Zosia siedziała przy biurku w swoim pokoju w kamienicy po Łęckich i wpatrywała się w kartkę, na której znajdował się brudnopis listu do Wokulskiego. Zastanawiała się, czy nie było błędem, że go wysłała. Jednak gdy dowiedziała się, że Stanisław sądzi, że ona spotyka się z Julianem Ochockim, powzięła decyzję o sprostowaniu tego nieporozumienia.
Czytała tekst w kółko, raz po raz.
Drogi Panie Stanisławie,
jest coś, o czym musi Pan wiedzieć... Nic mnie nie łączy z Julianem Ochockim, choć wiem, że Pan myśli inaczej. To jednak wielkie nieporozumienie...
Nigdy nie mogłabym go poślubić, bo... moje serce należy do Pana.
Może uzna Pan ten list za zbyt bezpośredni, ale nie obchodzą mnie już żadne konwenanse. Nie mogę przestać o Panu myśleć. Nie mogę o Panu zapomnieć.
O Pańskich pocałunkach. O Pańskich spojrzeniach. O naszym tańcu i chwilach spędzonych w Pańskich ramionach.
Nie mogę tego dłużej ukrywać. Kocham Pana. I zamierzam o Pana walczyć.
Z poważaniem,
Zofia Nałęcka
Zosia głęboko wciągnęła powietrze. List napisała pod wpływem emocji i wielokrotnie żałowała, że go wysłała. Jednak teraz było już za późno. Musi się zmierzyć z konsekwencjami swojej decyzji. Jakiekolwiek by były.
Nie potrafiła przewidzieć, jak Wokulski odbierze jej bezpośredniość. To w końcu XIX wiek. Takie deklaracje w tej epoce były niedopuszczalne. Ale ona była zdeterminowana. Schowała zapisaną kartkę głęboko na dnie kufra i spojrzała na leżącą na biurku otwartą korespondencję od prezesowej. Kobieta zapraszała Zosię do swojej posiadłości, gdzie miała zjechać się cała arystokracja. A także Wokulski.
Na początku nie chciała tam jechać, ale zmieniła zdanie. Już nie ma odwrotu. Nie po tym, co zrobiła. Nie pozwoli Izabeli igrać z uczuciami Stanisława. To wojna, którą Zosia zamierzała wygrać, a Zasławek będzie polem bitwy.
***
Tymczasem Wokulski wracał z Paryża do Warszawy. Nie był w stanie zmrużyć oka. W jego żyłach krew się gotowała, a w sercu buzowały emocje. Na przemian czytał list od prezesowej i od panny Zofii. Miał mętlik w głowie. Jeszcze chwilę temu jego życie nie miało sensu, a teraz panna Izabela być może czeka na niego, rumieniąc się, gdy słyszy jego imię.
A panna Zofia...
Wciąż nie mógł uwierzyć, choć czytał jej wyznanie już chyba setny raz. Jego treść była niczym armata, która wystrzelała kulę za kulą. Każde słowo uderzało go z taką mocą, że ledwie był w stanie złapać oddech. Panna Nałęcka wcale nie zamierza wyjść za Juliana Ochockiego. Jak bardzo Stanisław się pomylił. A co więcej, kocha właśnie jego i zamierza o niego walczyć.
Tylko czy to nie był kolejny ze sposobów magnetyzowania go? Hipnotyzowania słowem? Jaka kobieta, tym bardziej arystokratka, napisałaby takie słowa?
Wokulski znalazł się w potrzasku i sam nie wiedział, co czuje.
Z jednej strony panna Zofia, kobieta, która zatrzęsła jego światem. Kobieta, w obecności której powietrze gęstniało, a jemu brakowało tlenu, gdy trzymał ją w ramionach.
A z drugiej strony delikatna panna Izabela, która rumieniła się na samą myśl o spotkaniu z nim. Kobieta, o której marzył od tak dawna. Czy może wyrzec się tej miłości teraz, gdy pojawia się cień szansy na zdobycie serca panny Łęckiej?
Ramiona panny Zofii obiecywały wirujący taniec zmysłów, ale co, jeśli ramiona panny Izabeli obiecują otwarcie bram do nieba?
***
Gdy Wokulski dotarł do Warszawy, otrzymał kolejny list od prezesowej, w którym nalegała, by przyjeżdżał natychmiast i został na parę tygodni w Zasławku.
Zdecydował się przyjąć zaproszenie. Kiedy przyjechał na dworzec, podszedł do niego zawiadowca, przedstawił się i przydzielił oddzielny przedział. "I jeszcze ten. Nigdzie chyba nie zaznam spokoju", pomyślał Stanisław. "W sklepie nawiedzali mnie obcy ludzie, na kolei obsługa proponuje mi najlepsze miejsce. Czy naprawdę warto odnosić sukcesy w interesach, jeśli zabierają ci spokój na co dzień?". Jego udane interesy w Paryżu rozeszły się wielkim echem w Warszawie, a obroty w handlu znacząco wzrosły i wciąż zresztą wzrastały z dnia na dzień, jednak zainteresowanie jego osobą zaczynało go już męczyć.
Pociąg ruszył, a Wokulski otworzył okno i przypatrywał się rozgwieżdżonemu niebu. Pogrążył się w myślach.
"Wszystko, co umiem, wszystko, co mam, wszystko, co zrobić jeszcze mogę, nie pochodzi stąd. Tu znajdowałem tylko upokorzenie, zawiść albo wątpliwej wartości poklask, gdy mi się wiodło, lecz gdyby mi się nie powiodło, zdeptałyby mnie te same nogi, które dziś się kłaniają. Wyjadę stąd", myślał. "Wyjadę! Chyba że ona mnie zatrzyma... Ale ona... to znaczy - która z nich? Czy panna Zofia naprawdę spełni obietnicę? Co to w ogóle oznacza, że zamierza walczyć? Czy panna Izabela pozwoli, bym to ja o nią walczył? Bo co mi da nawet ten majątek, jeżeli nie mogę go zużytkować w taki sposób, jaki mnie najlepiej przypada do gustu? Co warte życie, pleśniejące między resursą, sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grać w preferansa, ażeby nie obmawiać, albo obmawiać, ażeby nie grać w preferansa?".
Patrzył na gwiazdy tworzące rozmaite konstelacje. To była zaiste piękna noc. Idealna na podróż do Zasławka.
"Ciekawym w jakim celu tak znacząco zaprasza mnie prezesowa?", zastanawiał się, "A może to panna Izabela? A może to panna Zofia? Nie, panna Nałęcka ostatnimi czasy nie bywa zapraszana w kręgi arystokracji warszawskiej...".
W tej chwili drzwi przedziału nagle otworzyły się i stanęła w nich panna Zofia.