Być kobietą i wreszcie zwariować - Katarzyna Miller

Reflow text when sidebars are open.
DOROTA: Spokojna, wyważona w emocjach, subtelna. Poważna i pogodna. Czterdzieści lat. Wysoka, smukła, delikatna, długie włosy blond. Ubrana modnie, w beże, szarości, pudrowe róże. Subtelna biżuteria. Kiedy się odzywa, grupa słucha tego z uwagą i szacunkiem. Daje się odczuć, że zawsze mówi to, co naprawdę myśli. Mówi także rzeczy trudne dla innych. Raz rozwiedziona. Od lat w tym samym związku, po pozytywnie rozwiązanych kryzysach, z jednym dzieckiem.
MONIKA: Najmłodsza w grupie: pod trzydziestkę. Energetyczna, rozemocjonowana. Zgrabna, seksowna, co podkreśla ubiorami w kolorach rajskiego ptaka. Burza płowych włosów, duże błyszczące kolczyki. Rozwiodła się w trakcie pracy w grupie. Jest z tego bardzo zadowolona. Podjęła się bycia koordynatorką zjazdów i kontaktów grupy. Pracuje w agencji reklamowej. Uprawia taniec sceniczny. Mieszka sama, niedawno przeżyła rozstanie po gorącym romansie.
SONIA: Czterdzieści parę lat. Loki w różnych kolorach. Nosi tylko kwieciste sukienki i dobrane do nich kolorem rajstopy. Używa rzeczy w bardzo dobrym gatunku. Nieskazitelna cera, zawsze zrobione długie paznokcie, przedłużone rzęsy. Bransoletki. Bardzo towarzyska, a także pomocna. Kulturalnie "oblatana". Oddana pracy nad sobą. Niedawno burzliwie się rozwiodła i bardzo to przeżywa. Jedno dziecko.
KAJA: Trzydzieści parę lat. Wiotka, długie nogi. Delikatna uroda. Dziesięć lat życia spędziła w Indiach, gdzie pracował jej ojciec. Z trudnością potem aklimatyzowała się w Polsce. Cicha, zamknięta w sobie, uważna... Biorąc udział w spotkaniach grupy, niebywale rozkwitła. Kiedy się pojawiła po raz pierwszy, była szarą myszką. Okazało się, że ma niesamowity feeling do pięknych ciuchów i wygląda w nich jak modelka. Finansistka. Dziewica.
ANIELA: Koło pięćdziesiątki. Żadnej biżuterii. Ciepła, serdeczna, kojąca dla innych. Ma na czym siedzieć i czym oddychać. Niezwykle oczytana, kocha poezję, przysyła grupie mailowo cudne wiersze z okazji różnych okoliczności. Pięknie mówi, potrafi wzruszać, jest szczera, otwarta i uczciwa. Długoletnia mężatka, dwoje dzieci.
MILENA: Przyjaciółka Anieli. Drobna, płocha, wesoła. Szczebiotliwa, kiedy jest w dobrym humorze. Gdy smutna, wygląda jak zmoknięty ptaszek. Pełna wdzięku, szybko się porusza. Nosi obcisłe sweterki i dżinsy. Już jako rozwódka zaszła w ciążę z kolejnym partnerem, który ją zawiódł. Sama wychowuje dwoje dzieci. Co jakiś czas wychodzi dzielnie z kryzysów psychofizycznych lub finansowych.
NINA: Niecałe czterdzieści lat. Zrównoważona. Niezależna w myśleniu i zachowaniu. Odporna na opinie innych, ale uważna wobec ludzi. Zadziwia grupę coraz to innym kolorem włosów na kolejnych spotkaniach. Tym razem wygląda dużo łagodniej niż zwykle, bo wróciła do swojego własnego koloru ciemnoblond i chodzi w samych miękkich, lejących się sukienkach. Singielka. Niedawno założyła własną firmę.
SABINA: Ruda, o dziewczęcej urodzie, czterdziestka. Otulona kolorowymi szalami, w ręcznie robionej, orientalnej biżuterii. Jeździ na ciekawe warsztaty, czyta literaturę psychologiczną, wie, co się dzieje w branży "rozwojowej" i w czym warto uczestniczyć. Łagodna, ładnie się dziwi i zachwyca odkryciami - swoimi i cudzymi. Mężatka, jedno dziecko.Ostatnio weszła w okres odkrywania swej seksualności, co zaowocowało romansem na pewnym wyjeździe.
ROMKA: Wielkie, ciemne oczy, zawsze pełne wyrazu. Ciemne, gęste włosy. Duże, soczyste usta, lekko wygięte w podkówkę. Głęboko wszystko przeżywająca, zawsze poszukująca i myśląca. Otwarta aż do bólu. Liderka samoświadomości. Pracuje naukowo. Dużo czyta. Mężatka, dwoje dzieci.
JANKA: Około czterdziestki. Gdy miała trzy lata, umarła jej mama. Ojciec ożenił się powtórnie. W trakcie spotkań z grupą zewnętrznie zmieniła się najbardziej ze wszystkich uczestniczek. Przyszła do niej jako oschły i ostry pistolet z korporacji. Mówiła głośno i tylko o pracy. Miała krótkie, ciemne włosy. Teraz jest apetyczną blondynką o miłym głosie, ciepłym uśmiechu, w seksownych sukienkach. Coraz częściej się śmieje. Singielka.
NIKA: Najmłodsza stażem uczestniczka grupy. Dużo w niej smutku. Jeszcze w siebie nie wierzy. Ma ładną buzię skrzywdzonego dziecka. Siedzi przeważnie skulona. Często się dziwi. Rzuca niepewne spojrzenia. Bardzo czysto, uczciwie i jasno mówi. Przejęta, zmotywowana do pracys nad sobą. Drugi mąż, jedno dziecko.
URSZULA: Wygląda i zachowuje się jak grzeczna dziewczynka. Ładna, zgrabna czterdziestka. Najpierw mało, a teraz coraz bardziej przebojowa. Weszła w grupę trochę później od innych, dość długo się oswajała. Z dużym zapałem ćwiczy wychodzenie z totalnej poprawności, która nie pozwalała jej poznać samej siebie. Jest coraz bardziej radosna. Rozwiedziona, jedno dziecko.
JULIA: Sportowa piękność. Długie nogi, długie proste włosy, spokojny styl ubioru, ale gdyby nawet założyła na siebie worek i tak wyglądałaby świetnie. Raczej poważna, lubi znać się na różnych zdrowotnych sprawach. Z wielkim zaangażowaniem w pracę nad sobą przekracza trudne progi, szczególnie w obszarze porozumiewania się z innymi. Mężatka, jedno dziecko.
KASIA: Terapeutka. Ta sama co w tomie Być kobietą i nie zwariować. Starsza o te parę lat. Wciąż gruba, ale już trochę na to narzekająca. Reszta - bez zmian.
OD KASI: Spotykam się od czterech lat z tą samą grupą kobiet. To one tak postanowiły. Że chcą we własnym, sprawdzonym, dobrze dobranym gronie kontynuować pracę psychologiczną nad swoim rozwojem. Są bardzo zmotywowane i nie chcą wciąż zaczynać od początku i z nowymi ludźmi, jak to się dzieje na większości warsztatów. Spełniło się w ten sposób i moje marzenie o prowadzeniu długotrwałego kursu rozwoju osób świadomych, zaawansowanych w pracę nad sobą. Uczestnictwo w tym procesie jest fascynujące.
