Burza winy - Justyna Spandel

Kup ebooka

49.90 zł
31.14 zł (36,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

- Nina! - za­wo­łał ktoś za mo­imi ple­cami.

Od­wró­ci­łam się na pię­cie i mo­men­tal­nie zo­sta­łam ośle­piona przez błysk fle­szy. Przed oczami za­tań­czyły mi ko­lo­rowe plamki, więc za­mknę­łam po­wieki, a kiedy znowu je otwo­rzy­łam, spu­ści­łam wzrok na swoje stopy.

- Nie patrz na nich. - Ci­chy szept prze­bił się przez ka­ko­fo­nię okrzy­ków oraz mi­ga­wek apa­ra­tów.

Spoj­rza­łam w prawo, za­dzie­ra­jąc głowę do góry, aby móc spoj­rzeć na przy­stojną twarz mo­jego brata. Ob­jął mnie ra­mie­niem i po­mógł mi bez­piecz­nie do­trzeć do drzwi wej­ścio­wych. Otwo­rzył je, a ja wśli­zgnę­łam się do środka, chcąc jak naj­szyb­ciej uciec od tych wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy cza­to­wali na mnie na ze­wnątrz. Ar­tur zro­bił to samo, po czym za­mknął za nami drzwi.

Na­gle cały ha­łas zo­stał stłu­miony. Mia­łam wra­że­nie, że zna­la­złam się w my­dla­nej bańce, gdzie nic nie mo­gło mi za­gra­żać. Wró­ci­łam do swo­jego domu i cho­ciaż nie był naj­pięk­niej­szy ani nie mia­łam zwią­za­nych z nim naj­lep­szych wspo­mnień, to wciąż był mój azyl. Tylko w nim by­łam bez­pieczna.

- Wszystko w po­rządku? - za­py­tał Ar­tur, prze­krę­ca­jąc za­mek w drzwiach.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu, za­tem od­wró­cił się w moją stronę i za­czął uważ­nie mi się przy­glą­dać. Po­czu­łam się nie­swojo, więc otrzą­snę­łam się z szoku, a na­stęp­nie od­par­łam, si­ląc się na spo­kojny ton głosu:

- Pew­nie.

Brat nie prze­sta­wał mnie ob­ser­wo­wać. Do­my­ślał się, że nie mó­wię szcze­rze, ale nie chcia­łam go mar­twić. Ostat­nio i tak przy­spo­rzy­łam mu sporo pro­ble­mów. Jesz­cze tego bra­ko­wało, żeby za­czął się przej­mo­wać moim sa­mo­po­czu­ciem.

- Ol­szew­ski po­wie­dział, że masz uni­kać roz­mów z tymi hie­nami, do­póki sami nie od­pusz­czą - do­dał, jakby to miało mnie uspo­koić, cho­ciaż nie mia­łam po­ję­cia, o kim mó­wił.

- Ol­szew­ski? - po­wtó­rzy­łam.

- Jan Ol­szew­ski - spre­cy­zo­wał. - Twój ad­wo­kat.

- Mam ad­wo­kata? - zdzi­wi­łam się.

Ar­tur przy­tak­nął i prze­szedł do sa­lonu. Po­szłam za nim, przy­sta­jąc w progu i ob­ser­wu­jąc, jak opusz­cza ża­lu­zje w oknach. Wąt­pię, żeby było nas wi­dać przez cięż­kie fi­ranki oraz ko­tary, ale mimo to błysk fle­szy nie ustę­po­wał. Do­piero za­sło­nięte ża­lu­zje cał­ko­wi­cie nas od niego od­cięły.

- Wiem, że nie jest naj­lep­szy w swoim fa­chu, jed­nak nie było mnie stać na ni­kogo in­nego - wy­znał, choć wcale nie pro­si­łam go o wy­tłu­ma­cze­nie tego wy­boru.

Ra­czej wo­la­ła­bym się do­wie­dzieć, po co jest mi po­trzebny ad­wo­kat. Pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć so­bie co­kol­wiek z tam­tego dnia, ale je­dyne, co uda­wało mi się wy­do­być z głę­bin pod­świa­do­mo­ści, to słabe strzępki wspo­mnień, które nie ukła­dały się w lo­giczną ca­łość. Ostre słońce. Za­pach wody. Ciemne chmury, ozna­cza­jące nad­cho­dzącą bu­rzę.

