Iwona Zybert, siostra Ani, przez cały lot ze Stanów Zjednoczonych do Polski rozmyślała nad tym, w jaki sposób przekaże siostrze wiadomości, których nie zdoła dłużej ukrywać. Prawda w końcu musiała wyjść na jaw. Nigdy nie skubała skórek przy paznokciach, które zawsze ładnie opiłowane i podkreślone bezbarwnym lakierem prezentowały się elegancko i z klasą, ale tym razem kciuki i palce wskazujące obu rąk okaleczyła do krwi. Zabrałaby się pewnie i do pozostałych, ale przemiła, młodziutka stewardesa przyniosła jej kilka plastrów z opatrunkiem i cicho, tak żeby inni pasażerowie nie usłyszeli, zaoferowała tabletkę na uspokojenie.
- Ziołową - wyszeptała i dodała z naciskiem, że to żadne mocne środki, lecz lekka pomoc w poprawie nastroju.
Iwona przystała na tę propozycję i już po chwili połknęła pastylkę "suplementu diety stworzonego z myślą o osobach żyjących w ciągłym napięciu nerwowym i stresie", jak wyczytała na opakowaniu specyfiku. Czy to pigułka tak szybko zaczęła działać, czy zmęczenie lotem dało o sobie znać, w każdym razie głowa Iwony opadła na oparcie siedzenia. Próbowała zasnąć, oddychała głęboko, choć nie głośno, odpędzała natrętne myśli, liczyła owieczki, aby przyspieszyć zaśnięcie, ale jakiś chochlik w jej głowie otworzył bramę ogrodzenia i wszystkie pouciekały, więc nie było sensu liczyć ich od nowa. Sen nie nadchodził. Odwróciła głowę w kierunku okna. Jak dobrze, że miała takie siedzenie, i zaczęła kontemplować monotonny widok. Dlaczego chmury są takie nudne? Cirrusy, cumulusy i stratusy, tak to chyba szło. Tylko które to kłębiaste, a które warstwowe czy pierzaste? I wszystkie puchate, lecz puste. Na żadnej z nich nie przysiadł osobisty Anioł Stróż Iwony, mający dla niej wskazówkę, jaką decyzję ma podjąć, którą drogą podążyć dalej.
W końcu, kiedy samolot zaczął podchodzić do lądowania, Iwona setny chyba już raz spojrzała w kierunku okna, jak gdyby spodziewała się zobaczyć na płycie lotniska czekającą i machającą do niej Anię. Jakże się za nią stęskniła, mimo częstych rozmów telefonicznych. Co innego usłyszeć głos lub nawet zobaczyć twarz podczas połączenia wideo, a co innego przytulić się do pełnej ciepła i oddania Ani. Chyba jedynej rozsądnej osoby w rodzinie Polów. Ojciec nawalił, zostawiając rodzinę, matce, chociaż się starała, nie wyszło, w dodatku podstępna choroba zabrała ją z tego świata, podobnie jak Ryszarda - niepełnosprawnego brata Iwony i Ani, który zmarnował sobie życie na własne życzenie. Wreszcie ona, Iwona, niby taka przebojowa i taka zdeterminowana, tymczasem okazało się, że jej amerykański sen się skończył. Ech... szkoda gadać. I tylko Ania, niepozorna, cicha, zahukana i zdawałoby się taka nieogarnięta i zakompleksiona najlepiej wyszła w życiu. Najpierw ukrywała się w mikołowskich blokach zwanych Manhattanem niczym w wieży, potem na jakiś czas zeszła niżej i utknęła w skromnym mieszkaniu na Osiedlu przy Plantach jak w biednej chatynce, by wreszcie trafić do domu na granicy, który okazał się pałacem z księciem w pakiecie. Wysokim, przystojnym i w dodatku niebiednym. A więc bycie dobrym się opłaca? - Iwona zachodziła w głowę. Karma wraca. Częściej mówi się o tej złej, tymczasem i dobra ma swoje powroty. Omal nie przytknęła nosa do szyby. Oczywiście, że nie mogła dostrzec tam Ani! Przecież siostra na pewno czekała na nią w hali przylotów. Och, niech ten samolot szybciej ląduje. Iwona przewróciła oczami na myśl o czekających ją procedurach i czasie, jaki mogą zająć, zanim wreszcie zobaczy Anię.
