Przesuwał się po nim strumień lokalnych danych. Szczęka cenzora opadła nieco, a mięśnie się napięły. Nie znieruchomiało jak posąg, widziałom leciutkie drżenia, ruchy łokcia, palców, policzka, graniczące ze spazmami. Uświadomiłom sobie jednak, że to nie są spazmy, tylko matematyka. Obliczenia, galopujący paroksyzm nowych planów. Nagle podbiegło do konsoli i włączyło ekran na ścianie. Instrukcje Su-Hyeona popłynęły po nim. Tekst był szybszy niż mowa.
Corker: Zbierzcie ekipę i zbadajcie sprawę lokalizatorów. Alternatywne rozwiązanie, resetowanie, obejścia.
Kartal: Opracujcie prosty, tymczasowy system sygnałów: flary/światła, radio, semafory, itd.
Jeong: Weźcie 4 ludzi i wejdźcie na najwyżej położony dach na Kapitolu. Zwiad, potem raport.
Bardakçi: Ustawcie barykady, posterunki przy wszystkich wejściach na Forum.
Dragović: Sprawdźcie spis pracowników Kampusu, by znaleźć osoby znające się na urządzeniach komunikacyjnych.
Matsuoka: Odszukajcie schematy, sprawdźcie możliwość stworzenia komunikacji przewodowej.
Bidyadhara: Wyślijcie ekipy na ważniejsze skrzyżowania, żeby były widoczne i odpowiadały na pytania mieszkańców.
Tinker: Znajdźcie głośniki i wyślijcie na główne ulice funkcjonariuszy nawołujących do zachowania spokoju.
Gwon: Weźcie 4 ludzi, sprawdźcie mosty/bramy prowadzące na Transtiber/do u-dzielnicy, złóżcie raport.
Lin: Skontaktujcie się z zarządem portu/sprawdźcie na miejscu, w jakim stanie jest system ostrzegający przed sztormami.
Słowa płynęły błyskawicznym strumieniem. Wszyscy wokół mnie poderwali się do działania. Ponieważ odległość znowu stała się barierą, na ekrany przywołano dane z twardych dysków. Wszystko to dziwnie przypominało film puszczony w zwolnionym tempie. Moje myśli nadal poruszały się ospale. W przybliżeniu jeden oddech po wydaniu każdego rozkazu, coś we mnie myślało: "Och, świetny pomysł...". Mimo to nie mogłom się ruszyć z miejsca. Czy raczej nie przychodziło mi na myśl, że mogłobym się ruszyć albo zrobić cokolwiek, co wpłynęłoby na mijający mnie nieśpiesznie strumień. Ocknęłom się dopiero, gdy usłyszałom własne nazwisko.
[Anonimie], czy nie chcieliście iść do łazienki?
Podniosłom się odruchowo, odwróciłom i ruszyłom w drogę, ale minęłom łazienkę i dopiero gdy znalazłom się na schodach, uświadomiłom sobie, dokąd właściwie muszę pójść. Na dach. Dobre, ostrożne Su-Hyeon wysłałoby ze mną strażników, gdybym powiedziało, że chcę się przejść, ale na dachu znajdę wolne powietrze i samotność. Błękitne niebo, chmury przesłaniające słońce i szybkie, śmiertelnie groźne autoloty. Podeszłom do najbardziej oddalonej krawędzi i wychyliłom się tak daleko, jak tylko pozwalała mi barierka. Już po kilku sekundach zza rogu wyszło pięciu Myrmidonów; zmierzali w moją stronę. Wszyscy mieli czarne rękawy i wiarygodny pretekst pod postacią dwóch taczek wypełnionych workami z piaskiem. Gdy zatrzymali się tuż za rogiem, pomachałom do nich jeszcze gwałtowniej. Naradzili się. Ich język ciała zdradzał wprawnemu oku, które z nich jest sierżantem. Ono właśnie podrapało się po uchu, co jest jedną z naszych subtelnych form oddawania honorów. Odwzajemniłom ten gest. Gdy sobie poszli, policzyłom do dwudziestu, by się upewnić.
- Huxley? - wysyczałom do pustki.
- Jestem tu.
- Chcę widzieć waszą twarz. - Po chwili otworzyła się przypominająca ranę szczelina, wąskie, pionowe cięcie. Rozchylony płaszcz odsłonił szeroki na kilkanaście centymetrów obszar koszuli, rękę na temblaku, czarne jak noc włosy i woalkę.
- Dlaczego?
Nie byłom pewne, o co właściwie pytałom. "Dlaczego to robicie?". "Dlaczego mi nie powiedzieliście?".
- To nie my.
W pierwszej chwili wezbrała we mnie radość (choć przyznaję to z wielką niechęcią), ciasna samolubna radość z tego, że jednak mi ufają. Potem nadeszło przerażenie.
- Lokalizatory, u-bestie...
- To nie są u-bestie.
Zapisane w pamięci slajdy przesuwały się przed moimi oczami z szybkością karabinu maszynowego. Wilki granatowej, metalicznej barwy, olbrzymi aksolotl, przypominająca czołg ryba trzonopłetwa, żadne z tych stworzeń nie było podobne do niczego, co widziałom w u-dzielnicach czy u boku jakiegoś Utopianina. Co więcej, ostrożna Utopia nigdy nie odtworzyłaby - nie mogłaby odtworzyć - czegoś, co nawet przerażeni, uwięzieni w pułapce mieszkańcy Tristan da Cunha mogliby nazwać Rá?svi?rem.
- Fałszywe u-bestie... ktoś chce was wrobić!
Huxley Mojave nie musiało kiwać głową.
- Kłamstwa w wojnie mają równie długą tradycję jak kije i kamienie.
Do mojej pamięci powrócił kryptonim użyty przez Su-Hyeona, sprytny i świetnie przemyślany. Idealny.
- To, jak pomalować zwykłego psa fosforem, żeby wyglądał jak magiczny potwór. Operacja "Baskerville".
Oddech Huxleya przeszedł w łagodny śmiech.
- Kto to robi? - zapytałom.
- Nie wiemy.
- Perry-Kraye?
- Nie wiemy. Zapewne ta sama siła, która kontroluje autoloty.
- Autoloty?
- Zablokowanie ich na skalę całej planety wymaga niewiarygodnie wielkiej mocy. Sieci energetyczne tysiąca miast nie wystarczyłyby, żeby tego dokonać, ale setki milionów silników na antymaterię z pewnością tak.
Skinęłom głową z oszołomioną miną.
- Czy zaatakują nas tutaj? Te potwory? - Rozejrzałom się po Forum.
Gdy spojrzałom na północny zachód, na drugą stronę doliny, zauważyłom lekkie migotanie, jak od upału, przesuwające się wzdłuż szczytu Eskwilinu i Wiminału. Panika podpowiadała mi, że to pożar, potwory albo jedno i drugie.
- Nie. Gdyby fatalna moc przebudziła się tutaj, nasi strażnicy użyliby już ognia bagien albo wróżek.
Potrzebowałom chwili, by ogarnąć te słowa.
- W takim razie co tak migocze?
- Romanova.
Mój milczący lokalizator nadal mógł zrobić zbliżenie. Rzeczywiście to były powiewające na wietrze flagi, płachty gęste jak stado ptaków. Ciągnęły się nieprzerwaną linią, jakby rozwieszono je na dachach wszystkich budynków na Wiminale. Spojrzałom w lewo i tam, na szczycie Kwirynału, również ciągnął się ich nieprzerwany pas. Mitsubishiańska biel i szkarłat z niewielkimi plamkami zieleni, tu i ówdzie przerywane jasnym lazurem Kuzynów albo jaskrawymi pierścieniami Humanistów. Przesunąłem wzrok w dół. Ku bliżej położonym stokom i dolinie Forum. Tam flagi były bardziej urozmaicone. Czerwień i złoto Brillistów, szarość i purpura Masonów, kolory Pasiek mieszały się z niezmierzoną tęczą licznych grup narodowych Europy. Morze flag. Tym właśnie - zgodnie z przewidywaniami Su-Hyeona - stała się cała Romanova, najbardziej różnorodne i najcenniejsze z miast Mei, nasza krucha, położona na wyspie stolica wzniesiona na siedmiu wzgórzach. Wszystko to było w ruchu. Na najbliższych dachach Eskwilinu dostrzegłom drużyny spoglądających w dół Masonów. Wszyscy mieli czarne rękawy, a w rękach trzymali... moje serce opuściło jedno uderzenie... Prawdziwe karabiny? Jeszcze bliżej, na szczycie Wiminału, zobaczyłom mitsubishiańskich żołnierzy w ich pięknych, ciemnozielonych kurtkach. Było ich wielu i zmierzali w naszą stronę. Odwróciłom się na zachód, Ale Kapitol zasłaniał mi widok na rzekę i na barwne utopiańskie wieżowce na położonym za nią Janikulum.
Spojrzałom na Huxleya.
- Musicie udowodnić, że to nie wy! Wszyscy będą was winić, za ataki i za lokalizatory. Wszyscy uznają, że zaatakowaliście pierwsi!
- Bo zaatakowaliśmy - odpowiedziało szeptem cichym jak głos ducha.
Przełknęłom "ale", które miałom już na ustach. Nie mogłom zaprzeczyć jego słowom. Nawet jeśli nie liczyć tego, co zrobiło Apollo trzynaście lat temu, Utopia zabrała zwiastuny. Podczas rozejmu olimpijskiego. Ale to jeszcze nie znaczyło, że to, co dzieje się teraz, jest sprawiedliwe. Miałom ochotę coś kopnąć: Madame, Apolla, Perry'ego, Homera, Troję. Nie powinno się oskarżać Utopian. Nie o coś, czego nie zrobili. Nadzieja lepiła się do mnie niczym pajęczyna.
- Z pewnością macie jakieś odrębne środki komunikacji, tak samo jak wasze autoloty.
- Mamy.
- Pozwólcie mi z nich skorzystać. Może jeszcze uda mi się przekonać ludzi.
- Je również uciszono.
Otworzyłom usta, ale nic nie powiedziałom. Nawet Utopię uciszono? Poczułom się tak, jakby magia i gwiezdny pył zniknęły nagle w mrocznej otchłani. Nieznani wrogowie byli przerażająco skrupulatni. Przerażająco zwłaszcza dla mnie. W moim umyśle pojawiła się twarz Viviena, uosabiająca myśl, że udowodnienie niewinności Utopii byłoby nie tylko straszliwie trudne, lecz również całkowicie bezużyteczne. Gdzie są teraz wasze przechwałki, Anonimie? - oskarżyłom samo siebie. Cóż może zdziałać pióro, przez dziewięć pokoleń wychwalane jako potężniejsze od wszelkich mieczy, wobec nieskończonego milczenia świata? Strach i wyobraźnia podpowiadały mi, co się obecnie wydarzy. Ludzie niosący te przywołane gniewem flagi pomaszerują na Forum i zastrzelą tego nic nieznaczącego usługowca. To będzie koniec naszej bezimiennej dynastii. O rozpacz było łatwo. Mogłaby zawładnąć mną całkowicie, gdybym stało na jakimś innym dachu, to jednak była Romanova. Tu nasze łuki triumfalne były echem dawnych triumfów, które połączyły Anglię z Egiptem, mając do dyspozycji wyłącznie trakty i konie. Nasza skrwawiona Rostra jest echem starszej krwi. Cycero to zrobiło. Posługując się tylko głosem i kruchym papirusem, zaniosło ogień prawdy tak daleko, jak tylko mógł tego dokonać język. Podobnie Voltaire - nasze prototyp, Zerowy Anonim - dzięki papierowi ze szmat i ręcznej prasie drukarskiej. Nie potrzebowało sieci lokalizatorów, by zmienić opinię całego świata.
- Musi być jakiś sposób - wyszeptałom. - Lasery, sygnały dymne, blaszane puszki zawieszone na sznurkach, tajne ścieżki, przewody elektryczne. Znajdziemy rozwiązanie, może nie natychmiast, ale z czasem, dzięki pracy i cierpliwości.
Huxley skinęło głową.
- Musimy przywrócić wam połączenie z Obcym.
Natychmiast poczułom wzbierający w gardle kwas wymiotów. Książę bez lokalizatora, bez Helo?se, Dominica, Martina, bez słów, bez oczu, beze mnie. Samo. Eksplodowała we mnie furia. Nienawidzę Cię! Jak mogłoś być tak okrutnym Gospodarzem dla takiego Gościa?! (Przeklinanie własnego Stwórcy stało się czymś innym - aktem bardziej niebezpiecznym, lecz zarazem pełnym godności - odkąd mam pewność, że owo Stwórca naprawdę istnieje).
Moich włosów dotknął ciepły wiatr niosący zwierzęcą woń. Po chwili pojawiło się pięć kolejnych szczelin w pustce, zwróconych w stronę Huxleya. Ci Utopianie nie stali na dachu, lecz unosili się nieco nad nim - jeźdźcy dosiadający niewidocznych wierzchowców. Pojawiły się ręce, które oddały honory, niedbale, niemal lekceważąco. Jeden albo dwa wyciągnięte palce dotknęły lekko czół. "Cywilna milicja", w rzeczy samej.
- Czy potrzebujecie eskorty do barbakanu? - zapytało jedno z nich.
Huxley odwzajemniło saluty, bardziej zdecydowanym gestem wykonanym całą, otwartą dłonią, niemal jak prawdziwe żołnierz.
- Huxley Mojave. Na misji.
Ta odpowiedź zmieniła postawę pozostałych i przyśpieszyła ich oddechy, podobnie jak szczęk klucza w zamku dodaje energii czekającemu więźniowi.
- Potrzebujecie drużyny? Mamy paradopplera, panoptesa i nieugiętego.
Nie rozumiałom u-języka, ale sama zmiana postawy mówiła bardzo wiele. Spotkanie z przypadkowym towarzyszem nagle zmieniło się w rozmowę z kimś o kluczowym znaczeniu, być może zwierzchnikiem, o ile w utopiańskiej milicji istniało coś takiego jak stopnie.
- Dziękuję - odparło Huxley. - Potrzebuję, ale do strzeżenia, nie do obserwacji. Poinformujcie Janikulum o mojej misji oraz miejscu zakotwiczenia i wyślijcie taką pomoc, jaką będziecie mogli zorganizować. To wystarczy.
- Zrobimy to. Zostańcie z życiem.
Po tym pożegnalnym błogosławieństwie Utopianie zniknęli. Poczułom powiew skrzydeł potężnych stworzeń zrywających się do lotu. Spojrzałom na Huxleya z zasępioną miną.
- Jesteście ranni. Straż Cenzora dba o moje bezpieczeństwo. Jeśli chcecie odejść...
- Nie. - Nie słyszałom, by Huxley przemawiało tak twardym tonem, od czasu, gdy przekazało rozgniewanym Siedmiu wiadomość o nałożeniu więzów pokoju na zwiastuny. - Musimy przywrócić wam połączenie z Obcym.
Uśmiechnęłom się z wdzięcznością.
- Najpierw musimy przekonać triumwirów o waszej niewinności. Wiem, że Su-Hyeon mi uwierzy. Carmen Guildbreaker nie będzie chciało uwierzyć, że odrzuciliście sojusz z MASONEM, a Jin będzie wiedziało, że mówię szczerze. Jeśli triumwirowie wam uwierzą, cały świat z czasem pójdzie za ich przykładem.
Huxley zwróciło się ku zachodowi, szukając wzrokiem towarzyszy. Skraj pola widzenia jego woalki objął krawędź morza migotliwych flag.
- Z czasem.