Ćwiczenia pamięci
po niewielkiej uliczce
w małym miasteczku
pod kasztanowym baldachimem
biegnę sobie, wesołe dziecko,
ku miejscu, gdzie zginę.
Janusz A. Ihnatowicz
Wojna totalna ma tysiąc frontów, w czasie takiej wojny każdy jest na
froncie, choćby nigdy nie leżał w okopie ani nie oddał jednego strzału.
Teraz, kiedy sięgam pamięcią do tamtych lat, stwierdzam, nie bez pewnego
zaskoczenia, że lepiej pamiętam początek niż zakończenie wojny. Początek
jest dla mnie wyraźnie umieszczony w miejscu i czasie, jego obraz mogę
bez trudu odtworzyć, ponieważ zachował cały swój koloryt, całą
emocjonalną intensywność. Zaczyna się od tego, iż pewnego dnia
spostrzegam nagle, że na czystym, błękitnym niebie kończącego się lata
(a niebo we wrześniu '39 było cudownie błękitne, bez jednej chmury),
gdzieś bardzo, bardzo wysoko pojawia się dwanaście srebrno połyskujących
punktów. Całą jasną, wyniosłą kopułę nieba wypełnia głuchy, monotonny,
nieznany mi dotąd pomruk. Mam siedem lat, stoję na łące (wojna zastała
nas na wsi we wschodniej Polsce) i wpatruję się w ledwo, ledwo
przesuwające się niebem punkty. Wtem w pobliżu, pod lasem, rozlega się
straszliwy huk, słyszę, jak z piekielnym łoskotem pękają bomby (o tym,
że są to bomby, dowiem się później, bo w tym momencie nie wiem jeszcze,
że istnieje coś takiego jak bomba, samo to pojęcie jest obce mnie,
dziecku z głuchej prowincji, które nie znało jeszcze radia ani kina, nie
umiało czytać ni pisać, a także nie słyszało o istnieniu wojen i śmiercionośnych broni) i widzę wylatujące w górę gigantyczne fontanny
ziemi. Chcę pobiec w stronę tego niezwykłego widowiska, ono mnie
oszałamia i fascynuje, a nie mam jeszcze wojennych doświadczeń i nie
potrafię połączyć w jeden związek, w jeden łańcuch przyczyn i skutków
tych srebrno lśniących samolotów, huku bomb, pióropuszy ziemi
wylatujących na wysokość drzew i grożącej mi śmierci. Więc zaczynam biec
w stronę lasu, w stronę spadających i eksplodujących bomb, ale jakaś
ręka chwyta mnie z tyłu za ramię i przewraca na łąkę. "Leż - słyszę
rozdygotany głos matki - nie ruszaj się". I zapamiętałem, że matka,
przyciskając mnie do siebie, mówi coś, o czym nie wiem, czego sens jest
mi nieznany i o co chcę ją później zapytać, mówi: "Tam śmierć, dziecko".
Jest noc i chce mi się spać, ale nie wolno mi spać, musimy iść, musimy
uciekać. Dokąd uciekać - nie wiem, ale rozumiem, że ucieczka stała się
nagle jakąś wyższą koniecznością, jakąś nową formą życia, ponieważ
uciekają wszyscy; wszystkie szosy, drogi, nawet ścieżki polne są pełne
wozów, wózków i rowerów, pełne tobołów, walizek, toreb, wiader, pełne
przerażonych i błąkających się bezradnie ludzi. Jedni uciekają na
wschód, inni na zachód, na północ, na południe, uciekają we wszystkich
kierunkach, krążą, padają z wyczerpania, przysypiają byle gdzie, ale po
chwili wytchnienia zbierają resztki sił i zaczynają od nowa swoją
bezładną i niekończącą się wędrówkę. Uciekając, mam trzymać mocno za
rękę moją młodszą siostrę, nie wolno nam się zgubić, ostrzega mama, ale
i bez tego czuję, że świat zrobił się nagle groźny, obcy i zły, i że
trzeba mieć się na baczności. Idę z siostrą obok furmanki, jest to
prosty, drabiniasty wóz wyłożony sianem, wysoko na sianie, na lnianej
płachcie leży mój dziadek. Leży, nie może się poruszyć, jest
sparaliżowany. Kiedy zaczyna się nalot, cały cierpliwie wędrujący, a teraz nagle ogarnięty paniką tłum chroni się w rowach, zaszywa w krzakach, zapada w kartofliskach. Na opustoszałej, wymarłej drodze
zostaje tylko furmanka, na której leży mój dziadek. Dziadek widzi lecące
na niego samoloty, widzi, jak się gwałtownie zniżają, jak biorą na cel
porzuconą na drodze furmankę, widzi ogień broni pokładowej, słyszy ryk
przelatujących nad jego głową maszyn. Kiedy samoloty znikają, wracamy do
furmanki i matka wyciera dziadkowi spoconą twarz. Czasem naloty
powtarzają się kilka razy dziennie. Po każdym nalocie z wychudłej,
zmęczonej twarzy dziadka ścieka pot.
Wchodzimy w coraz bardziej posępny krajobraz. Daleko na horyzoncie
wznoszą się dymy, mijamy puste osady, samotne, spalone domy. Mijamy
pobojowiska zasłane porzuconym sprzętem, zbombardowane stacje kolejowe,
przewrócone na bok samochody. Czuć prochem, czuć spalenizną, czuć
rozkładającym się mięsem. Wszędzie napotykamy trupy koni. Koń - duże,
bezbronne zwierzę - nie umie się ukryć, w czasie bombardowania stoi
nieruchomo, czeka na śmierć. Na każdym kroku martwe konie, to wprost na
drodze, to obok w rowie, to gdzieś dalej w polu. Leżą z nogami
uniesionymi do góry, kopytami wygrażają światu. Nigdzie nie widzę
zabitych ludzi, bo tych grzebią szybko, tylko ciągle trupy koni karych,
gniadych, srokatych, cisawych, jakby to była wojna nie ludzi, a koni,
jakby to one toczyły między sobą bój na śmierć i życie, jakby one były
jedynymi ofiarami tych zmagań.
Przychodzi ciężka i mroźna zima. Jeżeli jest nam źle, wówczas dotkliwiej
odczuwamy chłód, zimno jest bardziej przenikliwe; dla ludzi, którzy żyją
w normalnych warunkach, zima jest po prostu kolejną porą roku, jest
oczekiwaniem wiosny, natomiast dla biednych i nieszczęśliwych zima jest
klęską, jest katastrofą. Ale ta pierwsza zima wojny była naprawdę
mroźna. W naszym mieszkaniu piece są zimne, a ściany pokrywa biały,
włochaty szron. Nie ma czym palić, ponieważ nie można kupić opału, a ukraść nie wolno. Za kradzież węgla - śmierć, za kradzież drzewa -
śmierć. Życie ludzkie warte jest teraz byle co, tyle co kostka węgla, co
kawałek drewna. Nie mamy co jeść. Matka stoi godzinami w oknie, widzę
jej nieruchomy wzrok. W wielu oknach można zobaczyć ludzi wyglądających
na ulicę, widocznie na coś liczą, na coś czekają. Z gromadą chłopców
wałęsam się po podwórkach, ni to zabawa, ni to szukanie czegoś do
zjedzenia. Czasem przez jakieś drzwi doleci zapach gotującej się zupy. W takich wypadkach jeden z moich kolegów, Waldek, wtyka nos w szparę tych
drzwi i zaczyna pośpiesznie, gorączkowo wdychać ten zapach i z rozkoszą
gładzić się po brzuchu, jakby siedział przy obficie zastawionym stole, w chwilę później zmarkotnieje i znowu popada w apatię. Raz słyszymy, że w sklepie przy rynku będą dawać cukierki. Natychmiast ustawiamy się -
długa kolejka zziębniętych i głodujących dzieci. Jest popołudnie,
zmierzcha. Stoimy na mrozie cały wieczór, noc i jeszcze następny dzień.
