Prolog
Isabelle Marlowe uśmiechała się do świata,
maszerując tętniącą życiem, zatłoczoną ulicą Manhattanu. Nie mogła nic
na to poradzić. Wiedziała, że powinna zachować pokerową twarz i spokój
pantery, udawać, że wcale nie omdlewa na myśl o pierwszym dniu w nowej
pracy, ale po prostu nie była w stanie. Cieszyła się tak bardzo, że
miała ochotę piszczeć. Chyba każdy by tak reagował, prawda? W Nowym
Jorku wstał słoneczny lutowy dzień, zbliżała się wiosna, a Izzy za mniej
więcej trzydzieści minut miała oficjalnie zostać asystentką szefowej
redakcji w jednym z największych domów wydawniczych na świecie: Tale as
Old as Time Publishing. Nie mogła się doczekać.
Dotarła przed czasem. Nie chciała ryzykować spóźnienia, bo do Nowego
Jorku przyjeżdżała pociągiem aż z New Jersey, gdzie wciąż mieszkała w domu swoich rodziców. Dlatego, żeby zabić czas, przystanęła przed
wózkiem z gorącymi napojami naprzeciwko swojego nowego biura i kupiła
sobie drugi tego ranka kubek kawy. Jakimś cudem nie było kolejki.
- Dzień dobry! - zaszczebiotała. - Jestem Isabelle. Dla przyjaciół Izzy,
ale w pracy pewnie powinnam przedstawiać się jako Isabelle, tak będzie
bardziej profesjonalnie, prawda? W każdym razie...
- Kawy? - burknął sprzedawca.
- A! Tak, kawy, zdecydowanie. Poproszę. Z kapką mleka i bez cukru.
Dziękuję!
Podał jej kubek z ponurym mruknięciem, a ona odpowiedziała promiennym
uśmiechem. Nie odwzajemnił go, ale nie wzięła sobie tego do serca.
Upiła łyk. Dodał za dużo mleka, ale nic nie szkodzi! Rozejrzała się
dookoła. Może powinna pokręcić się trochę po okolicy, zobaczyć, co kryją
boczne uliczki, i poczekać, aż wybije dziewiąta. Gdy przyjechała tu na
rozmowę o pracę, była tak zdenerwowana, że nie zarejestrowała niemal
nic.
O proszę, księgarnia! O tej porze wciąż była zamknięta, ale Izzy
przejrzała książki na wystawie. Większość z nich już czytała. Właśnie
rzuciła pracę w księgarni, która zapewniała jej dostęp do wszystkich
najnowszych tytułów - i przyjemną zniżkę. Spróbowała zajrzeć głębiej
przez przyciemniane okna, żeby sprawdzić, co stało na najbliższych
stołach. Dostrzegła kilka nazwisk swoich ulubionych pisarek i pisarzy.
Te okładki rozpoznałaby wszędzie. Była też książka "Żyć inaczej". Izzy
odeszła z pracy w księgarni przed premierą, ale wprost nie mogła się
doczekać, by ją przeczytać. Nie była pewna, kiedy to się stanie -
starała się ściśle trzymać zaplanowanego budżetu, a w swojej bibliotece
była na jakimś sześćdziesiątym miejscu w kolejce. W takim tempie mogła
poczekać jeszcze parę dobrych miesięcy. Istniała możliwość, że złamie
się wcześniej i wyda skrzętnie odkładane pieniądze.
Wyciągnęła telefon z kieszeni, żeby sprawdzić godzinę, i zobaczyła
wiadomości od obojga rodziców.
Od taty:
Udanego pierwszego dnia, Isabelle!
I od mamy:
Powodzenia, kochanie!
Uśmiechnęła się do ekranu.
Dzięki!!! Już nie mogę się doczekać!
Wciąż mieszkała z rodzicami, ale już niedługo. Na razie jej pensja nie
zachwycała (chociaż cieszyła się, że w ogóle coś zarabia!), więc stary
pokój i dojazdy z New Jersey wydawały się najrozsądniejszym
rozwiązaniem. Nie przeszkadzało jej to - w końcu świetnie dogadywała się
z rodzicami. Poza tym była przekonana, że wkrótce znajdzie coś swojego.
Za dziesięć dziewiąta zdecydowała, że już czas skierować się do biura.
Zerknęła na swoje odbicie w szybie okna, wygładziła ulubioną niebieską
sukienkę i poprawiła poluzowaną wsuwkę we włosach. Stanęła przed
drzwiami wejściowymi biura Tale as Old as Time, cyknęła sobie selfie dla
rodziców i weszła do środka.
- Dzień dobry - rzuciła do ochroniarza z szerokim uśmiechem. - Jestem
Isabelle Marlowe, dziś mój pierwszy dzień.
Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.
- Cześć, Isabelle. Witamy na pokładzie. Zerknę tylko na twój dowodzik i wpuszczę cię na górę.
Po pobieżnej kontroli dokumentów i szybkim telefonie ochroniarz (który,
jak wyczytała na jego identyfikatorze, miał na imię Frank) pokierował ją
w stronę wind.
- Powodzenia! - rzucił na pożegnanie.
- Dziękuję! - Isabelle wzięła głęboki oddech i weszła do pierwszej
windy.
Gdy dotarła na miejsce, za drzwiami czekała na nią ciemnowłosa kobieta w okularach.
- Isabelle? Cześć, jestem Rachel. Miło cię wreszcie poznać osobiście po
tych wszystkich mailach. Marta przyjdzie później. Ja cię oprowadzę.
Nowa szefowa Izzy, Marta Wallace, była jedną z głównych redaktorek w TAOAT. Dziewczyna przyjęła wiadomość o jej nieobecności z pewną ulgą -
podczas rozmowy Marta wydała jej się strasznie onieśmielająca, co
utwierdziło ją w przekonaniu, że nie dostanie tej pracy.
Nie mogła uwierzyć, gdy kilka tygodni później zadzwonili do niej z działu kadr, i potrzeba było wielu maili, zanim przekonała się, że to
wszystko dzieje się naprawdę.
W tamtym czasie była pewna, że dostanie pracę w innym wydawnictwie.
Podczas stażu wzięła udział w programie mentorskim i podczas jednego ze
spotkań poznała Josephine Henry, redaktorkę w Maurice, która także była
czarna. Izzy zebrała się na odwagę i wysłała do niej mail z prośbą o kilka wskazówek. A Josephine zaoferowała jej znacznie więcej - zaprosiła
ją na kawę, potem na lunch i przekazała wiele cennych porad, jak znaleźć
pracę w branży wydawniczej. A gdy pojawił się anons, że w Maurice
szukają asystenta redaktor naczelnej, Izzy natychmiast wysłała
zgłoszenie. Była zdruzgotana, gdy nie dostała tej posady. Ale wkrótce
potem propozycja przyszła od Marty z TAOAT, a gorzki zawód przerodził
się w radość.
Izzy rozglądała się, gdy szły korytarzami, a z każdym krokiem jej oczy
robiły się coraz większe. Książki były dosłownie wszędzie. Od
dzieciństwa marzyła, by się nimi otaczać. Nie mogła uwierzyć, że ta
pasja doprowadziła ją aż tutaj.
Rachel pokazała na boks.
- To twoje stanowisko - oznajmiła. - A biuro Marty jest tam. - Wskazała
ciemne pomieszczenie nieco dalej.
W tym momencie minął je biały facet z burzą ciemnych włosów. Miał
okulary i marynarkę, którą nawet niewprawne oko Izzy oceniło jako
kosztowną.
- O, cześć, jesteś nową asystentką Marty? - zagadał, przystając.
Skinęła głową z uśmiechem.
- Hej, tak! Isabelle Marlowe, miło mi.
Spojrzał na nią znad okularów i odwzajemnił uśmiech.
- Gavin Ridley. Siedzę o tam - odparł, pokazując na stojące nieopodal
biurko. - Do niedawna asystent Marty, a teraz młodszy redaktor.
- Ojej, gratulacje!
- Dzięki. Gdybyś miała jakieś pytania albo potrzebowała rady, to wal
śmiało. Chętnie pomogę. - Pomachał do Izzy i ruszył do swojego biurka.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. Wszyscy, których dotychczas
poznała, wydawali się bardzo mili.
Rachel poklepała stertę dokumentów leżącą na biurku Izzy.
- Masz tu trochę papierologii, tymczasową przepustkę i kilka prezentów
na powitanie. Przebrnij przez to, a potem zajrzyj do mnie, to zrobimy ci
zdjęcie do przepustki i odbębnimy resztę formalności.
Izzy skinęła głową i zasiadła za biurkiem.
- Jasne. Dziękuję!
Wyjęła z torby swoje ulubione pióro i zaczęła starannie wypełniać
czekające na blacie formularze. Kiedy się z tym uporała, poświęciła
chwilę na przyjemności. Wzięła w ręce obszerną płócienną torbę z logo
Tale as Old as Time i uśmiechnęła się do niej promiennie. Nowa torba!
Oczami wyobraźni widziała już, jak w weekend zabiera ją do parku, a w niej swoje notatniki, długopisy oraz laptop, i pracuje nad powieścią,
którą zaczęła pisać miesiąc temu.
Sięgnęła do środka. Bidon, kubek na kawę i... o mój Boże, "Żyć inaczej"!
Od miesięcy nie mogła przestać myśleć o tej książce, a teraz tak po
prostu znajduje ją w torbie? Czyżby trafiła do magicznej krainy darmowej
literatury?
Uśmiechnęła się od ucha do ucha i wstała, żeby poszukać Rachel. Nowy
rozdział w jej życiu nie mógł zacząć się lepiej.
Rozdział pierwszy
Dwa lata później
W poniedziałkowy poranek Izzy weszła do
biura, pomachała przepustką ochroniarzowi i ruszyła do windy. Zerknęła
na wyświetlacz telefonu. Od kiedy opuściła stację metra, w jej skrzynce
przybyło trzynaście nowych maili. Z czego pięć od Marty. Te mogły
poczekać, aż dotrze do swojego biurka. I, jeśli dobrze pójdzie, wypije
przynajmniej połowę kiepskiej kawy, którą niosła w kubku, choć ten
luksus nie był gwarantowany. Westchnęła ciężko, gdy winda zatrzymała się
na jej piętrze, a co najmniej trzy osoby w zatłoczonej kabinie
zawtórowały podobnym westchnieniem.
Po drodze do biurka ściągnęła czapkę i potrząsnęła głową, uwalniając
długie warkoczyki. Czapka stanowiła tylko częściową ochronę przez
trzaskającym mrozem. Luty w Nowym Jorku był przygnębiający. Nie powinno
być aż tak ponuro, prawda? W końcu to ostatnie podrygi zimy! Ale ten
najkrótszy miesiąc w roku ciągnął się w nieskończoność, lodowaty, smętny
i wieczny.
Jej koleżanka Priya Gupta pomachała do niej, gdy Izzy minęła jej biurko.
Priya też była asystentką w redakcji - zaczęła pracę w TAOAT kilka
miesięcy po Izzy i wspierała Holly Moore, inną szychę wśród redaktorów.
W jej pierwszym miesiącu odbyło się spotkanie, podczas którego jeden z redaktorów z rozkoszą rozwodził się nad tym, jakie to niezwykle
różnorodne książki wydawali w tym sezonie. Z dwudziestu pięciu tytułów
na tapecie całe trzy napisali niebiali autorzy, z których żaden nie był
czarny. Izzy i Priya wymieniły wtedy znaczące spojrzenia z dwóch kątów
pomieszczenia.
Od tamtego czasu trzymały się razem.
- RANY, nie mogę się doczekać przyszłego tygodnia, a ty? - zagadnęła
Priya.
Izzy zamknęła oczy i uśmiechnęła się błogo.
- Kalifornia. Będzie cieplutko, a my rozłożymy się na leżakach przy
basenie z dobrymi książkami i pozwolimy, żeby słońce nadało naszej
skórze jeszcze głębszy odcień brązu. Taki jest plan, co nie?
Priya skinęła głową.
- No jasne, nie ma innej opcji.
Obie zdawały sobie sprawę, że to w dużej mierze fantazja. Jechały na
konferencję, gdzie ich zadaniem miało być latanie w tę i we w tę z pudłami pełnymi książek i naręczami identyfikatorów oraz eskortowanie
pisarzy to tu, to tam. Ale miło było pomarzyć. A poza tym asystenci
rzadko mieli okazję uczestniczyć w takich konferencjach. Izzy i Priya
były jedynymi, które jechały, bo autorzy przypisani ich przełożonym byli
najbardziej wymagający i spodziewali się asysty od drzwi do drzwi i od
rana do wieczora. Jasne, Izzy przez pół tygodnia będzie musiała się
użerać z ego wielkości stadionu - jeszcze większymi niż zazwyczaj - ale
cieszyła się na tę krótką chwilę odpoczynku od biura.
No i potrzebowała paru dni z dala od rodziców. Bo mieszkania z nimi
miała już serdecznie dość. Kochała ich, no jasne, że tak! Ale była
zmęczona tym, jak starali się wciągnąć ją do rozmowy każdego ranka i wiecznie zasypywali lawiną pytań, przez co wciąż czuła, że powinna dać
im znać za każdym razem, gdy miała wrócić do domu później, zupełnie jak
nastolatka. Czuła się stłamszona, sfrustrowana.
Dotarła do biurka i westchnęła ciężko. Od piątkowego wieczoru pojawiła
się na nim kolejna sterta książek. Świetnie, nowy stos, przez który
trzeba przebrnąć. Odepchnęła ją na bok.
Pierwszą godzinę wypełniło jej to, czym zwykle rozpoczynała tydzień:
sprawdziła własne maile, przejrzała pobieżnie skrzynkę szefowej na
wypadek, gdyby pojawiły się jakieś manuskrypty bądź pożary, które
należało jak najszybciej ugasić, sprawdziła wyniki sprzedażowe tytułów
wydanych w poprzednim tygodniu, zapewniła szereg pisarzy i agentów, że
tak, Marta w końcu się do nich odezwie (co... zwykle było prawdą).
Standard.
Aha, musiała też zmodyfikować wersję maila, który wysłała do Beau
Towersa dwa tygodnie wcześniej. Beau Towers: kiedyś dziecięca gwiazda,
syn dwojga celebrytów, najpierw był nastoletnim obiektem westchnień
fanek, później typowym rozwydrzonym dzieciakiem bogatych rodziców (w portfolio klasyka gatunku: bójki w klubach, miotanie aparatami
paparazzich, rozbijanie sportowych aut i tego typu wybryki). A dalej te
wszystkie awantury, w które wdał się podczas pogrzebu ojca i po nim.
Tabloidy rozpisywały się o tym przez dłuższy czas.
Zaraz po pogrzebie Marta zaoferowała mu hojną sumkę w zamian za
napisanie wspomnień. Ale minął już ponad rok, od kiedy Beau Towers
zapadł się pod ziemię. Na pewno nie umarł - jego agent od czasu do czasu
przesyłał maile, w których zarzekał się, że Beau wciąż pracuje nad
książką, choć termin złożenia jej w wydawnictwie już dawno minął. Ale
Marta mimo to poleciła odzywać się do niego regularnie i przypominać o sobie, więc punktualnie o 9:45 co drugi poniedziałek Izzy wysyłała mu
mail. Nigdy nie odpisał, więc już dawno przestała liczyć na jakąkolwiek
reakcję z jego strony.
Przeczytała wiadomość, którą wysłała dwa tygodnie wcześniej. W pierwszych kilku mailach z tej serii była uprzejma, profesjonalna i szczera w prośbach o kontakt ze sobą lub z Martą, zapewnieniach, że z radością odpowie na wszelkie pytania, i propozycjach wideospotkań z potencjalnymi ghostwriterami. Odkryła chyba wszystkie możliwe sposoby na
powiedzenie "Proszę, proszę, błagam, odpisz!!!" bez użycia tych
konkretnych słów. Ale po wielu miesiącach posyłania tych maili w milczący eter, gdy jednocześnie w pracy wszystko stawało się coraz
bardziej i bardziej stresujące, w końcu pękła.
Teraz przykry obowiązek przekuła w zabawę, mając pewność, że nikt prócz
niej tego nie czyta - ani Beau Towers, ani agent Beau Towersa, ani
Marta, którą zawsze dołączała do listy adresatów.
Do: Beau Towers
DW: Marta Wallace, John Moore
Od: Isabelle Marlowe
Dzień dobry, Panie Towers,
wesołego lutego! Luty to nie tylko najkrótszy miesiąc roku, ale także
Miesiąc Historii Czarnych, Miesiąc Świadomości Zdrowia Serca w Ameryce,
Narodowy Miesiąc Karmienia Ptaków oraz Narodowy Miesiąc Przekąsek! (O dwóch pierwszych wiedziałam, a dwóch ostatnich już nie - człowiek
codziennie się uczy!). Mam nadzieję, że nowy miesiąc dobrze się dla Pana
rozpoczął. Odzywam się, tradycyjnie, żeby o sobie przypomnieć. Jestem
pełna nadziei, że pisanie idzie Panu znakomicie. Jak zwykle zapewniam,
że jeśli potrzebuje Pan wsparcia w pracy, jestem do dyspozycji
wirtualnie i telefonicznie o każdej porze. Proszę dać znać, jeśli możemy
z Martą jakkolwiek pomóc.
Pozdrawiam serdecznie
Isabelle Marlowe
Asystentka redaktor naczelnej Marty Wallace
Skończyła czytać i uśmiechnęła się szelmowsko. Chyba mogła sobie
pozwolić na chociaż taki niewinny sposób na poprawę humoru w tej jakże
niewdzięcznej, stresującej i przytłaczającej pracy, prawda?
Ponownie przywdziała swoją wypracowaną przez ostatnie dwa lata maskę
sztucznej mailowej promienności i wklepała kolejny mail do Beau Towersa:
Do: Beau Towers
DW: Marta Wallace, John Moore
Od: Isabelle Marlowe
Panie Towers,
czy czytał Pan ostatnio jakąś dobrą książkę? Ja w ciągu ostatnich
miesięcy pochłonęłam kilka wartych polecenia zbiorów wspomnień - Michael
J. Fox, Jessica Simpson i Gabrielle Union wydali niedawno naprawdę
znakomite tytuły!
Ludzie wciąż uparcie dają mi książki pod choinkę, mimo że pracuję w miejscu, gdzie dosłownie tonę w książkach, ale tych pozycji akurat
brakowało w mojej biblioteczce i z radością i zaskoczeniem odkryłam, że
całkowicie mnie pochłonęły. Na wypadek, gdyby utknął Pan na jakimś
fragmencie własnych wspomnień, pomyślałam, że zaproponuję je Panu w ramach inspiracji! Z chęcią podsunę więcej tytułów i, jak zawsze, użyczę
wszelkiego innego wsparcia. (Na marginesie, książka Barracka Obamy jest
zdecydowanie za długa, ale ta Michelle jest świetna! Chociaż z drugiej
strony, kto ważyłby się redagować słowa byłego prezydenta?). Cieszę się
na Pańską odpowiedź!
Pozdrawiam serdecznie
Isabelle Marlowe
Asystentka redaktor naczelnej Marty Wallace
Niemal parsknęła śmiechem. Jakby spodziewała się, że nagle raczy jej
odpisać. Znacznie bardziej prawdopodobne było to, że będzie mu wysyłać
coraz bardziej odklejone wiadomości co dwa tygodnie aż do śmierci.
Na tę myśl posmutniała. Jak długo jeszcze była w stanie to robić?
Jej pierwszy rok w TAOAT okazał się trudny, bez wątpienia, ale wszystko
wciąż było nowe i ekscytujące, a każdy dzień wypełniony entuzjazmem
płynącym z obcowania z tyloma książkami, przyczyniania się do ich
powstawania. Ale choć niektóre aspekty jej pracy z czasem stały się
łatwiejsze, to inne bardzo się pokomplikowały, aż zaczęły ją
przytłaczać. Marta zrzucała na nią coraz więcej i więcej obowiązków -
więcej szczegółów do dopilnowania, manuskryptów do przeczytania i pisarzy, których należało poinstruować, pocieszyć lub uspokoić.
Te wszystkie nowe obowiązki były super, a Izzy czuła, że w większości z nich nieźle się sprawdza, ale pojawiały się zawsze jako dodatek do jej
zwykłej pracy, więc czasem czuła, że po prostu tonie. A ponieważ była
jedną z garstki niebiałych pracowniczek wydawnictwa, oprócz tego
wszystkiego nieustannie odciągano ją od zajęć, żeby wypytać o kwestie
związane z różnorodnością i inkluzywnością albo zabrać na spotkanie z tym jednym czarnym pisarzem, który miał tego dnia odwiedzić ich biuro.
Musiała z uśmiechem na ustach potulnie robić to, o co ją proszono, ale
wszystko razem było wyczerpujące.
A poza tym jedynym, co tak naprawdę się liczyło, było to, co o jej pracy
sądziła Marta, a ta kwestia pozostawała dla Izzy zagadką. Codziennie
starała się sobie przypominać, że pracuje dla genialnej redaktorki, jak
wiele, obserwując i słuchając, się uczy, jak wielkie ma szczęście, że w ogóle tu pracuje. Ale choć to wszystko było prawdą, nie mniej prawdziwe
było to, że z Martą pracowało się piekielnie trudno - bywała opryskliwa,
nigdy serdeczna, rzadko wspierająca, a pochwały serwowała od wielkiego
dzwonu. Izzy marzyła o awansie na młodszą redaktorkę, a w przyszłości -
po prostu redaktorkę. Nie od razu, ale w końcu. Przecież Gavin dostał
taki awans właśnie po dwóch latach, a jej do tego stażu brakowało już
naprawdę niewiele. Ale Marta nawet się nie zająknęła o takiej
możliwości.
Sporadycznie raczyła swoją asystentkę lakonicznym "Dobra robota", co
zawsze niesamowicie cieszyło Izzy. Po takiej pochwale pracowała ciężej
przez kolejnych kilka tygodni w nadziei, że Marta to zauważy i ponownie
ją doceni. Ale gdy pochwały nie przychodziły, w rozpaczy w końcu się
poddawała. Pewnego razu po szczególnie oschłym mailu od Marty dotyczącym
redakcji, nad którą Izzy strasznie długo ślęczała, z desperacji
zaktualizowała swoje CV. Ale na tym poprzestała. Jak miała podjąć
jakiekolwiek dalsze kroki, skoro nie miała pojęcia, czy w ogóle sprawdza
się w swojej pracy? To był właśnie jeden z najbardziej dołujących
aspektów jej sytuacji - liczyła na wsparcie, mentoring, wskazówki, które
pomogłyby jej się rozwinąć, a któregoś dnia stać się redaktorką pokroju
Marty.
Pragnęła redagować wszystko od najwyższej klasy beletrystyki, po zwykłe
czytadła i wspomnienia. Ale nie miała pojęcia, czy czegokolwiek się
uczy.
I, tak, marzyła też o napisaniu czegoś własnego, najlepiej z tej
pierwszej kategorii. Ale od miesięcy spod jej palców nie wyszło ani
jedno słowo.
Zaczynała się zastanawiać, czy w ogóle tu pasuje, do tej branży, do tej
kariery, czy to wszystko jest dla niej. Z przykrością musiała przyznać,
że praca w TAOAT zatruła jej niegdyś prostą i bezwarunkową miłość do
literatury i książek. Czytanie było kiedyś jej ulubionym hobby, źródłem
spokoju, błogości i szczęścia. Na książkach mogła polegać, znajdowała w nich oparcie. A teraz czytanie przypominało uciążliwą pracę domową, choć
nigdy wcześniej tak go nie traktowała, nawet w szkolnych czasach. Teraz
miała poczucie winy za każdym razem, gdy sięgała po lekturę dla
przyjemności, bo zawsze było coś innego, co powinna czytać, kolejny
manuskrypt, coś, na co czekała Marta albo pisarz, albo jego agent.
Czytanie stało się stresujące.
Izzy westchnęła ciężko. Pora sięgnąć po kolejną książkę z wysokiej
sterty, którą zepchnęła na skraj biurka.
Kilka minut później nadeszła Marta zajęta rozmową z Gavinem. Gdy
zbliżyli się do biurka Izzy, stało się jasne, że wpadli na siebie w zeszły weekend podczas wypadu na narty. Aha, więc to dlatego w piątek
oboje wyszli wcześniej.
Izzy nie potrafiła powstrzymać zazdrości, jaką czuła wobec nienapiętej i nieskomplikowanej relacji, którą z Martą miał Gavin. Chociaż sama myśl o przełożonej onieśmielała i stresowała Izzy, wciąż okropnie pragnęła jej
zaimponować. Żałowała, że zupełnie nie wie, jak to zrobić.
Marta skinęła głową, mijając jej stanowisko. To serdeczniejsze powitanie
niż to, które serwowała jej zazwyczaj - najczęściej zdawała się w ogóle
nie zauważać Izzy. Natomiast Gavin przystanął przy jej biurku po drodze
do swojego miejsca pracy.
- Hej, Isabelle. Jak minął weekend?
Izzy przywitała go uśmiechem.
- Nieźle, dzięki. A tobie? Czyżbyś był na nartach...?
Słyszała całą rozmowę - nie silili się na dyskrecję - ale uznała, że
pozwoli Gavinowi trochę się pochełpić. Był nieco nadęty i lubił snuć
opowieści, ale zawsze był dla niej miły - udzielił jej wielu cennych rad
w kwestii pracy dla Marty i stał się dla niej kimś w rodzaju mentora, z braku zainteresowania tą rolą ze strony bezpośredniej szefowej.
Kilka miesięcy temu zastał Izzy w biurze dawno po godzinach drukującą
wersję roboczą swojego manuskryptu i zapytał, czy może rzucić okiem.
Trochę wstydziła się mu go pokazać - nikt wcześniej go nie czytał, a wiedziała o nim właściwie tylko Priya - ale mimo to podała mu
wydrukowaną kopię. Oddał ją Izzy tydzień później, a jego komentarz
sprowadził się do poklepania jej po ramieniu. Nie powinna była
dopytywać, odpowiedź mogła wyczytać z jego miny, ale nie zdołała się
powstrzymać.
- Fajnie, że spróbowałaś Isabelle - zaczął z rezerwą. - Ale... nie jestem
pewien, czy to twoje powołanie. Widziałem, że... silisz się na błyskotliwy
styl, ale... cóż... - Zawahał się. - Nie chcę cię dołować, więc może
poprzestańmy na tym.
A ponieważ Izzy miała skłonność do umartwiania się, poprosiła go, żeby
powiedział coś więcej, a on skwapliwie to uczynił. W najdrobniejszych
szczegółach. Od tamtego czasu nie napisała ani słowa.
Teraz otrząsnęła się ze wspomnień i spróbowała skupić na tym, co Gavin
opowiadał jej o stokach Vermontu, czy gdzie tam on i Marta wpadli na
siebie w ten weekend.
- Aha - dodał, gdy skończył rozwodzić się nad tym, jak przejechał się
wyciągiem z Jonathanem Frazenem. - Pamiętasz, jak w zeszłym tygodniu
zastanawiałaś się, czy możesz liczyć na awans w tym roku?
Porozmawialiśmy o tym trochę z Martą, kiedy się spotkaliśmy i... nie mów
jej, że ci powiedziałem, dobrze?
Izzy nagle poczuła, że brakuje jej powietrza.
- Pewnie, że nie - zapewniła.
Uśmiechnął się, ale z tego uśmiechu wyczytała, że nie ma dla niej
dobrych wieści.
- Nie w tym roku, Isabelle. Z tego, co Marta o tobie mówiła, wnioskuję,
że chyba w ogóle nie.
Do oczu napłynęły jej łzy. Dlaczego to aż tak bolało? Nie zdawała sobie
sprawy, jak wielką żywiła wciąż nadzieję.
- Ale wiesz, jaka ona jest - rzucił. - Trzymasz się?
Izzy nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek w biurze zobaczył, jak
płacze. Zmusiła się do uśmiechu. Pogodnego, wesołego, jaki zawsze nosiła
w pracy.
- No jasne, pewnie - zapewniła. - Tak, wiem, jaka jest. Dzięki, że mi
powiedziałeś, Gavin.
Uśmiechnął się i ruszył do swojego biurka.
Izzy odwróciła się do monitora i pozwoliła uśmiechowi zrzednąć. Miała
ochotę wybiec z biura, wyjść na dwór, żeby pokrzyczeć albo popłakać, ale
było za zimno, a w łazience wszyscy usłyszeliby jej szloch. Dlatego
skupiła się na nadchodzącej podróży, a myśl o niej przyniosła nieco
otuchy. Potrzebowała słońca, przygody, wytchnienia. Chociaż jechała do
Kalifornii tylko na kilka dni, postanowiła, że zrobi wszystko, by
wyciągnąć z tej wyprawy jak najwięcej.
Rozdział drugi
Izzy i Priya weszły do swojego pokoju
hotelowego i spojrzały na siebie, szczerząc zęby w radosnym uśmiechu.
Zza okna powitały je palmy i słońce. Oglądając Pacyfik z samolotu, gdy
zniżali się do lądowania w Los Angeles, Izzy postanowiła, że bez względu
na wszystko będzie się dobrze bawić.
Otworzyła walizkę, a Priya parsknęła śmiechem.
- Zdajesz sobie sprawę, że będziemy tu tylko cztery dni, prawda? A myślałam, że to ja za dużo spakowałam!
Izzy wzruszyła ramionami.
- Lubię być przygotowana. - Dobra, jasne, trochę przesadziła, ale
przecież nie ma nic złego w zapewnieniu sobie różnych opcji! Ciuchy na
konferencję, wszystkie ulubione piżamy, żeby mogła naprawdę się odprężyć
w tym hotelowym pokoju, strój do ćwiczeń, którego wprawdzie nie założy,
ale mimo to go spakowała, kilka par okularów przeciwsłonecznych z czystego optymizmu, że będzie miała szansę wyjść na dwór i doświadczyć
południowokalifornijskiej pogody, a nie tylko hotelowej klimatyzacji,
notatniki, które z przyzwyczajenia wszędzie ze sobą zabierała, chociaż
od wielu miesięcy nie postawiła w nich nawet kropki, kilka par płaskich
butów i... aha, nie, bieganie na bank sobie daruje, bo zapomniała o sneakersach. No cóż, mówi się trudno.
Rozejrzała się po pokoju i westchnęła cicho. Żałowała, że nie może być
tutaj sama. Uwielbiała Priyę, ale po trzech latach mieszkania z rodzicami marzyła o kilku dniach samotności, o przestrzeni (i łazience!), której nie musiałaby z nikim dzielić.
Po popołudniu, które obie spędziły na bieganiu tam i z powrotem po hali
konferencyjnej, wróciły do pokoju, żeby przebrać się na przyjęcie
koktajlowe.
Izzy przeciągnęła szminką po ustach.
- Nie wiem jak ty - odezwała się Priya z promiennym uśmiechem - ale ja
jestem gotowa na darmowe wino i tycie kanapeczki.
Izzy z entuzjazmem pokiwała głową.
- Zdecydowanie - odparła, zerkając na strój przyjaciółki: sukienkę w odcieniu głębokiej czerwieni, zwisające złote kolczyki i płaskie sandały
w tym samym kolorze. - Mówił ci już ktoś, że jesteś oszałamiająco
piękna?
Priya odrzuciła włosy, a kolczyki zadzwoniły zalotnie.
- Zabawne, właśnie miałam powiedzieć ci to samo.
Parsknęły śmiechem. Parę miesięcy temu w jakimś barze pewien
ubzdryngolony typek powiedział im, każdej z osobna, że są oszałamiająco
piękne, i od tej pory prawiły sobie ten komplement.
- Ale poważnie, obłędna szminka. Świetnie ci w jaskrawym różu. No i wiesz, że uwielbiam tę kieckę.
Izzy uśmiechnęła się do swojego odbicia. Ona też uwielbiała tę sukienkę.
Składała się z kwadratów czerwieni i różu - Izzy przymierzyła ją bez
przekonania, nie mając pewności, czy będzie jej do twarzy w tym
połączeniu, ale radosny pisk, który wydała z siebie Priya, kiedy Izzy
wynurzyła się z przymierzalni, przesądził sprawę. Przyjaciółka miała
rację, te barwy świetnie współgrały z jej brązową skórą, szczególnie w połączeniu z jaskrawym różem szminki.
- Pomyślałam, że skoro jesteśmy w Kalifornii, dla odmiany założę coś, co
nie jest czarne. - Wsunęła poluzowany warkoczyk do koka na czubku głowy
i zawiesiła sobie identyfikator na szyi. No dobrze, była gotowa. -
Chodź, pokażmy się tam, zanim sprzątną nam sprzed nosa najlepsze
przekąski.
Na miejscu skręciły prosto do baru i natychmiast chwyciły po kieliszku
taniego białego wina. Izzy odwróciła się, żeby powiedzieć Priyi, że
powinny poszukać innych znajomych z TAOAT - i przekąsek - gdy
niespodziewanie stanęła twarzą w twarz z Josephine Henry.
- O, Isabelle - przywitała ją Josephine. - Miło cię znowu widzieć.
- Cześć, Josephine - odpowiedziała Izzy.
Czy jej głos brzmiał naturalnie? Pewnie nie. Wiele razy, pewnie zbyt
często, zastanawiała się, jak wszystko by się potoczyło, gdyby dostała
posadę asystentki redakcyjnej u Josephine zamiast u Marty. O ile lepiej
ta pierwsza sprawdziłaby się w roli mentorki, o ile więcej nauczyłaby
się Izzy, o ile pewniej czułaby się teraz, zabierając głos i walcząc o swoje.
A może wcale nie. Kto to wiedział? Może to tylko domysły w stylu
"wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma". Ale intuicja podpowiadała jej co
innego.
Izzy przełożyła kieliszek z jednej dłoni do drugiej, starając się
sprawiać wrażenie odprężonej.
- Ciebie też wspaniale zobaczyć - powiedziała. - Jak się miewasz?
- Na pewno zrobi mi się lepiej, kiedy zdobędę trochę wina, wiesz, jak to
jest pierwszego dnia konferencji, wiecznie zalatana, ani chwili oddechu.
- Zerknęła na identyfikator Izzy. - A no tak, jesteś teraz w TAOAT. Dla
kogo pracujesz?
Priya się zmyła. Izzy opowiedziała jej wszystko o swoich przejściach z Josephine.
- Dla Marty Wallace - odpowiedziała, omiatając salę szerokim gestem. -
Na pewno gdzieś tu jest.
Josephine się zaśmiała.
- Oj tak, w końcu na nią wpadnę. To jest zabawne w tych konferencjach. W Nowym Jorku wszyscy pracujemy parę przecznic od siebie, a jednak
potrzeba zjazdu na drugim końcu kraju, żebyśmy się w końcu spotkali.
Barman podał Josephine kieliszek, a ona przyjęła go z wdzięcznym
skinieniem głowy. Izzy zaczęła się wycofywać - uznała, że jej
rozmówczyni ma zamiar poszukać kogoś ważniejszego. Ale ku jej zdziwieniu
Josephine przystanęła w kącie i gestem zaprosiła ją, żeby podeszła.
- Dawno cię nie widziałam. Jak tam sprawy, Isabelle?
Izzy wiedziała, jak należy odpowiedzieć na takie pytanie: powiedzieć to,
co ludzie zawsze chcieli usłyszeć. Miała w tym ogromną wprawę.
- A, wszystko dobrze! Mnóstwo pracy, ale świetnie się przy niej bawię.
Od dawna marzyłam o branży wydawniczej, więc strasznie się cieszę, że tu
jestem!
Za każdym razem, gdy recytowała tę formułkę, okraszała ją promiennym
uśmiechem i pełnym przekonania tonem, a rozmówcy zawsze odchodzili
zadowoleni. Ale tym razem nie była w stanie włożyć w swój występ serca.
Może mówiła to już zbyt wiele razy, albo powodem było to, co Gavin
powiedział jej tydzień wcześniej, ale słowa zabrzmiały bez entuzjazmu,
niemal gniewnie.
Josephine się skrzywiła.
- Uff, aż tak źle?
O nie. Z tego dołka już się nie wygrzebie. Nie chciała, by Josephine
uznała ją za niewdzięczną.
- Nie chciałam, żeby to tak wyszło. To tylko...
Josephine jej przerwała.
- Oj, chyba jednak chciałaś. Daj spokój, przecież wiesz, z kim
rozmawiasz, możesz być szczera.
Izzy z zaskoczenia wybuchnęła śmiechem. Josephine wyszczerzyła zęby w figlarnym uśmiechu, ale Izzy wiedziała, że naprawdę chce poznać
odpowiedź.
- Radzę sobie - oświadczyła po chwili namysłu. - Jest naprawdę sporo
rzeczy, które uwielbiam w tej pracy. Ale czasem bywa trudno. Z... wielu
powodów.
Mina Josephine zdradzała, że to rozumie.
- Oj, bywa, bywa. - Josephine omiotła salę gestem. - Kiedy zaczynałam,
byłam jedną z garstki czarnych ludzi. Teraz są nas tu może dwie garstki.
- Westchnęła. - Naprawdę sądziłam, że sprawy będą wyglądały znacznie
lepiej w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku.
Izzy czuła się przy niej o niebo swobodniej niż w towarzystwie Marty.
Gdyby tylko... nie, nie mogła myśleć w ten sposób.
Josephine upiła łyk wina.
- Dostajesz jakieś ciekawe zajęcia? Marta ma u siebie parę naprawdę
świetnych nazwisk.
Izzy odruchowo kiwnęła głową.
- To prawda, ma. Ale... - Zawahała się. Powinna skończyć ten temat. Swoje
prawdziwe uczucia wobec Marty powinna zachować dla siebie. No i może
Priyi. Ta branża była na zdecydowanie za mała na takie pogaduszki. -
Dużo się uczę - bąknęła w końcu.
Josephine zmierzyła ją sceptycznym spojrzeniem.
- W to nie wątpię - odparła. - Szczególnie żonglowania, co?
Izzy parsknęła śmiechem.
- Oj tak. - Naprawdę powinna zmienić temat. Już i tak powiedziała za
dużo. - W każdym razie nie mogę się skarżyć. Dostałam parę naprawdę
cennych okazji do rozwoju.
- Mnie nie musisz ściemniać - powtórzyła Josephine. - Słuchaj, w wydawniczym grajdołku pierwsze lata bywają naprawdę trudne, ale...
Ktoś dotknął jej ramienia.
- A, Josephine, znalazłam cię. Leah Jackson tu jest, szuka cię.
Josephine się rozpromieniła.
- Dotarła! Wspaniale! - Ponownie zwróciła się do Izzy. - Isabelle, muszę
lecieć, ale wrócimy do tej rozmowy, dobrze? Jeśli nie tutaj, to złapmy
się na kawę albo lunch po powrocie do Nowego Jorku. Wyślę ci mail.
Izzy skinęła głową.
- Bardzo chętnie.
Zdawała sobie jednak sprawę, że nawet jeśli Josephine mówiła w tym
momencie poważnie, prawdopodobieństwo, że zapamięta tę rozmowę w natłoku
pracy, a tym bardziej faktycznie się z nią skontaktuje, było znikome.
Ale z drugiej strony Izzy nie była pewna, czy wytrzyma kolejne kazanie o tym, że powinna tylko zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze trochę, że Marta
by jej nie zatrudniła, gdyby nie dostrzegła, jaka jest utalentowana i bystra, że branża wydawnicza potrafi być bezwzględna, ale jeśli się
zaweźmiesz i będziesz ciężko harować, sukces murowany.
Izzy odwróciła się, żeby poszukać Priyi, gdy do jej uszu dobiegł głos
Marty.
- ...masz na myśli moją największą zmorę?
Izzy przystanęła i upiła łyk wina, udając, że rozgląda się po sali. O czym, a właściwie o kim, mogła mówić Marta? Izzy odwróciła się nieco,
żeby sprawdzić, z kim rozmawia jej szefowa. Stał przy niej Will Victor,
inna redaktorska szycha w TAOAT. Izzy wyciągnęła telefon, by nie
sprawiać wrażenia, że podsłuchuje.
- Zdumiewające, że gość milczy już od roku. - Will z niedowierzaniem
pokręcił głową.
Marta zdrowo pociągnęła z kieliszka.
- O, grubo ponad rok! Jego agent wcisnął mi kit o tym, jak biedaczek
wypruwa sobie flaki, ale on sam nie raczył się odezwać nawet słówkiem, a tym bardziej podesłać choćby skrawka, ochłapu tekstu. Więc trudno mi
wierzyć w doniesienia o ciężkiej pracy.
Ano tak. Mówiła o Beau Towersie. "Moja największa zmora" zdawało się
lekką przesadą - w końcu to nie Marta co dwa tygodnie marnowała czas na
pisanie maili, które ignorował. Chociaż z drugiej strony to ona
zaoferowała mu siedmiocyfrową sumkę za tę książkę. Ale to pewnie nie
spędzało jej snu z powiek - Marcie zależało tylko na tej publikacji.
- Moja biedna asystentka musi już mieć serdecznie dość posyłania jemu i jego agentowi swoich uprzejmych, milusich maili.
Izzy uśmiechnęła się ukradkiem. Czyli Marta z pewnością dawno nie
czytała jej wiadomości do Beau.
- Nie chodzi mi nawet o ten koszmarnie zawalony termin - ciągnęła Marta.
- Umówmy się, tego się po nim spodziewałam. Dla takich jak on termin to
tylko sugestia. Ale wszystko wskazuje na to, że szanse na powstanie tej
książki są równe zeru. Pomyślałam, że może skoro jestem w LA, to
sforsuję jego jaskinię, wyciągnę go na drinka i spróbuję coś
wykombinować. Ale według mojej asystentki wcale go tutaj nie ma! Zaszył
się w Santa Barbara! Nie chcę zrywać umowy. W ten sposób odzyskalibyśmy
pieniądze, ale to nie one się tu liczą. Nie o nie tu chodzi. Chcę tej
książki, Will! Czuję, jakbym utknęła z nim w martwym punkcie, a wiesz,
że rzadko mi się to zdarza.
Izzy nigdy dotąd nie słyszała, żeby Marta przyznawała się do porażki. To
było fascynujące.
- Na tym etapie jedynym sposobem na ugranie czegokolwiek może być
informacja, że zamierzasz wycofać się z umowy - stwierdził Will. -
Czasem tacy ludzie reagują tylko na groźby. Nie rozumiem, dlaczego po
prostu nie zatrudni sobie ghostwritera. Za duże ego? Wspominałaś mu, że
nikt się nie dowie, że nie on to napisał, prawda?
Westchnienie Marty zabrzmiało niemal jak syknięcie.
- Pewnie, że tak. Nie zliczę, ile razy. Ja, moja asystentka, jego agent,
wszyscy mu to mówiliśmy. Wiesz, co odpowiada? Absolutnie nic!
Przysięgam, muszę posłać kogoś do jego domu, żeby wziął go z zaskoczenia
i wypytał, co właściwie dzieje się z tą książką. - Zrobiła wielkie oczy.
- Czekaj, jestem genialna. Tak, właśnie tego mi potrzeba. Tę sprawę da
się rozwiązać tylko u źródła.
Izzy nie miała pojęcia, co ją do tego popchnęło. Nagły przypływ odwagi,
grom z jasnego nieba, chwilowe zaćmienie zdrowego rozsądku, trzy łyki
wina, które wzięła, przysłuchując się tej rozmowie... W każdym razie,
odwróciła się i podeszła do Marty.
- Ja to zrobię - oświadczyła. - Pojadę porozmawiać z Beau Towersem.
Rozdział trzeci
Nie wiem, co mnie opętało, Priya! Zupełnie
nagle moje usta mówiły, jakbym nie miała nad nimi kontroli. Byłam
przekonana, że Marta mnie obśmieje, ale ona powiedziała tylko, że to
świetny pomysł i że zawsze może na mnie liczyć.
Była noc. Izzy i Priya wróciły już do swojego pokoju i zajadały się
pizzą, którą zamówiły do hotelu, a teraz popijały wódką z tonikiem.
Zrobiły najazd na minibarek mimo zastraszających cen. Sytuacja była
kryzysowa.
Priya pokręciła głową.
- Marta powiedziała, że zawsze może na ciebie liczyć? Kosmita przejął
jej ciało, czy co?
Izzy sięgnęła po swojego drinka. Sama też nie mogła w to uwierzyć.
- Mnie też wydawało się to mało prawdopodobne, ale nie wymyśliłabym tego
w najśmielszych snach, więc musiała to powiedzieć. Stwierdziła nawet, że
jestem idealną osobą do tego zadania.
Priya wytrzeszczyła oczy.
- Okej, teraz zaczynam się poważnie martwić. Albo naprawdę mamy do
czynienia z kosmitą w przebraniu Marty, albo to jakaś pułapka. Myślisz,
że wyjdziesz z tego cało? Czy ten Beau Towers nie jest przypadkiem
koszmarny?
Izzy wzięła kolejny kawałek pizzy.
- No jasne, że jest! Myślisz, że dlaczego kogokolwiek interesuje wydanie
jego wspomnień? To typowy celebryta. Bójki w barach, wypadki
samochodowe, co tydzień nowa aktorka albo modelka u boku, znasz ten typ.
Ostatni wybryk, jaki paparazzim udało się nagrać, polegał na tym, że ten
dupek nawrzeszczał na swoją matkę podczas pogrzebu ojca. Pełna klasa.
Ponoć paskudnie się rozwiedli, no ale nie wiem, czy to cokolwiek
usprawiedliwia.
Dlaczego właściwie zgłosiła się na ochotniczkę, żeby do niego pojechać?
Priya sięgnęła po swój telefon.
- Ano tak, jego mama to ta słynna czarna modelka. O matko, jaka ona jest
piękna!
- Tak, Nina Russell. - Izzy z niezadowoleniem uświadomiła sobie, że wie
o Beau Towersie zdecydowanie za dużo.
Priya siorbnęła ze swojej szklanki, przeglądając Google.
- Te zdjęcia jego rodziców razem są dziwaczne. Zupełnie do siebie nie
pasowali. Jego tata był reżyserem, nie?
- Reżyserem i scenarzystą. Jim Towers - przyznała Izzy tonem ekspertki.
- W każdym razie, jedyną odpowiedzią, jaką otrzymałam na moich
kilkadziesiąt maili, była ta na prośbę o adres korespondencyjny, żebyśmy
mogli mu posłać kosz upominkowy na święta. Tylko dlatego w ogóle wiemy,
gdzie go szukać.
Priya wciąż wpatrywała się w ekran telefonu.
- O mój Boże. Isabelle Marlowe, nie wierzę, że zaserwowałaś mi tyle
faktów z życia Beau Towersa, a nie raczyłaś się zająknąć na temat tego,
jakie z niego ciacho! To znaczy, jeśli kręcą cię takie krzepkie
wielkoludy. Bo mnie na przykład totalnie. Kogo obchodzi, czy obija komuś
czasem gębę w barze, skoro tak wygląda?
Izzy parsknęła śmiechem i spojrzała na telefon, który Priya podstawiła
jej pod nos.
- Znasz mnie. Ja tam wolę raczej takich w typie wychudzonego poety.
Priya zeskoczyła z łóżka i podeszła do mininbaru.
- Tak, niestety zdaję sobie z tego sprawę i doskonale wiem, dokąd cię to
zaprowadziło.
Izzy miała świadomość, kogo dotyczyła ta uwaga. Wychudzony gość w typie
poety, z którym umawiała się przez parę miesięcy poprzedniego lata,
większość czasu grał na konsoli, zamiast pisać poezję czy... spotykać się
z Izzy.
Priya złapała kolejne dwie buteleczki wódki i podała jej jedną.
- Nie wierzę, że naprawdę zamierzasz to zrobić. - Nalała wódki do
szklanki i dodała tonik. - Będziesz musiała mi opowiedzieć, jak jest w Santa Barbara. Jadę tam na wesele kuzynki w przyszłym miesiącu. -
Pokręciła głową. - Co to w ogóle za opcja, że w środę, kiedy my wszyscy
będziemy tłoczyć się w samolocie do Nowego Jorku, ty tak po prostu
pojedziesz do domu Beau Towersa i zapukasz do jego drzwi.
Izzy prychnęła z rozbawieniem.
- Brzmi absurdalnie, co? Gość olał wszystkie moje dwadzieścia dziewięć
maili... tak, liczyłam... nie mówiąc o tych, które wysłała mu Marta, więc
niby dlaczego miałby zareagować na dzwonek do drzwi? Zakładając, że w ogóle będzie w domu. Ale szczerze powiedziawszy, mam to gdzieś. Trafiła
mi się wymówka, żeby spędzić dodatkowy dzień w Kalifornii. Może naprawdę
uda mi się wygospodarować chwilę i poczytać przy basenie.
Cały dodatkowy dzień poza biurem. Na samą myśl jej serce mocniej biło z radości.
- Właśnie - odparła Priya. - A do tego Marta może czyhać na cokolwiek,
co pozwoli jej wcisnąć mu ghostwritera. Jeśli cię oleje... albo co gorsza
nawrzeszczy, wyjdzie na potwora. Może właśnie na to liczy Marta.
- Słuszna myśl - przyznała Izzy. - To by było bardzo w jej stylu. Znaczy
się, jasne, wciąż w głębi duszy mam nadzieję, że może uda mi się
zaskoczyć wszystkich i triumfalnie wrócić do Nowego Jorku z manuskryptem
w ręku. Wiesz, tym manuskryptem, który Beau Towers już dawno napisał i chował przez ten cały czas, a teraz wreszcie przekaże go tylko dlatego,
że to ja go do tego przekonam.
Priya parsknęła śmiechem i uniosła szklankę.
- Za to chętnie wypiję.
W środowy poranek Izzy wymeldowała się z hotelu i wyruszyła do Santa
Barbara. Z początku podróż jej się dłużyła: autostrady, korki i te
sprawy. Nieważne, Izzy to nie przeszkadzało. Towarzystwa dotrzymywała
jej ulubiona playlista, a wypożyczone auto miało szyberdach, który
natychmiast otworzyła na całą szerokość. Lecz nagle autostrada skręciła,
monotonny krajobraz zniknął, a przed Izzy rozpostarł się ocean, który
znalazł się tak blisko, że wydawał się niemal na wyciągnięcie ręki.
Spojrzała na jego migotliwą powierzchnię i uśmiechnęła się promiennie.
Taka właśnie Kalifornia jej się marzyła.
Zjechała z autostrady i ruszyła nieco krętą trasą, jaką GPS prowadził ją
do domu Beau Towersa. Wszędzie rosły palmy, w oddali piętrzyły się
ogromne góry, a wszystkie budynki w zasięgu wzroku, nawet zwykłe sklepy,
rumieniły się dachówkami z czerwonej terakoty. Wspinała się coraz wyżej
wśród rozległych wzgórz, gdzie domy stawały się coraz większe, a w ogrodach roiło się od kaktusów i innych pokaźnych roślin odpornych na
suszę. Izzy zapamiętała, żeby później zrobić zdjęcie dla Priyi -
przyjaciółka miała obsesję na punkcie trzech małych sukulentów, które
trzymała na swoim biurku i zdołała utrzymać przy życiu przez cały
ostatni rok.
W końcu telefon oznajmił:
- Jesteś na miejscu.
Izzy zatrzymała się przed wielkim różowym domem ozdobionym stiukiem.
Sprawdziła adres, żeby upewnić się, że dobrze trafiła. Tak, wszystko się
zgadzało. Budynek znacznie różnił się od jej oczekiwań, choć teraz sama
nie była pewna, czego się spodziewała. Może czegoś posępnego, trochę
niepokojącego, przyczajonego za zardzewiałą, skrzypiącą żelazną bramą i uschniętymi krzewami, albo czymś takim. Ale nic z tych rzeczy, ten dom
przypominał wszystkie domy, które minęła po drodze: wielki, okazały,
przykryty terakotowymi dachówkami, ukryty za murem porośniętym zielonymi
pnączami z jasnoczerwonymi kwiatami, otoczony palmami i sukulentami. Był
nawet całkiem... uroczy?
Teraz pozostało jej tylko podejść do drzwi wejściowych, zapukać i... po
prostu powiedzieć, że szuka Beau Towersa? Nagle poczuła tremę, choć do
tej pory była zupełnie odprężona.
Wzięła głęboki oddech. No dobrze. Raz kozie śmierć.
Wysiadła z samochodu i ruszyła pnącą się pod górę ścieżką, wspięła się
po schodach z czerwonych kafelków, podeszła do dużych drewnianych drzwi
frontowych i zadzwoniła. Gdy drzwi się otworzyły, Izzy przygotowała się
na to, że powita ją wrzask Beau Towersa.
Ale w progu stanęła kobieta o długich ciemnych włosach i z uśmiechem na
twarzy. Musiała mieć koło trzydziestki. Dziewczyna Towersa?
Wydawała się na to zbyt normalna i przyjazna, szczególnie wziąwszy pod
uwagę modelki, z którymi dotąd się umawiał. Ale z drugiej strony z takimi jak on nigdy nie wiadomo.
- Cześć - rzuciła. Zerknęła na ulicę, a potem ponownie przeniosła wzrok
na Izzy. - To jakaś dostawa?
Izzy zdawała sobie sprawę, że ma tylko kilka sekund, zanim kobieta
zatrzaśnie jej drzwi przed nosem.
- Cześć! Nie, nie dostawa. Nazywam się Isabelle Marlowe, jestem
asystentką redaktor naczelnej w wydawnictwie Tale as Old as Time i miałam nadzieję porozmawiać z Beau Towersem - wyrzuciła z siebie na
jednym oddechu.
Uśmiech na twarzy kobiety zrzedł, ale mimo to wzięła wizytówkę, którą
podetknęła jej Izzy. Izzy dziękowała sobie w duchu, że pamiętała, by
zabrać je z konferencji.
- Pracuję dla Marty Wallace - ciągnęła. - Redaktorki zajmującej się jego
zbiorem wspomnień. Jest już... troszkę po terminie i Marta poprosiła mnie,
żebym porozmawiała z panem Towersem o jego książce, dowiedziała się, w czym problem, i ustaliła, jak możemy pomóc.
Kobieta pokręciła głową.
- Hej, Isabelle. Przykro mi, że przejechałaś taki szmat drogi po nic, bo
nie sądzę, żeby Beau chciał z tobą porozmawiać.
Izzy tego się spodziewała.
- Mogłabyś go zapytać? Może zgodziłby się spotkać na dosłownie kilka
minut? Chciałabym tylko się upewnić, że zdaje sobie sprawę, jak bardzo
nam zależy na tym, żeby pokazać jego książkę światu, i że jesteśmy
gotowi użyczyć mu wsparcia. Zrobimy wszystko, aby pomóc mu odnieść
sukces.
Kobieta przyjrzała się Izzy, a na jej ustach błąkał się nikły uśmiech.
Izzy nie była w stanie stwierdzić, co myśli. Uzmysłowiła sobie, że
chociaż z góry założyła, że jej misja się nie powiedzie, teraz, gdy się
tu znalazła, za wszelką cenę pragnęła dopiąć swego. Jasne, nie liczyła,
że opuści to miejsce z manuskryptem, jak żartobliwie wspomniała w rozmowie z Priyą, ale zależało jej na jakimkolwiek sukcesie. Minęło tyle
czasu, od kiedy ostatnio czuła, że jakiś odniosła. Chciała wejść do tego
domu, porozmawiać z Beau i przekonać go do zatrudnienia ghostwritera,
żeby w końcu mogli wydać tę książkę. Gdyby chociaż zdołała namówić go,
żeby zaczął odpowiadać na jej maile, to już byłby przełom. Mogłaby
wrócić do Nowego Jorku z tarczą i pochwalić się swoim triumfem przed
Martą.
W końcu kobieta skinęła głową.
- Poczekaj tu - poprosiła, po czym odwróciła się i ruszyła długim
korytarzem.
Drzwi zostawiła lekko uchylone, więc niecałą minutę później uszu Izzy
dosięgnęło donośne NIE MA MOWY dobiegające z głębi domu. Ach, mityczny
Beau Towers. Dokładnie tak czarujący, jak go sobie wyobraziła.
Kilka sekund później kobieta ponownie ukazała się w drzwiach.
- Próbowałam, ale Beau nie dał się przekonać - powiedziała. - Bardzo mi
przykro.
Izzy uśmiechnęła się do niej. Kimkolwiek była ta kobieta, wydawała się
miła. Jeśli była dziewczyną Towersa, Izzy jej współczuła.
- Dziękuję, że spróbowałaś - powiedziała. - To naprawdę wiele dla mnie
znaczy. No cóż, nie szkodzi. Szanse były niewielkie, ale zawsze warto
spróbować. A ja przynajmniej mam z tego miniwakacje w Santa Barbara.
Kobieta odwzajemniła uśmiech.
- O, to nie jest tak źle. Do kiedy zostajesz?
Izzy parsknęła śmiechem.
- Nie przesadzałam z tym "mini". Przyjechałam tu prosto z konferencji w LA, a teraz mam około czterech godzin, zanim będę musiała ruszać z powrotem prosto na lotnisko. Ale wycisnę z tego czasu wszystko, co
zdołam. Może zjem tacos, posiedzę na plaży. W Nowym Jorku jest teraz
poniżej zera, więc zamierzam się cieszyć tą pogodą, póki mogę.
Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Powiem ci, dokąd pójść. Znam świetną taquerię, nie przy plaży, ale
niedaleko. Powiedz im, że przysłała cię Michaela, obsłużą cię, jak
należy.
Izzy wyciągnęła telefon, żeby zanotować nazwę, którą podała jej kobieta.
- Dzięki - powiedziała. - Miło z twojej strony. - Wzięła głęboki oddech.
- Mogłabym cię poprosić, żebyś przekazała Beau, że może do mnie napisać
w sprawie swojej książki, kiedy tylko chce? Jestem asystentką, jeszcze
trochę mi do ekspertki, więc może wolałby kontaktować się bezpośrednio z Martą, ale jeśli potrzebuje po prostu zachęty, paru ciepłych słów czy
coś z tych rzeczy, to z radością pomogę. - Dlaczego w ogóle to
powiedziała? Oj tam, i tak nie miała nic do stracenia.
Michaela znów potraktowała ją tym przeszywającym spojrzeniem. Zupełnie
jakby była w stanie przejrzeć Izzy na wylot.
- Jasne - odparła. - Przekażę mu. - Wsunęła stopy w sandały leżące przy
drzwiach. Sandały w lutym, bajka. - Odprowadzę cię do samochodu. I tak
muszę sprawdzić skrzynkę na listy.
I pewnie chciała się upewnić, że Izzy rzeczywiście opuszcza teren
posesji.
Ruszyły ścieżką w dół, a na jej końcu Michaela skręciła w stronę
skrzynki. Nagle poślizgnęła się albo o coś potknęła, tak szybko, że Izzy
nie zdążyła nawet wyciągnąć ręki, i upadła prosto pod jej nogi.
- O nie! - Izzy nachyliła się nad nią. - Jesteś cała?
Michaela podniosła głowę.
- Chyba skręciłam kostkę.
Izzy uklękła.
- Mogę pomóc ci wstać? Sprawdźmy, co z tą kostką.
Michaela wsparła się na Izzy i podniosła się z wysiłkiem. Z grymasem
bólu usiłowała przenieść ciężar ciała na lewą nogę.
- Dasz radę dojść do drzwi? - spytała Izzy.
Michaela spróbowała zrobić krok i przystanęła.
- Pomogłabyś mi wejść do środka?
Izzy otoczyła ją ramieniem.
- Oczywiście. Powinnaś jak najszybciej przyłożyć lód.
Zaczęły bardzo powoli iść przed siebie.
- Wielkie dzięki za pomoc - odezwała się Michaela. - Nie chcę zabierać
ci cennych miniwakacji.
- Przecież nie zostawiłabym cię rozłożonej na ziemi - odparła Izzy. -
Tacos mogą poczekać.
W końcu dotarły do schodków, a Izzy pomogła Michaeli dokuśtykać do
drzwi.
- Strasznie głupio mi o to prosić - powiedziała Michaela - ale
pomogłabyś mi dotelepać się do kuchni?
- Pewnie, żaden problem. - Izzy otworzyła drzwi.
Powoli ruszyły długim korytarzem. Izzy wykorzystała okazję, żeby
rozejrzeć się dyskretnie i przekonać, jak mieszka Beau Towers. Podłoga
była kafelkowa, drzwi duże i drewniane (a do tego w większości
zamknięte), ściany obwieszone obrazami. Hm, nie tak wyobrażała sobie
jego dom. Był dużo przytulniejszy, niż się spodziewała.
W końcu dotarły do kuchni. Była jasna i ciepła, wyposażona w arsenał
kosztownych przyrządów. We wnęce znajdowała się zaciszna minijadalnia z okrągłym stołem pod wielkim oknem. Izzy poprowadziła Michaelę w tamtą
stronę.
- Uf, najgorsze za nami. Usiądź wygodnie i połóż kostkę wyżej. Przyniosę
trochę lodu.
W drodze do lodówki ściągnęła z haczyka ścierkę kuchenną. Otworzyła
zamrażalnik i wyciągnęła torebkę groszku. Dostrzegła coś krzepiącego w tym, że nawet taki bogaty gość trzymał mrożony groszek.
- Proszę. - Otuliła torebkę ścierką i podała ją Michaeli. - Przyłóż to
do kostki. Daj mi chwilkę, napełnię drugą torbę lodem, żebyś mogła
chłodzić z obu stron.
Michaela położyła groszek na kostce i westchnęła, po czym podniosła
wzrok na Izzy.
- Powiedziałabym, że nie musisz robić tego wszystkiego, ale domyślam
się, że nic bym nie wskórała, co?
Izzy pokręciła głową.
- Absolutnie nic. Cieszę się, że nawet się nie trudziłaś. Macie tu
gdzieś galonowe plastikowe torby? Takie zamykane?
Michaela pokazała palcem.
- W tamtej szufladzie po prawej od zmywarki.
Izzy wyciągnęła torbę i przyjrzała się kostkarce.
- Fiu, fiu, kilka rodzajów lodu do wyboru? Idealnie. - Wcisnęła guzik, a maszyna wypluła kruszony lód prosto do plastikowej torby. - Dobrze,
podłóż jedną od spodu, a drugą przyłóż od góry. Ale najpierw owiń kostkę
ścierką, bo może ci się zrobić trochę za zimno. I nie zapomnij, że ten
groszek posłużył za okład.
Michaela zaśmiała się pod nosem.
- Powinnam go jakoś oznaczyć, żeby to zapamiętać.
No dobrze, Izzy musiała zapytać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki