Między nami, córkami
Wszystkie jesteśmy córkami, co określa nas równie mocno jak to, że
jesteśmy kobietami, matkami, żonami, kochankami...
Ostatnie lata przynoszą nowe podejście do wielu niepodważalnych mitów:
każdy kapłan to święta osoba, mężczyźni rządzą światem, kobieta to
istota słaba, wreszcie: każda matka kocha swoje dziecko. Bo też nie
każda. Wielkim ciężarem dla kobiet było to, że nie mogły się przyznać,
że matka ich nie kochała, miały niedobrą matkę, matka była nieszczęśliwa
i wpoiła to nieszczęście córce lub że to ona była matką dla swojej
matki. Obowiązuje przecież dobra mina do złej gry i zewsząd słyszymy
teksty typu: moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką. Nie mamy
wątpliwości, że jest mnóstwo wspaniałych matek i z radością przytaczamy
opowieść o jednej z nich. Większość mam jest trochę fajna, trochę nie.
Istnieje takie wspaniałe określenie: wystarczająco dobra matka.
Niezależnie od tego, jaka ta mama jest, córka ma prawo czuć to, co
czuje. Ma prawo do swojej prawdy. Każdej prawdy - i ciepłej, i tej
bolesnej.
Kobiety były oplecione i zniewolone siatką krzywdzących stereotypów,
np.: każda kobieta chce mieć męża, rodzinę i dzieci, kobiety nie nadają
się na liderki, nie są twórcze, nie powinny zarabiać tyle samo co
mężczyźni, kobieta bez dziecka to nie kobieta, kobieta po menopauzie już
się nie liczy, kobiecie bez mężczyzny życie się nie udało itd. W niektórych środowiskach kobiety nadal są spętane tymi przekonaniami.
Może jedna książka świata nie zmieni, ale takich publikacji jest coraz
więcej. Kobiety piszą i czytają. Coraz więcej pisarek, filozofek,
dziennikarek, lekarek, prawniczek (wszystkich nie wymienimy) dzieli się
swoimi historiami. Przyłączamy się do tej wspólnoty z radością i nadzieją.
PS Są kobiety, które nie znają swojej matki: zginęła, umarła, choruje,
odeszła... Wychowują je dziadkowie, dom dziecka, rodzina zastępcza lub
obcy ludzie. Takie córki bez matek też mają problemy z matką, tylko
inne: poczucie braku, krzywdy, niesprawiedliwości losu. Plus marzenia i wyobrażenia, że inne byłoby życie, gdyby miały mamę. Czytając przekazy
kobiet, które miały matki na co dzień, te osierocone mogą sobie
uświadomić, że życie z matką niekoniecznie jest tylko cudem. A zrozumienie tego może przynieść ulgę.
Jesteśmy przekonane, że jakiekolwiek zdarzyło nam się życie, jakakolwiek
była nasza mama lub jej nie było, tym, co nas wyzwoli z lęku,
niepewności, braku wiary w siebie, smutku - jest nasza uczciwość i prawda, dzielona z innymi szczerymi i prawdziwymi.
A miało cię nie być
No, wiesz. Ziutek nie chciał więcej dzieci. Byli już przecież chłopcy.
Koleżanki w pracy nauczyły mnie, jak to wszystko obliczyć, żeby było
bezpiecznie. Akurat wtedy wypadał taki dzień, że można. Wróciłam do
domu, ugotowałam obiad i wieczorem, gdy położyłam chłopców spać,
namówiłam ojca. Gdy po jakimś czasie powiedziałam mu, że jestem w ciąży,
oszalał z wściekłości. Błagałam, żeby pozwolił mi urodzić.
Przekonywałam, że będzie dziewczynka, bo bardzo chciał mieć córkę.
"Kaktus mi tu, kurwa, wyrośnie!" - wrzeszczał i walił krzywym paluchem w otwartą dłoń. Jakoś go przebłagałam. Całą ciążę chorowałam, nie mogłam
jeść. Bardzo cierpiałam. Ale donosiłam. Równo po dziewięciu miesiącach
urodziłaś się. A miało cię nie być. Ojciec tym razem oszalał z radości.
Przybiegł do szpitala z bukietem białych bzów, chociaż był środek zimy.
Po co mi to opowiedziała? Po co opowiedziała mojej młodszej siostrze, że
przez pół roku od jej narodzin nawet na nią nie spojrzał, nie dotknął
jej, nie wziął na ręce? Potem wyła na jej pogrzebie, bo siostra zapiła
się na śmierć, mając niespełna czterdzieści cztery lata.
Ojcu nie wyrósł kaktus na dłoni. Za to ja mam po nim krzywe palce.
Podobno bardzo mnie kochał i mówił do mnie Niunia. Podobno kupował mi
piękne ubranka i zabawki od powracających z dalekich rejsów marynarzy.
Nawet wózek dla lalek. Podobno piękny, z falbankami. Nic nie pamiętam.
Pamiętam potwora. Pijaną, przerażającą bestię. Nigdy nie powiedział, że
mnie kocha. Nie przytulił, nie chodził ze mną na spacery, trzymając mnie
za rączkę, nie głaskał po głowie, nie uśmiechał się. Nigdy nie zawiózł
mnie na trening, nie był na żadnym meczu. Nie było rozmów. Były rozkazy.
I nieustający strach. Czy wróci pijany w sztok i od razu zaśnie? Czy
niedopity i będzie wyzywał i bił matkę, która w końcu ucieknie w ciemną
noc, w cienkiej podomce, a my ukradkiem rzucimy jej przez płot jesionkę,
żeby nie zmarzła? A potem pod kołdrą dygotanie ze strachu. I wyczekiwanie, aż ojciec zacznie chrapać. I dawanie matce znaków, że może
wracać. A rano, jak gdyby nigdy nic, do szkoły.
A ona kazała nam go szanować. Bo to ojciec.
Przed wojną to pewien student wracał z uczelni z grupą kolegów i zobaczył, że jego ojciec leży w rynsztoku. Podniósł go, wygładził mu
ubranie i zaprowadził do domu. I się nie wstydził.