Stoimy przytulając się, obejmując, żeby choć trochę się ogrzać, żeby nie
zamarznąć. W końcu otwierają sklep, ale zamiast cukierków każde z nas
dostaje pustą, metalową puszkę po landrynkach (gdzie podziały się
cukierki, kto je zabrał - nie wiem). Słaby, skostniały z zimna, a jednak
w tym momencie szczęśliwy, niosę swoją zdobycz do domu - jest cenna,
ponieważ na wewnętrznej ściance puszki pozostał osad cukru. Teraz matka
grzeje wodę i wlewa ją do puszki - mamy gorący, słodkawy napój: nasze
jedyne pożywienie.
Potem znowu jesteśmy w drodze, jedziemy z naszego miasteczka - Pińska -
na zachód, bo tam, mówi matka, na wsi pod Warszawą jest ojciec. Ojciec
był na froncie, dostał się do niewoli, uciekł z niewoli i uczy dzieci w wiejskiej szkółce. Teraz, kiedy my, którzy w czasie wojny byliśmy
dziećmi, wspominamy tamten czas i mówimy "ojciec" albo mówimy "matka",
zapominamy z powodu powagi tych słów, że nasze matki były młodymi
dziewczynami, a nasi ojcowie młodymi mężczyznami i że bardzo się
wzajemnie pragnęli, bardzo do siebie tęsknili, chcieli ze sobą być. Moja
matka też była wówczas młodą dziewczyną, więc sprzedała wszystko, co
miała w domu, wynajęła furmankę i pojechaliśmy szukać ojca. Znaleźliśmy
go przypadkowo. Jadąc przez wieś, która nazywa się Sieraków, matka w pewnym momencie krzyknęła do przechodzącego drogą mężczyzny: "Dziudek!"
Był to mój ojciec. Od tego dnia mieszkaliśmy razem w małej izdebce bez
światła i wody. Kiedy robiło się ciemno, szliśmy spać, bo nie było nawet
świecy. Głód przyszedł tu za nami z Pińska, ciągle szukałem, gdzie by co
zjeść, skórkę chleba, marchewkę, byle co. Kiedyś ojciec, nie mając
innego wyjścia, powiedział w klasie: "Dzieci, kto chce jutro przyjść do
szkoły, musi przynieść jednego kartofla". Ojciec nie umiał handlować,
nie umiał robić interesów, pensji nie dostawał, więc uznał, że ma tylko
jedno wyjście: prosić swoich uczniów o kilka kartofli. Nazajutrz połowa
klasy nie przyszła w ogóle. Niektóre dzieci przyniosły pół, inne ćwierć
kartofla. Cały kartofel był wielkim skarbem.
Obok mojej wsi jest las, w tym lesie, koło osady, która nazywa się
Palmiry, jest polana. Na tej polanie SS-mani przeprowadzają egzekucje. Z początku rozstrzeliwują w nocy i wtedy budzą nas głuche, równomiernie
powtarzające się salwy. Potem robią to także w dzień. Wiozą skazańców w zamkniętych, ciemnozielonych budach, na końcu kolumny jedzie w ciężarówce pluton egzekucyjny. Ci z plutonu są zawsze w długich
płaszczach, jakby długi, ściągnięty pasem płaszcz stanowił nieodzowny
rekwizyt rytuału mordu. Kiedy przejeżdża taka kolumna, my, gromada
wiejskich dzieci, śledzimy ją ukryci w przydrożnych krzakach. Za chwilę
za zasłoną drzew zacznie się dziać coś, na co nie wolno nam patrzeć.
Czuję, jak przenika mnie lodowate mrowie, jak cały drżę. Z zapartym
tchem czekamy na odgłosy salw. Oto one. Potem słychać pojedyncze
strzały. Po jakimś czasie kolumna wraca do Warszawy. Na końcu w ciężarówce jadą SS-mani z plutonu egzekucyjnego. Palą papierosy i rozmawiają.
Nocą przychodzą partyzanci. Widzę ich twarze, jak pojawiają się nagle w oknie, przyciśnięte do szyby. Kiedy siedzą przy stole, przyglądam im się
przejęty zawsze tą samą myślą: że mogą zginąć jeszcze dzisiaj, że są
jakby naznaczeni śmiercią. Oczywiście zginąć mogliśmy wszyscy, ale oni
takiej możliwości wychodzili naprzeciw, stawiali jej czoło. Kiedyś
przyszli, jak zawsze, nocą. Była jesień i padał deszcz. Rozmawiali o czymś z matką szeptem (ojca nie widziałem od miesiąca i nie zobaczyłem
już do końca wojny - ukrywał się). Musieliśmy szybko ubrać się i wyjść:
w okolicy była obława, wywozili do obozów całe wsie. Uciekliśmy do
Warszawy, do wyznaczonej kryjówki. Pierwszy raz byłem w dużym mieście,
pierwszy raz zobaczyłem tramwaj, wysokie kilkupiętrowe kamienice, rzędy
dużych sklepów. Jak potem znaleźliśmy się znowu na wsi - nie pamiętam.
Była to jakaś nowa wieś, po drugiej stronie Wisły. Pamiętam tylko, że
znowu idę obok furmanki i słyszę, jak przez drewniane szprychy kół
przesypuje się piasek ciepłej, polnej drogi.
Przez całą wojnę moim marzeniem są buty. Mieć buty. Ale jak je zdobyć?
Co zrobić, żeby mieć buty? W lecie chodzę boso i skórę na stopach mam
twardą jak rzemień. Na początku wojny ojciec zrobił mi buty z filcu, ale
ojciec nie jest szewcem i buty wyglądają pokracznie, poza tym urosłem i są już ciasne. Marzę o butach mocnych, masywnych, podkutych, które
uderzając o bruk, wydają donośny, wyrazisty odgłos. Moda była wówczas na
buty z cholewami, cholewy były symbolem męskości, siły. Mogłem godzinami
wpatrywać się w ładne buty, lubiłem blask skóry, lubiłem słuchać jej
chrzęstu. Ale nie chodziło tylko o urodę dobrego buta, o wygodę, o komfort. Mocny but był symbolem prestiżu i władzy, symbolem panowania;
lichy, podarty but był oznaką poniżenia, piętnem człowieka, któremu
odebrano wszelką godność i skazano na nieludzką egzystencję. Mieć dobre
buty znaczyło być mocnym, a nawet po prostu znaczyło być. Ale w tych
latach wszystkie wyśnione buty, które spotykałem na ulicach i drogach,
przechodziły obok mnie obojętnie. Zostawałem (myśląc, że zostanę tak już
na zawsze) w moich topornych drewniakach pokrytych czarnym, brezentowym
płótnem, któremu za pomocą jakiegoś mazidła bezskutecznie próbowałem
nadać odrobinę blasku.
W 1944 zostałem ministrantem. Mój ksiądz był kapelanem szpitala
polowego. Rzędy zamaskowanych namiotów stały ukryte w sosnowym lesie po
lewej stronie Wisły. W czasie powstania warszawskiego, nim ruszyła
ofensywa styczniowa, trwała tu gorączkowa, męcząca krzątanina. Z frontu,
który w pobliżu huczał i dymił, przyjeżdżały pędem samochody-sanitarki.
Przywoziły rannych, często nieprzytomnych, ułożonych w pośpiechu i nieładzie jeden na drugim, jakby to były worki ze zbożem (tyle że worki
ociekające krwią). Sanitariusze, sami już ze zmęczenia półżywi,
wyjmowali rannych i kładli na trawie, następnie brali gumowego węża i polewali ich silnym strumieniem zimnej wody. Kto z rannych zaczynał
dawać oznaki życia, tego nieśli do namiotu, w którym mieściła się sala
operacyjna (przed namiotem, wprost na ziemi leżała codziennie świeża
sterta amputowanych rąk i nóg), kto zaś nie poruszył się więcej, tego
nieśli do wielkiego grobu, jaki mieścił się na tyłach szpitala. Tam
właśnie nad niekończącą się mogiłą stałem godzinami obok księdza,
trzymając mu brewiarz i kropielnicę. Powtarzałem za nim modlitwę za
zmarłych. Każdemu poległemu mówiliśmy - Amen, dziesiątki razy dziennie -
Amen, w pośpiechu, bo gdzieś obok, za lasem, maszyna śmierci pracowała
bez wytchnienia. Aż wreszcie kiedyś zrobiło się pusto i cicho - ustał
ruch sanitarek, zniknęły namioty (szpital odjechał na zachód), w lesie
zostały krzyże.
Co było potem? Teraz, kiedy przepisuję tu kilka stronic z książki o moich latach wojennych (książki nigdy nienapisanej), zastanawiam się,
jak wyglądałyby jej stronice ostatnie, jej zakończenie, epilog. Co
byłoby tam powiedziane o końcu wielkiej wojny? Myślę, że nic, to znaczy
nic w sposób ostatecznie zamykający sprawę. Bo w pewnym, ale istotnym
sensie, wojna nie skończyła się dla mnie ani w 1945, ani wkrótce potem.
Na różne sposoby coś z niej trwało nadal i coś trwa nawet do dzisiaj,
ponieważ myślę, że dla tych, którzy ją przeżyli, wojna nie kończy się
nigdy w sposób ostateczny. W wierzeniach afrykańskich istnieje pogląd,
że ktoś umiera naprawdę dopiero wówczas, kiedy umrze ostatni z tych,
którzy go znali i pamiętali. To znaczy - ktoś przestaje istnieć, kiedy
odejdą z tego świata wszyscy nosiciele pamięci. Coś takiego jest również
z wojną. Ci, którzy przeżyli wojnę, nigdy się od niej nie uwolnią. Ona
pozostała w nich jako garb myślowy, jako obolała narośl, której nawet
tak świetny chirurg jak czas nie będzie w stanie usunąć. Przysłuchajcie
się spotkaniu tych, którzy przeżyli wojnę. Kiedy zbiorą się i usiądą
wieczorem przy stole. Nieważne, o czym zaczną mówić. Tematów może być
tysiąc, ale zakończenie będzie jedno: i będzie nim - wspominanie wojny.
Ci ludzie nawet w zmienionych, pokojowych warunkach będą myśleć jej
obrazami, nakładać je na każdą nową rzeczywistość, z którą już nie
potrafią się w pełni utożsamić, ponieważ rzeczywistość ta to czas
teraźniejszy, a oni są opętani czasem przeszłym, ciągłym wracaniem do
tego, co przeżyli i jak udało się przeżyć, ich myślenie jest obsesyjnie
powtarzaną retrospekcją. Ale co to znaczy - myśleć obrazami wojny? To
znaczy widzieć, jak wszystko istnieje w maksymalnym napięciu, jak
wszystko tchnie okrucieństwem i grozą. Bo rzeczywistość wojenna to świat
skrajnej, manichejskiej redukcji, która usuwa wszelkie barwy pośrednie,
łagodne, ciepłe i ogranicza wszystko do ostrego, agresywnego
kontrapunktu, do bieli i czerni, do najpierwotniejszej walki dwóch sił -
dobra i zła. Nikogo więcej na placu boju! Tylko dobro - a więc my, i zło
- to znaczy wszystko, co stoi nam na drodze, co się sprzeciwia, a co
hurtem wtłaczamy w złowieszczą kategorię wroga. Obraz wojny jest
przesycony atmosferą siły, siły fizycznej, materialnej, chrzęszczącej,
dymiącej, co chwila wybuchającej, bez przerwy kogoś atakującej,
wyrażanej brutalnie w każdym geście, w każdym uderzeniu buta o bruk,
kolby o czaszkę. W takim myśleniu wszelka wartość zostaje odniesiona do
miernika siły jako jedynego kryterium - liczy się wyłącznie silny, jego
racja, jego krzyk, jego pięść. Ponieważ dąży się do rozwiązania
wszelkiego konfliktu nie przez kompromis, lecz zniszczenie przeciwnika.
Wszystko to dzieje się w klimacie spotęgowanej emocji, egzaltacji, furii
i zacietrzewienia, w którym czujemy się stale ogłuszani, spięci i -
przede wszystkim - zagrożeni. Poruszamy się w świecie pełnym
nienawistnych spojrzeń, zaciśniętych szczęk, pełnym gestów i głosów,
które budzą przerażenie.
Długo myślałem, że jest to świat jedyny, że tak on wygląda, że tak
wygląda życie. To zrozumiałe: lata wojny były dla mnie okresem
dzieciństwa, a potem początków dojrzewania, pierwszego rozumienia,
narodzin świadomości. Stąd zdawało mi się, że nie pokój, a wojna jest
stanem naturalnym, a nawet jedynym, jedyną formą egzystencji, że
tułaczka, głód i strach, naloty i pożary, łapanki i egzekucje, kłamstwo
i wrzask, pogarda i nienawiść są naturalnym i odwiecznym porządkiem
rzeczy, treścią życia, esencją bytu. Toteż kiedy raptem umilkł huk
dział, kiedy przebrzmiał łoskot pękających bomb i nagle nastała cisza,
byłem tą ciszą zdumiony, nie wiedziałem, co ona oznacza, czym jest.
Myślę, że ktoś dorosły, usłyszawszy tę ciszę, mógł powiedzieć: "Koniec
piekła. Wreszcie wrócił pokój". Ale ja nie pamiętałem, czym był pokój,
byłem na to zbyt mały: kiedy skończyła się wojna, znałem tylko piekło.
Mijały miesiące, a wojna ciągle przypominała o swojej obecności. Nadal
żyłem w mieście obróconym w perzynę, wspinałem się po górach gruzu,
błądziłem w labiryncie ruin. Szkoła, do której chodziłem, nie miała
podłóg, okien ani drzwi - wszystko spłonęło. Nie mieliśmy książek ani
zeszytów. W dalszym ciągu nie miałem butów: wojna jako utrapienie, jako
niedostatek, jako ciężar trwała więc nadal. Nadal nie miałem domu.
Powrót z frontu do domu to najbardziej odczuwalny symbol zakończenia
wojny. Tutti a casa! Ale ja nie mogłem wrócić do domu, teraz mój dom
był za granicą, w innym kraju. Kiedyś, po lekcjach, graliśmy w pobliskim
parku w piłkę nożną. Jeden z kolegów, w pogoni za piłką, zapuścił się w krzaki. Rozległ się straszny huk, rzuciło nas na ziemię: kolega zginął
od miny, która jeszcze tam była. Wojna czyhała na nas nadal, nie chciała
się poddać. Kuśtykała po ulicach, podpierając się drewnianymi kulami,
wymachiwała na wietrze pustymi rękawami. Tych, co przeżyli, dręczyła po
nocach, przypominała się w złych snach.
Ale przede wszystkim wojna trwała w nas przez to, że przez pięć lat
wpływała na kształtowanie się naszych młodych charakterów, naszej
psychiki, naszej mentalności. Że starała się je deformować i niszczyć,
dając przykłady najgorsze, wymuszając zachowania niegodne, wyzwalając
uczucia potępione. "Wojna - pisał w tamtych latach Bolesław Miciński -
zniekształca nie tylko dusze najeźdźców, ale zatruwa nienawiścią, a więc
zniekształca i dusze tych, którzy starają się najeźdźcy przeciwstawić".
I dlatego, dodawał, "nienawidzę totalizmu za to, że nauczył mnie
nienawiści". Tak, wyjść z wojny to znaczyło oczyścić się wewnętrznie,
przede wszystkim oczyścić się z nienawiści. Ale ilu podjęło w tym
kierunku rzeczywisty wysiłek? Ilu się to udało? Na pewno był to proces,
męczący i długotrwały, który nie mógł dokonać się raptem, jednego dnia,
ponieważ rany wyniesione z tej pożogi, rany psychiczne i moralne były
głębokie.
Kiedy mowa o roku 1945:
drażniące jest dla mnie określenie, jakie czasem słyszę z tej okazji:
radość zwycięstwa. O jakiej tu mówić radości? Przecież zginęło tylu
ludzi! Przecież zakopano miliony ciał! Tysiące straciło ręce i nogi.
Straciło wzrok i słuch. Straciło rozum. Każda śmierć jest nieszczęściem.
Koniec każdej wojny jest smutny: tak, przeżyliśmy, ale za jaką cenę!
Wojna dowodzi, że człowiek jako istota myśląca i czująca nie sprawdził
się, zawiódł sam siebie, poniósł klęskę.
Kiedy mowa o roku 1945:
gdzieś latem, tego właśnie roku, ciotka, która cudem ocalała z powstania
warszawskiego, przywiozła do nas na wieś urodzonego w czasie powstania
syna - Andrzeja. Dziś jest to mężczyzna czterdziestoletni i kiedy patrzę
na niego, myślę - jak to wszystko było już dawno! Które to już pokolenie
rodzi się, nie mając pojęcia o tym, czym jest wojna. A jednak ci, co
przeżyli, powinni dawać świadectwo. Dawać świadectwo w imię tych, którzy
padli obok nich, a często padli za nich. Dawać świadectwo tego, czym
były obozy, zagłada Żydów, zniszczenie Warszawy i Wrocławia. Czy to jest
łatwe? Jest trudne. My, którzy przeżyliśmy wojnę, wiemy, jak trudno
przekazać o niej prawdę tym, którym, szczęśliwie, to doświadczenie jest
nieznane. Wiemy, jak zawodzi nas język, jak zawodzą słowa. Jak to
wszystko w gruncie rzeczy jest nieprzekazywalne, jak często czujemy się
bezradni (ktoś mówi mi w Chicago: "Wzięli go do Oświęcimia? To dlaczego
się zgodził? Dlaczego nie wziął adwokata?"). A jednak mimo tych
trudności i ograniczeń, których musimy być świadomi, powinniśmy mówić.
Ponieważ mówienie o tym wszystkim nie dzieli, a zbliża, pozwala nawiązać
nici zrozumienia, nici wspólnoty. Umarli napominają nas. Oni coś ważnego
nam przekazali i teraz musimy czuć się odpowiedzialni. W takim stopniu,
w jakim jesteśmy zdolni, powinniśmy przeciwstawiać się wszystkiemu, co
może ponownie zrodzić wojnę, zrodzić zbrodnię, zrodzić katastrofę.
Ponieważ my, którzy przeżyliśmy wojnę, wiemy, jak ona się zaczyna, skąd
się bierze. Wiemy, że nie tylko z bomb i rakiet. Wiemy, że także, a może
nawet przede wszystkim, z fanatyzmu i pychy, z głupoty i z pogardy, z ignorancji i nienawiści. Że ona się tym wszystkim żywi, że na tym i z tego wyrasta. Dlatego tak jak Zieloni walczą przeciw zanieczyszczeniu
powietrza przez spaliny i wyziewy, powinniśmy walczyć przeciw
zanieczyszczeniu stosunków międzyludzkich przez ignorancję i nienawiść.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki