By the Book. Między wierszami - Jasmine Guillory

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Isabelle Mar­lowe uśmie­chała się do świata, masze­ru­jąc tęt­niącą życiem, zatło­czoną ulicą Man­hat­tanu. Nie mogła nic na to pora­dzić. Wie­działa, że powinna zacho­wać poke­rową twarz i spo­kój pan­tery, uda­wać, że wcale nie omdlewa na myśl o pierw­szym dniu w nowej pracy, ale po pro­stu nie była w sta­nie. Cie­szyła się tak bar­dzo, że miała ochotę pisz­czeć. Chyba każdy by tak reago­wał, prawda? W Nowym Jorku wstał sło­neczny lutowy dzień, zbli­żała się wio­sna, a Izzy za mniej wię­cej trzy­dzie­ści minut miała ofi­cjal­nie zostać asy­stentką sze­fo­wej redak­cji w jed­nym z naj­więk­szych domów wydaw­ni­czych na świe­cie: Tale as Old as Time Publi­shing. Nie mogła się docze­kać.

Dotarła przed cza­sem. Nie chciała ryzy­ko­wać spóź­nie­nia, bo do Nowego Jorku przy­jeż­dżała pocią­giem aż z New Jer­sey, gdzie wciąż miesz­kała w domu swo­ich rodzi­ców. Dla­tego, żeby zabić czas, przy­sta­nęła przed wóz­kiem z gorą­cymi napo­jami naprze­ciwko swo­jego nowego biura i kupiła sobie drugi tego ranka kubek kawy. Jakimś cudem nie było kolejki.

- Dzień dobry! - zaszcze­bio­tała. - Jestem Isa­belle. Dla przy­ja­ciół Izzy, ale w pracy pew­nie powin­nam przed­sta­wiać się jako Isa­belle, tak będzie bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie, prawda? W każ­dym razie...

- Kawy? - burk­nął sprze­dawca.

- A! Tak, kawy, zde­cy­do­wa­nie. Popro­szę. Z kapką mleka i bez cukru. Dzię­kuję!

Podał jej kubek z ponu­rym mruk­nię­ciem, a ona odpo­wie­działa pro­mien­nym uśmie­chem. Nie odwza­jem­nił go, ale nie wzięła sobie tego do serca.

Upiła łyk. Dodał za dużo mleka, ale nic nie szko­dzi! Rozej­rzała się dookoła. Może powinna pokrę­cić się tro­chę po oko­licy, zoba­czyć, co kryją boczne uliczki, i pocze­kać, aż wybije dzie­wiąta. Gdy przy­je­chała tu na roz­mowę o pracę, była tak zde­ner­wo­wana, że nie zare­je­stro­wała nie­mal nic.

O pro­szę, księ­gar­nia! O tej porze wciąż była zamknięta, ale Izzy przej­rzała książki na wysta­wie. Więk­szość z nich już czy­tała. Wła­śnie rzu­ciła pracę w księ­garni, która zapew­niała jej dostęp do wszyst­kich naj­now­szych tytu­łów - i przy­jemną zniżkę. Spró­bo­wała zaj­rzeć głę­biej przez przy­ciem­niane okna, żeby spraw­dzić, co stało na naj­bliż­szych sto­łach. Dostrze­gła kilka nazwisk swo­ich ulu­bio­nych pisa­rek i pisa­rzy. Te okładki roz­po­zna­łaby wszę­dzie. Była też książka "Żyć ina­czej". Izzy ode­szła z pracy w księ­garni przed pre­mierą, ale wprost nie mogła się docze­kać, by ją prze­czy­tać. Nie była pewna, kiedy to się sta­nie - sta­rała się ści­śle trzy­mać zapla­no­wa­nego budżetu, a w swo­jej biblio­tece była na jakimś sześć­dzie­sią­tym miej­scu w kolejce. W takim tem­pie mogła pocze­kać jesz­cze parę dobrych mie­sięcy. Ist­niała moż­li­wość, że zła­mie się wcze­śniej i wyda skrzęt­nie odkła­dane pie­nią­dze.

Wycią­gnęła tele­fon z kie­szeni, żeby spraw­dzić godzinę, i zoba­czyła wia­do­mo­ści od obojga rodzi­ców.

Od taty:

Uda­nego pierw­szego dnia, Isa­belle!

I od mamy:

Powo­dze­nia, kocha­nie!

Uśmiech­nęła się do ekranu.

Dzięki!!! Już nie mogę się docze­kać!

Wciąż miesz­kała z rodzi­cami, ale już nie­długo. Na razie jej pen­sja nie zachwy­cała (cho­ciaż cie­szyła się, że w ogóle coś zara­bia!), więc stary pokój i dojazdy z New Jer­sey wyda­wały się naj­roz­sąd­niej­szym roz­wią­za­niem. Nie prze­szka­dzało jej to - w końcu świet­nie doga­dy­wała się z rodzi­cami. Poza tym była prze­ko­nana, że wkrótce znaj­dzie coś swo­jego.

Za dzie­sięć dzie­wiąta zde­cy­do­wała, że już czas skie­ro­wać się do biura. Zer­k­nęła na swoje odbi­cie w szy­bie okna, wygła­dziła ulu­bioną nie­bie­ską sukienkę i popra­wiła polu­zo­waną wsuwkę we wło­sach. Sta­nęła przed drzwiami wej­ścio­wymi biura Tale as Old as Time, cyk­nęła sobie sel­fie dla rodzi­ców i weszła do środka.

- Dzień dobry - rzu­ciła do ochro­nia­rza z sze­ro­kim uśmie­chem. - Jestem Isa­belle Mar­lowe, dziś mój pierw­szy dzień.

Męż­czy­zna odwza­jem­nił uśmiech.

- Cześć, Isa­belle. Witamy na pokła­dzie. Zer­knę tylko na twój dowo­dzik i wpusz­czę cię na górę.

Po pobież­nej kon­troli doku­men­tów i szyb­kim tele­fo­nie ochro­niarz (który, jak wyczy­tała na jego iden­ty­fi­ka­to­rze, miał na imię Frank) pokie­ro­wał ją w stronę wind.

- Powo­dze­nia! - rzu­cił na poże­gna­nie.

- Dzię­kuję! - Isa­belle wzięła głę­boki oddech i weszła do pierw­szej windy.

Gdy dotarła na miej­sce, za drzwiami cze­kała na nią ciem­no­włosa kobieta w oku­la­rach.

- Isa­belle? Cześć, jestem Rachel. Miło cię wresz­cie poznać oso­bi­ście po tych wszyst­kich mailach. Marta przyj­dzie póź­niej. Ja cię opro­wa­dzę.

Nowa sze­fowa Izzy, Marta Wal­lace, była jedną z głów­nych redak­to­rek w TAOAT. Dziew­czyna przy­jęła wia­do­mość o jej nie­obec­no­ści z pewną ulgą - pod­czas roz­mowy Marta wydała jej się strasz­nie onie­śmie­la­jąca, co utwier­dziło ją w prze­ko­na­niu, że nie dosta­nie tej pracy.

Nie mogła uwie­rzyć, gdy kilka tygo­dni póź­niej zadzwo­nili do niej z działu kadr, i potrzeba było wielu maili, zanim prze­ko­nała się, że to wszystko dzieje się naprawdę.

W tam­tym cza­sie była pewna, że dosta­nie pracę w innym wydaw­nic­twie. Pod­czas stażu wzięła udział w pro­gra­mie men­tor­skim i pod­czas jed­nego ze spo­tkań poznała Jose­phine Henry, redak­torkę w Mau­rice, która także była czarna. Izzy zebrała się na odwagę i wysłała do niej mail z prośbą o kilka wska­zó­wek. A Jose­phine zaofe­ro­wała jej znacz­nie wię­cej - zapro­siła ją na kawę, potem na lunch i prze­ka­zała wiele cen­nych porad, jak zna­leźć pracę w branży wydaw­ni­czej. A gdy poja­wił się anons, że w Mau­rice szu­kają asy­stenta redak­tor naczel­nej, Izzy natych­miast wysłała zgło­sze­nie. Była zdru­zgo­tana, gdy nie dostała tej posady. Ale wkrótce potem pro­po­zy­cja przy­szła od Marty z TAOAT, a gorzki zawód prze­ro­dził się w radość.

Izzy roz­glą­dała się, gdy szły kory­ta­rzami, a z każ­dym kro­kiem jej oczy robiły się coraz więk­sze. Książki były dosłow­nie wszę­dzie. Od dzie­ciń­stwa marzyła, by się nimi ota­czać. Nie mogła uwie­rzyć, że ta pasja dopro­wa­dziła ją aż tutaj.

Rachel poka­zała na boks.

- To twoje sta­no­wi­sko - oznaj­miła. - A biuro Marty jest tam. - Wska­zała ciemne pomiesz­cze­nie nieco dalej.

W tym momen­cie minął je biały facet z burzą ciem­nych wło­sów. Miał oku­lary i mary­narkę, którą nawet nie­wprawne oko Izzy oce­niło jako kosz­towną.

- O, cześć, jesteś nową asy­stentką Marty? - zaga­dał, przy­sta­jąc.

Ski­nęła głową z uśmie­chem.

- Hej, tak! Isa­belle Mar­lowe, miło mi.

Spoj­rzał na nią znad oku­la­rów i odwza­jem­nił uśmiech.

- Gavin Ridley. Sie­dzę o tam - odparł, poka­zu­jąc na sto­jące nie­opo­dal biurko. - Do nie­dawna asy­stent Marty, a teraz młod­szy redak­tor.

- Ojej, gra­tu­la­cje!

- Dzięki. Gdy­byś miała jakieś pyta­nia albo potrze­bo­wała rady, to wal śmiało. Chęt­nie pomogę. - Poma­chał do Izzy i ruszył do swo­jego biurka.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się pod nosem. Wszy­scy, któ­rych dotych­czas poznała, wyda­wali się bar­dzo mili.

Rachel pokle­pała stertę doku­men­tów leżącą na biurku Izzy.

- Masz tu tro­chę papie­ro­lo­gii, tym­cza­sową prze­pustkę i kilka pre­zen­tów na powi­ta­nie. Prze­brnij przez to, a potem zaj­rzyj do mnie, to zro­bimy ci zdję­cie do prze­pustki i odbęb­nimy resztę for­mal­no­ści.

Izzy ski­nęła głową i zasia­dła za biur­kiem.

- Jasne. Dzię­kuję!

Wyjęła z torby swoje ulu­bione pióro i zaczęła sta­ran­nie wypeł­niać cze­ka­jące na bla­cie for­mu­la­rze. Kiedy się z tym upo­rała, poświę­ciła chwilę na przy­jem­no­ści. Wzięła w ręce obszerną płó­cienną torbę z logo Tale as Old as Time i uśmiech­nęła się do niej pro­mien­nie. Nowa torba! Oczami wyobraźni widziała już, jak w week­end zabiera ją do parku, a w niej swoje notat­niki, dłu­go­pisy oraz lap­top, i pra­cuje nad powie­ścią, którą zaczęła pisać mie­siąc temu.

Się­gnęła do środka. Bidon, kubek na kawę i... o mój Boże, "Żyć ina­czej"! Od mie­sięcy nie mogła prze­stać myśleć o tej książce, a teraz tak po pro­stu znaj­duje ją w tor­bie? Czyżby tra­fiła do magicz­nej kra­iny dar­mo­wej lite­ra­tury?

Uśmiech­nęła się od ucha do ucha i wstała, żeby poszu­kać Rachel. Nowy roz­dział w jej życiu nie mógł zacząć się lepiej.

Rozdział pierwszy

Dwa lata póź­niej

W ponie­dział­kowy pora­nek Izzy weszła do biura, poma­chała prze­pustką ochro­nia­rzowi i ruszyła do windy. Zer­k­nęła na wyświe­tlacz tele­fonu. Od kiedy opu­ściła sta­cję metra, w jej skrzynce przy­było trzy­na­ście nowych maili. Z czego pięć od Marty. Te mogły pocze­kać, aż dotrze do swo­jego biurka. I, jeśli dobrze pój­dzie, wypije przy­naj­mniej połowę kiep­skiej kawy, którą nio­sła w kubku, choć ten luk­sus nie był gwa­ran­to­wany. Wes­tchnęła ciężko, gdy winda zatrzy­mała się na jej pię­trze, a co naj­mniej trzy osoby w zatło­czo­nej kabi­nie zawtó­ro­wały podob­nym wes­tchnie­niem.

Po dro­dze do biurka ścią­gnęła czapkę i potrzą­snęła głową, uwal­nia­jąc dłu­gie war­ko­czyki. Czapka sta­no­wiła tylko czę­ściową ochronę przez trza­ska­ją­cym mro­zem. Luty w Nowym Jorku był przy­gnę­bia­jący. Nie powinno być aż tak ponuro, prawda? W końcu to ostat­nie podrygi zimy! Ale ten naj­krót­szy mie­siąc w roku cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność, lodo­waty, smętny i wieczny.

Jej kole­żanka Priya Gupta poma­chała do niej, gdy Izzy minęła jej biurko. Priya też była asy­stentką w redak­cji - zaczęła pracę w TAOAT kilka mie­sięcy po Izzy i wspie­rała Holly Moore, inną szy­chę wśród redak­to­rów. W jej pierw­szym mie­siącu odbyło się spo­tka­nie, pod­czas któ­rego jeden z redak­to­rów z roz­ko­szą roz­wo­dził się nad tym, jakie to nie­zwy­kle róż­no­rodne książki wyda­wali w tym sezo­nie. Z dwu­dzie­stu pię­ciu tytu­łów na tape­cie całe trzy napi­sali nie­biali auto­rzy, z któ­rych żaden nie był czarny. Izzy i Priya wymie­niły wtedy zna­czące spoj­rze­nia z dwóch kątów pomiesz­cze­nia.

Od tam­tego czasu trzy­mały się razem.

- RANY, nie mogę się docze­kać przy­szłego tygo­dnia, a ty? - zagad­nęła Priya.

Izzy zamknęła oczy i uśmiech­nęła się błogo.

- Kali­for­nia. Będzie cie­plutko, a my roz­ło­żymy się na leża­kach przy base­nie z dobrymi książ­kami i pozwo­limy, żeby słońce nadało naszej skó­rze jesz­cze głęb­szy odcień brązu. Taki jest plan, co nie?

Priya ski­nęła głową.

- No jasne, nie ma innej opcji.

Obie zda­wały sobie sprawę, że to w dużej mie­rze fan­ta­zja. Jechały na kon­fe­ren­cję, gdzie ich zada­niem miało być lata­nie w tę i we w tę z pudłami peł­nymi ksią­żek i narę­czami iden­ty­fi­ka­to­rów oraz eskor­to­wa­nie pisa­rzy to tu, to tam. Ale miło było poma­rzyć. A poza tym asy­stenci rzadko mieli oka­zję uczest­ni­czyć w takich kon­fe­ren­cjach. Izzy i Priya były jedy­nymi, które jechały, bo auto­rzy przy­pi­sani ich prze­ło­żo­nym byli naj­bar­dziej wyma­ga­jący i spo­dzie­wali się asy­sty od drzwi do drzwi i od rana do wie­czora. Jasne, Izzy przez pół tygo­dnia będzie musiała się uże­rać z ego wiel­ko­ści sta­dionu - jesz­cze więk­szymi niż zazwy­czaj - ale cie­szyła się na tę krótką chwilę odpo­czynku od biura.

No i potrze­bo­wała paru dni z dala od rodzi­ców. Bo miesz­ka­nia z nimi miała już ser­decz­nie dość. Kochała ich, no jasne, że tak! Ale była zmę­czona tym, jak sta­rali się wcią­gnąć ją do roz­mowy każ­dego ranka i wiecz­nie zasy­py­wali lawiną pytań, przez co wciąż czuła, że powinna dać im znać za każ­dym razem, gdy miała wró­cić do domu póź­niej, zupeł­nie jak nasto­latka. Czuła się stłam­szona, sfru­stro­wana.

Dotarła do biurka i wes­tchnęła ciężko. Od piąt­ko­wego wie­czoru poja­wiła się na nim kolejna sterta ksią­żek. Świet­nie, nowy stos, przez który trzeba prze­brnąć. Ode­pchnęła ją na bok.

Pierw­szą godzinę wypeł­niło jej to, czym zwy­kle roz­po­czy­nała tydzień: spraw­dziła wła­sne maile, przej­rzała pobież­nie skrzynkę sze­fo­wej na wypa­dek, gdyby poja­wiły się jakieś manu­skrypty bądź pożary, które nale­żało jak naj­szyb­ciej uga­sić, spraw­dziła wyniki sprze­da­żowe tytu­łów wyda­nych w poprzed­nim tygo­dniu, zapew­niła sze­reg pisa­rzy i agen­tów, że tak, Marta w końcu się do nich ode­zwie (co... zwy­kle było prawdą). Stan­dard.

Aha, musiała też zmo­dy­fi­ko­wać wer­sję maila, który wysłała do Beau Towersa dwa tygo­dnie wcze­śniej. Beau Towers: kie­dyś dzie­cięca gwiazda, syn dwojga cele­bry­tów, naj­pierw był nasto­let­nim obiek­tem wes­tchnień fanek, póź­niej typo­wym roz­wy­drzo­nym dzie­cia­kiem boga­tych rodzi­ców (w port­fo­lio kla­syka gatunku: bójki w klu­bach, mio­ta­nie apa­ra­tami papa­raz­zich, roz­bi­ja­nie spor­to­wych aut i tego typu wybryki). A dalej te wszyst­kie awan­tury, w które wdał się pod­czas pogrzebu ojca i po nim. Tablo­idy roz­pi­sy­wały się o tym przez dłuż­szy czas.

Zaraz po pogrze­bie Marta zaofe­ro­wała mu hojną sumkę w zamian za napi­sa­nie wspo­mnień. Ale minął już ponad rok, od kiedy Beau Towers zapadł się pod zie­mię. Na pewno nie umarł - jego agent od czasu do czasu prze­sy­łał maile, w któ­rych zarze­kał się, że Beau wciąż pra­cuje nad książką, choć ter­min zło­że­nia jej w wydaw­nic­twie już dawno minął. Ale Marta mimo to pole­ciła odzy­wać się do niego regu­lar­nie i przy­po­mi­nać o sobie, więc punk­tu­al­nie o 9:45 co drugi ponie­dzia­łek Izzy wysy­łała mu mail. Ni­gdy nie odpi­sał, więc już dawno prze­stała liczyć na jaką­kol­wiek reak­cję z jego strony.

Prze­czy­tała wia­do­mość, którą wysłała dwa tygo­dnie wcze­śniej. W pierw­szych kilku mailach z tej serii była uprzejma, pro­fe­sjo­nalna i szczera w proś­bach o kon­takt ze sobą lub z Martą, zapew­nie­niach, że z rado­ścią odpo­wie na wszel­kie pyta­nia, i pro­po­zy­cjach wide­ospot­kań z poten­cjal­nymi gho­stw­ri­te­rami. Odkryła chyba wszyst­kie moż­liwe spo­soby na powie­dze­nie "Pro­szę, pro­szę, bła­gam, odpisz!!!" bez uży­cia tych kon­kret­nych słów. Ale po wielu mie­sią­cach posy­ła­nia tych maili w mil­czący eter, gdy jed­no­cze­śnie w pracy wszystko sta­wało się coraz bar­dziej i bar­dziej stre­su­jące, w końcu pękła.

Teraz przy­kry obo­wią­zek prze­kuła w zabawę, mając pew­ność, że nikt prócz niej tego nie czyta - ani Beau Towers, ani agent Beau Towersa, ani Marta, którą zawsze dołą­czała do listy adre­sa­tów.

Do: Beau Towers DW: Marta Wal­lace, John Moore Od: Isa­belle Mar­lowe

Dzień dobry, Panie Towers,

weso­łego lutego! Luty to nie tylko naj­krót­szy mie­siąc roku, ale także Mie­siąc Histo­rii Czar­nych, Mie­siąc Świa­do­mo­ści Zdro­wia Serca w Ame­ryce, Naro­dowy Mie­siąc Kar­mie­nia Pta­ków oraz Naro­dowy Mie­siąc Prze­ką­sek! (O dwóch pierw­szych wie­dzia­łam, a dwóch ostat­nich już nie - czło­wiek codzien­nie się uczy!). Mam nadzieję, że nowy mie­siąc dobrze się dla Pana roz­po­czął. Odzy­wam się, tra­dy­cyj­nie, żeby o sobie przy­po­mnieć. Jestem pełna nadziei, że pisa­nie idzie Panu zna­ko­mi­cie. Jak zwy­kle zapew­niam, że jeśli potrze­buje Pan wspar­cia w pracy, jestem do dys­po­zy­cji wir­tu­al­nie i tele­fo­nicz­nie o każ­dej porze. Pro­szę dać znać, jeśli możemy z Martą jak­kol­wiek pomóc.

Pozdra­wiam ser­decz­nie Isa­belle Mar­lowe Asy­stentka redak­tor naczel­nej Marty Wal­lace

Skoń­czyła czy­tać i uśmiech­nęła się szel­mow­sko. Chyba mogła sobie pozwo­lić na cho­ciaż taki nie­winny spo­sób na poprawę humoru w tej jakże nie­wdzięcz­nej, stre­su­ją­cej i przy­tła­cza­ją­cej pracy, prawda?

Ponow­nie przy­wdziała swoją wypra­co­waną przez ostat­nie dwa lata maskę sztucz­nej mailo­wej pro­mien­no­ści i wkle­pała kolejny mail do Beau Towersa:

Do: Beau Towers DW: Marta Wal­lace, John Moore Od: Isa­belle Mar­lowe

Panie Towers,

czy czy­tał Pan ostat­nio jakąś dobrą książkę? Ja w ciągu ostat­nich mie­sięcy pochło­nę­łam kilka war­tych pole­ce­nia zbio­rów wspo­mnień - Michael J. Fox, Jes­sica Simp­son i Gabrielle Union wydali nie­dawno naprawdę zna­ko­mite tytuły! Ludzie wciąż upar­cie dają mi książki pod cho­inkę, mimo że pra­cuję w miej­scu, gdzie dosłow­nie tonę w książ­kach, ale tych pozy­cji aku­rat bra­ko­wało w mojej biblio­teczce i z rado­ścią i zasko­cze­niem odkry­łam, że cał­ko­wi­cie mnie pochło­nęły. Na wypa­dek, gdyby utknął Pan na jakimś frag­men­cie wła­snych wspo­mnień, pomy­śla­łam, że zapro­po­nuję je Panu w ramach inspi­ra­cji! Z chę­cią pod­sunę wię­cej tytu­łów i, jak zawsze, uży­czę wszel­kiego innego wspar­cia. (Na mar­gi­ne­sie, książka Bar­racka Obamy jest zde­cy­do­wa­nie za długa, ale ta Michelle jest świetna! Cho­ciaż z dru­giej strony, kto ważyłby się reda­go­wać słowa byłego pre­zy­denta?). Cie­szę się na Pań­ską odpo­wiedź!

Pozdra­wiam ser­decz­nie Isa­belle Mar­lowe Asy­stentka redak­tor naczel­nej Marty Wal­lace

Nie­mal par­sk­nęła śmie­chem. Jakby spo­dzie­wała się, że nagle raczy jej odpi­sać. Znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dobne było to, że będzie mu wysy­łać coraz bar­dziej odkle­jone wia­do­mo­ści co dwa tygo­dnie aż do śmierci.

Na tę myśl posmut­niała. Jak długo jesz­cze była w sta­nie to robić?

Jej pierw­szy rok w TAOAT oka­zał się trudny, bez wąt­pie­nia, ale wszystko wciąż było nowe i eks­cy­tu­jące, a każdy dzień wypeł­niony entu­zja­zmem pły­ną­cym z obco­wa­nia z tyloma książ­kami, przy­czy­nia­nia się do ich powsta­wa­nia. Ale choć nie­które aspekty jej pracy z cza­sem stały się łatwiej­sze, to inne bar­dzo się pokom­pli­ko­wały, aż zaczęły ją przy­tła­czać. Marta zrzu­cała na nią coraz wię­cej i wię­cej obo­wiąz­ków - wię­cej szcze­gó­łów do dopil­no­wa­nia, manu­skryp­tów do prze­czy­ta­nia i pisa­rzy, któ­rych nale­żało poin­stru­ować, pocie­szyć lub uspo­koić.

Te wszyst­kie nowe obo­wiązki były super, a Izzy czuła, że w więk­szo­ści z nich nie­źle się spraw­dza, ale poja­wiały się zawsze jako doda­tek do jej zwy­kłej pracy, więc cza­sem czuła, że po pro­stu tonie. A ponie­waż była jedną z garstki nie­bia­łych pra­cow­ni­czek wydaw­nic­twa, oprócz tego wszyst­kiego nie­ustan­nie odcią­gano ją od zajęć, żeby wypy­tać o kwe­stie zwią­zane z róż­no­rod­no­ścią i inklu­zyw­no­ścią albo zabrać na spo­tka­nie z tym jed­nym czar­nym pisa­rzem, który miał tego dnia odwie­dzić ich biuro. Musiała z uśmie­chem na ustach potul­nie robić to, o co ją pro­szono, ale wszystko razem było wyczer­pu­jące.

A poza tym jedy­nym, co tak naprawdę się liczyło, było to, co o jej pracy sądziła Marta, a ta kwe­stia pozo­sta­wała dla Izzy zagadką. Codzien­nie sta­rała się sobie przy­po­mi­nać, że pra­cuje dla genial­nej redak­torki, jak wiele, obser­wu­jąc i słu­cha­jąc, się uczy, jak wiel­kie ma szczę­ście, że w ogóle tu pra­cuje. Ale choć to wszystko było prawdą, nie mniej praw­dziwe było to, że z Martą pra­co­wało się pie­kiel­nie trudno - bywała opry­skliwa, ni­gdy ser­deczna, rzadko wspie­ra­jąca, a pochwały ser­wo­wała od wiel­kiego dzwonu. Izzy marzyła o awan­sie na młod­szą redak­torkę, a w przy­szło­ści - po pro­stu redak­torkę. Nie od razu, ale w końcu. Prze­cież Gavin dostał taki awans wła­śnie po dwóch latach, a jej do tego stażu bra­ko­wało już naprawdę nie­wiele. Ale Marta nawet się nie zająk­nęła o takiej moż­li­wo­ści.

Spo­ra­dycz­nie raczyła swoją asy­stentkę lako­nicz­nym "Dobra robota", co zawsze nie­sa­mo­wi­cie cie­szyło Izzy. Po takiej pochwale pra­co­wała cię­żej przez kolej­nych kilka tygo­dni w nadziei, że Marta to zauważy i ponow­nie ją doceni. Ale gdy pochwały nie przy­cho­dziły, w roz­pa­czy w końcu się pod­da­wała. Pew­nego razu po szcze­gól­nie oschłym mailu od Marty doty­czą­cym redak­cji, nad którą Izzy strasz­nie długo ślę­czała, z despe­ra­cji zak­tu­ali­zo­wała swoje CV. Ale na tym poprze­stała. Jak miała pod­jąć jakie­kol­wiek dal­sze kroki, skoro nie miała poję­cia, czy w ogóle spraw­dza się w swo­jej pracy? To był wła­śnie jeden z naj­bar­dziej dołu­ją­cych aspek­tów jej sytu­acji - liczyła na wspar­cie, men­to­ring, wska­zówki, które pomo­głyby jej się roz­wi­nąć, a któ­re­goś dnia stać się redak­torką pokroju Marty.

Pra­gnęła reda­go­wać wszystko od naj­wyż­szej klasy bele­try­styki, po zwy­kłe czy­ta­dła i wspo­mnie­nia. Ale nie miała poję­cia, czy cze­go­kol­wiek się uczy.

I, tak, marzyła też o napi­sa­niu cze­goś wła­snego, naj­le­piej z tej pierw­szej kate­go­rii. Ale od mie­sięcy spod jej pal­ców nie wyszło ani jedno słowo.

Zaczy­nała się zasta­na­wiać, czy w ogóle tu pasuje, do tej branży, do tej kariery, czy to wszystko jest dla niej. Z przy­kro­ścią musiała przy­znać, że praca w TAOAT zatruła jej nie­gdyś pro­stą i bez­wa­run­kową miłość do lite­ra­tury i ksią­żek. Czy­ta­nie było kie­dyś jej ulu­bio­nym hobby, źró­dłem spo­koju, bło­go­ści i szczę­ścia. Na książ­kach mogła pole­gać, znaj­do­wała w nich opar­cie. A teraz czy­ta­nie przy­po­mi­nało uciąż­liwą pracę domową, choć ni­gdy wcze­śniej tak go nie trak­to­wała, nawet w szkol­nych cza­sach. Teraz miała poczu­cie winy za każ­dym razem, gdy się­gała po lek­turę dla przy­jem­no­ści, bo zawsze było coś innego, co powinna czy­tać, kolejny manu­skrypt, coś, na co cze­kała Marta albo pisarz, albo jego agent. Czy­ta­nie stało się stre­su­jące.

Izzy wes­tchnęła ciężko. Pora się­gnąć po kolejną książkę z wyso­kiej sterty, którą zepchnęła na skraj biurka.

Kilka minut póź­niej nade­szła Marta zajęta roz­mową z Gavi­nem. Gdy zbli­żyli się do biurka Izzy, stało się jasne, że wpa­dli na sie­bie w zeszły week­end pod­czas wypadu na narty. Aha, więc to dla­tego w pią­tek oboje wyszli wcze­śniej.

Izzy nie potra­fiła powstrzy­mać zazdro­ści, jaką czuła wobec nie­na­pię­tej i nie­skom­pli­ko­wa­nej rela­cji, którą z Martą miał Gavin. Cho­ciaż sama myśl o prze­ło­żo­nej onie­śmie­lała i stre­so­wała Izzy, wciąż okrop­nie pra­gnęła jej zaim­po­no­wać. Żało­wała, że zupeł­nie nie wie, jak to zro­bić.

Marta ski­nęła głową, mija­jąc jej sta­no­wi­sko. To ser­decz­niej­sze powi­ta­nie niż to, które ser­wo­wała jej zazwy­czaj - naj­czę­ściej zda­wała się w ogóle nie zauwa­żać Izzy. Nato­miast Gavin przy­sta­nął przy jej biurku po dro­dze do swo­jego miej­sca pracy.

- Hej, Isa­belle. Jak minął week­end?

Izzy przy­wi­tała go uśmie­chem.

- Nie­źle, dzięki. A tobie? Czyż­byś był na nar­tach...?

Sły­szała całą roz­mowę - nie silili się na dys­kre­cję - ale uznała, że pozwoli Gavi­nowi tro­chę się pocheł­pić. Był nieco nadęty i lubił snuć opo­wie­ści, ale zawsze był dla niej miły - udzie­lił jej wielu cen­nych rad w kwe­stii pracy dla Marty i stał się dla niej kimś w rodzaju men­tora, z braku zain­te­re­so­wa­nia tą rolą ze strony bez­po­śred­niej sze­fo­wej.

Kilka mie­sięcy temu zastał Izzy w biu­rze dawno po godzi­nach dru­ku­jącą wer­sję robo­czą swo­jego manu­skryptu i zapy­tał, czy może rzu­cić okiem. Tro­chę wsty­dziła się mu go poka­zać - nikt wcze­śniej go nie czy­tał, a wie­działa o nim wła­ści­wie tylko Priya - ale mimo to podała mu wydru­ko­waną kopię. Oddał ją Izzy tydzień póź­niej, a jego komen­tarz spro­wa­dził się do pokle­pa­nia jej po ramie­niu. Nie powinna była dopy­ty­wać, odpo­wiedź mogła wyczy­tać z jego miny, ale nie zdo­łała się powstrzy­mać.

- Faj­nie, że spró­bo­wa­łaś Isa­belle - zaczął z rezerwą. - Ale... nie jestem pewien, czy to twoje powo­ła­nie. Widzia­łem, że... silisz się na bły­sko­tliwy styl, ale... cóż... - Zawa­hał się. - Nie chcę cię doło­wać, więc może poprze­stańmy na tym.

A ponie­waż Izzy miała skłon­ność do umar­twia­nia się, popro­siła go, żeby powie­dział coś wię­cej, a on skwa­pli­wie to uczy­nił. W naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Od tam­tego czasu nie napi­sała ani słowa.

Teraz otrzą­snęła się ze wspo­mnień i spró­bo­wała sku­pić na tym, co Gavin opo­wia­dał jej o sto­kach Ver­montu, czy gdzie tam on i Marta wpa­dli na sie­bie w ten week­end.

- Aha - dodał, gdy skoń­czył roz­wo­dzić się nad tym, jak prze­je­chał się wycią­giem z Jona­tha­nem Fra­ze­nem. - Pamię­tasz, jak w zeszłym tygo­dniu zasta­na­wia­łaś się, czy możesz liczyć na awans w tym roku? Poroz­ma­wia­li­śmy o tym tro­chę z Martą, kiedy się spo­tka­li­śmy i... nie mów jej, że ci powie­dzia­łem, dobrze?

Izzy nagle poczuła, że bra­kuje jej powie­trza.

- Pew­nie, że nie - zapew­niła.

Uśmiech­nął się, ale z tego uśmie­chu wyczy­tała, że nie ma dla niej dobrych wie­ści.

- Nie w tym roku, Isa­belle. Z tego, co Marta o tobie mówiła, wnio­skuję, że chyba w ogóle nie.

Do oczu napły­nęły jej łzy. Dla­czego to aż tak bolało? Nie zda­wała sobie sprawy, jak wielką żywiła wciąż nadzieję.

- Ale wiesz, jaka ona jest - rzu­cił. - Trzy­masz się?

Izzy nie zamie­rzała pozwo­lić, by kto­kol­wiek w biu­rze zoba­czył, jak pła­cze. Zmu­siła się do uśmie­chu. Pogod­nego, weso­łego, jaki zawsze nosiła w pracy.

- No jasne, pew­nie - zapew­niła. - Tak, wiem, jaka jest. Dzięki, że mi powie­dzia­łeś, Gavin.

Uśmiech­nął się i ruszył do swo­jego biurka.

Izzy odwró­ciła się do moni­tora i pozwo­liła uśmie­chowi zrzed­nąć. Miała ochotę wybiec z biura, wyjść na dwór, żeby pokrzy­czeć albo popła­kać, ale było za zimno, a w łazience wszy­scy usły­sze­liby jej szloch. Dla­tego sku­piła się na nad­cho­dzą­cej podróży, a myśl o niej przy­nio­sła nieco otu­chy. Potrze­bo­wała słońca, przy­gody, wytchnie­nia. Cho­ciaż jechała do Kali­for­nii tylko na kilka dni, posta­no­wiła, że zrobi wszystko, by wycią­gnąć z tej wyprawy jak naj­wię­cej.

Rozdział drugi

Izzy i Priya weszły do swo­jego pokoju hote­lo­wego i spoj­rzały na sie­bie, szcze­rząc zęby w rado­snym uśmie­chu. Zza okna powi­tały je palmy i słońce. Oglą­da­jąc Pacy­fik z samo­lotu, gdy zni­żali się do lądo­wa­nia w Los Ange­les, Izzy posta­no­wiła, że bez względu na wszystko będzie się dobrze bawić.

Otwo­rzyła walizkę, a Priya par­sk­nęła śmie­chem.

- Zda­jesz sobie sprawę, że będziemy tu tylko cztery dni, prawda? A myśla­łam, że to ja za dużo spa­ko­wa­łam!

Izzy wzru­szyła ramio­nami.

- Lubię być przy­go­to­wana. - Dobra, jasne, tro­chę prze­sa­dziła, ale prze­cież nie ma nic złego w zapew­nie­niu sobie róż­nych opcji! Ciu­chy na kon­fe­ren­cję, wszyst­kie ulu­bione piżamy, żeby mogła naprawdę się odprę­żyć w tym hote­lo­wym pokoju, strój do ćwi­czeń, któ­rego wpraw­dzie nie założy, ale mimo to go spa­ko­wała, kilka par oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych z czy­stego opty­mi­zmu, że będzie miała szansę wyjść na dwór i doświad­czyć połu­dnio­wo­ka­li­for­nij­skiej pogody, a nie tylko hote­lo­wej kli­ma­ty­za­cji, notat­niki, które z przy­zwy­cza­je­nia wszę­dzie ze sobą zabie­rała, cho­ciaż od wielu mie­sięcy nie posta­wiła w nich nawet kropki, kilka par pła­skich butów i... aha, nie, bie­ga­nie na bank sobie daruje, bo zapo­mniała o sne­aker­sach. No cóż, mówi się trudno.

Rozej­rzała się po pokoju i wes­tchnęła cicho. Żało­wała, że nie może być tutaj sama. Uwiel­biała Priyę, ale po trzech latach miesz­ka­nia z rodzi­cami marzyła o kilku dniach samot­no­ści, o prze­strzeni (i łazience!), któ­rej nie musia­łaby z nikim dzie­lić.

Po popo­łu­dniu, które obie spę­dziły na bie­ga­niu tam i z powro­tem po hali kon­fe­ren­cyj­nej, wró­ciły do pokoju, żeby prze­brać się na przy­ję­cie kok­taj­lowe.

Izzy prze­cią­gnęła szminką po ustach.

- Nie wiem jak ty - ode­zwała się Priya z pro­mien­nym uśmie­chem - ale ja jestem gotowa na dar­mowe wino i tycie kana­peczki.

Izzy z entu­zja­zmem poki­wała głową.

- Zde­cy­do­wa­nie - odparła, zer­ka­jąc na strój przy­ja­ciółki: sukienkę w odcie­niu głę­bo­kiej czer­wieni, zwi­sa­jące złote kol­czyki i pła­skie san­dały w tym samym kolo­rze. - Mówił ci już ktoś, że jesteś osza­ła­mia­jąco piękna?

Priya odrzu­ciła włosy, a kol­czyki zadzwo­niły zalot­nie.

- Zabawne, wła­śnie mia­łam powie­dzieć ci to samo.

Par­sk­nęły śmie­chem. Parę mie­sięcy temu w jakimś barze pewien ubz­dryn­go­lony typek powie­dział im, każ­dej z osobna, że są osza­ła­mia­jąco piękne, i od tej pory pra­wiły sobie ten kom­ple­ment.

- Ale poważ­nie, obłędna szminka. Świet­nie ci w jaskra­wym różu. No i wiesz, że uwiel­biam tę kieckę.

Izzy uśmiech­nęła się do swo­jego odbi­cia. Ona też uwiel­biała tę sukienkę. Skła­dała się z kwa­dra­tów czer­wieni i różu - Izzy przy­mie­rzyła ją bez prze­ko­na­nia, nie mając pew­no­ści, czy będzie jej do twa­rzy w tym połą­cze­niu, ale rado­sny pisk, który wydała z sie­bie Priya, kiedy Izzy wynu­rzyła się z przy­mie­rzalni, prze­są­dził sprawę. Przy­ja­ciółka miała rację, te barwy świet­nie współ­grały z jej brą­zową skórą, szcze­gól­nie w połą­cze­niu z jaskra­wym różem szminki.

- Pomy­śla­łam, że skoro jeste­śmy w Kali­for­nii, dla odmiany założę coś, co nie jest czarne. - Wsu­nęła polu­zo­wany war­ko­czyk do koka na czubku głowy i zawie­siła sobie iden­ty­fi­ka­tor na szyi. No dobrze, była gotowa. - Chodź, pokażmy się tam, zanim sprzątną nam sprzed nosa naj­lep­sze prze­ką­ski.

Na miej­scu skrę­ciły pro­sto do baru i natych­miast chwy­ciły po kie­liszku taniego bia­łego wina. Izzy odwró­ciła się, żeby powie­dzieć Priyi, że powinny poszu­kać innych zna­jo­mych z TAOAT - i prze­ką­sek - gdy nie­spo­dzie­wa­nie sta­nęła twa­rzą w twarz z Jose­phine Henry.

- O, Isa­belle - przy­wi­tała ją Jose­phine. - Miło cię znowu widzieć.

- Cześć, Jose­phine - odpo­wie­działa Izzy.

Czy jej głos brzmiał natu­ral­nie? Pew­nie nie. Wiele razy, pew­nie zbyt czę­sto, zasta­na­wiała się, jak wszystko by się poto­czyło, gdyby dostała posadę asy­stentki redak­cyj­nej u Jose­phine zamiast u Marty. O ile lepiej ta pierw­sza spraw­dzi­łaby się w roli men­torki, o ile wię­cej nauczy­łaby się Izzy, o ile pew­niej czu­łaby się teraz, zabie­ra­jąc głos i wal­cząc o swoje.

A może wcale nie. Kto to wie­dział? Może to tylko domy­sły w stylu "wszę­dzie dobrze, gdzie nas nie ma". Ale intu­icja pod­po­wia­dała jej co innego.

Izzy prze­ło­żyła kie­li­szek z jed­nej dłoni do dru­giej, sta­ra­jąc się spra­wiać wra­że­nie odprę­żo­nej.

- Cie­bie też wspa­niale zoba­czyć - powie­działa. - Jak się mie­wasz?

- Na pewno zrobi mi się lepiej, kiedy zdo­będę tro­chę wina, wiesz, jak to jest pierw­szego dnia kon­fe­ren­cji, wiecz­nie zala­tana, ani chwili odde­chu. - Zer­k­nęła na iden­ty­fi­ka­tor Izzy. - A no tak, jesteś teraz w TAOAT. Dla kogo pra­cu­jesz?

Priya się zmyła. Izzy opo­wie­działa jej wszystko o swo­ich przej­ściach z Jose­phine.

- Dla Marty Wal­lace - odpo­wie­działa, omia­ta­jąc salę sze­ro­kim gestem. - Na pewno gdzieś tu jest.

Jose­phine się zaśmiała.

- Oj tak, w końcu na nią wpadnę. To jest zabawne w tych kon­fe­ren­cjach. W Nowym Jorku wszy­scy pra­cu­jemy parę prze­cznic od sie­bie, a jed­nak potrzeba zjazdu na dru­gim końcu kraju, żeby­śmy się w końcu spo­tkali.

Bar­man podał Jose­phine kie­li­szek, a ona przy­jęła go z wdzięcz­nym ski­nie­niem głowy. Izzy zaczęła się wyco­fy­wać - uznała, że jej roz­mów­czyni ma zamiar poszu­kać kogoś waż­niej­szego. Ale ku jej zdzi­wie­niu Jose­phine przy­sta­nęła w kącie i gestem zapro­siła ją, żeby pode­szła.

- Dawno cię nie widzia­łam. Jak tam sprawy, Isa­belle?

Izzy wie­działa, jak należy odpo­wie­dzieć na takie pyta­nie: powie­dzieć to, co ludzie zawsze chcieli usły­szeć. Miała w tym ogromną wprawę.

- A, wszystko dobrze! Mnó­stwo pracy, ale świet­nie się przy niej bawię. Od dawna marzy­łam o branży wydaw­ni­czej, więc strasz­nie się cie­szę, że tu jestem!

Za każ­dym razem, gdy recy­to­wała tę for­mułkę, okra­szała ją pro­mien­nym uśmie­chem i peł­nym prze­ko­na­nia tonem, a roz­mówcy zawsze odcho­dzili zado­wo­leni. Ale tym razem nie była w sta­nie wło­żyć w swój występ serca. Może mówiła to już zbyt wiele razy, albo powo­dem było to, co Gavin powie­dział jej tydzień wcze­śniej, ale słowa zabrzmiały bez entu­zja­zmu, nie­mal gniew­nie.

Jose­phine się skrzy­wiła.

- Uff, aż tak źle?

O nie. Z tego dołka już się nie wygrze­bie. Nie chciała, by Jose­phine uznała ją za nie­wdzięczną.

- Nie chcia­łam, żeby to tak wyszło. To tylko...

Jose­phine jej prze­rwała.

- Oj, chyba jed­nak chcia­łaś. Daj spo­kój, prze­cież wiesz, z kim roz­ma­wiasz, możesz być szczera.

Izzy z zasko­cze­nia wybuch­nęła śmie­chem. Jose­phine wyszcze­rzyła zęby w figlar­nym uśmie­chu, ale Izzy wie­działa, że naprawdę chce poznać odpo­wiedź.

- Radzę sobie - oświad­czyła po chwili namy­słu. - Jest naprawdę sporo rze­czy, które uwiel­biam w tej pracy. Ale cza­sem bywa trudno. Z... wielu powo­dów.

Mina Jose­phine zdra­dzała, że to rozu­mie.

- Oj, bywa, bywa. - Jose­phine omio­tła salę gestem. - Kiedy zaczy­na­łam, byłam jedną z garstki czar­nych ludzi. Teraz są nas tu może dwie garstki. - Wes­tchnęła. - Naprawdę sądzi­łam, że sprawy będą wyglą­dały znacz­nie lepiej w dru­giej deka­dzie dwu­dzie­stego pierw­szego wieku.

Izzy czuła się przy niej o niebo swo­bod­niej niż w towa­rzy­stwie Marty. Gdyby tylko... nie, nie mogła myśleć w ten spo­sób.

Jose­phine upiła łyk wina.

- Dosta­jesz jakieś cie­kawe zaję­cia? Marta ma u sie­bie parę naprawdę świet­nych nazwisk.

Izzy odru­chowo kiw­nęła głową.

- To prawda, ma. Ale... - Zawa­hała się. Powinna skoń­czyć ten temat. Swoje praw­dziwe uczu­cia wobec Marty powinna zacho­wać dla sie­bie. No i może Priyi. Ta branża była na zde­cy­do­wa­nie za mała na takie poga­duszki. - Dużo się uczę - bąk­nęła w końcu.

Jose­phine zmie­rzyła ją scep­tycz­nym spoj­rze­niem.

- W to nie wąt­pię - odparła. - Szcze­gól­nie żon­glo­wa­nia, co?

Izzy par­sk­nęła śmie­chem.

- Oj tak. - Naprawdę powinna zmie­nić temat. Już i tak powie­działa za dużo. - W każ­dym razie nie mogę się skar­żyć. Dosta­łam parę naprawdę cen­nych oka­zji do roz­woju.

- Mnie nie musisz ściem­niać - powtó­rzyła Jose­phine. - Słu­chaj, w wydaw­ni­czym graj­dołku pierw­sze lata bywają naprawdę trudne, ale...

Ktoś dotknął jej ramie­nia.

- A, Jose­phine, zna­la­złam cię. Leah Jack­son tu jest, szuka cię.

Jose­phine się roz­pro­mie­niła.

- Dotarła! Wspa­niale! - Ponow­nie zwró­ciła się do Izzy. - Isa­belle, muszę lecieć, ale wró­cimy do tej roz­mowy, dobrze? Jeśli nie tutaj, to złapmy się na kawę albo lunch po powro­cie do Nowego Jorku. Wyślę ci mail.

Izzy ski­nęła głową.

- Bar­dzo chęt­nie.

Zda­wała sobie jed­nak sprawę, że nawet jeśli Jose­phine mówiła w tym momen­cie poważ­nie, praw­do­po­do­bień­stwo, że zapa­mięta tę roz­mowę w natłoku pracy, a tym bar­dziej fak­tycz­nie się z nią skon­tak­tuje, było zni­kome. Ale z dru­giej strony Izzy nie była pewna, czy wytrzyma kolejne kaza­nie o tym, że powinna tylko zaci­snąć zęby i wytrzy­mać jesz­cze tro­chę, że Marta by jej nie zatrud­niła, gdyby nie dostrze­gła, jaka jest uta­len­to­wana i bystra, że branża wydaw­ni­cza potrafi być bez­względna, ale jeśli się zaweź­miesz i będziesz ciężko haro­wać, suk­ces muro­wany.

Izzy odwró­ciła się, żeby poszu­kać Priyi, gdy do jej uszu dobiegł głos Marty.

- ...masz na myśli moją naj­więk­szą zmorę?

Izzy przy­sta­nęła i upiła łyk wina, uda­jąc, że roz­gląda się po sali. O czym, a wła­ści­wie o kim, mogła mówić Marta? Izzy odwró­ciła się nieco, żeby spraw­dzić, z kim roz­ma­wia jej sze­fowa. Stał przy niej Will Vic­tor, inna redak­tor­ska szy­cha w TAOAT. Izzy wycią­gnęła tele­fon, by nie spra­wiać wra­że­nia, że pod­słu­chuje.

- Zdu­mie­wa­jące, że gość mil­czy już od roku. - Will z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

Marta zdrowo pocią­gnęła z kie­liszka.

- O, grubo ponad rok! Jego agent wci­snął mi kit o tym, jak bie­da­czek wypruwa sobie flaki, ale on sam nie raczył się ode­zwać nawet słów­kiem, a tym bar­dziej pode­słać choćby skrawka, ochłapu tek­stu. Więc trudno mi wie­rzyć w donie­sie­nia o cięż­kiej pracy.

Ano tak. Mówiła o Beau Tower­sie. "Moja naj­więk­sza zmora" zda­wało się lekką prze­sadą - w końcu to nie Marta co dwa tygo­dnie mar­no­wała czas na pisa­nie maili, które igno­ro­wał. Cho­ciaż z dru­giej strony to ona zaofe­ro­wała mu sied­mio­cy­frową sumkę za tę książkę. Ale to pew­nie nie spę­dzało jej snu z powiek - Mar­cie zale­żało tylko na tej publi­ka­cji.

- Moja biedna asy­stentka musi już mieć ser­decz­nie dość posy­ła­nia jemu i jego agen­towi swo­ich uprzej­mych, milu­sich maili.

Izzy uśmiech­nęła się ukrad­kiem. Czyli Marta z pew­no­ścią dawno nie czy­tała jej wia­do­mo­ści do Beau.

- Nie cho­dzi mi nawet o ten kosz­mar­nie zawa­lony ter­min - cią­gnęła Marta. - Umówmy się, tego się po nim spo­dzie­wa­łam. Dla takich jak on ter­min to tylko suge­stia. Ale wszystko wska­zuje na to, że szanse na powsta­nie tej książki są równe zeru. Pomy­śla­łam, że może skoro jestem w LA, to sfor­suję jego jaski­nię, wycią­gnę go na drinka i spró­buję coś wykom­bi­no­wać. Ale według mojej asy­stentki wcale go tutaj nie ma! Zaszył się w Santa Bar­bara! Nie chcę zry­wać umowy. W ten spo­sób odzy­ska­li­by­śmy pie­nią­dze, ale to nie one się tu liczą. Nie o nie tu cho­dzi. Chcę tej książki, Will! Czuję, jak­bym utknęła z nim w mar­twym punk­cie, a wiesz, że rzadko mi się to zda­rza.

Izzy ni­gdy dotąd nie sły­szała, żeby Marta przy­zna­wała się do porażki. To było fascy­nu­jące.

- Na tym eta­pie jedy­nym spo­so­bem na ugra­nie cze­go­kol­wiek może być infor­ma­cja, że zamie­rzasz wyco­fać się z umowy - stwier­dził Will. - Cza­sem tacy ludzie reagują tylko na groźby. Nie rozu­miem, dla­czego po pro­stu nie zatrudni sobie gho­stw­ri­tera. Za duże ego? Wspo­mi­na­łaś mu, że nikt się nie dowie, że nie on to napi­sał, prawda?

Wes­tchnie­nie Marty zabrzmiało nie­mal jak syk­nię­cie.

- Pew­nie, że tak. Nie zli­czę, ile razy. Ja, moja asy­stentka, jego agent, wszy­scy mu to mówi­li­śmy. Wiesz, co odpo­wiada? Abso­lut­nie nic! Przy­się­gam, muszę posłać kogoś do jego domu, żeby wziął go z zasko­cze­nia i wypy­tał, co wła­ści­wie dzieje się z tą książką. - Zro­biła wiel­kie oczy. - Cze­kaj, jestem genialna. Tak, wła­śnie tego mi potrzeba. Tę sprawę da się roz­wią­zać tylko u źró­dła.

Izzy nie miała poję­cia, co ją do tego popchnęło. Nagły przy­pływ odwagi, grom z jasnego nieba, chwi­lowe zaćmie­nie zdro­wego roz­sądku, trzy łyki wina, które wzięła, przy­słu­chu­jąc się tej roz­mo­wie... W każ­dym razie, odwró­ciła się i pode­szła do Marty.

- Ja to zro­bię - oświad­czyła. - Pojadę poroz­ma­wiać z Beau Tower­sem.

Rozdział trzeci

Nie wiem, co mnie opę­tało, Priya! Zupeł­nie nagle moje usta mówiły, jak­bym nie miała nad nimi kon­troli. Byłam prze­ko­nana, że Marta mnie obśmieje, ale ona powie­działa tylko, że to świetny pomysł i że zawsze może na mnie liczyć.

Była noc. Izzy i Priya wró­ciły już do swo­jego pokoju i zaja­dały się pizzą, którą zamó­wiły do hotelu, a teraz popi­jały wódką z toni­kiem. Zro­biły najazd na mini­ba­rek mimo zastra­sza­ją­cych cen. Sytu­acja była kry­zy­sowa.

Priya pokrę­ciła głową.

- Marta powie­działa, że zawsze może na cie­bie liczyć? Kosmita prze­jął jej ciało, czy co?

Izzy się­gnęła po swo­jego drinka. Sama też nie mogła w to uwie­rzyć.

- Mnie też wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne, ale nie wymy­śli­ła­bym tego w naj­śmiel­szych snach, więc musiała to powie­dzieć. Stwier­dziła nawet, że jestem ide­alną osobą do tego zada­nia.

Priya wytrzesz­czyła oczy.

- Okej, teraz zaczy­nam się poważ­nie mar­twić. Albo naprawdę mamy do czy­nie­nia z kosmitą w prze­bra­niu Marty, albo to jakaś pułapka. Myślisz, że wyj­dziesz z tego cało? Czy ten Beau Towers nie jest przy­pad­kiem kosz­marny?

Izzy wzięła kolejny kawa­łek pizzy.

- No jasne, że jest! Myślisz, że dla­czego kogo­kol­wiek inte­re­suje wyda­nie jego wspo­mnień? To typowy cele­bryta. Bójki w barach, wypadki samo­cho­dowe, co tydzień nowa aktorka albo modelka u boku, znasz ten typ. Ostatni wybryk, jaki papa­raz­zim udało się nagrać, pole­gał na tym, że ten dupek nawrzesz­czał na swoją matkę pod­czas pogrzebu ojca. Pełna klasa. Ponoć paskud­nie się roz­wie­dli, no ale nie wiem, czy to cokol­wiek uspra­wie­dli­wia.

Dla­czego wła­ści­wie zgło­siła się na ochot­niczkę, żeby do niego poje­chać?

Priya się­gnęła po swój tele­fon.

- Ano tak, jego mama to ta słynna czarna modelka. O matko, jaka ona jest piękna!

- Tak, Nina Rus­sell. - Izzy z nie­za­do­wo­le­niem uświa­do­miła sobie, że wie o Beau Tower­sie zde­cy­do­wa­nie za dużo.

Priya siorb­nęła ze swo­jej szklanki, prze­glą­da­jąc Google.

- Te zdję­cia jego rodzi­ców razem są dzi­waczne. Zupeł­nie do sie­bie nie paso­wali. Jego tata był reży­se­rem, nie?

- Reży­se­rem i sce­na­rzy­stą. Jim Towers - przy­znała Izzy tonem eks­pertki. - W każ­dym razie, jedyną odpo­wie­dzią, jaką otrzy­ma­łam na moich kil­ka­dzie­siąt maili, była ta na prośbę o adres kore­spon­den­cyjny, żeby­śmy mogli mu posłać kosz upo­min­kowy na święta. Tylko dla­tego w ogóle wiemy, gdzie go szu­kać.

Priya wciąż wpa­try­wała się w ekran tele­fonu.

- O mój Boże. Isa­belle Mar­lowe, nie wie­rzę, że zaser­wo­wa­łaś mi tyle fak­tów z życia Beau Towersa, a nie raczy­łaś się zająk­nąć na temat tego, jakie z niego cia­cho! To zna­czy, jeśli kręcą cię takie krzep­kie wiel­ko­ludy. Bo mnie na przy­kład total­nie. Kogo obcho­dzi, czy obija komuś cza­sem gębę w barze, skoro tak wygląda?

Izzy par­sk­nęła śmie­chem i spoj­rzała na tele­fon, który Priya pod­sta­wiła jej pod nos.

- Znasz mnie. Ja tam wolę raczej takich w typie wychu­dzo­nego poety.

Priya zesko­czyła z łóżka i pode­szła do minin­baru.

- Tak, nie­stety zdaję sobie z tego sprawę i dosko­nale wiem, dokąd cię to zapro­wa­dziło.

Izzy miała świa­do­mość, kogo doty­czyła ta uwaga. Wychu­dzony gość w typie poety, z któ­rym uma­wiała się przez parę mie­sięcy poprzed­niego lata, więk­szość czasu grał na kon­soli, zamiast pisać poezję czy... spo­ty­kać się z Izzy.

Priya zła­pała kolejne dwie bute­leczki wódki i podała jej jedną.

- Nie wie­rzę, że naprawdę zamie­rzasz to zro­bić. - Nalała wódki do szklanki i dodała tonik. - Będziesz musiała mi opo­wie­dzieć, jak jest w Santa Bar­bara. Jadę tam na wesele kuzynki w przy­szłym mie­siącu. - Pokrę­ciła głową. - Co to w ogóle za opcja, że w środę, kiedy my wszy­scy będziemy tło­czyć się w samo­lo­cie do Nowego Jorku, ty tak po pro­stu poje­dziesz do domu Beau Towersa i zapu­kasz do jego drzwi.

Izzy prych­nęła z roz­ba­wie­niem.

- Brzmi absur­dal­nie, co? Gość olał wszyst­kie moje dwa­dzie­ścia dzie­więć maili... tak, liczy­łam... nie mówiąc o tych, które wysłała mu Marta, więc niby dla­czego miałby zare­ago­wać na dzwo­nek do drzwi? Zakła­da­jąc, że w ogóle będzie w domu. Ale szcze­rze powie­dziaw­szy, mam to gdzieś. Tra­fiła mi się wymówka, żeby spę­dzić dodat­kowy dzień w Kali­for­nii. Może naprawdę uda mi się wygo­spo­da­ro­wać chwilę i poczy­tać przy base­nie.

Cały dodat­kowy dzień poza biu­rem. Na samą myśl jej serce moc­niej biło z rado­ści.

- Wła­śnie - odparła Priya. - A do tego Marta może czy­hać na cokol­wiek, co pozwoli jej wci­snąć mu gho­stw­ri­tera. Jeśli cię oleje... albo co gor­sza nawrzesz­czy, wyj­dzie na potwora. Może wła­śnie na to liczy Marta.

- Słuszna myśl - przy­znała Izzy. - To by było bar­dzo w jej stylu. Zna­czy się, jasne, wciąż w głębi duszy mam nadzieję, że może uda mi się zasko­czyć wszyst­kich i trium­fal­nie wró­cić do Nowego Jorku z manu­skryp­tem w ręku. Wiesz, tym manu­skryp­tem, który Beau Towers już dawno napi­sał i cho­wał przez ten cały czas, a teraz wresz­cie prze­każe go tylko dla­tego, że to ja go do tego prze­ko­nam.

Priya par­sk­nęła śmie­chem i unio­sła szklankę.

- Za to chęt­nie wypiję.

W śro­dowy pora­nek Izzy wymel­do­wała się z hotelu i wyru­szyła do Santa Bar­bara. Z początku podróż jej się dłu­żyła: auto­strady, korki i te sprawy. Nie­ważne, Izzy to nie prze­szka­dzało. Towa­rzy­stwa dotrzy­my­wała jej ulu­biona play­li­sta, a wypo­ży­czone auto miało szy­ber­dach, który natych­miast otwo­rzyła na całą sze­ro­kość. Lecz nagle auto­strada skrę­ciła, mono­tonny kra­jo­braz znik­nął, a przed Izzy roz­po­starł się ocean, który zna­lazł się tak bli­sko, że wyda­wał się nie­mal na wycią­gnię­cie ręki.

Spoj­rzała na jego migo­tliwą powierzch­nię i uśmiech­nęła się pro­mien­nie. Taka wła­śnie Kali­for­nia jej się marzyła.

Zje­chała z auto­strady i ruszyła nieco krętą trasą, jaką GPS pro­wa­dził ją do domu Beau Towersa. Wszę­dzie rosły palmy, w oddali pię­trzyły się ogromne góry, a wszyst­kie budynki w zasięgu wzroku, nawet zwy­kłe sklepy, rumie­niły się dachów­kami z czer­wo­nej tera­koty. Wspi­nała się coraz wyżej wśród roz­le­głych wzgórz, gdzie domy sta­wały się coraz więk­sze, a w ogro­dach roiło się od kak­tu­sów i innych pokaź­nych roślin odpor­nych na suszę. Izzy zapa­mię­tała, żeby póź­niej zro­bić zdję­cie dla Priyi - przy­ja­ciółka miała obse­sję na punk­cie trzech małych suku­len­tów, które trzy­mała na swoim biurku i zdo­łała utrzy­mać przy życiu przez cały ostatni rok.

W końcu tele­fon oznaj­mił:

- Jesteś na miej­scu.

Izzy zatrzy­mała się przed wiel­kim różo­wym domem ozdo­bio­nym stiu­kiem.

Spraw­dziła adres, żeby upew­nić się, że dobrze tra­fiła. Tak, wszystko się zga­dzało. Budy­nek znacz­nie róż­nił się od jej ocze­ki­wań, choć teraz sama nie była pewna, czego się spo­dzie­wała. Może cze­goś posęp­nego, tro­chę nie­po­ko­ją­cego, przy­cza­jo­nego za zardze­wiałą, skrzy­piącą żela­zną bramą i uschnię­tymi krze­wami, albo czymś takim. Ale nic z tych rze­czy, ten dom przy­po­mi­nał wszyst­kie domy, które minęła po dro­dze: wielki, oka­zały, przy­kryty tera­ko­to­wymi dachów­kami, ukryty za murem poro­śnię­tym zie­lo­nymi pną­czami z jasno­czer­wo­nymi kwia­tami, oto­czony pal­mami i suku­len­tami. Był nawet cał­kiem... uro­czy?

Teraz pozo­stało jej tylko podejść do drzwi wej­ścio­wych, zapu­kać i... po pro­stu powie­dzieć, że szuka Beau Towersa? Nagle poczuła tremę, choć do tej pory była zupeł­nie odprę­żona.

Wzięła głę­boki oddech. No dobrze. Raz kozie śmierć.

Wysia­dła z samo­chodu i ruszyła pnącą się pod górę ścieżką, wspięła się po scho­dach z czer­wo­nych kafel­ków, pode­szła do dużych drew­nia­nych drzwi fron­to­wych i zadzwo­niła. Gdy drzwi się otwo­rzyły, Izzy przy­go­to­wała się na to, że powita ją wrzask Beau Towersa.

Ale w progu sta­nęła kobieta o dłu­gich ciem­nych wło­sach i z uśmie­chem na twa­rzy. Musiała mieć koło trzy­dziestki. Dziew­czyna Towersa?

Wyda­wała się na to zbyt nor­malna i przy­ja­zna, szcze­gól­nie wziąw­szy pod uwagę modelki, z któ­rymi dotąd się uma­wiał. Ale z dru­giej strony z takimi jak on ni­gdy nie wia­domo.

- Cześć - rzu­ciła. Zer­k­nęła na ulicę, a potem ponow­nie prze­nio­sła wzrok na Izzy. - To jakaś dostawa?

Izzy zda­wała sobie sprawę, że ma tylko kilka sekund, zanim kobieta zatrza­śnie jej drzwi przed nosem.

- Cześć! Nie, nie dostawa. Nazy­wam się Isa­belle Mar­lowe, jestem asy­stentką redak­tor naczel­nej w wydaw­nic­twie Tale as Old as Time i mia­łam nadzieję poroz­ma­wiać z Beau Tower­sem - wyrzu­ciła z sie­bie na jed­nym odde­chu.

Uśmiech na twa­rzy kobiety zrzedł, ale mimo to wzięła wizy­tówkę, którą pode­tknęła jej Izzy. Izzy dzię­ko­wała sobie w duchu, że pamię­tała, by zabrać je z kon­fe­ren­cji.

- Pra­cuję dla Marty Wal­lace - cią­gnęła. - Redak­torki zaj­mu­ją­cej się jego zbio­rem wspo­mnień. Jest już... troszkę po ter­mi­nie i Marta popro­siła mnie, żebym poroz­ma­wiała z panem Tower­sem o jego książce, dowie­działa się, w czym pro­blem, i usta­liła, jak możemy pomóc.

Kobieta pokrę­ciła głową.

- Hej, Isa­belle. Przy­kro mi, że prze­je­cha­łaś taki szmat drogi po nic, bo nie sądzę, żeby Beau chciał z tobą poroz­ma­wiać.

Izzy tego się spo­dzie­wała.

- Mogła­byś go zapy­tać? Może zgo­dziłby się spo­tkać na dosłow­nie kilka minut? Chcia­ła­bym tylko się upew­nić, że zdaje sobie sprawę, jak bar­dzo nam zależy na tym, żeby poka­zać jego książkę światu, i że jeste­śmy gotowi uży­czyć mu wspar­cia. Zro­bimy wszystko, aby pomóc mu odnieść suk­ces.

Kobieta przyj­rzała się Izzy, a na jej ustach błą­kał się nikły uśmiech. Izzy nie była w sta­nie stwier­dzić, co myśli. Uzmy­sło­wiła sobie, że cho­ciaż z góry zało­żyła, że jej misja się nie powie­dzie, teraz, gdy się tu zna­la­zła, za wszelką cenę pra­gnęła dopiąć swego. Jasne, nie liczyła, że opu­ści to miej­sce z manu­skryp­tem, jak żar­to­bli­wie wspo­mniała w roz­mo­wie z Priyą, ale zale­żało jej na jakim­kol­wiek suk­ce­sie. Minęło tyle czasu, od kiedy ostat­nio czuła, że jakiś odnio­sła. Chciała wejść do tego domu, poroz­ma­wiać z Beau i prze­ko­nać go do zatrud­nie­nia gho­stw­ri­tera, żeby w końcu mogli wydać tę książkę. Gdyby cho­ciaż zdo­łała namó­wić go, żeby zaczął odpo­wia­dać na jej maile, to już byłby prze­łom. Mogłaby wró­cić do Nowego Jorku z tar­czą i pochwa­lić się swoim trium­fem przed Martą.

W końcu kobieta ski­nęła głową.

- Pocze­kaj tu - popro­siła, po czym odwró­ciła się i ruszyła dłu­gim kory­ta­rzem.

Drzwi zosta­wiła lekko uchy­lone, więc nie­całą minutę póź­niej uszu Izzy dosię­gnęło dono­śne NIE MA MOWY dobie­ga­jące z głębi domu. Ach, mityczny Beau Towers. Dokład­nie tak cza­ru­jący, jak go sobie wyobra­ziła.

Kilka sekund póź­niej kobieta ponow­nie uka­zała się w drzwiach.

- Pró­bo­wa­łam, ale Beau nie dał się prze­ko­nać - powie­działa. - Bar­dzo mi przy­kro.

Izzy uśmiech­nęła się do niej. Kim­kol­wiek była ta kobieta, wyda­wała się miła. Jeśli była dziew­czyną Towersa, Izzy jej współ­czuła.

- Dzię­kuję, że spró­bo­wa­łaś - powie­działa. - To naprawdę wiele dla mnie zna­czy. No cóż, nie szko­dzi. Szanse były nie­wiel­kie, ale zawsze warto spró­bo­wać. A ja przy­naj­mniej mam z tego mini­wa­ka­cje w Santa Bar­bara.

Kobieta odwza­jem­niła uśmiech.

- O, to nie jest tak źle. Do kiedy zosta­jesz?

Izzy par­sk­nęła śmie­chem.

- Nie prze­sa­dza­łam z tym "mini". Przy­je­cha­łam tu pro­sto z kon­fe­ren­cji w LA, a teraz mam około czte­rech godzin, zanim będę musiała ruszać z powro­tem pro­sto na lot­ni­sko. Ale wyci­snę z tego czasu wszystko, co zdo­łam. Może zjem tacos, posie­dzę na plaży. W Nowym Jorku jest teraz poni­żej zera, więc zamie­rzam się cie­szyć tą pogodą, póki mogę.

Kobieta uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej.

- Powiem ci, dokąd pójść. Znam świetną taqu­erię, nie przy plaży, ale nie­da­leko. Powiedz im, że przy­słała cię Micha­ela, obsłużą cię, jak należy.

Izzy wycią­gnęła tele­fon, żeby zano­to­wać nazwę, którą podała jej kobieta.

- Dzięki - powie­działa. - Miło z two­jej strony. - Wzięła głę­boki oddech. - Mogła­bym cię popro­sić, żebyś prze­ka­zała Beau, że może do mnie napi­sać w spra­wie swo­jej książki, kiedy tylko chce? Jestem asy­stentką, jesz­cze tro­chę mi do eks­pertki, więc może wolałby kon­tak­to­wać się bez­po­śred­nio z Martą, ale jeśli potrze­buje po pro­stu zachęty, paru cie­płych słów czy coś z tych rze­czy, to z rado­ścią pomogę. - Dla­czego w ogóle to powie­działa? Oj tam, i tak nie miała nic do stra­ce­nia.

Micha­ela znów potrak­to­wała ją tym prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem. Zupeł­nie jakby była w sta­nie przej­rzeć Izzy na wylot.

- Jasne - odparła. - Prze­każę mu. - Wsu­nęła stopy w san­dały leżące przy drzwiach. San­dały w lutym, bajka. - Odpro­wa­dzę cię do samo­chodu. I tak muszę spraw­dzić skrzynkę na listy.

I pew­nie chciała się upew­nić, że Izzy rze­czy­wi­ście opusz­cza teren pose­sji.

Ruszyły ścieżką w dół, a na jej końcu Micha­ela skrę­ciła w stronę skrzynki. Nagle pośli­zgnęła się albo o coś potknęła, tak szybko, że Izzy nie zdą­żyła nawet wycią­gnąć ręki, i upa­dła pro­sto pod jej nogi.

- O nie! - Izzy nachy­liła się nad nią. - Jesteś cała?

Micha­ela pod­nio­sła głowę.

- Chyba skrę­ci­łam kostkę.

Izzy uklę­kła.

- Mogę pomóc ci wstać? Sprawdźmy, co z tą kostką.

Micha­ela wsparła się na Izzy i pod­nio­sła się z wysił­kiem. Z gry­ma­sem bólu usi­ło­wała prze­nieść cię­żar ciała na lewą nogę.

- Dasz radę dojść do drzwi? - spy­tała Izzy.

Micha­ela spró­bo­wała zro­bić krok i przy­sta­nęła.

- Pomo­gła­byś mi wejść do środka?

Izzy oto­czyła ją ramie­niem.

- Oczy­wi­ście. Powin­naś jak naj­szyb­ciej przy­ło­żyć lód.

Zaczęły bar­dzo powoli iść przed sie­bie.

- Wiel­kie dzięki za pomoc - ode­zwała się Micha­ela. - Nie chcę zabie­rać ci cen­nych mini­wa­ka­cji.

- Prze­cież nie zosta­wi­ła­bym cię roz­ło­żo­nej na ziemi - odparła Izzy. - Tacos mogą pocze­kać.

W końcu dotarły do schod­ków, a Izzy pomo­gła Micha­eli dokuś­ty­kać do drzwi.

- Strasz­nie głu­pio mi o to pro­sić - powie­działa Micha­ela - ale pomo­gła­byś mi dote­le­pać się do kuchni?

- Pew­nie, żaden pro­blem. - Izzy otwo­rzyła drzwi.

Powoli ruszyły dłu­gim kory­ta­rzem. Izzy wyko­rzy­stała oka­zję, żeby rozej­rzeć się dys­kret­nie i prze­ko­nać, jak mieszka Beau Towers. Pod­łoga była kafel­kowa, drzwi duże i drew­niane (a do tego w więk­szo­ści zamknięte), ściany obwie­szone obra­zami. Hm, nie tak wyobra­żała sobie jego dom. Był dużo przy­tul­niej­szy, niż się spo­dzie­wała.

W końcu dotarły do kuchni. Była jasna i cie­pła, wypo­sa­żona w arse­nał kosz­tow­nych przy­rzą­dów. We wnęce znaj­do­wała się zaciszna mini­ja­dal­nia z okrą­głym sto­łem pod wiel­kim oknem. Izzy popro­wa­dziła Micha­elę w tamtą stronę.

- Uf, naj­gor­sze za nami. Usiądź wygod­nie i połóż kostkę wyżej. Przy­niosę tro­chę lodu.

W dro­dze do lodówki ścią­gnęła z haczyka ścierkę kuchenną. Otwo­rzyła zamra­żal­nik i wycią­gnęła torebkę groszku. Dostrze­gła coś krze­pią­cego w tym, że nawet taki bogaty gość trzy­mał mro­żony gro­szek.

- Pro­szę. - Otu­liła torebkę ścierką i podała ją Micha­eli. - Przy­łóż to do kostki. Daj mi chwilkę, napeł­nię drugą torbę lodem, żebyś mogła chło­dzić z obu stron.

Micha­ela poło­żyła gro­szek na kostce i wes­tchnęła, po czym pod­nio­sła wzrok na Izzy.

- Powie­dzia­ła­bym, że nie musisz robić tego wszyst­kiego, ale domy­ślam się, że nic bym nie wskó­rała, co?

Izzy pokrę­ciła głową.

- Abso­lut­nie nic. Cie­szę się, że nawet się nie tru­dzi­łaś. Macie tu gdzieś galo­nowe pla­sti­kowe torby? Takie zamy­kane?

Micha­ela poka­zała pal­cem.

- W tam­tej szu­fla­dzie po pra­wej od zmy­warki.

Izzy wycią­gnęła torbę i przyj­rzała się kost­karce.

- Fiu, fiu, kilka rodza­jów lodu do wyboru? Ide­al­nie. - Wci­snęła guzik, a maszyna wypluła kru­szony lód pro­sto do pla­sti­ko­wej torby. - Dobrze, pod­łóż jedną od spodu, a drugą przy­łóż od góry. Ale naj­pierw owiń kostkę ścierką, bo może ci się zro­bić tro­chę za zimno. I nie zapo­mnij, że ten gro­szek posłu­żył za okład.

Micha­ela zaśmiała się pod nosem.

- Powin­nam go jakoś ozna­czyć, żeby to zapa­mię­tać.

No dobrze, Izzy musiała zapy­tać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki