ROZDZIAŁ 2
Wróciłam do swojego pokoju, w którym wszystko wyglądało tak, jak zapamiętałam. Nieposłane łóżko, sterta ubrań na krześle oraz ulubiona książka położona na nocnym stoliku. Przypominam sobie, że czytałam ją, kiedy zadzwonił Filip, proponując mi wyjazd nad wodę.
Poczułam, jak żołądek wiąże mi się w supeł. Mój wzrok powędrował do kolorowej fotografii, która znajdowała się na biurku. Przedstawiała mnie, Filipa, Artura oraz kilkuletnią dziewczynkę. Byliśmy tacy szczęśliwi... Razem tworzyliśmy dość unikatową rodzinę.
Gdzie on się teraz podziewał?
Spróbowałam raz jeszcze odtworzyć w głowie wydarzenia z tamtego dnia, ale bez ustanku widziałam przed oczami wybiórcze fragmenty. Część z nich przypomniałam sobie sama, a o reszcie dowiedziałam się od lekarzy i pielęgniarek. Na przykład o tym, że miałam wypadek samochodowy i dlatego trafiłam do szpitala. Nie wiedziałam jednak, jak do niego doszło, czy byłam sama w samochodzie, czy w kogoś wjechałam lub czy ktoś wjechał we mnie. To wszystko nadal pozostawało tajemnicą.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Byłam tak pochłonięta swoimi myślami, że podskoczyłam przerażona. Położyłam dłoń na sercu, jakby to miało pomóc mi się uspokoić, a następnie zawołałam:
- Proszę!
Drzwi ustąpiły i nieco się uchyliły. W niewielkiej szczelinie pojawiła się głowa mojego brata.
- Mogę wejść? - zapytał.
- Jasne.
Naparł barkiem na drzwi, aż całkowicie się otworzyły, po czym wszedł do środka. Dopiero wtedy zauważyłam, że miał zajęte obie ręce, ponieważ przyniósł talerz z kanapkami oraz dwa kubki parującej herbaty.
- Pomyślałem, że pewnie jesteś głodna - powiedział. - Wiem, że szpitalne żarcie jest do kitu.
- Pomogę ci - zaproponowałam, przejęłam od niego talerz i postawiłam go na biurku.
Byłam wdzięczna, że pomyślał o jedzeniu, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo byłam głodna. Dopiero na widok kanapek zaczęło mi burczeć w brzuchu. Niemal od razu zabrałam się za jedzenie, co rozbawiło mojego brata. Usiadł obok mnie z parującym kubkiem i mnie obserwował. Nie byłam pewna, czy w ogóle mnie widzi, ponieważ miał nieobecny wzrok.
- Kto to był? - zapytałam, kiedy skończyłam jeść kanapkę i postanowiłam popić ją herbatą.
Artur nie odpowiedział od razu, więc spojrzałam na niego, a wtedy dostrzegłam malujące się na jego twarzy niezrozumienie.
- Kto pukał do drzwi? - uzupełniłam. - Jeden z dziennikarzy?
- Ach, tak - mruknął, jakby nagle sobie o tym przypomniał, i momentalnie posmutniał. Opuścił wzrok na kubek z herbatą, który obejmował dłońmi, i dodał: - Tak, to był jeden z dziennikarzy.
- Czego chciał?
- Tego, co wszyscy - odparł. - Wywiadu.
To niczego mi nie wyjaśniło. Nadal nie rozumiałam, dlaczego dziennikarze czatowali pod moim domem i dlaczego potrzebowałam adwokata. Domyślałam się jednak, że to nie oznaczało nic dobrego, chociaż usilnie odpychałam od siebie tę myśl. Nigdy w życiu nie dostałam mandatu, chociażby za przekroczenie prędkości, ani nikomu nie zrobiłam krzywdy. Tym razem nie mogło być inaczej. To musiała być pomyłka.
- Powiedziałeś, że niczego nie zrobiłam - przypomniałam mu. - Więc dlaczego chcą ze mną rozmawiać?
Dopiero teraz podniósł wzrok znad kubka i nasze spojrzenia znów się spotkały. W jego oczach, które tak bardzo przypominały moje własne, znowu dostrzegłam mieszaninę współczucia oraz smutku.
- Artur - napomniałam go, a na moich rzęsach zaczęły osadzać się łzy. - Powiedz mi, co się wydarzyło tamtego wieczoru. Co zrobiłam?
Pokręcił głową i ponownie odwrócił wzrok. Tym razem skupił go na fotografii stojącej na moim biurku. Powędrowałam za jego spojrzeniem. Mimo że już ją dziś oglądałam, prześledziłam nasze sportretowane twarze, w szczególności skupiając się na jednej. Wtedy przypomniałam sobie szczęście, które mnie wypełniało, kiedy tamtego dnia patrzyłam w ciemnoniebieskie oczy mojego chłopaka. Wiatr układał mu nową fryzurę, a promienie zachodzącego słońca mieniły się na jego ciemnych włosach, rozświetlając je jaśniejszymi pasemkami. Był taki szczęśliwy. Oboje byliśmy. Co stało się później?
- Filip - wyszeptałam. - Gdzie on jest?
Artur nie odpowiedział, więc zerwałam się na równe nogi i stanęłam przed nim, chcąc zwrócić jego uwagę. Zaczęło mi się kręcić w głowie pod wpływem tego nagłego ruchu, więc oparłam się tyłkiem o biurko i na wszelki wypadek wsparłam się o nie dłońmi.
- Gdzie on jest?! - powtórzyłam ostrzej. - W swoim domu?
Brat opuścił wzrok na swoje dłonie, które oplatały kubek, a następnie pokręcił przecząco głową. Uzmysłowiłam sobie, że to było głupie pytanie, bo gdyby Filip był w domu, to na pewno przyszedłby mnie odwiedzić. Jego nieobecność oznaczała, że jemu także coś się stało.
- W szpitalu? - dopytywałam, czując nerwowy skurcz żołądka. Żółć podeszła mi do gardła.
Pokręcił przecząco głową.
- Powiedz mi, gdzie on jest? - Nie dawałam za wygraną, nie dopuszczając do siebie żadnej negatywnej myśli.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Filip przypadkiem nie uciekł, żeby ukryć się przed dziennikarzami. Może także wyczekiwali pod jego domem i robili mu zdjęcia z ukrycia? Może miał tego dość i postanowił wyjechać w jakieś spokojne miejsce, gdzie przeczeka, aż wszystko ucichnie? Tylko, tak właściwie, co miało ucichnąć? Co takiego się wydarzyło?
Artur uniósł głowę i odszukał wzrokiem moje spojrzenie. Wróciłam myślami do chwili obecnej, całkowicie skupiając się na bracie, który nie odrywał ode mnie oczu.
- Nie wiem - odparł, a po jego twarzy oraz tonie głosu zrozumiałam, że mówił prawdę. Poczułam ukłucie w sercu. - Przykro mi, ale nikt tego nie wie.
- Dlaczego? - wydukałam.
- Od tygodnia szukają jego ciała, ale, jak dotąd, nie potrafią go znaleźć.
Poczułam, że w oczach wzbierają mi łzy. Wzrok mi się rozmazał, więc nie widziałam mojego brata. Zamiast niego ukazała mi się znajoma, uśmiechnięta twarz z czupryną ciemnych włosów i oczy, które przypominały niebo nocą.
Filip.
Nino, kochanie - rozbrzmiał jego głos w mojej głowie.
Szloch ugrzązł mi w gardle. Nie chciałam się rozpłakać, bo to oznaczałoby, że pogodziłam się z myślą, że Filipa już nie ma, a nie chciałam tego robić. To nie mogła być prawda. Artur musiał się pomylić. Może źle dobrał słowa? Boże, przecież nie mogli szukać ciała, tylko Filipa. Po prostu Filipa. Mojego chłopaka, który co najwyżej zaginął.
- To niemożliwe - wyszeptałam.
- Naprawdę mi przykro, Nino.
- Nie - zaprotestowałam. - To musi być pomyłka.
Artur głęboko westchnął, a potem podniósł się z miejsca i pokonał dzielącą nas odległość. Stanął przede mną i chwycił za ramiona, jakby chciał mnie podtrzymać, gdybym zaraz miała upaść, i nie spuszczając ze mnie wzroku, wyznał:
- Filip jechał z tobą autem, kiedy zdarzył się wypadek. Wszyscy jechali. Nikt, prócz ciebie, nie przeżył.