Grupa nazwała się PIJALNIĄ WODY. Od dowcipu, który wydał nam się nader "terapeutyczny":
Siedzi facet w przedziale. Na stacji wsiada drugi i po chwili, zaczyna: "Ale mnie się chce pić! Jezus Maria, jak mnie się chce pić. O matko, nie wytrzymam, jak mnie się chce pić!". Na kolejnej stacji ten pierwszy wysiada i przynosi mu butelkę wody. Drugi wypija, sapie z zadowolenia, a po chwili: "No naprawdę, jak mnie się chciało pić! Ale mnie się chciało pić!".
Praca nad sobą trwa wiecznie. Póki człowiek żyje, warto, by w siebie inwestował. Może to robić na przeróżne sposoby. Jednym z najciekawszych jest działać w grupie i z grupą. Tą, której się ufa, którą się coraz lepiej rozumie, która niczego od nas nie oczekuje, niczego nie ocenia, powie uczciwie trudne prawdy, ale cieszy się każdym naszym zwycięstwem i wspiera w trudnych chwilach. Która się razem bawi, ale i zachęca do stawiania nowych kroków w głąb siebie lub w kierunku innych.
Grupa jest otwarta; jeśli ktoś chce się pożegnać, ktoś inny przychodzi na zwolnione w ten sposób miejsce. Grupa spotyka się co kwartał przez parę dni w tym samym miejscu, poza codziennością. Pracujemy nad tym, co się działo, co się odkryło, nazwało lub co dało znać o sobie w międzyczasie. Jeśli któraś tego potrzebuje, może się spotkać ze mną także na indywidualnej sesji.
W tej książce mniej jest moich wykładów, więcej pokazują uczestniczki. One już bardzo często same wiedzą, czego chcą, i o to właśnie chodziło! Cieszy mnie to, to moja wielka nagroda!
Poza obszarem merytorycznym dzieją się sprawy towarzyskie. Powstają przyjaźnie, sojusze, zdarzają się spotkania, imprezy, wyjazdy, kontakty telefoniczne i mailowe.
Radość i wdzięczność z tej babskiej wspólnoty są ogromne.
Dopracowałyśmy się nowych firm, doktoratów, nowych wyglądów i nowych związków, rozpadu starych (broń Boże, nie wszystkich) i nowych maluchów.
Kogóż innego mogłam więc poprosić o bazę dla tej książki - jak nie dziewczyny z Pijalni?
Zmieniłam imiona i dane.
Dziękuję Wam, Czytelniczki, i Wydawnictwu: że chcieliście dalszego ciągu!!
No to trzeba wreszcie zwariować!
Nie spodziewajcie się fajerwerków diabelskiego ognia!
Spotkacie tu ludzką, kobiecą prawdę, i choć przecież niecałą, to ważną, bo NASZĄ.
KAJA: Odkrywa odwagę i złość.
MILENA: Choruje, zdrowieje, integruje się wewnętrznie.
NINA: Odnajduje dobre w niczym.
MONIKA: Ma przepełnione emocjami życie wewnętrzne, romansowe i nowe plany na przyszłość.
JANKA: Odkrywa ciało pod zbroją.
NIKA: Ujawnia lęki, to, jak siebie niszczy, śni o ojcu.
KASIA: Wysyła list do dorosłych współplemieńców.
DOROTA: Prosi o pomoc w oswojeniu lęku przed operacją raka tarczycy.
KASIA: Witajcie, moje kochane kobiety z Pijalni Wody!
GŁOSY Z SALI: Witaj, Kasiu!
KASIA: Zabieramy się do pracy, prawie takiej jak zawsze. Będzie ona jedynie trochę inna przez to, że wszystko nagrywamy. Jeszcze raz wam dziękuję, że się na to zgodziłyście. Powiedzcie, jak się teraz z tym czujecie i co wam się wstępnie kojarzy z tematem "i wreszcie zwariować". Od razu nadmieniam, że nie potrzeba nic udziwniać i zmieniać w naszej pracy. Kontrakt mamy taki jak zawsze, każda z was pracuje nad tym, co jest dla niej istotne. I, jak zawsze, opowiedzmy sobie o tym, co u nas, i o tym, czego tutaj dla siebie chcemy.
MONIKA: Ja to kupiłam od razu. Nagrywanie mi nie przeszkadza. Jeśli chodzi o wariacje, to jest chyba dobre słowo na stan, w jakim właśnie jestem. Cholera! Rozlazło się z Kacprem i jestem jak chora.
Pomruki współczucia z sali.
KASIA: Przykro mi. Widzę, jaka jesteś poruszona i biedna. Chcesz teraz o tym opowiedzieć?
MONIKA: Nie, dzięki. Chciałam wam to tylko od razu zaanonsować. Już mi lepiej, że wiecie. Niektóre przeczytały o tym w mailach. A Kai i Anieli wisiałam na słuchawce i wyłam. Dzięki kochane, nie wiem, jak bym bez was wyżyła.
Ruch w sali. Dziewczyny idą przytulić Monikę.
Po chwili.
KASIA: Więc poczekamy na ciebie, Moni. Wróćmy do tematu - co z tym zwariowaniem?
KAJA: Dla mnie to by było, jakbym się wreszcie puściła!
Sala w śmiech.
KAJA: Już tyle rzeczy puściłam, tak jak polecasz, Kasiu. A tego jeszcze nie mogę...
KASIA: Pochwal się najpierw, co puściłaś. I nie poganiaj się, bo mądrość ludowa słusznie mówi: "Co nagle, to po diable".
KAJA: No więc puściłam zazdrość...
Grupa: (głośno) Oooo!
KASIA: Duża rzecz. Opowiedz.
KAJA: Pamiętacie, jakim problemem było dla mnie porównywanie się. Nie wiedziałam, jaka jestem ani kim jestem, natomiast dobrze wiedziałam, kim na pewno nie jestem. Nie jestem taka jak Dorota, jak Julia, jak Sonia, jak Monika, jak wszystkie w ogóle wspaniałe kobiety, o niebo ode mnie lepsze pod każdym względem. To było straszne życie, ale ja nie rozumiałam, dlaczego mi tak źle i że to z tego powodu, że ja zawsze jestem ta gorsza, z boku. To wydawało się takie prawdziwe i pewne, że w ogóle tego sobie nie uświadamiałam...
MONIKA: Świetnie wiem, o czym mówisz! Ja się miałam za strasznie odważną, a tak naprawdę byłam chodzącym lękiem...
KASIA: Trzeba być odważną, żeby chodzić cały czas z lękiem.
MONIKA: Dziękuję. Kaja, pamiętam, jeszcze przed ostatnią Pijalnią mówiłaś, że zmieniają ci się relacje z twoją koleżanką z pracy, tą, która cię gnębiła.
KAJA: No, ona mnie gnębiła, bo ja jej na to pozwalałam. Miałam się za gorszą, to się wyczuwa, prawda?
Z SALI: Prawda.
KAJA: Więc sobie na mnie używała, jak chciała. Tyle razy mi mówiłyście: Kaja, zobacz, znowu sobie pozwoliłaś przerwać, Kaja, nie powiedziałaś, czego chcesz, Kaja, zostałaś na koniec, źle siebie traktujesz, smutno nam na to patrzeć... A ja tylko myślałam: I co ja mam z tym zrobić?! Łatwo im mówić. I wiecie, ja się raz po prostu na nią zeźliłam! Sama na początku nie wiedziałam, co się dzieje, ale na nią nakrzyczałam, że mam tego dość i że ja świetnie wiem, że w pracy jestem lepsza od niej!
Grupa klaszcze i śmieje się.
KASIA: Brawo, Kaja, nareszcie puściłaś swoją złość! Rozumiem, nazywasz to też zazdrością z powodu tego porównywania i zazdroszczenia innym swobody bycia sobą. Oba te aspekty są niezwykle ważne. Nareszcie wydostała się z ciebie twoja dawno zbierana złość. Cudownie. Jak się czułaś?
KAJA: Oszołomiona. Zdziwiona. A potem zachwycona. Ale i trochę wystraszona.
KASIA: Jasne. To normalne. I tak już bardzo dużo ze sobą zrobiłaś, skoro nie byłaś przerażona, że ci się takie straszne rzeczy wylewają z ust.
KAJA: Powiem skromnie, jak ty, Kasiu - lata pracy...
KASIA: Super!
GRUPA: Brawo, Kaja! I co dalej?
MONIKA: Ja wam powiem. Ta małpa nie chciała do mnie przyjechać, bo chciała pobyć sobie sama w weekend. Odmówiła mi!! Pierwszy raz!
KASIA: To wielki przełom w Bulwie, Kaju. Gratuluję. A już odmówić Monice...
MONIKA: No, no...
SONIA: Kaja, a jak teraz z tą koleżanką z pracy wyglądają wasze stosunki?
KAJA: O rany, znacznie lepiej. Ona wtedy zdębiała, obraziła się na tydzień, a potem jakby nigdy nic zaczęła być dla mnie dość chłodno uprzejma. Bardzo mi to odpowiada. I reszta towarzystwa patrzy na mnie z większym szacunkiem.
GRUPA: My też!
KAJA: (kłania się z wdziękiem) Dziękuję wam. Bez was by to się nie stało. To ja na teraz tyle. Teraz sobie odpocznę. A co zrobię z tym trudnym puszczaniem się, to jeszcze nie wiem i daję sobie prawo nie wiedzieć.
KASIA: I tak trzymaj. Kto teraz?
MILENA: Ja powiem, bo nie chcę z tym dłużej siedzieć. Przyjeżdżam po trudnych wakacjach. Dużo mnie kosztowały, ale i dużo nauczyły. Spotkałam się z moim lękiem, tak wielkim, że mnie zalał totalnie. Takim, który uruchomił nawet te moje obawy, które były objawem nerwicy, gdy chodziłam jeszcze do liceum. Zalał mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie funkcjonować normalnie, to znaczy musiałam się wspomóc tabletką, hydroksyzyną na uspokojenie. Moje dotychczasowe wariactwo to były lęki. Wyolbrzymianie tych lęków. Tak jak to kiedyś nazwałyśmy - dmuchanie smoka.
Uczyłam się nie dmuchać smoka w te wakacje. Wcześniej nadmuchałam go do gigantycznych rozmiarów... A byłam w takiej sytuacji - za granicą, z koleżanką. Wydawało mi się, że jesteśmy ze sobą blisko, bo już dwa razy spędzałyśmy razem urlop. Niestety poczułam, że to jest koniec tej relacji... Zostałam tam sama i zmagałam się z lękami. Uruchomiła się cała moja strategia obronna, którą miałam, jak jeszcze byłam w małżeństwie.
KASIA: Współczuję. Kiedy jest bardzo trudno, wracamy do starych strategii. To już wiecie.
MILENA: To miało związek głównie z moim stanem zdrowia. Ostatnio mówiłam wam o moich kłopotach ginekologicznych. Zaraz przed tym wyjazdem zaczęło się coś dziać. Coś bardzo nieciekawego... Takie zwężenie mi się zrobiło, takie potworne, że tak naprawdę wchodził mi w cipkę tylko jeden mały palec. I to się stało jakoś krótko przed wyjazdem. Lekarz się przestraszył i powiedział, że on nie wie, co to jest, że on jeszcze czegoś takiego nie widział. I ja z tym jego strachem i swoim: Co to będzie? Co z tym dalej? Pojechałam. To był błąd, ale miałam nadzieję, że może jak tam będę, to sobie odpocznę. Łudziłam się, że ten wyjazd mi pomoże, ale to się okazał bardzo trudny dla mnie czas. Po raz pierwszy nie mogłam dzwonić do nikogo tyle, ile bym chciała, ponieważ byłam za granicą i nie chciałam się narażać na duże koszty. I po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji, że musiałam się zaopiekować sama sobą i się tego uczyłam. I to była ważna nauka. Bardzo pomagała mi świadomość, że jesteście... Miałam przy sobie twoją książkę, Kasiu - Być kobietą i nie zwariować. Miałam jeszcze Millennium i myślałam, że wejdę w ten kryminał. A zostałam przez te dwa tygodnie z twoją książką, co bardzo mi pomogło. Czytałam ją po prostu zdanie po zdaniu, delektowałam się nią. Bardzo, bardzo dużo mi dała - dużą świadomość... Nie czułam się sama, ponieważ miałam poczucie, że wy jesteście. Również z tego powodu, że dostałam sms-a od Doroty. Ona w ogóle nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Ale gdy przyszła ta wiadomość, jakoś tak mi się dobrze zrobiło. To pomagało przetrwać, ale przez te dwa tygodnie siedziałam i odcinałam dzień po dniu, tak jak w więzieniu, bo nie mogłam stamtąd wcześniej wyjechać.
Wróciłam taka, że już nie miałam na nic siły, nie miałam energii, nic mi się nie chciało. I pierwszy raz od lat stanęłam oko w oko z taką sobą - sama. To znaczy: bez mężczyzny. Na nic nie miałam ochoty, ale też wreszcie nie miałam o to do siebie pretensji i po raz pierwszy nie starałam się za wszelką cenę dodrapać do tej swojej energii i udowodnić, że ona jest i że ja sobie daję radę...
Pojechałam potem z córką na pięć dni do Świeradowa. Zostawiłyśmy Leszka u babci, on tam lubi być. I zwrot całkowity - to były najcudowniejsze wakacje. Obie leniuchowałyśmy na maksa, robiłyśmy tylko to, na co miałyśmy ochotę. Spałyśmy, jadłyśmy, nigdzie się nie wspinałyśmy. Po prostu cudownie. Miałyśmy ze sobą o czym gadać. To było takie cudowne, że szesnastolatka się ze mną nie nudziła.
KASIA: Przekroczyłaś bardzo ważny próg - akceptacji dla swojej słabości. Zjednoczyły się twoje dwie strony, słaba i silna. Zaczęłaś być cała, pełna.
MILENA: To była nagroda. Teraz czuję, że jestem inna, i tak szczerze mówiąc, jak się sobie przyglądam, to jeszcze się takiej nie znam. Ale dostałam to wszystko po to, żeby siebie taką pooglądać...
KASIA: Jesteś nowa, inna, więcej cię jest! Pasuje ci określenie, że się poszerzasz? Że masz więcej samej siebie?
MILENA: O tak...
KASIA: A problemy ginekologiczne?
MILENA: Ta sytuacja ginekologiczna się nie zmieniła, ja nadal nie wiem, co to jest...
KASIA: A co z twoim lękiem na ten temat?
MILENA: Bardzo pomogła mi Sonia, która w ciągu jednego dnia znalazła mi dwóch lekarzy. Jeden mówi, że z tym nic absolutnie nie da się zrobić, a drugi, że można to usunąć laserem i że będzie okej. I teraz ja nie wiem... Dwie zupełnie różne diagnozy... Ale ten lęk już mnie tak nie zalewa, już nie biorę żadnych tabletek. Nowa rzeczywistość się przede mną otworzyła... I ja też jakaś inna sobie się objawiłam. I tak sobie pamiętałam, co Julia powiedziała na poprzedniej Pijalni: miałam szansę na zobaczenie siebie... Myślę, że to jest mi dane, żebym mogła jakąś inną siebie poznać... Pójdę do tego lekarza, który mówi, że z tym można sobie poradzić.
KASIA: Kiedy uczeń jest gotowy, przychodzi mistrz. Jeśli organizm jest gotowy, przychodzi do niego ten ważny ból czy lęk, czy wspomnienie urazy i teraz właśnie jest w stanie to nareszcie unieść. Kojarzy mi się twoja przypadłość z zamknięciem się na mężczyzn, po tym co zrobił ci Adam.
MILENA: O, to mi bardzo pasuje, Kasiu. O tak, żeby już nikogo w siebie nie wpuścić! Tak! Miałam takie momenty, że myślałam, że wrócę do starego strachu...
KASIA: Muszą być takie momenty, jeśli schodzisz głęboko - dotykasz dna i odbijasz się od niego...
MILENA: To było dno. Ja już byłam na dnie i wróciła wspomnieniem cała ta moja licealna rzeczywistość, kiedy miałam powykręcane ręce. Co prawda, teraz nie wykręcało mi rąk: mogłam oddychać, mogłam chodzić, ale po prostu przeraziło mnie to, że ten lęk jest tak ogromny, że on mnie tak zalał i że ja nic nie potrafię... Tak mi się wydawało wtedy... I bałam się, że znów mnie zaleje...
KASIA: A nie zalał.
MILENA: Nie zalał. Wróciłam do domu z wyjazdu z córką, zupełnie jakbym odbiła się od tego, poczułam ogromną ulgę. Ale też, jak mówię to teraz, jak na siebie patrzę, to nie do końca się poznaję. Nie mam do siebie pretensji o to, że mi się nie chce. Nie mam pretensji do siebie o to, że po prostu nic mi się nie chce... Zawsze miałam z tego powodu wielki stres. Teraz - nie chce mi się, to po prostu nie robię.
KASIA: I to wystarcza. Ale najpierw oswajasz to nowe prawo do bycia sobą - każdą sobą. Trochę to potrwa. Wróciłaś jako kobieta, która siebie czuje.
MILENA: O tak. W ogóle się na siebie skierowałam i przez to też mam inną relację z córką. Ja ją zupełnie inaczej odbieram teraz. Czuję, że traktuję ją w ten sam sposób co siebie. Mam taki jasny obraz. Nawet się już nie denerwuję na nią z powodu różnych rzeczy, które mnie wcześniej irytowały.
KASIA: To wspaniałe. Na przykład co cię denerwowało?
MILENA: Denerwowało mnie oczywiście to, co ja sama też robię. Czyli że na przykład o czymś zapomina, że zostawia bałagan, a ja to potem zbieram albo nie zbieram, ale jej nie mogę zmobilizować, żeby to zrobiła. Że wydaje mi się, że obojętnie na co się z nią umówię, to ona tego nie zrobi, bo zapomina. To nie jest jej zła wola, tylko tak ma i wielokrotnie miałam o to pretensje.
KASIA: Wiesz co, a może powiedz jej: "A teraz się umawiamy, że tego na pewno NIE zrobisz".
Śmiechy.
MILENA: Ale ona jest tak rozkojarzona! Zupełnie nie wiem, jak jej pomóc, żeby ona się mogła skupić, bo jej to też przeszkadza.
KASIA: Ile ona ma teraz lat?
MILENA: Szesnaście.
KASIA: Nie skupi się, za wcześnie...
MILENA: Jednak? Tak właśnie myślałam... Przyszykowałam jej na przykład kartę na zdjęcia, no i tak mi tę kartę pamięci pięknie wyczyściła, tak się starała... I aparacik mi do bagażu włożyła, tylko że bez karty. Miałyśmy aparacik bez karty, bo ona ją zostawiła...
To są drobiazgi, ja robię podobnie, bo ja też jestem taka. Też nie mogę się skupić.
KASIA: Po co? Po co się skupiać?
GŁOS: Można żyć bez skupienia.
Śmiechy.
KASIA: Jak człowiek ma aparat, to robi zdjęcia, jak nie ma aparatu, to patrzy...
MILENA: Chociaż ja tę kartę w końcu i tak kupiłam. Jakie te wakacje były!... Zupełnie się nie spodziewałam, że się tak zadzieje.
KASIA: Spójrz, gdybyś nie była na wyjeździe z kimś, kto się okazał nieżyczliwy, nie mogłabyś tego aż tak mocno i wyraźnie przeżyć. I dowiedzieć się, jak sobie samej możesz pomóc. Prawda? Jaka jesteś dla siebie niezbędna i wspaniała.
MILENA: Tak, i mam takie poczucie w środku, że to się dobrze dla mnie skończy.
Cała GRUPA: Niech tak się stanie!
KASIA: Mmm... Kto teraz?
NINA: Zastanawiam się, czy ja chcę... Tak. Najpierw powiem, że nagrywanie mi nic nie przeszkadza. A z wariowaniem kojarzy mi się ryzyko. Zaryzykowałam, rzuciłam korporację. Zainwestowałam. Czuję, wiem, że było warto. Ale jestem teraz w czymś innym. Mam okres dziwnego spokoju wewnętrznego, co u mnie wcale nie jest takie częste.
KASIA: No popatrz, do czego to doszło.
NINA: No właśnie, tak jakoś mi się zrobiło dobrze i spokojnie, i nic mnie nie szarpało wewnętrznie. Pomyślałam sobie: to ja w tym będę.
KASIA: Cudownie.
NINA: Żadnych ran nie rozdrapuję, bo po prostu nie mam na to ochoty.
KASIA: Cudownie! Bo po co?
NINA: I ja mam ochotę w tym zostać! Pewnie we mnie coś się zaraz pootwiera, jak usłyszę jakieś wasze problemy, ale póki co...
KASIA: Ale nie zmuszaj się! Ja ci powiem, nawet możesz sobie czasami policzyć do stu, jak ktoś coś będzie przeżywał. Wiesz - jak nie czujesz, że twój interes, to nie wchodź. Serio mówię.
NINA: Dotąd, nawet gdy to nie był mój interes, to chyba zazwyczaj wchodziłam. Natomiast nie mam ochoty na jakieś ciężkie przeżywanie w tym momencie, zupełnie nie.
KASIA: Należy ci się odpoczynek wojownika.
NINA: No właśnie - tak to odbieram. To jest ciekawe, skąd to się wzięło! Miało to źródło w tym, że mam parę znajomych, bliskich mi osób, które się okazały chore. U jednej osoby rozpoznano parkinsona, u drugiej nowotwór. Ja właściwie powinnam wpaść w jakąś...
KASIA: Nic nie powinnaś.
NINA: No więc nie wpadłam, ale pomyślałam tak: a u mnie jest wszystko dobrze, wszyscy są zdrowi. I kiedy jest dobrze? Teraz jest dobrze. A jak będzie potem? Tego nie wiem. Ale teraz jest dobrze... I ja naprawdę poczułam taką lekkość. Pomyślałam: teraz jest taki dobry moment i ja w tym zostanę.
KASIA: Cudownie, kochanie, w łapeczki się całuj. Obie panie, proszę: Milena i Nina, w łapki się całujcie za całą waszą dzielność i mądrość.
JANKA: Jeszcze raz w lewą!
NINA: No i ja bym chciała przez jakiś czas w tym zostać.
KASIA: Należy się waszmości...
Śmiech.
JANKA: A ja widziałam, jak Monika tańczy! Mówię wam - słów brakuje!
KAJA: Ja też widziałam.
KASIA: Ja sobie wyobrażam...
MONIKA: Widziałyście mnie jeszcze przed puszczeniem się.
Śmiechy.
MONIKA: Właśnie tak sobie myślę, co opowiedzieć, bo u mnie się strasznie dużo działo. Ale chcę się z wami podzielić tym, co jest teraz dla mnie bardzo ważne - tak czuję, to nie jest jakiś pewnik, więc się mądrzyć nie będę, że jestem w momencie kolejnej dużej zmiany. Najpierw bałam się ją w ogóle ruszyć. Czułam ją podskórnie. Nie chciałam jej nazwać, ale jednocześnie odczuwałam taki spokój - to był taki dziwny miszmasz... Czułam, że coś się zmienia i że to będzie trudne. Jednocześnie przestałam się bać, jak kiedyś, kiedy przeczuwałam, że nadchodzi zmiana. Przywiozłam to z Sycylii. Właśnie tam zaczęłam rozmyślać na temat sensu tego, co robię, i czy to lubię, czy tego chcę i tak dalej. Ale to było na poziomie myślenia. A teraz przyjechałam z tej Sycylii i ja po prostu przywiozłam to "czucie". I na początku to "czucie" nie było wygodne, bo to nie jest coś, co załatwia mi sprawę...
KASIA: A jakie to było "czucie"?
MONIKA: Że już nie mam serca do tego, co robię. Zabiera mi to za dużo energii. I jakby mnie ktoś w tej chwili zapytał, co mnie interesuje, to: człowiek, relacje, uczucia, więzi... Jak byłam na ostatniej Pijalni, z tymi przejściami Kacprowymi, siedziałyśmy z dziewczynami na trawie i rozmawiałyśmy. Powiedziałam im, że przyszedł czas na "nowe" i że czuję, że chciałabym pójść w innym kierunku. Pomyślałam o psychologii. Odłożyłam to wszystko na razie, bo przechodziłam po prostu żałobę po Kacprze, nadal jej nie domknęłam... Natomiast teraz, we wrześniu, temat jakby sam wrócił, więc siadłam do komputera, znalazłam jakieś rozkłady jazdy ze studiów różnych i natknęłam się na praktyczną psychologię społeczną. Przeczytałam o tym kierunku i poczułam, że ja tam muszę iść. Absolutnie. I słuchajcie, aż ciało mi zareagowało, że ja po prostu chcę. Muszę. Ucieszyłam się i napisałam do Niny maila z zapytaniem, co ona o tym myśli. I ona odpisała mi tak fajnie, że ona tę psychologię popiera, każdy ją kończy, no... I że tam są najfajniejsi ludzie, piszą najlepsze książki i tak dalej. I napisała też, żebym przyjechała do niej, że oddział jest też w Sopocie... A ja poczułam bardzo, że chcę do Warszawy. Zapisałam się więc na studia zaoczne. Wiem, że muszę płacić rachunki, więc nie robię nic pochopnie, bo chcę zarobić na te studia!
KASIA: I od razu inaczej zaczęłaś pracować.
MONIKA: Tak, bo powiedziałam sobie, że jakoś upchnę tę robotę gdzieś w moje życie.
Na razie to jest plan, nie wiem, co z tego będzie. Ale jak szłam złożyć papiery, to szłam pewna tego, że chcę.
W ogóle zaczęłam robić coś nowego. Coś, co we mnie rosło od dwóch lat. Przez całe dwa lata jakby czekało... A teraz... Nagle... Wróciłam z Sycylii - w ogóle na Sycylii wydarzyło się po prostu milion rzeczy - i słuchajcie: nagle po prostu błysk! Zapaliła mi się żarówka i ja już wszystko wiedziałam i zaczęłam pisać książkę, książka się pisze sama jakby...
KASIA: Wyrosło samo! To frajda.
MONIKA: To już po prostu się dzieje! Natomiast jeśli chodzi o uczuciowe sprawy, to powiem wam, że... (wzdycha)... Nawet nie wiem... Trudno mi, bo to jest taka lekcja pokory, no nie wiem, nie chcę jakichś egzaltowanych słów używać... Napisałam wam maila o tych rozstaniach. Po okresie gili i bólu weszłam w fazę smutku. To było wielkie doświadczenie. Codziennie, w każdej minucie ten smutek był, tak jakbym nosiła go w kieszeni... Byłam zdziwiona, że mnie nie przygniatał, że oprócz smutku równolegle miałam miejsce i na zachwyt, i na radość... I to było coś niewiarygodnego: duża lekcja.
I potem przyjechałam do Warszawy i wpadłam w pustkę. Pustka zawsze była dla mnie najtrudniejsza. Nauczyło mnie doświadczenie w pracy nad sobą, że tam właśnie, w tę pustkę, gładko wchodzi stare... I po pustce poczułam, co było strasznie dla mnie trudne, że mam wielką potrzebę i chęć kochania. Czułam jakby fizycznie niemalże otwartość serca... A tu, kurwa, tego nie ma... I wiecie, narastała we mnie wielka złość. To była pewnie taka chęć zapchania czegoś, nie wiem... Zauważyłam, że zaciskam zęby. No po prostu strasznie!
I jak pojawiali się na przykład fotografowie, którzy chcieli mi zrobić zdjęcia, to ja zawsze, gdy z nimi rozmawiałam, czułam to moje "chcenie", potrzebę związku, miłości. Zawsze miałam w tym jakiś podtekst: "A może?". I mnie to wykańczało... Był jeden człowiek, z którym umawiałam się na zdjęcia.
KASIA: To znaczy: on mi zrobi zdjęcia i od razu mnie pokocha?
MONIKA: Tak sobie myślałam, że może coś się wykluje z tego. Już nie rozmawiałam tylko o zdjęciach, tylko sobie w głowie wieszałam taki obrazek - nasz wspólny domek z firankami. Z tym człowiekiem jakoś fajnie mi się rozmawiało, umówiłam się z nim, pojechałam do Warszawy na spotkanie, to był dzień wylotu na Sycylię. Spotkaliśmy się i pierwsza moja reakcja była taka - spojrzałam i całym ciałem poczułam się rozczarowana, dwa: poczułam się rozczarowana samym rozczarowaniem, wiecie, że ja już, w tym domku w głowie, szyłam sobie firany...
Śmiechy.
SONIA: I obrazek spadł...
MONIKA: Tak. On okazał się sympatycznym człowiekiem, no ale... nie do tego. I przegadaliśmy parę godzin - naprawdę fajny, ciepły człowiek, z którym mogę się różnymi rzeczami wymienić, ale kompletnie nie tym, co chciałam. On pojechał, przyjechała Nika. Siedziałyśmy na kolacji i Nika tak na mnie patrzy i mówi: "Monika, ty jesteś bardzo zgaszona". Czułam się strasznie wyprana. I pojechałam taka na tę Sycylię.
KASIA: Poczułaś się zgaszona, bo ci się iluzja firaneczek rozpadła... Sama jechałaś na Sycylię?
MONIKA: Z siostrą. Myśląc sobie przez chwilę, po jakiego wała ja wybrałam Sycylię z namiętnymi Włochami, z temperamentem, ogniem i słońcem, skoro jestem taka... nijaka. Ale potem sobie pomyślałam - mam duże zaufanie do tego urlopu, bo jadę z siostrą, z którą wszystko się może zdarzyć. Ufam, że los daje to, co ma być. Pojechałam na tę Sycylię i mi, że tak dosadnie powiem, jebnęła długo trzymana na Kacpra złość. Zaciśnięte zęby, to, że się czułam niechciana. To moje naginanie rzeczywistości do tych firanek, do obrazków, które planowałam sobie powiesić. Do stałego związku. Pozwoliłam sobie wyzbyć się tej złości. Wywściekałam się. I następnego wieczora po tym oczyszczeniu przyszedł spokój i zrozumienie, że czasem nic się nie da zrobić, trzeba po prostu przeczekać. Także ten zawód, to moje doświadczenie, ten mój gil z nosa i to, co teraz przechodzę, widocznie jest mi potrzebne.
Był wieczór, kiedy moja siostra zasnęła wcześniej. Ni stąd, ni zowąd leżąc w łóżku, zaczęłam nagle płakać... Zaczęły mi lecieć łzy i zaczęłam się sama przytulać, i sama do siebie gadać: "Ja ciebie chcę", "Ja ciebie nie zostawię". I jakby wszystko mi zlazło. Wszystko.
Dziwnie los się kręci. Na tej Sycylii poznałam człowieka, takiego ciepłego faceta, z którym były błyski, takie wiecie, wakacyjne. Daliśmy sobie fajne ciepło, wakacyjny romans. Był taki moment, jakby kadr z filmu; ja siedzę na łóżku, a on chodzi koło tego łóżka i kombinuje: jak my możemy się spotykać. Ja mówię: "To jest niewykonalne...". A on planuje, że ja przylecę... I myśl w głowie: jak los dziwnie plecie, że ja się martwiłam, że mnie nikt nie chce... a tu nagle los mi stawia takiego człowieka, który mnie bardzo chce... Nie wieszałam z nim firanek...
Przyjechałam do domu po tej Sycylii i poczułam, że jest mi dobrze. Znowu poczułam, że jest mi dobrze. Niezależnie, czy faceta mam, czy nie mam... Po prostu, tak. No, mam momenty skurczu w sercu, gdy pojawi się Kacper na Facebooku. Pisałam wam, że "tępe są nożyczki rozstań", to z jednej strony boli, a z drugiej mam poczucie, że idę dalej. Ani przez chwilę nie żałowałam swojego bycia z Kacprem. Wdzięczna jestem za to, co było. Ale nie chcę wracać do tego.
I urosło we mnie coś, co jest dla mnie ważne - psychologia. Zmiana się szykuje. Nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Czuję, że jestem w jakimś dużym, kolejnym "nie wiem", ale na razie ono mnie nie przeraża. Kiedyś, jak myślałam sobie o zmianie pracy, to tak, że ja po prostu tego nie mogę puścić, że ja się z tego nie mogę wykałapućkać. Teraz już ufam sobie i losowi - dam radę to wszystko zrobić.
Tyle, jeśli o mnie chodzi. I nie mam planu na Pijalnię, uprzejmie donoszę, bo ufam, że samo się zrobi...
Śmiechy.
MONIKA: I jeszcze jedno powiem...
KASIA: Co jeszcze jedno?
MONIKA: No właśnie się zastanawiam... A nie, już nic.
KASIA: No...
MONIKA: Wysiadłam w Warszawie na przystanku i czekałam na Nikę, bo miała po mnie podjechać. Stałam i po prostu cała się uśmiechałam na myśl o Warszawie. Ja czuję, że muszę tu być.
KASIA: Fajnie.
MONIKA: Poczułam na tym przystanku, że coś się otwiera, ale też, że boję się, że coś się zamyka.
KASIA: Jedność przeciwieństw, kochana.
Śmiechy.
MONIKA: Bo nie jestem pewna swoich decyzji. Nie mam nic w zamian...
KASIA: Nikt nam nie daje gwarancji na nasze decyzje...
JANKA: A szkoda...
MONIKA: Ufam, że wyjdzie mi ta książka i te studia... Może poznam kogoś, kto lepi garnki, i będę czuła, że muszę też garnki lepić, no nie wiem. Tak że - u mnie tyle.
Głos: Podaj dalej...
JANKA: Po Pijalni byłam na bardzo wyciszającym urlopie: dwa tygodnie leżałam na plaży: nie robiłam nic, oprócz tego, że pojechałam do Sewilli...
KASIA: O Jezu... (wzdycha)
JANKA: ...która mnie zauroczyła. Pojechałam do Hiszpanii i zauroczyła mnie Sewilla. A potem zadecydowałam, że będę chodzić do pani psycholog, o której wam mówiłam, do pani Ewy. I od lipca zaczęłam systematyczne spotkania, bo stwierdziłam, że chcę mieć towarzysza w tym, co się ze mną dzieje między Pijalniami.
KASIA: Świetnie..
JANKA: Nie wiem, czy pamiętacie, przed Pijalnią czerwcową byłam ze dwa razy u Ewy z tematem, który wtedy wydawał mi się adekwatny. Czyli z odchudzaniem. Bo w szafie znalazłam rzeczy, w które się nie mieszczę, i chcę zobaczyć, czemu ja się wściekam, że nie mogę wejść w te rzeczy. Chodzi o wygląd, samopoczucie, złość na siebie i takie pomyje, które się wylewają wtedy, kiedy się nie wciśniesz w coś, co uwielbiasz zakładać. I wtedy zdecydowałam, że pójdę dwa razy, a potem pomyślałam sobie: "Okej, to będę chodzić nadal", ale szybko się okazało, że odchudzanie nie jest tym tematem, który będzie aktywny.
Teraz mówię o tym z uśmiechem na ustach, bo jestem jakby naenergetyzowana przez to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy. I też wam opowiem, dlaczego - z powodu różnych odkryć, których dokonałam. Mam poczucie, że one są w moim życiu przełomowe.
KASIA: Mmmm...
JANKA: Okazało się, że pani Ewa współpracuje z osteopatą. Przyznaję się, byłam totalną ignorantką, wydawało mi się, że osteopata zajmuje się osteoporozą... A pan Jacek odkrył kilka rzeczy, które wzbudziły we mnie mnóstwo emocji - i tych pozytywnych, i tych negatywnych. Poszłam do faceta, który mnie nie znał, ale zobaczył mój kręgosłup, mięśnie, napięcia, jak chodzę, jak się poruszam, jak mówię, co robię, jak gestykuluję, jak siedzę. A potem mnie wyginał na przykład nogą w prawo, ręką w lewo, czaszkę - wszystko. Dowiedziałam się, tak po prostu, tak jak "chlast!", na trzy, cztery, że mam zaciśniętą szczękę, że mówię tylko tutaj przodem, że w ogóle nie ruszam szczęką, że mam coś z kośćmi czaszki, co powoduje, że właśnie przez lata tak mówiłam i dalej tak mówię, że nie otwieram ust, że ramiona mam jak w zbroi, że mam zaciśnięty ekstremalnie brzuch - co mnie walnęło najbardziej. I powiedział: "No i co? Ciasno w tej zbroi, nie?". Po prostu zamarłam. W ogóle nie wiedziałam, do kogo idę... Na szczęście dodał: "Jestem Jacek, ty jesteś Ania, tak nam będzie prościej" i ciachnął barierę, która była spowodowana tym, że ja byłam kobietą w bieliźnie, a on ubranym facetem.
Śmiechy.
JANKA: I mówi: "To ja tu dotknę" a potem już nie mówił, tylko dotykał. A propos tego brzucha, który mnie walnął najbardziej, Jacek zaczął pokazywać mi na sobie. Mówi: "Zobacz, to są zaciśnięte mięśnie brzucha, to są średnio zaciśnięte, a ty robisz to...". I ja, przed wielkim lustrem, jakbym się nie poznawała. "Kurwa, Janka, masz prawie czterdzieści lat i ty zaciskasz brzuch non stop, nawet nie wiesz, kiedy..." Tydzień po tej wizycie chodziłam z ręką na brzuchu, jakbym była w ciąży. Nie mogłam zrozumieć i znieść tego, że mój organizm jest tak pozaciskany. Zaraz potem miałam wizytę u Ewy, bobym sobie sama z tym nie poradziła, bo byłam wściekła na siebie, że robię sobie coś takiego. Ona powiedziała coś, co do tej pory mi brzęczy z tyłu głowy, że ciała się nie da oszukać i ono nie oszukuje. To, co pokazuje, to jest. W myślach można sobie robić różne imaginacje - natomiast ciało nie oszukuje. Pomyślałam wtedy, szanując i swoją pracę, Kasiu, i twoją z grupą: "Kurde! To ja tyle czasu pracuję i co?!" i byłam wściekła...
KASIA: No niesłusznie.
JANKA: Niesłusznie - teraz wiem.
KASIA: Jeślibyś tu nie przyszła, gdybyśmy nie pracowały, to byś ani tam nie trafiła, ani nie przyjęła, ani nie zrozumiała. Nic by się nie stało. Nie mówiąc o tym, że myśmy ci od początku mówiły, że jesteś w zbroi, że jesteś wojownik i że jesteś "ściśnięta". Ale bardzo mi się podoba, jak silnie na to zareagowałaś, jak się przejęłaś, bo to znaczy, że TO zaczęło pracować.
JANKA: Tak, dokładnie. I to zdanie, które powiedziałaś, że mistrz przychodzi, jak uczeń jest gotowy, tu się sprawdza. Moje ciało było gotowe - to jest idealny dla mnie moment. Ostanie dwa miesiące to był pierwszy etap. Oczywiście obwiniłam wszystkich, łącznie ze sobą na czele, że po prostu byłam złą uczennicą, że czegoś nie zauważyłam, czegoś nie zrobiłam i tak dalej, i tak dalej.
KASIA: "Jak mogłam?"
JANKA: Tak. No i że, Kasiu, ty na pewno coś źle zrobiłaś.
KASIA: No jasne...
Śmiechy.
JANKA: On mówi: czujesz, że oddychasz do szyi? Jak zaczęłam oddech wpuszczać głębiej, to zaczęło mi się w głowie kręcić. Wiem już, jak mam zrobić, żeby było luźno, i to jest dla mnie odkrycie...
KASIA: Pokażesz nam potem?
JANKA: Chętnie. Później walnęła mi ręka, miałam nadwyrężony mięsień między łokciem a nadgarstkiem. Trzymałam patelnię z kurkami w prawej ręce, przełożyłam do lewej i ją upuściłam. Wystraszyłam się. To była środa. W czwartek byłam właśnie u Ewy i spotkałam Jacka, a on mówi: "No, naciągnięty mięsień, plaster trzeba przykleić". A Ewa: "Mówiłam pani, że różne rzeczy się będą pani otwierać po wizycie u osteopaty". Spytała, czy pamiętam, kiedy pierwszy raz zacisnęłam brzuch. Powiedziałam, że strach pamiętam... To było wtedy, kiedy mój ojciec już się ożenił z macochą i czekałam na nią, siedząc u babci przy stole. A ponieważ nie chciałam, żeby wróciła szybko, to pisałam sobie takie karteczki, że ona wraca. Wymyśliłam sobie, że jak będę pamiętać, że ona wraca, to ona nie wróci...
KASIA: Że zaczarujesz na odwrót.
JANKA: Tak, zaczaruję na odwrót. I pamiętam ten ściśnięty żołądek, jak ona przychodziła.
Gdy mnie walnęła ta ręka, Ewa powiedziała: "Wie pani, co to jest lewa ręka? To są emocje i matka...". W ogóle temat matki często przewijał się w naszych rozmowach. Wtedy zadała mi pytanie, czy wybaczyłam mamie, że mnie zostawiła... Popłakałam się: "Ja już ten temat mam przerobiony, po co do tego wracać... Jestem wkurwiona teraz. Po prostu jestem taki pędziwiatr w niektórych kwestiach".
I pewnie ta lekcja jest po to, żeby mi pokazać, że są pewne rzeczy, które wracają. To nie to, że one nie są zamknięte. Wracają... Pomyślałam sobie o tobie, Kasiu, jak mówisz nam o naszych lub o swoich rodzicach, że to są takie tematy, które...
KASIA: Które cały czas są w nas obecne...
JANKA: Cały czas są.
KASIA: Tylko że nie jest się już ich niewolnikiem.
JANKA: Zdenerwowało mnie wtedy, że się wzruszyłam. A przecież wierzę temu wzruszeniu.
KASIA: Typowy bukiet sprzecznych uczuć. Jeszcze trochę starego, a już i nowe też.
JANKA: I nadal chodzę do Jacka, teraz idę za dwa tygodnie. Czuję, że mi to dobrze robi. Czasami rozumiem, o czym on do mnie mówi, a czasami nie, ale wierzę, że te wizyty mi pomagają.
I jeszcze a propos tematu puszczania się... i wariowania... I tematu rozbrajania. Milenka bardzo mi dobrze wytłumaczyła w zeszłym tygodniu, że pan Jacek rozbraja mnie tak osteopatycznie, a kolega gapiący się w mój dekolt rozbraja mnie inaczej...
KASIA: W każdym razie synchronizują się w tobie te patrzenia...
Śmiechy.
JANKA: Co więcej, ten kolega jest szczęśliwie żonaty... Przynajmniej z tego, co mówi. Więc ja sobie myślę, nie wieszając firanek, że on się trafił na "rozbrojenie". I ja w to wchodzę. Czasami tylko nie wiem, co mam powiedzieć. Co mi się rzadko zdarza...
KASIA: Nic nie mów... Płyń...
SABINA: A to jest ten, co mówiłaś, że ci się podoba?
JANKA: No ten, co mi do niego "staje". Musiałam ostatnio pójść na spacer i rozchodzić...
Śmiechy.
KASIA: Są jeszcze inne sposoby...
Śmiechy.
KASIA: A ty nie udajesz się w odludne miejsce w takich chwilach?
JANKA: To znaczy?
SONIA: Żeby nie rozchodzić, tylko żeby to...
ROMKA: Zintegrować.
JANKA: Zintegrować?
KASIA: Uwolnić, użyć, rozładować, spożytkować... O!
JANKA: Udaję się. Tak. Ale to mnie zabiło po prostu, bo dawno mi się nie zdarzyło, żebym musiała po prostu odejść...
KASIA: Cudownie, wracasz do swojego ciała.
JANKA: To jest problem...
KASIA: Bo przecież nie wystarczy, że masz śliczne ciało - jeszcze, żeby żywe było...
JANKA: Właśnie. Bardzo dziękuję, że mówicie, że śliczne, bo ono się tak od środka cieszy... Dla mnie to jest megadziwne, odważne, że ja wchodzę w coś, czego nie rozumiem.
KASIA: Rozumiem twoje zdumienie i twoją odwagę. Bo ty byś tego wcześniej w życiu nie zrobiła.
JANKA: W życiu bym tego nie zrobiła. Coraz częściej pozwalam sobie na to, żeby powiedzieć: "Okej, no idę. Nie wiem po co, ale wiem, że to mi służy...".
KASIA: To w ogóle głupota czysta, że tak powiem...
Śmiechy.
JANKA: I nadal nie mam telewizji, co dla mnie, siedzącej przed telewizorem właściwie całe życie, jest fenomenem.
KASIA: Kochana, to wszystko razem to jest wielki przełom w Bulwie.
JANKA: Bardzo dobrze się z tym czuję, mając przełom w Bulwie.
A propos pracy, bo to był zawsze temat ważny i nadal jest, aczkolwiek odszedł na dalszy plan, co więcej, łączy się z moim życiem...
MILENA: Erotycznym...
Śmiechy.
JANKA: Oprócz tego, że erotycznym... To jeszcze łączy się z... Aż mi się gorąco zrobiło.
Śmiechy.
KASIA: Aż zdjęłaś z siebie kocyk...
Śmiechy.
JANKA: Od października będę pracować jako wolontariuszka, jako doradca zawodowy, doradca kariery. Ja się zajmuję rekrutacją zawodowo, więc tak naprawdę będę pomagać ludziom z drugiej strony. Zgłosiłam się do dwóch organizacji kobiecych, już z jedną rozmawiałam. Mam taką energię, którą mogę dać, rozdawać dalej.
KASIA: Mmm, super. Ciekawe i dobrze rokuje, że ci się gorąco robi na myśl o nowej pracy...
JANKA: No, mam takie poczucie, że to idzie w dobrym kierunku.
KASIA: Szykujesz sobie szeroki wachlarz możliwości.
JANKA: Tak. Mam wiedzę, którą mogę się podzielić... Co więcej, rozmawiałam też z jedną fundacją, która istnieje na polskim rynku już dwadzieścia lat. Pani Janino, czekamy na panią! Świat mnie, kurde, przyjmuje z otwartymi rękoma...
KASIA: Misiu, jesteś specjalistką! Jesteś ekspertem! Masz coś do dania... W dodatku chcesz dawać, co jest po prostu rewelacją.
JANKA: To, co najbardziej mi się podoba we mnie samej, to, że ja się nie godzę, żeby być tylko i wyłącznie w tych nawiasach, w których jestem, i że szukam dalej.
KASIA: Nie chcesz być zawężona, jednostronna, nie chcesz być tylko płaska. Chcesz mieć ile się da wymiarów - jeszcze dla innych, bo samej ci starcza.
JANKA: Tak, tak. I ja się tym dzielę. Powiedziałam swojej szefowej: "Słuchaj, będę miała praktyki", a ona tak od razu: "Trening psychologiczny?". Mówię: "Nie, psychologia psychologią, ale rynek pracy - na tym się znam". I to jest taka wymierna korzyść, którą mogę dać fundacji. A w fundacji mówią: Wie pani, florystka się do nas zgłosiła, co ja mogę zrobić z florystką?".
KASIA: Nie kumam.
JANKA: No, że oni nie mają pieniędzy na kursy.
KASIA: Aaa... W tym sensie, że chciałaby uczyć. Aaa... O matko... To szkoda florystki.
Śmiechy.
JANKA: Zgłaszają się ludzie, których oni nie mogą zatrudnić, a mnie zatrudnili od razu. Mnie to zadziwiło, że tak z otwartymi rękoma mnie przyjmują. I to mi się bardzo podoba.
Szukam nowych możliwości i właśnie część zaczynam realizować. Co więcej z jedną koleżanką, dyrektorką o dużo większym doświadczeniu rozmawiałyśmy i ona mówi: "Wiesz co, ja też się zastanawiałam, co będę robić, jak będę miała 67 lat, ale na razie mam domek na wsi". I odbywają się takie rozmowy między kobietami: "A wiesz, sąsiedzi robią kozi ser". A na co dzień to ona jest szefem marketingu w dużej firmie.
KASIA: Od marketingu do koziego sera niektórzy robią jeden duży, ładny skok.
JANKA: Właśnie. A to jest fajna babka.
KASIA: Agnieszka i Tomek Małolepsi przenieśli się z Łodzi z piątką dzieci i świetnie im idzie knajpa przy Korzeniowym Dole w Kazimierzu. Fantastyczne miejsce.
ANIELA: Super. Pójdziemy tam na następny spacer.
KASIA: Wiem też o paru paniach w tej grupie, które myślą, czym by się nowym zająć.
MONIKA, JULIA: Myślę...
Śmiechy.
SABINA: Ja też...
KASIA: Fajnie, jest jakiś nurt, wspólny trend dojrzewania, poszerzania możliwości i sięgania do swoich predyspozycji, do swoich prawdziwych zasobów, umiejętności. Miau, miau.
JANKA: Ale a propos pracy na tej Pijalni, to kiedy zapytałaś, oczywiście od razu pomyślałam: "O Boże, znowu z tą matką po prostu trzeba".
Śmiechy.
KASIA: A kto kazał?
JANKA: No właśnie: "Pani Janko, pani jest taka zadaniowa, a rozwój to jest spirala", tłumaczy mi Ewa, "ale musimy od siebie odpocząć - idę na urlop". Powiedziałam, że to z mamą chciałabym mieć już odhaczone...
Śmiechy.
JANKA: I ona mówi: "Pani Janko, tutaj zadaniowo się nie da, bo to spirala, to się musi powtarzać...". Myślę, że ona mi jest potrzebna czasami, bo ja bym się po prostu za własnym ogonem kręciła.
KASIA: Nie zjadałabyś swojego ogona, ale byś się nim po prostu biła: "No szybciej, no szybciej!".
JANKA: No właśnie. Chcę też powiedzieć wam, że ja się coraz częściej dzielę. I na tym nie tracę, tylko zyskuję. Widzę zdziwienie w oczach mojej koleżanki z pokoju, z którą rywalizuję. Myślałam, że nie rywalizuję, ale już obydwie wiemy, że rywalizowałyśmy. Teraz się dogadujemy. I ona coraz częściej do mnie mówi: "A co byś zrobiła wtedy? A jak byś napisała to? A zobacz to?". I biegamy jedna do drugiej, od komputera do komputera. To jest niesamowite.