Być może gwiazdy. Cykl Terra Ignota. Tom 4 - Ada Palmer

-
Proszę czekać

Rozdział szósty. Morze flag

Roz­dział szó­sty

MORZE FLAG

Napi­sane 26-27 wrze­śnia roku 2454 Wyda­rze­nia z 26-27 wrze­śnia Roma­nova

12:47 - Na Awen­ty­nie są konie. To pierw­szy obraz, jaki nam przy­słali zwia­dowcy pro­wa­dzący obser­wa­cje z dachów Kapi­tolu. Zama­zana plama koni okrą­ża­ją­cych szczyt poło­żo­nego naj­da­lej na połu­dnie z sied­miu wzgórz Roma­novy. W pierw­szej chwili pomy­śle­li­śmy, że to Uto­pia­nie, ale nie widzie­li­śmy na ekra­nach skrzy­deł, łusek ani rogów, byli tylko jeźdźcy na koniach. Kawa­le­ria? Czyż­by­śmy rze­czy­wi­ście wró­cili do cza­sów kon­nych armii?

Będę robiło te notatki w każ­dej wol­nej chwili, bo kto wie, kiedy następna wia­do­mość przy­nie­siona przez zdy­sza­nego kuriera będzie brzmiała: "Ucie­kaj­cie!". Na razie nie widzimy dymu ani ognia. W zasięgu naszego wzroku nie ma wro­gich wojsk. Wszyst­kie siły uczest­ni­czące w kon­flik­cie są lokalne. Flagi się prze­miesz­czają. Dostrze­gamy grupy masze­ru­jące po widocz­nych dro­gach albo zbo­czach. Nie­któ­rych na­dal nie ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy, ale roz­po­zna­jemy Euro­pej­czy­ków gro­ma­dzą­cych się na Placu Zerwa­nia Wię­zów, Maso­nów na Placu Sema­fo­ro­wym, a na Wimi­nale na pół­noc od nas zebrały się wiel­kie tłumy Mit­su­bi­shian w ciem­nych mun­du­rach. Powie­wają nad nimi szkar­łatno-zie­lone flagi z trój­li­ściem. Inni zmie­rzają w stronę mostów, sied­miu kru­chych arte­rii łączą­cych dwie połowy naszego mia­sta. Na Moście Bar­tona i Moście Couber­tina na połu­dnie od nas jest już gęsto od tarcz strzel­ni­czych Olim­pij­czy­ków, Huma­ni­stów i Straż­ni­ków Pasiek, ale poło­żony naj­bli­żej Most Kovács, pro­wa­dzący do szpi­tala jego imie­nia na wyspie Tiber­nov, pokry­wają Czer­wone Krysz­tały i Kuzyni z pisto­le­tami osła­bia­ją­cymi. Mam nadzieję, że to dobrze. Nad jed­nym z pół­nocnych mostów chyba panują Masoni z czar­nymi ręka­wami, nad Mostem Juany II powiewa wielka cho­rą­giew z tar­czą strzel­ni­czą, ale na Moście Uta­rutu dzieje się coś, co chcia­ło­bym móc nazwać bija­tyką. Nie możemy stąd zoba­czyć, co się dzieje w Dziel­nicy Uto­piań­skiej, poło­żo­nej na Jani­ku­lum po dru­giej stro­nie rzeki, gdzie praw­do­po­do­bień­stwo aktów prze­mocy jest naj­więk­sze, widzimy jed­nak szczyt wzgó­rza i niebo nad nim. Unosi się tam coś, co wygląda jak chmary jaskra­wych motyli, chyba że zrobi się zbli­że­nie i zoba­czy kolce oraz pazury. Nie mamy jed­nak poję­cia, co się dzieje na ziemi.

13:03 - Ekipa naukow­ców, którą kie­ruje Cor­ker, mówi nam, że sys­tem loka­li­za­to­rów nie tylko wyłą­czono, lecz także poja­wił się potężny sygnał zakłó­ca­jący, który zagłu­sza wszystko. To zła wia­do­mość, jed­nak z dru­giej strony rów­nież dobra, bo źró­dło takiego sygnału można namie­rzyć (zwłasz­cza że, jak powie­działo Hux­ley, ener­gia potrzebna do jego wysy­ła­nia musi być ogromna). Przy­naj­mniej dowie­dzie­li­śmy się, że zro­biono to celowo. Jakaś grupa uci­szyła świat. Ekipa, którą kie­ruje Dra­go­vić, wyru­szyła na kam­pus, w poszu­ki­wa­niu eks­per­tów, któ­rzy pomo­gliby nam sobie z tym pora­dzić, a przy­naj­mniej to zro­zu­mieć.

13:31 - Uto­pia jest nie­winna; Su-Hyeon mi wie­rzy.

14:05 - Bardakçi infor­muje, że szes­na­stu pobi­tych Huma­ni­stów i Euro­pej­czy­ków (nie­no­szą­cych V ani tarcz strzel­ni­czych) zja­wiło się pod naszą bary­kadą na pół­noc­nym końcu Forum. Zapewne powin­nom nazwać ich "uchodź­cami". Oglą­dali koro­na­cję w barze na Wimi­nale, ale wycią­gnęli ich stam­tąd (dwójka z nich twier­dzi, że także obra­bo­wali) mit­su­bi­shiań­scy żoł­nie­rze. Mit­su­bi­shia­nie aresz­to­wali/porwali/zabrali szóstkę ich towa­rzy­szy - czwórkę Huma­ni­stów noszą­cych tar­cze strzel­ni­cze i dwójkę kana­dyj­skich Euro­pej­czy­ków w mun­du­rach. Miej­sce ich pobytu jest nie­znane. Mówią, że widzieli też Maso­nów i innych, pro­wa­dzo­nych gdzieś przez mit­su­bi­shiań­skich żoł­nie­rzy. Jedno twier­dzi, że zauwa­żyło kara­bin. Coś zgorzk­nia­łego we mnie wyobra­ziło sobie Tul­liusa Mar­diego mówią­cego "witaj­cie", ale nie sądzę, by nawet ono mogło się cie­szyć, że jego plan budowy obo­zów inter­no­wa­nia wpro­wa­dzono w życie.

14:32 - Wybuch nad Eskwi­li­nem, zde­rze­nie nisko lecą­cego auto­lotu z czymś więk­szym i skrzy­dla­tym. Pożar naj­wy­raź­niej się nie sze­rzy.

14:47 - Dobra robota, Car­lyle Foster-Kraye. Straż Kon­klawe jest do naszej dys­po­zy­cji. To zwięk­szyło liczeb­ność naszych sił nie­mal dwu­krot­nie, popra­wia­jąc bez­pie­czeń­stwo Forum. Lepiej, żeby wisiało na sznu­ro­wa­dle niż na wło­sku.

15:12 - Nowe obrazy z Kapi­tolu. Obej­rza­łom całą serię, nie­ru­chome zdję­cia wyko­nane w kil­ku­mi­nu­to­wych odstę­pach. Flagi w mie­ście nie tylko się prze­miesz­czają, lecz także zmie­niają z upły­wem czasu. Nie­które jaskrawe plamy zni­kają, ustę­pu­jąc miej­sca innym, jak kwiaty roz­kwi­ta­jące kolejno na wio­snę. Nie, raczej jak kwiaty, które się wyrywa. Precz z jaskrami i łąko­wymi kwia­tami. Niech tuli­pany - albo cokol­wiek innego - zostaną same. Poło­żony na pół­noc od nas Wimi­nał zdo­mi­no­wały barwy Mit­su­bi­shi, nad kolej­nymi kwar­ta­łami powie­wają wyłącz­nie trój­li­ście tej Pasieki. Nad spo­rym obsza­rem na pół­nocny zachód od nas, w oko­li­cach kam­pusu, widzi się wyłącz­nie szaro-pur­pu­rowe flagi Maso­nów i gdzie­nie­gdzie Czer­wone Krysz­tały. Nad Eskwi­li­nem inne flagi rów­nież zni­kają, pozo­sta­wia­jąc tylko cyr­kiel i węgiel­nicę. Mam nadzieję, że usuwa się jedy­nie flagi. Na połu­dniu, za rzeką, widzimy feerię tęczo­wych kolo­rów, kręgi i tar­cze strzel­ni­cze Huma­ni­stów, a także tro­chę cho­rą­gwi grup naro­do­wych i odro­binę innych. A na Awen­ty­nie na­dal widzi się konie.

15:17 - Jin Im-Jin mi wie­rzy.

15:20 - Race wystrze­lone w por­cie przez ekipę, którą kie­ruje Lin. Sys­tem ostrze­ga­jący przed sztor­mami jest w porządku. Pró­bo­wali prze­ka­zać coś jesz­cze, ale wdały się zakłó­ce­nia. Napły­wają nowi uchodźcy, ale nie jest ich zbyt wielu. Jeong i Mat­su­oka prze­cią­gnęli kabel łączący nas ze zwia­dow­cami na Kapi­tolu i mamy z nimi natych­mia­stową łącz­ność. Powie­dzieli, że kabla wystar­czy na jesz­cze jedno połą­cze­nie - z Pala­ty­nem albo połu­dniowo-zachod­nią bramą Forum - ale nie na wię­cej. Dodali też, że mia­sta zbu­do­wane przed nasta­niem ery bez­prze­wo­do­wej łącz­no­ści będą w lep­szej sytu­acji niż Roma­nova, bo w daw­nych murach jest mnó­stwo sta­rych prze­wo­dów. Przy­pusz­czal­nie we wszyst­kich mia­stach na Ziemi sytu­acja wygląda tak samo.

15:39 - Nasi Myr­mi­doni przy­pro­wa­dzili do Szpi­tala imie­nia Kovács jede­na­stu ran­nych Uto­pian oraz kilka uszko­dzo­nych u-bestii. Nie wszyst­kie umieją latać. Ludzie mówią, że mię­dzy kam­pu­sem a rzeką tłumy prze­szu­kują zaułki, szu­ka­jąc nie­wi­dzial­nych postaci za pomocą węży ogro­do­wych i farby w aero­zolu. Ludzie mówią, że na Polu Fran­klina zapa­lono ogień i ku niebu bucha słup czar­nego dymu ze skrzy­deł, płetw oraz pokry­tych pió­rami bądź futrem ciał. Mam nadzieję, że to były raczej roboty niż zwie­rzęta. Ludzie mówią, że Uto­pia wszystko zapla­no­wała, wojnę, auto­loty, ataki potwo­rów, wyłą­cze­nie loka­li­za­to­rów.

15:55 - Car­men mi wie­rzy. Trium­wi­rat wyda oświad­cze­nie. I co ty na to, ope­ra­cjo "Baske­rville"?

16:16 - Zaraza. Nie, wojna i zaraza mogą być bli­skimi towa­rzy­szami, ale to nie może się wyda­rzyć tak szybko. Nie w natu­ralny spo­sób. To na pewno broń bio­lo­giczna. Odkryła ją ekipa, którą kie­ruje Moon. Na gra­nicy kam­pusu, na pół­noc od nas, wybu­chły zamieszki. Ludzie ucie­kali w panice, nisz­cząc wszystko po dro­dze, inni zaś prze­wra­cali wózki uliczne, by wznieść bary­kady. Widzie­li­śmy to tylko z daleka, ale jest kil­ka­na­ście ofiar. Nie zgi­nęły, ale leżą na ziemi, pró­bu­jąc się czoł­gać niczym robaki, jak powie­działo jedno z naszych agen­tów. Na szczę­ście punkt zero znaj­do­wał się bli­sko Placu Sema­fo­ro­wego, więc Masoni z czar­nymi ręka­wami sku­tecz­nie oto­czyli kor­do­nem całą oko­licę.

16:40 - W tej chwili nie dzieje się nic szcze­gól­nego, więc zapewne powin­nom opi­sać topo­gra­fię oko­licy (choć to jest kopia Rzymu i czuję się dziw­nie, opi­su­jąc tak dobrze znane mia­sto). Rzeka Tiber­nov prze­cina je na kształt litery S, zatem wschod­nia i zachod­nia połowa przy­le­gają do sie­bie jak yin i yang, a wyspa, na któ­rej wznie­siono Szpi­tal Kovács, znaj­duje się pra­wie w samym środku, nie­da­leko od nas. Główną czę­ścią mia­sta jest pół­nocno-wschod­nia połowa (część yin, że tak powiem). W niej sku­pia się Sie­dem Wzgórz, domi­nu­ją­cych nad niżej poło­żo­nymi obsza­rami niczym wycią­ga­jące się ku niebu palce dłoni trzy­ma­ją­cej jakiś przed­miot. Dolina Forum prze­cina tę otwartą dłoń niby bli­zna bie­gnąca ze wschodu na zachód. Gmach Senatu, Rostra, sądy, biuro cen­zora, Kon­klawe Sen­se­istów, amba­sady Pasiek i inne ważne ośrodki Soju­szu sku­piają się w tej doli­nie. Dla­tego bez zwia­dow­ców nie widzie­li­by­śmy zbyt wiele poza sto­kami wzgórz ota­cza­ją­cych nas na podo­bień­stwo muru. Wzgó­rza Rzymu są bar­dziej strome, niż zapewne sobie wyobra­ża­cie. Przy­po­mi­nają nie­mal pła­sko­wyże. Sta­ro­żytni osad­nicy wybrali to miej­sce dla­tego, że zapew­niało ochronę przed wil­kami i innymi zagro­że­niami. Gdy budow­ni­czo­wie Agrippy MASONA zbu­do­wali ich kopie, wypeł­nili je win­dami i innymi uła­twia­ją­cymi życie urzą­dze­niami, ale uczy­nili je rów­nie stro­mymi. Dla­tego przy­po­mi­nały teraz for­tece. Naj­bliż­szymi nam wzgó­rzami są Kapi­tol, poło­żony na zacho­dzie, mię­dzy nami a rzeką (samotny jak kciuk), oraz Pala­tyn, two­rzący połu­dniową ścianę naszej doliny - oba pokryte waż­nymi budyn­kami Soju­szu. Są tam też małe miesz­ka­nia dla woka­to­rów z Forum, jak miesz­ka­nie Viviena, w któ­rym się zatrzy­ma­łom. Mie­li­śmy wystar­cza­jąco wiele bary­kad i ludzi, by przy­naj­mniej na razie utrzy­mać kon­trolę nad doliną Forum. Te dwa wzgó­rza rów­nież nale­żały do nas. Na wschod­nim końcu doliny, za Kolo­seum, znaj­duje się Celius, na któ­rym zawsze prze­wagę mieli Bril­li­ści. Mam nadzieję, że przy­ja­zne poste­runki, które wysta­wiono tam już jakiś czas temu, nie zmie­nią się nagle we wro­gie. Na wzgó­rzu na­dal widać różne flagi. Dalej na pół­nocy sku­piają się pozo­stałe palce. Na pół­noc­nym wscho­dzie wznosi się wielki Eskwi­lin, na któ­rym prze­trwały wyłącz­nie cho­rą­gwie Maso­nów, a pro­sto na pół­noc od niego Wimi­nał i Kwi­ry­nał, któ­rych stoki prze­cho­dzą powoli w bez­kre­sne mit­su­bi­shiań­skie morze. Nad rzeką można też zna­leźć inne nisko poło­żone tereny doliny o mie­sza­nej popu­la­cji oraz sławny Roma­no­vań­ski Kam­pus Kwi­ry­nalny. Prze­ra­żeni stu­denci z pew­no­ścią prze­kli­nają nas za to, że popsu­li­śmy im zbli­ża­jący się dzień wyboru. Daleko na połu­dnie, ukryty za Pala­tynem, pię­trzy się samotny Awen­tyn, ze swą zło­wiesz­czą, nie­wy­raźną kawa­le­rią. To jest wschod­nia strona rzeki, skom­pli­ko­wane yin naszego yin i yang. Mniej­sze zachod­nie yang, Trans­ti­ber­nov (trans-Tiber-nov(a), tzn. "zano­wo­ty­brze") jest prost­sze. Jego pół­nocny ogon sta­nowi dłu­gie wzgó­rze Jani­ku­lum, co godzina zmie­niane przez uto­piań­skie mury w tysiąc nowych cudów, a jego masywną głową, poło­żoną na połu­dniu, jest Dziel­nica Teatralna ze swym sław­nym życiem noc­nym. Rzą­dzą tam barwy Straż­ni­ków Pasiek i Huma­ni­stów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

STRONY W OBEC­NEJ CHWILI

(NOTATKA DO SIE­BIE: Ta strona nie sor­tuje się tak dobrze, jak tego chcia­łom. Muszę popra­wić póź­niej - 9A)

Potwier­dzeni Refor­mi­ści (zwo­len­nicy prze­bu­dowy świata przez Księ­cia)

1. Jeho­vah Epi­cu­rus Dona­tien D'Aro­uet Mason (nie­sa­mo­dzielne)

Książę. Także roma­no­vań­skie Try­bun, Por­fi­ro­ge­neta, czło­nek Naczel­nej Rady Kuzy­nów (czy pozba­wiono Je sta­no­wi­ska w Pasiece Huma­ni­stów?), następca (domnie­mane? zatwier­dzone?) tronu Hisz­pa­nii, Książę Korony Europy, pień powsta­ją­cego baszu mózgow­ców Gor­dian, Obcy, głów­no­do­wo­dzący Refor­mi­stów, tzn. wszyst­kich, któ­rzy opo­wie­dzieli się po Jego stro­nie, gdy wypo­wie­działo wojnę całemu światu

2. Joyce Faust D'Aro­uet (Czar­no­pra­wowcy)

Wkrótce kró­lowa Hisz­pa­nii i cesa­rzowa Europy, matka Księ­cia. Wycho­wy­wała też Gany­mede'a, Danaë, Helo?se, Domi­nica itd.

3. Czy to naprawdę wszy­scy?

Potwier­dzeni Straż­nicy Pasiek (prze­ciw­nicy prze­bu­dowy świata przez Księ­cia)

1. Ojiro Car­di­gan Sni­per (Huma­ni­ści)

Trzy­na­ste prze­wod­ni­czący baszu skry­to­bój­ców, zwa­nego OS

2. Lesley Juni­per Sni­per Saneer (Huma­ni­ści)

Baszro­dzone Sni­pera i rów­nież (byłe?) skry­to­bójca

3. Aesop Har­ri­man (Huma­ni­ści)

Roma­no­vań­skie sena­tor, Trium­fa­tor Olim­piady

4. Cała masa ludzi w róż­nych miej­scach

Praw­do­po­dob­nie Refor­mi­ści

1. Domi­nic Sene­schal (Czar­no­pra­wowcy)

Peł­niące obo­wiązki dyrek­tor naczelny Mit­su­bi­shi, baszro­dzone/pies Księ­cia

2. "Mar­tin" Mycroft Guild­bre­aker (Masoni)

Mini­ster Por­fi­ro­ge­nety (tzn. Księ­cia)

3. Helo?se (Kuzyni)

Czło­nek Rady Kuzy­nów, baszro­dzone i narze­czona/zakon­nica Księ­cia

4. Gibral­tar Cha­ga­tai (Czar­no­pra­wowcy)

Osoba pro­wa­dząca gospo­dar­stwo domowe Księ­cia

5. Cor­nel Mason (Masoni)

Cesarz Maso­nów, prawny adop­to­wany ojciec Księ­cia

6. Xia­oliu Guild­bre­aker (Masoni)

Masoń­skie Fami­lia­ris Regni, mał­żo­nek Mar­tina

7. Achil­les Mojave (Czar­no­pra­wowcy)

Dowódca Myr­mi­do­nów (zmi­li­ta­ry­zo­wa­nych usłu­gow­ców)

8. Patro­klos Celu­jący (nie doty­czy)

Oży­wiony pla­sti­kowy żoł­nie­rzyk, na­dal pod­da­wany testom na Księ­życu

9. Felix Faust (Gor­dia­nie)

Rek­tor Insty­tutu Psy­cho­tak­so­no­mii Brilla, rodzone Madame, jedno z quasi-baszrów Księ­cia

10. Car­lyle Foster-Kraye de la Trémo?lle (Czar­no­pra­wowcy, daw­niej Kuzyni)

Doradca Kon­klawe Sen­se­istów

11. Hux­ley Mojave (Uto­pia­nie)

Straż­nik Mycro­fta, ma jakiś sto­pień woj­skowy? Poli­cyjny?

12. Mushi Mojave (Uto­pia­nie)

Ento­mo­log, jaki jest jego ofi­cjalny tytuł - amba­sa­dor?

Praw­do­po­dob­nie Straż­nicy Pasiek

1. Ockham Pro­spero Saneer (Huma­ni­ści)

Dwu­na­ste prze­wod­ni­czący baszu skry­to­bój­ców OS, w wię­zie­niu Soju­szu

2. Eureka Weeks­bo­oth (Huma­ni­ści)

Kar­te­zjań­skie skon­fi­gu­ro­wany, czło­nek baszu skry­to­bój­ców OS, ukrywa się

3. Thisbe Ottila Saneer (Huma­ni­ści)

Twórca ście­żek węcho­wych, czło­nek baszu OS, gdzieś się czai

4. Syd­ney Koons (Huma­ni­ści)

Kar­te­zjań­skie skon­fi­gu­ro­wany, czło­nek baszu OS, w wię­zie­niu Soju­szu

5. Kat i Robin Typer (Huma­ni­ści)

Człon­ko­wie baszu skry­to­bój­ców OS, zapewne jedno na­dal w wię­zie­niu?

6. Tul­lius Mardi (Sza­ro­pra­wowcy)

Pod­że­gacz wojenne, jedyne oca­lałe z serii mor­derstw Mycro­fta, wycho­wane na Księ­życu

7. Gany­mede Jean-Louis de la Trémo?lle (Huma­ni­ści)

Byłe pre­zy­dent Huma­ni­stów, baszro­dzone Księ­cia. Bliź­nia­cze rodzone Danaë, w wię­zie­niu?

8. Vivien Ance­let (Huma­ni­ści)

Pre­zy­dent Huma­ni­stów, byłe cen­zor, Siódme Ano­nim, mał­żo­nek Bryar, baszro Su-Hyeona, jedno z quasi-baszrów Księ­cia

9. Julia Doria-Pam­phili (Euro­pej­czycy)

Na­dal!! głowa Kon­klawe Sen­se­istów, prze­śla­dowca Sni­pera (obec­nie nosi tar­czę strzel­ni­czą Straż­ni­ków Pasiek)

Neu­tralni lub praw­do­po­dob­nie neu­tralni

1. Bryar Kosala (Kuzyni)

Prze­wod­ni­czący Kuzy­nów, mał­żo­nek Viviena Ance­leta, baszro Su-Hyeona, jedno z quasi-baszrów Księ­cia, pra­cuje z Czer­wo­nym Krysz­ta­łem

2. Ektor Car­lyle Papa­de­lias (Euro­pej­czycy)

Komi­sarz gene­ralny poli­cji roma­no­vań­skiej (sta­no­wi­sko wymaga od niego neu­tral­no­ści)

3. Jin Im-Jin (Gor­dia­nie)

Mówca senatu roma­no­vań­skiego (sta­no­wi­sko wymaga od niego neu­tral­no­ści)

4. Char­le­ma­gne Guild­bre­aker Senior (Masoni)

Roma­no­vań­skie sena­tor, badzia­dek Mar­tina (MASON roz­ka­zało mu zacho­wać neu­tral­ność, dopóki będzie pra­co­wało dla Roma­novy)

5. Jung Su-Hyeon Ance­let Kosala (Sza­ro­pra­wowcy)

Następca Viviena na sta­no­wi­sku roma­no­vań­skiego cen­zora, badziecko Viviena i Bryar, moje w przy­bli­że­niu quasi-baszro­dzone/przy­ja­ciel (sta­no­wi­sko wymaga od niego neu­tral­no­ści)

6. Ja (usłu­gowcy)

Następca Viviena jako Dzie­wiąte Ano­nim. Następca Mycro­fta jako kro­ni­karz, pra­cow­nik biura cen­zora, w przy­bli­że­niu quasi-baszro­dzone/przy­ja­ciel Su-Hyeona

7. Cato Weeks­bo­oth (Uto­pia­nie)

Sza­lone popu­la­ry­za­tor nauki, byłe czło­nek baszu skry­to­bój­ców OS, na wol­no­ści!

Nie­pewni, czy opo­wia­dają się po któ­rejś ze stron, czy wolą zacho­wać neu­tral­ność

1. Isa­bel Car­los II z Hisz­pa­nii (Euro­pej­czycy)

Król Hisz­pa­nii, cesarz-elekt Europy, bio­lo­giczny ojciec Księ­cia

2. Hotaka And? Mit­su­bi­shi (Mit­su­bi­shianie)

Byłe dyrek­tor naczelny Mit­su­bi­shi, jedno z quasi-baszrów Księ­cia, w wię­zie­niu?

3. Dyrek­to­riat Naczelny Mit­su­bi­shi

(plus Domi­nic jako p.o. dyrek­tor naczelny i przy­wódca bloku And?)

a. Jyothi Ban­dy­opa­dhyay dyrek­tor Gre­en­pe­ace (na­dal) b. Lu Bia­oji zajęło miej­sce Lu Yonga, blok szan­ghaj­ski c. Ma Yimin zajęło miej­sce Wang Baobao, młod­sze przed­sta­wi­ciel bloku szan­ghaj­skiego d. Chen Cheng­guo, alias Lao Chen zastą­piło Wang Laojinga, blok pekiń­ski e. Kim Gyeong-Ju zastą­piło Kim Yeong-Uka, blok kore­ań­ski f. Hajime Yoshida zastą­piło Kunie Kimurę, młod­sze przed­sta­wi­ciel bloku japoń­skiego g. Ouy­ang Fan zastą­piło Huang Enlaia, blok Dong­bei h. Andro­meda Ng alias Wu Anmei zastą­piło Chen Zhon­grena, blok Wenzhou

4. Danaë Marie-Anne de la Trémo?lle Mit­su­bi­shi (Mit­su­bi­shianie)

Bliź­nia­cze rodzone Gany­mede'a, baszro­dzone Księ­cia, mał­żo­nek And?

5. "Pół­skon­fi­gu­ro­wane" adop­to­wane dzieci baszu Mit­shu­bi­shi

a. Toshi Mit­su­bi­shi (Sza­ro­pra­wowcy) na­dal ofi­cjal­nie pra­cow­nik biura cen­zora? b. Masami (Mit­su­bi­shia­nie) dzien­ni­karz w gaze­cie Czarna Sakura c. Hiro­aki (Kuzyni) byłe/na­dal? pra­cow­nik KBIZ d. Sora (Huma­ni­ści) sekre­tarz pre­tora Huma­ni­stów e. Ran (Huma­ni­ści) wyrzu­cone przez Gany­mede'a, na­dal bez pracy? f. Michi (nie­sa­mo­dzielne, skła­nia się ku Euro­pej­czy­kom) stu­dent na Kam­pu­sie Amster­dam­skim g. Jun (nie­sa­mo­dzielne, praw­do­po­dob­nie Bril­li­ści) stu­dent w Insty­tu­cie Brilla w Ingol­stadt

6. Casi­mir Perry alias Merion Kraye (Euro­pej­czycy)

Byłe pre­mier Europy, przy­wódca spi­sku prze­ciwko Madame, poje­bane, żądne zemsty masowe mor­derca

7. Sze­re­gowy Przy­kuc­nięty (nie doty­czy)

Oży­wiony pla­sti­kowy żoł­nie­rzyk, dezer­ter, na­dal z Per­rym-Kraye'em?

8. Lore­lei "Cookie" Cook (Kuzyni)

Roma­no­vań­skie Mini­ster Oświaty, przy­wódca frak­cji edu­ka­cjo­ni­stów (anty­skon­fi­gu­ro­wa­nych), naj­waż­niej­sze prze­ciw­nik Bryar wśród człon­ków Rady Kuzy­nów

9. Castel Nate­kari (Czar­no­pra­wowcy)

Roma­no­vań­skie Try­bun, zbie­racz plo­tek w Hob­be­stown

10. Bo Chow­dhury (Bia­ło­pra­wowcy)

Zastępca komi­sa­rza gene­ral­nego, cał­ko­wi­cie sko­rum­po­wane

In memo­riam

1. Mycroft Can­ner (Usłu­gowcy)

Ósme Ano­nim, poprzed­nie kro­ni­karz, moje przy­ja­ciel

2. Brid­ger (nie­sa­mo­dzielne)

ist­niało naprawdę

3. Apollo Mojave (Uto­pia­nie)

tytuł?

4. W prak­tyce cały rząd Europy

5. Mia­sto Atlan­tyda

6. Pokój.

Rozdział pierwszy. Światowa wojna domowa

Roz­dział pierw­szy

ŚWIA­TOWA WOJNA DOMOWA

Napi­sane 15 wrze­śnia roku 2454 Roma­nova

Ta wojna musi trwać krótko. Wszy­scy to sobie powta­rzamy. Uto­pia­nie kupili nam sześć mie­sięcy, nim zacznie się praw­dziwe pie­kło. Czas, gdy nikt nie ma bomb jądro­wych, superza­raz­ków, broni ste­ro­wa­nych kom­pu­te­rowo albo ich innych, rów­nie apo­ka­lip­tycz­nych odpo­wied­ni­ków, wspól­nie okre­śla­nych sło­wem "zwia­stuny". W ciągu tych sze­ściu mie­sięcy nie możemy znisz­czyć świata. Dla osią­gnię­cia tego celu poświę­cili swą nie­śmier­tel­ność, wyrze­kli się zdy­stan­so­wa­nej neu­tral­no­ści, która do tej pory strze­gła Uto­pii, jedy­nej Pasieki, nie­po­no­szą­cej winy za dzia­ła­jący od stu­leci sys­tem skry­to­bój­czych zama­chów, znany jako OS, ani nie ucier­piała z jego powodu. Nie, tu cho­dzi o coś waż­niej­szego. O zdy­stan­so­waną neu­tral­ność pły­nącą z dosłow­nego oddzie­le­nia się od świata. Sto­lice pozo­sta­łych Pasiek znaj­dują się na Ziemi, ich sto­lica leży nato­miast na odle­głym, spo­koj­nym Księ­życu. Mogli po pro­stu prze­cze­kać wojnę. Nawet jeśli Luna City nie pomie­ści wszyst­kich, pozo­stali mogli się ukryć w odle­głych, nie­go­ścin­nych zakąt­kach Ziemi. Kosmiczna tech­no­lo­gia pozwo­li­łaby im tam prze­trwać. Być może jest czczym fan­ta­zjo­wa­niem wyobra­ża­nie sobie, że mogą posia­dać tak zaawan­so­waną tech­no­lo­gię, ale nie jest myśle­niem powie­dze­nie, że wyłącz­nie oni byliby w sta­nie zapew­nić, że prze­żyje wystar­cza­jąco wielu z nich, by mogli stwo­rzyć lep­szy świat, który ma powstać z popio­łów naszego. Teraz nikt już nie wie, czy wojna oszczę­dzi kogo­kol­wiek z nie­licz­nej, obcej mniej­szo­ści, która zaata­ko­wała pierw­sza pod­czas przed­olim­pij­skiego rozejmu i w ten spo­sób uczy­niła z sie­bie kozła ofiar­nego jesz­cze bar­dziej oczy­wi­stego niż OS. Apollo było gotowe znisz­czyć ten świat, żeby ura­to­wać lep­szy, ale więk­szość Uto­pian była innego zda­nia i zagło­so­wała za nara­że­niem na ryzyko Wiel­kiego Pro­jektu, by na sześć mie­sięcy nało­żyć więzy pokoju na nasze zwia­stuny. Ta wojna musi trwać krótko. Wystar­cza­jąco krótko, by wyko­rzy­stać ich poświę­ce­nie i nie pozwo­lić, by kije, mie­cze i kara­biny w naszych rękach zmie­niły się w Wielki Czer­wony Guzik.

Jak jed­nak mogłaby się skoń­czyć po zale­d­wie sze­ściu mie­sią­cach? To jest świa­towa wojna domowa. Linie podziału bie­gną przez wszyst­kie mia­sta, wszyst­kie ulice. Nikt nie ma rodzin­nej ziemi, na którą mógłby się wyco­fać, nie ist­nieją "nasza strona" i "wasza strona", które mogłyby zawrzeć ze sobą rozejm. Jeśli histo­ria uczy nas cze­goś o woj­nach świa­to­wych i woj­nach domo­wych, to z pew­no­ścią tego, że dają one począ­tek powszech­nym, wie­lo­stron­nym wen­de­tom. Wojna Kościo­łów potrze­bo­wała pięt­na­stu lat, by wyma­zać z powierzchni Ziemi pań­stwa naro­dowe, a choć kłó­tliwi histo­rycy mogą się spie­rać o to, czy pierw­sza wojna świa­towa skoń­czyła się w roku 1945 czy 1989, trwała wystar­cza­jąco długo, by Orwell mógł sobie wyobra­zić, jak zwarte w nie­roz­strzy­gal­nej kon­fron­ta­cji dys­to­pie mogłyby naprawdę osią­gnąć wieczną wojnę. Spoj­rzę jesz­cze dalej w prze­szłość. Wojna Dwóch Róż, Wal­czące Kró­le­stwa Chin, wojna stu­let­nia, nie­koń­czące się rewo­lu­cje po roku 1789, a nawet star­cie mię­dzy Ate­nami a Spartą - wszystko to były kon­flikty trwa­jące dzie­się­cio­le­cia, nie mie­siące. Opty­mizm pod­po­wia­dał, że po pro­stu nie sły­sza­łom o licz­nych w histo­rii małych woj­nach, ale ta wojna nie będzie mała. Zdrowy roz­są­dek i pobla­dła twarz Su-Hyeona, gdy codzien­nie wycho­dzi z biura cen­zora, są jedy­nymi wyrocz­niami, jakich potrze­buję.

Mycroft przed­sta­wi­łoby wszystko, co się dzieje, jako mniej­sze. Albo więk­sze. Jedno i dru­gie. Uczy­ni­łoby opi­sy­wane wyda­rze­nia małymi jak wojny mró­wek, ruchy bie­rek na sza­chow­nicy, teatrzyk mario­ne­tek gra­ją­cych wyzna­czone im role, pod­czas gdy wiel­kość nale­ża­łaby do Auto­rów, Opatrz­no­ści i Wiel­kiej Roz­mowy, w którą wie­rzyło z tak nie­za­chwianą pew­no­ścią. Mnie jej brak. Przez więk­szość czasu wie­rzę. Gor­li­wość Mycro­fta oraz jego bystra i prze­ko­nu­jąca inte­li­gen­cja nauczyły mnie wiary, gdy dzia­ła­li­śmy w ukry­ciu i spa­li­śmy na pię­tro­wych łóż­kach. Na­dal jed­nak tar­gają mną wąt­pli­wo­ści. Jadłom przy­smaki stwo­rzone przez Brid­gera, czu­łom woń mózgu i krwi w chwili zmar­twych­wsta­nia Księ­cia i widzia­łom, jak Achil­les rzuca oszcze­pem, ale czu­łom też smak księ­ży­co­wego pyłu i widzia­łom, jak tęczowe smoki, stwo­rzone tylko ludz­kimi rękami, wzbiły się do lotu nad oszo­ło­mio­nym, pogrą­żo­nym w żalu forum. Widzia­łom, jak Mycroft leciał. Ludzie stwo­rzyli rze­czy, które uzna­ło­bym za nie­moż­liwe bez udziału Brid­gera. Gdy nadej­ście snu się opóź­nia, moja scep­tyczna wyobraź­nia two­rzy alter­na­tywne wyja­śnie­nia cudów, Planu i Inge­ren­cji. Moja dawna jaźń uzna­łaby tę współ­cze­sną za sza­leńca. Co, jeśli Achil­les, Boo i Patro­klos Celu­jący są po pro­stu u-bestiami? Co, jeśli sami to wszystko stwo­rzyliśmy?

Jed­nego zawsze jestem pewne: to moje zwąt­pie­nie jest sza­leń­stwem, nie moja wiara. Rodzi się ono z para­noi. To tak, jak­by­śmy poznali jakąś nie­wia­ry­god­nie zdu­mie­wa­jącą osobę, która wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom uznaje nas za dro­giego przy­ja­ciela, uśmie­cha się do nas godzi­nami, latami, ale my znamy zgni­li­znę i porażkę, które nas wypeł­niają, i nie potra­fimy uwie­rzyć, że te uśmie­chy, uśmie­chy tej osoby, mogą naprawdę być prze­zna­czone dla nas. Nie potra­fię uwie­rzyć, że ta wojna jest szla­chet­niej­sza, niżby się zda­wało. Że my jeste­śmy szla­chet­niejsi. Oskar­żam nas wszyst­kich, oskar­żam Tul­liusa Mar­diego, Perry'ego-Kraye'a, Joyce Faust, sie­bie, wyobra­żam sobie, że jeste­śmy nie­udol­nymi auto­rami nad­cho­dzą­cej kata­strofy. Coś upar­tego, co kryje się w naj­czar­niej­szych głę­biach mojego umy­słu, nie chce uwie­rzyć, że zasłu­gu­jemy na to, by stać się kimś wię­cej. Ale jeste­śmy kimś wię­cej. Wiem o tym. Jeste­śmy instru­men­tami budu­ją­cymi drogę od ścian jaskini ku gwiaz­dom. To my zbu­do­wa­li­śmy ten świat i zbu­du­jemy inne, lep­sze. Jeste­śmy wia­do­mo­ścią, która poło­żyła kres dosłow­nie nie­skoń­czo­nej samot­no­ści Istoty tak Dobrej, Praw­do­mów­nej i Rze­czy­wi­stej jak Ta, Która Odwie­dziła Nas w Ciele Nazwa­nym przez Nas Jeho­vah Maso­nem. Kie­dyś łatwiej było mi to zro­zu­mieć. Gdy Mycroft było tłu­ma­czem, znaj­do­wa­łom wiel­kość w każ­dej ludz­kiej syla­bie, ale pod jego nie­obec­ność logika, dowody i doświad­cze­nie nie potra­fią prze­bić się przez zasłonę wąt­pli­wo­ści, spo­wi­ja­jącą mnie w mrocz­nych godzi­nach. Tylko jedno może tego doko­nać: Ono nas Kocha. Tego się trzy­mam. Istota Lep­sza i Łaskaw­sza niż Nasz Stwórca się­gnęła ku nam z innego wszech­świata przez nie­prze­nik­nioną ciem­ność i dotknęła nas Swą nie­skoń­czoną Miło­ścią. Kiedy w to wie­rzę, na­dal potra­fię wyobra­zić sobie nas mię­dzy gwiaz­dami.

Rozdział drugi. Bitwa o Cielo de Pájaros

Roz­dział drugi

BITWA O CIELO DE PÁJAROS

Napi­sane 15-17 wrze­śnia roku 2454 Wyda­rze­nia z 7 wrze­śnia Roma­nova

Nie mia­łom zamiaru opi­sy­wać swych doświad­czeń z dru­giego dnia wojny, były bowiem pełne cha­osu, uświa­do­mi­łom sobie jed­nak, że ów chaos był pierw­szym ata­kiem - nie ata­kiem uczest­ni­czą­cych w woj­nie frak­cji - Refor­mi­stów na Straż­ni­ków Pasiek, najem­ców na mit­su­bi­shiań­skich wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści, Pasiek poszko­do­wa­nych przez OS na te, które z niego korzy­stały, ani edu­ka­cjo­ni­stycz­nych fana­ty­ków na ludzi, któ­rych aku­rat tego dnia uwa­żali za "skon­fi­gu­ro­wa­nych". To był atak cha­osu na ład, wojny na Zie­mię. Zaczął się kilka godzin po Cere­mo­nii Zamknię­cia Igrzysk Olim­pij­skich, ale wtedy nic nie było dla mnie rze­czy­wi­ste poza ata­kiem na Atlan­tydę i tym, co znisz­czył. Tymi, któ­rzy w nim zgi­nęli. W czar­nych godzi­nach przed świ­tem żałoba ska­pi­tu­lo­wała wresz­cie przed snem, wkrótce jed­nak obu­dził mnie głos Księ­cia, dobie­ga­jący z loka­li­za­tora w moim uchu.

- Ludz­kość potrze­buje rady Ano­nima.

Usły­szaw­szy kla­rowny, pozba­wiony emo­cji głos Jeho­vah Masona, pode­rwa­łom się odru­chowo, nie z poczu­cia obo­wiązku, lecz dla­tego, że każde słowo, jakie od niego sły­sza­łom, było praw­dziwe i ważne. Jego słowa nie są dobrze prze­my­ślane, jak w przy­padku Viviena, czy roz­sądne, jak słowa Bryar. Są nie­skom­pli­ko­waną, jasną prawdą, jak to, że dwa plus dwa równa się cztery, coś, co ist­nieje, nie może jed­no­cze­śnie nie ist­nieć, a cier­pie­nie jest złe. Jeśli powie­działo, że ludz­kość cze­goś potrze­buje, miało na myśli całą ludz­kość, od kro­ma­nioń­czy­ków aż po Marsa. Uru­cho­mi­łom soczewki, nim jesz­cze do końca zare­je­stro­wa­łom róż­nicę mię­dzy czu­wa­niem a snem.

Prze­kaz natych­miast prze­niósł mój wzrok do Chile. Był tam dzień, a nad lśnią­cymi szkla­nymi dachami Cielo de Pájaros uno­siły się smugi dymu - fio­le­towe, kora­lowe i ciem­no­szare. W innych prze­ka­zach ujrza­łom ogień oraz ludzi. To były tylko przy­pad­kowe urywki. W jed­nym dwójka Huma­ni­stów w bar­wach Zło­tej Dru­żyny ciskała przed­mio­tami, które eks­plo­do­wały dziw­nie mono­chro­ma­tycz­nym poma­rań­czo­wym pło­mie­niem; w dru­gim gro­mada ludzi kryła się w jed­nym z kwiet­nych rowów mię­dzy sze­re­gami szkla­nych dachów. W jesz­cze innym ekipa Straż­ni­ków strze­lała z ogłu­sza­czy. Nie­któ­rzy w zaata­ko­wa­nych gru­pach nosili nie­bie­skie mun­dury poli­cji Soju­szu Roma­no­vań­skiego, inni zaś kuzy­now­skie suk­nie. Zapewne byli to inspek­to­rzy, mający zapo­biec nie­wła­ści­wemu wyko­rzy­sta­niu domu i kom­pu­te­rów baszu Saneer-Weeks­bo­oth, które w tej chwili znaj­do­wały się w rękach Soju­szu. Nie­któ­rzy Kuzyni poma­gali jed­nak Huma­ni­stom. Nie miało to dla mnie sensu, dopóki nie zna­la­złom kanału, któ­rego opro­gra­mo­wa­nie pod­kre­ślało godło Straż­ni­ków Pasiek - tar­czę strzel­ni­czą Sni­pera - widoczne na pier­siach wszyst­kich ata­ku­ją­cych. Napast­nicy pró­bo­wali prze­jąć kon­trolę nad auto­lo­tami. Nie mogli posu­wać się naprzód po ziemi, ponie­waż tarasy Mia­sta Wido­ko­wego czy­niły każdy kwietny rów for­tecą, a każdą bie­gnącą po pod­wyż­sze­niu drogę zie­mią niczyją. Dla­tego ata­ku­jący robili pod­kopy i wcho­dzili do domów przez drzwi do piw­nic - takie jak drzwi Thisbe. W ten spo­sób posu­wali się w górę - rów po rowie, jeden za dru­gim. Wypa­try­wa­łom śla­dów oporu miesz­kań­ców - roz­wa­lo­nych drzwi albo przy­pa­lo­nej trawy - ale Straż­nicy Pasiek naj­wy­raź­niej nie spo­tkali się z wro­go­ścią z ich strony. Nic w tym dziw­nego. Huma­ni­ści sta­no­wili sie­dem­dzie­siąt jeden pro­cent miesz­kań­ców Cielo de Pájaros.

Nagły roz­błysk. Obraz się zachwiał, ludzie pochy­lili się, osła­nia­jąc głowy, a szklane dachy wokół nich roz­pry­sły się i ule­ciały w górę niczym dro­binki kurzu poru­szone odde­chem. Na nie­bie coś się poja­wiło. W dół sypały się odłamki i paję­czy­nowe smugi dymu, w górę zaś wzbiła się kolumna kłę­bią­cego się cha­otycz­nie dymu. Jakby wybuchł wul­kan, tyle że tu nie było żad­nego wul­kanu. Spró­buj­cie sobie wyobra­zić Wezu­wiu­sza zama­sko­wa­nego przez gry­fią skórę, tak że widzi­cie tylko dym i ogień uno­szące się ku chmu­rom. Ujrza­łom roz­ma­zu­jące się syl­wetki auto­lo­tów. Powłoka scho­dziła z nich jak zdej­mo­wana łyżką piana z cap­puc­cino. Obraz prze­su­nął się w górę i zoba­czy­łom, że szczyt stożka wznosi się coraz wyżej, puchaty i ogromny. Przez mój umysł prze­mknęło słowo "grzyb". Poczu­łom się jak idiota: zde­rze­nie auto­lo­tów. Czy­tamy o reak­to­rach pokła­do­wych, o tym, że nawet mia­sta nie poże­rają ener­gii tak szybko jak sil­niki, mogące nas w kilka sekund zanieść z jed­nego końca mia­sta na drugi, ale nie możemy sobie pozwo­lić na myśle­nie o znaj­du­ją­cej się tuż obok anty­ma­te­rii. Gdy­by­śmy o niej pomy­śleli, mogli­by­śmy już ni­gdy nie wsiąść do auto­lotu. Sys­temy zabez­pie­cza­jące skie­ro­wały ku górze moc wybu­chu - ener­gia potęż­niej­sza od tej, która karmi Słońce ogrze­wa­jące Zie­mię, uwol­niona w jed­nym miej­scu, ale skie­ro­wana ku górze, dzięki zdol­no­ści prze­wi­dy­wa­nia łaska­wych inży­nie­rów, któ­rzy w tej chwili wydali się bar­dziej podobni bogom niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Do powierzchni dotarła fala ude­rze­niowa i poja­wiła się też czarna plama - pozo­sta­łość po spa­lo­nym dachu i obró­co­nym w parę auto­lo­cie. Przez chmury popiołu prze­my­kały kolejne auto­loty - za dużo, zbyt bli­sko sie­bie, jak rój sza­rań­czy ota­cza­jący mia­sto zwartą powłoką. Zro­zu­mia­łom, dla­czego nie mogli­śmy po pro­stu zalać Cielo de Pájaros siłami poko­jo­wymi, by bro­nić sys­temu, któ­rego potrze­bo­wała cała Zie­mia. Czy to było przy­pad­kowe zde­rze­nie? Dwa auto­loty po pro­stu za bar­dzo zbli­żyły się do sie­bie? Czy może wykal­ku­lo­wane ostrze­że­nie tego, kto kie­ro­wał ich ruchami? A może ktoś odważny pró­bo­wał zmu­sić auto­lot do lądo­wa­nia, by pomóc bro­nić serce pom­pu­jące życio­dajny ruch przez nasz roz­le­gły świat? Kamery znowu skie­ro­wały się w dół, poka­zu­jąc kolejne strzały, grupy posu­wa­jące się naprzód przez zaro­śnięte kwia­tami rowy, coraz bli­żej cen­tral­nego baszo­bu­dynku o klu­czo­wym zna­cze­niu. Zro­zu­mia­łom, dla­czego Zie­mia potrze­buje Ano­nima. Na kra­wę­dzi moich socze­wek mru­gało wezwa­nie na kon­fe­ren­cję! Przy­łą­czy­łom się do niej.

"Maître!" To słowo zro­zu­mia­łom, ale nie stru­mień gorącz­ko­wej fran­cusz­czy­zny, który nastą­pił po nim. Nie włą­czy­łom obrazu, ale nawet bez widoku twa­rzy w sza­lo­nym gło­sie Domi­nica sły­szało się namięt­ność sil­niej­szą niż strach. Bła­ga­nie?

- Nie wsia­daj­cie do auto­lotu, Domi­nicu! Sły­szy­cie mnie?! Nie wsia­daj­cie do auto­lotu!

To był głos Mar­tina, prze­ry­wany empa­tycz­nym dysze­niem.

- Nie waż­cie się roz­ka­zy­wać swemu prze­orowi!

Po angiel­sku głos Domi­nica brzmiał jesz­cze gwał­tow­niej niż po fran­cu­sku.

- Nie dotrze­cie ad Domi­nium nostrum, jeśli zgi­nie­cie, roz­bi­je­cie się albo znik­nie­cie! - Pod wpły­wem emo­cji do słów Mar­tina wkra­dały się łaciń­skie frazy. - Nie wiemy, kto odpo­wiada za znik­nię­cia. - Każdy auto­lot na Ziemi może się roz­bić w dowol­nej chwili!

Prze­cho­dze­nie na fran­cu­ski, by wyklu­czyć Mar­tina z roz­mowy, zawsze było ulu­bioną tak­tyką Domi­nica.

Kiedy mówiło do mil­czą­cego Księ­cia, przej­rza­łom insta­hi­sto­rię ofe­ro­waną przez wia­do­mo­ści. Auto­loty się zbun­to­wały. Tak opi­sy­wali to ludzie, jakby były one sojusz­ni­kiem, który nas zdra­dził. Wsia­dali do nich jak zwy­kle i star­to­wali, ale nie­któ­rzy już nie lądo­wali. Nie było żad­nych infor­ma­cji o wypad­kach, żad­nych słu­pów dymu. Ich loka­li­za­tory po pro­stu mil­kły pod­czas lotu, a o nich samych wię­cej nie sły­szano. O pierw­szych znik­nię­ciach donie­siono dwie godziny po zakoń­cze­niu Cere­mo­nii Zamknię­cia Igrzysk, ale pod­czas zamie­sza­nia po ataku na Atlan­tydę potrzeba było wię­cej czasu, by infor­ma­cje się roze­szły. W tych godzi­nach znik­nęły tysiące Huma­ni­stów. Nie­wy­klu­czone, że zagi­nęły dzie­siątki tysięcy i mogli wśród nich być rów­nież człon­ko­wie innych Pasiek. Vivien (muszę się przy­zwy­czaić do nazy­wa­nia go pre­zy­den­tem Huma­ni­stów Ance­le­tem) zażą­dało, by siły Soju­szu pil­nu­jące kom­pu­te­rów Saneer-Weeks­bo­othów pozwo­liły poli­cji jego Pasieki zba­dać, co się stało z kom­pu­te­rami sys­temu. Co gor­sza, posłu­żyło się gwał­tow­nymi, peł­nymi szo­wi­ni­zmu sło­wami. Lesley Saneer wezwało do uży­cia prze­mocy, a Cielo de Pájaros go posłu­chało.

"Non." Spo­kój Jeho­vah Masona spra­wił, że na moment poczu­łom się lepiej, ale zaraz sobie przy­po­mnia­łom, że zacho­wa­łoby spo­kój, nawet gdyby cały świat pło­nął. "Je te l'inter­dis."

(Kon­tekst pozwo­lił mi domy­ślić się zna­cze­nia tych słów: "Zabra­niam wam.")

"Maître!" sprze­ci­wiło się Domi­nic zała­mu­ją­cym się gło­sem.

- Zasta­nów­cie się, Domi­nicu! - bła­gało Mar­tin. - Nie mamy poję­cia, któ­rzy nie­przy­ja­ciele kon­tro­lują auto­loty. Tłum Straż­ni­ków Pasiek dzielą od domu tylko trzy rowy, a w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu minut posu­nęli się naprzód o cztery!

- Mają plan - wtrą­ci­łom. Mój głos zała­my­wał się, prze­bi­ja­jąc się przez pozo­sta­ło­ści snu. Przed sze­ścioma mie­sią­cami nie zauwa­ży­ło­bym wzor­ców w przed­sta­wio­nych w prze­ka­zach star­ciach, ale Achil­les pod­dało Myr­mi­do­nów inten­syw­nemu szko­le­niu i teraz potra­fi­łom dostrzec róż­nicę mię­dzy pla­no­wa­nym a niepla­no­wa­nym cha­osem. - Łatwo było prze­wi­dzieć, że tam doj­dzie do pierw­szych starć. Gdy­bym miesz­kało w oko­li­cach Cielo de Pájaros, mia­ło­bym plan.

- Tak jest! - zawo­łało Mar­tin. - Obec­nie auto­loty kon­tro­luje nie­znany nie­przy­ja­ciel, a za dwa­dzie­ścia minut przejdą w ręce zna­nego nie­przy­ja­ciela, zakła­da­jąc, że nie znisz­czy on całego sys­temu. Musi­cie się z tym pogo­dzić, Domi­nicu. T?genky? dzieli godzina drogi od Alek­san­drii. Jeśli wsią­dzie­cie teraz do auto­lotu, może­cie wylą­do­wać pośrodku oce­anu, dostać się do nie­woli albo zgi­nąć, ale nie dotrze­cie ad Domi­num na czas!

- Godzina drogi od Alek­san­drii - powtó­rzyło Książę swym kla­row­nym, lecz pozba­wio­nym uczuć gło­sem.

Mar­tin: Jeste­ście na wyspie. Sko­rzy­staj­cie z łodzi.

- Z łodzi! Trzy tygo­dnie!

W ustach Domi­nica zabrzmiało to jak prze­kleń­stwo.

Znowu Książę: Trzy tygo­dnie. Godzina. Nie. Odle­głość roz­stała się z cza­sem. Ci dwaj wro­go­wie od dawna byli złą­czeni ze sobą, ale to już się skoń­czyło. Nie dzielą cię ode Mnie dwie godziny, Mój Domi­nicu, nie dwa dni i nie dwa tygo­dnie. Dzieli cię ode Mnie pół świata. Nie wiemy już, ile to będzie po prze­li­cze­niu na jed­nostki czasu.

Wąt­pię, by dźwięki, które wyrwały się z ust Domi­nica, były arty­ku­ło­wa­nym języ­kiem, mogła to jed­nak być jakaś znie­kształ­cona, beł­ko­tliwa postać fran­cu­skiego.

Uru­cho­mi­łom Hâte Ano­nyme. Czuję się mniej swo­bod­nie niż Vivien, korzy­sta­jąc z tego bez­po­śred­niego ser­wisu infor­ma­cyj­nego. Na­dal myślę jak redak­tor i napeł­nia mnie prze­ra­że­niem wizja tego, że miliardy ludzi śle­dzą moje myśli (i lite­rówki) w tej samej chwili, gdy je zapi­suję. Nie­mniej, jeśli w całym okre­sie, gdy słu­ży­łem jako Ano­nim, jakaś chwila wyma­gała pośpie­chu, to wła­śnie ta:

<Jeśli od miej­sca, gdzie chce­cie spę­dzić wojnę, dzieli was wię­cej niż dwa­dzie­ścia minut lotu, zacho­waj­cie spo­kój.> (W tej chwili do mojego ser­wisu pod­łą­czyło się już 11 milio­nów osób.) <Nie może­cie dziś pod­jąć decy­zji.> (81 milio­nów.) <Nie zdą­ży­cie dotrzeć na miej­sce, nim wasz auto­lot zawie­dzie, nawet jeśli spró­bu­je­cie.> (303 miliony.) <Zasta­nów­cie się nad tym, jakich przy­ja­ciół, jakie schro­nie­nie i jaką uży­teczną pracę może­cie zna­leźć tam, gdzie obec­nie prze­by­wa­cie.> (Ponad miliard.) <To wasze krót­ko­ter­mi­nowe zada­nie.>

"Mon chiot Déguisé." Nawet w chwili kry­zysu Książę nie skraca oso­bli­wego Tytułu, jaki mi nadało. Czas jest dla Niego znacz­nie mniej realny niż słowa. Spo­kój wewnętrzny, jaki dali­ście swym czy­tel­ni­kom może się wyda­wać mniej­szy od zewnętrz­nej wojny jedy­nie tym, któ­rzy błęd­nie wyobra­żają sobie, że roz­miary sfery men­tal­nej ogra­ni­cza fizyczny obwód serca albo mózgu.

Minęło kilka chwil, nim mój umysł prze­tłu­ma­czył te słowa na "dobra robota". To mną wstrzą­snęło. Na tym wła­śnie polega kło­pot z Księ­ciem w codzien­nym życiu. O wszyst­kim mówi zbyt szcze­gó­łowo. Nie mogłom po pro­stu prze­su­nąć licz­nika odbior­ców do naroż­nika pola widze­nia i uda­wać, że wyświe­tla się w nim parę cyfr mniej. Mój prze­kaz uspo­koił nieco nawet ury­wany oddech Domi­nica. To przy­po­mnie­nie o mojej mocy zwięk­szyło tylko mój strach, gdy mówi­łom dalej, obser­wu­jąc, jak moje słowa zapi­sują się w umy­słach całego świata.

<Jeśli jed­nak dzieli was mniej niż dwa­dzie­ścia minut lotu od jakie­goś super­waż­nego miej­sca, nie mam prawa wam powie­dzieć, byście nie pró­bo­wali. Posta­raj­cie się, żeby się opła­ciło. Jeśli wsią­dzie­cie teraz do auto­lotu, może­cie się roz­bić i zgi­nąć, wylą­do­wać gdzieś w głu­szy i umrzeć z głodu albo mogą was wziąć do nie­woli nie­znani nie­przy­ja­ciele. To są realne zagro­że­nia. Skon­fron­tuj­cie je z nie­wielką szansą, że uda się wam dotrzeć do celu. Jeśli uzna­cie, że warto pod­jąć to ryzyko, zrób­cie to. Natych­miast. Ale tylko pod warun­kiem, że macie cał­ko­witą pew­ność.>

Skoń­czy­łom. Oczami wyobraźni widzia­łom śmierć w pło­mie­niach, twa­rze wpa­trzone w ścianę ognia, dziecko krzy­czące na widok słupa dymu wzbi­ja­ją­cego się z lasu. Powie­dzia­łom sobie, że dzięki moim ostrze­że­niom mniej ludzi podej­mie taką próbę, ale nie­któ­rzy i tak to zro­bią - para­noja zro­dziła w moim umy­śle wizję altru­istycz­nego leka­rza, pró­bu­ją­cego dotrzeć do szpi­tala - a nie­któ­rzy z nich zginą z mojej winy.

Książę mnie uspo­ko­iło.

- Jak wasz gatu­nek nazwał miej­sce, w któ­rym jest teraz wasze ciało, chiot?

Gdzie się znaj­do­wa­łom? Nie przy­szło mi do głowy, by to spraw­dzić. Byłom w jakimś okre­ślo­nym miej­scu i co, jeśli leżało ono daleko od przy­ja­ciół i bez­pie­czeń­stwa? Czu­łom pod sobą cienki mate­rac i zmięte prze­ście­ra­dło. Oczy­ści­łom soczewki i zoba­czy­łom mroczne, cia­sne pomiesz­cze­nie, raczej scho­wek niż pokój. Na wszyst­kich ścia­nach wisiały półki. Leżały na nich naj­roz­ma­it­sze przed­mioty, wywo­łu­jące wra­że­nie cał­ko­wi­tego cha­osu: pudełka, aktówki, pla­sti­kowe skrzynki, połowa sto­ją­cego wie­szaka, kan­cia­ste kani­stry pod­pi­sane nie­czy­tel­nymi bazgro­łami, katana, buty i ubra­nia w prze­zro­czy­stych wor­kach, papie­rowe notat­niki - cały skład zgro­ma­dzony przez mania­kal­nego cho­mika. Nie­które przed­mioty spa­dły na pod­łogę, dołą­cza­jąc do śmieci i bie­li­zny do pra­nia, wypeł­nia­ją­cych kąty poko­iku. Wgnie­ciona skrzy­nia słu­żyła jako stół przy łóżku. Zna­la­złom na niej torebki ze śnia­da­niami instant, cukierki kawowe, man­da­rynki, papie­rową książkę, kaj­danki z żelu Can­nera i tanią kopię popier­sia bro­da­tego męż­czy­zny, tak źle wyrzeź­bio­nego, że mogło rów­nie dobrze przed­sta­wiać Dar­wina, jak i Pla­tona. Na okładce książki napi­sano Vic­tor Hugo. Pochy­li­łom się, by się upew­nić, że to Hol­mes.

- Jestem bez­pieczne - oznaj­mi­łom. - W biu­rze Papa­de­liasa.

Do roz­mowy dołą­czył nowy głos.

"Seigneur?"

"Ma brave Helo?se" odpo­wie­działo Książę.

Mar­tin: Helo?se! Świet­nie. Nie wsia­daj­cie do auto­lotu. Gdzie­kol­wiek jeste­ście, nie...

Helo?se: Jestem teraz w auto­lo­cie.

Mar­tin: Słu­cham?

Helo?se: Lecę. Cio­cia Bryar wezwała mnie do...

Mar­tin: To nie­ważne.

Helo?se: Ale...

Mar­tin: Ląduj­cie. Natych­miast. Gdzie­kol­wiek jeste­ście.

Helo?se: Jestem nad Saharą!

Wszyst­kim nam zaparło dech w pier­siach.

- Słu­cham?

Helo?se: Byłam w Kano. Cudowne spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­lami ONZ. Przy­go­to­wują się do przy­ję­cia naszych uchodź­ców.

Ja: Orga­ni­za­cja Naro­dów Zjed­no­czo­nych...

Wypo­wie­dzia­łom te słowa szep­tem, oszo­ło­mione tym podob­nym snom przy­po­mnie­niem, że zamknięte w swych rezer­wa­tach szcząt­kowe "pań­stwa naro­dowe" na­dal mają swoje amba­sady, szpi­tale i gra­nice.

Helo?se: Unia Afry­kań­ska jest...

Mar­tin: Póź­niej. Musi­cie natych­miast wylą­do­wać.

Helo?se: Wszystko w porządku. Widzia­łam wia­do­mość Ano­nima. Do Casa­blanki zostało mi nie­spełna dwa­dzie­ścia minut.

Nie ona rów­nież. Myśl, że moje słowa zabiły wyima­gi­no­wa­nych leka­rzy, była wystar­cza­jąco cięż­kim cio­sem.

Mar­tin: Nie jest w porządku. Ktoś porywa auto­loty. Jakie jest naj­bliż­sze mia­sto? Sprawdź­cie na mapie i poleć­cie tam.

Helo?se: Ubari? Jakieś miej­sce zwane Ubari...

Ja: Nie. Straż­nicy Pasiek mają tam co naj­mniej osiem­dzie­siąt pro­cent popar­cia. Natych­miast wzię­liby was jako zakład­nika.

Mar­tin: Skąd o tym wie­cie?

Ja: Myśli­cie, że nie spraw­dzi­li­śmy z Su-Hyeonem flag na wszyst­kich dachach na Ziemi? To ryzy­kowne, nawet jeśli więk­szość ludzi odle­ciała do pracy. - Przy­wo­ła­łom mapę. - Sprawdźmy tu. W Illizi więk­szość to Mit­su­bi­shia­nie... te oazowe mia­steczka są nie­bez­piecz­nie małe, jeśli łań­cu­chy dostaw zostaną prze­rwane... nie...

Mar­tin: Czy nie może­cie skrę­cić w stronę wybrzeża? Jakie mia­sto leży naj­bli­żej Try­po­lisu?

Helo?se: Try­po­lis jest nie­wiele bli­żej niż Casa­blanca. Jeśli...

Ja: Nie podoba mi się sto­su­nek flag w Try­po­li­sie. Nie ma żad­nego mia­sta z refor­mi­styczną więk­szo­ścią mię­dzy Ubari a...

"Ale­xan­drie" dokoń­czyło za mnie Domi­nic. "Va a l'Ale­xan­drie, Helo?se. Immédiatement."

Helo?se: Do Alek­san­drii jest tak samo daleko, jak do Casa­blanki.

"Notre Maître est a l'Ale­xan­drie!" wark­nęło Domi­nic. "Seul!"

"Seul" powtó­rzyło Książę, cicho i powoli, jak dziecko w akwa­rium, obser­wu­jące nie­zwy­kłe, poru­sza­jące się fali­ście stwo­rze­nie za szkłem i powta­rza­jące na głos jego świeżo poznaną nazwę.

"Seul!" zawo­łało prze­ra­żone Helo?se. Sam! Mar­ti­nie, czy Nôtre Seigneur naprawdę jest w Alek­san­drii sam?

- Nie oba­wiaj­cie się - odpo­wie­działo Mar­tin. - Pałac jest lepiej strze­żony niż jakie­kol­wiek inne miej­sce na Ziemi. Na razie musimy się sku­pić na waszym bez­pie­czeń­stwie. Jeśli zdo­ła­cie dole­cieć do wybrzeża, będzie­cie mogli dotrzeć do Alek­san­drii łodzią.

Mar­tin wykrę­cał się od odpo­wie­dzi. Natych­miast wzbu­dziło to moją czuj­ność.

- Gdzie jeste­ście, Mar­ti­nie? - zapy­ta­łom.

- Na powierzchni, bez­pieczne.

Kolejny unik.

- Nie o to pyta­łom. Ja jestem w Roma­no­vie, Domi­nic w T?genky?, a wy?

Przez trzy sekundy sły­sze­li­śmy przy­śpie­szony oddech Mar­tina. Bał się? Biegł?

- Naj­pierw Helo?se - upie­rało się.

Jed­nemu Pyta­ją­cemu Mar­tin zawsze musi odpo­wie­dzieć.

- Jak ludz­kość nazwała miej­sce, w któ­rym jest teraz wasze ciało, Mar­ti­nie?

- Szpi­tal o wyso­kim pozio­mie bez­pie­czeń­stwa Kla­math Marsh - odrze­kło nie­mal bez chwili waha­nia.

Groza ukryta w tej odpo­wie­dzi rosła w miarę, jak logika ana­li­zo­wała jej sens. Rzecz jasna, biedne Mar­tin ciężko pra­co­wało, ści­ga­jąc OS i Perry'ego-Kraye'a, prze­cze­su­jąc szpi­talne dywany w poszu­ki­wa­niu wło­sów albo licząc ślady stóp. Ale teraz odle­gły szpi­tal-wię­zie­nie, w któ­rym ści­ga­li­śmy się o to, kto pierw­szy dotrze do Cato Weeks­bo­otha, zapo­wia­dał kry­zys innego rodzaju. Na Kla­math Marsh nie pro­wa­dzą żadne drogi. Nie ma tam sąsia­dów. To rezer­wat w ore­goń­skiej głu­szy, ongiś nale­żący do Gre­en­pe­ace, a obec­nie do Mit­su­bi­shi, dziki, poro­śnięty zie­le­nią i pełen nie­bez­pie­czeństw. Nawet gdyby Mar­tin zdo­łało sfor­so­wać góry, za nimi cze­kał na nie tylko bez­kre­sny Pacy­fik albo, na wscho­dzie, pusty­nie i Wiel­kie Rów­niny. Ni­gdzie nie znaj­dzie pomocy ani schro­nie­nia. Były tam tylko nie­liczne baszo­bu­dynki, nie­mal bez wyjątku nale­żące do człon­ków Gre­en­pe­ace Mit­su­bi­shi, a za nimi dumne mia­sta, gdzie nad wie­żow­cami powie­wała flaga Sni­pera. Bez­kres tej wiel­kiej, opa­słej pla­nety wyda­wał się aktem zło­śli­wo­ści, jakby Zie­mia zapla­no­wała to wszystko, wie­dząc, że żadne mury ani linie frontu nie staną się barierą rów­nie nie­prze­bytą, jak okrutna sze­ro­kość Ame­ryki.

Znowu spoj­rza­łom na mapę Sahary. Helo?se jesz­cze mogli­śmy ura­to­wać.

- Żadne miej­sce, które uzna­ło­bym za bez­pieczne, nie leży bli­żej niż Alek­san­dria. Nie mogę być pewne, że któ­re­kol­wiek z nich opo­wie się po stro­nie Refor­mi­stów albo zachowa neu­tral­ność. Alek­san­dria jest w miarę bli­sko, teo­re­tycz­nie w zasięgu.

Raz jesz­cze zer­k­nę­łom na rela­cję z Cielo de Pájaros, ale dym i pochy­lone syl­wetki posu­nęły się naprzód tylko o jeden rów. Mie­li­śmy jesz­cze może kil­ka­na­ście minut.

- Zatem do Alek­san­drii - skon­klu­do­wało Mar­tin.

- A co z Casa­blancą? - nie ustę­po­wało Helo?se. - W tej chwili odle­głość jest taka sama.

"Il est seul!"

- Wiem - raczej pisnęło, niż odpo­wie­działo Helo?se. - Ale może dojść do prze­wrotu!

- Gdzie?

- W Casa­blance. Dla­tego tam lecia­łam. Cookie zwo­łało Radę Kuzy­nów. Wszy­scy przy­wódcy edu­ka­cjo­ni­stów są na miej­scu, a cio­cia Kosala mówiło, że nasza prze­waga jest bar­dzo chwiejna. Zwo­łuję wszyst­kich, któ­rych uda mi się zna­leźć, ale mogła­bym zdzia­łać znacz­nie wię­cej, gdy­bym zja­wiła się tam oso­bi­ście.

W tej chwili uświa­do­mi­łom sobie z zawsty­dze­niem, że cały czas roz­ma­wia­li­śmy o Helo?se, jakby było nie­obecne. Nie­mniej dopiero teraz, reda­gu­jąc ten zapis, zda­łom sobie sprawę, jak daleko się w tym posu­nę­li­śmy. Spo­sób bycia Helo?se zachęca do takiego zacho­wa­nia, ta tok­syczna, wyuczona bez­rad­ność, która w daw­nych cza­sach sygna­li­zo­wała kobie­cość. Wszy­scy na wyścigi pró­bo­wa­li­śmy być pomocni, do tego stop­nia, że hamo­wa­li­śmy je, gdy chciało pomóc sobie samo. Mam nadzieję, że Mar­tin i ja nie wpa­dli­by­śmy tak łatwo w tę pułapkę, gdyby Domi­nic nie było dla nas przy­kła­dem.

"Seul" powtó­rzyło raz jesz­cze Książę.

- Wiem, Seigneur. Pra­gnę przy­być do Was. Ale pro­si­li­ście mnie, bym stała się Waszym gło­sem wśród Kuzy­nów. W obec­nej sytu­acji nie mogę zro­bić obu tych rze­czy jed­no­cze­śnie.

- Zmu­szasz Mnie do wyboru - oznaj­mił bez­barwny głos.

- Nie chcę tego, Seigneur!

- Nie ty, ma ch?re Helo?se. Mój Gospo­darz. Ten, Który Stwo­rzył Odle­głość, pra­gnie teraz, bym poczuł smak licz­nych rodza­jów bólu: oddzie­le­nia, bez­sil­no­ści, nie­wie­dzy i, za pośred­nic­twem cie­bie, ból wyboru mię­dzy dwoma bólami. Muszę stra­cić jedną ósmą ludz­ko­ści albo cie­bie. Zmu­sza Mnie do wyboru.

Jeśli czyta się słowa Księ­cia w tej rela­cji, spra­wiają wra­że­nie nie­po­trzeb­nego wtrą­ce­nia, straty czasu. Wtedy jed­nak wyglą­dało to ina­czej. Jego spo­kój dał mi swo­bodę, pozwo­lił pomniej­szyć wszystko, jak­bym było maleń­kim stwo­rze­niem miesz­ka­ją­cym na śnież­nej kuli, a ogromna Istota trzy­ma­jąca w dłoni mój mały świat pró­bo­wała poro­zu­mieć się ze mną, spra­wić, bym ujrzało Ją na moment i uświa­do­miło sobie, że cała ta ośle­pia­jąca śnie­życa jest tylko mikro­ko­smo­sem, a praw­dziwe przy­czyny, któ­rych szu­kam, leżą poza nią. To pozwo­liło mi dostrzec poważ­niej­sze pro­blemy.

- Chwi­leczkę, czy Bryar grozi nie­bez­pie­czeń­stwo? Czy to prze­wrót ogra­ni­cza­jący się do reto­ryki, czy taki, który koń­czy się śmier­cią?

- Cio­cia Bryar jest w Delhi - odpo­wie­działo Helo?se. - Roz­ma­wia z przy­wód­cami Gre­en­pe­ace. Nie może dotrzeć do Casa­blanki. Dla­tego chciało, żebym wró­ciła jak naj­szyb­ciej. Wszy­scy, któ­rym ufa, roz­pro­szyli się po świe­cie, wal­cząc z kry­zy­sami. W Casa­blance wła­dzę mają edu­ka­cjo­ni­ści. Nikt poza mną nie ma szans ich powstrzy­mać.

Delhi? Coś wewnątrz mnie się osu­nęło, dro­binka śniegu dająca począ­tek lawi­nie. Nic nie wyglą­dało, jak trzeba. Miała się zacząć par­tia sza­chów. Bryar było prze­wod­ni­czą­cym Kuzy­nów i z defi­ni­cji powinno prze­by­wać w Casa­blance. Tak był urzą­dzony ten świat. MASON było w Alek­san­drii, Joyce Faust w Paryżu, a Helo?se z Księ­ciem. Jeśli Bryar było w Delhi, to gdzie było Vivien? Gdzie byli wszy­scy? Su-Hyeon? Achil­les? Mycroft? Spraw­dzi­łom wia­do­mo­ści i zna­la­złom sześć pocho­dzą­cych od Viviena. Prze­by­wało w Buenos Aires i z gorącz­ko­wym nie­po­ko­jem pytało, gdzie jestem. Jedna wia­do­mość od Bryar, zawia­da­mia­jąca, że jest bez­pieczne w Delhi, jedna od MASONA, z żąda­niem, żebym wró­ciło do Alek­san­drii, a także inne, od usłu­gow­ców, Hux­leya Mojave, Patro­klosa i Joyce Faust. Nie było wia­do­mo­ści od Mycro­fta. Nagle poczu­łom pośród wypeł­nia­ją­cej sypial­nię Papy woni stę­chli­zny coś, co pach­niało jak oliwa z oli­wek, i przy­po­mnia­łom sobie. Mycroft. Łzy nade­szły szybko. Nie potra­fi­łom ich powstrzy­mać, nawet o tym nie myśla­łom, mój umysł i ciało ule­gły im cał­ko­wi­cie, aż wresz­cie nie spo­sób było odróż­nić pła­czu od krzy­ków. Zwie­rzęca część mojej jaźni wie­działa, że tego potrze­buję, że fizyczna real­ność pła­czu, inten­sywna jak sprint, wyma­zuje wszel­kie inne myśli. Nie było już obo­wiąz­ków, dobrych manier, nie było wia­do­mo­ści i map przed moimi oczami ani cze­ka­ją­cego na mnie Księ­cia. Zosta­łom samo ze swym żalem i bra­kiem Mycro­fta. Pła­ka­łom, aż gar­dło zapło­nęło mi z bólu, mię­śnie w moich bokach zła­pały kur­cze, a łka­nie prze­ro­dziło się w żało­sną czkawkę. Drża­łom, czu­jąc pod swoją twa­rzą wil­gotny bark. Ota­czały mnie ramiona, nie­zgrabne, ale cie­płe. Wtu­la­łom się w nie przez długi czas, nim sobie uświa­do­mi­łom, że ramiona i bark ozna­czają, że ktoś jest ze mną. Obej­muje mnie. Czu­łom zapach szam­ponu i cze­ko­lady. Odsu­nę­łom się, by się przyj­rzeć, ale drzwi były otwarte, a na zewnątrz było gło­śno i jasno. Zakrę­ciło mi się w gło­wie od bla­sku.

Ramiona opa­dły.

- Chce­cie ciastko cze­ko­la­dowe? - zabrzmiał łagodny głos. To było Car­lyle Foster-Kraye de la Trémo?lle. Włosy miało wil­gotne po prysz­nicu, a szata opa­dała mu do pasa, odsła­nia­jąc tank top i oban­da­żo­wany bark.

Ciastko cze­ko­la­dowe. To pyta­nie spra­wiało mi trud­no­ści.

- Może napi­je­cie się wody?

Dwu­krot­nie pró­bo­wa­łom wydać z sie­bie dźwięk roz­po­zna­walny jako "tak", ale w końcu zado­wo­li­łom się ski­nie­niem głowy.

Uśmiech­nięte Kuzyn wypro­sto­wało się. Śle­dzi­łom je wzro­kiem, gdy wyszło do jasnego gabi­netu, prze­dzie­ra­jąc się przez morze śmieci dzie­lące dwa biurka Papa­de­liasa.

Moje soczewki były w try­bie bier­nym. Zauwa­ży­łom, że kon­fe­ren­cja się skoń­czyła, a Książę i jej pozo­stali uczest­nicy znik­nęli. Minęły minuty. Ile minut? Mate­ma­tyka była trudna.

- Bitwa! - zawo­ła­łom nagle. - Cielo de Pájaros!

Coś w nie­bie­skich oczach Foster-Kraye spra­wiało, że nawet uwi­dacz­nia­jący się w nich ból wyda­wał się deli­katny.

- Doszło do wybu­chu. Baszo­bu­dy­nek wyle­ciał w powie­trze razem ze wszyst­kimi kom­pu­te­rami. Przy­czyn jesz­cze nie znamy. To było coś wewnętrz­nego, nie pocisk. Mnó­stwo ludzi nagle wypa­dło na zewnątrz, a potem wszystko prze­sło­nił dym.

- To zna­czy, że auto­loty prze­stały dzia­łać?

- Nie. Na­dal krążą w powie­trzu, tylko nie zja­wiają się na żąda­nie ani nie lądują. Nikogo w nich nie ma i nikt nie wie, kto nimi kie­ruje. Przy­naj­mniej mamy nadzieję, że nikogo w nich nie ma.

Otwo­rzyło drzwi na dru­gim końcu gabi­netu. Głosy dobie­ga­jące z głów­nego gabi­netu brzmiały znacz­nie dono­śniej niż hałas brzmiący codzien­nie w kwa­te­rze głów­nej poli­cji naszej zjed­no­czo­nej Ziemi.

Uświa­do­mi­łom sobie, że Foster-Kraye poszło po wodę.

- Butelka jest w sto­jaku na para­sole! - zawo­ła­łom.

Odwró­ciło się i zaczęło w nim grze­bać.

- To woda z Gre­cji - doda­łom odru­chowo. Przy­po­mnia­łom sobie, jak Papa chwa­lił się tym przed nami, i ponow­nie tar­gnęło mną łka­nie. Pamię­tam, że wydało mi się dziwne, że mam w sobie wię­cej łez, choć przed chwilą byłom prze­ko­nane, że wyla­łom już wszyst­kie.

Foster-Kraye wró­ciło z butelką.

- Moje łupy wojenne w tej chwili ogra­ni­czają się do trzech lekko zgnie­cio­nych cia­stek cze­ko­la­do­wych i tacy z tajem­ni­czymi kost­kami sera. Pomo­że­cie mi?

Razem z wodą podało mi chu­s­teczki.

Dzięki porząd­nemu wydmu­cha­niu nosa wszystko wydało mi się bar­dziej realne.

- Łupy wojenne?

- Roz­bity wózek dostaw­czy porzu­cony przed wej­ściem. Nie lubię mar­no­traw­stwa.

- Powin­nom naj­pierw pójść do łazienki - odrze­kłom.

Dopóki nie spró­bo­wa­łom wstać, nie zda­wa­łom sobie sprawy, jak bar­dzo tego potrze­buję. W biu­rze Papy była łazienka z prysz­ni­cem, z tych samych powo­dów, dla któ­rych na pod­ło­dze w maga­zy­nie dowo­dów leżał mate­rac. Było woka­to­rem. W łazience uno­siła się jesz­cze para po prysz­nicu wzię­tym przez Foster-Kraye i nie widzia­łom sie­bie w lustrze. Zosta­łom samo z wia­do­mo­ściami i obra­zami z loka­li­za­tora przed­sta­wia­ją­cymi wybuch: stru­mień ludzi prze­dzie­ra­ją­cych się przez rowy i nagła pod­ziemna eks­plo­zja. Powierzch­nia wybrzu­szyła się nie­mal sfe­rycz­nie, jakby od dołu prze­bi­jało się przez nią ogromne jajo. Nie było ognia, tylko czarna zie­mia i trze­wia budyn­ków, a odłamki szkla­nych dachów ota­czały to wszystko niczym cukier pokry­wa­jący cr?me br?lée. W jed­nej sekun­dzie kopuła z gruzu rosła, a w następ­nej się zapa­dła. Dopiero wtedy w lukach mię­dzy jej frag­men­tami poja­wił się ogień, szybko prze­sło­nięty przez czarny dym. Huk nad­szedł na samym końcu, jak na źle zsyn­chro­ni­zo­wa­nej ścieżce dźwię­ko­wej. Dom, w któ­rym poma­ga­łom Mycro­ftowi zma­zy­wać zakrę­tasy ze ścian, znik­nął, a wraz z nim ukryte głę­boko pod zie­mią dzie­dzic­two Saneer-Weeks­bo­othów, któ­rego mate­ma­tyczna magia dawała całemu światu lot.

Moją uwagę odwró­ciły nowe wia­do­mo­ści. Vivien poczuło wielką ulgę, usły­szaw­szy, że jestem bez­pieczne w Roma­no­vie, i radziło mi trzy­mać głowę nisko, poma­gać Su-Hyeonowi i miesz­kać w jego wła­snym miesz­ka­niu przy Forum, ponie­waż było uwię­zione w Buenos Aires i nie miało go potrze­bo­wać. Chcia­łom je popro­sić, by pomo­gło Mar­ti­nowi uciec z Kla­math Marsh, ale zna­jo­mość realiów wojny ostrze­gła mnie, że pre­zy­dent Huma­ni­stów nie może już ofia­ro­wać neu­tral­nej przy­jaźni Fami­lia­ris Regni, które było trze­cie w linii suk­ce­sji do tronu MASONA. Bryar przy­słało mi słowa zachęty z Delhi i powtó­rzyło uprzejmą wska­zówkę Viviena, mówiąc, że mogę chwi­lowo uwa­żać ich małe miesz­kanko w Roma­no­vie za swoje. Helo?se dotarło bez­piecz­nie do Casa­blanki i starło się z Cookie w sali posie­dzeń. Posłuszne Domi­nic zostało w T?genky? i zwo­ły­wało tym­cza­so­wych dyrek­to­rów kie­ru­ją­cych mit­su­bi­shiań­skimi blo­kami wybor­ców, pod­czas gdy praw­dziwi dyrek­to­rzy cze­kali razem z And? na pro­ces, który mógł się ni­gdy nie odbyć. Książę Jeho­vah Mason było samo. Nie dosłow­nie, ponie­waż MASON rów­nież prze­by­wał w Alek­san­drii, podob­nie jak szyb­ko­nogi Achil­les, ale ojciec i sojusz­nik nie zastą­pią naj­bliż­szych przy­ja­ciół, jakich pra­gną mieć wszyst­kie myślące istoty - czy to del­finy, małpy, czy Bogo­wie. Garstka bez­cen­nych miesz­kań­ców tego wszech­świata, któ­rych Nasze Samotne Gość mogło zwać "Swo­imi", nie mogła do niego przy­być. Helo?se ode­brał mu kry­zys w Casa­blance, Domi­nica Azja, Mar­tina Ame­ryka, a Mycro­fta śmierć. Mnie zaś Roma­nova. Nie mogłom do Niego wró­cić. Ani dotrzeć do żad­nego z nich. Pozo­stało mi tylko sie­dzieć tu razem z Car­lyle Foster-Kraye, zjeść trzy ciastka cze­ko­la­dowe i patrzeć, jak świat pło­nie.

- Mamy mleko - oznaj­mi­łom po wyj­ściu z łazienki.

- Gdzie? - zapy­tało Car­lyle.

Moją uwagę odwró­ciła rela­cja z walk ulicz­nych w Mel­bo­urne i ude­rzy­łom się w palec u nogi.

- W mini­lo­dówce pod biur­kiem Mycro­fta. Duży zie­lony kar­ton, o który opie­rają się te wszyst­kie tubki.

Kuzyn przy­nio­sło mleko.

- Nie ma widel­ców, ale zna­la­złom łyżkę i pałeczki.

- Mam wide­lec ze sobą - odpar­łom.

Zauwa­ży­łom pyta­nie "po co?", kształ­tu­jące się na ustach Kuzyna, które jed­nak pozo­stało nie­wy­po­wie­dziane. Car­lyle szybko sobie uświa­do­miło, że każde usłu­go­wiec musi być przy­go­to­wane do zje­dze­nia wszyst­kiego, co ofia­ruje mu przy­pa­dek bądź leniwe zle­ce­nio­dawca.

- Woli­cie gęste, cią­gnące się ciastko, wyso­kie i puszy­ste, czy to z czer­wo­nym dże­mem mię­dzy war­stwami? - zapy­tało.

Zawa­ha­łom się, zajęte wycią­ga­niem widelca z kie­szeni na udzie. Poczu­łom na wyschnię­tej już tka­ni­nie szorstki dotyk mor­skiej soli. Woda mor­ska, ciała na noszach, śmierć Mycro­fta. Płacz powró­cił na moment, ale uda­łom, że to czkawka.

- Po kawałku każ­dego?

Foster-Kraye oddzie­liło łyżką spore kawałki dwóch pierw­szych cia­stek, ale zatrzy­mało się przy trze­cim. Jego loka­li­za­tor, podob­nie jak mój, z pew­no­ścią prze­ka­zał wia­do­mość, że rada miej­ska Ode­ssy wydała roz­kaz aresz­to­wa­nia wszyst­kich Mit­su­bi­shian w mie­ście. Być może Huma­ni­stów rów­nież. Infor­ma­cje były sprzeczne.

- Czy przed­tem też było tak źle? - zapy­ta­łom. - Zanim... się uspo­ko­iłom? Czy złe wia­do­mo­ści napły­wały tak szybko?

Nim Kuzyn zdą­żyło mi odpo­wie­dzieć, usły­sze­li­śmy, że "zor­ga­ni­zo­wana mili­cja" zbliża się do kilku baszo­bu­dyn­ków w Lim­popo.

- Od chwili, gdy auto­loty prze­stały dzia­łać - odpo­wie­działo. - Ludzie chyba już wie­dzą, że nikt ich nie powstrzyma. Ani mul­ti­prawo, ani siły Soju­szu, ani Roma­nova. Wszy­scy, któ­rzy mieli plan, wcie­lają go w życie.

- Tak wiele pla­nów - odpo­wie­dzia­łom, zwra­ca­jąc się w rów­nym stop­niu do ciastka, jak i do towa­rzy­sza.

Casi­mir Perry-Kraye uwzględ­niło to w swo­ich zamy­słach. Perry-Kraye, które znisz­czyło rezer­wową sta­cję kie­ru­ją­cych auto­lo­tami kom­pu­te­rów, by uczy­nić to wszystko jesz­cze bar­dziej bole­snym dla świata. Zada­łom sobie pyta­nie, czy ist­niały jesz­cze dal­sze rezerwy? I czy je rów­nież znisz­czyło?

- Każde mia­sto two­rzy wła­sne prawo.

Foster-Kraye prze­cią­gnęło się, spo­glą­da­jąc na mnie. Jeste­śmy w mie­ście. Nie musiało mówić tego na głos. Ta myśl, ten strach były wypi­sane na jego twa­rzy. Czu­łom się uwię­zione w prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niu jego prze­sad­nie nie­bie­skich oczu. Danaë i pre­zy­dent Gany­mede nauczyli mnie bać się tego koloru. Mój umysł wró­cił do pałacu La Tri­mo­uille z jego łożami o pozła­ca­nych ramach i do śmie­chu Perry'ego-Kraye'a w pło­mie­niach w Bruk­seli.

- Na­dal jeste­śmy w sta­nie zro­bić coś dobrego - oznaj­miło nagle Car­lyle.

Spoj­rza­łom na nie ze zdu­mie­niem.

- Słu­cham?

Pochy­liło się ku mnie.

- Nawet jeśli część tego, co dopro­wa­dziło Zie­mię do tego kry­zysu, jest naszą winą, waszą i moją, to jesz­cze nie zna­czy, że nie możemy zro­bić nic dobrego. Jeste­śmy tutaj. Żyjemy. Posia­damy zdol­ność dzia­ła­nia, doko­ny­wa­nia wybo­rów i osią­ga­nia celów. To prawda. Nawet jeśli wydaje się nam, że dawne błędy umniej­szają nasze moż­li­wo­ści, suma tych błę­dów nie jest liczbą ujemną, którą trzeba odjąć od dobra, jakie uczy­nimy teraz, nie jeste­śmy w głę­bo­kiej cze­lu­ści, z któ­rej musimy się wygra­mo­lić na powierzch­nię, by móc zacząć od zera. Możemy czy­nić dobro, a nasza prze­szłość nie odbiera nam tej moż­li­wo­ści, dopóki żyjemy i oddy­chamy. I pró­bu­jemy.

Gapi­łom się na nie. Wide­lec ster­czał mi bez­wład­nie z ust. To było jak men­talne sma­gnię­cie biczem, sur­re­ali­styczna chwila, w któ­rej sza­le­jący wokół nas kry­zys prze­ro­dził się nagle w sesję sen­se­isty. Byłego sen­se­isty? Nie byłom pewne, czy Foster-Kraye na­dal jest sen­se­istą. Poszu­ka­łom wzro­kiem sen­se­istycznej szarfy. Miało ją. Czarno-biały pas mate­riału ota­czał je w talii, pod­trzy­mu­jąc i poma­ga­jąc utrzy­mać szatę na bio­drach. Zna­łom to wra­że­nie, gdy meta­fi­zyka ata­kuje nas nie­spo­dzie­wa­nie pośród nor­mal­no­ści. W moim umy­śle poja­wiła się fraza: "Spę­dzi­li­ście zbyt wiele czasu w towa­rzy­stwie Księ­cia Masona". Uświa­do­mi­łom sobie, że ja i Foster-Kraye jeste­śmy tu sami, obaj zali­czamy się do wta­jem­ni­czo­nych i nie musimy niczego ukry­wać.

- Czy czci­cie teraz Księ­cia? - zapy­ta­łom.

Na twa­rzy Kuzyna wykwitł uśmiech pro­mienny niczym słońce.

- Daję mojemu Stwórcy drugą szansę. Tego wymaga spra­wie­dli­wość. Ono mi ją dało.

Poczu­łom, że czoło mi się marsz­czy. Głos Kuzyna brzmiał szcze­rze i był słodki jak wio­sna, ale coś zago­to­wało się we mnie, gdy go usły­sza­łom. Coś tok­sycz­nego i zna­jo­mego, jak smak kwasu żołąd­ko­wego na już podraż­nio­nym gar­dle. Kiedy da drugą szansę Mycro­ftowi, ja rów­nież będę się tak uśmie­chało. Nie wiem, na jak długo unie­ru­cho­miła mnie ta paląca nie­na­wiść, ale na­dal gapi­li­śmy się na sie­bie nawza­jem, gdy gli­nia­rze wpa­dli do środka tak gwał­tow­nie, że pode­rwa­łom się, zła­pa­łom ciężką rurę leżącą pod biur­kiem Papy i sta­nę­łom w obron­nej pozy­cji, nim jesz­cze się zorien­to­wa­łom, że się poru­szy­łom.

- ...gdzieś w biurku Papy... - mówiło jedno z nich, gdy wcho­dzili. Wszy­scy zatrzy­mali się nagle na nasz widok. Cztery osoby w sza­rych roma­no­vań­skich mun­du­rach wymię­tych po cało­noc­nej służ­bie. Ich oczy błysz­czały od czyn­no­ści socze­wek.

- Co tu robi­cie? To chro­niony obszar! - zawo­łało jedno z nich.

Pozna­łom je - było wyso­kie, o kla­sycz­nej połu­dnio­wo­azja­tyc­kiej uro­dzie, prze­pa­sane szarfą Bez­pa­sie­ko­wego Bia­ło­pra­wowca. Nie mogłom sobie przy­po­mnieć jego nazwi­ska.

Foster-Kraye wstało, roz­trop­nie trzy­ma­jąc ręce w widocz­nym miej­scu.

- Jestem infor­ma­tor spe­cjalny Car­lyle Foster.

- Wiem, kim jeste­ście. - Wznio­sło oczy ku niebu, potę­pia­jąc albo zbyt wyro­zu­miałe trak­to­wa­nie infor­ma­to­rów przez Papę, albo tego kon­kret­nie Kuzyna. - Czy roz­ka­zano wam tu prze­by­wać?

- Ostatni roz­kaz, jaki otrzy­ma­łom od Papy, brzmiał: "Scho­waj­cie się gdzieś i nie daj­cie się zlin­czo­wać". Ale nie mam tego na piśmie. Papa kazało mi pil­no­wać [Ano­nima].

Spoj­rze­nie poli­cjanta stało się jesz­cze bar­dziej podejrz­liwe, gdy skie­ro­wał je na mnie.

- Ucie­kli­ście z noc­le­gowni? I to pod­czas stanu wyjąt­ko­wego!

- To nie była ucieczka - odpo­wie­dzia­łom. - Papa pozwo­liło mi tu zostać.

Poli­cjant ode­pchnęło Foster-Kraye na bok i spoj­rzało na mnie.

- Wy też pew­nie nie macie tego na piśmie?

Wresz­cie pozna­łom jego mun­dur - szary ze złotą lamówką i iskrzą­cym się nie­bie­skim holo­gra­ficz­nym obszy­ciem, któ­rego nie potra­fią sko­pio­wać domowe dru­karki, taki sam jak mun­dur Papy, tylko bez skrzy­żo­wa­nych spi­ral. Zastępca komi­sa­rza gene­ral­nego. Tytuł przy­wo­łał nazwi­sko. Bo Chow­dhury.

- Pra­cuję - nie ustę­po­wa­łom.

- W ści­śle chro­nio­nym biu­rze? Co tu robi­cie?

Prawda była tajna i mogłom ją wypo­wie­dzieć tylko w myślach. Jestem cho­ler­nym Ano­ni­mem!

Chow­dhury wyko­rzy­stało moje waha­nie.

- Odłóż­cie broń, usłu­gowcu. Nie chcie­li­by­ście mieć w kar­to­tece sta­wia­nia zbroj­nego oporu.

Znie­ru­cho­mia­łom. Czu­łom się jak widz, obser­wu­jące się z prze­ra­że­niem i obrzu­ca­jące się prze­kleń­stwami. Odłóż tę rurę, idioto! Gro­że­nie zastępcy komi­sa­rza gene­ral­nego? Co ci strze­liło do łba? Ale moje ciało ani drgnęło.

Chow­dhury ski­nęło głową na pozo­sta­łych, naka­zu­jąc im ruszyć w moją stronę.

- Zabierz­cie usłu­gowca do celi.

Foster-Kraye pode­szło bli­żej.

- Nie ma takiej potrzeby. - Nie potra­fi­łom okre­ślić, czy sło­dycz w jego gło­sie jest fał­szywa, czy po pro­stu nie­od­parta. - Odpro­wa­dzę [Ano­nima] do naj­bliż­szej noc­le­gowni.

Spoj­rze­nie Chow­dhury'ego było twarde jak kamień.

- Do celi. Natych­miast. Jeśli wtrą­ci­cie się jesz­cze raz, zamknę was razem z nim, Kuzy­nie.

- Czar­no­pra­wowcu - popra­wiło go Foster-Kraye, pro­stu­jąc się, by czarna szarfa wyło­niła się z fałd szaty niczym dyn­da­jące nogi śpią­cego kota. Jego postura zmie­niła się nagle, wyra­ża­jąc celo­wość, któ­rej nie mogłom do końca nazwać groźbą. Zapo­mnia­łom, że Foster-Kraye podą­żyło za przy­kła­dem Domi­nica aż tak daleko.

- Połącz­cie się z Papą - odpo­wie­działo ze spo­ko­jem. - Ono wyja­śni to nie­po­ro­zu­mie­nie.

Sto­jący z tyłu poli­cjanci wymie­nili nie­pewne spoj­rze­nia.

- Odłóż­cie rurę, usłu­gowcu - powtó­rzyło Chow­dhury. - Natych­miast.

Zaci­ska­łom dłoń na swej broni tak mocno, że zbie­lały mi kostki.

- Gdzie jest Papa? - zapy­ta­łom.

Nie­pewne spoj­rze­nia prze­szły w bole­sne gry­masy.

- Nie będę już dłu­żej pro­siło.

Zastępca komi­sa­rza gene­ral­nego wycią­gnęło ogłu­szacz. Dwójka poli­cjan­tów podą­żyła za jego przy­kła­dem, ale czwarte zbli­żyło się z uśmie­chem i deli­kat­nie wycią­gnęło rękę po rurę. Pozna­łom je. Miało rude włosy i było gru­bo­ko­ści­ste jak karia­tyda. Kilka razy robi­łom mu kawę i więź zro­dzona z dzie­le­nia się chle­bem - albo ciast­kami - uspo­ko­iła mnie w stop­niu wystar­cza­ją­cym, bym mogło roz­luź­nić palce, gdy zabie­rało mi rurę. Cof­nę­łom się z ulgą pro­sto w otwarte ramiona Foster-Kraye.

- [Ano­nim] jest w szoku. - Czar­no­pra­wo­wiec uści­snęło mój bark. - Całą noc spę­dziło w por­cie. Stra­ciło...

- Swo­jego Króla Żebra­ków? - Chow­dhury zauwa­żyło, że się skrzy­wi­łom. - Wydaje się wam, że Papa nie miało otwar­tych oczu? Że nie znamy toż­sa­mo­ści pozo­sta­łych dowód­ców pry­wat­nej armii Mycro­fta Can­nera? - Ski­nęło głową do swych ludzi. - Zabierz­cie obu do cel. Zajmę się nimi, gdy tro­chę się uspo­koi.

Nagle pochwy­ciły mnie liczne ręce.

- Stój­cie! - zawo­łało Foster-Kraye. - Nie może­cie...

- Jeste­ście Czar­no­pra­wow­cem - przy­po­mniało mu Chow­dhury. - Mogę was zamknąć w skrzyni i wyrzu­cić klucz.

Foster-Kraye nie mogło temu zaprze­czyć.

- Nie macie powodu...

- Jeste­ście szpie­gami.

- Nie - wyrwało mi się, nim zdą­ży­łom się zasta­no­wić.

Rze­czy­wi­ście nimi byli­śmy. Od dawna. Szpie­go­wa­łom dla Księ­cia, Mycro­fta, Achil­lesa, Viviena i Mar­tina, a Foster-Kraye daw­niej pra­co­wało dla Julii, a następ­nie dla Papy, Domi­nica i rów­nież dla Księ­cia. W mojej gło­wie buzo­wały myśli zbyt skom­pli­ko­wane, by wyra­zić je peł­nymi zda­niami. Nie byłom w sta­nie powie­dzieć nic wię­cej. Wypro­wa­dzono nas. Dwie ręce trzy­mały mnie za ramiona, a trze­cia naci­skała na moją głowę, zmu­sza­jąc mnie do pochy­le­nia się i pro­wa­dząc do przodu, ku drzwiom wyj­ścio­wym, non­sen­sow­nemu wię­zie­niu, iner­cji, mar­no­tra­wie­niu godzin, mar­no­tra­wie­niu mnie, bez­sen­sow­nemu uwię­zie­niu już pierw­szego dnia wojny. Przy­po­mi­na­jąca sen absur­dal­ność tej sytu­acji unie­moż­li­wiła mi opór. Mój oszo­ło­miony mózg upie­rał się, że jedyne wyj­ście to się obu­dzić. Odsiecz?

- Stać. Aresz­tuj­cie zastępcę komi­sa­rza Chow­dhury'ego.

Trzy­ma­jące mnie ręce roz­luź­niły się. Impe­rialna pur­pura wypeł­niła drzwi przed nami swym lśnią­cym auto­ry­te­tem. A może powin­nom raczej powie­dzieć "repu­bli­kań­ska pur­pura"? W sta­ro­żyt­nym Rzy­mie jedy­nie nie­liczni, naj­wyżsi rangą urzęd­nicy mogli nosić togi tej cha­rak­te­ry­stycz­nej ciem­nej barwy. Obec­nie ów kolor przy­słu­guje tylko jed­nemu urzę­dowi. Urzę­dowi cen­zora. Serce zabiło mi szyb­ciej na myśl o Vivie­nie, ale oczy­wi­ście ta spo­kojna, niska, lekko zdy­szana osoba to było Jung Su-Hyeon Ance­let Kosala, odziane w nowy piękny mun­dur cen­zora. Towa­rzy­szyła mu Straż Cen­zora. Su-Hyeon uśmiech­nęło się i spoj­rzało mi w oczy. W jego uśmie­chu dostrze­głom blask nadziei na bez­pieczne schro­nie­nie. Pod wpły­wem ulgi moje oczy znowu wypeł­niły łzy. A to jesz­cze nie był koniec. Razem z Su-Hyeonem pośpie­szyły mi na ratu­nek dwa Filary Ziemi. Trzy­mały się bli­sko, na wypa­dek gdyby młode, nie­do­świad­czone cen­zor nie nauczyło się jesz­cze wymu­szać posłu­szeń­stwa. Po jego lewej stro­nie stało maleń­kie mówca Senatu Jin Im-Jin, wpa­tru­jące się w wyso­kich poli­cjan­tów ze spra­wie­dliwą pogardą godną bapra­pra­dziadka, po pra­wej zaś bar­czy­ste, spo­kojne i bro­date jak roz­ło­ży­sty dąb sena­tor Char­le­ma­gne Guild­bre­aker Senior. Ich mil­czące spoj­rze­nia pytały roz­dzia­wia­ją­cych usta zdu­mio­nych poli­cjan­tów, czy odważą się nie wyko­nać roz­kazu.

- Sły­sze­li­ście mnie. Aresz­tuj­cie zastępcę komi­sa­rza Chow­dhury'ego.

- Ale...

- Ono pra­cuje dla Joyce Faust D'Aro­uet - oznaj­miło Su-Hyeon z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem.

Sześć pro­stych słów tłu­ma­czyło wszystko: oso­bliwą wro­gość Chow­dhury'ego, jego dziw­nie szcze­gó­łową wie­dzę o mnie, Mycrof­cie i Myr­mi­do­nach, pogardę wobec Car­lyle Foster-Kraye i to bez­sen­sowne aresz­to­wa­nie. Mało bra­ko­wało, by poj­mali naszą dwójkę dla Madame.

Nagłe wes­tchnie­nie Chow­dhury'ego zadało kłam jego zaprze­cze­niom.

- Słu­cham? Nie... to nie...

Su-Hyeon nie musiało pod­no­sić głosu.

- Tylko w tym roku odwie­dzi­li­ście pary­ski bur­del pro­wa­dzony przez "Madame" sie­dem­dzie­siąt sześć razy. Mam wra­że­nie, że zwy­kle świad­czy wam tam usługi osoba o imie­niu Dolmancé?

Moje serce zabiło rado­śnie na widok oszo­ło­mio­nego spoj­rze­nia Chow­dhury'ego. Wyobra­zi­łom sobie, że prze­by­wa­jące daleko stąd Madame ma taką samą minę. Zada­łom sobie pyta­nie, jaki los cze­kałby mnie w rękach tej despo­tycz­nej kró­lo­wej. Czy Madame spró­bo­wa­łoby pod­po­rząd­ko­wać Ano­nima swym roz­ka­zom? A może wyko­rzy­sta­łoby mnie jako zakład­nika, by szan­ta­żo­wać Ance­leta? A Foster-Kraye? Czy "bękar­cie dziecko spło­dzone w pory­wach namięt­no­ści" na­dal byłoby sku­teczną bro­nią prze­ciwko Danaë? A może to była już zgrana karta i byłe Kuzyn byłoby uży­teczne jedy­nie do pro­wo­ko­wa­nia Domi­nica bądź jako zabawka dla sługi, które danego dnia naj­le­piej przy­słu­żyło się swo­jej pani? Młode cen­zor nie musiało nawet kiwać głową, by poli­cjanci wypu­ścili mnie i zatrzy­mali zastępcę komi­sa­rza gene­ral­nego.

- Nie! Nic nie rozu­mie­cie! - wołało Chow­dhury. - To nie jest tak, jak wam się zdaje! Te wizyty nie są... Nie macie upraw­nień, by to zro­bić! Pod nie­obec­ność Papy jestem...

Nie­mal nie sły­sza­łom jego kłamstw. Było po wszyst­kim. Było po wszyst­kim już w chwili, gdy padło sześć pierw­szych słów. Mówiąc: "Ono pra­cuje dla Joyce Faust D'Aro­uet", Su-Hyeon w prak­tyce pode­rżnęło zdra­dziec­kie gar­dło Chow­dhury'ego. Pozo­stali poli­cjanci odpro­wa­dzili pro­te­stu­ją­cego gło­śno Bia­ło­pra­wowca, mija­jąc liczne biurka w zewnętrz­nym biu­rze. Dżun­gla ekra­nów i gło­sów umil­kła. Zapa­dła trium­falna cisza. Tego dru­giego dnia wojny przy­naj­mniej jedno zwy­cię­stwo przy­szło nam łatwo.

- Hej, wy, trze­cie z lewej! - zawo­łało nagle mówca Jin Im-Jin, prze­ry­wa­jąc ciszę. - Tak, wy, w żół­tej sza­cie. Co jest napi­sane na biurku? O'Cal­la­ghan. Jeste­ście O'Cal­la­ghan?

- Tak.

Blade, wier­cące się ner­wowo Kuzyn pod­nio­sło się zza jed­nego z więk­szych biu­rek.

- Wybierz­cie jakąś liczbę mię­dzy jeden a sie­dem.

- S... słu­cham? Hmm... trzy?

Nim skoń­czyło mówić, mówca Jin ude­rzyło notat­ni­kiem o blat biurka, pro­du­ku­jąc dźwięk, jakiego nie mogłoby uzy­skać, pstry­ka­jąc pal­cami chu­dymi jak u szkie­letu. Wielu się pode­rwało, ale tylko O'Cal­la­ghan pisnęło gło­śno.

- Je rów­nież aresz­tuj­cie. - Mówca Jin wska­zało pal­cem. - Jest w to zamie­szane. Aha, i to w kącie też, to w zie­lo­nym. Mek­sy­kań­skie Huma­ni­sta. Je także. Naprawdę nie powin­ni­ście tak czę­sto zer­kać na współ­spi­skow­ców. To cał­ko­wity brak sub­tel­no­ści. Cała trójka ma bar­dzo niskie liczby w czwar­tym i pią­tym, to inte­re­su­jące... 3-7-7... bar­dzo cha­rak­te­ry­styczne...

Wszy­scy gapi­li­śmy się na mówcę, które pogrą­żyło się w nie­zro­zu­mia­łym bril­li­stycz­nym mono­logu. Jedy­nym wyjąt­kiem było sena­tor Char­le­ma­gne Guild­bre­aker, zapewne przy­zwy­cza­jone do tego po wielu dzie­się­cio­le­ciach współ­pracy z Jin Im-Jin.

- Czy tę dwójkę też mamy aresz­to­wać, cen­zo­rze? - zapy­tało ze spo­ko­jem Mason.

- Hmm, tak! - opo­wie­działo Su-Hyeon, wyry­wa­jąc się z zamy­śle­nia. - Tak, je rów­nież aresz­tuj­cie. Chwi­leczkę, naj­pierw... - Straż­nicy i więź­nio­wie zamarli w bez­ru­chu. - Chow­dhury, i każde z was, jeśli chce­cie otrzy­mać łaskę, powiedz­cie, co zro­bi­li­ście z Papa­de­lia­sem.

Spoj­rze­nia, które wymie­nili, wyra­żały zdzi­wie­nie, nie winę.

- Wiem tyle samo, co inni, przy­się­gam! Papa wsia­dło do auto­lotu o pią­tej pięć­dzie­siąt cztery rano i od tej pory się nie ode­zwało. Nie wiem nic wię­cej.

Ta infor­ma­cja docie­rała do mnie powoli. To było nie­moż­liwe. Po kata­stro­fie sie­dzia­łom z Papą w tym pomiesz­cze­niu. Obej­mo­wa­li­śmy się, opła­ku­jąc razem Mycro­fta, gdy tsu­nami już minęło i wszystko wró­ciło do normy. Cisza po burzy. Byli­śmy bez­pieczni, nic nam nie gro­ziło. Jak mogło znik­nąć? Papa, które rozu­miało, które, jak ja... jeżeli jakieś czło­wiek poza mną kochało Mycro­fta... znik­nęło?

Su-Hyeon drżało tylko przez chwilę.

- Wypro­wadź­cie ich. A potem jak naj­szyb­ciej spro­wadź­cie tu tylu poli­cjan­tów, ilu tylko znaj­dzie­cie. Dopil­nuj­cie, żeby był co naj­mniej jeden z każ­dego biura albo wydziału. Mam prze­wi­dy­wa­nia liczeb­no­ści frak­cji w każ­dym mie­ście. Nie chcia­łom dzie­lić się nimi, dopóki mie­li­śmy tu szpie­gów. W tych pierw­szych godzi­nach klu­czowe zna­cze­nie ma to, żeby­śmy sku­pili się na mia­stach, w któ­rych siły są wyrów­nane i wybuch prze­mocy jest naj­bar­dziej praw­do­po­dobny, a także na tych, gdzie któ­raś ze stron ma przy­gnia­ta­jącą prze­wagę i może dojść do natych­mia­sto­wych ata­ków na mniej­szo­ści. Mam krótką listę, podzie­loną na typy prze­wi­dy­wa­nych pro­ble­mów. Chcę, żeby­ście wszy­scy współ­pra­co­wali z mówcą Jin w spra­wie przy­działu odpo­wied­nich list. W kwe­stiach doty­czą­cych samej Roma­novy roz­ma­wiaj­cie z sena­to­rem Guild­bre­ake­rem. Jeśli zna­cie jakichś funk­cjo­na­riu­szy poli­cji albo innych god­nych zaufa­nia urzęd­ni­ków Soju­szu, któ­rzy prze­by­wają w Roma­no­vie, prze­każ­cie dane... komuś... Ktoś zgła­sza się na ochot­nika? - Unio­sła się jedna ręka. - W porządku. Zbierz­cie nazwi­ska, skon­tak­tuj­cie się ze wszyst­kimi i zawia­dom­cie ich, że wkrótce ich wezwiemy. Liczą się nawet sekundy. Do roboty!

Eks­plo­do­wał hałas, ale bar­dziej rado­sny niż przed­tem, prze­po­jony poczu­ciem celu.

Su-Hyeon odwró­ciło się bły­ska­wicz­nie.

- Car­lyle Foster, spra­wia­cie wra­że­nie kogoś, kto mógłby prze­ko­nać Kon­klawe Sen­se­istów do uży­cze­nia nam swo­jej straży.

Byłe Kuzyn roz­pro­mie­niło się wyraź­nie.

- Myślę, że sobie z tym pora­dzę.

- Zna­ko­mi­cie. Czy zgo­dzi­cie się współ­pra­co­wać z sena­to­rem Guild­bre­ake­rem w wypro­wa­dze­niu tej straży na ulice, by bro­niła porządku w oko­li­cach Forum? Jeśli ludzie mogą w obec­nej chwili uznać kogoś za neu­tral­nego, to z pew­no­ścią ich.

- Da się zro­bić.

- Dzię­kuję. - Su-Hyeon zwró­ciło się w moją stronę i zarzu­ciło mi na ramiona coś mięk­kiego, cie­płego i przy­po­mi­na­ją­cego kokon. Coś pur­pu­ro­wego. To była jego stara mary­narka wice­cen­zora. Pochy­liło się ku mnie. - Będzie­cie to nosić przez cały czas, jasne? W tym stroju nikt nie ośmieli się was tknąć. Nie chodź­cie po uli­cach bez tej mary­narki, wyglą­da­jąc jak bez­bronne usłu­go­wiec. To zbyt ryzy­kowne. Rozu­mie­cie? Obie­caj­cie mi.

- Mmhm - wymam­ro­ta­łom przez łzy.

Moje uczu­cia odbiły się na jego wyra­zi­stej twa­rzy niczym w lustrze. Uści­skało mnie.

- Bar­dzo mi przy­kro.

Ści­skało mnie tak mocno, że aż jęk­nę­łom. Su-Hyeon było ze mną. Prze­szył mnie dreszcz, od któ­rego poczu­łom się lepiej. Nikt ni­gdy nie był ze mną tak bli­sko, niczyj dotyk nie był tak rze­czy­wi­sty i pewny. Ten uścisk był odwza­jem­niony. Nie byli­śmy sami. To było nowe wra­że­nie, ale nic w tym dziw­nego. Nie byli­śmy sami, ale po raz pierw­szy w życiu musie­li­śmy się liczyć z taką moż­li­wo­ścią. Bar­dzo liczni ludzie zostali teraz ska­zani na samot­ność. Książę. Papa. A nade wszystko Mycroft.

- Wpi­sa­łom do reje­stru, że do odwo­ła­nia jeste­ście na stałe przy­dzie­leni do mojego urzędu. Macie czas potrzebny, by wyko­ny­wać swą pracę, i nikt nie będzie zada­wał wam pytań ani się wtrą­cał. Może­cie tu na razie zostać, żeby odpo­cząć. Poma­gaj­cie innym, jeśli chce­cie, albo wróć­cie do swo­jej pracy, wkrótce będzie­cie mogli wró­cić ze mną do urzędu, bez­piecz­nie i bez prze­szkód. W porządku?

Poczu­łom, że wszystko rze­czy­wi­ście jest w porządku. Sprawy nie wró­ciły do normy, nie było dobrze, ani nawet lepiej, ale obec­ność Su-Hyeona dała mi to nie­zbędne mini­mum sta­bil­no­ści, któ­rego roz­pacz­li­wie potrze­bo­wa­łom. Półkę skalną mogącą ura­to­wać kogoś ześli­zgu­ją­cego się z urwi­ska. To roz­pro­szyło nieco mgłę, na spółkę z pozio­mem cukru we krwi pod­nie­sio­nym przez cze­ko­ladę. Wysła­łom wia­do­mo­ści do Viviena, Bryar, Achil­lesa i MASONA, zapew­nia­jąc je, że nic mi nie grozi. Następ­nie uspo­ko­iłom ludz­kość, pro­sząc wszyst­kich o umiar­ko­wa­nie za pośred­nic­twem Hâte Ano­nyme. W pierw­szej kolej­no­ści zwra­ca­łom się do miast, w któ­rych sytu­acja była naj­gor­sza. Następ­nie napi­sa­łom esej "O fana­ty­zmie" (oparty na Dic­tion­na­ire phi­lo­so­phi­que por­ta­tif Vol­ta­ire'a), w któ­rym twier­dzi­łom, że okru­cień­stwa wojny rodzą się nie w jakiejś nie­ludz­kiej mili­tar­nej machi­nie, lecz w ludz­kich ser­cach, gdy pozwa­lamy, by nasze prze­ko­na­nia prze­ro­dziły się w fana­tyzm. Wszy­scy mogli­śmy zgi­nąć w tej woj­nie, lecz zagra­żała nam rów­nież moż­li­wość sta­nia się spraw­cami okru­cieństw. Tego pierw­szego nie­bez­pie­czeń­stwa nie mogli­śmy unik­nąć, ale pora­dze­nie sobie z dru­gim z pew­no­ścią leżało w naszej mocy. Każde z nas samo decy­do­wało, czy pozwoli, by jego serce zara­ził fana­tyzm, czy otwo­rzy je przed Rozu­mem, Roz­sąd­kiem i Czło­wie­czeń­stwem. Myślę, że ten esej uspo­koił nieco sześć miliar­dów moich czy­tel­ni­ków, choćby tylko dla­tego, że regu­larne komu­ni­katy Ano­nima przy­po­mi­nały im o nor­mal­no­ści. Mia­łom nadzieję, że moje oso­bi­ste doświad­cze­nie jako osoby, która sama dopu­ściła się okrut­nego czynu, doda ese­jowi auten­ty­zmu, mógł to jed­nak być nad­mierny opty­mizm. Skoń­czy­łom pisać, znowu spraw­dzi­łom, co u Księ­cia. Po raz kolejny ja i wszyst­kie moje kło­poty sta­li­śmy się jedy­nie kro­plą w morzu jego Nie­skoń­czo­nej, Dobrej Filo­zo­fii. Pro­siło mnie o zde­fi­nio­wa­nie słowa "gdzie". Dla­czego? Dla­tego że pró­bo­wało zro­zu­mieć, jak to moż­liwe, że ta z pozoru pro­sta myśl-słowo-rzecz mogła słu­żyć do sfor­mu­ło­wa­nia zupeł­nie róż­nych pytań, takich jak: "Gdzie jest Mój Domi­nic?" i "Gdzie jest Mój Mycroft?".

Rozdział trzeci. Teraz jestem w miejscu

Roz­dział trzeci

TERAZ JESTEM W MIEJ­SCU

Napi­sane 19-22 wrze­śnia roku 2454 Wyda­rze­nia z 8-22 wrze­śnia Roma­nova

Ni­gdy przed­tem nie byłom w żad­nym miej­scu. Żadne z nas nie było, nie naprawdę, nie tak, jak obec­nie. Zawsze mogli­śmy pole­cieć, dokąd tylko chcie­li­śmy, i dotrzeć tam po chwili albo za godzinę. A teraz jestem w Roma­no­vie. Jutro i poju­trze rów­nież tu będę. Będę cho­dziło po tych uli­cach, nie po żad­nych innych, spało na tej kana­pie, jadło żyw­ność kupioną w tych skle­pach, a gdy zapasy się skoń­czą... Mycroft miało rację, to będzie tak, jak­by­śmy roz­bili się na Księ­życu.

Minęły już dwa tygo­dnie wojny. Auto­loty nie były winne, to natych­miast stało się oczy­wi­ste. Mam na myśli to, że potwier­dzi­li­śmy, iż ktoś kie­ruje ich sza­lo­nymi lotami po nie­bie. Dla­tego już ich nie prze­kli­namy, jak cza­sami zda­rza się nam prze­kli­nać korzeń albo porzu­coną na ziemi torbę, o które się potkniemy. Sku­piają się nad mia­stami, krą­żąc nad nimi z wielką pręd­ko­ścią, by zablo­ko­wać miej­ską prze­strzeń powietrzną. Nie­za­miesz­kane obszary i morza są czy­ste. To nie może być przy­pad­kowa awa­ria. To jest plan. A wina sięga znacz­nie głę­biej. Rekon­struk­cjo­ni­ści i maj­ster­ko­wi­cze bar­dzo szybko zbu­do­wali zastęp­cze machiny: balony, samo­loty, ste­rowce i heli­kop­tery. Tutaj, na Sar­dy­nii, mie­li­śmy mały hydro­plan z dwoma gru­bymi pły­wa­kami, który pró­bo­wał pole­cieć do Włoch. Strą­cił go auto­lot, podob­nie jak wszyst­kie pozo­stałe. Zde­rze­nie i dobrze już nam znany słup dymu. Uto­pia­nie rów­nież pró­bo­wali. Prze­nie­śli auto­loty ze swego nie­za­leż­nego sys­temu na trasy poło­żone wyżej bądź niżej, ale maszyny Saneer-Weeks­bo­othów są szyb­sze od uto­piań­skich i dogo­niły wszyst­kie. Przy­się­gam, że przez jeden strasz­liwy dzień czę­ściej widzia­łom na uto­piań­skich płasz­czach zakłó­ce­nia niż nie­ist­nie­jące miej­sca.

Niebo jest przed nami zamknięte. Nie­na­wiść oskarża OS, Straż­ni­ków Pasiek, Huma­ni­stów, Kuzy­nów, któ­rzy jako ostatni kon­tro­lo­wali sys­tem, Mit­su­bi­shian, któ­rzy pomo­gli go stwo­rzyć przed wszyst­kimi tymi laty, Perry'ego-Kraye'a, Joyce Faust, a przede wszyst­kim skon­fi­gu­ro­wa­nych. Oskarża się też "półskon­fi­gu­ro­wa­nych", pozba­wio­nych sumie­nia, stwo­rzo­nych przez Joyce Faust, basz Mardi, Uto­pię albo Mycro­fta, "moralne auto­maty, jak Eureka Weeks­bo­oth i Sid­ney Koons". Jaskrawe barwy edu­ka­cjo­ni­stów zaczęli nosić ludzie, któ­rzy nie są Kuzy­nami. Doszło do zamie­szek w Haj­da­ra­ba­dzie, Dur­ba­nie, Shen­zhen, Hong­kongu (zabito tam Sung Myunga, twórcę roset­tań­skich skon­fi­gu­ro­wa­nych), a przede wszyst­kim w Székesfehérvár, gdzie wycho­wy­wa­nie skon­fi­gu­ro­wa­nych jest - było - praw­dzi­wym prze­my­słem. Prze­moc dotarła aż do Buda­pesztu, gdzie z tru­dem udało się ją powstrzy­mać dzięki peł­nemu pasji ape­lowi króla Hisz­pa­nii. Anty­mit­su­bi­shiań­skie roz­ru­chy nie wyga­sły tak szybko. W ich przy­padku tłumy są mniej liczne, ale wielu skie­ro­wało swą agre­sję prze­ciwko wła­ści­cie­lom nie­ru­cho­mo­ści i ich pecho­wym sąsia­dom we wszyst­kich mia­stach, w któ­rych mała chiń­ska albo japoń­ska dziel­nica była nara­żona na atak (kore­ań­skie dziel­nice na razie oszczę­dzono). Naj­go­rzej było w Dubaju, gdzie wście­kłość tłu­mów skie­ro­wała się prze­ciwko nie­licz­nej mniej­szo­ści Mit­su­bi­shian. To dziwne, że czu­li­śmy się zasko­czeni. Liczby Viviena - czy raczej liczby Kohaku Mar­diego - już dawno temu prze­wi­działy, że gdy w rękach Mit­su­bi­shian znaj­dzie się sześć­dzie­siąt sie­dem pro­cent powierzchni lądów, cały świat sta­nie w pło­mie­niach. Jed­nakże ta prze­moc wyda­wała się nam zupeł­nie bez­sen­sowna, cał­ko­wi­cie pozba­wiona związku z Joyce Faust, Księ­ciem i stro­nami, które tak usil­nie sta­rało się stwo­rzyć. Nie­mniej Pasieka Mit­su­bi­shi korzy­sta z usług skon­fi­gu­ro­wa­nych, była jed­nym z bene­fi­cjen­tów OS i stwo­rzyła Urzą­dze­nie Can­nera, a w dodatku tym­cza­sowi dyrek­to­rzy na­dal utrzy­mują, że postę­po­wali słusz­nie, ucie­ka­jąc się do takich metod, by bro­nić inte­re­sów człon­ków Pasieki kosz­tem innych. Podej­rze­wam, że dla każ­dego baszu, który od lat cier­piał z powodu wyso­kich czyn­szów, oka­zało się to wystar­cza­jącą pro­wo­ka­cją.

Zamieszki i chaos były tak męczące, że poczu­li­śmy szczerą ulgę, gdy strony wojny zaczęły wyglą­dać tak, jak prze­wi­dy­wały pod­ręcz­niki.

MASON ogło­siło stan wojny w posęp­nej cere­mo­nii odpra­wio­nej o świ­cie na szczy­cie zig­gu­ratu w Alek­san­drii. Urząd pater patra­tus wysłał kopię dekla­ra­cji do Char­le­ma­gne, które mówi, że po łaci­nie brzmi ona pięć razy groź­niej. Jej sens spro­wa­dza się jed­nak do "poskro­mie­nia i spro­wa­dze­nia na wła­ściwą drogę" wszyst­kich nie­przy­ja­ciół, któ­rzy zagra­żają IMPE­RIUM i jego cią­gło­ści (w tym przy­padku słowo "cią­głość" ozna­cza Księ­cia, ponie­waż na­dal nie wolno wspo­mi­nać o Impe­ra­tor Desti­na­tus). Przed upły­wem godziny od zakoń­cze­nia cere­mo­nii masoń­skie siły wyszły ze swo­ich miast, podob­nie jak sate­lity wystrze­lone w ści­śnię­tej postaci roz­kła­dają na orbi­cie skrzy­dła, kable i auto­ma­tyczne koń­czyny. Dżipy pierw­sze wyru­szyły w drogę, wzno­szono for­ty­fi­ka­cje i wieże, z por­tów wypły­nęły łodzie, spy­cha­cze i walce budo­wały drogi dla cię­ża­ró­wek, moto­cy­kli oraz nie­unik­nio­nych, jak zapo­wia­da­jące zły los komety, czoł­gów. W mie­sza­nych mia­stach wzno­szono umoc­nie­nia wokół masoń­skich dziel­nic, tam zaś, gdzie Impe­rium miało znaczną prze­wagę liczebną, powstały wokół nich fosy z dróg i betonu. Try­po­lis, Kair, Ankara, Stam­buł, Kon­stanca, Kra­ków, Anto­nio­po­lis, Kazań, Baku, Samar­kanda, Labo­kla, Caede­cul­min, Kal­kuta - jeśli połą­czy­cie ze sobą te punkty na mapie, odnie­sie­cie wra­że­nie, że wró­ciła era państw geo­gra­ficz­nych. MASON jest w sta­nie je połą­czyć, ponie­waż Rezer­wat Lewan­tyń­ski i jego sojusz­nicy w Azji Wewnętrz­nej - zawsze zaprzy­jaź­nieni z Maso­nami - przy­znali Impe­rium wyłączne prawo przej­ścia przez ich tery­to­ria.

Mit­su­bi­shia­nie wyru­szyli na morze. Tego pierw­szego poranka zni­kąd poja­wiły się tysiące okrę­tów, ukry­tych dotąd w maga­zy­nach albo zmon­to­wa­nych bły­ska­wicz­nie. Nocami oce­any są teraz usiane rucho­mymi świa­tłami, nie­zli­czo­nymi jak gwiazdy - od wysp Japo­nii poprzez Seul, Szan­ghaj i wybrzeża Wiet­namu aż po indo­ne­zyj­ski archi­pe­lag. Dubaj i samotne Hawaje rów­nież mają swe małe roje mit­su­bi­shiań­skich świe­tli­ków, można też zoba­czyć nie­wiel­kie sku­pi­ska wokół sub­kon­ty­nentu indyj­skiego, zwłasz­cza przy brze­gach w oko­li­cach Madrasu. Wszyst­kie płyną pod ban­de­rami z mit­shu­bi­shiań­skim trój­li­ściem i fla­gami nie­któ­rych grup naro­do­wych (Japo­nii na razie się nie widzi, a choć więk­szość regio­nal­nych flag Chin spo­tyka się czę­sto, Dong­bei rzuca się w oczy swą nie­obec­no­ścią. To samo doty­czy wielu pod­grup Indii), ale obecne są też znaki mit­shu­bi­shiań­skich blo­ków. Naj­wy­raź­niej każdy z nich ma wła­sną flotę. Cho­rą­gwie Gre­en­pe­ace widzi się czę­sto - zarówno na okrę­tach, jak i na dachach - zwłasz­cza w oko­li­cach Kuala Lum­pur i Bom­baju, a także we flo­cie, która 12 wrze­śnia zbli­żyła się do Nowej Zelan­dii. Wciąż poja­wiają się nowe okręty. Na razie niczego nie zaata­ko­wały, uno­szą się tylko na wodzie jak stada prze­ro­śnię­tych gęsi i testują swe działa w oko­li­cach Bris­bane, Manili i Taj­wanu.

Europa jest naj­lep­sza, jeśli cho­dzi o pod­stawy wojny, a przy­naj­mniej grupy naro­dowe są naj­lep­sze, ponie­waż ich obec­ność naj­wy­raź­niej przy­nosi korzyść rów­nież Mit­su­bi­shi. Mają już mun­dury, flagi i stop­nie woj­skowe, zna­le­zione w ich histo­rycz­nych książ­kach, ale auten­tyczne, mają pod­ręcz­niki, pro­ce­dury, bro­szury szko­le­niowe, pen­sje aktu­ali­zo­wane od nie­pa­mięt­nych cza­sów oraz pla­katy wer­bun­kowe z patrio­tycz­nymi slo­ga­nami, które na­dal chwy­tają za serce. Nawet ja otrzy­ma­łom zapro­sze­nie od Hel­leń­skiej Mary­narki Wojen­nej. Wszyst­kie grupy w Unii Euro­pej­skiej powo­łały w każ­dym mie­ście pla­cówki zaj­mu­jące się ich człon­kami, zapew­nia­jące schro­nie­nie tym, któ­rzy zna­leźli się daleko od domów, wer­bu­jące żoł­nie­rzy i zapew­nia­jące swym roda­kom pomoc, któ­rej mogą zaufać. Ich nie­wiel­kie armie ogra­ni­czają się na razie do urzą­dza­nia parad, roz­wie­sza­nia pla­ka­tów i doda­wa­nia ludziom odwagi. Pół rekon­struk­cjo­nizm, pół wojna. Nadaje to obec­nym wyda­rze­niom pozory nor­mal­no­ści, ale wyczuwa się też mrocz­niej­sze nuty. Nad nie­któ­rymi biu­rami wer­bun­ko­wymi - na przy­kład fili­piń­skim i fla­mandz­kim za Kolumną Car­lyle'a - powie­wają tylko ich wła­sne flagi - albo ich wła­sne i UE - ale inne, jak nasze, grec­kie przy Cir­cus Max, wywie­siły już V z V Refor­mi­stów, choć nie jest to jesz­cze legalne. W sobotę w życie wejdą poprawki do euro­pej­skiej kon­sty­tu­cji. Król Hisz­pa­nii Isa­bel Car­los II zosta­nie koro­no­wane na cesa­rza Europy, Isa­bel Car­losa I. Gdy po połu­dniu tego dnia cesarz poślubi Joyce Faust D'Aro­uet, Jeho­vah Epi­cu­rus Mason nagle sta­nie się następcą euro­pej­skiego tronu. Jed­nakże cesar­stwo powo­łane przez króla Hisz­pa­nii, z pro­wi­zo­rycz­nym par­la­men­tem, jest monar­chią kon­sty­tu­cyjną, posia­da­jącą mecha­ni­zmy kon­troli i rów­no­wagi, daleką od abso­lut­nego pod­da­nia się, któ­rego żąda Książę. Duch Europy jest ocho­czy, związki, które łączyły grupy naro­dowe z krwio­żer­czym Per­rym, wstrzą­snęły nimi tak bar­dzo, że są gotowe dać dobremu, kocha­ją­cemu życie Księ­ciu wolną rękę pod hasłem "Nowa kon­sty­tu­cja". Jed­nakże król Hisz­pa­nii nie zła­mie prawa. Dla­tego wiele insty­tu­cji Unii Euro­pej­skiej na­dal deba­tuje nad tym, czy mają upraw­nie­nia przy­znać komu­kol­wiek nie­ogra­ni­czoną wła­dzę, nawet jeśli lud się tego domaga. Dopóki nie podejmą decy­zji, euro­pej­skie pla­cówki nie mogą wywie­szać V z V. Ale nie­które i tak to robią.

Kuzyni nie pro­wa­dzą wojny. Pra­cują dla pokoju. Ich jadło­daj­nie i cen­tra pomocy uchodź­com są pełne ruchu. Rzadko widzi się na ulicy Kuzyna, który nie nosiłby znaku Czer­wo­nego Krysz­tału, czę­sto z czapką pie­lę­gniar­ską i far­tu­chem do kom­pletu. Zało­żyli noc­le­gow­nie, gdzie mogą się zatrzy­mać ci, któ­rzy zna­leźli się daleko od domu, i orga­ni­zują pomoc huma­ni­tarną w ramach Czer­wo­nego Krysz­tału. Kuzyni i Czer­wony Krysz­tał ucho­dzą wręcz za syno­nimy, więc ochot­nicy z innych Pasiek noszą teraz czer­wone wer­sje swych godeł obok czer­wo­nych krysz­ta­łów, by oznaj­mić: "Nie jestem Kuzy­nem!". Jest w tym iro­nia, ponie­waż (spraw­dza­łom to) sam sym­bol czer­wonego krysz­tału - czer­wony romb z mniej­szym, bia­łym w środku - przy­jął się jako atry­but neu­tral­no­ści pod koniec dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, gdy pierw­sze zapo­wie­dzi wojny Kościo­łów spra­wiły, że dawne emble­maty czer­wonego krzyża i czer­wonego pół­księ­życa stały się źró­dłem kon­flik­tów.

Bryar opu­ściło Delhi i dotarło do Bom­baju, gdzie ota­czają je Kuzyni i człon­ko­wie Gre­en­pe­ace Mit­su­bi­shi, wszy­scy sprze­ci­wia­jący się znisz­cze­niu Ziemi. Bryar już pod­jęło próby skło­nie­nia przy­wód­ców do nego­cja­cji, codzien­nie zgła­sza nowe ini­cja­tywy, zalewa publiczne kanały uspo­ka­ja­ją­cymi oświad­cze­niami doty­czą­cymi logi­styki - jak zna­leźć cen­tra pomocy uchodź­com, jakie gadżety i sprzęty gospo­dar­stwa domo­wego można prze­ka­zać na potrzeby pomocy (kto by pomy­ślał, że stary mano­metr próż­niowy może mieć tak wiele zasto­so­wań w medy­cy­nie!), a przede wszyst­kim pro­pa­guje swój Pro­gram Wymiany Broni. Kuzyni stwo­rzyli ośrodki, w któ­rych można wymie­nić śmier­cio­no­śną broń - nową albo uży­waną, nowo­cze­sną bądź archa­iczną - i otrzy­mać w zamian nowiu­teńki "pisto­let osła­bia­jący" - stwo­rzony przez ich Pasiekę dale­ko­za­się­gowy ogłu­szacz, zatwier­dzony jako bez­pieczny dla zdro­wia. To jest ich wielki plan mający spo­wo­do­wać, że walki okażą się bez­kr­wawe, armie będą brały nie­przy­ja­ciół do nie­woli, zamiast ich zabi­jać, i zmie­nią świa­tową wojnę domową w świa­tową domową zabawę w berka. Życzę im szczę­ścia. Mieli zamiar roz­dać setki tysięcy pisto­letów osła­bia­jących wal­czą­cym armiom, ale trans­port prze­stał dzia­łać i tysiące skrzyń wypeł­nio­nych tą bro­nią leżą bez­u­ży­teczne w fabry­kach albo płyną na stat­kach.

* * *

Mogę was z rado­ścią poin­for­mo­wać, że z Casa­blanki dociera do nas znacz­nie wię­cej infor­ma­cji o Helo?se niż o Lore­lei Cook. Helo?se nie kie­ruje Czer­wo­nym Krysz­ta­łem, ale jest jego ludzką twa­rzą, nie­ustan­nie pro­du­kuje fil­miki instruk­ta­żowe uczące roz­po­zna­wa­nia odwod­nie­nia albo wią­za­nia ban­daży. Są też jed­nak inne, nie­ofi­cjalne mate­riały pro­du­ko­wane przez edu­ka­cjo­ni­stów, uczące ludzi, jak "huma­ni­tar­nie" upo­rać się ze skon­fi­gu­ro­wa­nym (jak naj­sku­tecz­niej schwy­tać takie "stwo­rze­nie" i trzy­mać je w bez­piecz­nym zamknię­ciu, jakie zagro­że­nie stwa­rzają kon­kretne "gatunki", brr). Obok zna­nych rodza­jów, jak kar­te­zjań­scy czy strat­fordzcy skon­fi­gu­ro­wani, poja­wiły się nowe kate­go­rie. Skon­fi­gu­ro­wani D'Aro­uet i nace­cho­wani płciowo to naj­wy­raź­niej syno­nimy, są też skon­fi­gu­ro­wani z Alba Longa (to zna­czy Mycroft, Tul­lius i reszta baszu Mardi). Skon­fi­gu­ro­wani z OS, skon­fi­gu­ro­wani And? (Toshi, Masami itd.) i, co naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące, uto­piań­scy.

Pierw­szym ruchem, jaki wyko­nała Uto­pia pod­czas tej wojny, było danie całemu światu rowe­rów. Nasze dru­karki i tak by je wypro­du­ko­wały, by wspo­móc sys­temy komu­ni­ka­cji miej­skiej, nie­przy­sto­so­wane do świata pozba­wio­nego auto­lo­tów, ale oni opu­bli­ko­wali (za darmo) plany modelu wyma­ga­ją­cego pięć razy mniej surow­ców niż naj­lżej­szy znany do tej pory. Dzięki temu Zie­mia zaosz­czę­dziła około pię­ciu miliar­dów kilo­gra­mów mate­riału do dru­ka­rek, który będzie można wyko­rzy­stać do pro­duk­cji ban­daży bądź ubrań. Albo do bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cych celów. Nie potra­fię oce­nić, czy ten dar zła­go­dził wro­gość spra­wia­jącą, że wielu pochwala atak na Atlan­tydę, ale przy­naj­mniej jak dotąd Shu­ilian, Lili­put i Paititi unik­nęły ata­ków. W mie­sza­nych mia­stach Uto­pianie trzy­mają się swo­ich dziel­nic, a ich bram strzegą najbar­dziej prze­ra­ża­jące u-bestie. Cza­sami jed­nak nie­wiel­kie oddziały masze­rują głów­nymi uli­cami. Towa­rzy­szą im potwory, a delij­skie słońca lśnią ośle­pia­ją­cym bla­skiem. Krążą pogło­ski o tłu­mach pró­bu­ją­cych się zbli­żyć do uto­piań­skich dziel­nic, ale odstra­szają je smoki, dino­zaury i roboty o sta­lo­wych ser­cach.

Gor­dia­nie sie­dzą cicho, ale są pomocni. Basz mózgow­ców i Insty­tut Brilla potę­piły OS i wszyst­kie "zbrod­ni­cze" próby zama­chów na "Dona­tiena D'Aro­uet". Potwier­dzili też, że ich Pasieka nie akcep­tuje kary śmierci, tor­tur ani prze­mocy, śmier­cio­no­śnej broni oraz celo­wych zabójstw we wszyst­kich sytu­acjach, w tym rów­nież pod­czas wojny. Tylko nie­liczni Bril­li­ści przy­łą­czają się do zamie­szek, a tych, któ­rzy to robią, natych­miast aresz­tuje pasie­kowa poli­cja, jeśli tylko znaj­dują się w zasięgu jazdy rowe­rem od jej naj­bliż­szego poste­runku. Tym­cza­sem do biura Su-Hyeona wciąż napły­wają pomocne infor­ma­cje z tego czy tam­tego mia­sta, w któ­rym jakiś Bril­li­sta wyczy­tał z twa­rzy ludzi na uli­cach, że wkrótce doj­dzie tam do wybu­chu prze­mocy. Według naszych ocen pomo­gło to ogra­ni­czyć liczbę ofiar na całym świe­cie w rów­nym stop­niu, jak całe siły Roma­novy.

Jedyna mili­tarna akcja, jaką pod­jęli (jeśli można to tak nazwać), pole­gała na tym, że w nie­któ­rych bril­li­stycz­nych dziel­ni­cach usta­wiono przy wej­ściu biurka i sie­dzący za nimi urzęd­nicy uprzej­mie zacze­piali wybra­nych prze­chod­niów, pro­sząc ich o odda­nie ukry­tej broni na prze­cho­wa­nie (zawsze zga­dy­wali traf­nie). Cie­szy­łom się tą chwilą spo­koju, ale zga­dza­łom się z Su-Hyeonem, że nie będą mogli bez końca trzy­mać się pacy­fi­zmu Brilla.

Chwila naj­więk­szego napię­cia nastała, gdy Vivien - pre­zy­dent Ance­let - weszło na mów­nicę, by odczy­tać (mówiło po hisz­pań­sku dość kiep­sko, z sil­nym akcen­tem) odpo­wiedź Huma­ni­stów na groźbę wojny, wygło­szoną przez MASONA.

- Tylko w ciągu ostat­niej doby zgi­nęło wsku­tek prze­mocy wię­cej ludzi, niż zabiło ich OS przez całą swą histo­rię. Pasieka Huma­ni­stów na­dal jest zde­cy­do­wana zna­leźć alter­na­tywę dla sys­temu OS, ale po ostat­nim orze­cze­niu sądu w spra­wie terra ignota nie możemy potę­pić Lesley i Ockhama Sane­erów, byłego pre­zy­denta Gany­mede'a de la Trémo?lle ani innych urzęd­ni­ków naszej Pasieki, któ­rzy ura­to­wali miliony ludz­kich ist­nień za pomocą środ­ków, któ­rych nie zabra­niały prawa Huma­ni­stów ani Soju­szu. MASON zagro­ziło, że pod­po­rząd­kuje sobie siłą wszyst­kie pozo­stałe Pasieki i inne ludz­kie insty­tu­cje, w tym rów­nież Sojusz, które nie potę­pią i nie skażą na wygna­nie Ojiro Sni­pera oraz jego zwo­len­ni­ków. Pasieka Huma­ni­stów nie popiera zama­chu na Epi­curo Masona, ale nosze­nie tar­czy strzel­ni­czej i sza­no­wa­nie wszyst­kiego, co repre­zen­tuje Ojiro Sni­per jest korzy­sta­niem z prawa do wol­no­ści sumie­nia i opi­nii, które są nie­zbędne dla posza­no­wa­nia god­no­ści czło­wieka. W związku z tym reko­men­duję, by dzi­siaj, ósmego wrze­śnia roku dwa tysiące czte­ry­sta pięć­dzie­sią­tego czwar­tego, Pasieka Huma­ni­stów uznała, że jest w sta­nie wojny z Maso­nami oraz innymi Pasie­kami i ludz­kimi insty­tu­cjami, które powo­łują się na hasła spra­wie­dli­wo­ści i reformy, by ukryć sys­te­mową, inte­re­sowną prze­moc, zagra­ża­jącą naszemu życiu, naszym pra­wom, Pasiece i god­no­ści czło­wieka, a także Uni­wer­sal­nemu Wol­nemu Soju­szowi, który umoż­li­wił nadej­ście tej naj­lep­szej i naj­śmiel­szej epoki w dzie­jach. W związku z tym wzy­wam wszyst­kich człon­ków naszej Pasieki, by zagło­so­wali nad pyta­niem, czy mamy odrzu­cić moją reko­men­da­cję i sta­wić czoło temu kry­zy­sowi wyłącz­nie poko­jo­wymi środ­kami, czy uznać stan wojny i upo­waż­nić mnie jako pre­zy­denta do uży­cia wszyst­kich sił i środ­ków Pasieki Huma­ni­stów w defen­syw­nych i ofen­syw­nych dzia­ła­niach wojen­nych.

Sie­dem­dzie­siąt dwa pro­cent zagło­so­wało za wojną. To ozna­cza, że dwa­dzie­ścia osiem pro­cent było prze­ciw. Wska­zuje to na praw­dziwą rewo­lu­cję, którą przy­pad­kowo ukry­łom, pisząc o kolej­nych Pasie­kach: Dru­gie Wiel­kie Zerwa­nie Wię­zów. W ostat­nich dwóch tygo­dniach ponad pół miliarda ludzi wystą­piło ze swo­ich Pasiek, jeden czło­nek na dwu­dzie­stu. Te liczby sko­czyły gwał­tow­nie w górę zaraz po wypo­wie­dze­niu wojny przez MASONA i Viviena. Mnó­stwo ludzi zostało Sza­ro­pra­wow­cami, ale wielu z tych, któ­rzy noszą tar­cze strzel­ni­cze, porzu­ciło swoje Pasieki, by przy­łą­czyć się do Huma­ni­stów, nato­miast ci, któ­rzy naj­gło­śniej doma­gali się krwi Sni­pera, prze­cho­dzą do MASONA albo do Euro­pej­czy­ków, wie­rząc, że słod­kie król Hisz­pa­nii zapro­wa­dzi spra­wie­dli­wość bez potrzeby ucie­ka­nia się do zemsty. Zwięk­szył się też napływ do grup naro­do­wych. Basze i indy­wi­du­alne osoby, któ­rym do tej pory było wszystko jedno, czy są Gre­kami, Austria­kami czy Gru­zi­nami, nagle zapra­gnęły mieć roda­ków. Głowę uniósł też praw­dziwy, sta­ro­modny rasizm, a przy­naj­mniej strach przed nim. Wiele milio­nów ludzi przy­łą­czyło się do Kuzy­nów i do Czer­wo­nego Krysz­tału. Uzna­ło­bym to za altru­izm, gdyby nie fakt, że wielu z nich to ludzie o widocz­nie wschod­nio­azja­tyc­kim pocho­dze­niu uwię­zieni w masoń­skich i euro­pej­skich sto­li­cach albo nie-Mit­su­bi­shia­nie o ewi­dent­nie innym pocho­dze­niu, któ­rzy zna­leźli się w mia­stach zdo­mi­no­wa­nych przez Pasiekę Mit­su­bi­shi albo po pro­stu na dale­kim wscho­dzie. Kuzy­now­ska szata i opa­ska Czer­wo­nego Krysz­tału na ramie­niu są tar­czą i zbroją dla tych, któ­rzy liczą twa­rze wokół sie­bie, róż­niące się od ich twa­rzy, i boją się, że chra­pa­nie tej śpią­cej od dawna bestii, więk­szo­ści, staje się coraz płyt­sze. Bła­gam, bła­gam, niech się okaże, że te obawy nie mają pod­staw.

Wszystko to jed­nak dzieje się daleko ode mnie. Oglą­dam to przez swoje soczewki jak film fabu­larny albo zawody spor­towe. Po upadku Cielo de Pájaros wszystko podzie­liło się na bez­po­śred­nie oto­cze­nie - ten pokój, to mia­sto - i resztę świata. Wiem, że to, co dzieje się poza Roma­novą, na­dal jest realne. Docie­rają do mnie obrazy, głosy i liczby. Na­dal wpły­wam na ludzi swymi sło­wami wzy­wa­ją­cymi do zacho­wa­nia spo­koju, ale ich rze­czy­wi­stość jest dla mnie nie­do­stępna, jak świat przed­sta­wiony w jakiejś grze albo na uto­piań­skim płasz­czu. Nato­miast to, co widzę na uli­cach, wydaje mi się dzie­sięć razy bar­dziej rze­czy­wi­ste niż przed­tem. Róż­nica mię­dzy oknem a ekra­nem nagle stała się ważna.

Pierw­sze ten podział pod­wa­żyło Car­lyle Foster-Kraye, pyta­niem tak skom­pli­ko­wa­nym, że patrol uliczny odpro­wa­dził je w górę hie­rar­chii dowo­dze­nia, naj­pierw do war­tow­ni­ków pod naszymi drzwiami, póź­niej do naj­bliż­szych urzęd­ni­ków, a wresz­cie, pomiesz­cze­nie za pomiesz­cze­niem, do pogrą­żo­nej w cha­osie sali głów­nej, gdzie resztka naj­lep­szych ludzi Papy, Su-Hyeon, ja, Straż Cen­zora i pozo­stali w mie­ście sena­to­rzy sta­ra­li­śmy się jakoś kie­ro­wać Roma­novą. Wszy­scy unie­śli wzrok, gdy Car­lyle weszło do środka. Ci, któ­rzy czy­tali histo­rię Mycro­fta, wie­dzą sta­now­czo zbyt wiele o tej nie­zwy­kłej, słod­kiej i zła­ma­nej oso­bie - szpiegu, utaj­nio­nym geno­ty­pie, bękar­cie diuka i deistycz­nym sen­se­iście. Dla­tego przy­ciąga spoj­rze­nia wszyst­kich.

- Wytłu­macz­cie raz jesz­cze, o co wam cho­dzi, Kuzy­nie Foster - zachę­ciło straż­nik.

Wyro­zu­miałe Car­lyle Foster-Kraye dotknęło szarfy Czar­no­pra­wowca, którą miało na bio­drach, ale nie popra­wiło straż­nika.

- Pil­nie potrze­buję mate­ria­łów budow­la­nych i robot­ni­ków, by odbu­do­wać wej­ście do cen­trum dla gości w Kon­klawe dla sen­se­istów. Sześć budyn­ków w innych dziel­ni­cach rów­nież może posłu­żyć jako cen­tra aktyw­no­ści. Potrze­bu­jemy war­tow­ni­ków w mun­du­rach Soju­szu, by nadali spra­wie ofi­cjalny cha­rak­ter, budżetu, powiedzmy pięć milio­nów na mie­siąc, dostępu do ofi­cjal­nego glo­bal­nego sys­temu pil­nych komu­ni­ka­tów, by ludzie poważ­nie trak­to­wali moje oświad­cze­nia, a także mnó­stwa ochot­ni­ków. Naj­le­piej by było, gdyby zna­leźli się wśród nich nie­któ­rzy z was. Aha, i jesz­cze tyle jabłek i miodu, ile tylko zdo­łamy zgro­ma­dzić.

Sena­tor Char­le­ma­gne Guild­bre­aker wstało zza pobli­skiego biurka z uśmie­chem na ustach.

- Nie­zła lista. I wszystko to dla Kon­klawe?

Car­lyle ski­nęło głową.

- W czwar­tek zaczyna się Rosz ha-Szana.

Su-Hyeon wcią­gnęło nagle powie­trze, ale ja potrze­bo­wa­łom tro­chę czasu, by prze­rzu­cić w pamięci listę świąt wszyst­kich wiar, któ­rej uczymy się w szkole. Ich nazwy mie­szały się w mojej pamięci jak ubra­nia w sta­rej, prze­peł­nio­nej sza­fie. Rosz ha-Szana, żydow­skie święto... pierw­sze z serii świąt nastę­pu­ją­cych po sobie w krót­kim cza­sie...

- Nikt nie może pole­cieć do rezer­watu - dodało Car­lyle.

Teraz ja rów­nież wes­tchnę­łom i zauwa­ży­łom satys­fak­cję na twa­rzy sen­se­isty.

- Zro­zu­mie­li­ście to - potwier­dziło Car­lyle. - Bez auto­lo­tów nikt nie może pole­cieć na święta do rezer­watu i każda osoba, która odpra­wia obrzędy reli­gijne, będzie musiała zary­zy­ko­wać, że ujawni się przed innymi, a także zła­mać Pierw­sze Prawo, jeśli cere­mo­nia wymaga zgro­ma­dze­nia więk­szej liczby ludzi. Musimy zacho­wać wielką ostroż­ność, by tego unik­nąć. Nie cho­dzi mi tylko o wyznaw­ców reli­gii żydow­skiej, lecz rów­nież innych wiar. Wszy­scy oni panicz­nie boją się zde­ma­sko­wa­nia w chwili, gdy nadejdą ich święta. Dla­tego potrze­bu­jemy miejsc, w któ­rych będzie można odpra­wiać obrzędy, nie ujaw­nia­jąc toż­sa­mo­ści uczest­ni­ków. Chcę, żeby mię­dzy holem a poko­jami cere­mo­nialnymi umiesz­czono zapew­nia­jącą pry­wat­ność salę bez okien. Będzie miała tylko jedno wej­ście, ale cztery różne wyj­ścia pro­wa­dzące do róż­nych pomiesz­czeń. Będziemy zachę­cać do wizyt mnó­stwo ludzi, wyznaw­ców i ochot­ni­ków, nikt więc nie będzie miał pew­no­ści, że ktoś wyznaje jakąś wiarę tylko dla­tego, że przy­szedł do ośrodka w dzień święta danej reli­gii. Wszy­scy goście będą poje­dyn­czo wcho­dzili do przed­po­koju. Na drzwiach umie­ści się napis, że odbywa się tam cere­mo­nia, więc wyznawcy danej reli­gii - w przy­padku Rosz ha-Szana Żydzi - będą mogli wejść do środka i wziąć w niej udział, pozo­stali zaś wybiorą któ­reś z trojga innych drzwi, za któ­rymi neu­tralni wyzna­niowo sen­se­iści będą pro­wa­dzili gru­powe dys­ku­sje, trwa­jące tyle samo czasu. Nikt nie będzie wie­dział, kto wszedł do któ­rej sali, bo nawet jeśli zoba­czy kogoś w holu i nie spo­tka go póź­niej na dys­ku­sji, szansa, że wszedł do jed­nej z pozo­sta­łych sal bez­wy­zna­nio­wych, nie do obrzę­do­wej, będzie wyno­siła dwie trze­cie. Uczest­nicy cere­mo­nii zoba­czą się nawza­jem, ale nie ma ide­al­nego roz­wią­za­nia. Miejmy nadzieję, że to roz­wią­za­nie będzie naj­mniej nie­do­godne dla wszyst­kich.

Zapa­dła cisza. Wszy­scy zasta­na­wia­li­śmy się nad tą pro­po­zy­cją.

- Czy nie mogli­by­śmy zapro­sić ochot­ni­ków na cere­mo­nię? - zasu­ge­ro­wało Im-Jin. - Znam masę ludzi, któ­rzy cho­dzą na wie­czory sede­rowe, gdy orga­ni­zują je cen­tra sen­se­istów.

- Rosz ha-Szana wymaga gru­po­wej modli­twy na głos, po hebraj­sku. Nawet jeśli rozda się słow­niki wymowy, łatwo będzie poznać, kto już wypo­wia­dał te słowa, a kto nie. Z cza­sem ochot­nicy mogliby się nauczyć poszcze­gól­nych cere­mo­nii, ale tego nie spo­sób zro­bić szybko. Nie da się też unik­nąć błę­dów. Poza tym ten sys­tem musi uwzględ­niać cere­mo­nie, w któ­rych nie mogą uczest­ni­czyć ludzie nie­bę­dący wyznaw­cami, nie tylko te dostępne dla wszyst­kich.

Im-Jin kiwało głową, słu­cha­jąc tych słów.

- W porządku. Czworo drzwi i mnó­stwo ochot­ni­ków. To chyba da się zro­bić.

- Świet­nie! Chcę, żeby pracę roz­po­częto natych­miast. Kon­klawe powinno się stać prze­wod­ni­kiem dla cen­trów w innych dziel­ni­cach tego mia­sta i we wszyst­kich innych mia­stach. Dla­tego nie­zbędny jest wysoki budżet. Trans­port prze­stał funk­cjo­no­wać i wiel­kie mia­sta będą potrze­bo­wały ośrod­ków poło­żo­nych na pery­fe­riach, żeby wszy­scy mogli do nich dotrzeć.

- A jabłka i miód będą potrzebne do cere­mo­nii?

- Cho­dzi przede wszyst­kim o to, by dać sygnał, że posta­ramy się zdo­być wszystko, co konieczne. Pierw­szym poważ­nym wyzwa­niem będą etrogi i lulaw na święto Suk­kot. Kon­klawe już je zasa­dziło, ale nie wszy­scy to zro­bią. Nie­mniej więk­szość drzew kuchen­nych ma jedno i dru­gie, jeśli zain­sta­lo­wano w nich stan­dar­dowy pakiet wie­lo­wy­zna­niowy. Mimo że jest za mało czasu, by uzy­skać doj­rzałe owoce przed nadej­ściem Suk­kot, zapy­ta­li­śmy kilku rabi­nów i odpo­wie­dzieli nam, że czasu wystar­czy, by na drze­wie wyrósł kwiat, który sta­nie się etro­giem, więc jeśli zosta­nie zapy­lony, można go będzie wyko­rzy­stać, pod warun­kiem, że wypu­kłość u pod­stawy kwiatu, która zmieni się w owoc, sta­nie się widoczna gołym okiem. Na szczę­ście dobrze odży­wione drzewo kuchenne zdąży wypro­du­ko­wać coś takiego. To samo doty­czy trzech pozo­sta­łych roślin, bo liście two­rzą się szybko. Jeśli roz­wią­żemy pro­blem Suk­kot, ludzie tro­chę się uspo­koją. Byłoby bar­dzo dobrze, gdyby nie­któ­rzy z was oso­bi­ście poja­wili się na pierw­szych cere­mo­niach w Kon­klawe, żeby wyra­zić popar­cie dla pro­gramu, a także po to, by słu­żyć jako przy­krywka, na wypa­dek gdyby któ­reś z was prak­ty­ko­wało obrzę­dową reli­gię. To bar­dzo ważne, by żadna z osób spra­wu­ją­cych obec­nie wła­dzę w Roma­no­vie nie została zde­ma­sko­wana. To spo­wo­do­wa­łoby panikę, bo ludzie baliby się, że jedna z reli­gii zdo­bywa prze­wagę i... Czy macie zamiar zarzą­dzić racjo­no­wa­nie? Pro­szę, zrób­cie to. Zakła­dam, że będziemy tego potrze­bo­wali, bo nikt już nie jest w sta­nie trans­por­to­wać żyw­no­ści. Gdy­by­śmy mogli ogło­sić, że cere­mo­nialne posiłki w Kon­klawe są wyłą­czone spod racjo­no­wa­nia, to byłby świetny pre­tekst pozwa­la­jący ludziom uczest­ni­czyć w nich i uda­wać, że robią to tylko dla jedze­nia. Nikt nie będzie nikogo podej­rze­wał!

Ten długi mono­log wylał się z ust Car­lyle jed­nym cią­giem, pełen pasji, lecz dobrze przy­go­to­wany, jakby nie zmru­żyło oka przez całą noc, zasta­na­wia­jąc się nad nim.

- Naprawdę musimy to zro­bić, jak trzeba, od samego początku. Jest już po rów­no­nocy i za późno na Maha­laya, ale jeśli pora­dzimy sobie naprawdę dobrze z żydow­skimi świę­tami i z Nawa­ra­tri, wyznawcy wszyst­kich obrzę­do­wych reli­gii staną się spo­koj­niejsi. Jeśli jed­nak schrza­nimy sprawę i wszy­scy to zoba­czą, jeśli jacyś ludzie zostaną zde­ma­sko­wani, wyznawcy będą się bali tym bar­dziej, im bli­żej będzie do ich wiel­kich świąt. To sta­nie się potężną beczką pro­chu, pod­ło­żoną pod już trwa­jący kon­flikt. Sytu­acja będzie się pogar­szała w miarę zbli­ża­nia się grud­nia i wszyst­kich świąt zwią­za­nych z prze­si­le­niem zimo­wym, z Bożym Naro­dze­niem na czele. Rama­dan też ma się zacząć dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia.

Zabra­kło mi tchu w pier­siach. Boże Naro­dze­nie i Rama­dan? Dwa bliź­nia­cze śpiące smoki, któ­rych star­cia tak czę­sto zale­wały Zie­mię stru­mie­niami krwi. Czy kaprysy muzuł­mań­skiego księ­ży­co­wego kalen­da­rza rze­czy­wi­ście umie­ściły w tym roku Rama­dan tak bli­sko Bożego Naro­dze­nia? Dzięki auto­lo­tom bar­dzo łatwo było ukryć trwa­jący mie­siąc post. Restau­ra­cje zmie­niały godziny, urzą­dzały "noce zabaw" i wszy­scy ska­kali wokół świata, by ni­gdy nie jeść za dnia, po pro­stu dla zabawy. Czy teraz czeka ich zde­ma­sko­wa­nie? Wszyst­kich chrze­ści­jan i muzuł­ma­nów na świe­cie w ciągu tych samych pię­ciu dni? Strach opi­nii publicz­nej przed tym wyda­rze­niem wystar­czy, by roz­trza­skać i ekran, i okno. Zauwa­ży­łom, że wszy­scy wytrzesz­czają oczy. Nie gapili się jed­nak na Car­lyle, lecz na Char­le­ma­gne Guild­bre­akera. Powo­dem był nie tylko jego bli­skowschodni wygląd, tak pospo­lity w Impe­rium. Cho­dziło rów­nież o geo­gra­fię. Wiel­kie masoń­skie sto­lice otwo­rzyły swe wojenne szlaki, łącząc w całość geo­gra­ficzny twór tak, jakby jakaś nie­umarła bestia mogła na nowo zszyć swe ciało z frag­men­tów kości i ożyć. Try­po­lis, Kair, Ankara, Stam­buł, Baku, Samar­kanda. Połą­cze­nie ze sobą tych kro­pek wyod­ręb­niło na mapie bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny kształt. Wydrą­żone Impe­rium MASONA z Rezer­wa­tem Lewan­tyń­skim i sojusz­ni­kami z Azji Wewnętrz­nej w jego środku. Wszy­scy przy­ję­li­śmy zało­że­nie, że krwio­żer­cze chrze­ści­jań­stwo ukrywa się roz­pro­szone, być może naj­sil­niej­sze wśród Huma­ni­stów, Euro­pej­czy­ków i Kuzy­nów, ale podzie­lone, osła­bione, nie­groźne. Jeśli jed­nak, jak przy­pusz­cza tak wielu, jego rodzone, islam, skryło się przede wszyst­kim wśród Maso­nów, to jest abso­lut­nie naj­gor­sza chwila, by zerwać tę maskę. Rama­dan bez auto­lo­tów i Boże Naro­dze­nie dokład­nie w tej samej chwili ujaw­nią wyznaw­ców obu reli­gii jed­no­cze­śnie. Wyobraź­cie sobie, że spo­glą­da­cie na te sze­regi biu­rek i wie­cie! Zdaję sobie sprawę, że tok­syczne frak­cje obu reli­gii zgi­nęły w woj­nie Kościo­łów i prze­trwały tylko poko­jowe odłamy, któ­rych wyznawcy nie byli niczemu winni i ucier­pieli tak samo jak wszy­scy, gdy eks­tre­mi­ści zatruli bar­dziej gor­liwe skrzy­dła, ale... Oplo­tłom się ramio­nami. Czy Char­le­ma­gne Guild­bre­aker...? Nie, bałom się tego, że coś zde­ma­skuje słod­kie, stare Char­le­ma­gne. Cho­dziło mi o Impe­rium. Wiem, że Cor­nel MASON nie jest muzuł­ma­ni­nem! Wie­dzia­łom, że nim nie jest. Pomo­gło Achil­le­sowi zło­żyć byka w ofie­rze grec­kim bogom, ale... wielu innych o tym nie sły­szało. MASON czę­sto pości pod­czas róż­nych świąt, więk­szość waż­nych przy­wód­ców tak robi, na wypa­dek gdyby któ­reś z nich było... Powszech­nie jed­nak wia­domo, że wśród Maso­nów jest wielu... dla­tego ludzie mogą się bać... wszy­scy na Ziemi wie­dzą też, jaką wiarę nie­zbyt pota­jem­nie wyznaje Isa­bel Car­los, które wkrótce zosta­nie cesa­rzem, i choć jest to łagodna odmiana chrze­ści­jań­stwa, kro­wianka zapew­nia­jąca ochronę przed śmier­cio­no­śną formą, wszystko to na­dal wydaje się zbyt zna­jome - cesar­stwo Europy i cesar­stwo MASONA, to nie może się zmie­nić w wojnę mię­dzy dwiema wia­rami. Czy to moż­liwe? Nawet sam strach przed tym może dopro­wa­dzić do miliona zro­dzo­nych z paniki czy­nów, które razem złożą się na nie­po­wstrzy­maną lawinę.

Jeśli pożyję ponad sto lat, to czy nauczę się spo­glą­dać z uśmie­chem na krwawe cykle histo­rii, jak Char­le­ma­gne Guild­bre­aker i mówca Jin Im-Jin?

- To bar­dzo słuszna kon­cep­cja, Bez­pa­sie­kowy Foster - zakoń­czyło Char­le­ma­gne, tak cie­pło i spo­koj­nie, jakby Car­lyle popro­siło je o otwar­cie nowego placu zabaw. - W pełni popie­ram pro­po­zy­cję ofia­ro­wa­nia Kon­klawe wszel­kich zaso­bów, jakich będzie potrze­bo­wało, by roz­wią­zać te pro­blemy, tutaj i na całym świe­cie. Udzie­limy wam wspar­cia na wszyst­kie moż­liwe spo­soby. Chęt­nie wezmę udział w waszym Rosz ha-Szana.

- Powin­ni­śmy urzą­dzić cere­mo­nie rów­nież tutaj! - dodało pośpiesz­nie Su-Hyeon. - Wszy­scy w tym biu­rze pra­cują nie­mal bez chwili wol­nego i trudno im będzie wyjść, żeby wziąć udział w uro­czy­sto­ściach, ale gdy­by­ście umie­ścili tu jedno ze swo­ich cen­trów, mogli­by­śmy wziąć na swoje barki nie­które z łatwiej­szych świąt. Nie tych, które mogłyby zde­ma­sko­wać wyznaw­ców, lecz dostęp­nych dla wszyst­kich. To pozwo­li­łoby nam zapew­nić opi­nię publiczną, że wszyst­kie osoby kie­ru­jące obec­nie Soju­szem mogą wyzna­wać dowolną wiarę bądź połą­cze­nie róż­nych wiar. To byłby dobry przy­kład dla każ­dego.

- Zna­ko­mi­cie - odparło byłe Kuzyn Car­lyle z rado­snym uśmie­chem. - Przejdźmy do logi­styki!

Panika przy­ga­sła we mnie, gdy obser­wo­wa­łom, jak ta trójka współ­pra­cuje z Car­lyle. Dwójka posi­wia­łych sena­to­rów stała u boków mło­dego cen­zora. Byli gotowi na to wyzwa­nie, jak i na każde inne. Gotowi uzdro­wić i okno, i ekran. W tych pierw­szych, peł­nych pro­ble­mów dniach naro­dził się nasz trium­wi­rat - Su-Hyeon, Jin Im-Jin i Char­le­ma­gne Guild­bre­aker. To oni rzą­dzą Roma­novą i Uni­wer­sal­nym Wol­nym Soju­szem, ponie­waż pozo­stali prze­by­wa­jący na miej­scu sena­to­rzy są z reguły zbyt skłó­ceni, by chcieli ze sobą roz­ma­wiać, nawet zdal­nie. Jako cen­zor Su-Hyeon ma pod­czas kry­zysu upraw­nie­nia dyk­ta­tora, ale w całej histo­rii Soju­szu ni­gdy z nich nie sko­rzy­stano, nie sądzę więc, by ludzie naprawdę w nie uwie­rzyli, gdyby pod­czas wszyst­kich wystą­pień nie towa­rzy­szyła mu dwójka wiel­kich sena­to­rów, z apro­batą malu­jącą się na posta­rza­łych twa­rzach. Jin Im-Jin i Char­le­ma­gne Guild­bre­aker należą do poko­le­nia pra­dziad­ków. Przy­pusz­czam, że wła­śnie dla­tego powie­rzy­li­śmy im tę rolę. Co prawda nie wie­dzą o woj­nie wię­cej od nas, ale przy­naj­mniej wycho­wali się w świe­cie przed nadej­ściem poko­le­nia, które ocza­ro­wała i zepsuła Joyce Faust, znali ów świat, a nawet nim wła­dali. Pamię­tali, jak dzia­łały Pasieki w cza­sach, gdy nie było jesz­cze bur­delu opar­tego na ste­reo­ty­po­wych rolach płcio­wych ani taj­nego sprzy­się­że­nia rzą­dzących, kiedy król Hisz­pa­nii cie­szyło się szczę­śli­wym życiem rodzin­nym, Huma­ni­ści po każ­dych wybo­rach prze­cho­dzili od rzą­dów kon­gresu do decem­wi­ratu i z powro­tem, a żadne ukryte w cie­niu władca mario­ne­tek nie rezer­wo­wało wszyst­kich naj­wyż­szych urzę­dów na Ziemi dla ludzi uza­leż­nio­nych od ról płcio­wych. Wie­dzieli, jak nasz świat pora­dził sobie z poprzed­nimi kry­zy­sami. Poten­taci kształ­to­wani przez Joyce Faust od pięć­dzie­się­ciu lat (spraw­dzi­łom to w doku­men­tach, opu­ściło szkołę sen­se­istów i otwo­rzyło pierw­szy bur­del w roku 2404) spro­wa­dzili na Zie­mię potop wojny, a pozo­stałe poko­le­nia - star­sze i młod­sze - są skałą, na któ­rej wspiera się porzą­dek świata: naj­starsi sena­to­rzy, młode Su-Hyeon i ja.

- Dla­tego że jestem Ano­ni­mem - odpo­wie­dzia­łom na pyta­jące spoj­rze­nie Jin Im-Jin, gdy po odej­ściu Car­lyle Su-Hyeon zapro­wa­dziło naszą czwórkę na pry­watne spo­tka­nie. Dwójka naj­star­szych sena­to­rów, nowe cen­zor-dyk­ta­tor i... jakieś przy­pad­kowe usłu­go­wiec.

- Ach, dzię­kuję. - Jin poru­szyło ner­wowo pal­cami, zapewne zapa­mię­tu­jąc bril­li­styczne liczby, które wyczy­tało z mojej twa­rzy i postury. - Byłoby krę­pu­jące dla nas wszyst­kich, gdy­bym to odga­dło.

- Nowe Ano­nim! - zawo­łało Char­le­ma­gne Guild­bre­aker. - To dla mnie zaszczyt! Cie­szę się, że mam szansę was poznać i współ­pra­co­wać z wami! Wasz esej "o fana­ty­zmie" był praw­dzi­wym arcy­dzie­łem! - Mason, które roz­wią­zało sprawę Geislera i zde­ma­sko­wało lejek sprze­da­żowy Sied­miu Poran­ków stwo­rzony przez Rong­corp, któ­rego pro­po­zy­cje dały począ­tek unii Mit­su­bi­shi z Gre­en­pe­ace, i które zła­mało pie­częć Sanc­tum, by odczy­tać na głos nazwi­sko Cor­ne­lius Sema­pho­ros, gdy ognie na wieży ogło­siły śmierć Aene­asa MASONA, to Mason ści­skało teraz z bły­skiem w oczach moją dłoń w obu wła­snych. - Wielki zaszczyt!

Swę­dze­nie poin­for­mo­wało mnie, że po moich policz­kach spły­wają łzy, ale słowa nie chciały nadejść.

Ura­to­wało mnie Su-Hyeon.

- Wezwa­łom tu [Ano­nima], ponie­waż sądzę, że nasza czwórka może w obec­nej sytu­acji zro­bić bar­dzo wiele dla tego mia­sta i dla całego świata, jeśli wspól­nie będziemy ukła­dać plany i sta­niemy się gło­sem Soju­szu. Obec­nie mam wiel­kie upraw­nie­nia, tro­chę infra­struk­tury i śred­nio po kil­ku­na­stu urzęd­ni­ków w każ­dym mie­ście na Ziemi. Nie sądzę, bym samo mogło z tym zdzia­łać zbyt wiele. Brak mi nale­ży­tego doświad­cze­nia i wyszko­le­nia, nie mam też zaufa­nia ludzi, któ­rzy led­wie o mnie sły­szeli. Jeśli jed­nak mi pomo­że­cie, sądzę, że wspól­nie mamy szansę stwo­rzyć coś potęż­nego.

Char­le­ma­gne Guild­bre­aker podra­pało się po bia­łej bro­dzie, czy­nią­cej z jego twa­rzy ponad­cza­sowy obraz jowial­nej sta­ro­ści, do tego stop­nia, że nie można okre­ślić, czy było dzie­więć­dzie­siątce, czy po sto­dwu­dzie­stce.

- Ale co? Neu­tralną potęgę? Czy wole­li­by­ście opo­wie­dzieć się po któ­rejś ze stron?

- Nie­ważne - odpo­wie­działo natych­miast Su-Hyeon. - Cokol­wiek zasu­ge­ru­je­cie. Chcę rato­wać ludz­kie życie. Jestem skłonne kie­ro­wać się waszą radą, gdy cho­dzi o wybór stron albo pozy­cji. Kocham Sojusz i podoba mi się myśl o zacho­wa­niu go jako neu­tral­nej siły, ale jeśli wasza dwójka powie mi, że lepiej dla ludz­ko­ści będzie, jeśli poprzemy Maso­nów, Straż­ni­ków Pasiek, Refor­mi­stów albo Czar­no­pra­wow­ców Nate­kari, wszystko jedno kogo, jestem gotowe roz­wa­żyć to, co suge­ruje wam doświad­cze­nie.

Sta­rzy sena­to­rzy wymie­nili prze­cią­głe, apro­bu­jące spoj­rze­nia.

- Wie­cie, że we wszyst­kich kwe­stiach popie­ram swego cesa­rza.

Guild­bre­aker unio­sło rękę. Na ramie­niu miało szarą opa­skę fami­lia­risa. Nosiło ją od dnia, gdy zdało egza­min doro­słej kom­pe­ten­cji.

- To prawda - zgo­dziło się Su-Hyeon. - Ale wiem rów­nież, że w Sena­cie z reguły zacho­wu­je­cie neu­tral­ność, ponie­waż uwa­ża­cie, że wspie­ra­nie Soju­szu jest korzystne rów­nież dla Maso­nów. Czy na­dal jeste­ście tego zda­nia, mimo że trwa wojna?

- W więk­szej czę­ści tak - przy­znało Guild­bre­aker. - Sojusz i neu­tralne popu­la­cje Bez­pa­sie­ko­wych są bar­dzo cenne dla Impe­rium. Jestem prze­ko­nane, że w chwili obec­nej naj­bar­dziej przy­dam się ceza­rowi, poma­ga­jąc wam w utrzy­ma­niu soju­szu.

- Chce­cie, żebym poparło Maso­nów? I potę­piło Sni­pera?

Guild­bre­aker umil­kło na chwilę. W wyra­zie jego wydę­tych ust dostrze­głom lek­kie podo­bień­stwo do Mar­tina.

- Nie na krótką metę. Gdy­by­ście w tej chwili opo­wie­dzieli się po któ­rejś ze stron, ludzie pomy­śle­liby, że Roma­nova stała się mario­netką. Ci nie­liczni przed­sta­wi­ciele, któ­rych macie we wszyst­kich mia­stach, opu­ści­liby was, by przejść do swych Pasiek i grup naro­do­wych.

- Zatem uwa­ża­cie, że powin­ni­śmy zacho­wać neu­tral­ność? - zapy­tało Su-Hyeon z rado­ścią w gło­sie. - Czy będzie­cie kon­se­kwent­nie popie­rać mnie w tej spra­wie, nawet jeśli pewne moje posu­nię­cia będę sprzeczne z inte­re­sami Maso­nów?

- Tak, chyba że cesarz wyda mi inne roz­kazy. A jeśli popro­simy MASONA o zło­że­nie nie­odwo­łal­nej przy­sięgi, że nie roz­każe mi zdra­dzić neu­tral­no­ści Soju­szu, nie zła­mię jej.

- Zna­ko­mi­cie! Dzię­kuję! - ucie­szyło się Su-Hyeon. Odkąd zaczął kształ­to­wać się plan, policzki cen­zora odzy­ski­wały barwę. - Mówco Jin, czy jeste­ście takiego samego zda­nia?

- Że Masoni wie­rzą w nie­odwo­łalne przy­sięgi? Z pew­no­ścią tak.

W ciem­nych oczach spo­glą­da­ją­cych spo­mię­dzy zmarsz­czek na twa­rzy Jin Im-Jin poja­wiły się bły­ski iro­nicz­nej weso­ło­ści.

Nagle poczu­łom się gorzej, a po chwili lepiej, usły­szaw­szy frazę "nie­odwo­łalna przy­sięga". Te słowa obu­dziły dwa śpiące smoki, a potem przy­po­mniały mi, że to tylko ska­mie­liny, nic wię­cej. Masoni wie­rzą w nie­odwo­łalną przy­sięgę MASONA, wszy­scy bez wyjątku, ale to nie jest wiara w jakąś tajną, znaną wyłącz­nie im reli­gię, lecz w coś nowego i otwar­tego dla wszyst­kich: Cesar­stwo, ich Pasiekę, wszyst­kie Pasieki, nasz nowy, dobry świat. Pry­watne obrządki, jakie Masoni - czy kto­kol­wiek inny - odpra­wiają w rezer­wa­tach albo ze swo­imi sen­se­istami, nie są jaki­miś bar­ba­rzyń­skimi rytu­ałami, lecz cere­mo­niami, jakie współ­cze­sne nam osoby mogą kochać i sza­no­wać, i w któ­rych mogłyby zapra­gnąć wziąć udział. Na tym opiera się Uni­wer­salny Wolny Sojusz. Nasi muzuł­ma­nie i chrze­ści­ja­nie nie są fana­ty­kami z cza­sów wojny Kościo­łów. Ich wiary prze­szły ewo­lu­cję, podob­nie jak piękne ptaki, które powstały ze strasz­li­wych dino­zau­rów. Przy­szło mi na myśl, że Ano­nim powinno napi­sać esej popie­ra­jący stwo­rzony przez Car­lyle Foster plan roz­wią­za­nia pro­blemu obrzę­do­wych reli­gii. Byłom prze­ko­nane, że pora­dzę sobie z tym zada­niem.

Su-Hyeon uśmiech­nęło się iro­nicz­nie i żar­to­bli­wym tonem wypo­wie­działo kilka sylab po kore­ań­sku. Póź­niej prze­szło na angiel­ski.

- Czy pomo­że­cie mi uczy­nić z Soju­szu funk­cjo­nalną siłę zacho­wu­jącą neu­tral­ność w obec­nej woj­nie?

- Oczy­wi­ście - zgo­dziło się Jin. - Bez względu na to, do jakich absur­dów posuną się wal­czące strony, wszy­scy będą potrze­bo­wali funk­cjo­nal­nego, neu­tral­nego Soju­szu, który umoż­liwi nego­cja­cje.

- Nawet jeśli Gor­dia­nie zostaną wcią­gnięci w wojnę po któ­rejś ze stron?

Jin zaka­słało.

- To nie trwa­łoby długo. Jeste­śmy tylko nie­wiele więksi od Uto­pii i nie mamy żad­nych smo­ków. Ale nasz stary basz mózgow­ców ma sporo rozumu i Felix rów­nież. A gdyby się oka­zało, że jed­nak go nie mają, będziemy potrze­bo­wali sil­nego i funk­cjo­nal­nego Soju­szu, żeby prze­mó­wił im do roz­sądku.

Guild­bre­aker unio­sło brwi.

- Opo­wie­dzie­li­by­ście się po stro­nie Soju­szu, prze­ciwko wła­snej Pasiece?

- Z pew­no­ścią nie. Zmar­z­ło­bym, gdy­bym zdjęło swe­ter. Ale moja Pasieka nie wej­dzie w kon­flikt z neu­tral­nym Soju­szem - kon­ty­nu­owało. - A gdy­bym myliło się w tak pod­sta­wo­wej spra­wie, to... Nie mylę się w tak pod­sta­wo­wej spra­wie. Po pro­stu nie.

Guild­bre­aker uśmiech­nęło się cie­pło i ski­nęło głową.

Mówca odpo­wie­działo mu rów­nie cie­płym uśmie­chem, ale jego twarz zmie­niła nagle wyraz, gdy spoj­rzało na mnie.

- A czy nasze nowe Ano­nim rów­nież jest neu­tralne?

Gapi­łem się na nie na­dal spa­ra­li­żo­wane żar­tem o swe­trze. Jeśli patrzy się na mówcę Jin z daleka, można zapo­mnieć o jego nie­wia­ry­god­nej dłu­go­wiecz­no­ści, ale gdy sie­dzia­łom obok niego, widzia­łom, że liczba 150 odbija się we wszyst­kich ruchach jego tak bar­dzo maleń­kiego ciała, żwa­wego jak ciało świersz­cza, ale kru­chego jak cukierki wstąż­kowe. Instynkt szyb­szy niż myśl - ten sam, który skła­nia nas do pośpie­sze­nia z pomocą dziecku albo oso­bie cię­żar­nej - zawsze czuwa, gdy Jin jest bli­sko. Naprę­żamy mię­śnie gotowi otwo­rzyć drzwi, zablo­ko­wać prze­ciąg, podać albo - w tym przy­padku - wpaść w panikę na myśl o zim­nie i jego moż­li­wych skut­kach.

- Mogę ręczyć za [Ano­nima] - odpo­wie­działo za mnie Su-Hyeon.

- Naprawdę?

Jin Im-Jin przyj­rzało się uważ­nie mojej twa­rzy, potem twa­rzy Su-Hyeona, znowu jej i raz jesz­cze cen­zora. Jego suche palce poru­szały się, prze­pro­wa­dza­jąc bez­gło­śne obli­cze­nia.

Nie wzdry­gnę­łom się.

- Pytaj­cie - rze­kłom.

- Wybierz­cie liczbę - odpo­wie­działo mówca.

- Pięć.

- Więk­szą niż pięć.

- Sto trzy­na­ście milio­nów sześć­set cztery.

- Kolor?

- Srebr­no­szary.

Wcią­gnęło powie­trze, jak sędzia, gdy zoba­czy pierw­sze dobre tra­fie­nie w poje­dynku szer­mier­czym.

- Byli­ście Huma­ni­stą, ale roz­wa­ża­li­ście moż­li­wość przej­ścia do Europy. To było... mrrrr... tak, mor­der­stwo, to inte­re­su­jące... sto­sun­kowo nie­dawno... i Su-Hyeon myśli, że drugi raz byście tego nie zro­bili, ale wy... jeste­ście prze­ko­nane, że byście zro­bili?

Minęło parę chwil, nim sobie uświa­do­mi­łom, że to było pyta­nie.

- Zga­dza się.

- A Vivien Ance­let... widzę, że budzi w was umiar­ko­wany entu­zjazm, ale to nie wystar­czy, by prze­cią­gnąć was na stronę Huma­ni­stów... nie, jest ktoś... coś... ktoś... coś... wię­cej niż jedno coś... jeste­ście w szoku pod wpły­wem żałoby... to nie­dawna strata, ale skom­pli­ko­wana... Ach! Can­ner, oczy­wi­ście. Kon­do­len­cje. Jakim imie­niem zwra­ca­cie się do J.E.D.D. Masona?

Tym razem umil­kłom tylko na czas jed­nego odde­chu. Nie mia­łom innego wyj­ścia. Przez mój umysł prze­mknął cały wszech­świat. Ciem­ność, morze gwiazd, Gość, wojna i towa­rzy­szący jej ogień, okrutne przy­wi­ta­nie Gospo­da­rza i ból, ból, który dostrze­ga­łom w sło­wach i czar­nych oczach tego Dobrego i bez­cen­nego Nie­zna­jo­mego, ból, któ­rego nie byłom w sta­nie powstrzy­mać, jego obec­ność tak nie­moż­liwa, lecz realna. Nasze Gość.

- Książę.

Tym razem mówca Jin mil­czało przez chwilę. Poczu­łom lekką dumę z tego powodu.

- Wtórne, ale ory­gi­nalne. Dobrze. - Ski­nęło głową do Su-Hyeona. - Wie­lo­krot­nie spa­li­ście obok sie­bie, na tej samej pod­ło­dze albo w tym samym łóżku, jak na piżama-party, ale ni­gdy nie byli­ście parą, nie upra­wia­li­ście ze sobą seksu ani nie wyka­zy­wa­li­ście tym zain­te­re­so­wa­nia?

Wypro­sto­wa­łom się, chcąc odwró­cić spoj­rze­nie mówcy od bied­nego, nie­śmia­łego Su-Hyeona, na któ­rego twa­rzy poja­wił się rumie­niec.

- Zga­dza się.

- W takim razie uwie­rzę w jego porę­cze­nie. Czy to wam wystar­czy, Car­men?

W pierw­szej chwili nie zro­zu­mia­łem, do kogo odnosi się to imię. Dopiero gdy Char­le­ma­gne Guild­bre­aker odpo­wie­działo, uświa­do­mi­łom sobie, że nawet masoń­scy patriar­cho­wie, od któ­rych kro­ków trzę­sie się zie­mia, mogą mieć przy­domki.

- Zaufa­łom mu w chwili, gdy powie­rzyło mi tajem­nicę toż­sa­mo­ści Ano­nima.

Tak oto, z rado­snym uśmie­chem Su-Hyeona, zaczął się nasz czte­ro­oso­bowy trium­wi­rat. To nie taki wielki oksy­mo­ron, jakby się zda­wało. Jeśli "Tai-kun" może być Dzie­sią­tym Dyrek­to­rem, ja mogę być czwar­tym trium­wi­rem.

Potem wszy­scy opo­wie­dzie­li­śmy pozo­sta­łym wię­cej o sobie. Myślę, że dla dobra Czy­tel­nika powin­nom teraz wyja­śnić, jak się mają sprawy mię­dzy mną a Su-Hyeonem. Quasi-rodzone to naj­lep­sze okre­śle­nie, mimo że znamy się zale­d­wie od trzech lat. Odzie­dzi­czy­li­śmy po poło­wie kró­le­stwa Viviena. Su-Hyeon jest nowym cen­zo­rem, a ja nowym Ano­ni­mem. Zaczęło się to od dość krę­pu­ją­cego epi­zodu. Tego samego dnia, gdy uświa­do­mi­łom sobie, że Mycroft jest Ósmym Ano­ni­mem, i zosta­łom Dzie­wią­tym, pod­eks­cy­to­wane, hiper­ak­tywne Vivien zapro­siło mnie do swo­jego baszo­bu­dynku, bym poroz­ma­wiało ze wszyst­kimi, ale w pierw­szej kolej­no­ści z Bryar i Su-Hyeonem. Bryar natych­miast oka­zało mi cie­pło, ale Su-Hyeon było zamknięte w sobie i nosiło onie­śmie­la­jący mun­dur. Jego piękna, wschod­nio­azja­tycka twarz o wysoko usta­wio­nych kościach policz­ko­wych oraz ciemne oczy o prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niu były dla mnie nowo­ścią i wywie­rały surowe, auto­ry­tarne wra­że­nie. Ogar­nęło mnie para­no­idalne podej­rze­nie, że zaraz donie­sie wła­dzom, że zła­ma­łom jakiś mało znany punkt przy­sięgi usłu­gowca, o któ­rym nie­roz­sąd­nie zapo­mnia­łom. Gdy jed­nak zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o sta­ty­sty­kach nazwisk, nawet się nie zorien­to­wa­li­śmy, kiedy nad­szedł świt. To była cudowna noc. Jedno z nas zaczy­nało łań­cuch wnio­sko­wa­nia, a dru­gie natych­miast prze­ska­ki­wało do jego końca i ruszało dalej. Wkrótce Mycroft i Vivien umil­kli, słu­cha­jąc, jak uwol­ni­li­śmy się od hamul­ców, jakich uży­wa­li­śmy w roz­mo­wach z innymi.

Su-Hyeon jest dziec­kiem kore­ań­skiego trój­kąta z baszu Kosali, jed­nym z dwu­nastki badzieci wycho­wy­wa­nych w znaj­du­ją­cej się w Bom­baju fon­tan­nie ener­gii słu­żą­cej jako baszo­bu­dy­nek. Su-Hyeon i pozo­stali zbli­żali się już do doj­rza­ło­ści, gdy późne mał­żeń­stwo Bryar z Vivie­nem połą­czyło w całość ich dwa basze. Wła­ści­wie lepiej byłoby powie­dzieć, że dwu­dzie­stu jeden hała­śli­wych Kuzy­nów zapro­siło pię­ciu ner­wo­wych, uczo­nych człon­ków spo­koj­nego fran­cu­skiego baszu Sza­ro­pra­wow­ców Ance­leta na kola­cję i zale­wało ich domową kuch­nią, aż zapo­mnieli odle­cieć do sie­bie. Sły­sza­łom, że Su-Hyeon w dzie­ciń­stwie rów­nież było ner­wowe i sku­piało się na nauce, przy­naj­mniej w porów­na­niu z ota­cza­jącą je wio­ską wiecz­nie aktyw­nych Kuzy­nów. Wystar­czył jed­nak rzut oka na mate­ma­tyczne zagadki, któ­rymi Ance­le­to­wie wypeł­niają swe noce, by zmie­niło się w woka­tora. Natych­miast zaczęło szko­le­nie w biu­rze cen­zora i stało się naj­sil­niej­szym ogni­wem łączą­cym ze sobą dwie połówki baszu, pomi­ja­jąc tylko praw­dziwą miłość, którą ocie­kają Bryar i Vivien. Oka­zało się, że ja i Su-Hyeon stu­dio­wa­li­śmy jed­no­cze­śnie na Kam­pu­sie Kwi­ry­nal­nym, ale nasze drogi ni­gdy się nie skrzy­żo­wały, a teraz mój wyrok stał się żela­znym murem mię­dzy nami, unie­moż­li­wia­ją­cym wszel­kie roz­mowy o baszu i rodzi­nie. Jeste­śmy quasi-rodzo­nymi, dzie­dzi­cami dwóch odręb­nych, ale rów­nych tytu­łów i uczniami tego samego feno­me­nal­nego men­tora. Życie usłu­gowca i woka­cja Su-Hyeona nie pozwa­lają nam spę­dzać razem zbyt wiele czasu, ale cie­szymy się tym, co mamy. Dzieli nas jed­nak jesz­cze inny mur. Nie jest nim zazdrość - moja głowa do mate­ma­tyki jest odro­binę mniej nad­ludzka od jego głowy, a jego talent do reto­ryki ustę­puje mojemu o kilka decy­cy­ce­ro­nów. Cho­dzi o odmienną prze­szłość, frag­menty naszego dia­gramu Venna, które nie zacho­dzą na sie­bie, ale cza­sami ujaw­niają się nagle, przy­po­mi­na­jąc mi, że wła­ści­wie nie znam Su-Hyeona, a ono nie zna mnie: Korea i Gre­cja; Kuzyni i Huma­ni­ści; uzna­nie Senatu i harówka usłu­gowca; dwa­dzie­ścia pierw­szych lat naszego życia; jego sławny basz w Bom­baju; moje krwawe zabój­stwa. Poza tym Su-Hyeon led­wie zna Księ­cia. Wszystko to spra­wia, że nasza przy­jaźń stąpa po kru­chym lodzie. Masze­ru­jemy ramię w ramię, ale w każ­dej chwili któ­reś z nas może runąć w nie­znaną, lodo­watą ciem­ność.

Tak przy­naj­mniej było do tej pory. Muszę dodać, że teraz jeste­śmy ze sobą na co dzień, pra­cu­jemy razem, two­rzymy plany i roz­ma­wiamy, sta­ra­jąc się prze­ko­nać wszyst­kich, że Sojusz na­dal ist­nieje. W znacz­nej czę­ści polega to na publi­ko­wa­niu kon­sul­ta­cji rzą­do­wych (to odpo­wied­niki kon­sul­ta­cji senac­kich, tyle że two­rzymy je sami), gdy jakieś pod­że­gacz wywo­łuje zamie­sza­nie z gatunku tych, jakie zwy­kle pro­wa­dzą do roz­ru­chów. Naszą kwa­terą główną jest biuro Papy (czy raczej to, co zostało z biura bied­nego Papy). Ogła­szamy ostrze­że­nia oparte na kal­ku­la­cjach Su-Hyeona albo na infor­ma­cjach Bril­li­stów. Zawia­da­miamy mit­su­bi­shiań­skich wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści, gdy nasila się skie­ro­wana prze­ciwko nim wro­gość, przy­po­mi­namy mniej­szo­ściom, że są mniej­szo­ściami i co to może ozna­czać. Posłu­gu­jemy się infor­ma­cjami, nie siłą, wysy­łamy do odle­głych akcji trójki agen­tów na rowe­rach, kiedy sądzimy, że wystar­czą spo­kojne słowa wsparte zna­kiem Soju­szu. Pomi­ja­jąc ośrodki zamiesz­kane przez Czar­no­pra­wow­ców, możemy mówić o szczę­ściu, jeśli mamy w jakimś mie­ście wię­cej niż tuzin praw­dzi­wych urzęd­ni­ków Soju­szu. Nasi przed­sta­wi­ciele ni­gdy nie byli niczym wię­cej niż ostat­nią deską ratunku. Słu­żyli radą miej­sco­wym orga­nom, gdy pasie­kowe prawa zanadto się zapę­tlały. Su-Hyeon zdo­łało w dwa tygo­dnie pię­cio­krot­nie zwięk­szyć te siły, ofia­ru­jąc kanapy i biu­rowe stry­chy wygnań­com, któ­rzy złożą pod­pis i przejdą pro­wi­zo­ryczną pro­ce­durę wery­fi­ka­cji opra­co­waną przez Jin Im-Jin. Mimo to dopiero przed czte­rema dniami mogli­śmy się cie­szyć fak­tem, że wresz­cie mamy po osiem­na­stu agen­tów we wszyst­kich mia­stach na naszej Liście Zagro­żeń, co ozna­czało, że możemy przejść z dwu­na­sto­go­dzin­nych dyżu­rów na ośmio­go­dzinne. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące w tym wszyst­kim było samo stwo­rze­nie Listy Zagro­żeń, na któ­rej zna­la­zły się mia­sta, gdzie mie­sza­nina flag i stron­nictw wyglą­dała naj­bar­dziej zło­wiesz­czo. Szcze­gól­nie bez­radni są człon­ko­wie nie­licz­nych mniej­szo­ści, oto­czeni morzami wrogo nasta­wio­nej więk­szo­ści, ale oni przy­naj­mniej wie­dzą o nie­bez­pie­czeń­stwie i podej­mują środki ostroż­no­ści. Praw­dzi­wymi becz­kami pro­chu są miej­sca, w któ­rych siły są w naj­więk­szym stop­niu wyrów­nane: Haj­da­ra­bad, gdzie rynki odna­le­zio­nych skar­bów przy­cią­gają naj­roz­ma­it­szych klien­tów, Sin­ga­pur, Toronto, fran­ko­foń­ska Kin­szasa, gdzie gra­nica rezer­watu jest tak bar­dzo bli­sko, albo wypeł­niony tar­czami strzel­ni­czymi Lon­dyn. Dow­cip­ni­sie z kwa­tery głów­nej pro­sili Su-Hyeona, by zacze­kało z opu­bli­ko­wa­niem Listy Zagro­żeń, bo chcą przyj­mo­wać zakłady o to, które mia­sto znaj­dzie się na pierw­szym miej­scu.

- Roma­nova - odparło cen­zor, natych­miast odbie­ra­jąc im ochotę do żar­tów. Wspo­mi­na­łom już o róż­nicy mię­dzy ekra­nem a oknem.

Jest też pewna róż­nica mię­dzy mną a pozo­sta­łymi trium­wi­rami. Mam na myśli coś wię­cej niż fakt, że jestem nie­wi­dzialne jako czwarte z nich. Po godzi­nach, jeśli nie sko­rzy­stam z łóżka w bocz­nym gabi­ne­cie, które pro­po­nuje mi Su-Hyeon, Straż Cen­zora odpro­wa­dza mnie do miesz­ka­nia Viviena na Pala­ty­nie, skąd roz­ciąga się widok na ulice na stoku. Widzę stam­tąd rze­czy, któ­rych oni nie dostrze­gają. Zauwa­żają tylko to, co oczy­wi­ste: ciemne, pozba­wione życia okna, han­dlowe ulice cał­ko­wi­cie puste albo wypeł­nione zbyt jed­no­rod­nymi tłu­mami, coraz częst­sze napisy nad drzwiami - tylko Mit­su­bi­shia­nie, zakaz wstępu u-skon­fi­gu­ro­wa­nym albo zakaz wstępu V. Ja widzę "ochot­ni­ków" - usłu­gow­ców "napra­wia­ją­cych" "kiosk" poło­żony na stra­te­gicz­nym skrzy­żo­wa­niu. Widzę innego usłu­gowca, cze­ka­ją­cego przy opusz­czo­nej pie­karni na dole, by zamel­do­wać, że bez­piecz­nie wró­ci­łom do domu. Widzę, że wyko­nuje się roz­kazy Achil­lesa. Myr­mi­doni dzia­łają, ale to samo doty­czy innej, sub­tel­niej­szej siły. Gdy straż­nicy już mnie odpro­wa­dzą i odmó­wią wypi­cia her­baty przed powro­tem do kwa­tery głów­nej, mówię "to kot", jeśli czuć zapach zwie­rzę­cia albo coś prze­wró­ciło kubek pozo­sta­wiony na bla­cie w kuchni. Pierw­szej nocy byłom śmier­tel­nie prze­ra­żone, gdy nie­sa­mo­wite poczu­cie, że nie jestem samo w pustym pokoju, prze­ro­dziło się w świa­do­mość, że naprawdę czuję cie­pło i cuch­nący oddech tuż za sobą. Sta­ra­łom się obli­czyć, ile kro­ków dzieli mnie od kuchen­nych noży, gdy nagle cień sku­pił się w obli­cze czar­nego lwa, a na ścia­nie obok mnie roz­bły­sło na moment słońce.

- Hux­ley Mojave - powie­dzia­łom i brzmie­nie tego nazwi­ska roz­pro­szyło upiorne wra­że­nie. - Powie­rzono nam to samo zada­nie i obaj zawie­dli­śmy, czyż nie tak? - wyszep­ta­łom, zasta­na­wia­jąc się, czy obli­cza lwów zawsze mają taki smutny wyraz. - Wy rów­nież strze­gli­ście Mycro­fta.

Led­wie usły­sza­łom jego "tak". Przed­nia część płasz­cza roz­chy­liła się, odsła­nia­jąc twarz - woalkę, czarne włosy, podra­pany, zaban­da­żo­wany pod­bró­dek i rękę na tem­blaku. To były takie same ban­daże polowe rado­śnie nie­bie­skiej barwy, jakie Car­lyle Foster-Kraye przy­nio­sło ze sobą po przej­ściu tsu­nami. Wszy­scy pró­bo­wa­li­śmy.

- Co teraz zro­bi­cie? - zapy­ta­łom. - Czy potrze­bu­je­cie pomocy w skon­tak­to­wa­niu się z innymi Uto­pia­nami?

- Nie. Strzegę was.

Jego dłoń wyło­niła się z ukry­cia i wło­żyła mi na głowę zmię­to­szony kape­lusz. Zapach Mycro­fta. Wspo­mnie­nia wró­ciły gwał­tow­nie. Nie­ru­chome uję­cie tłumu, niebo nad Forum wypeł­nione jaskra­wymi skrzy­dłami śpie­szą­cymi z pomocą Atlan­ty­dzie, zgu­biony kape­lusz leżący na ostat­nich śla­dach stóp, świad­czą­cych, że taka istota kie­dy­kol­wiek cho­dziła po Ziemi. Czy według Uto­pii byłom jego naj­bliż­szym krew­nym i powin­nom otrzy­mać tę pamiątkę, jedyne, co mogłoby w jakimś stop­niu zastą­pić ciało? Być może tak. Nim zdą­ży­łom zalać się łzami, dłoń Hux­leya wró­ciła i wci­snęła mi coś w drugą rękę. Spoj­rza­łom na przed­miot. Można by go nazwać pisto­le­tem, podob­nie jak smu­kłego niczym strzała, śmier­tel­nie groź­nego sokoła wędrow­nego można by nazwać pta­kiem.

- Nie nauczę was zasad jego dzia­ła­nia, ale pokażę wam, jak się bro­nić - zaczęło Hux­ley.

Rozdział czwarty. Kwestia mundurów

Roz­dział czwarty

KWE­STIA MUN­DU­RÓW

Napi­sane 24 wrze­śnia roku 2454 Wyda­rze­nia z dnia wczo­raj­szego Roma­nova itd.

- Mamy cztery godziny, by ura­to­wać Syd­ney.

Głos Su-Hyeona nie był budzi­kiem, który zwy­kle wyrywa mnie ze snu, ale loka­li­za­to­rowy moni­tor potwier­dził, że spa­łom wystar­cza­jąco długo, by mój stan prze­szedł z "zagro­że­nia" w "prze­mę­cze­nie". Przez moment szu­ka­łom na oślep butów, nim sobie przy­po­mnia­łom, że w nich zasnę­łom.

- Macie czas, by wyja­śnić naturę nie­bez­pie­czeń­stwa? - zapy­ta­łom.

Syd­ney nie było zasko­cze­niem. Znaj­do­wało się wysoko na naszej Liście Zagro­żeń jako jedna z metro­po­lii o naj­bar­dziej mie­sza­nym skła­dzie miesz­kań­ców, ale gdy Su-Hyeon ogła­szało alarm w poło­wie przy­pad­ków łatwo było zro­zu­mieć naturę zagro­że­nia, a w dru­giej poło­wie było to x ? 3?(liczba/dochody lud­no­ści) ÷ 0,545n, gdzie n ? ceny miesz­kań w euro na metr kwa­dra­towy, a nie wyda­wało się, byśmy mogli w tej chwili poświę­cić pół godziny na mate­ma­tykę.

- Jeśli pewne żąda­nia nie zostaną speł­nione, za cztery godziny i jede­na­ście minut mia­sto zaata­kuje mit­su­bi­shiań­ska flota zło­żona z co naj­mniej stu sie­dem­na­stu okrę­tów.

To łatwo było zro­zu­mieć. Prze­su­nę­łom się na bok, by Su-Hyeon mogło do mnie dołą­czyć na naszym nowym ulu­bio­nym miej­scu do drze­mek - kana­pie, która z jakichś nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów zna­la­zła się na pomo­ście na scho­dach prze­ciw­po­ża­ro­wych pro­wa­dzą­cych w dół z gabi­netu Papy.

- Co to za żąda­nia?

Su-Hyeon pod­su­nęło mi talerz z fasolą i sałatką owo­cową.

- Przy­go­to­wa­łom dla was listę czyn­no­ści, ale w tej chwili trium­wi­rat pro­wa­dzi nego­cja­cje. Najedz­cie się i wysłu­chaj­cie ich do końca, nim zabie­rze­cie się do roboty. Dodam was jako słu­cha­cza. Jeste­ście gotowi?

Zro­bi­łom miej­sce dla tale­rza na ster­cie świeżo zapa­ko­wa­nych zesta­wów do testów DNA, które ota­czały kanapę, od czasu do czasu zrzu­ca­jąc na nas pomarsz­czoną straż przed­nią.

- Jestem - potwier­dzi­łom.

Już pierw­szy obraz spra­wił, że mocno zaci­snę­łom dło­nie na podusz­kach kanapy. Nim moje soczewki się włą­czyły, byłom przy­go­to­wane na jasno oświe­tloną salę spo­tkań, twarde słowa, a nawet na dym i krew, ale nie na przy­pływ dobrze mi zna­nego, gorz­kiego stra­chu ofiary oraz anty­pa­tii. Żałuję, że zło­wiesz­cze anioł naszego Gościa, Domi­nic Sene­schal, miało czas nauczyć mnie tej reak­cji. Wie­dzia­łom, że jest na dru­gim końcu świata i nie może mnie dotknąć, a nawet mnie nie widzi, bo byłom zalo­go­wane tylko jako słu­chacz, ale tra­fi­łom do Madame nie tylko jako dzie­dzic Ance­leta, lecz rów­nież Mycro­fta, a nowego psa trzeba było wytre­so­wać. Zwa­biono mnie pod­stę­pem do środka i zapro­wa­dzono do celi, którą nazna­czyli swymi wymio­tami Mycroft, Car­lyle i tak wielu innych. Opieka Viviena oca­liła mnie przed naj­gor­szym, ale nawet teraz, w bli­sko­ści Su-Hyeona, fasoli i kanapy, widok Domi­nica z pew­no­ścią nie był przy­jemny.

Soczewki poka­zały mi, że w T?genky? nastał już ranek. Pacy­fik i szklane płatki loto­so­wych wie­żow­ców lśniły w jasnym bla­sku słońca. Obecni byli wszy­scy tym­cza­sowi dyrek­to­rzy Mit­su­bi­shi, poza dyrek­to­rem Gre­en­pe­ace, Jyothi Ban­dy­opa­dhyay, które uczest­ni­czyło w spo­tka­niu zdal­nie. Sie­dzieli wokół owal­nego stołu z poważ­nymi minami. Więk­szość nosiła woj­skowe mun­dury. Sate­lity zauwa­żyły je już na pokła­dach ich okrę­tów, ale po raz pierw­szy ujrza­łom je z bli­ska. Kurtki były praw­dzi­wymi dzie­łami sztuki - nasza epoka dostatku uczy­niła wojnę lep­szą przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem - rów­nie piękne jak mit­su­bi­shiań­skie mary­narki, nie­które ciem­no­gra­na­towe ze zdob­nymi linio­wymi wzo­rami repre­zen­tu­ją­cymi pły­nącą wodę, inne zaś ciem­no­zie­lone, z nary­so­wa­nymi cienką kre­ską gałąz­kami klonu. Przy­pusz­czam, że repre­zen­to­wały mary­narkę wojenną i armię lądową. Na ich ramio­nach, man­kie­tach i pier­siach błysz­czały nara­mien­niki (będę się musiało nauczyć odczy­ty­wać stop­nie barwy zło­tej, a także bia­łej i szkar­łat­nej - kolo­rów Mit­shu­bi­shi. Podob­nie jak w nor­mal­nych mit­su­bi­shiań­skich gar­ni­tu­rach, krój koł­nie­rzy miał inne warianty dla chiń­skich, japoń­skich i kore­ań­skich pod­frak­cji. Jed­nakże Jyothi Ban­dy­opa­dhyay nie nosiło mun­duru, podob­nie jak Domi­nic, które sie­działo na hono­ro­wym miej­scu, na­dal odziane w swój osiem­na­sto­wieczny strój. Przy­pusz­czam, że to rów­nież był mun­dur, ozna­cza­jący służbę Księ­ciu.

- ...gdy­by­śmy prze­dłu­żyli czas potrzebny do wpro­wa­dze­nia w życie tej decy­zji - mówiło Char­le­ma­gne Guild­bre­aker, gdy włą­czył się dźwięk. Jego spo­kojny głos i bujna broda popra­wiały mi humor, podob­nie jak cie­pła bli­skość Su-Hyeona. - Przy braku auto­lo­tów pro­ble­mem będzie dys­try­bu­cja. Mate­riały potrzebne do pro­duk­cji na miej­scu są dro­gie. Więk­szość miast już je racjo­nuje. Jeśli Gwar­dia Impe­rialna jest tu dobrym przy­kła­dem, wiele mun­du­rów ma ele­menty, któ­rych nie da się wypro­du­ko­wać na miej­scu. Jeśli mamy prze­ko­nać przy­wód­ców, spra­wić, że to zada­nie wyda się im bar­dziej wyko­nalne, dobrze by było powie­dzieć im, że mają, powiedzmy, trzy­dzie­ści dni na zapro­jek­to­wa­nie i orga­ni­za­cję dys­try­bu­cji mun­du­rów, wystar­cza­jąco wiele czasu, by zapro­jek­to­wać uni­formy dla tych, któ­rzy ich nie posia­dają, a dla tych, któ­rzy je mają, zna­leźć jakieś alter­na­tywy dla trud­nych do wypro­du­ko­wa­nia czę­ści.

- Trzy­dzie­ści dni!

- Gdy­by­ście zasu­ge­ro­wali to przed roz­po­czę­ciem wojny, powie­dzia­ło­bym "dwa mie­siące", a wtedy mie­li­śmy auto­loty.

- Zażą­da­li­by­śmy tego, gdyby przy­szło nam do głowy, że nie­które Pasieki mogą nie wypro­du­ko­wać mun­du­rów! - wark­nęło dyrek­tor Lu Biaji, następca Lu Yonga na sta­no­wi­sku przy­wódcy sil­niej­szego szan­ghaj­skiego bloku. W swym nowym mun­du­rze wyglą­dało jak król. Na jego ramio­nach lśniły sym­bole rangi barwy sta­rego złota. To nowe Lu było krew­nia­kiem poprzed­niego. To był jedyny blok, w któ­rym rodzina zapu­ściła korze­nie tak głę­boko, że nawet hura­gan publicz­nego obu­rze­nia nie był w sta­nie wyrwać wła­dzy z jej rąk. - Ter­min trzy­dzie­stu dni jest abso­lut­nie nie do przy­ję­cia. Nasi człon­ko­wie co godzina spo­ty­kają się z ata­kami, a wy pro­po­nu­je­cie kolejny mie­siąc ocze­ki­wa­nia, pod­czas gdy stron­ni­cze sądy będą dawały ata­ku­ją­cym wolną rękę, powo­łu­jąc się na prawa woj­skowe, które w ogóle nie ist­nieją. Naszych człon­ków w Syd­ney aresz­to­wano za usi­ło­wa­nie mor­der­stwa, mimo że bro­nili się przed tłu­mem, który zabił - nie tylko zra­nił, ale zabił - kilku ich współ­ba­szow­ców. Napast­nicy nie ponie­śli żad­nej kary, ponie­waż poli­cja oznaj­miła, że są żoł­nie­rzami i to była akcja woj­skowa. Czy­imi żoł­nie­rzami? Jaka akcja? Winni muszą zostać uka­rani!

Wątek pod­jęło Ma Yimin, dawne szan­ghaj­skie kon­tro­ler finan­sów publicz­nych. W zeszłym roku, po dzie­się­cio­le­ciach wier­nej służby w dru­gim sze­regu, wygnano je z bloku Wang Baobao (przy­czyną kon­fliktu był jakiś pro­jekt rekul­ty­wa­cji). Okryło się hańbą w momen­cie odpo­wied­nim, by wyko­rzy­stać nowy cykl waha­dła i powró­cić do wła­dzy.

- Wszy­scy się zga­dzamy, że Pasieki mają upraw­nie­nia, by wpro­wa­dzać odmienne prawa dla róż­nych rodza­jów człon­ków, ale jeśli chcą mieć inne zasady dla żoł­nie­rzy i cywi­lów, powinny one być rów­nie jasne, jak w przy­padku Biało- i Czar­no­pra­wow­ców. Europa dobrze to roz­wią­zała. Człon­ko­wie muszą się zare­je­stro­wać jako żoł­nie­rze, prawa muszą być spójne i należy wpro­wa­dzić mun­dury, nie za mie­siąc, a od jutra, żeby napast­nicy i ich ofiary wie­dzieli, że zarówno żoł­nie­rze, jak i cywile zostaną osą­dzeni w zgo­dzie z okre­ślo­nymi pra­wami, a nie tak, jak sobie zaży­czy frak­cja spra­wu­jąca wła­dzę.

Omal się nie roze­śmia­łom, widząc, jak per­fek­cyj­nie Ma Yimin, które uro­dziło się w pół­ma­soń­skim baszu i w związku z tym mogło się nieco róż­nić od innych Mit­su­bi­shian, wpi­sało się w wywód Lu Bia­oji. Zada­łom sobie pyta­nie, jakie dawne zobo­wią­za­nia - Kam­pus Zhe­jiang? Tri­fold Inve­st­ments? Dubaj? - mogły spra­wić, że dwójka repre­zen­tan­tów Szan­ghaju wcią­gnęła się w role "przy­wódcy" i "pod­wład­nego" tak bły­ska­wicz­nie, że mia­łom wra­że­nie, iż widzę ich poprzed­ni­ków, któ­rzy po pro­stu wło­żyli nowe maski. Szybko jed­nak prze­stało mnie to śmie­szyć. Czy wie­dza o takich szcze­gó­łach, którą zawdzię­cza­łom plot­kom krą­żą­cym w roma­no­vań­skich krę­gach wła­dzy, sta­nie się teraz bro­nią? Tak samo jak kije i kamie­nie?

Cier­pliwe Car­men Guild­bre­aker (ten przy­do­mek na­dal mnie roz­śmie­sza, a także przy­wo­łuje na moją twarz uśmiech) pokrę­ciło głową.

- Jeśli narzu­ci­cie tak nie­re­ali­styczny ter­min, nie zdo­łamy nikogo prze­ko­nać. Nie dla­tego, że to zbyt trudne, ale dla­tego, że brzmi nie­wia­ry­god­nie. Chce­cie, byśmy przed­sta­wili to jaką wła­sną pro­po­zy­cję, nie waszą. Zga­dzam się, że to dobry pomysł. Dzięki temu ludzie zro­zu­mieją, że to korzystne dla wszyst­kich stron, nie tylko dla waszej. Ale jeśli zasu­ge­ruję ceza­rowi wpro­wa­dze­nie mun­du­rów i prawa woj­sko­wego, a potem powiem mu, że pro­po­zy­cję trzeba przy­jąć przed upły­wem czte­rech godzin i wpro­wa­dzić w życie, nim miną dwa­dzie­ścia cztery, zapyta mnie, skąd taki pośpiech. W obli­czu takiego pyta­nia nie będę w sta­nie ukryć, że pro­po­zy­cja pocho­dzi od was.

Sta­remu, posęp­nemu Chen Cheng­guo - następcy Wang Laojinga na sta­no­wi­sku repre­zen­tanta Pekinu - przy­pa­dło w udziale zada­nie pyta­nia, które lśniło w oczach ich wszyst­kich.

- Powie­dzie­li­ście, że może­cie zacho­wać neu­tral­ność w tej spra­wie.

- Mogę. Cesarz udzie­liło mi pozwo­le­nia na okła­my­wa­nie go. Nie­mniej radzę sobie z tym bar­dzo kiep­sko. A nawet gdyby tak nie było, to kłam­stwo po pro­sto zbyt łatwo jest przej­rzeć. Jeśli chce­cie, by trium­wi­rat przed­sta­wił waszą pro­po­zy­cję jako swój plan, musi ona wyglą­dać jak jeden z naszych pla­nów. Potrzebne są rów­no­waga i wia­ry­godny poziom umiar­ko­wa­nia. Gdyby ten pomysł pocho­dził od nas, nawet w sytu­acji wyma­ga­ją­cej pośpie­chu zapro­po­no­wa­li­by­śmy... Dwa tygo­dnie?... - Car­men zacze­kało, aż Jin i Su-Hyeon skiną gło­wami na swo­ich ekra­nach. - Aż Pasieki stwo­rzą swe prawa woj­skowe. I mie­siąc, aż wypro­du­kują mun­dury i zor­ga­ni­zują ich dys­try­bu­cję.

Przed­sta­wi­ciel Pekinu nie było usa­tys­fak­cjo­no­wane.

- Suge­ru­je­cie, że Masoni nie mają prawa woj­sko­wego? To brzmi jak gra na czas.

- By­naj­mniej. - Car­men upar­cie się uśmie­chało. - Jestem pewne, że Impe­rium ma sys­tem prawa woj­sko­wego, ale być może nieco zdez­ak­tu­ali­zo­wany.

- Zdez­ak­tu­ali­zo­wany? Nie rozu­miem.

Od dru­giego z bocz­nych ekra­nów dobiegł iro­niczny śmiech mówcy Jin Im-Jin.

- Car­men chciało powie­dzieć, że ich mun­dury mogą pocho­dzić z cza­sów, gdy jesz­cze nie znano spodni. - To dało nam czas kilku odde­chów na nacie­sze­nie się tym żar­tem. Ponie­waż mojego głosu nie prze­ka­zy­wano, mogłom sobie pozwo­lić na chi­chot. - Bądźmy poważni, dyrek­to­rzy, nawet Europa potrze­bo­wała tro­chę czasu na wpro­wa­dze­nie popra­wek do pro­jek­tów z cza­sów wojny Kościo­łów. Idę o zakład, że w cztery godziny uda się nam prze­ko­nać pra­wie wszyst­kich do wyra­że­nia zgody na ten pro­jekt, ale to nie­moż­liwe, by cały świat już jutro wdział mun­dury.

- Trium­wi­ro­wie. - Zło­wro­gie wark­nię­cie Domi­nica roz­pro­szyło weso­łość wywo­łaną sło­wami Jin. - Wasze cztery godziny wła­śnie stały się trzema. Wyzwo­limy Mit­su­bi­shian z Syd­ney. Jeśli w chwili, gdy nasze floty dotrą do portu, będziemy mieli wia­ry­godną obiet­nicę, że wszyst­kie uzbro­jone siły w mie­ście będą umun­du­ro­wane, zacze­kamy... powiedzmy czter­dzie­ści osiem godzin, zanim wkro­czymy do mia­sta, żeby nasi żoł­nie­rze mogli przy­wi­tać sojusz­ni­ków i omi­jać dziel­nice kon­tro­lo­wane przez nie­przy­ja­ciół. Jeśli nie otrzy­mamy takiej obiet­nicy, nie będziemy mieli innego wyboru niż wkro­czyć do mia­sta i uto­ro­wać sobie drogę walką, ulica po ulicy, trak­tu­jąc wszyst­kie napo­tkane osoby jako uzbro­jone i nie­bez­pieczne, aż wresz­cie dotrzemy do naszych człon­ków.

Su-Hyeon zmarsz­czyło brwi.

- Groźby są...

- Realne - wark­nęło Domi­nic. - Dys­ku­sje nie posze­rzą Pacy­fiku, Euro­pej­czycy, Czer­wony Krysz­tał i wasze roma­no­vań­skie siły noszą mun­dury. Naszym żoł­nie­rzom wydano roz­kazy, jak mają trak­to­wać każdą z tych grup. Jeśli cho­dzi o pozo­sta­łych, nie wyma­gamy wygła­dzo­nych kodek­sów praw­nych, któ­rych ni­gdy nie podda się rewi­zji, a tylko moż­li­wo­ści roz­róż­nia­nia od sie­bie przy­ja­ciół, wro­gów i ucie­ka­ją­cych prze­chod­niów.

Gdy po raz kolejny usły­sza­łom "cztery godziny", poczu­łom się dziw­nie zmę­czone. Absur­dal­nie ocię­żała flota, widoczna na bocz­nym ekra­nie w moich soczew­kach, posu­wała się leni­wie po mono­ton­nym Pacy­fiku. Wyda­wało się nie­moż­liwe, że wiemy o tym, obser­wu­jemy to i możemy w każ­dej chwili nawią­zać łącz­ność ze wszyst­kimi pozo­sta­łymi siłami na Ziemi, ale nie jeste­śmy w sta­nie zro­bić nic, by dogo­nić te led­wie się prze­miesz­cza­jące punk­ciki, podob­nie jak nie mogło­bym dogo­nić na rowe­rze rakiety lecą­cej na Marsa.

Su-Hyeon powe­se­lało. Poru­szało rękami na ekra­nie, a jed­no­cze­śnie sta­rało się trzy­mać łok­cie z dala od moich real­nych, żywych żeber. Wyglą­dało to nieco sur­re­ali­stycz­nie.

- To zna­czy, że zaak­cep­tu­je­cie pro­wi­zo­ryczne mun­dury?

- Pro­wi­zo­ryczne?

Cen­zor wyświe­tliło coś na naszych soczew­kach. Ku swemu zawsty­dze­niu roz­po­zna­łom wła­sne rysunki, przed­sta­wia­jące naj­now­sze pro­jekty mun­du­rów. Nie, gorzej, to były dawne rysunki, które Achil­les okre­śliło jako "nie­znacz­nie mniej bez­na­dziej­nie" niż moje pierw­sze próby. Poprawę zawdzię­cza­łom głów­nie ścią­ga­niu z Apolla.

- Jeśli zależy wam wyłącz­nie na moż­li­wo­ści odróż­nia­nia stron, mun­dury nie muszą być peł­nymi stro­jami. - Su-Hyeon zro­biło zbli­że­nie na rękaw ozna­czony "V" Refor­mi­stów. - Wystar­czą znaki, które pozwolą odróż­nić bija­tykę w barze od inwa­zji. Czy na krótką metę zaak­cep­tu­je­cie coś, co można łatwo wyko­nać? Opa­skę, szarfę, sza­blon, coś, co można by zro­bić albo wydru­ko­wać w domu? Wszy­scy mogliby sko­pio­wać coś takiego, ale to nie jest wada, tylko zaleta. Jak w przy­padku szarf Bez­pa­sie­ko­wych. Jeśli ludzie noszą takie ozna­cze­nia, pod­le­gają pra­wom woj­sko­wym, a jeśli nie, są cywi­lami. O bar­dziej skom­pli­ko­wane zagad­nie­nia wszyst­kie strony będą mogły się mar­twić póź­niej.

Szepty po chiń­sku naj­wy­raź­niej wyra­żały apro­batę.

Skie­ro­wa­łom wzrok poza obraz widoczny na soczew­kach i przyj­rza­łom się swo­jemu... Czy to było śnia­da­nie? To nie mogło się udać. Ludzie, któ­rzy padli ofiarą inwa­zji, nie włożą mun­du­rów tylko po to, by stać się łatwiej­szym celem. To za bar­dzo przy­po­mi­nało dyle­mat więź­nia. Jako grupa sko­rzy­stamy, jeśli wszy­scy będą nosili mun­dury, ale każda indy­wi­du­alna osoba jest bar­dziej bez­pieczna po cywil­nemu, bo ci w mun­du­rach przy­cią­gają strzały. Te obiek­cje roz­brzmie­wały w mojej gło­wie gło­sem Achil­lesa. Moja wyobraź­nia mał­po­wała zastrze­że­nia, jakie nasze wete­ran zgła­szało wobec moich licz­nych szki­ców. Na naj­wcze­śniej­szych rysun­kach popeł­nia­łom ten sam błąd - były zbyt jaskrawe i cha­rak­te­ry­styczne, a dys­tynk­cje na ręka­wach albo na epo­le­tach zanadto widoczne dla snaj­pe­rów ukry­tych na dachach. Pierw­sza wojna świa­towa nauczyła tego wszyst­kich, kosz­tem życia wielu tysięcy ofi­ce­rów. Dys­tynk­cje prze­nie­siono na koł­nierz, by mniej rzu­cały się w oczy. Mun­dury Mit­su­bi­shian zro­bią z nich cho­dzące cele. Być może jed­nak nie miało to już zna­cze­nia. Nie żyli­śmy w roku 1914. Minęło z górą pięć stu­leci i każdy oso­bi­sty loka­li­za­tor miał kamerę mogącą zro­bić zbli­że­nie na koł­nierz z odle­gło­ści kilo­me­tra. Major pocho­dziło z innych cza­sów i mogło się mylić, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o psy­chikę współ­cze­snych ludzi. W dzi­siej­szych cza­sach ubra­nie ma bar­dzo wiele wspól­nego ze szcze­ro­ścią i auto­iden­ty­fi­ka­cją. Miliony ludzi dobro­wol­nie nosiły tar­cze strzel­ni­cze albo V z V i cier­piały z tego powodu. Być może w naszej epoce, gdy wszy­scy nosimy na ręka­wach znaki swych Pasiek, grup naro­do­wych oraz hobby, wyro­śli­śmy już z dyle­matu więź­nia i zgo­dzimy się nosić mun­dury, które uczy­nią wojnę lep­szą, a szanse prze­trwa­nia każ­dego z nas gor­szymi. Poza usłu­gow­cami, oczy­wi­ście. Nasze mun­dury są sub­telne i zaka­mu­flo­wane. Roz­sądne. Wtem nawie­dziła mnie nowa myśl. Kiedy ją sobie przy­po­mi­nam, czuję w ustach kwa­śny smak. Co mnie obcho­dzi, czy Mit­su­bi­shianie noszą mun­dury? Nie jestem Mit­su­bi­shianinem. To z pew­no­ścią korzystne, jeśli prze­ciwna strona nosi na pier­siach tar­cze strzel­ni­cze, w nie­któ­rych przy­pad­kach dosłow­nie. Dopóki ci, któ­rzy stoją po mojej stro­nie, są bez­pieczni, reszta może się prze­bie­rać do woli. Dopa­dły mnie mdło­ści. Na wpół prze­żuta fasola w moich ustach przy­po­mi­nała cie­pławe błoto. Zdra­dzi­łom Viviena, kala­jąc szla­chetny tytuł Ano­nima swą stron­ni­czo­ścią. Jak Mycroft zdo­łało to wszystko rów­no­wa­żyć, wplą­tane w tak wiele stron rów­no­cze­śnie?

- Pro­wi­zo­ryczne mun­dury za czter­dzie­ści osiem godzin - pod­su­mo­wało Su-Hyeon, kiedy znowu zaczę­łom słu­chać. - Roz­po­wszech­nimy też uni­wer­salny model prawa woj­sko­wego oparty na waszych pro­po­zy­cjach. Wpro­wa­dzimy jed­nak pewne poprawki, by lepiej go dosto­so­wać do prawa Soju­szu.

- Zgoda.

- A co, jeśli nie zdo­łamy się skon­tak­to­wać ze Sni­pe­rem? - zapy­tało tonem, jakim mówiło "szach" pod­czas par­tii sza­chów.

Uświa­do­mi­łom sobie, że wła­śnie w tym punk­cie wszystko się roz­pada. Cztery godziny. Mie­li­śmy bez­po­śred­nie połą­cze­nia z MASO­NEM, Vivie­nem, kró­lem Hisz­pa­nii i Fau­stem, ale żeby dotrzeć do frak­cji Sni­pera, musie­li­by­śmy krzy­czeć w eter albo porzu­cić list pod skle­pem z żywymi lal­kami i mieć nadzieję, że trafi do adre­sata.

Domi­nic zaklęło pod nosem, usły­szaw­szy imię "bluź­niercy".

- Sni­per się zgo­dzi. To korzystne dla Straż­ni­ków Pasiek. W tej chwili część z tych, któ­rzy noszą tar­cze strzel­ni­cze, uważa to za zobo­wią­za­nie do... ataku na... radcę Masona. - Domi­nic skrzy­wiło się okrop­nie, pró­bu­jąc wykrztu­sić inne słowo niż Maître na okre­śle­nie Księ­cia. - Ale inni wyra­żają popar­cie dla krwa­wych metod, jakimi posłu­gi­wało się OS, by utrzy­mać dłu­go­trwały pokój. Mun­dury upo­rząd­kują ten chaos, pomogą zor­ga­ni­zo­wać się wal­czą­cym stro­nom i spra­wią, że nie­uzbro­jeni sym­pa­tycy nie będą wcho­dzili w drogę armiom. To się opłaci.

Ma rację, pomy­śla­łom, obser­wu­jąc Domi­nica. Mil­czało, a zre­ge­ne­ro­wana skóra na jego twa­rzy przy­po­mi­nała maskę. Nagle coś sobie uświa­do­mi­łom. J.E.D.D. Mason chcia­łoby mun­du­rów. A Domi­nic o tym wie­działo. Dobre i hono­rowe Książę, które uczy­niło Sie­bie Celem dla miliarda snaj­pe­rów, chciało dać nam strony, za które warto ginąć. Pra­gnęło, by wszy­scy, któ­rzy wezmą w ręce broń, poczuli przy­pływ dumy i pew­no­ści sie­bie, jaki czuli Domi­nic i Helo?se, gdy co rano wkła­dali stroje sym­bo­li­zu­jące ich urzędy. Nawet odle­głe Mar­tin, brnące przez okrutne pust­ko­wia, znało to uczu­cie. Było też coś wię­cej. Książę pra­gnęło, by każda śmierć była wyni­kiem inten­cji. By każdy strzał oddano świa­do­mie i do kogoś, kto działa celowo, a nie pośród ulicz­nego cha­osu, przy­pad­kowo i do jed­nego ze swo­ich. Nie­malże sły­sza­łom w myślach Jego pozba­wiony emo­cji głos: "Jeśli muszą być ofiary, niech ich śmierć będzie...". Jakiego okre­śle­nia by użyło? W jakim języku? Coś bar­dziej szcze­rego niż "dobra", mniej pre­ten­sjo­nal­nego niż "Spra­wie­dliwa", będą­cego prze­ci­wień­stwem do "bez­sen­sowna", ale nie­uda­ją­cego, że śmierć kie­dy­kol­wiek może być "w porządku". Może "prze­my­ślana"? "świa­doma"? Prze­szył mnie dreszcz. Książę jest władne speł­nić bar­dzo nie­wiele próśb, ale cią­gle wzno­szę do Niego jedną modli­twę: "Jeśli mnie zastrzelą, chcę zgi­nąć za to, o co wal­czę, nie przez pomyłkę". Domi­nic wszystko to zapla­no­wało. Celowo stwo­rzyło plan uży­cia mun­du­rów, a przy­nam­niej udzie­liło mu popar­cia. Pra­gnęło, by to był dar dla jego Dobrego Pana. Gdy ujrza­łom to życze­nie w jego dum­nych oczach, cały lęk przed docze­snymi zdra­dami roz­pro­szył się we mnie niczym mgła. Domi­nic jest dziw­nym, okrut­nym i dra­pież­nym stwo­rze­niem, ale czę­sto - choć tylko dla J.E.D.D. Masona - rów­nież dobrym.

- Zatem powstrzy­ma­cie się przed ata­kiem, jeśli wszy­scy pozo­stali przy­wódcy wyrażą zgodę przed upły­wem czte­rech godzin, nawet jeśli nie otrzy­mamy zgody Sni­pera albo innych przy­wód­ców Straż­ni­ków Pasiek? - naci­skało Su-Hyeon.

Chiń­scy dyrek­to­rzy nara­dzali się mię­dzy sobą. Nowe kore­ań­skie dyrek­tor Kim Gyeong-Ju powie­działo jakiś żart w swym ojczy­stym języku, Im-Jin i Su-Hyeon par­sk­nęli śmie­chem. Poczu­łom się osa­mot­nione. Podobną ner­wową samot­ność wyczu­wa­łem rów­nież u zasę­pio­nego i niczemu nie­win­nego dyrek­tora Gre­en­pe­ace, Ban­dy­opa­dhyay, które zacho­wało urząd dzięki temu, że nie miało poję­cia o ist­nie­niu OS. Muszę sobie zapa­mię­tać tę zasę­pioną minę i tę samot­ność. Su-Hyeon bie­gle włada hindi i jeśli Mit­su­bi­shia­nie okażą się wro­gami, wbi­cie klina mię­dzy Chiny a Gre­en­pe­ace mogłoby... To trudne. Poma­ga­łom Vivie­nowi wykry­wać pęk­nię­cia i łatać je, ale nie zno­szę poczu­cia, że roz­wija się we mnie instynkt ich wyko­rzy­sty­wa­nia.

Szepty prze­szły w ski­nie­nia gło­wami.

- Zgoda.

Szybko upo­ra­li­śmy się z poże­gna­niami. Su-Hyeon stwo­rzyło drzewo zadań i widzę teraz cały plan, który dopro­wa­dzi (przy­naj­mniej mamy taką nadzieję) do powsta­nia Trium­wi­ral­nego Porządku, który poprę jako Ano­nim, co powinno się spo­tkać z pozy­tywną reak­cją Pasiek. Im-Jin naj­pierw zwróci się do Fau­sta. Następ­nym roz­mówcą będzie sena­tor Ouro­bo­ros Wyrd­spell według mówcy naj­bar­dziej "powią­zane z rze­czy­wi­sto­ścią" Uto­pia­nin, jakie zna. Car­men zwróci się z pety­cją do MASONA, a następ­nie połą­czy się z kró­lem Hisz­pa­nii, choć Europa i tak przy­sta­nie na nasze pro­po­zy­cje. Spo­dzie­wam się, że moim pierw­szym roz­mówcą będzie Vivien albo Książę (choć Domi­nic zare­zer­wo­wało tę przy­jem­ność dla sie­bie). Ze zdzi­wie­niem zauwa­ży­łom, że moim zada­niem numer jeden było towa­rzy­sze­nie Su-Hyeonowi w roz­mo­wie z Bryar Kosalą. Nie rozu­mia­łom wtedy, dla­czego prze­ko­na­nie Kosali jest naj­waż­niej­sze.

- Su-Hyeon! [Ano­nim]! Bar­dzo się cie­szę, że was widzę!

Gdy ujrza­łom w soczew­kach uśmiech Kosali, poczu­łom się, jakby mnie uści­skano. Prze­wod­ni­czący Kuzy­nów znaj­do­wało się w jasno oświe­tlo­nym pomiesz­cze­niu i miało za ple­cami duże okna, co upo­dab­niało jego włosy do czer­wo­nej aure­oli. Zauwa­ży­łom na jed­nym z koń­ców pokoju zasłonę barwy fuk­sji i nagiet­ków oraz puszy­stego bia­łego kota śpią­cego na wyso­kiej ster­cie skrzyń ozna­czo­nych Czer­wo­nym Krysz­ta­łem.

- Gdzie jesteś? - zapy­tało Su-Hyeon.

- Ni­gdzie nie mogłoby mi być lepiej. - Rumie­niec na policz­kach Bryar doda­wał wia­ry­god­no­ści tym sło­wom. - W Bom­baju panuje spo­kój, wszystko działa pra­wi­dłowo, ludzie dają mi to, czego od nich potrze­buję. A moje baszro­dzone, Mohana i Gan­ges, mają tu swój basz. Pamię­ta­cie je?

- Czy Mohana to ta osoba w czapce żół­wia? - domy­śli­łom się pierw­sze.

- Aha. Miesz­kam z nimi. Mają tu nad­zwy­czajny widok na port. - Bryar prze­chy­liło obraz, byśmy mogli zoba­czyć wodę za oknem, a także kawa­łek mia­sta, widoczny we wcze­sno­po­ran­nym świe­tle godziny, jaka tam wła­ści­wie była teraz w Indiach.

- Mam wła­sną łódź por­tową i rower, więc mogę się swo­bod­nie poru­szać.

- Uwiel­biam te ich łodzie por­towe!

Sterta zesta­wów do testów DNA zatrzę­sła się pod wpły­wem entu­zja­zmu cen­zora. Jeden z nich zle­ciał ze szczytu, omal nie wpa­da­jąc w moją fasolę.

- Macie straż­ni­ków?

Nie mogłom nie zadać tego pyta­nia.

- Tak. Całą masę. I mnó­stwo pomocy. Cały ten kwar­tał i kilka sąsied­nich prze­ro­biono na kwa­terę główną Kuzy­nów. Połowa stat­ków w por­cie zgo­dziła się uczest­ni­czyć w dys­try­bu­cji naszych pisto­le­tów osła­bia­ją­cych. Nie uwie­rzy­li­by­ście, jak bar­dzo aktywny jest tu Czer­wony Krysz­tał.

- Ja w to wie­rzę - zapew­niło Su-Hyeon. - Jeśli trendy się utrzy­mają, w następ­nym tygo­dniu aktyw­ność znowu wzro­śnie dwu­krot­nie.

- Świet­nie!

- Tak wygląda sytu­acja na całym świe­cie, nie tylko w Bom­baju. U was wzrost liczby zgło­szeń prze­kro­czył już punkt szczy­towy, chyba że coś się zmieni w Sin­ga­pu­rze bądź w Manili, albo masoń­ska droga pro­wa­dząca z Caede­cul­min zbliży się do Ahma­da­badu... - Su-Hyeon czę­sto krzywi się w szcze­gólny spo­sób, gdy uświa­da­mia sobie, że spro­wa­dziło roz­mowę na manowce sta­ty­styki. - Cie­szę się, że wszystko z wami w porządku.

Bryar uśmiech­nęło się z wielką pobłaż­li­wo­ścią.

- [Ano­ni­mie], poczu­łom wielką ulgę, kiedy usły­sza­łom, że jeste­ście w Roma­no­vie i Su-Hyeon może się wami zaopie­ko­wać. Su-Hyeon, nie zapo­mi­naj­cie, że [Ano­nim] was potrze­buje, byście regu­lar­nie dostar­czali mu jedze­nie i wyzna­czali godziny.

Uśmiech­nę­łom się, ale nagle poczu­łom, że pur­pu­rowa mary­narka Urzędu Cen­zora, którą mia­łom na sobie, jest nie­wiele wię­cej niż obrożą dla psa.

- Bryar, to miło, że możemy z wami poga­dać, ale nie ozna­czy­li­śmy tego spo­tka­nia jako pil­nego z myślą o poga­węd­kach.

Su-Hyeon uśmiech­nęło się, pró­bu­jąc zła­go­dzić nie­po­kój, jaki mnie ogar­nął, gdy sobie uświa­do­mi­łom, że stra­ci­li­śmy minutę na przy­wi­ta­nie i roz­mowy o czap­kach.

- W porządku. Prze­wi­dzia­łom czas na takie sprawy.

Zmarsz­czy­łom brwi na znak, że się z nim nie zga­dzam, ale takie już jest Su-Hyeon. Cza­sami idzie na drobne kom­pro­misy, dla poprawy morale. Na przy­kład nasza sałatka owo­cowa. To były owoce z deko­ra­cyj­nych drzew ota­cza­ją­cych sale spo­tkań Soju­szu. Jedli­śmy je już piąty dzień z rzędu i naj­ła­twiej byłoby znowu zwa­lić je na stertę w kwa­te­rze głów­nej. (Leniwi patroni czę­sto tak robią, a usłu­gowcy łatwo się eks­cy­tują, gdy dostają na obiad coś innego niż poob­tłu­ki­wane, zbędne owoce). Jed­nakże Su-Hyeon popro­siło kogoś, by zro­biło dla nas sałatkę owo­cową, inwe­stu­jąc cenne minuty na zama­sko­wa­nie koniecz­no­ści. Udało się. Ludzie na naszej zmia­nie spra­wiali dziś wra­że­nie nieco mniej zmę­czo­nych. Zapewne z tego samego powodu poświę­ciło tę minutę, by stała się men­tal­nym ban­da­żem dla naszej trójki, czymś w rodzaju rodzin­nej poga­wędki przed burzą.

Bryar: Zwra­ca­cie się do mnie z powodu War­szawy, Sin­ga­puru, Manili, Bang­koku, wyspy Koome, wybu­chów auto­lo­tów czy jakie­goś innego kry­zysu?

(Pośpiesz­nie spraw­dzi­łom wszyst­kie te kry­zysy. Więk­szość z nich poja­wiła się po tym, jak poło­ży­łom się spać. W War­sza­wie doszło do zanie­czysz­cze­nia wody; na Fidżi sławni twórcy fajer­wer­ków Indus-Kre­eney zdo­łali zdez­o­rien­to­wać czuj­niki auto­lotu i spro­wa­dzić go bez­piecz­nie na zie­mię, popy­cha­jąc mniej uta­len­to­wa­nych naśla­dow­ców do mimo­wol­nego spro­wo­ko­wa­nia wybu­chów pojaz­dów w Bho­palu, Aber­deen, Lizbo­nie i na Wyspie Księ­cia Edwarda; w Stra­te­gicz­nym Rezer­wa­cie Moski­tów na wyspie Koome doszło do prze­rwy w dopły­wie prądu, trwa­ją­cej nie­mal od początku kry­zysu; nato­miast Sin­ga­pur, Manila i Bang­kok przy­po­mi­nały Syd­ney - wiel­kie, mie­szane metro­po­lie we wschod­niej Azji, gdzie ludzie ata­ko­wali mit­su­bi­shiań­skich wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści, a floty Mit­su­bi­shi były coraz bli­żej).

Su-Hyeon: Żadne z powyż­szych. Chcemy poroz­ma­wiać o zale­ce­niu, jakie zamie­rza dziś wydać trium­wi­rat. Chcemy, żeby wszyst­kie frak­cje zaczęły nosić mun­dury.

Bryar: Mun­dury?

Su-Hyeon: Potrze­bu­jemy wyraź­nego roz­róż­nie­nia mię­dzy cywi­lami i żoł­nie­rzami. Cią­gle docho­dzi do tak zwa­nych zamie­szek, ale nie­kiedy są one naprawdę spon­ta­niczne, a w innych przy­pad­kach zor­ga­ni­zo­wane grupy ata­kują z góry wybrane cele. W obec­nej sytu­acji ludzie nie potra­fią ich odróż­nić. Poli­cja i prawo rów­nież.

Bryar: Zauwa­ży­łom ten pro­blem.

Su-Hyeon: Ogło­simy, że Pasieki, które chcą pod­jąć dzia­ła­nia mili­tarne, powinny mieć jawne, usta­lone prawo woj­skowe, a ich żoł­nie­rze powinni być zare­je­stro­wani i łatwi do roz­po­zna­nia. Euro­pej­czycy i Mit­su­bi­shia­nie już to robią. I dobrze na tym wycho­dzą. Jeśli tłum Maso­nów zbie­rze się na ulicy, wszy­scy wpa­dają w panikę, bo MASON ogło­siło, że cała Pasieka jest w sta­nie wojny, ale wiemy, że Euro­pej­czycy w mun­du­rach są żoł­nie­rzami, a ci, któ­rzy ich nie noszą, nie. Dla­tego praw­do­po­do­bień­stwo paniki albo ataku na grupę Euro­pej­czy­ków jest sześć­dzie­siąt dwa pro­cent mniej­sze.

- Już tak wiele? - zdzi­wi­łom się.

- Widzie­li­ście krzywą wzro­stu. Po pół­nocy mam prawo zaokrą­glać w górę.

Bryar przy­ła­pało mnie na spraw­dze­niu czasu i uśmiech­nęło się.

- Ten pomysł mi się podoba.

- Wiem - odparło Su-Hyeon. - Sami robi­cie to samo z Czer­wo­nym Krysz­ta­łem. Po pro­stu musimy to roz­sze­rzyć. Sin­ga­pur, Bang­kok, Manila, we wszyst­kich takich miej­scach prze­stra­szeni Huma­ni­ści albo Mit­su­bi­shia­nie poczują się pew­niej, jeśli będą mogli spoj­rzeć na ulicę i usta­lić, któ­rzy z widocz­nych na niej Maso­nów są nie­szko­dli­wymi prze­chod­niami. A jeśli wszy­scy natych­miast zaczną nosić pro­ste znaki, takie jak opa­ski Czer­wo­nego Krysz­tału, będziemy mogli ura­to­wać życie tysięcy ludzi. - Ponow­nie skrzy­wi­łom się bole­śnie, gdy Su-Hyeon poka­zało moje okropne pro­jekty. - Ale pod warun­kiem, że ktoś będzie ich pona­glał. Odkąd auto­loty prze­stały dzia­łać, nie możemy niczego wymu­sić. Trium­wi­ralny Porzą­dek to tylko zapro­sze­nie do swa­rów, chyba że wy i inne sza­no­wane głosy będzie­cie się doma­gać szyb­kiego dzia­ła­nia.

- Poprę tę pro­po­zy­cję jako Ano­nim - doda­łom. - I pod­kre­ślę zna­cze­nie pośpie­chu dla rato­wa­nia ludz­kich ist­nień.

- A biuro Komi­sa­rza Gene­ral­nego utwo­rzy publiczną bazę danych ze zdję­ciami mun­du­rów i wyja­śnie­niami zna­cze­nia wszyst­kich szcze­gó­łów.

Bryar ski­nęło głową.

- Chce­cie, żebym to rów­nież poparło? A może mam wam pomóc prze­ko­nać Viviena?

- Ito­ani­je­ito­dru­gie!

Odwró­ci­łom się z zasko­cze­niem, gdy moje "i to, i to" zmie­szało się z "ani jedno, ani dru­gie" Su-Hyeona.

Cen­zor potrzą­snęło głową.

- Chcemy, żeby­ście to wpro­wa­dzili w życie.

- Słu­cham? - Bryar zmarsz­czyło brwi. - Chce­cie, żeby Kuzyni pro­du­ko­wali mun­dury dla wszyst­kich?

- Nie. Zrób­cie wła­sne.

- Mówi­li­ście, że opa­ski Czer­wo­nego Krysz­tału dobrze się spraw­dzają.

- Czer­wony Krysz­tał to nie to samo, co siły zbrojne Kuzy­nów.

Kosala znowu się zasę­piło.

- Nie mamy sił zbroj­nych. Jeste­śmy neu­tralni.

- Jin mówiło, że trudno będzie was prze­ko­nać - odparło z wes­tchnie­niem cen­zor.

Bryar na­dal miało zdzi­wioną minę.

- Pozwa­lamy człon­kom innych Pasiek i Bez­pa­sie­ko­wym wstę­po­wać do Czer­wo­nego Krysz­tału, ale...

- Su-Hyeon ma rację! - zawo­ła­łom i skrzy­wi­łom się, sły­sząc stu­kot spa­da­ją­cych po scho­dach pakie­tów do badań DNA strą­co­nych przez mój entu­zjazm. - Teraz to rozu­miem. Macie siły zbrojne. Macie straż­ni­ków! Uzbro­jo­nych ochro­nia­rzy pil­nu­ją­cych szpi­tali, maga­zy­nów i Cen­trów Wymiany Broni, a także was samych! Macie straż­ni­ków oso­bi­stych, Bryar.

Zer­k­nęło poza ekran, potwier­dza­jąc, że w kątach pokoju kryje się coś wię­cej niż zasłony o paste­lo­wych kolo­rach lubia­nych przez jego baszro­dzone.

- Straż­nicy to nie armia!

- Macie rację. Nie­mniej noszą broń i nie są tym samym, co zwy­czajni Kuzyni... Och, Su-Hyeon, macie cał­ko­witą rację! - Moja pasja zasłu­żyła na uśmiech. Uświa­do­mi­łom sobie, o czym z pew­no­ścią myślało cen­zor od chwili, gdy mnie obu­dziło. - Musi­cie się zgo­dzić, Bryar. Jeste­ście naj­waż­niejsi ze wszyst­kich. Jeśli Kuzyni włożą mun­dury, żadne inne mocar­stwo nie odważy się odmó­wić, ponie­waż wasze siły są naj­słod­sze, naj­ła­god­niej­sze, naj­bar­dziej pomocne i godne zaufa­nia, a wresz­cie naj­sym­pa­tycz­niej­sze ze wszyst­kich, jakie kie­dy­kol­wiek ist­niały. Nie noszą żad­nej broni poza pisto­le­tami osła­bia­ją­cymi, a ich jedy­nym zada­niem jest ochrona tych, któ­rzy roz­dają potrze­bu­ją­cym zupę i ban­daże. Jeśli każe­cie tym siłom wło­żyć mun­dury, nikt inny - ani MASON, ani Sni­per, ani Tul­lius Mardi - nie ośmieli się wyła­mać!

Bryar zasta­na­wiało się przez chwilę z na­dal zasę­pioną miną. Oba­wia­łom się, że wybie­ra­jąc żar­to­bliwe sfor­mu­ło­wa­nia, mogłom je obra­zić, zamiast popra­wić mu humor.

- Być może...

- Nie­po­koją was edu­ka­cjo­ni­ści - domy­śliło się cen­zor.

Gdy tylko usły­sza­łom to słowo, natych­miast zro­zu­mia­łom, o co cho­dzi. Edu­ka­cjo­ni­ści sena­tor Cook. W Casa­blance omal nie doszło do prze­wrotu. Nastą­piła kon­fron­ta­cja mię­dzy żar­li­wym Cook a wier­nym Helo?se, choć toczona tylko na słowa. W następ­nej pró­bie może dojść do uży­cia "sił zbroj­nych".

Bryar nie śpie­szyło się z odpo­wie­dzią.

- To... Nie, jeśli cho­dzi o edu­ka­cjo­ni­stów, to raczej by pomo­gło. Czy wasza publiczna lista, ta, którą opu­bli­ko­wa­li­by­ście razem ze zdję­ciami mun­du­rów, wyma­ga­łaby, żeby wszyst­kie Pasieki i frak­cje opi­sały cel, skalę oraz gra­nice aktyw­no­ści swych oddzia­łów? Jakie akcje wolno by im było podej­mo­wać i przy uży­ciu jakich metod? Jeśli wszy­scy będą musieli publicz­nie ujaw­nić gra­nice upraw­nień swych sił, będę mogło zde­fi­nio­wać siły Kuzy­nów jako czy­sto obronne i jasno oznaj­mić, że nie wolno im ata­ko­wać skon­fi­gu­ro­wa­nych i tak dalej, ogło­sić, że tego typu poczy­na­nia są nie­le­galne i będą karane. To by pomo­gło.

- Zatem zro­bi­cie to? - naci­skało Su-Hyeon.

Kolejna chwila namy­słu.

- Tak, pod warun­kiem, że zażą­da­cie publicz­nego ujaw­nie­nia gra­nic upraw­nień wszyst­kich for­ma­cji mili­tar­nych.

- Zna­ko­mi­cie! Dzię­kuję!

Su-Hyeon prze­rwało połą­cze­nie.

Wzno­wi­łom je.

- Hej, Bryar. Prze­pra­szam za to.

- To nie wasza wina - odparło z uśmie­chem. - Cie­szę się, że mogłom zoba­czyć was obu.

- Nawza­jem. Su-Hyeon, poże­gna­cie się z Bryar?

Nie odwró­ciło się.

- Co? Ach. Cześć. Do zoba­cze­nia. Prze­pra­szam. Mate­ma­tyka.

Skrzy­wi­łom się lekko, by podzię­ko­wać Bryar za zby­cie śmie­chem tej aż nazbyt zna­jo­mej reak­cji.

- Cie­szę się, że jeste­ście bez­pieczne w Bom­baju - doda­łom. - Bałom się o was, kiedy usły­sza­łom, że jeste­ście w Delhi.

Uśmiech­nęło się uspo­ka­ja­jąco.

- Jestem teraz nad morzem. - Zna­le­zie­nie łodzi do Casa­blanki nie powinno być zbyt trudne, kiedy już wyne­go­cju­jemy prawo przej­ścia z mit­su­bi­shiań­ską flotą. Cie­szę się, że jeste­ście bez­pieczne z Su-Hyeonem. Mar­twi­łom się o was, kiedy usły­sza­łom...

Trudno mi było uwie­rzyć, jak szybko nade­szły łzy.

- Tak.

Bryar wpa­try­wało się w moje soczewki ze smut­kiem i współ­czu­ciem, ale nagle wydało mi się to nie­szczere. Cze­ka­łom. Czy doda coś jesz­cze? Kon­do­len­cje? Powie, że wie, jak wiele zna­czyło dla mnie Mycroft? Że to nie moja wina? Gdyby jego usta zadrżały, wie­dzia­ło­bym, że rów­nież powstrzy­muje łzy, ale widzia­łom tylko to wymu­szone współ­czu­cie. Na­dal prze­cho­dzą mnie dresz­cze na wspo­mnie­nie tych, które prze­szły mnie wów­czas. Mycroft zawsze mówiło, że myślało, iż Bryar pra­gnie je "uśpić". Do tej chwili zawsze wyda­wało mi się to nie­wia­ry­godne.

- Muszę się zabrać do pracy nad moim oświad­cze­niem - oznaj­mi­łom. - Zawia­do­mię was, jeśli będziemy potrze­bo­wali pomocy, by prze­ko­nać Viviena.

- Wpro­wa­dzi­łom zmiany do waszych pli­ków w Pro­gra­mie Usłu­gow­ców - poin­for­mo­wało mnie. - Jeste­ście na stałe przy­dzie­leni do biura cen­zora.

- Dzię­kuję. To mi pomoże. Miło było was zoba­czyć, Bryar. Do widze­nia.

Prze­rwa­łom połą­cze­nie.

Cie­szy się, że Mycroft nie żyje. Nie chcia­łom tego pomy­śleć. Nie chcia­łom tego wie­dzieć. Wszy­scy oni się z tego cie­szą.

Bryar wzno­wiło połą­cze­nie.

- Co jest? - zapy­ta­łom, zaj­mu­jąc się tak wie­loma skrzyn­kami zadań jed­no­cze­śnie, że obraz prze­wod­ni­czą­cego Kuzy­nów zaj­mo­wał tylko wąski pasek socze­wek.

- Mówi­łom, że jeste­ście na stałe przy­dzie­leni do biura cen­zora.

- Sły­sza­łom. Dzię­kuję.

- Może­cie się zatrzy­mać w miesz­ka­niu Viviena albo w urzę­dzie cen­zora. Nie będzie­cie miało kło­po­tów z powodu uni­ka­nia noc­le­gowni.

Wypeł­nił mnie chłód.

- Dzię­kuję. To mi pomoże.

Usta mia­łom otwarte, ale następne pyta­nie sfor­mu­ło­wa­łom tylko w myślach. Czy chce­cie mnie odse­pa­ro­wać od...

- Wy i Su-Hyeon będzie­cie bar­dzo dokładni, tak? Wszyst­kie Pasieki i frak­cje muszą mieć wła­sne mun­dury?

Głos Bryar jest naj­strasz­niej­szy wtedy, gdy brzmi naj­sło­dziej.

- Tak. Wszyst­kie. Przy­jem­nie się z wami roz­ma­wiało. Dzię­kuję. Cześć.

Prze­rwa­łom połą­cze­nie.

Kosala spró­bo­wało je wzno­wić.

Odmó­wi­łom odbioru i zaję­łom się robotą.

Bryar powtó­rzyło próbę, posłu­gu­jąc się prio­ry­te­tem Admi­ni­stra­cji Pro­gramu Usłu­gow­ców, który usu­nął wszel­kie inne dane z moich socze­wek i dodał czer­wony zna­czek do mojej kro­niki pro­ba­cji.

- Co jest? - wark­nę­łom.

- Nowe, cha­rak­te­ry­styczne, łatwe do odróż­nie­nia mun­dury dla wszyst­kich frak­cji opo­wia­da­ją­cych się po wszyst­kich stro­nach.

Cze­kało na odpo­wiedź.

Wier­ci­łom się ner­wowo.

- Nie może­cie robić wyjątku dla waszej "Armii Żebra­ków", [Ano­ni­mie]. A może uszczę­śli­wi­cie mnie nie­zmier­nie i powie­cie, że roz­wią­za­li­ście ją, bo nie ma już Króla Żebra­ków?

Zer­k­nę­łom na Su-Hyeona, by się upew­nić, że cał­ko­wi­cie zato­piło się w obli­cze­niach i mnie nie słu­cha.

- Mamy mun­dury - wyszep­ta­łom.

- Usłu­gowcy mają mun­dury. Jeśli wojow­ni­czy stron­nicy Mycro­fta Can­nera będą uczest­ni­czyli w wal­kach w stro­jach usłu­gow­ców, skutki dotkną rów­nież ich nie­win­nych współ­braci. Wszyst­kich bez wyjątku.

- Myr­mi­doni - wymam­ro­ta­łom.

- Słu­cham?

- Nadali sobie... - W moim umy­śle ponio­sło się echem słowo "tchórz!". Nie "oni". - My. Nada­li­śmy sobie nazwę Myr­mi­doni.

Palące spoj­rze­nie Bryar spra­wiało mi ból.

- Jeśli sta­nie­cie do walki w tych stro­jach, znisz­czy­cie Pro­gram Usłu­gow­ców. Na zawsze. Myśli­cie, że ludzie znowu wam zaufają po czymś, co będzie wyglą­dało jak bunt? Cof­nie­cie nas z powro­tem do epoki wię­zień! - Prze­rwało na moment, bym mogło ujrzeć klau­stro­fo­biczną wizję murów i zmar­no­wa­nych lat. - Albo gorzej. Wie­cie, jak skoń­czyło Spar­ta­kus.

Wyklu­wały się we mnie ostre słowa, ale wyma­zały je przy­pad­kowe wspo­mnie­nia: hawaj­ski wiatr chło­dzący mi język po zbyt pikant­nej sal­sie z guawy, wscho­dzące słońce wyła­nia­jące się zza ostrego jak brzy­twa hory­zontu na Zan­zi­ba­rze, wiatr i słońce na moich spo­co­nych ple­cach i łzy wdzięcz­no­ści na policz­kach Mycro­fta Can­nera. Utra­cić Pro­gram Usłu­gow­ców? Zadrża­łom na tę myśl.

- Nie mamy żad­nych innych ubrań. Co mie­li­by­śmy robić? Kraść pra­nie ze sznur­ków?

- Prze­ka­zuję Pro­gram Usłu­gow­ców Czer­wo­nemu Krysz­ta­łowi. Wszyst­kim usłu­gow­com wyda się opa­ski i każde z nich, któ­remu nie przy­dzie­lono spe­cjal­nego zada­nia, będzie musiało zgło­sić się do naj­bliż­szego cen­trum. Otrzy­mają tam dach nad głową, wyży­wie­nie i ochronę. W zamian będą wyko­ny­wali bar­dzo uży­teczną pracę, ratu­jąc ludz­kie życie.

- To... świetny pomysł - przy­zna­łom, odchy­la­jąc się do tyłu.

Uśmiech Bryar wyglą­dał szcze­rze, ale znik­nął bar­dzo szybko.

- Reje­stra­cja w Czer­wo­nym Krysz­tale będzie obo­wiąz­kowa, chyba że posta­no­wię zro­bić wyją­tek dla waszych bojow­ni­ków.

- Myr­mi­do­nów - popra­wi­łom ją po raz drugi. - Tak się nazy­wali żoł­nie­rze Achil­lesa w...

- Znam Iliadę! - wark­nęło Bryar. - Czy Achil­les jest nowym Kró­lem Żebra­ków?

To mnie zabo­lało.

- Chyba tak. Tak.

Bryar ode­tchnęło głę­boko. Zapewne rów­nież poczuło ból.

- Tak, Myr­mi­do­nów. Jeśli pozwolę im stać się nie­za­leżną siłą, będą musieli mieć wła­sne mun­dury, o wyraź­nie woj­sko­wym cha­rak­te­rze, by ludzie nie pomy­śleli, że usłu­gowcy się zbun­to­wali, i żeby nikt ich nie pomy­lił z moim Czer­wo­nym Krysz­ta­łem.

- Raczej nie może­cie... - zaczę­łom po chwili waha­nia.

- Powstrzy­mać was? - Wcią­gnęło gwał­tow­nie powie­trze. - Pew­nie, że mogę. Być może nikt inny na Ziemi nie byłby w tej chwili w sta­nie tego doko­nać, ale ja tak. Wie­cie o tym. Mam wasze akta, wasze loka­li­za­tory, wszyst­kich bez wyjątku, a cały świat jest moim dłuż­ni­kiem. Ilu nie­zdol­nym wró­cić do domu wygnań­com zapew­niam w tej chwili opiekę? Zna­cie liczby.

Skrzy­wi­łom się. Nie dopusz­cza­łom do sie­bie świa­do­mo­ści, jak wielu ludzi zna­la­zło się daleko od domu, uda­jąc przed sobą, że to tylko abs­trak­cja, jak kolejne cyfry liczby pi.

- Cztery miliardy pięć­set milio­nów - przy­zna­łom.

To było naprawdę oszo­ła­mia­jące. Pra­wie połowa lud­no­ści świata noco­wała na pry­czach albo kana­pach i usta­wiała się w kolej­kach do kuchni polo­wych. A Bryar było do tego przy­go­to­wane. Miało szpi­tale, skar­petki i mydło. To było nie­wia­ry­godne osią­gnię­cie, bio­rąc pod uwagę, że zaczęło wszystko pla­no­wać nie­spełna dwie­ście dni temu.

Na twa­rzy prze­wod­ni­czą­cego Kuzy­nów poja­wił się triumf.

- Wszyst­kie Pasieki mają wobec mnie nie­po­li­czalny dług. I wszyst­kie mi ufają. Armie rów­nież. Moje pisto­lety osła­bia­jące każ­dego dnia ratują życie kolej­nym ludziom. Gdy­bym publicz­nie wezwało do wyła­pa­nia zbun­to­wa­nych usłu­gow­ców, gdy­bym spu­ściło na was zie­mię i pio­runy, jak sądzi­cie, ile zdo­ła­liby osią­gnąć w tej woj­nie wasi Myr­mi­doni?

Achil­les nie jest jedyną osobą, która myśli o bogi­niach, gdy widzi roz­gnie­wane Bryar.

- Bła­gam - wykrztu­si­łom. - To, co pró­bu­jemy zro­bić, przy­nie­sie korzyść wszyst­kim. My wiemy, jak się pro­wa­dzi wojnę. Achil­les nas wyszko­liło. Wnie­siemy we wszystko, co będzie się działo, odro­binę zdro­wego roz­sądku, dopil­nu­jemy, by przy­naj­mniej jedna ze stron wie­działa coś o morale i gra­ni­cach wytrzy­ma­ło­ści. O tym, kiedy bitwa prze­ra­dza się w chaos albo w walkę na wyczer­pa­nie i jak się zorien­to­wać, że prze­gra­li­śmy. Dzięki nam wojna sta­nie się lep­sza i być może rów­nież krót­sza. Ona musi skoń­czyć się szybko, nim... - Słowo "zwia­stuny" maja­czyło w moim umy­śle, ale u-język mógłby wzbu­dzić nie­uf­ność Kosali. - Pro­szę, pozwól­cie nam na to! Bła­gam was, Bryar! Nie jako mojego quasi-rodzica, ale jako archi­tekta pokoju, który nadej­dzie póź­niej!

- Zatem jako quasi-rodzica całego świata. - Kosala umil­kło na chwilę. Nie mogłom odczy­tać zbyt wiele z jego obli­cza, poza stru­mie­niem wzbie­ra­ją­cych myśli. Moja twarz zapewne wyglą­dała tak samo. - W takim razie będzie­cie musieli zaak­cep­to­wać moje warunki.

- Dzię­kuję. Dzię­kuję. - Czu­łom się głu­pio. Nie byłom w sta­nie przy­wo­łać innych słów. - Dzię­kuję.

Twarz Bryar nie zmie­niała wyrazu.

- Będzie­cie nosili pisto­lety osła­bia­jące, wszy­scy, któ­rzy będą je mieli. Musi­cie też ubie­rać się w mun­dury o wyraź­nie woj­sko­wym cha­rak­te­rze, nie stroje usłu­gow­ców, żeby nikt nie pomy­ślał, że mój pro­gram jest kie­ro­wany przez wroga.

- Nie, To zły pomysł. Moż­li­wość prze­miesz­cza­nia się nie­po­strze­że­nie bar­dzo nam pomaga...

- Chce­cie stać się wyjąt­kiem od obo­wiązku nosze­nia mun­du­rów, który sami pro­po­nu­je­cie wpro­wa­dzić? To hipo­kry­zja.

W tym punk­cie musia­łom się zgo­dzić z Kosalą. Głę­bo­kie bruzdy, jakie miało na czole, nie pozwa­lały na dal­sze wykręty.

- Nie jestem dowódcą - odpo­wie­dzia­łom. - Ale spró­buję.

- Próby to za mało. Chce­cie, bym powstrzy­mało swą dłoń? Zrób­cie to. Wiem, że nie macie zbyt wielu zaso­bów potrzeb­nych do pro­duk­cji mun­du­rów, ale udało się wam stwo­rzyć wyszko­loną mili­cję za pomocą kijów i odpad­ków. Pora­dzi­cie sobie.

Pozo­stało mi jedy­nie pochy­lić głowę przed jedyną mocą, która rze­czy­wi­ście może zwró­cić prze­ciwko nam cały świat.

- Tak jest.

- I będzie­cie uży­wali pisto­le­tów osła­bia­ją­cych.

Spró­bo­wa­łom sobie wyobra­zić reak­cję Achil­lesa, ale na tak gęsto pokry­tej bli­znami żałoby twa­rzy złość i radość wyda­wały się rów­nie praw­do­po­dobne.

- Oczy­wi­ście. Gdy tylko będzie to moż­liwe - odpo­wie­dzia­łom. - Nie pra­gniemy wypeł­niać cmen­ta­rzy. Ale nie możemy się ogra­ni­czać do tej broni. Potrze­bu­jemy noży, małych ładun­ków wybu­cho­wych i tak dalej. Jak wszyst­kie armie.

Kosala umil­kło na chwilę, pró­bu­jąc wyczy­tać coś z mojej twa­rzy.

- Za kogo będzie­cie wal­czyć?

Spoj­rza­łom na nie ze zdzi­wie­niem.

- Za wszyst­kich! - odpo­wie­dzia­łom i natych­miast poczu­łom się głu­pio.

- Cho­dziło mi o to, po czy­jej stro­nie. - Prze­cią­gnęło się, roz­pro­sto­wu­jąc z trza­skiem ramiona. - Co innego, jeśli na­dal pozo­sta­je­cie usłu­gow­cami i wyko­nu­je­cie zada­nia zle­cone przez człon­ków Pasiek albo Bez­pa­sie­ko­wych, a zupeł­nie co innego, jeśli jeste­ście nie­kon­tro­lo­waną armią.

Dziw­nie trudno było mi odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Wal­czy­li­śmy dla Achil­lesa, ale ono wła­ści­wie nie jest człon­kiem naszego nowego nie­zwy­kłego świata. Sfor­mu­ło­wa­nie "nie­kon­tro­lo­wana armia" nie wpa­dło mi przed­tem do głowy, nie było jed­nak do końca fał­szywe. Przy­po­mnia­łom sobie ostat­nie spo­tka­nie z Achil­le­sem. Ten moment bar­dzo wyraź­nie utrwa­lił się w mojej pamięci. Zbli­żał się koniec zachodu słońca. Niebo miało łoso­siową barwę. To było na peł­nym pnia­ków wznie­sie­niu w... gdzieś. Ja sie­dzia­łom, a Major stało. Na dole roz­cią­gało się mia­sto. W powie­trzu uno­siły się głosy setek, być może tysięcy pta­ków. Ich małe, czarne syl­wetki pstrzyły wszyst­kie gałę­zie i dachy. Pamię­tam, że coś nagle je spło­szyło i wzbiły się do lotu, two­rząc wiel­kie, falu­jące sku­pi­sko, jakby na fir­ma­men­cie nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiła się wielka plama kipią­cego oleju. Syl­wetka Achil­lesa rzu­to­wała się dokład­nie w jej środku. Wyglą­dało to tak, jakby ptaki i ono były czę­ścią tego samego, czę­ścią natury, czymś bar­dziej real­nym, bar­dziej zako­rze­nio­nym, ści­ślej zwią­za­nym z Zie­mią niż reszta ludz­ko­ści. Pozo­sta­ło­ści z daw­nych cza­sów, nim jesz­cze Tho­mas Car­lyle stwo­rzyło nasz nie­do­sko­nały, pełen samo­za­do­wo­le­nia raj. Coś zapo­mnia­nego, co powró­ciło w chwili potrzeby, by pomóc nam spoj­rzeć poza splą­tane sznury mario­ne­tek i zoba­czyć...

- Coś, za co warto zgi­nąć. - Nie chcia­łom powie­dzieć tych słów na głos, ale zro­bi­łom to i zauwa­ży­łom, że Bryar wzdry­gnęło się pod wpły­wem... Przed­ża­łoby? Czy jest takie słowo? W oczach prze­wod­ni­czą­cego Kuzy­nów poja­wił się strach połą­czony z żalem, nie było to jed­nak uczu­cie quasi-rodzica Ziemi, lecz mojego quasi-rodzica. - Achil­les chce wal­czyć za MASONA - odpo­wie­dzia­łom. - Chce, żeby­śmy wszy­scy za niego wal­czyli. Przy­naj­mniej do chwili, gdy rów­no­waga sił mię­dzy wal­czą­cymi stro­nami zmieni się w takim stop­niu, że doj­dzie do wnio­sku, iż walka za MASONA prze­dłu­ży­łaby wojnę.

Kosala pogrą­żyło się w mil­cze­niu. Chcia­ło­bym wie­dzieć, co było jego przy­czyną. Czy wąt­piło w MASONA? Nie było pewne, czy może powie­rzyć mrocz­niej­szemu rodzi­cowi Ziemi mrocz­niej­szą część naszego brac­twa nie­wol­nych? A może wąt­piło we mnie?

- Czy nie ma wśród usłu­gow­ców takich, któ­rzy chcie­liby wal­czyć dla kogoś innego? Byłych Huma­ni­stów? Byłych Mit­su­bi­shian?

- Oni przy­łą­czą się do Czer­wo­nego Krysz­tału - zapew­ni­łom. - W ten spo­sób będą mogli pomóc swoim Pasie­kom. Nie chcie­liby wal­czyć z resztą nas.

Żywi­łom głę­boką nadzieję, że Bryar nie zapyta, skąd mam taką pew­ność. Wtedy musia­ło­bym wytłu­ma­czyć, jak magne­tyczny wpływ wywiera Achil­les na nas wszyst­kich. I jak bar­dzo się go boimy.

- W takim razie Masoni wysta­wią wam patenty. Jutro wszy­scy usłu­gowcy muszą nosić roz­po­zna­walny mun­dur Myr­mi­do­nów albo Czer­wo­nego Krysz­tału. Nie będzie żad­nych wyjąt­ków.

- Zgoda.

- Poza wami.

- Słu­cham?

Mój gwał­towny ruch strą­cił kolejne pakiety, które posy­pały się na moje ramiona.

Su-Hyeon unio­sło nagle wzrok.

- Coś wam dolega, [Ano­ni­mie]?

- Nie - skła­ma­łom. - Sta­ra­łom się powstrzy­mać kich­nię­cie.

Kosala zacze­kało, aż Su-Hyeon znowu pogrąży się w obli­cze­niach.

- Jeste­ście zbyt cenni dla Soju­szu.

Poczu­łom, że mars na moim czole przy­brał dzie­cinny wygląd.

- Bryar...

- Nie cho­dzi o to, że jestem nado­pie­kuń­cza. Trium­wi­rat was potrze­buje. Sojusz rów­nież. I Zie­mia. Nie będzie­cie uczest­ni­czyć w walce ani wyko­ny­wać sza­lo­nych misji dla Jeda albo Achil­lesa. Jeśli zoba­czę was w jakim­kol­wiek innym mun­du­rze niż cen­zor­ska mary­narka, nakażę całemu światu aresz­to­wać wszyst­kich Myr­mi­do­nów, a Su-Hyeonowi przy­kuć was kaj­dan­kami do biurka. Jasne?

Słowa mnie opu­ściły, prze­gnane przez błysk wil­goci w oczach Bryar. Czyż­bym się przed­tem myliło? To mogło być czy­ste myśle­nie życze­niowe, ale zna­łom Kosalę i zna­łom kogoś, kto wypeł­niał ryzy­kowne zada­nia dla "Jeda" i dla Achil­lesa i kogo powinno się przy­kuć do biurka dla jego bez­pie­czeń­stwa.

- Tak - potwier­dzi­łom. - Jasne. Powtó­rzę to wszystko Majo­rowi. To zna­czy Achil­le­sowi. I zro­bię wszystko, co w mojej mocy, by tak się stało. - To były gorz­kie słowa, a mary­narka cen­zora na­dal wyda­wała mi się czymś pośred­nim mię­dzy zbroją a obrożą. - Wli­cza­jąc w to dba­nie o wła­sne bez­pie­czeń­stwo.

- W porządku. Zrób­cie tak.

Ponow­nie pochy­li­łom głowę. Wszyst­kie żąda­nia Bryar były spra­wie­dliwe i mądrzej­sze od moich, ale na­dal czu­łom kwa­śny posmak, nawet gdy wresz­cie się zabra­łom - gdy mi w końcu na to pozwo­liło - do pisa­nia arty­kułu. Dla­tego że mi gro­ziło? Że po raz pierw­szy poczu­łem, jak to jest, kiedy osoba, która była dla mnie pra­wie baszrem, która kie­dyś dawała mi zupę i przy­no­siła poduszki, włada znaczną czę­ścią świata. A może po pro­stu rzadko zda­rzało mi się poczuć smak gorz­kiej strony doli usłu­gowca, tej, która była bli­ska sta­tusu nie­wol­nika.

Trium­wi­ro­wie i ja odwo­ła­li­śmy się do swej per­swa­zyj­nej magii. Opi­nia publiczna oglą­dała ten pro­ces od tyłu. Myślę, że gdy­bym teraz o tym nie pisało, nasze kłam­stwo pozo­sta­łoby prawdą na wieki. W rze­czy­wi­sto­ści otrzy­ma­li­śmy wszyst­kie obiet­nice (trzy­dzie­ści sześć minut przed ter­mi­nem), zanim ogło­szono Trium­wi­ralny Porzą­dek, ale powszech­nie uznano, że to Roma­nova zaczęła wszystko, zgła­sza­jąc ten surowy plan, szybko zaak­cep­to­wany przez cesa­rza elekta Europy, Helo?se, za zgodą prze­wod­ni­czą­cego Kosali, przez gor­diań­ski basz mózgow­ców (zwięźle po angiel­sku i roz­wle­kle po nie­miecku), wychwa­lano też Viviena za to, jak kon­se­kwent­nie trzy­mało się języka hisz­pań­skiego w swym dłu­gim i peł­nym pasji oświad­cze­niu wyra­ża­ją­cym zgodę. Mit­su­bi­shia­nie udali obo­jęt­ność, wysy­ła­jąc krót­kie i opóź­nione potwier­dze­nie, i naj­wy­raź­niej nikt nie podej­rze­wał, że to oni byli... Czy powin­nom napi­sać "wnio­sko­daw­cami", czy raczej "orga­ni­za­to­rami"? Odpo­wiedź Uto­pian była dziwna. Oznaj­mili, że nie mają armii, tylko cywilną mili­cję (nikt nie rozu­mie, na czym mia­łaby pole­gać ta róż­nica), obie­cali jed­nak, że człon­ko­wie tej mili­cji będą nosić łatwo roz­po­zna­walne znaki, gdy tylko poja­wią się publicz­nie. Pierwsi też wysłali obraz do bazy danych Roma­novy - płaszcz ozna­czony na ple­cach i ramio­nach jasnym delij­skim słoń­cem.

Jako Ano­nim przy­po­mnia­łom wszyst­kim, że zgoda Pasiek zna­czy nie­wiele bez odpo­wie­dzi mię­dzy­pa­sie­ko­wych frak­cji - Straż­ni­ków Pasiek i Refor­mi­stów. (Edu­ka­cjo­ni­ści rów­nież mają zwo­len­ni­ków w wielu Pasie­kach, ale pozy­cja Ano­nima nie pozwala mi sta­wiać fana­ty­ków na równi ze Sni­pe­rem i Księ­ciem, a poza tym mają już swoje róż­no­barwne skar­petki).

Książę jest tak łaskawe, że szybko odpo­wie­działo na pety­cję Ano­nima do Straż­ni­ków Pasiek i Refor­mi­stów, łącząc się ze mną na pry­wat­nej linii.

"Kocham waszą szcze­rość. Mam nadzieję, że przy­nie­sie dobro".

Tylko osiem słów, a oczy­ściły mnie jak słońce wysu­sza­jące wodę po kąpieli. Ujrzeć Jego obraz w soczew­kach, bez­pieczny i nie­zmie­niony na tle sza­rych, kamien­nych murów Alek­san­drii, to dla mnie uzdra­wia­jący bal­sam. Ku mojemu zachwy­towi towa­rzy­szyło Mu Cha­ga­tai. Może ono nie być jed­nym z Jego czte­rech anio­łów, ale przy­naj­mniej miało w Alek­san­drii jakąś osobę nale­żącą do Niego, nie do MASONA.

- Zatem chce­cie, by Wasza strona nosiła mun­dury? - zapy­ta­łom.

- Tak. Miejmy jakiś znak, pod któ­rym będą mogli wal­czyć ci, któ­rzy pra­gną pomóc mi zmie­nić ten dobry świat w lep­szy. Ten pomysł roz­pala we Mnie pra­gnie­nie, które czują rów­nież Moi prze­ciw­nicy. Każda Pasieka i każde sumie­nie musi zde­cy­do­wać, czy wolno nosić jed­no­cze­śnie nasz znak i pasie­kowe godło. Czy potra­fi­cie w przy­bli­że­niu oddać te myśli po angiel­sku tak, by wszy­scy byli w sta­nie je zro­zu­mieć? Skoro nasze Mycroft już nie może tego zro­bić?

Nie potra­fi­łom. Nikt nie zdo­łałby oddać czy­sto­ści zawar­tej w Jego nie­na­tu­ral­nych, nie­zgrab­nych sło­wach. Nie­mniej opu­bli­ko­wa­li­śmy moją nie­udolną próbę. Wielu wychwa­lało Księ­cia za to, że z takim sza­cun­kiem trak­to­wało tych, któ­rzy gło­śno doma­gali się Jego śmierci. Ku mojej wiel­kiej dumie Książę wybrało pro­jekt zgło­szony przeze mnie. Cztery V bie­gnące pio­nowo wzdłuż ramie­nia tak, że jeśli poli­czyć prze­rwy mię­dzy nimi, razem było ich sie­dem. Ten znak łatwo dodać za pomocą farby, taśmy albo tuszu, zosta­wia na górze miej­sce na dys­tynk­cje i można go połą­czyć z dowol­nym mun­du­rem (o ile Pasieki na to pozwolą, co na razie nie jest pewne). Poda­li­śmy to do wia­do­mo­ści publicz­nej w porze obia­do­wej i już po godzi­nie otrzy­ma­li­śmy odpo­wiedź. Na całym świe­cie poja­wiły się setki Lalek Sni­pera, noszące na ręka­wach tar­cze strzel­ni­cze z krzy­żem nitek w tym samym miej­scu, w któ­rym umie­ści­li­śmy nasze V. Nie spo­dzie­wa­łom się, że poczuję tak potężną ulgę. Teraz, gdy widzę tar­czę strzel­ni­czą noszoną tylko na piersi, już się nie boję. Czuję się szczę­śliwe na myśl, jak wysoko cenimy wol­ność sumie­nia. Wszy­scy poczuli się lepiej. Dostrze­gam to w uśmie­chach w biu­rze Papy. Kilku sie­dzą­cych za biur­kami poli­cjan­tów zaczęło nawet nosić na pier­siach tar­cze strzel­ni­cze. Chcieli to robić już od dłuż­szego czasu, ale bali się, gdyż zwo­len­ni­ków Ockhama można było pomy­lić z bojow­ni­kami Sni­pera.

Nagrody za "naj­wię­cej ura­to­wa­nych ist­nień" i "naj­bar­dziej odra­ża­jącą odpo­wiedź" przy­pa­dają Tul­liu­sowi Mar­diemu, za ten sam obrzy­dliwy tekst opu­bli­ko­wany dziś razem z innymi odpo­wie­dziami - "Prak­tyczny prze­wod­nik inter­no­wa­nia i trak­to­wa­nia jeń­ców wojen­nych". Treść odpo­wiada tytu­łowi. To pod­ręcz­nik trak­to­wa­nia wro­gów, zawie­ra­jący roz­działy poświę­cone aresz­to­wa­niom, kwe­stiom wła­sno­ści, higie­nie, morale, pla­nom obo­zów, dozwo­lo­nym rodza­jom aktyw­no­ści, szko­łom, porów­na­niu zalet getta i obozu jeniec­kiego na pełną skalę. Zamiesz­czono w nim mnó­stwo fak­tów i dia­gra­mów, listę rado­snych wska­zó­wek, a także przy­kłady oparte na bada­niach psy­cho­lo­gicz­nych oraz histo­rii wojen świa­to­wych. Tul­lius musiało poświę­cić na to wiele lat. Chcia­ło­bym powie­dzieć, że to wytwór cho­rego umy­słu, ale więk­szość tre­ści sta­no­wią wska­zówki typu "Zrób­cie X, żeby unik­nąć skut­ków nie­do­ży­wie­nia" albo "Zrób­cie Y, żeby wasi straż­nicy nie zmie­nili się w nad­uży­wa­ją­cych wła­dzy sady­stów". Nie­na­wi­dzę tego z całego serca, ale taki tekst jest nie­zbędny. Syd­ney może go potrze­bo­wać już w tym tygo­dniu. Myślę o ośmiu pro­cen­tach miesz­kań­ców Buenos Aires, któ­rzy nie są Huma­ni­stami, o mniej­szo­ściach w Nagoi, Taj­pej albo Dubaju, o prze­ra­żo­nych Bril­li­stach w dubliń­skim Tri­nity Col­lege i o odważ­nych oso­bach, które noszą tar­cze strzel­ni­cze w cie­niu wła­dzy MASONA. Jeśli ci w Ame­ryce, któ­rzy odważą się pomóc Mar­ti­nowi, poniosą porażkę, wola­ło­bym, żeby ich zamknięto w obo­zie, niż zastrze­lono. Zakła­da­jąc, że będą huma­ni­tar­nie trak­to­wani. Dla­tego myślę, że powin­ni­śmy być wdzięczni Tul­liu­sowi Mar­diemu. Tekst zawiera też długi roz­dział poświę­cony "alter­na­tyw­nym spo­so­bom trak­to­wa­nia prze­ciw­ni­ków", opi­su­jący, jak sobie pora­dzić z wrogo nasta­wioną mniej­szo­ścią bez ucie­ka­nia się do trzy­ma­nia jej w zamknię­ciu. Roz­dział o prze­słu­cha­niach mówi o trak­to­waniu z sza­cun­kiem i tłu­ma­czy, dla­czego tor­tury to bar­dzo nie­do­bry pomysł dla obu stron. Tul­lius cytuje Bec­ca­rię, Vol­ta­ire'a, przed­śmiertne notatki Mer­cer Mardi, a także Ano­nima.

Naj­wię­cej napię­cia budził fakt, że wciąż nie nad­cho­dziła odpo­wiedź z Alek­san­drii. Car­men zapew­niało, że MASON się zgo­dzi, ale gdy nad Ame­ryką zapa­dała już noc, nie­po­kój przy­po­mniał mi, z jak wiel­kim upo­rem Impe­rium utrzy­muje, że jest star­sze niż Pasieki, Sojusz albo trium­wi­rat, i nie dba o żąda­nia tych nowo­mod­nych, ulot­nych two­rów. Nie­po­ko­iłom się myślą, że MASON nie będzie mogło sobie pozwo­lić na wywo­ła­nie wra­że­nia, że nam ustą­piło. Gdy jed­nak wra­ca­łom do domu wcze­snym ran­kiem, ujrza­łom na uli­cach Maso­nów z lewymi ręka­wami zabar­wio­nymi na czarno. Wła­dza nad życiem i śmier­cią, będąca pre­ro­ga­tywą MASONA, roz­sze­rzyła się na tysiące rąk. Żaden inny komu­ni­kat nie mógłby być rów­nie oczy­wi­sty.

Udało się nam. Mit­su­bi­shiań­ska flota spo­koj­nie cze­kała w por­cie Syd­ney, a kolory świata się zmie­niły. Bar­dzo przy­po­mi­nało to symu­la­cję Apolla, Mycroft kil­ka­krot­nie wyświe­tlało mi ją na soczew­kach. Mun­dury wyglą­dają ina­czej, ale napię­cie jest iden­tyczne. To inny czas, zanadto sku­piony, pełen nie­na­zwa­nej ener­gii, która przy­śpie­sza mój puls niczym pierw­sze uką­sze­nie jesieni, jakby całe poprzed­nie życie było jedy­nie leni­wym week­en­dem.

A nasi Myr­mi­doni? Moje nie­liczne wolne chwile skrzy­żo­wały się z wol­nymi chwi­lami Achil­lesa dopiero póź­nym popo­łu­dniem, wysła­łom mu jed­nak krótką listę gróźb Bryar i moich ustępstw. Choć prze­by­wało w peł­nej wie­żow­ców Alek­san­drii, Achil­les, gdy mi odpo­wie­działo, zna­la­zło spo­sób na to, by być na dwo­rze, gdzie morze i słońce przy­wró­ciły mu czy­stość.

"Kogo zdra­dzi­cie tym razem? Bryar i Su-Hyeona? Czy mnie?"

Jego słowa nie były bru­talne, a po pro­stu szczere. Jego greka o śpiew­nej wymo­wie nio­sła mi radość niby odwilż. Uśmiech­nę­łom się na widok jego lewego rękawa, świeżo ufar­bo­wa­nego na czarno, a także na widok innych Myr­mi­do­nów, ćwi­czą­cych musz­trę za jego ple­cami. Wszy­scy mieli czarne rękawy, sym­bol tego, że są dele­ga­tami Śmierci, bar­dziej oczy­wi­sty niż kosa. Życze­nie Bryar się speł­niło, a cezar zyskało cen­nego sojusz­nika. Uśmiech­nę­łom się. Główną przy­czyną tego uśmie­chu było jed­nak spo­kojne wyba­cze­nie widoczne w oczach Achil­lesa, prze­zna­czone spe­cjal­nie dla mnie. Nie, nie dla mnie. To był poże­gnalny dar dla Mycro­fta, które chcia­łoby, bym je otrzy­mało, bła­gało o nie dla mnie, gdy­bym je o to popro­siło.

- Jestem gotowe zdra­dzić wszyst­kich oprócz Księ­cia - odpo­wie­dzia­łom jak Mycroft.

Rozdział piąty. Operacja "Baskerville"

Roz­dział piąty

OPE­RA­CJA "BASKE­RVILLE"

Napi­sane 26 wrze­śnia roku 2454 Wyda­rze­nia dzie­jące się w tej chwili Roma­nova, odle­głe zakątki Ziemi

Tę nazwę wybrało Su-Hyeon. To miało być coś w rodzaju żartu, ale oka­zało się zbyt celne, by jaka­kol­wiek inna nazwa mogła się przy­jąć.

Zaczęło się pod­czas koro­na­cji. To była pierw­sza chwila spo­koju od wybu­chu wojny. Wszy­scy zgro­ma­dzili się, by zoba­czyć bruk­sel­ski blichtr, więc wresz­cie prze­sta­li­śmy otrzy­my­wać wia­do­mo­ści. Na wszyst­kich fron­tach zapa­no­wała cisza. Nawet zapro­wa­dzi­łom Su-Hyeona do łóżka. Ja też powin­nom się prze­spać, ale nie mogłom pozwo­lić, by mnie to omi­nęło. Isa­bel Car­los I, cesarz Europy. Nowe cesar­stwo. To nie wyda­rzyło się od roku 800, chyba żeby liczyć Napo­le­ona, a jego z pew­no­ścią rów­nież chcia­ło­bym zoba­czyć.

Pokój się utrzy­my­wał, aż zja­wili się wszy­scy dygni­ta­rze - czy raczej ich zastępcy. Naj­wyżsi rangą pechowcy, któ­rych przy­pa­dek uwię­ził w Bruk­seli, zastą­pili pre­zy­den­tów, kró­lowe i mini­strów grup naro­do­wych oraz osła­bio­nych kon­flik­tem Pasiek. Bruk­selę wypeł­niły orkie­stry oraz rado­sne twa­rze. Nie potra­fi­łom uwie­rzyć, że w naszym wycień­czo­nym świe­cie prze­trwało tak wiele rado­snej ener­gii. Znacz­niki czasu potwier­dzają, że raporty zaczęły napły­wać od momentu roz­po­czę­cia parady, ale nie­stru­dzeni pra­cow­nicy sie­dzący za naszymi biur­kami od trzech tygo­dni ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów reago­wali powoli, kiedy się oka­zało, że prze­rwa trwała tak krótko. Naj­pierw zwró­cili się do mnie, w tej samej chwili, w któ­rej moje soczewki zro­biły zbli­że­nie na karetę wio­zącą koronę. Była nowa - trudne zada­nie dla jakie­goś śmia­łego jubi­lera, ząbki z fase­to­wa­nego złota, cien­kie jak ostrza noży sło­neczne pło­mie­nie róży wia­trów, i dwa­na­ście wiel­kich sza­fi­rów, koloru pra­wie takiego samego jak flaga Europy. Pyta­nie było bole­sne, ale nie­po­ko­jący bieg wyda­rzeń je uspra­wiedliwiał.

- [Ano­ni­mie], czy powin­ni­śmy obu­dzić Su-Hyeona?

Z pew­no­ścią wła­śnie ja byłom osobą, którą powinno się o to zapy­tać.

W wyciągu, który do mnie dotarł, znaj­do­wały się cztery raporty. Nim skoń­czy­łom je prze­glą­dać, otrzy­ma­łom dwa kolejne. Prze­ra­żone elek­tryk w regio­nie ałtaj­skim (labi­ryn­cie gór i rzek w miej­scu, gdzie Sybe­ria styka się z pusty­niami leżą­cymi na połu­dniu) infor­mo­wał, że widział "mon­stru­alne wilki" w oko­licy miej­sco­wego cen­trum prze­kaź­ni­ko­wego. Na dołą­czo­nych obra­zach można było zoba­czyć gra­na­towe i ciem­no­szare syl­wetki, pokryte futrem i czymś, co wyglą­dało na drut kol­cza­sty. Po kilku minu­tach sta­cja prze­kaź­ni­kowa w Shan­gombo (na połu­dnio­wej gra­nicy Wiel­kiego Rezer­watu Afry­kań­skiego) przy­słała z prze­ra­że­niem obrazy cze­goś, co roz­po­zna­łom jako prze­sad­nie duże, ale nie­szko­dliwe obli­cze akso­lo­tla (o dłu­go­ści mie­rzo­nej w metrach, a nie w cen­ty­me­trach), zaglą­da­ją­cego do środka przez świe­tlik. Z Itto­qqor­to­or­miit na Gren­lan­dii napły­nęły wia­do­mo­ści o mor­skich potwo­rach, a kilka minut póź­niej przy­słano stam­tąd zdję­cie wiel­kiej jak czołg ryby trzo­no­płe­twej o szczę­kach tward­szych niż stal, zbli­ża­ją­cej się do maga­zynu. Notatka z Cam­bridge Bay (na kana­dyj­skiej pół­nocy) prze­ro­dziła stary żart w rze­czy­wi­stość. "Tu są smoki". Wes­tchnę­łom, myśląc, że strach zmie­nia zwy­kłe u-bestie w potwory, ale nagle ryba zaata­ko­wała maga­zyn i wtar­gnęła do pomiesz­cze­nia ze sprzę­tem. Następne wia­do­mo­ści wyglą­dały podob­nie: San Juan Buena­ven­tura (region Mek­syku tak odle­gły, że prze­trwały tam języki uto-aztec­kie), Ruoqiu­ang (na rów­ni­nach poło­żo­nych na pół­noc od Tybetu), Falias i Fin­dias (sztuczne wyspy na Oce­anie Ark­tycz­nym), Alice Springs (zadrża­łom na myśl, ile kilo­me­trów głu­szy peł­nej jado­wi­tych austra­lij­skich form życia dzieli to mia­sto od pomocy), Cre­sted Butte w sta­nie Kolo­rado (w West Elk Moun­ta­ins, jed­nej z nie­zli­czo­nych ska­li­stych oko­lic Ame­ryki), Tri­stan da Cunha (wyspa na połu­dnio­wym Atlan­tyku), z któ­rej przy­słano nam tylko jedno słowo: Rá?svi?r. Prze­ra­ża­jące imię jedy­nej w dzie­jach SI win­nej mor­derstw (czy może powin­ni­śmy teraz mówić "pierw­szej"?). Kaza­łom im obu­dzić Su-Hyeona.

Kiedy cen­zor szu­kało butów, mnie przy­pa­dło w udziale zor­ga­ni­zo­wa­nie jakiejś odpo­wie­dzi - zapewne dla­tego, że wykoń­czeni do cna gli­nia­rze zza biu­rek nie czuli się gotowi przy­no­sić światu tak roz­pacz­li­wych wia­do­mo­ści. Zewsząd dobie­gały bła­ga­nia o pomoc, ale wszy­scy ci wie­śniacy byli nie tylko odle­gli, lecz rów­nież nie­osią­galni. Prze­by­wali w miej­scach, któ­rych nawet naj­bar­dziej sza­lony tury­sta nie chciałby odwie­dzić bez wie­lo­ty­go­dnio­wych przy­go­to­wań i wyszko­lo­nej ekipy. Jeśli do tych miejsc kie­dy­kol­wiek pro­wa­dziły drogi, to stu­le­cia, jakie upły­nęły od nadej­ścia Mukty, dawno już zago­iły wszyst­kie rany na powierzchni Ziemi. Nie mogłom powie­dzieć tym ludziom, ile czasu upły­nie, nim nadej­dzie pomoc. Nie potra­fi­łom sobie nawet wyobra­zić, jak można by ją zor­ga­ni­zo­wać. Nim zja­wiło się Su-Hyeon, nade­szły jesz­cze gor­sze wia­do­mo­ści. Nie były to jed­nak wia­do­mo­ści, jakich się oba­wia­łom.

To nie były pokryte krwią smoki zie­jące ogniem na tłumy. Ani płasz­cze włą­cza­jące się do walki, delij­skie słońca i debiut nowych świe­tli­stych bla­ste­rów, takich jak ten, który nosi­łom ukryty w kabu­rze pod pachą. To nie była Zie­mia kon­tra Troja. To było mil­cze­nie. Z kolej­nych miejsc napły­wały wia­do­mo­ści - kilka zdań, film nakrę­cony na loka­li­za­to­rze - a potem nagle cisza. Nie tylko od infor­ma­tora, ale z całego mia­steczka. Żad­nych danych. Żad­nych sygna­łów z loka­li­za­to­rów. Cisza. Cał­ko­wita i nie­prze­nik­niona. Małe azyle dla tych, któ­rzy wolą otwarte niebo nad głową od uro­ków miej­skiego życia, zni­kały jeden po dru­gim. W moim umy­śle zabrzmiały słowa "gro­bowa cisza". Ogar­nęła mnie groza na myśl o nie­ziem­skich mac­kach, jakie dotarły do tych maleń­kich pla­có­wek i wcią­gnęły je z powro­tem w pier­wotną ciszę natury, która nie zamie­rzała już dłu­żej tole­ro­wać ludz­kich nad­użyć. Pod­ry­wa­łom się ner­wowo na wszyst­kie ciche hałasy dobie­ga­jące z kątów pomiesz­cze­nia.

- Prze­rwa w dopły­wie danych? Bierzmy się do roboty.

Su-Hyeon prze­gnało para­no­idalne podej­rze­nia dzia­ła­niem i cie­pło uści­snęło mój bark. Połą­czy­li­śmy się z lokal­nymi tech­ni­kami, któ­rzy udzie­lali nie­ja­snych odpo­wie­dzi na temat przy­czyn nagłej ciszy i obie­cy­wali, że spró­bują coś w tej spra­wie zro­bić. Spraw­dzi­li­śmy sate­lity i otrzy­ma­li­śmy tro­chę obra­zów pustych ulic. Tu i ówdzie było widać grzbiet albo skrzy­dło jakiejś olbrzy­miej, poru­sza­ją­cej się bestii. A może to były cie­nie? Su-Hyeon pośpiesz­nie two­rzyło model, mówiący, jakiego rodzaju osady są celem ata­ków, i prze­wi­działo następne praw­do­po­dobne cele. Oka­zało się, że połowa z nich już mil­czy. Sate­lity ponow­nie poka­zały puste ulice, ale pra­wie wszyst­kie szlaki na Ziemi były wtedy puste. Wszy­scy przy­kle­ili się do ekra­nów albo oglą­dali koro­na­cję przez loka­li­za­tory, sie­dząc na wygod­nych krze­słach. W tej wła­śnie chwili odważne Isa­bel Car­los szło przez kom­natę, w któ­rej odby­wała się cere­mo­nia - nie kro­cząc dum­nie jak szczę­śliwe zdo­bywca, lecz ostroż­nie i z sza­cun­kiem, zbli­ża­jąc się do ocze­ku­ją­cej korony jak piel­grzym zmie­rza­jące ku miej­scu, gdzie żyło bądź umarło któ­reś z histo­rycz­nych boha­te­rów. Nie mogłom patrzeć dłu­żej, mia­łom zbyt wiele roboty. Nie mie­li­śmy agen­tów w tak maleń­kich osa­dach, ale kaza­li­śmy naszym ludziom połą­czyć się z tyloma mia­stecz­kami, z iloma tylko mogli. Pamię­tam, że w ich sło­wach za każ­dym razem brzmiało coraz wię­cej pre­cy­zji i prze­ko­na­nia.

Pierw­sza roz­mowa: Halo, mówi Roma­nova. Poli­cja Soju­szu, z pil­nym ostrze­że­niem od biura cen­zora i trium­wi­ratu. Zgod­nie z naszymi prze­wi­dy­wa­niami wasze mia­steczko może w każ­dej chwili zostać zaata­ko­wane przez nie­znane siły, w tym mon­stru­alne stwo­rze­nia, zapewne u-bestie... tak, praw­do­po­dob­nie uto­piań­skie... Sądzimy, że naj­pierw spró­bują znisz­czyć wasze sta­cje loka­li­za­to­rów i cen­tra łącz­no­ści...

Trze­cia roz­mowa: Halo, mówi Roma­nova. Poli­cja Soju­szu z pil­nym ostrze­że­niem od biura cen­zora i trium­wi­ratu. Wasze mia­steczko może zostać zaata­ko­wane przez siły, w któ­rych skład wcho­dzą wiel­kie, agre­sywne u-bestie...

Dzie­siąta roz­mowa: Ostrze­że­nie poli­cji trium­wi­ratu. Zaata­kują was uto­piań­skie potwory.

- Dla­czego są widzialne? - zapy­ta­łom wszyst­kich, Su-Hyeona i sie­bie, gdy pro­ce­sor sate­lity zmie­nił zama­zaną plamę dłu­go­ści trzech metrów w giętką masę tej samej dłu­go­ści, wypo­sa­żoną w przy­po­mi­na­jące kolce nogi skie­ro­wane we wszyst­kie strony. Stwo­rze­nie wyglą­dało jak kwiat dmu­chawca prze­obra­żony w dłu­giego robaka. - Nie muszą być widzialne.

Pamię­tam litość na twa­rzy Su-Hyeona, jakby nie chciało mnie zra­nić, mówiąc źle o czymś tak cen­nym.

- Strach - odpo­wie­działo cicho. - Cho­dzi im o strach. Nie pozwa­lają nam widzieć ludzi, Uto­pian, któ­rzy towa­rzy­szą u-bestiom. Ani miłych, sym­pa­tycz­nych stwo­rzeń. Chcą, żeby ludzie widzieli potwory. Żeby ucie­kali, mdleli, wpa­dali w panikę. A przede wszyst­kim się pod­da­wali. Jeste­śmy przy­go­to­wani na żoł­nie­rzy, nie na pie­kielne ogary. - Spoj­rzało z wes­tchnie­niem na biurko Papa­de­liasa, za któ­rym sie­działo teraz porucz­nik zbyt lojalne, by wyrzu­cić wyczy­taną książkę Arthura Conan Doyle'a. - Ope­ra­cja "Baske­rville".

- Muszę iść do łazienki - oznaj­mi­łom.

Czu­łom wewnętrzny ból, tak silny, że nie potra­fi­łom tego wytłu­ma­czyć, taki, że chce się chwilę posie­dzieć na sede­sie, żeby popła­kać w samot­no­ści. Jed­nakże świa­towe media ode­rwały wresz­cie spoj­rze­nia od cesar­skiego blich­tru Bruk­seli. Loka­li­za­tor prze­ka­zał mi pierw­sze, nie­ja­sne ostrze­że­nia z listy zagro­żeń Kuzy­nów oraz nagłówki w tablo­ido­wym stylu, infor­mu­jące o ata­kach potwo­rów. Uświa­do­mi­li­śmy sobie, że zostały nam tylko minuty, nim cała Zie­mia poczuje za ple­cami oddech pie­kiel­nych oga­rów. Uru­cho­mi­łom Hâte Ano­nyme. Ale nie wie­dzia­łom, co powie­dzieć. "Zostań­cie w domach"? Co, jeśli mor­der­cze mega­ko­mary będą posu­wały się naprzód budy­nek po budynku, zosta­wia­jąc za sobą tylko wysu­szone ciała? To były tylko słowa roz­bu­dzo­nej nagle wyobraźni, ale jeśli ogląda się kolejne obrazy przed­sta­wia­jące ostro­dziobe gryfy i upiorne medu­zop­taki, trudno jest powstrzy­mać wyobraź­nię przed uzu­peł­nia­niem zama­za­nych frag­men­tów jesz­cze strasz­liw­szymi. Pra­gnę­łom powie­dzieć: "Wro­giem jest strach. Praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo to panika", ale Helo?se było już na linii i mówiło to samo, z wiel­kim prze­ko­na­niem, wkła­da­jąc całe serce w swój nie­śmiały uśmiech. Moje serce znaj­do­wało się w zupeł­nie innym miej­scu. Dla­czego mnie nie ostrze­żono? To pyta­nie pożarło wszyst­kie inne niczym naj­więk­sza ryba w sta­wie. Jeśli Uto­pia­nie pla­no­wali coś tak wiel­kiego, to czy nie powinni mnie poin­for­mo­wać? Czy nie ufali Majo­rowi? MASO­NOWI? Naszemu Soju­szowi? Czy wszy­scy oni wie­dzieli, ale żadne mi nie zaufało?

Pogrą­żone w tych posęp­nych roz­my­śla­niach ode­bra­łom nagle wia­do­mość z Itto­qqor­to­or­miit, z łodzi rybac­kiej, któ­rej załoga spryt­nie prze­ro­biła sonar i zdo­łała nadać komu­ni­kat o nie­wy­raź­nych cie­niach, które prze­cho­dziły z domu do domu, pozba­wia­jąc wszyst­kich przy­tom­no­ści. Wymy­śli­li­śmy kilka impro­wi­zo­wa­nych spo­so­bów, które pozwo­li­łyby nam odpo­wie­dzieć, ale nie otrzy­ma­li­śmy już dru­giego sygnału. Kuzyni rów­nież pró­bo­wali, podob­nie jak wszyst­kie firmy mające zwią­zek z pro­duk­cją loka­li­za­to­rów, a wkrótce rów­nież rządy Pasiek i przy­pad­kowi ludzie dobrej woli. Tech­nicy odpo­wie­dzialni za loka­li­za­tory byli zbyt zajęci, by mogli nam odpo­wie­dzieć.

- Zapo­mnij­cie o tym - roz­ka­zało Su-Hyeon. - Uru­chom­cie wszyst­kich agen­tów. Wszyst­kie siły, które możemy prze­mie­ścić, muszą dotrzeć do bram uto­piań­skich dziel­nic, zanim zro­bią to tłumy albo lokalne oddziały.

Wszy­scy zaczęli wysy­łać sygnały. Wszy­scy oprócz mnie.

Odcze­ka­łom kilka odde­chów.

- A co nasze siły mają zro­bić, gdy już dotrą na miej­sce?

Skie­ro­wały się na mnie zdu­mione spoj­rze­nia.

- Powstrzy­mać zamieszki oczy­wi­ście - odpo­wie­działo któ­reś z naszych ludzi.

Obrzu­ci­łom je zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- To nie są zamieszki. To pierw­szy atak.

Poczu­łom się jak szczur przy­no­szący zarazę. Wszy­scy gapili się na mnie z prze­ra­że­niem, jakby to przeze mnie do ich świata tra­fiła epi­de­mia. Wszy­scy oprócz Su-Hyeona. Jego twarz wyra­żała spo­kój i przy­go­to­wa­nie, coś w niej mówiło nie tylko, że nie jestem temu winne, ale że wbrew naszym oba­wom to nie jest zapo­wiedź osta­tecz­nej kata­strofy.

- Nasi agenci pomogą nam się zorien­to­wać, kto popiera kogo - wyja­śniło. - Macie rację, to pierw­szy atak. Jeśli zawarto jakieś soju­sze, teraz się o tym prze­ko­namy. Jeśli Uto­pia­nie mają sprzy­mie­rzeń­ców, będą ich bro­nili, a przy­naj­mniej nie będzie ich wśród sił, które roz­poczną szturm. Jeśli inni sprzy­mie­rzyli się ze sobą, będą wspól­nie ata­ko­wać bramy Uto­pian. Wła­dze miast rów­nież podejmą pewne kroki, zależ­nie od tego, czy wie­działy o tej ope­ra­cji, czy nie. Dzi­siaj wresz­cie stwo­rzymy mapę...

Nagle zabrzmiał alarm. Łącze sate­li­tarne prze­stało dzia­łać. Potem sześć łącz. Po chwili wszyst­kie odmó­wiły posłu­szeń­stwa. Ekrany na biur­kach i ścia­nach zro­biły się puste. Brak sygnału. Mój loka­li­za­tor zapisz­czał. Brak sygnału. Loka­li­za­tor Su-Hyeona rów­nież. Brak sygnału. Dzie­sięć miliar­dów loka­li­za­to­rów od Rey­kja­viku aż po Espe­ranza City wydało taki sam dźwięk. Brak sygnału. Na całym świe­cie zapa­dła cisza. A może nie? Być może świat mówił dalej, pyta­jąc: "Co się stało w Roma­no­vie?". Podob­nie jak my przed­tem pyta­li­śmy: "Co się stało w Alice Springs?" albo "Co się stało w Shan­gombo?". Tak czy ina­czej, nie mie­li­śmy już ekra­nów. Zostały nam tylko okna. Wła­śnie prze­bie­gło za nimi trzech Maso­nów z czar­nymi ręka­wami. Nikt się nie odzy­wał. Usie­dli­śmy zre­zy­gno­wani, ogar­nęło nas roz­le­ni­wie­nie zwią­zane ze świa­do­mo­ścią porażki. Sły­sza­łom płacz, ale nie odwró­ci­łom się, by spraw­dzić kto to. To za bar­dzo przy­po­mi­na­łoby pracę. Wtem, w nie­mal cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, moje oczy dostrze­gły jedyny wyją­tek: Su-Hyeona. Stało wpa­trzone w plan Roma­novy widoczny na ekra­nie przed nim. Prze­su­wał się po nim stru­mień lokal­nych danych. Szczęka cen­zora opa­dła nieco, a mię­śnie się napięły. Nie znie­ru­cho­miało jak posąg, widzia­łom leciut­kie drże­nia, ruchy łok­cia, pal­ców, policzka, gra­ni­czące ze spa­zmami. Uświa­do­mi­łom sobie jed­nak, że to nie są spa­zmy, tylko mate­ma­tyka. Obli­cze­nia, galo­pu­jący parok­syzm nowych pla­nów. Nagle pod­bie­gło do kon­soli i włą­czyło ekran na ścia­nie. Instruk­cje Su-Hyeona popły­nęły po nim. Tekst był szyb­szy niż mowa.

Cor­ker: Zbierz­cie ekipę i zba­daj­cie sprawę loka­li­za­to­rów. Alter­na­tywne roz­wią­za­nie, rese­to­wa­nie, obej­ścia.

Kar­tal: Opra­cuj­cie pro­sty, tym­cza­sowy sys­tem sygna­łów: flary/świa­tła, radio, sema­fory, itd.

Jeong: Weź­cie 4 ludzi i wejdź­cie na naj­wy­żej poło­żony dach na Kapi­tolu. Zwiad, potem raport.

Bardakçi: Ustaw­cie bary­kady, poste­runki przy wszyst­kich wej­ściach na Forum.

Dra­go­vić: Sprawdź­cie spis pra­cow­ni­ków Kam­pusu, by zna­leźć osoby zna­jące się na urzą­dze­niach komu­ni­ka­cyj­nych.

Mat­su­oka: Odszu­kaj­cie sche­maty, sprawdź­cie moż­li­wość stwo­rze­nia komu­ni­ka­cji prze­wo­do­wej.

Bidy­adhara: Wyślij­cie ekipy na waż­niej­sze skrzy­żo­wa­nia, żeby były widoczne i odpo­wia­dały na pyta­nia miesz­kań­ców.

Tin­ker: Znajdź­cie gło­śniki i wyślij­cie na główne ulice funk­cjo­na­riu­szy nawo­łu­ją­cych do zacho­wa­nia spo­koju.

Gwon: Weź­cie 4 ludzi, sprawdź­cie mosty/bramy pro­wa­dzące na Trans­ti­ber/do u-dziel­nicy, złóż­cie raport.

Lin: Skon­tak­tuj­cie się z zarzą­dem portu/sprawdź­cie na miej­scu, w jakim sta­nie jest sys­tem ostrze­ga­jący przed sztor­mami.

Słowa pły­nęły bły­ska­wicz­nym stru­mie­niem. Wszy­scy wokół mnie pode­rwali się do dzia­ła­nia. Ponie­waż odle­głość znowu stała się barierą, na ekrany przy­wo­łano dane z twar­dych dys­ków. Wszystko to dziw­nie przy­po­mi­nało film pusz­czony w zwol­nio­nym tem­pie. Moje myśli na­dal poru­szały się ospale. W przy­bli­że­niu jeden oddech po wyda­niu każ­dego roz­kazu, coś we mnie myślało: "Och, świetny pomysł...". Mimo to nie mogłom się ruszyć z miej­sca. Czy raczej nie przy­cho­dziło mi na myśl, że mogło­bym się ruszyć albo zro­bić cokol­wiek, co wpły­nę­łoby na mija­jący mnie nie­śpiesz­nie stru­mień. Ock­nę­łom się dopiero, gdy usły­sza­łom wła­sne nazwi­sko.

[Ano­ni­mie], czy nie chcie­li­ście iść do łazienki?

Pod­nio­słom się odru­chowo, odwró­ci­łom i ruszy­łom w drogę, ale minę­łom łazienkę i dopiero gdy zna­la­złom się na scho­dach, uświa­do­mi­łom sobie, dokąd wła­ści­wie muszę pójść. Na dach. Dobre, ostrożne Su-Hyeon wysła­łoby ze mną straż­ni­ków, gdy­bym powie­działo, że chcę się przejść, ale na dachu znajdę wolne powie­trze i samot­ność. Błę­kitne niebo, chmury prze­sła­nia­jące słońce i szyb­kie, śmier­tel­nie groźne auto­loty. Pode­szłom do naj­bar­dziej odda­lo­nej kra­wę­dzi i wychy­li­łom się tak daleko, jak tylko pozwa­lała mi barierka. Już po kilku sekun­dach zza rogu wyszło pię­ciu Myr­mi­do­nów; zmie­rzali w moją stronę. Wszy­scy mieli czarne rękawy i wia­ry­godny pre­tekst pod posta­cią dwóch taczek wypeł­nio­nych wor­kami z pia­skiem. Gdy zatrzy­mali się tuż za rogiem, poma­cha­łom do nich jesz­cze gwał­tow­niej. Nara­dzili się. Ich język ciała zdra­dzał wpraw­nemu oku, które z nich jest sier­żan­tem. Ono wła­śnie podra­pało się po uchu, co jest jedną z naszych sub­tel­nych form odda­wa­nia hono­rów. Odwza­jem­ni­łom ten gest. Gdy sobie poszli, poli­czy­łom do dwu­dzie­stu, by się upew­nić.

- Hux­ley? - wysy­cza­łom do pustki.

- Jestem tu.

- Chcę widzieć waszą twarz. - Po chwili otwo­rzyła się przy­po­mi­na­jąca ranę szcze­lina, wąskie, pio­nowe cię­cie. Roz­chy­lony płaszcz odsło­nił sze­roki na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów obszar koszuli, rękę na tem­blaku, czarne jak noc włosy i woalkę.

- Dla­czego?

Nie byłom pewne, o co wła­ści­wie pyta­łom. "Dla­czego to robi­cie?". "Dla­czego mi nie powie­dzie­li­ście?".

- To nie my.

W pierw­szej chwili wez­brała we mnie radość (choć przy­znaję to z wielką nie­chę­cią), cia­sna samo­lubna radość z tego, że jed­nak mi ufają. Potem nade­szło prze­ra­że­nie.

- Loka­li­za­tory, u-bestie...

- To nie są u-bestie.

Zapi­sane w pamięci slajdy prze­su­wały się przed moimi oczami z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego. Wilki gra­na­to­wej, meta­licz­nej barwy, olbrzymi akso­lotl, przy­po­mi­na­jąca czołg ryba trzo­no­płe­twa, żadne z tych stwo­rzeń nie było podobne do niczego, co widzia­łom w u-dziel­ni­cach czy u boku jakie­goś Uto­pia­nina. Co wię­cej, ostrożna Uto­pia ni­gdy nie odtwo­rzy­łaby - nie mogłaby odtwo­rzyć - cze­goś, co nawet prze­ra­żeni, uwię­zieni w pułapce miesz­kańcy Tri­stan da Cunha mogliby nazwać Rá?svi?rem.

- Fał­szywe u-bestie... ktoś chce was wro­bić!

Hux­ley Mojave nie musiało kiwać głową.

- Kłam­stwa w woj­nie mają rów­nie długą tra­dy­cję jak kije i kamie­nie.

Do mojej pamięci powró­cił kryp­to­nim użyty przez Su-Hyeona, sprytny i świet­nie prze­my­ślany. Ide­alny.

- To, jak poma­lo­wać zwy­kłego psa fos­fo­rem, żeby wyglą­dał jak magiczny potwór. Ope­ra­cja "Baske­rville".

Oddech Hux­leya prze­szedł w łagodny śmiech.

- Kto to robi? - zapy­ta­łom.

- Nie wiemy.

- Perry-Kraye?

- Nie wiemy. Zapewne ta sama siła, która kon­tro­luje auto­loty.

- Auto­loty?

- Zablo­ko­wa­nie ich na skalę całej pla­nety wymaga nie­wia­ry­god­nie wiel­kiej mocy. Sieci ener­ge­tyczne tysiąca miast nie wystar­czy­łyby, żeby tego doko­nać, ale setki milio­nów sil­ni­ków na anty­ma­te­rię z pew­no­ścią tak.

Ski­nę­łom głową z oszo­ło­mioną miną.

- Czy zaata­kują nas tutaj? Te potwory? - Rozej­rza­łom się po Forum.

Gdy spoj­rza­łom na pół­nocny zachód, na drugą stronę doliny, zauwa­ży­łom lek­kie migo­ta­nie, jak od upału, prze­su­wa­jące się wzdłuż szczytu Eskwi­linu i Wimi­nału. Panika pod­po­wia­dała mi, że to pożar, potwory albo jedno i dru­gie.

- Nie. Gdyby fatalna moc prze­bu­dziła się tutaj, nasi straż­nicy uży­liby już ognia bagien albo wró­żek.

Potrze­bo­wa­łom chwili, by ogar­nąć te słowa.

- W takim razie co tak migo­cze?

- Roma­nova.

Mój mil­czący loka­li­za­tor na­dal mógł zro­bić zbli­że­nie. Rze­czy­wi­ście to były powie­wa­jące na wie­trze flagi, płachty gęste jak stado pta­ków. Cią­gnęły się nie­prze­rwaną linią, jakby roz­wie­szono je na dachach wszyst­kich budyn­ków na Wimi­nale. Spoj­rza­łom w lewo i tam, na szczy­cie Kwi­ry­nału, rów­nież cią­gnął się ich nie­prze­rwany pas. Mit­su­bi­shiań­ska biel i szkar­łat z nie­wiel­kimi plam­kami zie­leni, tu i ówdzie prze­ry­wane jasnym lazu­rem Kuzy­nów albo jaskra­wymi pier­ście­niami Huma­ni­stów. Prze­su­ną­łem wzrok w dół. Ku bli­żej poło­żo­nym sto­kom i doli­nie Forum. Tam flagi były bar­dziej uroz­ma­icone. Czer­wień i złoto Bril­li­stów, sza­rość i pur­pura Maso­nów, kolory Pasiek mie­szały się z nie­zmie­rzoną tęczą licz­nych grup naro­do­wych Europy. Morze flag. Tym wła­śnie - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Su-Hyeona - stała się cała Roma­nova, najbar­dziej róż­no­rodne i naj­cen­niej­sze z miast Mei, nasza kru­cha, poło­żona na wyspie sto­lica wznie­siona na sied­miu wzgó­rzach. Wszystko to było w ruchu. Na naj­bliż­szych dachach Eskwi­linu dostrze­głom dru­żyny spo­glą­da­ją­cych w dół Maso­nów. Wszy­scy mieli czarne rękawy, a w rękach trzy­mali... moje serce opu­ściło jedno ude­rze­nie... Praw­dziwe kara­biny? Jesz­cze bli­żej, na szczy­cie Wimi­nału, zoba­czy­łom mit­su­bi­shiań­skich żoł­nie­rzy w ich pięk­nych, ciem­no­zie­lo­nych kurt­kach. Było ich wielu i zmie­rzali w naszą stronę. Odwró­ci­łom się na zachód, Ale Kapi­tol zasła­niał mi widok na rzekę i na barwne uto­piań­skie wie­żowce na poło­żo­nym za nią Jani­ku­lum.

Spoj­rza­łom na Hux­leya.

- Musi­cie udo­wod­nić, że to nie wy! Wszy­scy będą was winić, za ataki i za loka­li­za­tory. Wszy­scy uznają, że zaata­ko­wa­li­ście pierwsi!

- Bo zaata­ko­wa­li­śmy - odpo­wie­działo szep­tem cichym jak głos ducha.

Prze­łknę­łom "ale", które mia­łom już na ustach. Nie mogłom zaprze­czyć jego sło­wom. Nawet jeśli nie liczyć tego, co zro­biło Apollo trzy­na­ście lat temu, Uto­pia zabrała zwia­stuny. Pod­czas rozejmu olim­pij­skiego. Ale to jesz­cze nie zna­czyło, że to, co dzieje się teraz, jest spra­wie­dliwe. Mia­łom ochotę coś kop­nąć: Madame, Apolla, Perry'ego, Homera, Troję. Nie powinno się oskar­żać Uto­pian. Nie o coś, czego nie zro­bili. Nadzieja lepiła się do mnie niczym paję­czyna.

- Z pew­no­ścią macie jakieś odrębne środki komu­ni­ka­cji, tak samo jak wasze auto­loty.

- Mamy.

- Pozwól­cie mi z nich sko­rzy­stać. Może jesz­cze uda mi się prze­ko­nać ludzi.

- Je rów­nież uci­szono.

Otwo­rzy­łom usta, ale nic nie powie­dzia­łom. Nawet Uto­pię uci­szono? Poczu­łom się tak, jakby magia i gwiezdny pył znik­nęły nagle w mrocz­nej otchłani. Nie­znani wro­go­wie byli prze­ra­ża­jąco skru­pu­latni. Prze­ra­ża­jąco zwłasz­cza dla mnie. W moim umy­śle poja­wiła się twarz Viviena, uosa­bia­jąca myśl, że udo­wod­nie­nie nie­win­no­ści Uto­pii byłoby nie tylko strasz­li­wie trudne, lecz rów­nież cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczne. Gdzie są teraz wasze prze­chwałki, Ano­ni­mie? - oskar­ży­łom samo sie­bie. Cóż może zdzia­łać pióro, przez dzie­więć poko­leń wychwa­lane jako potęż­niej­sze od wszel­kich mie­czy, wobec nie­skoń­czo­nego mil­cze­nia świata? Strach i wyobraź­nia pod­po­wia­dały mi, co się obec­nie wyda­rzy. Ludzie nio­sący te przy­wo­łane gnie­wem flagi poma­sze­rują na Forum i zastrzelą tego nic nie­zna­czą­cego usłu­gowca. To będzie koniec naszej bez­i­mien­nej dyna­stii. O roz­pacz było łatwo. Mogłaby zawład­nąć mną cał­ko­wi­cie, gdy­bym stało na jakimś innym dachu, to jed­nak była Roma­nova. Tu nasze łuki trium­falne były echem daw­nych trium­fów, które połą­czyły Anglię z Egip­tem, mając do dys­po­zy­cji wyłącz­nie trakty i konie. Nasza skrwa­wiona Rostra jest echem star­szej krwi. Cycero to zro­biło. Posłu­gu­jąc się tylko gło­sem i kru­chym papi­ru­sem, zanio­sło ogień prawdy tak daleko, jak tylko mógł tego doko­nać język. Podob­nie Vol­ta­ire - nasze pro­to­typ, Zerowy Ano­nim - dzięki papie­rowi ze szmat i ręcz­nej pra­sie dru­kar­skiej. Nie potrze­bo­wało sieci loka­li­za­to­rów, by zmie­nić opi­nię całego świata.

- Musi być jakiś spo­sób - wyszep­ta­łom. - Lasery, sygnały dymne, bla­szane puszki zawie­szone na sznur­kach, tajne ścieżki, prze­wody elek­tryczne. Znaj­dziemy roz­wią­za­nie, może nie natych­miast, ale z cza­sem, dzięki pracy i cier­pli­wo­ści.

Hux­ley ski­nęło głową.

- Musimy przy­wró­cić wam połą­cze­nie z Obcym.

Natych­miast poczu­łom wzbie­ra­jący w gar­dle kwas wymio­tów. Książę bez loka­li­za­tora, bez Helo?se, Domi­nica, Mar­tina, bez słów, bez oczu, beze mnie. Samo. Eks­plo­do­wała we mnie furia. Nie­na­wi­dzę Cię! Jak mogłoś być tak okrut­nym Gospo­da­rzem dla takiego Gościa?! (Prze­kli­na­nie wła­snego Stwórcy stało się czymś innym - aktem bar­dziej nie­bez­piecz­nym, lecz zara­zem peł­nym god­no­ści - odkąd mam pew­ność, że owo Stwórca naprawdę ist­nieje).

Moich wło­sów dotknął cie­pły wiatr nio­sący zwie­rzęcą woń. Po chwili poja­wiło się pięć kolej­nych szcze­lin w pustce, zwró­co­nych w stronę Hux­leya. Ci Uto­pia­nie nie stali na dachu, lecz uno­sili się nieco nad nim - jeźdźcy dosia­da­jący nie­wi­docz­nych wierz­chow­ców. Poja­wiły się ręce, które oddały honory, nie­dbale, nie­mal lek­ce­wa­żąco. Jeden albo dwa wycią­gnięte palce dotknęły lekko czół. "Cywilna mili­cja", w rze­czy samej.

- Czy potrze­bu­je­cie eskorty do bar­ba­kanu? - zapy­tało jedno z nich.

Hux­ley odwza­jem­niło saluty, bar­dziej zde­cy­do­wa­nym gestem wyko­na­nym całą, otwartą dło­nią, nie­mal jak praw­dziwe żoł­nierz.

- Hux­ley Mojave. Na misji.

Ta odpo­wiedź zmie­niła postawę pozo­sta­łych i przy­śpie­szyła ich odde­chy, podob­nie jak szczęk klu­cza w zamku dodaje ener­gii cze­ka­ją­cemu więź­niowi.

- Potrze­bu­je­cie dru­żyny? Mamy para­dop­plera, panop­tesa i nie­ugię­tego.

Nie rozu­mia­łom u-języka, ale sama zmiana postawy mówiła bar­dzo wiele. Spo­tka­nie z przy­pad­ko­wym towa­rzy­szem nagle zmie­niło się w roz­mowę z kimś o klu­czo­wym zna­cze­niu, być może zwierzch­ni­kiem, o ile w uto­piań­skiej mili­cji ist­niało coś takiego jak stop­nie.

- Dzię­kuję - odparło Hux­ley. - Potrze­buję, ale do strze­że­nia, nie do obser­wa­cji. Poin­for­muj­cie Jani­ku­lum o mojej misji oraz miej­scu zako­twi­cze­nia i wyślij­cie taką pomoc, jaką będzie­cie mogli zor­ga­ni­zo­wać. To wystar­czy.

- Zro­bimy to. Zostań­cie z życiem.

Po tym poże­gnal­nym bło­go­sła­wień­stwie Uto­pia­nie znik­nęli. Poczu­łom powiew skrzy­deł potęż­nych stwo­rzeń zry­wa­ją­cych się do lotu. Spoj­rza­łom na Hux­leya z zasę­pioną miną.

- Jeste­ście ranni. Straż Cen­zora dba o moje bez­pie­czeń­stwo. Jeśli chce­cie odejść...

- Nie. - Nie sły­sza­łom, by Hux­ley prze­ma­wiało tak twar­dym tonem, od czasu, gdy prze­ka­zało roz­gnie­wa­nym Sied­miu wia­do­mość o nało­że­niu wię­zów pokoju na zwia­stuny. - Musimy przy­wró­cić wam połą­cze­nie z Obcym.

Uśmiech­nę­łom się z wdzięcz­no­ścią.

- Naj­pierw musimy prze­ko­nać trium­wi­rów o waszej nie­win­no­ści. Wiem, że Su-Hyeon mi uwie­rzy. Car­men Guild­bre­aker nie będzie chciało uwie­rzyć, że odrzu­ci­li­ście sojusz z MASO­NEM, a Jin będzie wie­działo, że mówię szcze­rze. Jeśli trium­wi­ro­wie wam uwie­rzą, cały świat z cza­sem pój­dzie za ich przy­kła­dem.

Hux­ley zwró­ciło się ku zacho­dowi, szu­ka­jąc wzro­kiem towa­rzy­szy. Skraj pola widze­nia jego woalki objął kra­wędź morza migo­tli­wych flag.

- Z cza­sem.