A ja się wstydziłam. Matka patrzyła na mnie zdziwiona i przekonywała, że
nie mam racji, że są gorsi ojcowie. I znowu opowiadała o studencie.
Może już wtedy nauczyłam się wypierać.
Matka z mojego dzieciństwa to jedyny ratunek przed bestią. Dawała
poczucie bezpieczeństwa. Dbała, karmiła, ubierała. Nigdy mnie nie
uderzyła ani nie wyzwała. Czasami krzyczała, ale to akurat rozumiem.
Czwórka dzieci to jednak hardcore.
Matka - samo dobro, ojciec - samo zło. Nie było nikogo, kto uchroniłby
mnie przed ojcem. Moje dzieciństwo to nieustający strach. I wstyd.
Często zdarzało się, że kładłam się zwinięta w kłębek na podłodze w moim
pokoju i płakałam ze strachu, że mama umrze.
Nie było nikogo, kto uchroniłby mnie przed matką.
Zawłaszczyła mnie. Wchłonęła. Jak nazwała to kiedyś moja terapeutka,
Kasia - inkorporowała.
Patrząc z perspektywy czasu, mam wrażenie, że nie było mnie i matki,
dwóch oddzielnych bytów, tylko jeden - jakimś dziwnym trafem - w dwóch
osobach. Nie było mnie - dziecka, mnie - dziewczyny, mnie - kobiety. Był
jakiś twór, który robił, myślał, czuł tak, jak ta potężna, wszechwładna,
nadrzędna istota, jaką była matka.
Uratowały mnie książki. Niestety tylko w jakiejś mierze. Książki - moja
ucieczka, moje pocieszenie. Nikt nigdy nie czytał mi bajek na dobranoc.
Nawet książeczki z serii "Poczytaj mi, mamo" czytałam sobie sama.
Pamiętam nazwę wydawnictwa - Nasza Księgarnia, ale nie pamiętam, żeby
czytała mi mama, o ojcu nie wspomnę. Jedna z największych traum mojego
dzieciństwa to dzień, w którym okazało się, że przeczytałam wszystkie
książki dostępne w filii Biblioteki Miejskiej, czyli Bibliotece dla
Dzieci i Młodzieży. Oczywiście wstydziłam się zapisać do Biblioteki
Miejskiej.
Matka opowiadała, że dawniej ojciec był inny, że bardzo ją kochał. Ale
pojawiły się dzieci i było coraz gorzej. A ja zadawałam sobie pytanie,
po co się urodziłam. Przecież gdybym nie przyszła na świat, jej byłoby
lepiej. Po co się urodziłam, skoro miało mnie nie być?
Była dla mnie wszystkim. Była święta, najlepsza, najukochańsza. Przez
kilkadziesiąt lat mojego życia nie widziałam w niej żadnej wady,
słabości, niedoskonałości. Oprócz jednej. Była gruba. Wstydziłam się, że
jest gruba. Czułam się winna, że tak o niej myślę, że się jej wstydzę,
ale nie mogłam przestać.
Ojciec zdradzał ją nieustannie. Był przystojny, uroczy i uwodzicielski,
świetnie tańczył. Kobiety za nim szalały. Kiedyś, jeszcze jako mała
dziewczynka, zapytałam matkę, dlaczego nie schudnie, dlaczego tak dużo
je. No, wiesz. Są kobiety do kochania i takie jak my - do jedzenia.
My.
Jak ja jej za to nienawidzę.
Podobno gdy byłam mała i jeździliśmy na wieś, babcia krzyczała na matkę:
Zamorzysz ją! Bo w porównaniu ze starszymi braćmi byłam chuda jak
szczapa. Nic takiego nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że byłam gruba.
Zawsze uważałam, że jestem gruba. Zawsze. Jest to jedno z najwcześniejszych i najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa, a przecież
niewiele pamiętam. Tym bardziej dziwne jest, że pamiętam, iż jako
dziecko nie mogłam wziąć do ust nic tłustego. Nawet z bezcennej,
zdobycznej szynki wykrawałam tłuszczyk, bo nie dałabym rady go
przełknąć. Na nielicznych zdjęciach z dzieciństwa i młodości jestem
szczupłą dziewczynką, dziewczyną, kobietą. W ogóle tego nie wiedziałam i nie widziałam. Teraz już wiem, że byłam szczupła, smukła, zgrabna.
Jednak od lat borykam się z otyłością.
Zdaniem matki największą zbrodnią, najgorszym grzechem był seks. Owszem,
były inne niedobre rzeczy, ale seks był gorszy niż pijaństwo, bicie,
przekleństwa. Nie pozwoliła mi odkrywać mojej kobiecości. O seksualności
nie wspomnę. Pamiętam, jak prowadząca zajęcia z socjologii na gender
studies poprosiła, żebyśmy napisali na kartkach odpowiedź na pytanie:
Kim jestem? Wzięłam do ręki długopis i od razu napisałam: Jestem
kobietą. Po czym natychmiast to przekreśliłam i naskrobałam: Jestem
człowiekiem. A miałam już wtedy trzydzieści parę lat.
Zabrała mi dzieciństwo. Oboje mi zabrali, oczywiście ojciec też.
Traktowała mnie jak dorosłą osobę, chociaż nią nie byłam. Sprawiła, że
przez całe życie czułam się odpowiedzialna za nią i jej pozostałe
dzieci. Nigdy nie byłam na pierwszym miejscu, zawsze ktoś inny był
ważniejszy. Bo wagarował, bo nie był/nie była taki zdolny/zdolna jak ja
i miał/miała kłopoty w szkole, bo pił/piła, bo taki biedny/biedna, bo
mnie się tak powodzi, a im nie.
Ciągle się bałam, że umrze. Ciągle chorowała. Zawał serca przed
czterdziestką. Oprócz chorego serca - usunięty pęcherzyk żółciowy i ciągłe ataki wątrobowe. Nadciśnienie i cukrzyca typu 2. Z obżarstwa.
Bielactwo i inne choroby skóry. I cr?me de la
cr?me -
chłoniak twarzoczaszki. Co prawda już wtedy byłam dorosła, ale przez
dziesięć lat na stałym kontrakcie opiekunki. Rzygałam onkologią na
Ursynowie, chociaż to matka rzygała chemią. Ale niech mi ktoś powie: ile
można wytrzymać? Więc pozwolę sobie zacytować Bogumiła z Nocy i dni:
"Na czyje siły, na czyj rozum obliczone jest życie?".
Zabrała mi dzieciństwo i młodość, i kawał dorosłego życia. Wnikała we
mnie niepostrzeżenie i nieustannie. Myślałam jak ona, robiłam jak ona,
byłam jak ona.
Wracała do domu po serii wywiadówek i opowiadała: U jednego umieram ze
wstydu, bo zdolny, ale ciągle wagaruje, u drugiego - wstyd, bo się nie
uczy, nie odrabia pracy domowej - głąb, a najmłodsza - urocza, lubiana
przez wszystkich, ale żadnych postępów - też głąb. Wchodzę do twojej
klasy, słucham i nie wiem, o kim mówi wychowawczyni. Zdolna, ambitna,
pilna. Przecież to niemożliwe. Przecież to nie może być moje dziecko.
Dlaczego jej nie uwierzyłam? Dlaczego nie usłyszałam, że nie jestem jej?
Dlaczego nie uwolniłam się od niej?
Manipulowała nami. Czwórką swoich dzieci. Pewnie ojcem też chciała, ale
się nie dał. Poszedł w wódę, w baby, w hazard, w pozorną wolność od niej
i od nas.
Polaryzowała, stawiała nas po przeciwnych stronach. Dwa bieguny - ja,
wzorowa uczennica, grzeczna, posłuszna, dobre dziecko. I reszta. Ci
gorsi. Ci nieudani. Dwóch starszych braci i młodsza siostra.
Oni się buntowali. Wierzgali. Wybrali fatalnie, ale nie dali się jej
uwieść. Siostra, jak już wspomniałam, zapiła się na śmierć. Bracia
wegetują na krawędzi. Obaj piją. Jeszcze żyją, a raczej wegetują, ale
nie mam z nimi kontaktu od wielu lat.
Dlaczego ja się nie zbuntowałam? Dlaczego dałam się uwieść? Dlaczego
pozwoliłam jej ukraść moje życie?
Minęło ponad pół wieku i nie znalazłam odpowiedzi na te pytania. Raz
nienawidzę za to siebie, innym razem jej.
Mam głowę pełną wiedzy o mechanizmach uzależnienia i współuzależnienia.
O dysfunkcyjnych rodzinach. O trójkącie kat-ofiara-ratownik. Przeszłam
terapię dla DDA. Nie zaliczyłam. Terapeutka powiedziała, że powinnam
powtórzyć, więc się na nią obraziłam. I nie powtórzyłam. Byłam na
terapii indywidualnej i grupowej. Napisałam dziesiątki tysięcy
afirmacji. Chodziłam na warsztaty rozwojowe, kręgi kobiet, korzystałam z grup wsparcia. Przeczytałam mnóstwo książek. Trafiłam do Anonimowych
Żarłoków, żeby uporać się z otyłością.
Minęło wiele lat, zbyt wiele, zanim dotarło do mnie, że los ofiarował mi
całkiem niezły "pakiet startowy". Szkoda, że bez kodu dostępu.
Zdrowie, uroda, intelekt. Zdrowie - OK, uroda - raczej nie Miss Świata,
ale też nie radiowa, intelekt - szału nie ma, ale to i owo ogarniam.
Matura - pierwsza w rodzinie i to po obu stronach. O magisterium nie ma
co mówić. Studia podyplomowe? Po co, przecież masz dzieci, po ci to?
Trzy kierunki.
Gdy dzwoniłam do niej szczęśliwa, że się dostałam na kolejne studia albo
zdałam kolejny egzamin, ona opowiadała, jaka jest nieszczęśliwa, bo
jeden z jej synów lub młodsza córka odstawili kolejny numer. Kolejny
"wyczyn", przy którym mój sukces nie miał znaczenia. Po co się cieszyć
tą, której znowu się udało?
Moja matka umarła dwa lata temu. Nic nie czułam. Ani smutku, ani ulgi.
Jak mogłabym pozwolić sobie poczuć?
Nie chodzę na cmentarz, nie pamiętam o rocznicach. Czasami zawstydzają
mnie moje dzieci, a jej wnuki, dla których była cudowną babcią i z którą
mają mnóstwo dobrych wspomnień.
A ja jestem mistrzynią wyparcia. Przecież byłam uczennicą prawdziwej
mistrzyni.
Jednak czasami pozwalam sobie usłyszeć własne pragnienie - chcę, żeby
umarła we mnie.
* * *
Katarzyna: Przytoczyłyśmy na początek
zwierzenie Basi, która zdana była tylko na matkę. Długo nie docierało do
niej, co może oznaczać tak głęboka zależność. Jeśli ma się świadomość,
że relacja z mamą nie jest zdrowa, i się matkę odpuszcza, nie zabiega o jej względy, bo można się oprzeć na innych, jak ja miałam tę szansę - to
jeszcze pół biedy. Ale moja pacjentka nie znalazła podpory, choć
paradoksalnie sądziła, że ma ją w mamie. Ojciec był alkoholikiem. Matka
źle o nim mówiła i chroniła przed nim, lecz jakoś się z nim nie
rozstała. Narzucała taką interpretację rzeczywistości, że tatuś jest nie
w porządku, ale ona - mamusia - święta. A córka ufała jej, łączyła z nią
całą nadzieję i sens życia. Przyniosło to straszne rezultaty, bo cudowna
dziewczyna, o świetnych potencjałach i umiejętnościach, całkiem się z matką zrosła. A ponieważ rodzeństwo dziewczyny poszło w ślady ojca, to
matka, klasyczna matka alkoholików, tym bardziej przywarła do jedynej
trzeźwej córki.
Rodzi się pytanie: Kto dla kogo był oparciem i schronieniem? Niedawno
rozmawiałyśmy z Basią i po kilkunastu latach przyznała, że gdy
powiedziałam jej kiedyś na terapii, że nie tylko ojciec był nie w porządku, ale i matka, to mnie znielubiła. Iluzja matki była dla niej w jakimś sensie wygodna. Ponieważ jednak Basia od lat pracuje nad sobą,
rozumowo przyznaje już: "Prawdę mówiąc, to matka mnie bardziej
zniszczyła tym wiszeniem na mnie, zabrała mi całą mnie dla siebie".
Anna: Barbara pozostała przy matce i długo
czekała na jej miłość, dlatego potem, w terapii, musiała pójść okrężną
drogą. Ty, o ile wiem, odwróciłaś się od swojej mamy. I gdy porównać te
sytuacje, twój wybór odwrócenia się, postawienia na siebie wydaje się
sensowniejszy.
Katarzyna: Oba systemy radzenia sobie w tej
sytuacji są destrukcyjne, bo z taką matką nic się nie da zrobić. Ona się
nie zmieni. Każda z form "obsługi" tej sytuacji prowadzi do destrukcji.
Znacznie więcej kobiet zabiega o matkę. Mamusia mojej nieświadomej
klientki grała rolę biednej, słabej, zmęczonej, takiej, co to dziecko
przychodzi i mówi: "Mamusiu, co ja mogę dla ciebie zrobić? Nie płacz".
Anna: Odrażające.
Katarzyna: Ale ona, ta matka, robi to, dlatego
że pewnie sama oberwała od swojej matki jeszcze bardziej niż jej dziecko
od niej. Kiedy mówisz: "Odrażające", odcinasz się od tej sytuacji,
stawiasz się w sferze poza podejrzeniem, na lepszym gruncie. Ocena
pozwala ci nie przeżywać, pozwala ci opuścić zarówno ofiarę, jak i kata.
Natomiast odkąd zaczynasz wiedzieć, dlaczego matka tak robi, to musisz
współczuć zarówno tej matce, jak i córce. I tego współczucia potrzeba
ogromnie dużo. Przytoczę cytat z książki Jasmin Lee Cori Matka
niedostępna emocjonalnie: "Pewnie zauważyłaś, że głębia twojego bólu
jest dla wielu krępująca"1. Ludzie się krępują i ty się
krępujesz, dlatego się odcinasz.
Anna: Może jest w tym ciągle skrępowanie za
moją matkę.
Katarzyna: Przecież większość matek - nie
tylko dysfunkcyjne, ale i wystarczająco dobre - robi rzeczy dla dzieci
bardzo bolesne. I nie mogą tego nie robić, bo taki jest spadek, który im
przypadł po własnych matkach. Nawet tym z sympatycznych, ciepłych,
niepatologicznych i niedestrukcyjnych rodzin. A większość tzw. dobrych
rodzin ma w sobie spore pokłady patologii, tylko bardzo starannie dla
siebie i innych ukrytej. Jak u mnie. Co z tego, że udały się mojej matce
inne rzeczy w życiu: powodzenie, satysfakcja zawodowa, status z szansą
na eleganckie życie, towarzystwo złożone z elity, wyjazdy, otaczanie się
pięknem również przedmiotów. Co z tego? I tak się skręcała i była
nieszczęśliwą osobą. Jeszcze tym bardziej starała się podtrzymać
nienaganny wizerunek.
Anna: Tu jest, za przeproszeniem, pies
pogrzebany: z pozoru dom jest idealny, z całą pewnością nie jest
totalnie patologiczny, a jednak dla dziecka, a zwłaszcza dziewczynki,
dzieją się rzeczy złe, a przynajmniej niekorzystne.
Katarzyna: To, co na zewnątrz udaje się matkom
zdobyć i osiągnąć, nie przenika do środka, do wnętrza, wymagającego
ukojenia. Wizerunek nie leczy duszy. Lecz ludzie tego nie chcą za
cholerę zobaczyć, bo musieliby zrewidować patrzenie na samych siebie.
Dotarłoby do nich, że radzą sobie z bólem swojego nieukochanego
wewnętrznego dziecka w ten sposób, że budują własny mit i wizerunek jako
udanych dorosłych ludzi, a jednocześnie ukrywają to wewnętrzne dziecko.
Jeśli ktoś przychodzi ze swoim dziecięcym nieukochaniem na terapię w wieku czterdziestu lat, ma szansę z wielkim pożytkiem dla dalszego swego
życia zająć się tym wewnętrznym dzieckiem. Żeby nie było tak szalonego
rozziewu między wnętrzem a zewnętrzem. I to jest clou wszystkiego: żeby
nie tkwić w klinczu, że "jeśli moja matka mnie nie kochała, to ja się
nie nadaję do kochania".
Ja też się tak czułam, stale krytykowana: jakie ty masz włosy, jak ty
chodzisz, a masz krostę - słyszałam. Bo matce było źle z tym, że ja nie
byłam wytworem jej projekcji.
Anna: A gdybyś była?
Katarzyna: Gdybym była idealną nią - albo by
mnie znienawidziła i chciała zniszczyć, albo by we mnie weszła, jak w to
przedłużenie siebie, czyli by mnie wyjadła od środka, żebym ją
firmowała.
Za: J.L. Cori, Matka niedostępna emocjonalnie. Jak rozpoznać i wyleczyć niewidzialne skutki zaniedbania w dzieciństwie, przeł. K. Iwańska, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2020. [wróć]
Judith Arcana, amerykańska pisarka, feministka i aktywistka m.in. na
rzecz sprawiedliwości reprodukcyjnej, wykładowczyni na studiach
kobiecych i magister nauk o kobietach, jedną ze swych książek
zatytułowała What if your mother [A jeżeli twoja matka], inną Our
Mothers' Daughters [Córki naszych matek]. Rozmawiała przy tej okazji
ze stu dwudziestoma kobietami. Większość z nich deklarowała, że
chciałaby postępować w życiu całkiem inaczej niż ich matki, a jednocześnie idzie tą samą drogą, czyli powiela schemat matczynych
zachowań. Ale to stanowi jedynie potwierdzenie wszystkiego, o czym
mówimy. Natomiast pojawia się tam bardzo interesujące pojęcie:
daughterhood, czyli w wolnym tłumaczeniu "córkostwo".
* * *
Katarzyna: Rzadko kiedy kobiety, wymieniając
role społeczne, jakie pełnią, mówią o, jak to nazwałaś, córkostwie. Są i czują się żonami i matkami, co - jak wielokrotnie wspominam - mocno leży
im na sercu. Bardzo chcą się w tym nie tylko spełnić, ale także
sprawdzić. Swego córkostwa kompletnie sobie nie uświadamiają.
Anna: Wydaje mi się jednak, że znamy
przynajmniej jedną córkę bardzo świadomą, która już dawno odważyła się
opowiedzieć o matce szczerze i bez retuszu, ze swojego, czyli córki,
punktu widzenia. Wymagało to tym większej odwagi, że matka dopiero co
zmarła, a już za życia była legendą. Mam na myśli Agatę Passent, która
ponad dwadzieścia lat temu powiedziała publicznie, że Agnieszka Osiecka
artystką była wielką, ale jako matka nie w każdej sytuacji umiała się
sprawdzić.
Katarzyna: Pamiętam, dla mnie to było
poruszające.
Anna: I poruszyło opinię publiczną, gdyż część
ludzi uznała, że skalany został obraz poetki, ale też nienaruszalny
wizerunek Matki.
Katarzyna: Ciekawe, co Agata powie o tym
dzisiaj. Sama jest już matką.
Anna: I minęło ładnych parę lat.
* * *
Katarzyna: Agata, jak ci się wydaje: czy twoja
mama była szczęśliwa?
Agata: Była niezwykle inteligentna, a nie znam
żadnej osoby inteligentnej, która byłaby szczęśliwa. Bo z racji
przenikliwości widzi w życiu i na świecie nie tylko zalety, lecz także
braki. I druga sprawa: Agnieszka lubiła gonić króliczka, jak mówią słowa
jej własnej piosenki, a szczęście traktowała na sposób Czechowa, jako
coś, czego nie ma, a za czym się uganiamy. Była, można powiedzieć,
przeciwniczką stoicyzmu, buddyzmu i zen. Nie potrafiła się ograniczać,
wciąż czuła potrzebę doświadczania nowych doznań, poznawania nowych
ludzi, zawiązywania nowych przyjaźni. Było w tym wieczne nienasycenie.
Ono wpływało na jej rozwój, ale jednocześnie przyczyniało się do
poczucia zagubienia i osamotnienia.
Anna: Odnoszę wrażenie, że masz dziś wobec
mamy dużo więcej empatii niż kiedyś.
Agata: Bardziej poznaję moją mamę przez te
ponad dwadzieścia lat, które upłynęły od jej śmierci, niż za jej życia.
Nasza znajomość przecież trwa. Natomiast nie jest to znajomość wyłącznie
intymna. Uczestniczą w tym teraz miliony czytelników, a mama, jak każda
pisarka, poddawała się autokreacji. Jest wiele Agnieszek.
Katarzyna: A jaka była tylko dla ciebie, jako
mama?
Agata: Moi rodzice wcześnie się rozwiedli,
toteż najlepiej poznałam ją jako mamę dochodzącą. Wcześniejszych
wspomnień z mamą jako partnerką udomowioną mam raczej mało. Mama kochała
mnie, lecz nie była typową matką Polką, a raczej menedżerką, która
potrafiła zarządzać i dystrybuować swoje powinności macierzyńskie. Pod
ręką byli babcia, mąż, czyli mój ojciec, i niania. Nie mam takich
wspomnień z dzieciństwa, gdzie jestem oprana, na siłę karmiona
("futrowana"), że ktoś mi podtyka pod nos zupki, łakocie, nie pozwala
wychodzić na podwórko czy plac zabaw bawić się z dziećmi. Matka wolała
pokazywać mi świat, niż mnie przed nim chronić, sama nie chowała mnie
pod kloszem, bo ona uważała, że świat jest straszny, ale i ciekawy. Dużo
podróżowałyśmy - blisko nad Świder pod miasto i dalej - nad Bałtyk, do
Wenecji śladami filmów Viscontiego. Nigdy nie odrabiała za mnie lekcji,
nie chodziła do szkoły walczyć z nauczycielkami, ale życie naukowe i edukacja to był jeden z jej priorytetów - miała pokaźną biblioteczkę,
czytała zwykle dwie, trzy książki jednocześnie. Rozmawiałyśmy o lekturach, czasem pomagała mi uczyć się historii, ale nigdy klepać bez
sensu na pamięć. Wpoiła mi różne wartości, które nadal są ważne: liczy
się to, co w sercu i w głowie, a nie rzeczy, nie wygląd, nie fryzura na
głowie. Dzieliła się pieniędzmi, pożyczała auto koleżankom, pomagała
internowanym znajomym, miała poglądy polityczne i mówiła ze mną o nich.
Świadomie unikała rozmów o duperelach typu "czy ziemniaki już
dogotowane". Wolała mówić o tym, jak się czuję, co w moim życiu się
dzieje.
Katarzyna: A jak ci się podoba ta wersja
matkowania? Jak to widziałaś, gdy dorastałaś?
Agata: Kiedy byłam mała, nie podobało mi się
wiele rzeczy w naszym domu i życiu, ponieważ wtedy jeszcze bardzo
chciałam być podobna do wszystkich i mieć jak inne dzieci, a moja
rodzina generalnie odbiegała od wzorców z tamtych czasów. I nawet
aspekty, które z perspektywy doceniam, na przykład, że mieszkaliśmy w segmencie w Falenicy, obok lasu, a nie w klitce z wielkiej płyty z ciemną kuchnią, też wtedy mi nie pasowały, bo chciałam mieć jak
koleżanki i ciągnęło mnie do dużych blokowisk. Brakowało mi pewnych
zachowań u mamy, na przykład, że nie odbierała mnie codziennie ze
szkoły, nie było obiadów i ani jedzenie, ani celebrowanie posiłków nie
odgrywało w naszym życiu ważniejszej roli. Przeszkadzało mi też, że mama
ma obok siebie innych ciekawych ludzi, nie tylko mnie. Czyli moje
narcystyczne czy egoistyczne potrzeby dziecka nie były zaspokojone. Nie
miałam wyłączności, a nie doceniałam jeszcze, że moja matka zna różne
nietuzinkowe osoby. Rodzice byli zwolennikami przedszkola, za którym
zaczęli się rozglądać, podejrzewam, jak tylko zaczęłam się pionizować. I pamiętam ten pierwszy dzień w przedszkolu jako autentyczny koszmar: to
rozstanie z moją nianią, które oni jeszcze podkręcili jako wydarzenie
przez fakt, że poszli ze mną oboje, jak mało kiedy. Parokrotnie potem
ojciec opowiadał, że krzyczałam na ulicy: "Ludzie, ratunku, gdzie oni
mnie prowadzą". Oczywiście przedszkole na drugi dzień pokochałam, a nawet podobno interesowałam się wymianą walut i bonów, o której panie
przedszkolanki widocznie rozmawiały na korytarzu lub przy piaskownicy.
