GRY I ZABAWY
---------------------
ROWAN
Tkająca Oczy.
Siedzę naprzeciwko pieprzonej Tkającej Oczy.
I jest kurewsko piękna.
Kruczoczarne włosy. Ciepłe orzechowe oczy. Piegi na policzkach i lekko zaczerwieniony nos. Dziewczyna odchrząkuje i bierze długi łyk piwa, a następnie marszczy brwi, wpatrując się w szklankę, którą odsuwa.
- Jesteś chora - zauważam.
Oczy Sloane napotykają moje, gdy spogląda na mnie ostrożnie, a potem przenosi uwagę na knajpę. Jej bystre spojrzenie ląduje na chwilę na stoliku innych klientów, po czym przenosi się na następny. Sloane jest nerwowa.
To chyba uzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności.
- Trzy dni w tym piekle dały mi się we znaki. Dobrze, że miałam tam wodę. - Sięga po podajnik na serwetki i wyciąga jedną, by wydmuchać nos. Jej spojrzenie znów odnajduje moje, ale nie zatrzymuje się na długo. - Dzięki, że mnie wypuściłeś.
Wzruszam ramionami i upijam łyk piwa, obserwując w milczeniu, jak kieruje wzrok na obsługę, która wychodzi z kuchni z zamówieniem dla innego stolika. Sloane poprosiła o miejsce w połowie okna, a gdy hostessa zaprowadziła nas do sali, wskazała to, które chciała. Teraz rozumiem dlaczego. Znajduje się ono w równej odległości od frontowego wejścia, wyjścia ewakuacyjnego przy łazienkach oraz kuchni.
Czy ona zawsze jest taka płochliwa, czy może czas spędzony w klatce Alberta ją wystraszył? A może to ja?
Ostrożności nigdy za wiele.
Nie odrywam od niej wzroku i korzystam z okazji, by otwarcie ocenić moją towarzyszkę posiłku, gdy ta przygląda się restauracji. Sloane przerzuca wilgotne włosy przez ramię, a moje spojrzenie wędruje w dół, na jej piersi, tak jak co dwie minuty, odkąd wyszła z łazienki Alberta Briscoe'a w koszulce Pink Floyd i bez stanika.
Bez stanika.
Ta myśl odbija się echem w moim mózgu jak kościelne dzwony w pogodny niedzielny poranek.
Jej ciało jest zgrabne i silne, ma jakiś magiczny wpływ na skradzione ubrania, które nie powinny wyglądać tak seksownie, biorąc pod uwagę, że pochodzą z szafy Briscoe'a. Na niej nawet jego dżinsy wyglądają dobrze - długie nogawki podwinięte do kostek i luźna talia zaciśnięta dwiema czerwonymi chusteczkami związanymi razem, tworzącymi prowizoryczny pasek. Dół koszulki zawiązała na supeł, co uwydatniło talię i ukazało skrawek kuszącej skóry oraz przekłuty pępek, gdy Sloane oparła się o siedzisko z wyczerpanym westchnieniem.
Nie ma stanika.
Muszę wziąć się w garść. To Tkająca Oczy, do jasnej cholery. Jeśli przyłapie mnie na gapieniu się, może wyrwać mi gałki oczne i obwiązać je żyłką, zanim w ogóle wypowiem słowa "bez stanika".
Sloane zatacza ramionami koła, co nie pomaga mi w porzuceniu mantry o braku stanika. Dotyka palcami stawu, a na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Marszczy brwi, gdy jej oczy napotykają moje.
- Kopnął mnie - wyjaśnia na moje niewypowiedziane pytanie, zatrzymując rękę na ramieniu. - Uderzyłam barkiem o klatkę, kiedy do niej wpadłam.
Moje dłonie zaciskają się w pięści pod stołem, a w żyłach płonie paląca wściekłość.
- Skurwiel.
- Cóż, a ja go dźgnęłam w szyję, więc ma za swoje. - Sloane przesuwa dłoń po ramieniu i prycha, marszcząc nos. Cholernie urocze. - Przed upadkiem udało mu się mnie zamknąć. Nawet się roześmiał.
Kelnerka podchodzi z dwoma talerzami żeberek i jednym frytek, które Sloane obrzuca łapczywym spojrzeniem. Kiedy talerz zostaje przed nią postawiony, uśmiecha się, a obok jej ust pojawia się mały dołeczek.
Dziękujemy kelnerce, która staje obok stolika i czeka, aż Sloane potwierdzi, że mamy wszystko, czego nam trzeba. Kiedy kobieta odchodzi, Sloane prycha pod nosem, a jej dołeczek się pogłębia.
- Tylko mi nie mów, że przydarza ci się to tak często, że twój mózg nawet tego nie rejestruje. To po prostu przykre.
- Ale cze...?
Sloane spogląda na kelnerkę, a ja podążam za jej wzrokiem do kobiety, która rzuca uśmiech w stronę naszego stolika.
- O Boże, ty naprawdę tego nie widzisz. W ogóle. - Sloane kręci głową i zabiera żeberko z parującego stosu na talerzu. - Cóż, przygotuj się, przystojniaku. Przez ostatnie trzy dni mój żołądek zjadał pobliskie organy i zamierzam pożreć te pieprzone żeberka w bardzo niekobiecy sposób.
Nic nie mówię, przykuty do widoku jej idealnych zębów, gdy wgryza się w parujące mięso, które ześlizguje się z szarej kości. Kropla sosu barbeque zbiera się w kąciku jej ust. Zlizuje ją językiem, a ja mam ochotę umrzeć.
- Więc... - Odchrząkuję w nadziei, że mój głos się nie załamie, na co Sloane marszczy brwi, znowu wgryzając się w mięso. - Dlaczego nie Blackbird?
- Co? - Wsuwa koniec żeberka do ust i wysysa mięso z kości, przeciągając ją przez usta poplamionymi sosem palcami. Mój kutas napręża się przy rozporku, gdy widzę jej wciągnięte policzki.
Wyobraź sobie, co mogłaby zrobić z tymi pieprzonymi ustami.
Biorę łyk piwa i wbijam wzrok w swój talerz.
- Twoja ksywka - odpowiadam i zabieram się za żeberko, wyłącznie po to, by odwrócić uwagę pewnych części ciała, których pragnienia stają się zbyt natarczywe. - Dlaczego nie wybrałaś ksywki "Blackbird"? Kruczoczarne włosy, płochliwa natura, piosenka... Zaryzykuję przypuszczenie, że pochodzi z twojego dzieciństwa, prawda? Słyszałem, jak śpiewałaś ją w klatce.
Sloane przerywa na chwilę żucie i patrzy na mnie, w zamyśleniu przesuwając kciukiem po dolnej wardze. To pierwszy raz, kiedy jej spojrzenie naprawdę na mnie osiada i wbija się prosto w moją czaszkę.
- To dla mnie - stwierdza. - Tkająca Oczy jest dla nich.
Oczy Sloane ciemnieją i w mgnieniu oka zmienia się z seksownej, kruczoczarnej piękności w nikczemną, bezlitosną zabójczynię o żelaznej woli.
Kiwam głową.
- Rozumiem.
Być może jestem jedyną osobą, która ją rozumie.
Sloane nie spuszcza ze mnie wzroku.
- O co ci chodzi, przystojniaku?
- To znaczy?
- Słyszałeś mnie. Pojawiasz się w domu tego skurwiela, wypuszczasz mnie z klatki, palisz jego dom i zabierasz mnie na żeberka i piwo. A jednak nie wiem o tobie praktycznie nic. Więc o co ci chodzi? Dlaczego byłeś u Briscoe'a?
Wzruszam ramionami.
- Przyszedłem odrąbać mu kończyny i cieszyć się jego powolną śmiercią.
- Dlaczego on? Znajdujemy się daleko od Bostonu. Jestem pewna, że jest tam wielu nędznych handlarzy narkotyków, żeby się rozerwać, więc nie musisz przyjeżdżać tak daleko dla jednego faceta.
W powietrzu zalega ciężka cisza, oboje zastygamy z żeberkami tuż przy ustach. Na moich wargach pojawia się cwany uśmiech, a twarz Sloane posępnieje.
- Czyli dobrze wiesz, kim jestem.
- O Boże.
- Znasz mnie. Wiesz, na kogo lubię polować na swoim terenie. Jak długo jesteś moją fanką?
- Dobry Boże, przestań.
Zanoszę się śmiechem, a Sloane opiera czoło o grzbiety nadgarstków, wciąż trzymając żeberko między lepkimi palcami.
- Który z nich był twoim ulubionym? - dopytuję. - Facet, którego oskórowałem i zawiesiłem na dziobie statku w Griffin's Wharf? A może ten, którego zawiesiłem na dźwigu? Ten wydawał się dość lubiany.
- Już widzę, że jesteś nieznośny. - Sloane unosi ręce, bezskutecznie próbując ukryć rumieńce, które rozpalają jej policzki. Jej piwne oczy błyszczą pomimo morderczego spojrzenia, które kieruje w moją stronę. - Odeślij mnie z powrotem do celi Briscoe'a.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Spoglądam w stronę wydawki i podnoszę rękę na kelnerkę, która zauważa mnie w ciągu sekundy i rusza w naszą stronę z poszerzającym się uśmiechem.
- Rowan...?
- Co? Powiedziałaś, że chcesz wrócić do Briscoe'a, więc wrócimy.
- Żartowałam, ty psycho...
- Nie martw się, Blackbird. Zaprowadzę cię z powrotem do twojej śmierdzącej klatki. Jestem pewien, że mimo pożaru wciąż tam stoi. Myślisz, że jakieś larwy przetrwały? Jeśli tak, możesz je wydziobać z popiołów.
- Rowan... - Sloane łapie mnie za nadgarstek, pozostawiając lepkie odciski palców na mojej skórze. Jej dotyk przeszywa mnie elektryzującą falą. Na widok paniki w jej oczach z trudem powstrzymuję rozbawienie.
- Coś nie tak, Blackbird?
Kelnerka zatrzymuje się obok naszego stolika z promiennym uśmiechem.
- Podać wam coś?
Spoglądam na Sloane, unosząc brwi. Jej dzikie spojrzenie przeskakuje między mną a wyjściem.
- Poproszę jeszcze dwa piwa - mówię.
Sloane wbija we mnie wzrok, a jej oczy zwężają się do cienkich szparek.
- Już się robi.
- Tak jak mówiłam - mamrocze Sloane, zdejmując palce z mojej ręki. - Jesteś nieznośny.
Uśmiecham się do niej krzywo. Sloane podchwytuje mój uśmiech, a jej spojrzenie łagodnieje, chociaż widzę, że tego nie chce.
- Pewnego dnia mnie pokochasz - mruczę, patrząc jej w oczy. Powoli zlizuję sos, który zostawiła na mojej skórze.
Oczy Sloane błyszczą w ciepłym popołudniowym świetle wpadającym przez okna baru, a dołeczek przy jej wardze jest przejawem rozbawienia, którego nie potrafi powstrzymać.
- Nie sądzę, Butcher.
Zobaczymy - mówi mój uśmiech.
Ciemne brwi Sloane unoszą się, jakby rzucała mi wyzwanie, po czym przenosi uwagę na jedzenie.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie na temat Briscoe'a.
- Tak. Rąbanie kończyn. Rozkoszowanie się jego agonią.
- Ale dlaczego on?
Wzruszam ramionami.
- Zakładam, że wybrałaś go z tego samego powodu. Był zwykłą łajzą.
- Skąd wiesz, że właśnie dlatego go wybrałam? - pyta Sloane.
- A dlaczego nie? - odpowiadam, opierając się przedramionami o aluminiowe wykończenia stołu.
Sloane unosi podbródek, jej mina wyraża oburzenie.
- Może miał ładne gałki oczne.
Z mojej piersi wydobywa się śmiech, gdy podnoszę kolejne żeberko. Pozwalam ciszy trwać, biorąc kęs przed odpowiedzią.
- To nie dlatego wyrywasz im gałki oczne z czaszek.
Sloane odchyla głowę na bok, a jej oczy błyszczą, gdy mnie ocenia.
- Nie?
- Nie. Zdecydowanie nie.
- Więc dlaczego miałabym to robić?
Wzruszam ramionami, nie będąc gotowym na spotkanie z jej spojrzeniem, mimo że mnie kusi.
- Przypuszczam, że oczy są oknami duszy.
Sloane szydzi ze mnie w głos. Spoglądam w górę, by uchwycić jej potrząśnięcie głową.
- Raczej: przygarnij kruka, a wydziobie ci oczy.
Przechylam głowę, próbując to wszystko rozszyfrować. Bardzo niewiele wiadomo o Sloane, a przynajmniej bardzo niewiele trafia do prasy. Specjalizuje się w innych seryjnych mordercach i zostawia precyzyjnie rozplanowane miejsca zbrodni. To właściwie wszystko. Wszelkie inne teorie, które FBI może mieć na temat Tkającej Oczy, są co najmniej wątpliwe. Z tego, co czytałem, pomysł, że nieuchwytny mściciel jest kobietą, nawet nie poruszył ich małych, przewidywalnych mózgów. Jakiekolwiek są jej przeszłość i motywacje, cokolwiek oznaczać ma jej komentarz, wszystko to pozostaje niezbadane.
Rozbudziła moją ciekawość od chwili, gdy się poznaliśmy, rozniecając żarzące się węgle, a teraz rozpaliła pierwszą nić płomienia.
Chcę wiedzieć. Chcę znać prawdę.
I może chciałbym, żeby poczuła taką samą ciekawość w stosunku do mnie.
- Czy wiesz, że to ja zabiłem Tony'ego Watsona, Pogromcę z Przystani? - pytam.
Odsuwa szklankę z piwem od ust, jej ruch jest powolny, a oczy wpatrzone w moje.
- To byłeś ty?
Kiwam głową.
- Myślałam, że wdał się w bójkę z kimś, kogo próbował zabić.
- Ta część historii nie jest błędna, jak sądzę. Wdał się w bójkę i faktycznie próbował mnie zabić, ale mu się nie udało. - Watson, ta łajza. Biłem go tak długo, aż pękła mu czaszka, a ciało zwiotczało, po czym obserwowałem ostatni krwawy, bulgoczący oddech wydostający się przez połamane zęby i rozcięte wargi. Kiedy jego ciało ucichło, zostawiłem go w alejce, by mogły zjeść go szczury.
To nie było ładne zabójstwo. Ani eleganckie. Nie było w nim nic zainscenizowanego ani sprytnego. To było krwawe i pod wpływem emocji.
I cieszyłem się każdą pieprzoną sekundą.
- Watson nie był tak głupi, jak myślałem. Przyłapał mnie na śledzeniu go. Próbował wciągnąć mnie w zasadzkę.
Sloane zaciska usta w zamyśleniu.
- Jestem rozczarowana.
- Bo nie zabił mnie pierwszy? Ostro, Blackbird. Jestem urażony.
- Nie - mówi ze śmiechem. - Po prostu miałam dla niego taki fajny plan. Ciała jego ostatnich pięciu ofiar już ujęłam w mojej sieci - wyjaśnia.
Jej lepkie palce tańczą w moim kierunku, jak gdyby kreśliła wzór w powietrzu. Nawet nie podnosi wzroku. Jakby to nie było jakieś gigantyczne wyzwanie, którym właśnie się podzieliła.
Ujęła. W sieci.
- Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Przecież te debilne pojeby z FBI jeszcze na to nie wpadły. Ale i tak... zjawiłeś się i wszystko spieprzyłeś - kontynuuje Sloane, nie podnosząc wzroku znad kolejnej kości, którą odrywa od tuszy. Ciężkie westchnienie owiewa mięso, które podnosi do ust. - Chyba powinnam być wdzięczna. Może ja też nie doceniłam Watsona. Biorąc pod uwagę, że Briscoe tak łatwo wrzucił mnie do swojej klatki, a był leniwym kutasem, nie jestem pewna, czy poradziłabym sobie z Watsonem tak dobrze jak ty. - Jej jasne, niezwykłe oczy odnajdują moje przez kosmyki kruczoczarnych włosów, które opadły jej na brwi, a czarujące spojrzenie oświetla moją poczerniałą duszę. - Nawiasem mówiąc, fizycznie boli mnie przyznanie się do tego. Ale nie pozwól, by woda sodowa uderzyła ci do głowy, przystojniaku.
Na moje usta wkrada się uśmiech.
- Myślisz, że jestem przystojny.
- Dosłownie przed chwilą powiedziałam, żebyś nie pozwolił, by morderstwo Watsona uderzyło ci do głowy. Dotyczy to również twojej urody - mówi Sloane, teatralnie przewracając oczami, a jej powieka drga. - Poza tym już to wiesz.
Uśmiecham się szerzej i chowam się za krawędzią szklanki. Patrzymy sobie w oczy, aż Sloane w końcu wyrywa się z transu i odwraca głowę, a na jej piegowatych policzkach pojawia się odrobina koloru.
- Cóż, ty natomiast dotarłaś do Billa Fairbanksa przede mną - mówię - więc chyba jesteśmy kwita.
Oczy Sloane rozszerzają się, a jej gęste, ciemne rzęsy niemal sięgają brwi.
- Ścigałeś go? - pyta, a ja kiwam głową i wzruszam ramieniem.
Kiedyś irytowało mnie, że straciłem Fairbanksa, nawet jeśli na rzecz Tkającej Oczy, którą uważałem za swoją idolkę. Ale teraz? Spotkanie z kobietą stojącą za siecią? Przegrałbym z nią jeszcze raz, by zobaczyć, jak duma rozświetla jej oczy. Może nawet więcej niż raz.
Sloane przygryza zębami dolną wargę, próbując ukryć nikczemny uśmiech.
- Nie miałam pojęcia, że polujesz na Fairbanksa.
- Śledziłem go przez dwa lata.
- Naprawdę?
- Planowałem dorwać go rok przed tobą, ale przeprowadził się, zanim miałem szansę. Znalezienie go ponownie zajęło mi kilka miesięcy. Potem okazało się, że kawałki jego ciała nawleczono na żyłkę wędkarską, a gałki oczne zostały wydłubane.
Sloane się wzdryga, ale widzę iskrę w jej zmęczonych oczach. Siada nieco bardziej wyprostowana, kręcąc się w fotelu.
- Nie wydłubałam ich, Butcher. Wyrwałam je. Delikatnie. Jak dama. - Sloane wkłada palec do ust, przyciska go do policzka, po czym owija wokół niego wargi i wyciąga go z mlaśnięciem. - Tak po prostu.
Parskam śmiechem, a Sloane obdarza mnie promiennym uśmiechem.
- Mój błąd.
Sloane odwraca się z uśmiechem do stołu, a potem chyba wraca jej zdenerwowanie, bo przeczesuje spojrzeniem salę. Bierze kilka frytek, jej oczy wciąż przesuwają się po klientach i wyjściach, po czym popycha talerz z żeberkami w kierunku krawędzi stołu.
Zamierza uciec.
A jeśli to zrobi, nigdy więcej jej nie zobaczę. Ona tego dopilnuje.
Odchrząkuję.
- Słyszała kiedyś o serii morderstw w parkach narodowych w Oregonie i Waszyngtonie?
Sloane spogląda na mnie zmrużonymi oczami. Między jej ciemnymi brwiami pojawia się delikatna zmarszczka. Jedyną odpowiedzią jest lekkie potrząśnięcie głową.
- Zabójca jest widmem. Bardzo płodnym. Dokładny i bardzo, bardzo ostrożny - kontynuuję. - Preferuje wędrowców. Obozowiczów. Nomadów z niewielkimi powiązaniami na jego obszarze łowieckim. Torturuje ich, a potem układa każde ciało twarzą na wschód w gęsto zalesionych obszarach i namaszcza na czole krzyżem.
Cienka maska Sloane pęka. Pod spodem jest drapieżnikiem, który zwęszył trop. Niemal widzę myśli kłębiące się w jej czaszce.
Te szczegóły to ślady, którymi może podążać każdy utalentowany łowca.
- Ile do tej pory zabił?
- Dwunastu, choć może być ich więcej. Ale nie było o tej sprawie zbyt głośno.
Sloane marszczy brwi. W zielono-złotych głębinach jej orzechowych oczu pojawia się błysk.
- Dlaczego? Ze strachu przed wystraszeniem zabójcy?
- Prawdopodobnie.
- Skąd o tym wiesz?
- Tak samo jak ty wiedziałeś, kim jest Bestia z Bayou. Dbam o to, by być zorientowanym. - Mrugam. Spojrzenie Sloane zatrzymuje się na moich ustach i bliźnie, a następnie powraca do moich oczu. Opieram przedramiona na stole i pochylam się bliżej. - Co powiesz na przyjacielską rywalizację? Ten, kto wygra, będzie mógł go zabić.
Jej plecy opierają się o winylową poduszkę siedziska, gdy Sloane bębni krwistoczerwonymi paznokciami o stół. W milczeniu przez długą chwilę przygryza spierzchniętą dolną wargę, a jej uwaga skupia się na moich rysach. Czuję to na swojej skórze. Dotyka mojego ciała. Rozpala uczucie, za którym zawsze gonię, ale którego nigdy nie jestem w stanie uchwycić.
Nigdy nie ma wystarczającego ryzyka, by mnie przestraszyć. Nigdy nie ma wystarczającej nagrody, by mnie zadowolić.
Aż do teraz.
Bębnienie jej palców ustaje.
- Co to mają być za zawody? - pyta Sloane.
Zatrzymuję kelnerkę i proszę o rachunek, gdy podchwytuje mój wzrok.
- To tylko mała zabawa. Chodźmy na lody i porozmawiajmy o tym.
Kiedy ponownie staję twarzą w twarz ze Sloane, mój uśmiech jest konspiracyjny.
Zły i złakniony.
Diabelski.
- Wiesz, jak to mówią, Blackbird. "Wszystko jest zabawą, dopóki ktoś nie straci oka" - szepczę. - I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.