- Co zro­bi­łam?

Ar­tur po­woli od­wró­cił się w moją stronę. Scho­wał dło­nie w kie­sze­niach dżin­sów i za­wie­sił głowę mię­dzy ra­mio­nami, opusz­cza­jąc wzrok na swoje stopy. Ewi­dent­nie nad czymś się za­sta­na­wiał. Znowu cze­goś nie chciał mi po­wie­dzieć.

Mia­łam tego dość. Od kiedy obu­dzi­łam się w szpi­talu, uni­kał roz­mów ze mną jak ognia. Na­sza ko­mu­ni­ka­cja po­le­gała na wy­mia­nie kilku zdań. W za­sa­dzie tylko in­for­mo­wał mnie o moim sta­nie zdro­wia, prze­ka­zy­wał za­le­ce­nia le­ka­rzy, a kiedy po­czu­łam się le­piej, to za­brał mnie do domu. Do tej pory nie od­po­wie­dział na żadne moje py­ta­nie, cho­ciaż nie raz pró­bo­wa­łam się do­wie­dzieć, co wła­ści­wie się stało, że zna­la­złam się na od­dziale na ob­ser­wa­cji. Za­czy­nało mnie to wku­rzać.

- Na­prawdę ni­czego nie pa­mię­tasz? - od­parł py­ta­niem na py­ta­nie.

Pod­niósł głowę, a wtedy na­sze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. W jego oczach do­strze­głam współ­czu­cie, smu­tek oraz tro­skę, które mo­men­tal­nie uci­szyły mój na­gły przy­pływ gniewu.

- Nic a nic - przy­zna­łam, ma­rząc o tym, żeby było ina­czej. - Pro­szę, po­wiedz mi, dla­czego po­trze­buję ad­wo­kata? Co zro­bi­łam?

Ar­tur głę­boko wes­tchnął, a na­stęp­nie prze­cze­sał dło­nią zmierz­wione włosy. Od­wró­cił wzrok i przez dłuż­szą chwilę mil­czał, spra­wia­jąc, że po­woli za­czę­łam tra­cić cier­pli­wość.

Nie ro­zu­mia­łam, dla­czego tak bar­dzo się opie­rał przed wy­zna­niem mi prawdy. Do­sko­nale wie­dział, przez co prze­szłam dawno temu, a ra­czej przez co oboje prze­szli­śmy, więc ze względu na tamte wy­da­rze­nia po­wi­nien wszystko mi po­wie­dzieć. W końcu chyba nic gor­szego już nie mo­gło mi się przy­tra­fić.

- Pro­blem po­lega na tym, że nic nie zro­bi­łaś - rzu­cił, na­dal nie pa­trząc w moją stronę - ale i tak chcą cię oskar­żyć.

- Kto chce mnie oskar­żyć? - do­py­ty­wa­łam. - I o co?

Ar­tur spoj­rzał na mnie, po czym otwo­rzył usta, żeby od­po­wie­dzieć, kiedy na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi wej­ścio­wych, co spo­wo­do­wało, że na­tych­miast je za­mknął.

- Idź do swo­jego po­koju i od­pocz­nij tro­chę - za­pro­po­no­wał, a po tych sło­wach wy­mi­nął mnie i ru­szył w stronę holu.

- Ale... - za­czę­łam, jed­nak prze­rwał mi ge­stem ręki.

- Ufasz mi? - za­py­tał.

Po­woli kiw­nę­łam głową. Oczy­wi­ście jego za­cho­wa­nie bu­dziło moje wąt­pli­wo­ści, ale w końcu był moim star­szym bra­tem, opie­ku­nem i je­dyną ro­dziną, jaką mia­łam. Wie­dzia­łam, że mu na mnie za­leży. Mie­li­śmy tylko sie­bie. Mu­sie­li­śmy so­bie ufać, na­wet je­śli mie­li­śmy od­mienne zda­nia.

- W ta­kim ra­zie idź na górę - po­wie­dział. - Póź­niej do cie­bie przyjdę.

ROZ­DZIAŁ 2

Wró­ci­łam do swo­jego po­koju, w któ­rym wszystko wy­glą­dało tak, jak za­pa­mię­ta­łam. Nie­po­słane łóżko, sterta ubrań na krze­śle oraz ulu­biona książka po­ło­żona na noc­nym sto­liku. Przy­po­mi­nam so­bie, że czy­ta­łam ją, kiedy za­dzwo­nił Fi­lip, pro­po­nu­jąc mi wy­jazd nad wodę.

Po­czu­łam, jak żo­łą­dek wiąże mi się w su­peł. Mój wzrok po­wę­dro­wał do ko­lo­ro­wej fo­to­gra­fii, która znaj­do­wała się na biurku. Przed­sta­wiała mnie, Fi­lipa, Ar­tura oraz kil­ku­let­nią dziew­czynkę. By­li­śmy tacy szczę­śliwi... Ra­zem two­rzy­li­śmy dość uni­ka­tową ro­dzinę.

Gdzie on się te­raz po­dzie­wał?

Spró­bo­wa­łam raz jesz­cze od­two­rzyć w gło­wie wy­da­rze­nia z tam­tego dnia, ale bez ustanku wi­dzia­łam przed oczami wy­biór­cze frag­menty. Część z nich przy­po­mnia­łam so­bie sama, a o resz­cie do­wie­dzia­łam się od le­ka­rzy i pie­lę­gnia­rek. Na przy­kład o tym, że mia­łam wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy i dla­tego tra­fi­łam do szpi­tala. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak do niego do­szło, czy by­łam sama w sa­mo­cho­dzie, czy w ko­goś wje­cha­łam lub czy ktoś wje­chał we mnie. To wszystko na­dal po­zo­sta­wało ta­jem­nicą.

Na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. By­łam tak po­chło­nięta swo­imi my­ślami, że pod­sko­czy­łam prze­ra­żona. Po­ło­ży­łam dłoń na sercu, jakby to miało po­móc mi się uspo­koić, a na­stęp­nie za­wo­ła­łam:

- Pro­szę!

Drzwi ustą­piły i nieco się uchy­liły. W nie­wiel­kiej szcze­li­nie po­ja­wiła się głowa mo­jego brata.

- Mogę wejść? - za­py­tał.

- Ja­sne.

Na­parł bar­kiem na drzwi, aż cał­ko­wi­cie się otwo­rzyły, po czym wszedł do środka. Do­piero wtedy za­uwa­ży­łam, że miał za­jęte obie ręce, po­nie­waż przy­niósł ta­lerz z ka­nap­kami oraz dwa kubki pa­ru­ją­cej her­baty.

- Po­my­śla­łem, że pew­nie je­steś głodna - po­wie­dział. - Wiem, że szpi­talne żar­cie jest do kitu.

- Po­mogę ci - za­pro­po­no­wa­łam, prze­ję­łam od niego ta­lerz i po­sta­wi­łam go na biurku.

By­łam wdzięczna, że po­my­ślał o je­dze­niu, bo na­wet nie zda­wa­łam so­bie sprawy z tego, jak bar­dzo by­łam głodna. Do­piero na wi­dok ka­na­pek za­częło mi bur­czeć w brzu­chu. Nie­mal od razu za­bra­łam się za je­dze­nie, co roz­ba­wiło mo­jego brata. Usiadł obok mnie z pa­ru­ją­cym kub­kiem i mnie ob­ser­wo­wał. Nie by­łam pewna, czy w ogóle mnie wi­dzi, po­nie­waż miał nie­obecny wzrok.

- Kto to był? - za­py­ta­łam, kiedy skoń­czy­łam jeść ka­napkę i po­sta­no­wi­łam po­pić ją her­batą.

Ar­tur nie od­po­wie­dział od razu, więc spoj­rza­łam na niego, a wtedy do­strze­głam ma­lu­jące się na jego twa­rzy nie­zro­zu­mie­nie.

- Kto pu­kał do drzwi? - uzu­peł­ni­łam. - Je­den z dzien­ni­ka­rzy?

- Ach, tak - mruk­nął, jakby na­gle so­bie o tym przy­po­mniał, i mo­men­tal­nie po­smut­niał. Opu­ścił wzrok na ku­bek z her­batą, który obej­mo­wał dłońmi, i do­dał: - Tak, to był je­den z dzien­ni­ka­rzy.

- Czego chciał?

- Tego, co wszy­scy - od­parł. - Wy­wiadu.

To ni­czego mi nie wy­ja­śniło. Na­dal nie ro­zu­mia­łam, dla­czego dzien­ni­ka­rze cza­to­wali pod moim do­mem i dla­czego po­trze­bo­wa­łam ad­wo­kata. Do­my­śla­łam się jed­nak, że to nie ozna­czało nic do­brego, cho­ciaż usil­nie od­py­cha­łam od sie­bie tę myśl. Ni­gdy w ży­ciu nie do­sta­łam man­datu, cho­ciażby za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści, ani ni­komu nie zro­bi­łam krzywdy. Tym ra­zem nie mo­gło być ina­czej. To mu­siała być po­myłka.

- Po­wie­dzia­łeś, że ni­czego nie zro­bi­łam - przy­po­mnia­łam mu. - Więc dla­czego chcą ze mną roz­ma­wiać?

Do­piero te­raz pod­niósł wzrok znad kubka i na­sze spoj­rze­nia znów się spo­tkały. W jego oczach, które tak bar­dzo przy­po­mi­nały moje wła­sne, znowu do­strze­głam mie­sza­ninę współ­czu­cia oraz smutku.

- Ar­tur - na­po­mnia­łam go, a na mo­ich rzę­sach za­częły osa­dzać się łzy. - Po­wiedz mi, co się wy­da­rzyło tam­tego wie­czoru. Co zro­bi­łam?

Po­krę­cił głową i po­now­nie od­wró­cił wzrok. Tym ra­zem sku­pił go na fo­to­gra­fii sto­ją­cej na moim biurku. Po­wę­dro­wa­łam za jego spoj­rze­niem. Mimo że już ją dziś oglą­da­łam, prze­śle­dzi­łam na­sze spor­tre­to­wane twa­rze, w szcze­gól­no­ści sku­pia­jąc się na jed­nej. Wtedy przy­po­mnia­łam so­bie szczę­ście, które mnie wy­peł­niało, kiedy tam­tego dnia pa­trzy­łam w ciem­no­nie­bie­skie oczy mo­jego chło­paka. Wiatr ukła­dał mu nową fry­zurę, a pro­mie­nie za­cho­dzą­cego słońca mie­niły się na jego ciem­nych wło­sach, roz­świe­tla­jąc je ja­śniej­szymi pa­sem­kami. Był taki szczę­śliwy. Oboje by­li­śmy. Co stało się póź­niej?

- Fi­lip - wy­szep­ta­łam. - Gdzie on jest?

Ar­tur nie od­po­wie­dział, więc ze­rwa­łam się na równe nogi i sta­nę­łam przed nim, chcąc zwró­cić jego uwagę. Za­częło mi się krę­cić w gło­wie pod wpły­wem tego na­głego ru­chu, więc opar­łam się tył­kiem o biurko i na wszelki wy­pa­dek wspar­łam się o nie dłońmi.

- Gdzie on jest?! - po­wtó­rzy­łam ostrzej. - W swoim domu?

Brat opu­ścił wzrok na swoje dło­nie, które opla­tały ku­bek, a na­stęp­nie po­krę­cił prze­cząco głową. Uzmy­sło­wi­łam so­bie, że to było głu­pie py­ta­nie, bo gdyby Fi­lip był w domu, to na pewno przy­szedłby mnie od­wie­dzić. Jego nie­obec­ność ozna­czała, że jemu także coś się stało.

- W szpi­talu? - do­py­ty­wa­łam, czu­jąc ner­wowy skurcz żo­łądka. Żółć po­de­szła mi do gar­dła.

Po­krę­cił prze­cząco głową.

- Po­wiedz mi, gdzie on jest? - Nie da­wa­łam za wy­graną, nie do­pusz­cza­jąc do sie­bie żad­nej ne­ga­tyw­nej my­śli.

Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy Fi­lip przy­pad­kiem nie uciekł, żeby ukryć się przed dzien­ni­ka­rzami. Może także wy­cze­ki­wali pod jego do­mem i ro­bili mu zdję­cia z ukry­cia? Może miał tego dość i po­sta­no­wił wy­je­chać w ja­kieś spo­kojne miej­sce, gdzie prze­czeka, aż wszystko ucich­nie? Tylko, tak wła­ści­wie, co miało ucich­nąć? Co ta­kiego się wy­da­rzyło?

Ar­tur uniósł głowę i od­szu­kał wzro­kiem moje spoj­rze­nie. Wró­ci­łam my­ślami do chwili obec­nej, cał­ko­wi­cie sku­pia­jąc się na bra­cie, który nie od­ry­wał ode mnie oczu.

- Nie wiem - od­parł, a po jego twa­rzy oraz to­nie głosu zro­zu­mia­łam, że mó­wił prawdę. Po­czu­łam ukłu­cie w sercu. - Przy­kro mi, ale nikt tego nie wie.

- Dla­czego? - wy­du­ka­łam.

- Od ty­go­dnia szu­kają jego ciała, ale, jak do­tąd, nie po­tra­fią go zna­leźć.

Po­czu­łam, że w oczach wzbie­rają mi łzy. Wzrok mi się roz­ma­zał, więc nie wi­dzia­łam mo­jego brata. Za­miast niego uka­zała mi się zna­joma, uśmiech­nięta twarz z czu­pryną ciem­nych wło­sów i oczy, które przy­po­mi­nały niebo nocą.

Fi­lip.

Nino, ko­cha­nie - roz­brzmiał jego głos w mo­jej gło­wie.

Szloch ugrzązł mi w gar­dle. Nie chcia­łam się roz­pła­kać, bo to ozna­cza­łoby, że po­go­dzi­łam się z my­ślą, że Fi­lipa już nie ma, a nie chcia­łam tego ro­bić. To nie mo­gła być prawda. Ar­tur mu­siał się po­my­lić. Może źle do­brał słowa? Boże, prze­cież nie mo­gli szu­kać ciała, tylko Fi­lipa. Po pro­stu Fi­lipa. Mo­jego chło­paka, który co naj­wy­żej za­gi­nął.

- To nie­moż­liwe - wy­szep­ta­łam.

- Na­prawdę mi przy­kro, Nino.

- Nie - za­pro­te­sto­wa­łam. - To musi być po­myłka.

Ar­tur głę­boko wes­tchnął, a po­tem pod­niósł się z miej­sca i po­ko­nał dzie­lącą nas od­le­głość. Sta­nął przede mną i chwy­cił za ra­miona, jakby chciał mnie pod­trzy­mać, gdy­bym za­raz miała upaść, i nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku, wy­znał:

- Fi­lip je­chał z tobą au­tem, kiedy zda­rzył się wy­pa­dek. Wszy­scy je­chali. Nikt, prócz cie­bie, nie prze­żył.

ROZ­DZIAŁ 3

Czu­łam się, jak­bym do­stała obu­chem w głowę. W jed­nej chwili rze­czy­wi­stość przy­po­mi­nała dom pe­łen gło­sów, a w na­stęp­nej na­stała ogłu­sza­jąca ci­sza. Nie było już nic oprócz pul­su­ją­cego bólu uci­ska­ją­cego moją czaszkę.

- Nino?

Spoj­rza­łam na brata, który na­dal stał przede mną i pod­trzy­my­wał mnie za ra­miona. By­łam pewna, że gdyby nie on, to już dawno le­ża­ła­bym na pod­ło­dze. Nie­spo­dzie­wa­nie zmie­nił po­zy­cję, ostroż­nie prze­su­wa­jąc jedną rękę pod moje plecy. Do­my­śli­łam się, co pla­nuje zro­bić, więc sku­pi­łam się na tym, żeby przy jego ase­ku­ra­cji dojść do łóżka. Na szczę­ście od­le­głość nie była zbyt duża i już po chwili le­ża­łam na wy­god­nym ma­te­racu.

Przy­mknę­łam po­wieki, mia­łam wra­że­nie, jakby moja głowa wa­żyła tonę. Jej cię­żar był tak ab­sor­bu­jący, że nie po­tra­fi­łam sku­pić się na ni­czym in­nym, cho­ciaż bar­dzo chcia­łam to zro­bić. W końcu mu­sia­łam prze­tra­wić to, co po­wie­dział mi brat. Czy wła­śnie stwier­dził, że spo­wo­do­wa­łam wy­pa­dek, w któ­rym zgi­nęli moi przy­ja­ciele?

Boże, nie. To nie­moż­liwe. Nie mo­głam tego zro­bić.

Mo­men­tal­nie po­czu­łam, że ucisk wo­kół głowy się wzmaga. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś za­ło­żył mi me­ta­lową opa­skę i za­ci­skał ją co­raz moc­niej, aż mia­łam ochotę za­zgrzy­tać zę­bami.

- Nie zdą­ży­łem wy­ku­pić le­karstw, które prze­pi­sał ci le­karz - wy­znał Ar­tur ze skru­chą w gło­sie - ale za­raz przy­niosę ci aspi­rynę.

- Nie chcę - wy­stę­ka­łam.

- Za­raz wra­cam.

Mia­łam za­mknięte oczy, ale wy­czu­łam, że pod­nosi się z miej­sca i wy­cho­dzi z po­koju. Po­sta­no­wi­łam spró­bo­wać do­pro­wa­dzić się do po­rządku, za­nim wróci. Szcze­rze mó­wiąc, wo­la­łam zro­bić to bez le­ków, po­nie­waż źle wspo­mi­na­łam po­byt w szpi­talu, gdzie non stop by­łam otu­ma­niona. Dla­tego wzię­łam głę­boki wdech, po czym po­woli wy­pu­ści­łam po­wie­trze. Ko­lejny wdech i wy­dech. Po­wtó­rzy­łam tę czyn­ność jesz­cze kilka razy, aż znowu usły­sza­łam kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Otwo­rzy­łam oczy. Ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­łam, że mam roz­ma­zany wzrok, więc za­czę­łam mru­gać in­ten­syw­nie, chcąc od­go­nić nie­chciane łzy.

- Masz - po­wie­dział Ar­tur, po­da­jąc mi ta­bletkę oraz szklankę wody.

Unio­słam się na łok­ciach i spoj­rza­łam na niego, igno­ru­jąc jego wy­cią­gnięte w moją stronę ręce.

- Nie za­bi­łam ich - stwier­dzi­łam, głę­boko pa­trząc w jego oczy, jak­bym szu­kała w nich po­twier­dze­nia. - Nie mo­głam tego zro­bić.

- Nie twier­dzę, że to zro­bi­łaś. - Ar­tur po­now­nie spró­bo­wał po­dać mi ta­bletkę oraz wodę, ale na­dal go igno­ro­wa­łam, upar­cie pa­trząc w jego oczy.

Wie­dzia­łam, że co­kol­wiek bym zro­biła, to na pewno trzy­małby moją stronę i pró­bo­wałby mnie chro­nić. Do­ce­nia­łam to, ale w tej chwili je­dyne, czego po­trze­bo­wa­łam, to po­zna­nia prawdy. Aku­rat przed nią nie po­wi­nien mnie ra­to­wać, bo prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie na wierzch.

- Ale ktoś twier­dzi ina­czej - za­uwa­ży­łam. - I dla­tego po­trze­buję ad­wo­kata.

Wes­tchnął głę­boko i po­sta­wił na noc­nym sto­liku szklankę, a obok niej odło­żył ta­bletkę, co osta­tecz­nie prze­ry­wało nasz kon­takt wzro­kowy.

- Nie mają ra­cji - stwier­dził tylko. - Po­trze­bu­jesz cze­goś jesz­cze?

- Dla­czego nie chcesz po­wie­dzieć mi, co wła­ści­wie miało miej­sce tam­tego wie­czoru? - Zi­gno­ro­wa­łam jego py­ta­nie, nie da­jąc za wy­graną.

- Nie je­steś na to go­towa.

- Oczy­wi­ście, że je­stem go­towa! - obu­rzy­łam się. - Mu­szę wie­dzieć, czy to ja pro­wa­dzi­łam ten sa­mo­chód, a je­śli nie, to czy w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób przy­czy­ni­łam się do wy­padku, w któ­rym zgi­nęli moi przy­ja­ciele, i czy...

Ge­stem dłoni po­wstrzy­mał mnie od wy­gło­sze­nia dal­szych spe­ku­la­cji. Po­słusz­nie za­mil­kłam, cho­ciaż cała w środku wrza­łam od go­tu­ją­cych się we mnie emo­cji. Mia­łam ochotę krzy­czeć. Wy­dzie­rać się wnie­bo­głosy. Tak bar­dzo by­łam sfru­stro­wana i bez­silna.

- Nie za­wra­caj so­bie tym głowy - po­le­cił. - Te­raz po­win­naś od­po­czy­wać i mo­dlić się, żeby zda­rzył się cud i od­na­leźli Fi­lipa ży­wego. Tylko on może po­twier­dzić twoją nie­win­ność.

Otwo­rzy­łam usta, ale nie­mal na­tych­miast je za­mknę­łam, nie wie­dząc do końca, co mia­ła­bym po­wie­dzieć. W mo­jej gło­wie sza­lało tor­nado my­śli. Wszyst­kie mie­szały się ze sobą, two­rząc nie­lo­giczną ca­łość. Ar­tur wy­ko­rzy­stał ten mo­ment i ru­szył w stronę wyj­ścia.

- Za­cze­kaj! - za­wo­ła­łam, za­nim zdą­żył za­mknąć za sobą drzwi. Za­wa­hał się, ale zo­sta­wił nie­wielką szparę, przez którą mo­głam na niego pa­trzeć. - Gdzie jest mój te­le­fon?

- Na ra­zie nie bę­dzie ci po­trzebny.

Za­trza­snął drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie z ro­sną­cym nie­po­ko­jem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Znasz to uczu­cie, kiedy umie­rasz?

Ja tak. Umie­ra­łam. To było oczy­wi­ste.

Czu­łam, jak ci­śnie­nie miaż­dży mi głowę, a w płu­cach bra­kuje tlenu. Nie mia­łam już siły dłu­żej wal­czyć. Nie by­łam w sta­nie obro­nić się przed nad­cho­dzącą śmier­cią.

Nie było już dla mnie na­dziei. Czu­łam się nie­zwy­kle sa­motna, bez­bronna i skoń­czona. Ko­na­łam na dnie je­ziora i nic nie mo­głam z tym zro­bić.

Ogień w płu­cach wzmógł swoją siłę, a moje ciało za­częło wiot­czeć, jakby cała ener­gia zo­stała wy­ssana przez zimną ot­chłań, która mnie ota­czała.

Chcia­łam się pod­dać, po­zwo­lić, żeby mrok za­brał mnie ze sobą i odejść, kiedy na­gle przed oczami zo­ba­czy­łam pulchną, uro­czą bu­zię czte­ro­latki i męż­czy­znę, który trzy­mał ją na rę­kach. Oboje się uśmie­chali, a na­stęp­nie po­ma­chali do mnie ra­do­śnie.

Wie­dzieli, że wrócę. Za­wsze wra­ca­łam.

Tym ra­zem nie mo­gło być ina­czej.

Po raz ostatni zmo­bi­li­zo­wa­łam się do tego, żeby wy­krze­sać z sie­bie resztki ener­gii. Po­mo­gło mi w tym my­śle­nie o mo­jej je­dy­nej ro­dzi­nie. Nie mo­głam ich zo­sta­wić. Mu­sia­łam do nich wró­cić. Znowu za­czę­łam wa­lić w dach sa­mo­chodu, jakby to mo­gło w ja­kiś spo­sób po­móc mi się wy­do­stać, i wtedy do głowy przy­szła mi myśl, że może przed­nia szyba pę­kła w chwili ude­rze­nia w wodę. Nie mia­łam in­nych po­my­słów, więc po­sta­no­wi­łam to spraw­dzić.

To była moja ostat­nia de­ska ra­tunku. Wie­dzia­łam, że je­śli moje przy­pusz­cze­nia są błędne, to nie dam rady się wy­do­stać z tego sa­mo­chodu i utonę. Nie chcia­łam umie­rać, dla­tego ode­pchnę­łam od sie­bie ubra­nia oraz inne rze­czy, które pod­czas jazdy le­żały luźno w sa­mo­cho­dzie, a te­raz wpa­dały mi w ręce, plą­tały się przy no­gach i ocie­rały o głowę, utrud­nia­jąc po­ru­sza­nie się, a na­stęp­nie spró­bo­wa­łam prze­do­stać się na przód mię­dzy fo­te­lami.

Zdzi­wi­łam się, po­nie­waż po­szło mi cał­kiem gładko, i do­piero po chwili do­tarło do mnie, że miej­sce Fi­lipa jest pu­ste.

Mia­łam wra­że­nie, że moje serce na mo­ment prze­stało bić, jed­nak wtedy do głowy przy­szła mi myśl, że jest cał­kiem moż­liwe, iż wy­padł z sa­mo­chodu od razu po ude­rze­niu w wodę, bo nie był za­pięty pa­sami. A może sam się wy­do­stał z po­jazdu, kiedy już znaj­do­wa­li­śmy się pod po­wierzch­nią?

W każ­dym ra­zie mia­łam na­dzieję, że jest bez­pieczny. Nie do­pusz­cza­łam do sie­bie in­nej my­śli. Tym bar­dziej że wła­śnie do­tar­łam do przed­niej szyby i oka­zało się, że rze­czy­wi­ście jest roz­bita.

Ogar­nęła mnie prze­ogromna ra­dość. Już mia­łam ode­pchnąć się od de­ski roz­dziel­czej i jak naj­szyb­ciej do­pły­nąć do po­wierzchni, gdzie w końcu mo­gła­bym za­czerp­nąć tchu, gdy przy­po­mnia­łam so­bie o po­zo­sta­łych pa­sa­że­rach sa­mo­chodu.

Za­mar­łam, na­słu­chu­jąc ja­kich­kol­wiek od­gło­sów, ale wy­da­wało mi się, że nikt oprócz mnie się nie ru­sza. Ciemna, mętna masa prze­su­wała się tylko wtedy, kiedy ja wpro­wa­dza­łam ją w ruch. Li­czy­łam na to, że udało im się uciec. Na­prawdę bar­dzo w to wie­rzy­łam, bo gdyby było ina­czej, to nie da­ła­bym rady ich wy­cią­gnąć. Nie mia­łam już siły.

Moje płuca spra­wiały, że pra­gnę­łam otwo­rzyć usta, cho­ciaż wie­dzia­łam, że wtedy ska­za­ła­bym się na śmierć. Czu­łam, że moja głowa za­raz eks­plo­duje od ci­śnie­nia, które miaż­dżyło mi czaszkę.

Mia­łam co­raz mniej czasu. Szu­ka­nie ko­go­kol­wiek nie miało sensu, skoro sama z le­d­wo­ścią utrzy­my­wa­łam się przy ży­ciu. To był już ko­niec. Dzie­liło mnie może kil­ka­na­ście se­kund od śmierci, a moi przy­ja­ciele albo byli już na po­wierzchni, albo praw­do­po­dob­nie byli mar­twi, cho­ciaż bar­dzo li­czy­łam na tę pierw­szą opcję. Na wszelki wy­pa­dek po raz ostatni wy­tę­ży­łam słuch, ale na­dal by­łam tylko ja i ota­cza­jąca mnie ci­sza. Ci­sza, w któ­rej pod­ję­łam naj­cięż­szą de­cy­zję w swoim ży­ciu.

Od­pu­ści­łam.

Prze­ży­łam.