Dwie ogromne i ciężkie walizy wolno toczyły się napędzane siłą mięśni Iwony. Jako bagaż na dwa tygodnie wydawały się zbyt wielkie, lecz na spakowanie w nie całego życia okazały się mało pojemne. Iwona zaczynała już sapać, ale wreszcie dotarła do hali przylotów, gdzie zgromadziło się sporo witających. Szybko przeczesała wzrokiem tłum, by wreszcie zatrzymać go na dłużej na znajomych twarzach. Jako pierwszą dostrzegła Anię, radosną i uśmiechniętą. Szczęśliwą i zdecydowanie tym szczęściem upiększoną. Jakże jej siostra wyładniała! Dopiero po chwili dopatrzyła się właściciela ramienia, które obejmowało jej siostrę. Krzysztof Wąsowski, przyszły szwagier Iwony. Jak można być tak nieprzyzwoicie szczęśliwym jak oni i nie potrafić tego ukryć przed innymi - nieszczęśliwymi? Iwona prychnęła i natychmiast zgromiła się za to w myślach. Tak bardzo starała się zmienić. Ze wstydem przypomniała sobie sytuacje, kiedy zachowywała się bezwzględnie, zwłaszcza wobec najbliższych. Teraz pragnęła stać się lepszą, ale udawało jej się jedynie przy Ani, i to też nie zawsze. Trudno było wyjść ze skóry złośliwej zołzy, skoro żyło się w niej tyle lat. Nawet jej samej czasami ta zmiana czy też rehabilitacja wydawała się niewiarygodna, a może też trochę udawana. Codziennie toczyła walkę, by się zmienić, stać się delikatniejszą, wrażliwszą niż dawna, fakt, twardo stąpająca po ziemi, ale jednak egoistka.
- Iwona!
Pełen radości głos Ani przedarł się przez wołania i radosne powitania przylatujących i oczekujących. Iwona nareszcie puściła uchwyty walizek i wpadła w ramiona siostry. Pozwoliła się przytulać i z chęcią zostałaby w tej pozycji przynajmniej na tak długo, dopóki jej problemy same nie znajdą rozwiązania.
- Idę z bagażem do samochodu. Tam na was poczekam - zakomunikował Krzysztof.
Przypuszczał, że jedna walizka należy do siostry, a druga do szwagra Ani, który pewnie musiał skorzystać z ubikacji, bo gdzie indziej mógł się podziewać.
Tymczasem kobiety nadal się przytulały i wciąż powtarzały słowa "jak dobrze cię widzieć", "tak się cieszę" i "ależ się stęskniłam".
- A gdzie Janusz? - spytała Ania, kiedy wreszcie wyzwoliły się ze swoich objęć.
Rozejrzała się po podróżnych wchodzących do hali przylotów i poszukiwała pośród nich szwagra, przez co nie zarejestrowała zmiany, która zaszła na twarzy Iwony. Radość, jaka jeszcze przed chwilą się na niej malowała, przemieniła się w zakłopotanie i niepewność. Już otwierała usta, żeby wyrzucić z siebie wszystko, co ją głębiło, kiedy dostrzegła radosną twarz siostry i nie mogła, zwyczajnie nie mogła jej teraz wyznać prawdy. Nie przed ślubem. Nikt nie dał jej prawa burzyć szczęścia Ani złymi wiadomościami, więc zanim podekscytowana przyszła panna młoda odwróciła się do Iwony, ta uśmiechała się już szeroko. Starała się też brzmieć bardzo przekonywująco, gdy mówiła:
- Realizujemy nowy i bardzo duży projekt w firmie. Janusz musiał zostać, mnie też to groziło - brnęła w kłamstwo. - Na szczęście go przekonałam, że twój ślub jest nie mniej ważny, a nawet ważniejszy. Ostatecznie udało mi się przylecieć i doceń, że chociaż ja tutaj jestem.
Zamilkła przekonana, że Ania jej nie uwierzyła, bo zbyt wnikliwie się jej przyglądała, jakby skanowała mózg Iwony w poszukiwaniu dowodów na kłamstwo.
- Szkoda - westchnęła jednak tylko smutno Ania. - Po tym, jak się okazało, że tata nie może przylecieć, pocieszałam się myślą, że będziecie ty i Janusz.
- Tymczasem zostałam tylko ja - stwierdziła Iwona. - Tylko ja będę reprezentować wśród zaproszonych na wesele gości gałąź rodziny Polów, ale obiecuję czynić to godnie. - Uroczyście uniosła w górę dwa palce. - Słowo amerykańskiego skauta!
- Jesteśmy w Polsce - zareagowała śmiechem Ania.
- Oczywiście, pomyłka. Zatem słowo polskiego harcerza! - wykrzyknęła Iwona i ponowiła gest dłonią.
- Przecież nie byłaś harcerką!
- Och, Aniu, punktujesz mnie jak na egzaminie, ale ostatecznie musisz uznać słowo zucha, bo zuchem byłam - powiedziała z uśmiechem Iwona i siostry ponownie się przytuliły.
- Do czasu, kiedy oblałaś próbę z pokrzywami.
- Trzeba było przejść bosymi stopami po świeżo zerwanych pokrzywach! Takie wyzwania zdecydowanie nie są dla mnie, ale myślę, że i tak nie zrobiłabym kariery w harcerstwie. Poza tym mieliśmy zielone chusty, a ja chciałam czerwone. Zbyt wiele przeciwności losu tam mnie spotkało. Jedno wiem na pewno, zamierzam być idealną świadkową na twoim ślubie.
- W to nie wątpię - przytaknęła Ania.