Anna: Nie: "Mamooo" czy "tatooo", tylko
"ludzieee"...?
Agata: Widać wcześnie byłam prospołeczna.
Zresztą szybko polubiłam przedszkole. Ale w szkole znów miałam matce za
złe, że nie odrabia ze mną lekcji, a prawdziwa mama powinna odrabiać
nawet za dziecko. Nie robiła moja matka robótek, więc nie miałam pomocy
na ZPT (zajęciach praktyczno-technicznych), kiedy zadano nam gobelin.
Nieporadność mojej mamy doprowadzała mnie do rozpaczy. A przecież nie
kumałam, jako ośmioletnia dziewczynka, że matka fantastycznie potrafi
tkać, ale wiersze.
Katarzyna: Na odcinku ZPT zawiodła.
Agata: Ale właśnie ta tzw. mała motoryka,
czyli nieporadność manualna, jest czymś, co można odziedziczyć, i tutaj
duży mój żal, bo też jestem tym obciążona. Żałuję, że nie mogę się
uspokajać, robiąc na drutach. Nieporadność mamy wiązała się też z buchalterią. Nie ma gorszego subiekta do sklepu Wokulskiego niż
Agnieszka Osiecka. Rachunki, pisma z banku czy urzędu - to wszystko było
jej obce i umiejętnie spychała te sprawy na tatę i na koleżanki.
Katarzyna: Wiesz co, w sumie fajne masz
wspomnienia.
Agata: Mama była geniuszką, co miało oczywiste
zalety, wbrew temu, co się zwykle uważa, że życie z geniuszem wtłacza w kompleksy, przygniata. Nie jest tak. Bo wprawdzie nie lepi geniuszka
pierogów, ale można porozmawiać o życiu i o literaturze. Pamiętam jak
dziś, że rozmawiałyśmy o twórczości Apollinaire'a, bo matka go ceniła.
Taka osoba jak moja mama traktuje dziecko nie jako dziecko i na pewno
nie jako swoją własność. Dopiero
jako dorosła kobieta i matka zrozumiałam, że Agnieszka była całkiem inną
matką niż ówczesny standard w Polsce. My mamy ten model
słowiański, że dziecko jest własnością rodziców, kobiety twierdzą, że
robią sobie dzieci dla siebie i w efekcie mamy dwa miliony matek
samotnie wychowujących. A mężczyźni mówią: urodziła mi, dała mi dziecko.
Nieszablonowe macierzyństwo, ale zawsze czułam się słuchana, atrakcyjna,
mama mówiła mi, że jestem fajną, mądrą dziewczyną, czytała moje utwory
szkolne, rozmawiała ze mną o mężczyznach, również moich. Jak zaczęłam
chodzić na randki, nie trzeba się było kryć z życiem seksualnym. Mama
pytała o chłopaków i to były wprost rozmowy: Jak w łóżku? Czy jest
czuły? Oczywiście antykoncepcja również była normalnym tematem. Mama
była emerytowaną sportsmenką. Przykładała się do kariery pływackiej. Ja
też poszłam wcześnie w sport i ten sport do dziś mi bardzo pomaga,
również psychicznie, i mama bardzo mnie w tym wspierała. Ale bez
ciśnienia, bez parcia do współzawodnictwa. I z ogromnym wdziękiem mi
kibicowała: coś tam czytała, wertowała, a jednym okiem zerkała na mnie.
Ojciec natomiast mnie czasem krytykował po meczach czy treningach, a to
niedopuszczalne, żeby rodzic komentował. Święci są trener i trenerka,
rodzice tylko wspierają.
Matka interesowała się moim życiem towarzyskim, nie tworzyła dystansu z moimi znajomymi, chociaż była wtedy u szczytu popularności nie tylko w Polsce. Ale nie była celebrytką. Wspólnie wyjeżdżaliśmy na różne wypady:
mama i moje koleżanki albo mama i koledzy. Interesowali ją wszyscy
ludzie, więc była ciekawa także moich przyjaciół. Była to ciekawość nie
tylko pisarki. Ona była chorobliwie empatyczna i wrażliwa. Zawsze
odmładzała grono swoich znajomych, nie zamykała się wśród rówieśników,
co stanowiło problem dla jej koleżanek, porzucanych dla młodszych, a i dla facetów, porzucanych dla młodszych. Nie została do końca życia w gronie STS-u, rozwijała się w różnych kierunkach, otaczała ciekawymi
osobami, które ją inspirowały. Wystarczyło, że ktoś powiedział o fajnej
szkole filmowej w Łodzi, to ona zaraz: "A to ja tam zdam". I weszła w nowy krąg sztuki i w nowe środowisko, wyrwała się z kręgów warszawskiego
dziennikarstwa. Nie została reżyserką, nie dla niej było wielogodzinne
wyczekiwanie na chmurę deszczu na planie, skoro w tym czasie mogła
napisać kilka wierszy. Ale po raz kolejny zrobiła przeskok i poznała
inny kawałek świata.
Anna: Z perspektywy bardzo doceniasz zalety
bycia córką swojej matki.
Agata: Z perspektywy uważam, że przecenia się
wpływ matki na dziecko. Wychowywała mnie i nadal to robi - bo cały czas
charakter i osobowość mi się formuje, zmienia - duża grupa ludzi. Matka
jest tylko jedną z kilkudziesięciu osób, które były ważne. Doceniam
zalety rodziców i doceniam ich wady - bo braki też nam dużo dają. Na
przykład przeszkadzała mi matki uległość. Nie była rodzicem stanowczym,
nie szła za mną jak w ogień, kiedy trzeba było, jak to w tamtych
czasach, coś z kimś załatwić. Do końca życia, kiedy osiągnęła naprawdę
bardzo dużo, bywała ofiarą. Wkurzało mnie to niesamowicie. Była łagodna,
nigdy nie walnęła pięścią w stół, jeśli sytuacja tego wymagała. Gdyby na
konferencji w Jałcie występowała w naszym imieniu, wszystko by nam
zabrali. I ta jej cecha bardzo mi się nie podobała. Na szczęście mój
tata jest bardziej asertywny i uzdolniony biznesowo.
Katarzyna: Wiedziała, z kim mieć dziecko.
Agata: To możliwe, że bardzo zaplanowała tę
ciążę. I to akurat się chwali. W sprawach zawodowych, gdy chodziło o jakiś teatr, potrafiła zawalczyć i pokazać upór, ale we własnych
sytuacjach - nigdy. Pojechałyśmy do Telewizji, żeby wziąć udział w programie o spektaklu telewizyjnym mamy. Podjeżdżamy na Woronicza, a tam, jak to w tych czasach i dziś też zresztą - portier i szlaban. Facet
nie otwierał. Zamiast zacząć trąbić albo pójść i ostro wyjaśnić panu,
kto tu jest i po co, ona siedziała ulegle w samochodzie i w rezultacie
zawróciła. Nie poszła tam. I to nie na zasadzie ostentacji. Nie
wpuszczają to nie, i już. W Białej bluzce jest taki wątek ubiegania
się o paszporty. Bo to były czasy ludzi-petentów. I w niej też coś
takiego siedziało. W relacjach z mężczyznami także, i to mnie drażniło.
Zamiast się faceci cieszyć, że mają przy tej geniuszce swoje piętnaście
minut, to ona się za nimi uganiała.
Katarzyna: Głód miłości.
Agata: Pewnie tak, zważywszy, jaka była
babcia, Maria Osiecka. Ona też kuchnię omijała szerokim łukiem i miała
kłopoty z werbalizowaniem uczuć. Przecież nasze babcie rodziły się w czasach, gdy grzeczna panienka siedziała z buzią w ciup, a jeśli coś
mówiła, to co najwyżej zgrabną anegdotkę o spacerku na rydze. Ja dopiero
całkiem niedawno dowiedziałam się, że to właśnie babcie słyną z dokarmiania wnuków. Bo moja babcia głównie paliła papierosy i jadała to,
co jej gosposia podsunęła.
Z biegiem lat rozkręcał się też mamy alkoholizm. Początkowo nie
przybierał mocnych form i ja długo nie miałam świadomości, że coś jest
na rzeczy. Widywałam się z mamą weekendową, na ten czas ona trzymała
trzeźwość. Jeszcze dawała radę. A też bardzo się starała okazać mi, że
jestem dla niej ważna, bo nigdy nie odczułam, że moja matka mnie nie
kocha. Może była nieporadna, inna, nietypowa, pewnie nie miała wzorców
wartych powielenia.
Picie mamy narastało powoli. Nie było cugów i ciągów, bardziej
przyjmowało to picie postać gąsienicy, czyli codziennego popijania.
Absolutnie nie mogłabym powiedzieć, że w pierwszych latach mojego życia
miałam matkę nietrzeźwą. Była nieobecna z powodów zawodowych, miłosnych,
ale nie z powodu alkoholu.
Ciosem dla mnie było rozstanie rodziców, przeżyłam je ogromnie. Nie tyle
dlatego, że się rozpadła rodzina, bardziej dlatego, że mój ojciec został
ofiarą. Mama odeszła, ale osobiście nie odczułam tego zbyt mocno,
ponieważ już wcześniej nie miałam jej na co dzień, powiedzmy: nie
narzucała mi się i bardzo jej za to dziękuję. Natomiast zobaczyłam
zdruzgotanego porzuconego mężczyznę, mojego ojca. Po latach jestem mu
wdzięczna, że jest mężczyzną, który ma uczucia i je pokazuje. Ale wtedy
to było ciężkie dla dziecka, które oczekuje od ojca rycerstwa, a nie
łez. Ostatecznie dało mi to - wbrew pozorom - cudowny wzorzec męski. Że
mężczyzna może się przyznać, że miłość do żony i rodzina są
najważniejsze. Moim udziałem była rozpacz z powodu ojca i chęć odwetu na
matce za ojca. Stałam się córeczką tatusia.
Katarzyna: A byłaś przez to łagodniejsza dla
mężczyzn?
Agata: Myślę, że za mało się pisze o tym, jak
trudno jest kobietom, które miały fajnych, fantastycznych ojców. Efektem
było rozczarowanie, że od innych mężczyzn nie można dostać tego
wszystkiego, co potrafi dać mój tato. Uczciwy, partnerski,
odpowiedzialny, gotujący, piorący, zawodowo spełniony. U mnie to matka
wycofała się z umowy, że jesteśmy rodziną.
Anna: I to był pierwszy powód, by mieć do niej
żal?
Agata: W połowie liceum zorientowałam się, że
mama pije. Początkowo mnie to drażniło, bo mama zawalała przez to wiele
spraw naszych wspólnych, a ja oczekiwałam traktowania fair.
Zorientowałam się dość szybko, że alkoholicy kłamią, mama potrafiła nie
przyjść na spotkanie albo była podchmielona, albo po bibce. Ja się
orientowałam, że ona piła, mówiłam to, a mama oczywiście zaprzeczała. I wtedy pojawił się inny problem, że ja widziałam, co się dzieje, czyli
chorobę, a inni nie. I jeszcze ją wypierali: ojciec, przyjaciele,
współpracownicy. Takie były czasy, że uchodziło picie, nawet było
wskazane, a jeszcze w świecie artystycznym! Byłam więc tą złą córką,
która coś demaskuje, i czułam się osamotniona, bo jak mówiłam o problemie mamy, to inni nie reagowali, jakbym mówiła o UFO. Latającym.
Czułam samotność i wściekłość. Najpierw starałam się intensywnie mamę
ratować, kierować na jakieś leczenie, a później ratowałam głównie
siebie.
Katarzyna: I bardzo słusznie.
Agata: Ale to nie znaczy, że obrazy
nietrzeźwej matki zniknęły. I to spowodowało we mnie taką zmianę na
bycie Zosią-samosią. Skoro ona nie jest zdolna dla mnie rzucić wódki -
bo tak dziecko kombinuje, zanim się dowie, że alkohol rzuca się dla
siebie - odwracam się i skupiam na realizacji swoich celów. Zamieszkałam
w Stanach, tam się kształciłam, tam miałam znajomych. Jak mama do mnie
przyjechała, była już mocno pijąca, sprawiła mi kilka ogromnych
przykrości, ponieważ była pijana przy moich koleżankach. Miałam więc
trudny wybór: jak się zachować z pijanym rodzicem w kawiarni? Udajemy,
że nic się nie stało, czy oczekujemy od koleżanek empatii i zrozumienia,
że może moje życie potoczyłoby się lepiej, gdyby nie pijąca matka, i dalej zwalamy na to wszelkie niepowodzenia? Czy ją taszczymy z lokalu?
Sytuacja co najmniej niezręczna. Zrozumiałam, że jeśli nawet podczas
wizyty, krótkiej i po wielu latach, nie potrafi się powstrzymać - to
sprawa jest przegrana. Wtedy docierało to też już do jej przyjaciół i bliskich. To, że w końcu oni uznali problem, wiele mi dało, bo okazało
się, że ja nie zwariowałam. A potem kolejnym problemem był brak chęci
mamy do leczenia. Każdy ma prawo do samozagłady, nie istnieje żadne
prawo pozwalające bliskim zadbać o leczenie bez zgody chorego.
Katarzyna: Przymus daje zresztą efekt
odwrotny. Jeszcze bardziej pijący chce pić, gdy mu się tego zabrania.
Agata: To był dla mnie drugi cios, że będę
tylko biernym obserwatorem samozagłady, że taka wyjątkowa osoba nie da
sobie pomóc. Już wtedy w Stanach chodziłam na terapię, potem w Polsce
też. Bardzo dużo mi to dało, po pierwsze uświadomiłam sobie, jak ogromny
i powszechny jest to problem, skoro co drugi człowiek w Polsce ma
pijącego, uzależnionego w rodzinie. Wujka, dziadka, matkę. To mi
pomogło. To była terapia grupowa, co jest najlepszą jej formą, moim
zdaniem.
Katarzyna: Moim też.
Anna: Opowiedziałaś o mamie już wtedy, pod
koniec lat dziewięćdziesiątych nie według przykazania: O mamie - tylko
dobrze albo wcale, lecz z niespotykaną w Polsce szczerością. To był
efekt tej amerykańskiej terapii?
Agata: To jest w zasadzie pytanie o hipokryzję. A ja wyszłam z domu niepruderyjnego, w którym rozmawiało się
o problemach. Nie byłam też uczona czołobitności wobec autorytetów. Za
każdym wielkim człowiekiem, czy to jest rabin, czy polityk, czy poeta,
jest jego cień. To stanowi pakiet. Ludzie mają prawo do wad, słabości, a alkoholizm jest straszną chorobą. Poza tym ja nie chodziłam na religię,
toteż nie został mi wtłoczony obraz matki jako świętej. Mówię szczerze,
jej Dzienników nie cenzurowałam. Dzieci alkoholików mają swoje traumy,
ale nie mogą one być naszą wymówką. Matki nie potępiam. Sama bardzo
pilnuję swej relacji z alkoholem. Sporadycznie piję. Nigdy nie
"załatwiam" spraw "zapijaniem" - np. nie popijam dla odwagi czy dla
zapomnienia. Dziś widzę szerzej, jak wiele mama mi dała. Dzięki terapii
mam też ogrom wiedzy na temat alkoholu, której moi rodzice i babcie nie
mieli. Ale co było złe - było złe. Nie da się zakłamać.
* * *
Katarzyna: Czuję duży szacunek dla Agaty, dla
jej otwartości, odwagi, niezależności, bezkompromisowości. Jest mi też
mocno bliska, bo obie byłyśmy córeczkami tatusia.
Anna: Ja też.
Katarzyna: Jesteśmy w klubie. Rzeczywiście
niełatwo takim kobietom znaleźć faceta równie fajnego jak ojciec. Ale
bardziej skupione jesteśmy na matkach - ciekawe jest zdanie Agaty, że
przecenia się wpływ matki na dziecko. Mówi ona, że matka jest tylko
jedną z kilkudziesięciu ważnych osób. Bardzo rozumiem, dlaczego ona tak
sądzi, miała takie życie, że na szczęście mała obecność matki
równoważyła się przez wpływy wielu wspaniałych osób. I Agata, jako
bardzo inteligentne dziecko, świetnie z tego skorzystała. Wzięła to, co
mogła, ale nie ma tego, czego wziąć się nie dało.
Anna: Warto zauważyć, że Agata spotkała tyle
ciekawych osób, ponieważ była córką tej właśnie matki. Również ojciec
został przez tę matkę wybrany.
Katarzyna: Jasne i fajne jest zdanie Agaty, że
dużo nam dają, jako dzieciom, i zalety, i braki rodziców. Matki uległość
i bycie ofiarą spowodowało, że Agata wie, czego nie chce. Dzieci
dojrzewając, dają sobie prawo do brania od rodziców tego, co im się
przyda. Tylko ubezwłasnowolnione dzieci biorą wszystko, co rodzice im
wciskają i pokazują.
I porusza mnie bardzo samotność Agaty w nazywaniu prawdy o nałogu matki
w naszym kochającym pozór społeczeństwie (czytaj: dulszczyzna).
Najważniejsze jednak, że Agata ma poczucie, że była kochana przez swoją
mamę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki