Rozdział 1
Na niezbadanej planecie gęsta, zielona mgła
wisiała nisko nad mokradłem, osłaniając wszystko nieruchomym całunem.
Kto mógł wiedzieć, jakie dziwaczne rośliny - albo zwierzęta - się w niej
skrywały. Czaiły, czyhały, obserwowały. Może już w tym momencie pełzły w kierunku buta Strażnika Kosmosu, który właśnie postawił pierwszy krok w pozaziemskim błocku.
Właściciel buta odezwał się do komunikatora na nadgarstku:
- Buzz Astral, dziennik pokładowy: czas gwiezdny
trzy-dziewięć-zero-dziewięć. - Głos i but należały do kapitana Buzza
Astrala, Strażnika Kosmosu. Wyprostowany i czujny, uważnie studiował
rozciągający się przed nim bezkres, zwracając uwagę na każdy
najdrobniejszy szczegół, który młodsi i mniej doświadczeni Strażnicy
mogliby przeoczyć.
- Czujniki wykryły niezbadaną planetę bogatą w cenne złoża - mówił dalej
- dlatego postanowiliśmy chwilowo zboczyć z kursu i zbadać sprawę.
Strażnicy Kosmosu dokonają wstępnego rozeznania i ocenią, czy warto
wybudzić zespół naukowy z hibernacji... czy lepiej kontynuować naszą długą
podróż powrotną do domu.
Buzz pozwolił sobie na przelotny, ledwo dostrzegalny uśmiech. Poznał już
dziesiątki układów słonecznych i przemierzył niezliczone obce światy,
ale w tej planecie - zwanej T'Kani Prime - było coś wyjątkowego. Buzz
poczuł dreszcz podniecenia, który rzadko zdarzał się tak zaprawionemu w boju Strażnikowi. Według komputerów ich statku niezbadane przepastne
mokradła kryły ogromne ilości bogactw naturalnych. Te zasoby mogły
przyspieszyć badania naukowe jego załogi o całe lata... albo sprowadzić na
nich niebezpieczeństwo, z jakim nigdy dotąd się nie zetknęli. Dla Buzza
Astrala wszystko na T'Kani Prime było nowe, przedziwne i ekscytujące.
I być może planeta myślała to samo o nim.
Buzz wcisnął czubek buta w ziemię, a błoto mlasnęło, stawiając
zaskakująco duży opór.
- Podłoże wydaje się nieco niestabilne. Wciąż brak danych na temat
zdatności powietrza do oddychania. Na razie nic nie wskazuje na
istnienie w tym rejonie inteligentnego życia.
- Z kim rozmawiasz? - Sprawozdanie przerwał mu kobiecy głos. Buzz
odwrócił się na pięcie i stanął twarzą w twarz z komandor Alishą
Hawthorne.
- Z nikim - powiedział Buzz, pospiesznie opuszczając rękę z komunikatorem.
- Znowu monologowałeś - rzuciła Alisha. Ton jej głosu wyrażał
dezaprobatę, ale Buzz dobrze wiedział, co się za nią kryło. Komandor
tylko się z nim droczyła.
Dla innych Alisha Hawthorne była surową i do bólu zasadniczą Strażniczką
Kosmosu. Ale z Buzzem Astralem łączyła ją przyjaźń, którą mógł zbudować
tylko czas. Rozpoczęli szkolenie w akademii w tym samym roku i wspólne
trenowali jako kadeci. Razem ślęczeli nad książkami, mordowali się
podczas długich musztr i wkuwali na pamięć kodeks Straży Kosmosu, aż
byli w stanie wyrecytować go przez sen. W końcu oboje osiągnęli to, o czym większość mogła tylko marzyć: wstąpili w szeregi Straży Kosmosu. A teraz oboje ramię w ramię odkrywali dziewicze rejony wszechświata.
Buzz wzruszył ramionami.
- Nagrywam tylko dziennik pokładowy - rzucił i włączył laserową maczetę,
żeby przeciąć sękatą łodygę bagiennego pnącza, która leżała na jego
drodze. - To mi pomaga skupić myśli. Pełna koncentracja. Jeśli
przeszkadzam, komandor Hawthorne, to chętnie poczekam w Kalarepie.
Alisha uruchomiła własną maczetę i zaczęła wyrąbywać sobie drogę obok
Buzza.
- Prosiłam cię już, żebyś go tak nie nazywał.
- Ale chyba przyznasz, że ten statek wygląda rzeczywiście jak pulchna
bulwa - rzucił Buzz.
Oboje odwrócili się, żeby spojrzeć na towarowiec SC-01, którego rozmyty
zarys majaczył we mgle.
Nie dało się zaprzeczyć, że jego pękaty kształt prezentował się bardzo
kalarepowato.
- Tak, dałeś to wyraźnie do zrozumienia podczas inspekcji projektu -
zauważyła Alisha.
- Kiedy odkryłaś, że lubię sobie czasem pomonologować? - spytał Buzz,
podciągając się na plątaninę pnączy tak grubych, że wyglądały jak pień
powalonego drzewa.
- Wieki temu - przyznała Alisha, uśmiechając się lekko. - Jeszcze w akademii. A propos, zapomniałeś zabrać nowego.
- Uch, komandor Hawthorne, wiesz, jaki mam stosunek do żółtodziobów -
powiedział Buzz, z rozmachem rąbiąc pnącza. - W niczym nie pomagają,
niepotrzebnie komplikują sprawę. Lepiej radzę sobie sam.
- Dlatego to j a zabrałam żółtodzioba - odparła Alisha.
W tym momencie Buzz dostrzegł drugą postać drepczącą niepewnie przez
błoto za Alishą. Żółtodziób. W opinii Buzza był tylko niezdarnym
patykowatym kadetem w przebraniu Strażnika Kosmosu.
- Ee... cześć - bąknął żółtodziób, wykonując niezgrabny gest, który w zamierzeniu miał być machnięciem.
- Nie. - Buzz odwrócił się z powrotem do pnącza.
- Buzz - powiedziała Alisha - musimy go zabrać. Kwestia protokołu.
Spójrz tylko na niego.
- Nie - powtórzył Buzz.
- Buzz, spójrz na żółtodzioba - rozkazała Alisha.
- Nie! - upierał się Buzz. - Wlepi we mnie te smutne gały. Wiesz, że nie
radzę sobie ze smutnymi gałami.
- Spójrz, spójrz, spójrz! - powtarzała Alisha.
Buzz niechętnie zerknął na żółtodzioba. I naturalnie odpowiedziała mu
para ogromnych jak spodki oczu, pełnych nadziei i błagania, jak u małego
dziecka. Albo szczeniaczka.
- No dobra! - jęknął Buzz. - Wygrałaś. Słuchaj, Feather... Featherings...
Feather... - Buzz zmrużył oczy, próbując odczytać długie i skomplikowane
imię wybite na nieśmiertelniku żółtodzioba.
- Featheringhamstan, kapitanie! - podpowiedział żółtodziób z zapałem.
- Słuchaj, żółtodziób. - W głosie Buzza drżało napięcie. - Po pierwsze,
nie gadaj nieproszony.
- Tak jest! - odpowiedział żółtodziób.
- Skucha na wstępie - upomniał go Buzz. - Po drugie, szanuj skafander.
Chroni nie tylko ciebie, chroni cały wszechświat. Mając na
sobie ten skafander, wysyłasz w świat jeden komunikat: jesteś
Strażnikiem Kosmosu i zrobisz wszystko, by ukończyć swoją misję.
Choćby nie wiem co, nie poddasz się i będziesz przeć dalej. Nieważne, co
zaserwuje ci kosmos... Możesz to wyłączyć?!
Buzz sapnął z irytacji, odwracając się do Alishy, która odtworzyła
nagranie triumfalnych fanfar z panelu na swojej piersi.
Alisha powoli ściszyła muzykę, aż zastąpił ją szum i pomlaskiwanie
kosmicznych pnączy.
- Sam się podstawiasz - zaśmiała się.
- Nabijasz się ze mnie, tak? - burknął Buzz, daleki od rozbawienia.
- Tak, ale konstruktywnie - zapewniła go Alisha.
- Komandor, próbuję tylko powiedzieć - ciągnął Buzz - że ty i ja
ogarniamy tę robotę...
- Eee... kapitanie? - odezwał się żółtodziób za jego plecami.
- A ten znów gada - prychnął Buzz, nie odrywając wzroku od Alishy. - Ty
i ja jesteśmy zgranym duetem. W każdej sytuacji i w każdym momencie
wiem, co myślisz. Wiem, gdzie jesteś. Ale z tym gościem...
Buzz wreszcie się odwrócił.
Nowego za nim nie było.
A w jego miejscu wiła się gęstwa pełzających pnączy, które wyciągały się
w kierunku dwojga Strażników Kosmosu, jakby chciały im pokazać, że nie
powinno ich tu być.
Rozdział 2
Pnącza! - wykrzyknęła Alisha.
Mokradła wokół nich nagle ożyły, a setki mlaskających, sprężystych,
wijących się macek zaatakowały w tym samym momencie.
W gęstej zielonej mgle zawibrowało niskie buczenie.
- Robale! - wrzasnęła Alisha, gdy z góry natarła na nich chmara
olbrzymich owadów.
Buzz odwrócił się błyskawicznie i z przerażeniem spostrzegł, że ich
statek zapada się w błoto.
- Statek! - wykrzyknął. - Statek tonie!
- Wszyscy z powrotem do Kalarepy! - rozkazała Alisha.
- To nagle wolno nazywać go Kalarepą? - rzucił Buzz, gdy ile sił w nogach pędzili do statku.
Ale owady szybko ich wyprzedziły.
- Aktywacja kamuflażu! - zawołała Alisha. - To powinno dać nam trochę
czasu.
Alisha i Buzz jednocześnie wcisnęli guziki na swoich skafandrach i zniknęli.
Ale ta ochrona szybko straciła moc. Przyjaciele znów stali się widoczni,
a owady ruszyły w ich kierunku. Buzz i Alisha zrozumieli, że zostało im
tylko jedno wyjście. W tym samym momencie aktywowali laserowe maczety i zaczęli przedzierać się przez atakującą chmarę, siekąc na prawo i lewo.
Nawet na chwilę nie tracili czujności, chroniąc się nawzajem na każdym
kroku. Buzz usmażył nacierającego owada promieniem nadgarstkowego lasera
i wykonał zwinny półobrót, by zrobić miejsce Alishy zamachującej się na
pnącze, które już zbliżało się do wyciągniętej ręki przyjaciela.
Wirowali w pełnym gracji balecie Strażników Kosmosu, bezbłędnie
przewidując ruchy drugiego w każdym skoku, uniku i wymachu. Pnącze po
pnączu, robal po robalu, mozolnie przedzierali się w kierunku Kalarepy,
aż w końcu ramię w ramię wpadli do windy lądownika. Jej kabina zaczęła
wypełniać się lepkim błotem i nagle coś trzasnęło, posypały się iskry, a winda zamarła.
- Jasny gwint! - wrzasnął Buzz, gniotąc przyciski obryzganego błotem
panelu kontrolnego.
- Czekaj, przekieruję zasilanie - powiedziała Alisha. Jednym ruchem
zerwała pokrywę panelu i bez wahania zabrała się za przełączanie kabli.
W takich chwilach Buzz czuł ogromną wdzięczność, że miał przy boku tak
trzeźwo myślącą i opanowaną partnerkę. Żaden żółtodziób w życiu by...
Buzz się zawahał.
- Zaraz, a gdzie...
- Ratunku! - doszedł ich krzyk żółtodzioba. Biedak latał to w górę, to w dół, przeciągany niczym wrzeszcząca lina w zaciętym pojedynku między
owadem a pnączem.
Buzz rzucił się biegiem i odrąbał pnącze trzymające żółtodzioba za nogę.
Nie tracąc ani chwili, chwycił chłopaka za wyciągniętą rękę, żeby nie
pozwolić owadowi go porwać. Ale robal nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
Chlasnął Buzza opalizującym skrzydłem, wytrącając mu z dłoni laserową
maczetę. W tym momencie podstępne pnącze podpełzło do kapitana, oplotło
go w pasie i poderwało wysoko w górę.
- Nie! - krzyknęła Alisha i wystrzeliła w kierunku owada laserowy
pocisk... trafiając prosto w cel!
Zwierzę skrzeknęło, upuszczając Buzza i żółtodzioba prosto w błotnistą
maź. Ale wciąż nie byli bezpieczni. Kolejne trzy pnącza podniosły się z ziemi, otaczając ich i szykując się do wciągnięcia ich w zgniłozielone
odmęty.
- Buzz! - zawołała Alisha.
Wystarczyła im wymiana jednego spojrzenia. Wiedzieli, co trzeba zrobić.
Mieli tylko jedną szansę.
Buzz wyciągnął rękę w momencie, w którym Alisha cofnęła swoją, szykując
się do rzucenia mu laserowej maczety.
- Teraz! - krzyknął Buzz.
Celując bezbłędnie, Alisha cisnęła maczetę w stronę kapitana, a ten
złapał ją w chwili, gdy pnącza wciągnęły jego i żółtodzioba pod
powierzchnię.
Alisha wstrzymała oddech. Minęła sekunda, która wydała się jej
wiecznością. Aż w końcu...
Buzz wystrzelił spod plątaniny pnączy, unosząc jarzącą się laserową
maczetę w triumfalnym geście. Z bohaterskim rozmachem przewiesił sobie
wyczerpanego żółtodzioba przez ramię i rzucił się biegiem w kierunku
statku, w ostatniej chwili prześlizgując się przez zamykające się drzwi.
- Pójdę do maszynowni - oświadczyła Alisha, gdy zabłocona winda zabrała
ich na mostek.
- A ja stanę za sterem - odparł Buzz.
- A ja... - zaczął żółtodziób.
- A ty będziesz siedział na tyłku - warknął Buzz. - Damy radę sami.
Potem opadł ciężko na jeden z dwóch foteli kapitańskich. Autopilot ożył,
anonsując się wesołym sygnałem.
- W czym mogę ci dziś pomóc? - zapytał pogodnie.
- Ugh, autopiloty - jęknął Buzz. Jeśli było coś, co lubił jeszcze mniej
od żółtodziobów, to były to autopiloty. Pewnym gestem chwycił ster
wystający z konsoli.
Zwykle statkiem kierowali dwaj współpracujący ze sobą piloci. Ale w tej
chwili Alisha musiała monitorować sprawy w maszynowni. Może tym razem
autopilot zdoła ją zastąpić.
Buzz wiedział jedno: jeśli istniał człowiek, który potrafił wyprowadzić
Kalarepę z tej planety w pojedynkę, to był nim właśnie on. Buzz Astral.
- Mogę coś zrobić, kapitanie? - zapytał żółtodziób, nieśmiało wyciągając
rękę w stronę panelu kontrolnego drugiego pilota.
- Nie! - Buzz plasnął go w dłoń. - To nie symulacja!
Potem odezwał się przez radio:
- Komandor, status?
W głośniku wśród trzasków odezwał się głos Alishy.
- Paliwo start. Wszystkie systemy sprawne!
Buzz wcisnął przycisk startu i silniki ożyły. Lecz po chwili przez cały
statek przeszedł metaliczny jęk. Lepkie błoto stawiało silny opór.
Kalarepa uniosła się krzywo i zarzęziła, próbując wzbić się w powietrze.
- Uwaga! Nieprawidłowa trajektoria startu - zasygnalizował komputer
pokładowy.
Coś było nie tak. Kalarepa skierowała się w dobrą stronę, ale wciąż nie
nabierali wysokości.
Buzz poczuł, jak po skroni spływa mu kropla potu. Z całych sił pociągnął
za ster. Kalarepa leciała niemal równolegle do ziemi, a nie zostało im
wiele czasu. Wprost przed nimi z mokradeł wyrastała masywna góra. Buzz
musiał podnieść statek - i to natychmiast!
- Zderzenie nieuchronne - oznajmił komputer. - Zmień kurs. Zmień kurs.
Zmień kurs.
Buzz wyłączył autopilota.
- Kapitanie Astral, czy mogę pomóc? - spytał żółtodziób, chwytając za
oparcie pustego fotela Alishy, gdy statek gwałtownie przechylił się na
bok.
- Nie!
- Na pewno?
- Jestem Buzz Astral - syknął Buzz przez zaciśnięte zęby. - Zawsze
jestem pewien.
Statek w końcu zaczął się podnosić! Góra wciąż się zbliżała, ale
Kalarepa powoli wznosiła się coraz wyżej. Byli już prawie ponad jej
szczytem... Jeszcze tylko parę metrów...
TRACH!
W ostatnim momencie podwozie statku otarło się o wierzchołek góry. W uszach Buzza zadzwonił przeraźliwy zgrzyt rozrywanego metalu... a potem
ogłuszający huk. Poczuł pustkę w żołądku. Wiedział, co oznaczał ten
drugi dźwięk.
Rozpętał się chaos.
Mostek kapitański wypełniła kakofonia piskliwych sygnałów ostrzegawczych
i światło migających kontrolek. Tracili wysokość, i to gwałtownie. Buzz
próbował odzyskać władzę nad sterami, ale nic już nie działało. Kalarepa
z impetem runęła w mokradła i rozorała brzuchem ziemię, wzbijając ku
niebu fontannę błota i mułu.
- Nie jest dobrze, Buzz - stwierdziła Alisha, wynurzając się z wraku
maszynowni. Była cała w sadzy, a w ręku trzymała roztrzaskaną obudowę
ogniwa paliwowego. Buzz wbił w nią wzrok i gapił się tępo, podczas gdy
wokół niego reszta drużyny wszczęła procedurę ewakuacji.
Na szczęście kapsuły hibernacyjne uratowały całą załogę podczas
zderzenia. Przeżyli wszyscy. Wszyscy poza statkiem.
- Nasz kryształ napędowy jest zupełnie zniszczony - powiedziała Alisha.
- Czyli inaczej: utknęliśmy tu na dobre.
Buzz przez chwilę przetwarzał tę wiadomość. Miał wrażenie, że to jakiś
koszmarny sen. Jeszcze godzinę temu kończyli ostatnie zadanie
pięcioletniej misji, po którym mieli ruszyć w drogę powrotną na Ziemię.
Teraz wszystko się zmieniło. Czy jeszcze kiedyś zobaczą dom? Czy powrót
w ogóle był możliwy? Buzz nie mógł sobie wyobrazić większej
katastrofy.
A wszystko z jego winy.
Przygnębiony, odpiął ze swojego skafandra plakietkę z nazwiskiem i podał
ją Alishy.
- Co ty robisz? - spytała, nie rozumiejąc.
- Oddaję się pod sąd wojskowy i wydaję wyrok - odpowiedział Buzz. -
Komandor Hawthorne, niniejszym dymisjonuję się ze służby i pozbawiam
tytułu Strażnika Kosmosu. To ja doprowadziłem do tej sytuacji, a ta
załoga zasługuje na lepsze dowództwo. Możesz wrzucić mnie do celi.
- Dokończ tę misję, Buzz. - Alisha położyła dłoń na jego ramieniu. - O t
o chodzi w naszej służbie. Nie odpuszczamy, dopóki wszyscy nie wrócą
bezpiecznie do domu.
- Ale bez kryształu paliwowego tam nie dolecimy - zauważył Buzz.
- Więc przekopiemy tę planetę. Stworzymy nowy kryształ - odparła Alisha.
Buzz zmarszczył czoło i pokręcił głową.
- Fuzja krystaliczna jest bardzo niestabilna.
- Zrobimy testy - zapewniła go Alisha.
Buzz poczuł zawroty głowy.
- To zbyt niebezpieczne. Stworzenie kryształu zdolnego do osiągnięcia
hiperprędkości to jak... jak rzucanie się z lassem na słońce. A potem ktoś
będzie musiał podpiąć to słońce do statku. A potem trzeba jeszcze
polecieć tym statkiem tak, żeby nie rozpaść się na milion kawałeczków.
Trzeba szaleńca, żeby... Aaa...
Zobaczył kpiarski uśmiech Alishy i w końcu pojął. Przyjaciółka
przyczepiła mu plakietkę do skafandra, a on wyprostował się i omiótł
okolicę pełnym determinacji spojrzeniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki