Rozdział 1
Storm
Burza w tobie kiedyś się uspokoi, Nash.
Potarłem tatuaż nad sercem. "BURZA, KRZYK, BÓL" w splocie pioruna nad doliną wypełnioną grobami. Po tym, jak zacząłem swoje życie z klubem, złożyłem sobie obietnicę. Nigdy więcej nie pozwolę sobie ponownie znaleźć się w takiej sytuacji. Był tylko jeden sposób, by być absolutnie pewnym, że nie skrzywdzę innej dziewczyny. Uroczyście przysiągłem, że nie zapłodnię kobiety, dopóki nie będę przekonany, że ona i dziecko będą bezpieczni.
Gdy się zakochiwałem, widziałem jej twarz. Martwą twarz w grobie. Po piętnastu latach powinienem powiedzieć, że to minęło. Pieprzyłem dziwki, zaliczyłem dwa związki na poważnie i w końcu zawsze dawałem plamę.
Moje obawy jednak nie minęły. Szczerze mówiąc, myślałem, że sobie z tym poradziłem i ruszyłem dalej. Nie myślałem o Everly już od dłuższego czasu, zastąpiły ją inne twarze, a jej grób odwiedzałem tylko wtedy, gdy byłem pijany. I było to dawno temu.
Dotrzymałem obietnicy i skończyłem college, a nawet uniwersytet na wydziale informatycznym. Zdobyłem dobre wykształcenie i papiery. Klub pomógł mi rozwinąć firmę informatyczną z systemami bezpieczeństwa i grami komputerowymi pod marką IT Cava. Prosperowała doskonale. Zarabiałem dla klubu, nosiłem ich naszywki i, kurwa, byłem w młodszej gwardii Dogs of Hell u boku Cala, gdy dostał naszywkę prezydenta. Potem Rona, Thima i znów Rona.
W żadnym wypadku nie żyłem w celibacie, ale miałem zasady i każda suka musiała ich przestrzegać. Poznałem Lee Thomsona w college'u i wciągnąłem do klubu. Ten skurczybyk był mistrzem pieprzonych iluzji z kartami i doskonałym prawnikiem. Na początku trudno było się dogadać z kimś, kto pochodził z Minnesoty, ale Lee się dopasował.
Byłem młody, zdrowy i chciałem zaistnieć. Pokochałem życie na krawędzi, tatuaże i świat, który tworzyłem w grach dla większych korporacji i graczy. Nie narzekałem. Mogłem kupić pieprzony dom w najlepszej dzielnicy w tym mieście, a jednak bałem się, że gdy opuszczę klub, zostanę sam.
Kiedy Ivett Lanco, jedna z dziewczyn kręcących się przy klubie, zaprosiła mnie na randkę i obciągała w cadillacu, podarowanym jej przez ojca senatora, pomyślałem, że nie jestem jeszcze gotowy na związek. Błagała mnie, bym przeleciał jej cipkę, a ja wielokrotnie odmawiałem, chcąc być ssany, i to ją wkurzyło. Nie dałbym jej tego, czego chciała, więc zdecydowała, że zrobi to sama. Oto była moja kara za bycie szczerym. Laska chciała mnie przelecieć na siłę, a ja wywaliłem ją z cadillaca i zapiąłem spodnie, oznajmiając, że nadawała się tylko do ssania. Oczywiście musiałem trafić na gliny, które spisały mnie za obnażanie się publiczne. I Hoyt Boyar nie był zadowolony. Chciał mnie przyskrzynić. Dobrze, że Lee był na miejscu po jednym telefonie, bobym spędził noc w celi.
Szeryf Boyar mnie nie lubił, chyba czytał moje akta i wiedział, że mój ojciec był emerytowanym marines, a dwaj starsi bracia w służbie w policji. Zostali zasłużonymi oficerami, gdy młodszy włóczył się z klubem motocyklowym w Danville. Plama na ich honorze. Moi bracia nie dali mi tego odczuć. Stella i Kojot zawsze utrzymywali mnie w dobrej komitywie z rodzicami, nie mieszkaliśmy daleko od siebie, ale też nie za blisko. Wizyty na święta i od wielkiego dzwonu wystarczały. Pojawiałem się regularnie na ślubach i uroczystościach rodzinnych, będąc atrakcją wśród bratanków i bratanicy jako ten wytatuowany, odlotowy wujek na harleyu.
Zwróciłem teraz uwagę na ruch na skrzyżowaniu Main Street i Second Street. Byłem tak zatopiony w myślach, że prawie nie zauważyłem zmiany świateł. Skręciłem i trafiłem na ciąg zaparkowanych przy chodniku aut. Kolejka osób chcących dostać się do klubu nocnego, który nawet nie rzucał się w oczy, naprzeciw Skweru Konstytucji. Uroczo. Prawie przegapiłem wjazd na tyły One Night - klubu i dyskoteki, który żona Thima kupiła dla Krupierów w samym centrum. Oczywiście, ich naszywki się tu kręciły, ale odkąd zawarliśmy pokój, nie przejmowałem się, że będę balował na ich terenie. Nasze motory również były zaparkowane pod ścianą budynku, wybrałem swoje miejsce.
Napisałem do Lee wiadomość, wyciągając papierosa z opakowania.
Paliłem spokojnie, przyglądając się otoczeniu. To Mian Street. Spory parking mieścił kilkanaście samochodów i motocykli. Budynek z czerwonej cegły był parterowy, zza zasłoniętych czarną taśmą okien pobrzękiwała głośna muzyka. Nie wiedziałem, jak Lee załatwił Sugar zezwolenie na ten biznes, ale do ratusza stąd były zaledwie dwa kroki.
Po parkingu przy wysokiej siatce, oddzielającej klub od posesji, kręciło się z czterech nastolatków. Szukali chyba spokoju, by zapalić jointa, albo kłopotów. Nad wejściem i na rogach budynku znajdowały się kamery.
Delikatnie trąciłem czubkiem buta oponę w chopperze Rona, widząc niebieską farbę, która zjechała z jego baku i arcydzieła Dragona. Ognistej syreny w pianie. Powinienem chyba donieś naszemu Picassowi, że farba mu spływa, ale zostawiłem to sobie na odpowiednią okazję.
Zerknąłem na sportowy smartwatch na nadgarstku. Lee pisał, że byli w klubie, brakowało tylko starej Rona. Zsiadłem więc z motocykla i wszedłem do środka, bez okazywania ID wysokiemu ochroniarzowi. Wystarczyła moja naszywka.
Grali tu taneczną muzykę i słyszałem piski panien z głównego parkietu. Daleko było temu lokalowi do Line czy Second Love, ale Sugar uprzedziła mnie, że to nie był klub ze striptizem, chyba że męskim. I ona będzie tych striptizerów wybierać. To klub dla kobiet, właśnie opanowały parkiet, który zajmował większą część sali. Dookoła stoliki i boksy, a na głównej ścianie wielki, oświetlony bar. Kolorowy jak wesołe miasteczko. I muzyka... Popowe kawałki dudniły szaleńczo.
Dostrzegłem skórzane kamizelki w lewym narożniku i tam się skierowałem. Przywitałem się z chłopakami siedzącymi na kanapach. Byli tu tylko Lee, Cash, Dragon, Thim i Ron. Uniosłem brew, gdy Thim w kamizelce Krupierów kłócił się z Ronem, żywo gestykulując, a ten go ignorował.
- Gdzie jego stara? - zapytałem mimochodem Lee, wskazując na Thima.
- Na parkiecie.
Sugar, a obecnie Reese Kazov, żonie Thima, niewiele trzeba było do szczęścia, widocznie dobrze się bawiła. Właścicielka Paradise, największego hotelu na rzece Dix oraz siedliska hazardu i mafii ze wszystkich stanów, była ognistym połączeniem szalonej dziewczynki z meksykańską krwią.
Blondynka tańcząca obok niej to pani mecenas Winnie Wornsky, nowa dziewczyna Lee. Musiała uchodzić za piękność na sali rozpraw, ale tu rządziła apetyczna Latynoska w skąpiej mini i niewątpliwe samym staniku wysadzanym cekinami, aby błyszczeć. Sugar śmiała się, będąc w swoim żywiole.
Opadłem na kanapę obok Dragona i zamówiłem piwo. Wykorzystałem okazję, by powiedzieć Dragonowi o moich przypuszczeniach co do farby. Nie spodobało mu się to, a Cash, usłyszawszy, o czym mówimy, włączył się do rozmowy. Thim i Ron gadali o jakimś głupim zakładzie między Krupierami a Psami. Nie wnikałem.
Lynn, dziewczyna Rona, jeszcze nie dotarła, bo nie pozwoliła mu interweniować w jej pracę na trzech etatach. Miała tu pojawić niebawem, aby wykonać swoje obowiązki jako jego stara i pokazać się z nim w kilku miejscach. Patrząc na Rona, wierzyłem, że wystarczyłoby mu zatrzymanie jej w łóżku. Lynn była nieugięta i wychowana przez Ergo, a to przydawało się naszemu klubowi.
Thim i Ron byli teraz jak dwójka starych zamężnych facetów. Laski ich nie ruszały, w przeciwieństwie do Casha i Dragona, którzy komentowali tańczące na parkiecie dziewczyny.
- Zielona sukienka... Stary, ona się nieźle porusza... Ciekawe, jak z robótkami ręcznymi. - Cash jak zawsze był szczery.
Oczywiście w naszym klubie nie było większego kutasa niż Big Stev, który wręcz się tym chlubił, nawet sam urządzał zawody, aby tego dowieść. Cash zajmował miejsce na podium tuż obok niego.
- Ruda też nie jest zła - mruczał Dragon, odchylając się przy stoliku, aby zerknąć na parkiet.
Upiłem łyk piwa i zerknąłem tam przez ramię.
- Szkoda tylko, że wygląda na nauczycielkę z pobliskiego przedszkola - dorzucił Cash. - Muszę zapytać Rose Anne, może ją zna. Może mam szczęście i to opiekunka Harley.
Mój wzrok i uwaga skupiły się w tym miejscu. A konkretniej na kobietach tańczących z prawej strony parkietu. Może nie ruszały się jak Sugar i Winne, ale było ich więcej i dobrze się bawiły.
- Założę się o stówę, że nie uda ci się jej przelecieć - powiedział do Dragona Cash. - Rudej w bieli.
- Za bardzo mi to ułatwiasz. Dodaj dwie stówy - dorzucił mu zgryźliwe.
- I tak tylko gadasz. Lee? Przypieczętujesz zakład?
- To jak zabieranie cukierka dziecku - potwierdził Lee z szerokim uśmiechem.
- Nie sądzę. Czarnowłosa jest moja, bracie. Coś w tej kobiecie mówi, żebym się ogarnął i postawił jej drinka - zapowiedział Cash, nachylając się, by znaleźć swoją ofiarę. - Tak. Stówa, że ona i jej słodka cipka będą moje w klubowym pokoju. O ile się założymy, że będzie krzyczeć?
- Chyba że wyhaczy ją Big Stev i będzie miała usta zajęte jego kutasem - odparłem złośliwie i odsunąłem się, by jego dłoń mnie nie dosięgła.
- Dlatego go tu nie zaprosiłeś? - rzucił Ron do Casha. - Kazałeś mu pilnować Second Love?
- Tylko kilka godzin - drażnił się Cash, lustrując parkiet z zainteresowaniem. - Zaraz mu się znudzi i tu przyjdzie.
- Taa. Pamiętaj... wrócę, aby odebrać swoją wygraną. - Dragon wstał z miejsca, a ja szybko przesunąłem się na kanapie.
Zanim ruszył do dziewczyn, pojawiła się przed nim Sugar i położyła mu palec na piersi.
- Dokąd to?
- Mamy zakład. Dragon będzie pokazywał jaja. - Cash wskazał parkiet. - Usiądź i oglądaj byka w zawodach na rodeo.
- Nic z tego. - Pchnęła go na fotel Casha, gdy Winne wsunęła się na kolana Lee. - Powiedziałam, że to kulturalny klub. Tam odbywa się wieczór panieński. Jedna z pań wychodzi za mąż w tym tygodniu. A znając twoje szczęście, przelecisz właśnie ją.
- Zgiń, przepadnij, dwie stówy! - wykrzyknął Cash rozbawiony.
Uniosłem dłoń, pokazując mu środkowego palec.
- Jak ci się podoba One Night, Storm? - Sugar pokręciła się na klonach Thima, gdy ten przesuwał wargami po jej nagim ramieniu.
- Ciasno.
- Ciasno?! - pisnęła, uciszając Casha. - Skarbie, mam pozwolenie na sto osób, a ledwie wcisnęliśmy tu tę siedemdziesiątkę. Mówiłam, że zarobię na tym interesie.
- Dopóki nie zamkną go za zakłócanie spokoju - wymruczał Thim.
Piłem piwo, gdy Thim i Sugar się do siebie przytulali. Pochwyciłem wzrok Rona, dając mu niemy znak, że to oczywiście niepojęte, w jaki sposób ten facet zdobył taką kobietę jak Sugar. Na dodatek go kochała i niemal oddała majątek, o majtkach nie wspominając. Winnie była małomówna i przysłuchiwała się chłopakom z zaciekawianiem. Lee spotykał się z nią już kilka miesięcy, więc to chyba poważne. Ten facet nie był typem opowiadającym o swoich podbojach.
- Ale to jakiś zlot nianiek? Bo chcę wiedzieć, czy muszę pożyczać Harley od Rose Anne na kilka dni? - zapytał Cash, gapiąc się na parkiet.
- Nie. To panie z banku - odpowiedziała Sugar, muskając palcami czarne włosy Thima. - Za inteligentne dla ciebie.
- Moje serce, Sugar. Potrafię zabawić inteligentną rozmową.
- O motocyklach i seksie w oldback - zażartował Thim, a my wybuchnęliśmy śmiechem.
Cash nie był obrażony, on obmyślał nowy plan podrywu, gładząc się po brodzie. Znałem tę minę.
- Jest najgorętszą laską, jaką widziałem od dłuższego czasu. Dawno nie śliniłem się do jednej kobiety.
- Dlatego mam tak mokro? - Sugar trąciła go stopą w udo. - Odpuść. Zaraz tu zrobicie rozróbę i zabiorą mi koncesję na alkohol.
- Jest boską brunetką. Do diabła, nawet mi stanął.
- Nie muszę o tym wiedzieć - warknął Thim, obejmując ramiona Sugar, która kopała Casha w stopę. - Przestań go dotykać, Sugar.
- Chciałem tylko sprawdzić, czy przelicza tak szybko orgazmy jak pieniądze - jęczał Cash, obejmując dłońmi butelkę z piwem, z głową zwróconą w stronę parkietu jak zabłąkany szczeniak.
Zaśmiałem się i odwróciłem w kierunku tańczących. Zielona cekinowa sukienka mignęła mi nawet w dymie i przyciemnionym świetle, kolor błyszczał, przyciągając spojrzenia. Długie, ciemne włosy opadały dziewczynie na plecy i ramiona. Dosłownie kręciła tyłkiem przy rudej, dobrze się bawiąc. Cash jęczał obok mnie, a Dragon się z niego zbijał.
Lubiłem czarnulki. Nieznajoma miała długie, proste kosmyki rozjaśnione na końcach. Mógłbym zabrać ją na tyły klubu i wypieprzyć szybko. Przycisnąć do ściany i owinąć włosy wokół nadgarstków. Tak ciasną sukienkę łatwo podsunąć, by ten kołyszący tyłek mógł się wypiąć. Byłem ciekaw, czy nosiła czarne koronkowe majtki. To by pasowało. Do tej pory zapamiętałem każdą krągłość jej ciała i każde rozciągnięcie materiału sukienki. Chłonąłem ten obraz wzrokiem, bym mógł się masturbować do tego wspomnienia. Zniknęła mi z pola widzenia w dymie. Nie... była tu, kołysała się seksownie w rytm muzyki. Zeszła z parkietu. Uniosła włosy, by schłodzić sobie kark. Rozmawiała z wysokim szatynem w garniturze.
Co, do chuja? Kto do takiego lokalu przychodzi w garniaku? Nawet Lee był tu w szyciach klubu i dżinsach, a prawniczy uniform zostawił w domu.
Sugar pochyliła się i pstryknęła mi palcami przed nosem. Zapatrzyłem się centralnie na nią, zamiast na Thima.
- Ty też rozwalisz mi imprezę? - zapytała, a ja pokręciłem głową.
- W życiu - skłamałem.
- Złociutki... jeśli zabierzesz na tyły klubu brunetkę, na widok której właśnie się obśliniłeś, i zaprosisz mnie do towarzystwa, dołożę nawet sto dolców, abym mogła zobaczyć Storma w akcji... Ale co...? - wymruczała, obejmując szyję Thima, który gapił się na nią zaszokowany, jak my wszyscy zresztą. - Przecież kocham tylko ciebie, ale popatrzeć mogę. A, dobra... tam są kamery. Wszystko zobaczę sobie potem.
- Jak dla mnie możesz być częścią trójkąta - obwieścił Cash.
- Ciebie widziałam w akcji - oznajmiła, machając lekceważąco dłonią. - Nic specjalnego. Na kolana i ssanie, to takie nużące.
- Przestań... to rani moje uczucia.
Mierzyli się z Cashem wzrokiem. Thim tylko zapewniał Rona, że obędzie się bez krwi. Sugar skończyła walkę na spojrzenia z Cashem. Zerknęła na Lee, potem na Dragona, nim wróciła do mnie. Podniosła piwo do ust i ssała słomkę, obejmując ją wargami. Przechyliła głowę, by przyjrzeć mi się uważnie.
- Mogę postawić ci kolejnego drinka? - spytałem.
Wzruszyła ramionami.
- Jeśli chcesz, to nie będę cię zatrzymywać. Ale to tani tekst, kochasiu.
- To co mam powiedzieć?
- Mocno i głęboko? Aż poczujesz metalową sztangę właśnie tam, gdzie powinnaś ćwiczyć mięśnie.
Zachłysnąłem się piwem i wiedziałem, że sobie ze mnie żartowała. Ta dziewczyna nie miała zahamowań. Zerknąłem na Thima, ale jej pobłażał, pewnie trzymając dłoń na jej plecach.
- Masz metalową sztangę na kutasie, Storm?
Nie dałem się sprowokować kolejny raz i odwróciłem głowę w kierunku parkietu.
Sugar zwróciła się z tym samym pytaniem do Dragona.
Kiedy ujrzałem światło świecące bezpośrednio na tańczących, zatrzymałem spojrzenie na zielonej, błyszczącej sukience. Cholera. Już sam jej widok omal nie zwalił mnie z nóg. Była ponętna, ale to było coś więcej. Coś w jej sposobie poruszania się. Wolna, beztroska i piękna. Uśmiechała się. Przez dym i oświetlenie widziałem jej twarz. Patrzyła z wrodzoną intensywnością, której sądziłem, że już nigdy nie zobaczę. Długie włosy kołysały się, sięgając pleców.
Zaciskałem palce na butelce piwa. Zaczerpnąłem powietrza w płuca, ale nie mogłem oderwać oczu od dziewczyny, by cieszyć się jej widokiem.
Mój wzrok padł na spiczaste czubki jej czarnych butów na wysokim obcasie, a następnie powoli podążał wzdłuż długich, szczupłych, seksownych nóg. Ciepło przepłynęło przez moje żyły, gdy wpatrywałem się w rąbek jej krótkiej sukienki. Następnie wędrowałem po linii bioder, by dojrzeć piersi. Kiedy moje oczy w końcu dotarły do jej twarzy, nie mogłem powstrzymać bicia serca. Uderzeń, które obudziły moje demony.
Otworzyła powieki, unosiła brwi, a jej pełne różowe wargi wykrzywiły się w seksownym uśmieszku. Wtedy wiedziałem... Wystarczyło jedno spojrzenie, bym uwierzył, że zmarli ożywali.
Everly. Dziewczyna wyglądała jak moja Everly.
- Storm? Jezu, zasnąłeś? - Usłyszałem głos Sugar przebijający się przez moje myśli.
- Bracie? - Cash chwycił butelkę, którą niemal zmiażdżyłem w dłoni, i wyrwał mi ją.
- Kurwa! - zawołał Ron, gdy na niego spojrzałem.
On również wpatrywał się w parkiet. W to samo miejsce.
- Będą kłopoty - stwierdził Thim i posadził Sugar obok siebie.
- Co się dzieje? - dopytywała się Sugar, rozglądając.
Moje serce biło szaleńczo, gdy patrzyłem na Rona oszołomiony.
- Czy to możliwe? - wychrypiałem.
Nie... niemożliwe! Everly nie żyła.
I znów zerknąłem na parkiet, dziewczyna w zielonej sukience dalej tańczyła. Zignorowałem Sugar, jej pytania i chłopaków. Wstałem chwiejnie, niemal się zataczając, ale Ron był obok mnie.
- To ktoś podobny - zapewnił twardo, dotykając mojego ramienia. - Słyszysz... Tylko podobny. Nie wariuj mi tu.
Skinąłem głową otępiale.
- Dobra, chodź. Zostańcie - poprosił pozostałych, ciągnąc mnie za kurtkę klubową.
Nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok. Szedłem za Ronem i drapałem się po kostkach palców, gdzie miałem wytatuowane dwa słowa. "LIVE & DIE E.". Jedynie nieliczni wiedzieli, że ostatnie "E" było dla niej. Dla Everly, którą zabiłem.
Jej towarzystwo zeszło z parkietu, by usiąść przy swoich stolikach. Byliśmy blisko, słysząc ich głosy i śmiechy.
Ron zatrzymał mnie, zmuszając, bym na niego spojrzał.
- Bez wygłupów, Storm. To tylko ktoś podobny. Nie wiem... nie pamiętam jej dobrze... więc, ty będziesz rozmawiał...
I wtedy to usłyszałem.
- Everly? Idziemy tańczyć?
Zamurowało mnie. Ron przystanął, a ona wyskoczyła przede mną, jeszcze mnie nie dostrzegając.
- Idę po drinki! Nadine, czekaj na mnie!
I wtedy się odwróciła. Tuż obok mnie. Wysoka i piękna jak w dniu, gdy ją poznałem. Była może inna, nie miała pieprzyka na lewym policzku ani tego pod wargą, ale te oczy, ten uśmiech... Gapiła się na mnie chwilę i mnie ominęła. Jakbym był obcy. Odwróciłem się, chcąc ją pochwycić, upewnić się, że to ona. Że nadal żyła.
- Nie, Storm! - Ron zacisnął dłoń na moim ramieniu. - Nie rób tego.
Ale musiałem. Musiałem wiedzieć, czy dziewczyna, która umarła wraz z moim dzieckiem, była obecnie wyłącznie ułudą. Nie pamiętałem jej śmiechu. Niegdyś kręcone włosy, teraz były proste, długie i rozjaśnione na końcach. I te ruchy, gdy kołysała się przy barze na wysokich szpilkach i gwizdała na barmana... Everly nigdy nie tańczyłaby tak wyzywająco i śmiało. Ron pociągnął mnie w stronę baru.
- Tylko bez głupot - warknął mi do ucha. - Sugar oberwie nam jaja. Pogadamy z nią i tyle.
Skinąłem głową, nie mogąc nic z siebie wykrzesać. Boże, byłem tak blisko niej. Te rysy widoczne w oświetleniu nad barem... Była piękniejsza, niż zapamiętałem, ale to jej twarz... jej... uśmiech... oczy. Jezu, co się ze mną działo? Na szczęście Ron przejął pałeczkę, bo oparł się o bar nieopodal niej.
- Cześć - powiedział, przekrzykując muzykę. - Masz na imię Everly?
- Cześć - odparła kokieteryjnie, odsuwając włosy z ramienia. - Zależy, kto pyta. Chcesz postawić mi drinka?
- Chcę poznać twoje imię.
Wtedy odwróciła się do mnie i upiła drinka przez słomkę. Flirtowała z nami.
- Prawdopodobnie to Everly. Znamy się?
- Zdaje się, że kiedyś znaliśmy kogoś podobnego do ciebie.
- Naprawdę?
Jej głos był inny, teraz wyraźnie to słyszałem. I z bliska to nie były jej oczy, lekko skośne. Kurwa, jak mogłem się tak pomylić?
- Everly Kamakura - przedstawiła się, wyciągając dłoń do Rona.
- Aaron Benedict.
- Och... No to będą kłopoty.
- Dlaczego?
- Cześć, Lynn! - krzyknęła nagle i zrobiła krok do przodu, mijając mnie.
Patrzyłem, jak przytulała rudzielca na parkiecie. Lynn Bronsky, starą Rona. Ubraną w czarne spodnie i koszulkę z logo Podziemia na piersi, klubu nielegalnych walk, skąd musiała się urwać.
- Nie wiedziałam, że to twój facet - tłumaczyła się dziewczyna, zbliżając znów do nas. - Zorientowałam się dopiero, jak się przedstawił. Przyrzekam.
Lynn tylko skinęła głową, dołączając do nas.
- Poznaliście Everly?
- Znacie się? - zapytał w tym samym momencie Ron.
- Jestem klientką Magic Kingdom. - Dziewczyna zaśmiała się, po czym upiła drinka. - Miałaś rację, Lynn, ten lokal jest w sam raz na wieczór panieński. Rebeca jest zachwycona. Musisz się z nami napić. Dzięki tobie tu wylądowaliśmy i dobrze się bawimy.
- Za chwilę, dobrze? Daj mi trochę odsapnąć - prosiła Lynn z uśmiechem, nawet nie dotykając Rona.
Zerknąłem na niego, gdy dziewczyny trajkotały obok nas.
- Pomyliłem się - wyznałem Ronowi i odwróciłem się.
- O, tak. Masz całkiem zajebisty tyłek w tych spodniach. - Dziewczyna śmiała się do Lynn.
Wzięła swoje drinki od barmana, nawet na mnie nie patrząc. Nie mogłem się powstrzymać przed posłaniem jej wkurzonego spojrzenia.
Usiadłem obok Dragona wepchniętego w róg kanapy.
- I co? Te tanie teksty faktycznie zadziałały? - zapytała Sugar, czule bawiąc się włosami Thima.
- Raz czy dwa - odparłem szczerze.
- To nie ona?
Zerknąłem na Lucasa i już wiedziałem, że jej powiedział. Wzruszyłem ramionami, starałem się nie patrzeć w kierunku Lynn i Rona, którzy z nią rozmawiali. Cash o dziwo był cicho, tylko przypatrywał mi się, bawiąc kapslem od butelki.
- Auć, nie szczyp mnie, skarbie. Zachowuję się przyzwoicie, jak na mnie, bardzo skromnie. - Sugar uśmiechnęła się, biorąc kolejny łyk piwa. - W sumie to - dodała, pochylając się do mnie, i mogłem mieć wyłącznie nadzieję, że piersi nie wyskoczą jej ze stanika. - Można by nawet powiedzieć, że laska na ciebie leci. Pamiętaj... zostań w zasięgu kamer.
Te słowa mnie zaskoczyły, ale światło w jej oczach i uśmiech na twarzy mówiły mi, że coś kombinowała. Nim się obejrzałem, czarnowłosa dziewczyna podeszła do naszego stolika z Lynn i Ronem. Piła swojego różowego drinka i uśmiechała się do mnie.
- Cześć. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Jestem Everly Kamakura.
Chłopaki się przywitali i Cash nawet gwizdnął, spoglądając na jej tyłek, gdy się pochyliła, by uścisnąć dłoń Dragona.
- Czytałam o tobie artykuł w gazecie. Jesteś miejscową gwiazdą... J.K. Shivers. Ludzie mówią tylko o tobie i twoich pracach.
Dragon nie odpowiedział, bawiąc się zapalniczką, i lampił się na Casha. Dziewczyna zerknęła w jego kierunku zaciekawiona. Niezręczna cisza trwała sekundy, gdy Everly uśmiechnęła do Lynn.
- Przepraszam... że się narzucam. Niewiele wiem o MC.
- Z pewnością chciałbym cię poznać bliżej - zadeklarował Cash, klepiąc oparcie swojego fotela. - Może wyjdziemy do spokojniejszego lokalu? Na przykład na kawę do Fortun?
Patrzyła na niego szczerze zdezorientowana.
- Bliżej?
Pochylił się, ale miejsce na oparciu jego fotela zajął Ron i posadził sobie Lynn na kolanach.
- Nie słuchaj go. A ty nie zapraszaj jej na zwiedzanie skwerku. To moja przyjaciółka - ostrzegła Lynn. - Nie pije kawy z Fortun i nie nabiera się na romantyczne spacery z facetami w skórach. I bądź grzeczny, Cash.
- Lynn, co jest nie tak w romantycznych spacerach?
- Jesteś Cash, bo masz dużo pieniędzy? - zapytała dziewczyna, śledząc ich wymianę zdań.
- Lubisz nadzianych facetów? - rzuciła impertynencko Sugar, prostując się na kolanach Thima.
- Nie, przepraszam... Pracuję w banku. Obracam pieniędzmi na co dzień - pokazała, jak liczy pieniądze, i chłopaki się zaśmiali.
- Ta... Ja będę banknotem, a ty możesz być pudełkiem, do którego mnie włożysz - oznajmił Cash.
No na serio, co mogłem poradzić na to, że on pieprzył takie głupoty, a ona się z nich śmiała.
- To się nazywa sejf - zachichotała, odgarniając włosy na plecy, i spojrzała na mnie. - A ty? Dlaczego jesteś Storm? Bo lubisz burzę?
Znieruchomiałem i podsunąłem się do oparcia.
- Nie dlatego - wymamrotałem jak uczniak na pierwszej randce.
- Storm, bo po jednej nocy z nim laska ma ochotę na kolejne wyładowanie pioruna - broniła moich klejnotów Sugar. Upiła piwa i odstawiła butelkę na stolik. - Prawda, Storm?
- Serio? Właśnie to powiedziałaś przy swoim mężu? - zapytał Thim, jakby nie mógł w to uwierzyć.
Potrząsnęła głową i zaśmiała się, nie wyglądała na wkurzoną. Punkt dla niej.
- Pomyślałem, że zaserwuję ci najlepszy tekst - żartowała, biorąc kolejny łyk piwa. - Zanim Romeo z Piekła nam tu coś palnie.
Wskazała szyjką butelki na Casha i wiedziałem, że ich wojna zaraz się zacznie.
Everly przysłuchiwała się nam, opowiadając Sugar, że klub się jej podoba, bo jest w centrum. Cash dorzucił coś o lokalu dla snobów, ale nikogo to nie obraziło.
- Jak masz na imię, śliczna dziewczyno?
O kurwa. Niemal zaryczałem, gdy Big Stev pojawił się obok niej w skórzanych spodniach, koszulce z nagą kobietą i wystawionym tyłkiem do rżnięcia. Dziewczyna obróciła się i drgnęła, patrząc na jego koszulkę, a potem w górę. Przeważnie wtedy kobiety wydawały z siebie cichy jęk zachwytu. Ona tego nie uczyniła, tylko się odsunęła.
- O, stary, to takie tandetne! - krzyknął Cash. - To dama z klasą. Pracuje w banku.
- Lubię klasę. U ciebie czy u mnie?
- Jestem tu gościnnie. - Wskazała za siebie. - Już zajęta.
- Staram się być miły. - Objął ją ramieniem. - No dalej, powiedz mi swoje imię.
Westchnęła i patrzyła na mnie przez chwilę, jakby coś sobie uświadomiła, ale zaraz wzruszyła ramionami.
- Nie będziemy znali się na tyle długo, by używać imion.
- Ach, tak? Lubię szybko.
- A ja nie.
Nie widziałem, jak to zrobiła, ale uwolniła się od niego. Pochyliła się, a mnie ogarnął jej słodki zapach. Położyła kolano na kanapie, obok mojego uda, i spojrzała na moje dłonie trzymające drinka. Mój fiut był twardy jak kamień, kiedy jej włosy musnęły moje ramię. Wyjęła mi szklankę z dłoni, a ja spoglądałem, jak upiła łyk. Jej usta pozostawiły różowy ślad na brzegu. Coś mignęło mi pod jej wargą, kropka... Pieprzyk? Nie mogłem zignorować sposobu, w jaki na mnie patrzyła, gdyż jej spojrzenie wysyłało prąd do mojego ciała.
- Twój przyjaciel mówi, że zobaczyłeś ducha, Storm? - zapytała, oblizując wargi.
Następną rzeczą, którą zanotowałem, było to, że miała zabójczy głos. Trochę ochrypły, ale podniecający.
- On nie wierzy w duchy, słodki tyłeczku. - Big Stev się zaśmiał. - Tylko w ciało.
Śmiech narastał, ale ja się nie zaśmiałem, spoglądając w jej oczy, bo gdzieś tam w nich było coś, co znałem. Oblizała wargi, a moje serce galopowało. Jej spojrzenie skupiło się na mnie i od razu zamknęła usta. Zmarszczyła lekko brwi, kiedy powoli skanowała moje ciało.
- Zobaczyłeś kogoś znajomego?
- Nie - powiedziałem twardo.
Jej śmiech mnie zaskoczył, był... szatański. I ta suka... nagle chlusnęła mi drinkiem w twarz. Alkohol dostał się do moich oczu. Zapiekło. Zakląłem, chcąc ją złapać, ale już się odsunęła.
- Kurwa. Nie żyjesz!
- To akurat prawda.
Szklanka trzasnęła o stolik, gdy przetarłem oczy koszulką.
- Żyj i umieraj, skurwysynu! Dla ciebie zawsze będę martwa.
To głos Everly! Mojej Everly! Niemal się zakrztusiłem, widząc jej środkowy palec, który wyciągnęła w moim kierunku. I ten pieprzyk... on tam był... pod jej wargą. Znieruchomiałem. Czułem, jak lepka ciecz spływała po moich policzkach, a ona stała nade mną. Tak samo piękna i wzburzona jak przed laty. Miałem ochotę się rozpłakać na jej widok. Wyciągnąłem dłoń do niej... Po nią...
- Everly... - Jej imię z bólem przecisnęło się przez moje gardło.
- Nigdy więcej - wysyczała, obejmując się ramionami. - Myślałam, że zdechłeś. Ale dla mnie i tak jesteś martwy.
Odwróciła się. Zielona sukienka mignęła za Big Stevem, który się na nią obejrzał.
Żyj dla mnie, Nash. Na zawsze, a ja umrę dla ciebie! - krzyczał jej głos w mojej głowie. - Słyszysz... jesteś wszystkim... moim życiem, Nash. Burza w tobie przeminie i co wtedy będzie ze mną?
- Storm... Storm... ocknij się. Kurwa, pomóżcie mi go utrzymać...
Ron i Big Stev próbowali zablokować mi drogę, gdy nacierałem do przodu. Musiałem ją dogonić. Musiałem...
- Puść! - warczałem. - Zabiję cię, jak mnie nie puścisz!
- Zostaw ją - prosił Ron, trzymając mnie. - Zostaw teraz. Musisz ochłonąć, Nash.
- Nie rozumiesz... to ona... Ona żyje. Moja Everly... żyje!