Burza - Władysław Reymont
8.49 zł
6.96 zł
(3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Dawno już nie spał; przebudził się jeszcze nad ranem, w głuchą noc i leżał z przymkniętemi oczami, bez ruchu, zasłuchany w monotonne bicie fal, w dziką wrzawę morza, bełkocącego gdzieś, w przestrzeni nieodgadnionej, jakby leżał na dnie konchy, wiecznie rozełkanej konającemi szumami mórz dalekich...
Godziny przesuwały się niemym, lękliwym korowodem milczenia, niby widma, trwożnie płowiejące od świtów i w sobie zasłuchane... W martwej ciszy domu tylko zegar dzwonił przejmującym głosem, że dźwięk zimny połyskliwem a bolesnem ostrzem przebijał go nawskroś i marł w zapomnieniu, dzień wciskał szczelinami okienic różane palce i zwolna wyłaniał wiotkie majaki sprzętów i ścian, rozpylając jeszcze martwy i zimny brzask. Nie wiedział o niczem, zapomniał nawet o sobie, kołysząc się leniwie wraz z falami poszumów, wznosił się i zapadał, jak morze, budzące się, a jeszcze senne w mrocznych głębiach, krążył wśród rozpierzchłych i rozbłąkanych myśli, w najgłębszej niepamięci ciszy i bezczucia. Niósł się, jak fala, urodzona w bezkresie i do nieodgadnionych brzegów płynąca... Naraz okiennica szczęknęła o mur, i struga ostrego światła lunęła na pokój, uniósł się prędko i padł zpowrotem, błądząc cichemi, jeszcze nieświadomemi oczami po sczerniałych belkowaniach sufitu i nasłuchując mocniejszych krzyków morza. - Odpływ? - Tak, ale morze złe, niewiele sieci dzisiaj wyjechało na połów... - Pogoda przecież... - szepnął, przymykając oczy przed światłem. - Niech pan spojrzy... - odrzekła Bretonka, otwierając okno i podając mu paczkę listów i gazet. - Mglisto i ciepło! - Pieściwy powiew ogarnął mu twarz. - Za ciepło; tak jasno na wybrzeżach, że nawet widać Czerwone Skały! - To na drugim przypływie burza... - Może przyjść i wcześniej, bo żagle się nie wzdymają. Przerzucił szybko gazety, czytał adresy na listach i zwalał wszystko dość niecierpliwie na dywan, aż zapomniawszy znowu o sobie, zapatrzył się w omgloną, błękitnawą taflę morza, w nieskończoną topiel, przez którą żeglowało blade, ogromne słońce. - Przynieść śniadanie? - Zejdę do jadalni! - szepnął niechętnie, srogo na nią spoglądając. - Wie pan, panie z wieży jutro wyjeżdżają! - powiedziała, stając przy drzwiach. - Jutro odjeżdżają?... - Usiadł na łóżku ze zdumienia. - Była w nocy depesza, i panienka mówiła patronowi, że jutro... - Jutro... nie, to niemożebne! - wykrzyknął do siebie. - Tak mówiła, żądała rachunku!... Nic się już nie odezwał, ale skoro Bretonka wyszła, zaklął mocno i zapalił papierosa, nie smakował mu jednak, i tak mu ręce drżały, że rzucił go przez okno i utonął oczami w słonecznej pożodze, skrzącej się w koliskach fal, wzdymających się leniwie pod wiotką przysłoną mgieł, przeżuwał tę wieść niespodziewaną i bolesną. - Odjadą jutro i... po wszystkiem... - wykrzyknął naraz i zerwał się nagle, aby się ubierać, ale wszystko leciało mu z rąk, mylił się, bo zapominał z pośpiechu, stawał przy oknie i patrzył tępym, nie widzącym nic wzrokiem w czarne żagle, majaczące na horyzoncie. - Odjadą jutro! - szepnął znowu, wstrząsając się lodowatym dreszczem, zły namiętny uśmiech prześlizgnął się przez jego usta zacięte, oczy szare trysnęły ponurem światłem, w twarzy zaś wyryło się jakieś zagadkowe, nieugięte postanowienie, przygiął się jakby do skoku drapieżnego. - Jeszcze nie wszystko stracone, nie... Ubrał się prędko i wyszedł na balkon, z którego granitowe schody o żelaznych poręczach, spiętych bluszczem i czerwonemi różami, prowadziły na niski w tem miejscu brzeg morza, że fale, na większym przypływie, podpływały niemal pod okna. Na wybrzeżu było jeszcze pusto; ocean, jak zielonawy łan, omglony, kołysał się wolno, z głuchym, ciężkim poszumem, jakieś statki nierozpoznane, jakby zawieszone w powietrzu, czerniały na horyzoncie, niby ptaki z rozpostartemi skrzydłami. Po prawej stronie zataczało olbrzymi łuk wybrzeże żółtą linją żwirów i postrzępionemi, dzikiemi zwaliskami skał granitowych, na których gdzie niegdzie wznosiły się ogromne Menhiry lub pochylało się, jakby zasłuchane w gędźbę oceanu, jakieś drzewo samotne, a na końcu tego półkola, ledwie ogarniętego wzrokiem, wychylała się potężna grupa Skał Czerwonych, wciśnięta w ocean, niby pięść olbrzyma, o którą roztrącały się z wściekłością i hukiem wzburzone, wzdęte fale. Spieniony wręb oceanu kołysał się leniwie, bił miejscami o wystające z dna kamienie, tryskał fontannami i cofał się wolno z głuchym, monotonnym szumem. Mewy cicho żerowały wśród nikłych, poszarpanych mgieł, że tylko niekiedy jękliwy krzyk rozdzierał senną ciszę poranku. Cofnął się rychło z balkonu, raziło go słońce zbyt jaskrawe i dyszące upałem, rozdrażniał ostry i przykry zapach morszczyzn i przejmowało gorączką wzmagające się zniecierpliwienie. W sali jadalnej nie było jej, ni matki. Kilkanaście osób siedziało przy głównym, środkowym stole. Czarno odziane Bretonki, w białych, sztywnych kornetach na głowach, podobne do mniszek z surowości wychudłych twarzy, poruszały się ociężale, roznosząc kawę... Jadalnia o gotyckich sklepieniach, pokrytych wybladłą, odwieczną polichromją, wysoka była, jak kościół, olbrzymie okna ostrołukowe w górnej połowie jeszcze witrażowe, rozsiewały gorące blaski na kwiaty, poustawiane na stole, niby wytryski purpury i drogich kamieni, rozsiewały mdlejącą, mocną woń, otwartemi oknami zawiewał duszący, namiętny zapach heljotropów i sypki, przewalający się po ostrych żwirach, grochot fal. Przywitał się z grupą malarzy, którzy ze sztalugami na plecach, w żółtych bluzach z żaglowego płótna i w sabotach, śpiesznie dopijali śniadania. Usiadł pod oknem, przy małym stoliku. Cisza zaległa chłodna i dyskretna, spojrzenia krzyżowały się zimne, prawie niechętne. Kilka kobiet patrzyło sennie w morze. Jakiś Anglik, z oczami pastora i ze szczęką ludożercy, siedział przy wyzywająco strojnej paryżance, dającej znaki malarzom, że wybuchali śmiechem i złośliwemi uwagami. - Ivonne - szepnął do jednej z Bretonek. - Czy pani z wieży była już na śniadaniu? - Dosyć dawno. - Są teraz u siebie? - Nie, siwa pani pojechała do Fouesnaut, a panienka miała iść malować do lasu. - Gdzie l'abbé Binet? - Pojechał za starszą panią. Poszedł śpiesznie w las, rozciągający się dokoła zamku, na urwistym brzegu, zarzuconym potrzaskanemi granitami, wiecznie szarpanemi falami oceanu. Las był rzadki, martwy, tragiczny jakiś, drzewa stały posępnie, ciche i pochylone od burz i walki, białawe pnie buków wznosiły się ciężko z nad złomów, a gdzie niegdzie dęby olbrzymie, pokręcone, podarte, dźwigały się z trudem i, jakby zastygłe z wściekłości, czepiały się namiętnie długiemi korzeniami ziemi w nieubłaganej odwiecznej walce o byt z oceanem i granitami, stężały, zda się, na stal i rozwichrzonemi koronami szemrały złowrogo... Słońce świeciło zboku, długie, wilgotne cienie kładły się na spalone i zrudziałe murawy, chłodem dyszały granity, cisza leżała odrętwiała w krzakach żółtego janowca, palącego się radośnie w rumowiskach, gwizdały kosy, krzaki jerzyn, pokryte owocem, gąszczem kolczastych pędów okrywały zsypiska zwietrzałych skał, zielonawe jaszczurki szeleściły wśród zeszłorocznych, wypełzłych liści, a długie, szare węże sunęły cicho po kamieniach, chwiejąc rdzawemi głowami. Nie było jej w lesie, szukał wszędzie, docierając aż do kamiennych płotów, okalających las, i powrócił na wybrzeże. Brzeg był wysoki, dziki, podarty przez Ocean, nagi, z potrzaskanych szarych złomów wznosiło kilka araukaryj sztywno rozpięte gałęzie, podobne do szkieletów parasoli wywróconych, a gdzie niegdzie olbrzymie Menhiry, ociosane zgruba, pokryte przedwieczną pleśnią, posępne, samotne i tajemnicze, świadki niewiadomych czasów, znaki nieodgadnionych pomarłych narodów, pławiły się w słońcu, stały, jak groźne stróże Oceanu... Nie znalazł jej i tam, w załomach skał i zacisznych rozpadlinach. Znerwowany w najwyższym stopniu, powracał do zamku, który dźwigał się szaremi murami, jakby wprost z oceanu, odwieczny był, surowy w linjach, postrzępiony przez czas i burze, że zdala wydawał się tylko kupą granitu, bluszcze go obwijały zielonemi splotami, darły się na dachy, pełzały po murach, spowijały balkony, przysłaniały gotyckie okna, spływały z tarasów kaskadami, wgryzały się w kamienie i jakby dusiły w miękkich, zielonych zwojach. Pod murami wiły się żółte ścieżki, obramowane błękitem i bladym koralem kwiatów hortensji, wałami barw rozżarzonych w słońcu, które rozbiegały się na wszystkie strony, wieszały się tuż nad wybrzeżem, wiodły do zacisznych altan, opiętych caprifoljum, i całą falą spiętrzoną barw przyblakłych opływały wieżę zębatą, stojącą tuż przy zamku i tak obrośniętą bluszczami, że wznosiła się jak słup zielony, połączony z zamkiem, na wysokości pierwszego piętra, kamiennym mostem, przysłoniętym poręczami, że wydawał się girlandą kwiatów żółtych i purpurowych. Okrążał wieżę, spoglądając nieznacznie w otwarte okna. - Panienka poszła na plażę - zawołała pokojówka. - W którą stronę? - Ku Czerwonym Skałom! Śpiesznie poszedł na plażę. Morze leżało pomarszczone, jak pole świeżo zbronowane, cofało się wciąż, z głuchym jękiem, odsłaniając porośnięte, kamieniste dno, jakieś dzieci brodziły z sieciami po oślizgłych szlamach, mewy krążyły nisko, zawzięcie kołując i krzycząc niekiedy, od żółtych ubitych piasków wybrzeża buchał duszący żar, cisza leżała w rozprażonem powietrzu, słońce płynęło w mętnym tumanie, ani jeden powiew nie zadrgał w powietrzu, fale szemrały monotonnie, usypiająco, niebo zaciągało się płaskiemi rozsypiskami chmur żółtawych, horyzont był bliski, rudawy, ciężki, chwilami rwał się stamtąd jakiś bełkot groźny, piętrzyły się zwały fal nie dochodzące brzegów, to jakieś łodzie z obwisłemi żaglami wynurzały się jakby z głębin i ginęły w rozżarzonych blaskach słońca. Niepokój, głuchy jeszcze, przyciszony i trwożny, zda się, przenikał odrętwiałą w upale ciszę, tylko niekiedy fala jakaś błędna załkała silniej przy kamieniach, to spalone, nędzne porosty zaszeleściły trwożnie, albo jakieś drzewo, zwieszające się z rumowisk podmytych, zdawało się szemrać żałośnie konającemi gałęziami a czasem kamienie sypały się z urwisk w przyczajone morze. Dojrzał naraz pomiędzy skałami czerwoną parasolkę. Obejrzał się uważnie, nikogo nie było widać, zamek ledwie majaczył w słonecznej pożodze wśród załomów brzegu. Mery malowała na niskich sztalugach. Usiadł cicho za nią i zajrzał w obraz. - Doskonała ta fala konająca, doskonała. - Dzieńdobry! - spojrzała dziękczynnemi oczami. - Sądziłem, że pani pojechała z mamą. - Chciałam skończyć ten obrazek, dzień taki dziwny, mętny i duszący, morze jest jakby strwożone, drży jakąś obawą utajoną... - Błogosławię ten dzień jednak... - szeptał pochylając się nad nią tak nisko, że gorącym oddechem wionął na jej kark odsłonięty; pochyliła głowę niżej nad płótnem, aby ukryć pomieszanie i rumieniec. - Odjeżdżamy jutro - powiedziała cicho. - Nie chcę i nie potrafię w to uwierzyć! - Mama dostała ważne listy i musimy. - W połowie sezonu, w największe upały! - Cóż robić, co? - dodała ciszej, wspierając czoło o sztalugę. - Do Paryża? - Aż pod Marsylję, na wieś... - Więc to już nieodwołalne? - Nieodwołalne. Pożegnamy się dzisiaj, bo jutro bardzo rano jedziemy. - A wszystko pozostanie! - Tak, morze i wszystko! - I wspomnienia? - Tak, i wspomnienia. - I dręczące tęsknoty! - Pojadą ze mną, pojadą! - mówiła cicho i łzawo. - A pamięć tych dni czarownych, tych jedynych, tych świętych dni! - Powinna umrzeć, aby mógł trwać dzień dzisiejszy, ciężki i smutny dzień - szeptała z naciskiem. - Ale nie umrze, będzie jeszcze wzrastała. - Tem gorzej dla... pamiętających. - A jednak smutek zadźwięczał w głosie pani! - Bom smutna, żal mi tego, co przechodzi, co ginie bezpowrotnie, jak cień o zmierzchu, i czego już nie można powstrzymać... - Mery! - jęknął cicho, wyznanie miał już na ustach. Drgnęła, odwracając się nieco, dopiero później, złożywszy sztalugi, podniosła obciążone żalem oczy i szepnęła: - Nie jutro, to za miesiąc, a stać się musi, więc już wolę prędzej, nawet sama chcę tego. - Nawet pani chce? - powiedział z wyrzutem. - Tak. Tak... - powtórzyła z mocą. Długo patrzyli w siebie bez słowa. - Podobno w człowieku, w chwilach niebezpieczeństwa, zawsze budzi się instynkt samozachowawczy i wtedy się broni, jak umie i może. - Z pewnością, ale jeszcze nikt nie uciekł przed przeznaczeniem. - Pan wierzy w przeznaczenie? - zapytała ciszej, z lękiem prawie. - Wierzę najzupełniej! - odpowiedział, ogarniając ją rozgorzałemi nagle oczami, pełnemi siły i miłości. - Zawsze się staje, co przeznaczone? - Musi, musi, musi... - powtarzał z mocą i pewnością. Poruszyła się niespokojnie, odwróciła oczy i, zrobiwszy kilka nerwowych ruchów parasolką, szepnęła prawie prosząco: - Pójdźmy naprzeciw mamy, upał już jest nie do zniesienia. - To pójdźmy naprzełaj, cieniami dróg chłodniej będzie, niźli tem wybrzeżem wyprażonem... Wyszli z niemałym trudem na urwisty i wysoki brzeg. - A nie zbłądzimy? Obejrzała się na morze. Leżało nieobjętem zwierciadłem, jakby oślepłem i pokrytem słonecznemi bielmami. - Znam dobrze drogi, wejdziemy na szosę od Fouesnaut. Zamilkli, przedzierając się wskroś niskich, kolczastych krzewów, porastających dzikie ugory nadbrzeżne, nad któremi wyrastał posępny granitowy las Menhirów, stały, jak pnie dawno pomarłe i skamieniałe w żałobnej cichości, a wpośród nich czerwieniły się grzbiety krów, to dźwigały się ku nim olbrzymie rogate łby i patrzyły wielkie, puste oczy. Jakieś czarne, ogromne ptaki zrywały się z pod nóg, polatując bez krzyków na Menhiry. Słońce prażyło niemiłosiernie, że szli coraz wolniej.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI