Burza - Sunya Mara

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Gdyby w sen­nych kosz­ma­rach ist­niała muzyka, brzmia­łaby jak Burza.

Grom niczym szyb­kie bicie serca. Pie­kące ukłu­cia bły­ska­wic jak bom­bar­do­wa­nie bez rytmu i lito­ści. I to powolne, zło­wro­gie wycie, niby głos bestii, któ­rej umknęła zdo­bycz.

Pię­ściami wia­tru Burza zaczyna bić o okien­nice, pró­bu­jąc skru­szyć nasz domek jak sko­rupkę jaja. Nie potrafi, więc prze­nika przez ściany, na nie­zli­czone spo­soby spra­wia­jąc, że drewno zaczyna krzy­czeć.

Słodki, ochry­pły głos Ammy dobiega z dołu, a wraz z nim posępny brzdęk jej sitaru. To koły­sanka, którą nie­gdyś śpie­wała, by osu­szyć moje łzy. Są jed­nak takie dźwięki, któ­rych nie zagłu­szy nawet naj­bar­dziej uro­kliwa koły­sanka.

Burza jakby sły­szała moje myśli: okien­nice otwie­rają się z hukiem i fala wil­got­nego powie­trza pach­ną­cego ozo­nem wdziera się do środka. W ustach czuję cha­rak­te­ry­styczny posmak waty cukro­wej i mie­dzi.

Pod­cho­dzę do okna, mocuję się z okien­ni­cami i popeł­niam błąd: uno­szę wzrok.

Przed sobą mam Burzę. To ściana, ale nie z kamie­nia czy gliny, lecz z mroku. Jest niczym muśli­nowa zasłona spo­wi­ja­jąca nasze mia­sto, utwo­rzona z warstw mgły, dymu i cie­nia, w jed­na­ko­wej bar­wie ciem­no­ści, którą mam pod powie­kami. Nie ma przed nią ucieczki, nie ma w niej ani jed­nej szcze­liny, a sięga dzie­się­cio­krot­nie wyżej niż budynki, nad któ­rymi góruje.

Burza zaci­ska się wokół nas coraz moc­niej, cal po calu pochła­nia­jąc ulicę i niebo. My, w pią­tym kręgu, wiemy już, że nade­szła nasza kolej: wkrótce zosta­niemy pożarci. Ciem­ność zabrała dzi­kie pola siód­mego kręgu na długo przed moimi naro­dzi­nami, a jako dziecko zapa­mię­ta­łam, jak tra­ci­li­śmy farmy i domo­stwa z szó­stego. Żyjemy w cza­sach postę­pu­ją­cego zaciem­nie­nia; od lat świa­tło sło­neczne nie dociera dalej niż do trze­ciego kręgu. Za kilka lat pew­nie nie się­gnie nawet tam, ale Ammy już wtedy nie będzie.

Dzwony burzowe z pobli­skiej straż­nicy wybi­jają ostrze­że­nie: nad­cho­dzi szkwał. Wypa­truję spóź­nio­nych na ulicy, lecz z góry nie­wiele widać.

Wpy­cham okien­nice w wypa­czone drew­niane ramy, a potem zbie­gam scho­dami z pół­pię­tra do głów­nej sali, w któ­rej wszy­scy się zebrali.

Dźwięk dzwo­nów wypa­cza jej powolną, senną pieśń, lecz Amma nie prze­staje: czyni to, co robiła przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat, pro­wa­dząc ten dom dla prze­klę­tych. Czas spo­wol­nił jej kroki i przy­gar­bił grzbiet, ale wiem, że i tak ni­gdy jej nie dorów­nam, nie zdo­łam doko­nać tyle co ona.

Nie gubiąc ani jed­nej nuty, Amma rzuca mi nie­spo­kojne spoj­rze­nie, pro­sząc, bym się pospie­szyła. Sie­dzi ze swym sita­rem pośrodku dłu­giej sali, a tknięci Burzą leżą w łóż­kach po obu jej stro­nach. Mieszka ich tu sied­mioro, głów­nie dzieci, któ­rym nie udało się uciec; albo bestie wcią­gnęły je w wir Burzy, albo same poszły, by dotknąć jej frontu - i zostały prze­klęte. Burza bowiem nie dba o to, jak nie­wiele masz lat i jak obie­cu­jące życie możesz mieć przed sobą. Jeśli tylko zdoła cię dotknąć, choćby czu­beczka palca - pozo­sta­niesz prze­klęty. Odtąd będziesz zno­sić krzywe spoj­rze­nia, szy­der­stwa, a jeśli naprawdę zabrak­nie ci szczę­ścia, także owoce moich kuli­nar­nych poczy­nań.

Kie­ruję się w stronę drzwi, pró­bu­jąc nie zwró­cić na sie­bie uwagi taty. Widzę, jak pochyla się nad naj­młod­szą dziew­czynką, by nary­so­wać na jej ramie­niu ikonę, która uśmie­rzy dresz­cze. Sta­ram się bacz­nie obser­wo­wać, jak to robi, ale bicie dzwo­nów przy­po­mina mi, że nie czas na to.

- Vesper - rzuca ostrze­gaw­czo tata, gdy go mijam.

Pod­ska­kuję spło­szona jego gło­sem, a mój łokieć zaha­cza o łóżko Gii. Na wpół obrane korze­nie sha­laj fruną w powie­trzu. Dziew­czynka czyni nader nie­uprzejmy gest lewą ręką; jej pra­wicę Burza zmie­niła w poskrę­caną, gru­zło­watą szczapę.

Jedze­nie jest cenne, więc się krzy­wię, ale nie mogę się zatrzy­mać, by je pozbie­rać.

Tata odgar­nia czarne włosy z oczu - oczy mamy jed­na­kowe - i przy­gniata mnie cięż­kim jak kowa­dło spoj­rze­niem peł­nym dez­apro­baty.

- Nie wychodź tam. Sami znajdą schro­nie­nie. Nie zgry­waj boha­terki.

- Jasne, tato.

Na oślep macham mu ręką, igno­ru­jąc tę pew­ność w jego oczach: że nic dobrego nie potra­fię zdzia­łać, że jestem tylko dziec­kiem, w dodatku nie­szcze­gól­nie bystrym. Drzwi fron­towe dygo­czą w oścież­nicy, gdy zapie­ram się mocno nogami, by odsu­nąć trzy mocne zasuwy. Wiatr wdziera się do środka, szar­pie mi ubra­nie i samo­wol­nie otwiera drzwi z krzy­wych desek. Wraz z nim dociera do nas coś jesz­cze: zawo­dze­nie Burzy, lodo­waty chłód i jęzor mgły, który liże mi kostki. Dzwony nie milkną i moja pusta pierś dudni ich roz­pacz­li­wym dźwię­kiem.

- Vesper, nie... - woła tata, ale wiatr krad­nie resztę jego słów, gdy prze­stę­puję próg.

Podmuch zarzuca mi włosy na twarz. Gdy Burza tak wyje, a powie­trze pach­nie przy­pa­lo­nym cukrem, wia­domo, że zbiera siły na nowy szkwał.

Fio­le­towa bły­ska­wica prze­cina war­stwy ciem­no­ści, odsła­nia­jąc bestie w trze­wiach Burzy. W jej bla­sku rysują się pękaty odwłok skor­piona, ostre szpony wiel­kiego, dra­pież­nego ptaka i pysk olbrzy­miego ogara. Nie­ludz­kie oko poły­skuje fio­le­tem, spo­glą­da­jąc w dół, wprost na mnie. Wielka rana źre­nicy roz­sze­rza się i nagle obraca ku górze, bo jej uwagę przy­kuło coś nowego.

Podą­żam za tym spoj­rze­niem. Trzy czer­wone smugi mkną przez pół­mrok w stronę frontu Burzy. War­dana. Nasi straż­nicy, pierw­sza i ostat­nia linia obrony mia­sta, zbrojni mocą nie­by­wa­łej iko­no­man­cji. Przy­się­gali, że będą nas wszyst­kich chro­nić. Płasz­cze z tysiąca i jed­nego pióra pozwa­lają im latać; kar­ma­zy­nowe uni­formy lśnią jak latar­nie mor­skie na tle mroku. Pod­nie­ce­nie pod­szyte poczu­ciem winy spra­wia, że dostaję gęsiej skórki.

To, jak lecą wprost ku Burzy, gotowi wal­czyć - jest praw­dziwą odwagą. To moc. Ze ści­śnię­tym gar­dłem prze­ły­kam zazdrość gorzką jak żółć.

Trzej War­dana pikują, a tra­jek­to­ria lotu pro­wa­dzi ich bli­żej mnie, niż­bym sobie życzyła - może dwie prze­cznice w bok i dwie prze­cznice w stronę Burzy. Zmie­rzają tam, gdzie front wypię­trza się niczym czarny, roz­dęty brzuch. Kolejna bły­ska­wica wyła­wia z ciem­no­ści bestie: prze­bie­rają pazu­rami na skraju Burzy, chcą się wresz­cie naro­dzić. Czuję suchość w gar­dle. Jeśli War­dana ich nie powstrzy­mają, będziemy w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Obrońcy rzu­cają się w bój z sie­cią utkaną za pomocą ikon, zarzu­cając ją na wybrzu­sze­nie. Sieć jarzy się bla­dym błę­ki­tem; jest cienka jak koronka i trudno oprzeć się wra­że­niu, że pró­bują zatrzy­mać wielki głaz paję­czą sie­cią.

Ple­ciona iko­no­tar­cza wytrzy­muje jedno ude­rze­nie serca, potem dru­gie i trze­cie - i wresz­cie front Burzy eks­plo­duje chmurą czar­nego dymu. Pierw­sza z wiel­kich bestii wydo­staje się na wol­ność, a jej ryk roz­brzmiewa niczym grzmot. Zbu­do­wana jest z tej samej czar­nej chmury co Burza i ma postać dwu­gło­wego lwa z grzywą snu­jącą się jak dym i śle­piami roz­ja­rzo­nymi na podo­bień­stwo minia­tu­ro­wych bły­ska­wic. Pomniej­sze stwory wypeł­zają w ślad za nią, korzy­sta­jąc z chwi­lo­wej wyrwy.

Mknąc w powie­trzu, War­dana doby­wają broni - widzę dwie włócz­nie i mniej­szą tkaną iko­no­tar­czę - by rzu­cić się do ataku.

Z transu wyrywa mnie nagły huk; to wiatr zatrza­snął drzwi za moimi ple­cami.

W głębi ulicy otwie­rają się inne, w odcie­niu zie­leni mchu, i krępa kobieta krzy­czy:

- Prędko! Do środka!

Wtó­ruję jej, widząc dwie przy­gar­bione posta­cie mknące ku jej domowi. Gdy tylko zni­kają za pro­giem, drzwi zamy­kają się z trza­skiem. Roz­glą­dam się, szu­ka­jąc innych spóź­nio­nych ucie­ki­nie­rów.

Dostrze­gam ruch w zaułku po dru­giej stro­nie ulicy, lecz nic się zeń nie wyła­nia. Serce bije mi jak osza­lałe, a mokry mech chlu­po­cze pod sto­pami, gdy ostroż­nie ruszam w tę stronę. Widzę puste oczy wygłod­nia­łej kobiety sku­lo­nej pod stertą gruzu. Jej szorst­kie, sza­fra­nowe ubra­nie jest zno­szone i podarte, spód­nica wystrzę­piona, a chu­sta pełna dziur. Ramiona opla­tają drobną postać - dziew­czynkę o krą­głych policz­kach.

- Tutaj! - wołam, wska­zu­jąc drzwi.

Zgrzy­tam zębami, widząc, że moc­niej przy­tula dziecko. Może para­li­żuje ją strach, ale sta­wiam raczej na uprze­dze­nia. Prze­sądni nie lubią zaglą­dać do domów peł­nych tknię­tych Burzą.

Nie­ludzki krzyk podobny do trza­sku pio­runa prze­cina wycie wia­tru i nie­milk­nącą pieśń dzwo­nów. Odpo­wiada mu nie­ziem­ski chór gło­sów - to świta wiel­kiego lwa Burzy, sfora mniej­szych bestii, które prze­kro­czyły front w ślad za nim. Włosy jeżą mi się na karku.

- Prę­dzej! - krzy­czę.

Dziecko wije się w obję­ciach matki, odciąga jej chu­stę i wresz­cie patrzy mi w oczy.

Prze­myka nade mną cień otu­lony płasz­czem, z włócz­nią w dłoni. War­dana ląduje na naszej ulicy, może sześć domów ode mnie - zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko; musimy natych­miast schro­nić się w środku - ale matka kuli się pod ścianą. Czyżby szu­kała śmierci? Chce dać się zacią­gnąć w Burzę?

Spo­mię­dzy jej ramion wpa­trują się we mnie złote oczy dziew­czynki. Oglą­dam się na wła­sne ślady pro­wa­dzące ku drzwiom - wystar­czy dzie­sięć kro­ków i będę bez­pieczna.

Lecz jeśli wrócę, jeśli zatrza­snę za sobą drzwi, a na tę dziew­czynkę spad­nie nie­szczę­ście, będę temu winna. Jeżeli zaś pójdę po nią i dam się zabić, tata do końca życia będzie nazy­wał mnie w myślach omsza­łym móżdż­kiem.

Cóż, przy­wy­kłam do tego.

Rzu­cam się naprzód i bie­gnę, prze­bie­ram nogami tak prędko, jak tylko potra­fię. Kątem oka widzę War­dana: bły­ski krwi­sto­czer­wo­nej skóry ekwi­punku i bla­do­błę­kitną poświatę jakiejś ikony.

Zaułek jest tuż, tuż, więc tracę z oczu wszystko oprócz kobiety, która stoi teraz przed córką, jakby chciała ją przede mną obro­nić.

- Posłu­chaj, za tymi drzwiami będzie­cie bez­pieczne - wyrzu­cam z sie­bie jed­nym tchem. - Nie może­cie tu zostać, bestie są zbyt bli­sko.

Obraca się i w roz­terce spo­gląda na dziecko, na łuski wysta­jące spod rękaw­ków. Nie jest więc uprze­dzona, tylko tknięta Burzą i prze­ra­żona.

- Obie­cuję, że was nie skrzyw­dzimy - dodaję łagod­niej.

Kobieta kiwa głową, więc ści­skam jej lodo­watą dłoń. Dziew­czynka trzyma się kur­czowo talii matki, gdy wycią­gam je w pośpie­chu z zaułka.

Zatrzy­muję się gwał­tow­nie u wylotu, czu­jąc, jak pode­szwy butów śli­zgają mi się po mchu mokrym od mżawki. Ruchem ręki naka­zuję kobie­cie i dziecku cze­kać. Po dru­giej stro­nie ulicy, w otwar­tych drzwiach domu, stoi tata. Widzę jego twarz wykrzy­wioną grozą.

Bestia Burzy, kształ­tem przy­po­mi­na­jąca pająka, z kle­ko­tem odnóży kro­czy mię­dzy nami a tatą. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam żad­nej z tak bli­ska. Wydęty odwłok wygląda na zbu­do­wany z tej samej sub­stan­cji co sama Burza - z czar­nego, gęstego, nie­ustan­nie się kłę­bią­cego i wiru­ją­cego dymu. Ośmioro wyłu­pia­stych ślepi mieni się fio­le­tem bły­ska­wic.

Bestia jest dobre dwie stopy wyż­sza ode mnie; to pew­nie naj­słab­szy osob­nik z całego miotu. Marna to jed­nak pocie­cha, myślę, słu­cha­jąc szczęku szczy­piec tną­cych powie­trze.

Obraca się ku mnie, otwie­ra­jąc pasz­czę.

Moje serce przy­spie­sza. Mogę zro­bić tylko jedno: to, co zro­bi­łaby mama.

- Omiń­cie ją - roz­ka­zuję kobie­cie i popy­cham zde­cy­do­wa­nie, widząc, że się waha. - Ja odwrócę jej uwagę. Już!

Wska­kuję na stertę gruzu u wylotu zaułka i dźwi­gam bryłę wiel­ko­ści mojej głowy. Mio­tam ją w stronę bestii, lecz ta odbija ją jed­nym odnó­żem, a na pozo­sta­łych sied­miu rusza pro­sto na mnie. Poru­sza się nie­zdar­nie, jak pijana albo jak dziecko, które dopiero uczy się cho­dzić. Prze­ra­ża­jące dziecko na ośmiu wło­cha­tych łapach.

Skup się, Vesper. Po co się tak tru­dzi­łaś, wykra­da­jąc strzępy iko­no­man­cji, jeśli nie po to? Ćwi­czy­łaś. Na pewno znasz ikonę wła­śnie na taką oka­zję. Jaką­kol­wiek.

Jaką­kol­wiek.

Myśli prze­la­tują mi przez głowę, gdy wyco­fuję się przed nad­cią­ga­jącą bestią. Wpy­cham rękę do kie­szeni, szu­ka­jąc bryłki węgla drzew­nego wyję­tej z ogni­ska. Drżącą dło­nią kre­ślę pierw­szą ikonę, którą zdo­ła­łam sobie przy­po­mnieć: pro­stą ikonę świa­tła. Gdy tylko koń­czę, poja­wia się roz­błysk.

Bestia waha się przez jedno ude­rze­nie serca.

Moja dłoń na­dal drży. Pamię­tam ikonę ognia, ale wiem, że powie­trze jest prze­sy­cone wil­go­cią; skoń­czy­łoby się naj­wy­żej na iskrze. Kolejne kilka ikon od razu skre­ślam w myślach. Nie mam już nic.

Bestia Burzy prze­sła­nia mi hory­zont ciel­skiem z wiru­ją­cego dymu. Tata miał rację. Żadna ze mnie boha­terka. Nic nie zdzia­łam. Trzeba mi było zostać w domu.

Szczypce szczę­kają tuż przede mną, a za ple­cami mam ścianę.

Kolana ugi­nają się pode mną; osu­wam się i dostrze­gam coś w oddali, pod kor­pu­sem bestii. Z ulgą wypusz­czam powie­trze z płuc: matka i córka są już bez­pieczne u Ammy.

Poja­wia się za to ktoś inny. Tata kro­czy śmiało, uzbro­jony w pióro w jed­nej i nóż kuchenny w dru­giej ręce. Na ostrzu poły­skuje okrą­gła ikona. Wszystko spo­wal­nia.

Bestia ata­kuje szczyp­cami, ale w porę biję głową w mur i czuję tylko podmuch zim­nego powie­trza na gar­dle.

Tata unosi ramię i rzuca nóż.

Zaci­skam powieki.

Bestia sko­wy­czy tuż nade mną, lecz jej głos szybko prze­cho­dzi w bul­got, a potem w szmer.

Otwie­ram oczy. Szczypce z gęstego dymu dygo­czą cal od mojej twa­rzy. Ośmioro ślepi zacho­dzi szarą mgłą, jakby ktoś roz­lał w nich farbę. Źró­dłem sza­ro­ści wydaje się ten nie­po­zorny punkt, w któ­rym nóż taty prze­bił bok bestii. Gdy bledną koniuszki szczy­piec i kosma­tych odnóży, ustaje wszelki ruch.

Wycią­gam drżącą rękę, by dotknąć mar­twej skóry, lecz pod pal­cami czuję już tylko zimny kamień. Doko­nała tego jedna ikona?

- Vesper! - krzy­czy tata.

Prze­su­wam się, by uwol­nić się spod bestii, i pusz­czam bie­giem w stronę domu. Tata ostatni raz spo­gląda w niebo, po czym chwyta mnie pod ramię i wciąga do środka.

Drzwi zamy­kają się za nami z trza­skiem.

Opie­ram się o nie ple­cami, dysząc cicho i spo­glą­da­jąc w tuzin sze­roko otwar­tych oczu.

Tata przy­myka powieki, ale pozwala sobie tylko na krótką chwilę ulgi, a potem zwraca się ku mnie. Widzę zło­wro­gie bły­ski w jego oczach i pur­purę z wolna nabie­ga­jącą na sma­głe policzki.

- Coś ty sobie myślała?!

W końcu łapię oddech.

- Tato, wła­śnie ura­to­wa­li­śmy dwoje ludzi.

- Nie, to ja ura­to­wa­łem troje. A ty omal nie zmar­no­wa­łaś życia.

Teraz i ja czuję żar na policz­kach.

- Bo tak nale­żało!

- Skoro nawet sie­bie nie umiesz oca­lić, prze­stań zgry­wać boha­terkę.

Matka i córka spo­glą­dają na nas, sie­dząc na łóżku w kącie izby. Wtu­lają się w sie­bie jesz­cze moc­niej niż chwilę wcze­śniej w zaułku. Ich prze­ra­że­nie tylko pod­syca roz­ża­rzony do czer­wo­no­ści gniew, który pali mnie w żołądku i topi resztki mojego stra­chu.

Uśmie­cham się do nich na tyle, na ile jestem w sta­nie to zro­bić, a potem prze­ci­skam się mię­dzy Ammą i tknię­tymi Burzą, by udać się do kuchni. Czworo gapi się bez żenady; pozo­stali odwra­cają wzrok, uda­jąc, że chcą nam dać tro­chę pry­wat­no­ści. Rudo­włosa Jem uro­czym gestem prze­suwa pal­cem po szyi, szcze­rząc do mnie zęby w uśmie­chu.

- Vesper! - Cięż­kie kroki ojca podą­żają za mną do kuchni.

Zacią­gam zasłonę, ale tata już tu jest. Staje ple­cami do mnie, zaci­ska­jąc dło­nie na kra­wę­dzi blatu. Bie­rze głę­boki, drżący oddech, a potem szep­cze:

- Kiedy ty się w końcu nauczysz?

Czuję ucisk w żołądku. Skrę­cone kosmyki wło­sów lepią mi się do policz­ków - powie­trze jest takie wil­gotne i nała­do­wane - więc pró­buję zro­bić z nimi porzą­dek, żeby zyskać na cza­sie. Wiem, że wcale nie to miał na myśli, ale odpo­wia­dam mu nieco bun­tow­ni­czo:

- Ależ ja chcę się uczyć. Naucz mnie paru sztu­czek, to wię­cej nie będziesz musiał się o mnie mar­twić.

Odwraca się ku mnie, bar­dziej prze­ra­ża­jący niż ten mło­do­ciany pająk o wło­cha­tych odnó­żach.

- Nie zaczy­naj. Nie teraz. Nie w chwili, gdy przez wła­sną głu­potę omal nie stra­ci­łaś życia.

Przy­gry­zam wargę. Jak mam go prze­ko­nać, że iko­no­man­cja mogła mnie oca­lić? Mia­łam dość czasu, żeby napi­sać ikonę. Gdy­bym tylko znała tę, która zamie­niła bestię w kamień, sama bym się ura­to­wała. Bez jego pomocy.

- Tato, obie­cuję, że jeśli mnie nauczysz, będziesz ze mnie dumny.

- Vesper...

- Zgi­nę­ła­bym, gdy­byś nie znał ikon. Ale gdy­bym sama je znała, i to porząd­nie...

- Dość. - Głos nie­sie się echem po kuchni.

Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła.

- Jak to? Znasz wszyst­kie ikony w cie­niu Burzy i nic z tym nie robisz. Gdy­bym znała choć co trze­cią, nie, co dzie­siątą! To...

Tata wygląda tak, jak­bym dała mu w twarz.

Milknę. Zda­rzało mi się wyga­dy­wać gor­sze rze­czy, ale ni­gdy tak na mnie nie patrzył.

- No co?

- Musimy iść.

- Co? Dokąd?

- Nie ma czasu. Idź, pakuj się.

Gwał­tow­nym ruchem odsuwa zasłonę z tka­nego mchu i wszy­scy w sali jak na komendę zaczy­nają uda­wać, że niczego nie sły­szeli.

Amma już idzie; każ­demu jej kro­kowi towa­rzy­szy stu­kot laski. Białe włosy burzą się wokół jej koka niczym upiorna aure­ola pod­świe­tlona bla­skiem kuchen­nej lampy.

- Alca­na­rze?

Tata nogą odsuwa wytarty dywa­nik i otwiera klapę w kuchen­nej pod­ło­dze. Zatrzy­muje się w pół drogi do malut­kiej piw­nicz­nej izby, która służy mu za sypial­nię i gabi­net. Spo­gląda w oczy Ammy.

- Zaraz wyru­szamy, Ammo.

- Nie możemy tak sobie odejść. Amma nas potrze­buje. - Pod­no­szę głos.

Amma mnie uci­sza, kła­dąc mi dłoń na ramie­niu.

- Dla­czego teraz? Po sied­miu latach?

Tata zaci­ska zęby.

- Już wie­dzą, że żyję. Nie­długo po mnie przyjdą.

- Jak to? - pytam. - Dla­czego?

Tata patrzy mi pro­sto w oczy.

- Ta ikona... To ja ją wyna­la­złem.

Jego słowa zagłu­szają resztę dźwię­ków; sły­szę już tylko bicie wła­snego serca.

I wtedy roz­lega się stu­ka­nie do drzwi, gło­śne niczym grzmot.

ROZDZIAŁ 2

W Domu Ammy dla Prze­klę­tych pozna­li­śmy trzy rodzaje puka­nia do drzwi.

To, które sły­szymy, nie należy do pierw­szej kate­go­rii - tak nie puka ktoś, kto potrze­buje schro­nie­nia. Nie jest to też puka­nie kogoś, kto chciałby dostać coś do jedze­nia, by prze­trwać noc.

To puka­nie trze­ciego rodzaju. Puka­nie kogoś, kto domaga się krwi.

- Tato? - odzy­wam się bar­dzo sła­bym gło­sem.

Ni­gdy nie widzia­łam, by tak zbladł. Amma pstryka pal­cami i poka­zuje kry­jówkę.

- Już idę! - woła, czła­piąc ku drzwiom i swoim zwy­cza­jem postu­ku­jąc laską.

Wystar­czy jedno jej spoj­rze­nie, by tknięci Burzą pognali do swych łóżek i nakryli się kocami.

Tata pra­wie znika w ciem­no­ści piw­niczki, ale zatrzy­muje się, żeby spoj­rzeć na mnie.

- Vesper - syczy - chodź tutaj.

Przy­kła­dam palec do ust, a potem pod­bie­gam, żeby zamknąć za nim klapę. W brzu­chu sty­gnie mi i coraz bar­dziej ciąży kamienna pew­ność.

To moja wina.

Nie mogę pozwo­lić, żeby Amma została z tym sama. Tata spo­gląda na mnie do ostat­niej chwili, gdy opusz­czam klapę. Czu­jąc mro­wie­nie na karku, przy­cią­gam na miej­sce dywa­nik; wiem, że nawet teraz ciemne oczy taty obser­wują mnie przez szpary mię­dzy deskami.

Kolejne trzy gło­śne stuk­nię­cia. BUM BUM BUM.

Pięt­na­ście kro­ków i już nie ma mnie w kuchni, już mijam tknię­tych Burzą, już stoję u boku Ammy. Wszyst­kie oczy skie­ro­wane są na drzwi.

Amma odsuwa ostat­nią zasuwę i uchyla je. Palce chro­nione ręka­wicą zaci­skają się na ich kra­wę­dzi, a mocne pchnię­cie otwiera je sze­rzej. Chwy­tam je w samą porę, by nie ude­rzyły Ammy, i staję przed nią, choć czuję na ple­cach zimny dreszcz.

Krwi­sto­czer­wona skóra. Płasz­cze z tysiąca i jed­nego pióra. War­dana.

Jest ich trzech. Jeden, o okrut­nych ustach, jest tak nie­sa­mo­wi­cie blady, jakby wyrzeź­bili go z lodu. Drugi, przy­stojny i smu­kły, poru­sza się z wyjąt­ko­wym wdzię­kiem i swo­bodą. Ma zmierz­wione, ciemne włosy, a jego złote oczy poły­skują, jakby uwię­ził w nich blask słońca.

Zamie­ram jed­nak w bez­ru­chu, dopiero gdy widzę trze­ciego. Jego twarz zna każdy, kto choć raz trzy­mał w pal­cach mosiężną monetę. Twarz bez cie­nia sła­bo­ści, o moc­nej linii nosa i szczęki, gład­kich, lecz nie mięk­kich policz­kach, bez krzty dzie­cię­cych rysów, choć prze­żył led­wie parę lat ponad moich sie­dem­na­ście.

Oto Dalca Zabu­lon Illu­sora, syn Regii, który pew­nego dnia przej­mie jej koronę i który nosi na całym ciele tę samą złotą ikonę co ona. Ten, który kie­dyś odzie­dzi­czy jedyną moc zdolną chro­nić nas przed Burzą; moc słab­nącą z każ­dym poko­le­niem.

Spo­gląda na mnie z góry okrut­nymi oczami błę­kit­nymi jak okru­chy nieba.

- Nie zapro­sisz nas do środka?

Nie ruszam się spod drzwi. Silę się na uśmiech, cho­ciaż słowa wię­zną mi w gar­dle jak ścięte mro­zem. Może i nazy­wają sie­bie obroń­cami mia­sta, ale nie przy­szli tu, żeby nas bro­nić. Mój podziw staje się lodo­wa­tym stra­chem, bo ich odwaga i siła zwra­cają się teraz prze­ciwko mnie.

Dalca patrzy i czeka. Jest wysoki; nie widzę zza niego ani ulicy, ani Burzy. Stoję tak bli­sko, że widzę okrą­głe ikony odci­śnięte w czer­wo­nej skó­rze jego uni­formu - każda jest sym­bo­lem mocy. Widok tak gęsto upa­ko­wa­nych ikon - w dodatku po pro­stu na ubra­niu - przy­po­mina mi, że iko­no­man­cja jest domeną moż­nych. Ja muszę wal­czyć, poży­czać i han­dlo­wać, żeby poznać kształt choć jed­nej, a jego iko­no­manci rysują je tylko po to, żeby zawią­zać mu sznu­ro­wa­dła albo pod­grzać wodę na kąpiel; na skó­rza­nym napier­śniku, tuż nad ser­cem, wyci­snęli mu pew­nie spe­cjalną ikonę, która nie pozwala kro­plom Burzy wni­kać w ubra­nie i chło­dzić jego ksią­żę­cej skóry. Gdy­bym znała jej kształt, już ni­gdy nie musia­ła­bym wcie­rać śmier­dzą­cego wosku w kapotę.

Zatrzy­muję spoj­rze­nie na nożach, które nosi u pasa. Ręko­je­ści pokryte iko­nami w kolo­rze zakrze­płej krwi, tak zawi­łymi, że pew­nie ni­gdy nie będę miała oka­zji się ich nauczyć. Patrzę na nie, lecz bodaj pierw­szy raz w życiu potra­fię poskro­mić cie­ka­wość. Wolę nie prze­ko­ny­wać się na wła­snej skó­rze, do czego tak naprawdę służą.

- A niech mnie Burza, kom­plet­nie zgłu­piała na twój widok. - Blady prze­wraca oczami i robi krok naprzód, jakby chciał mnie siłą odsu­nąć. Włosy ma białe, ale poły­sku­jące odbi­tymi bar­wami oto­cze­nia. Różowe tam, gdzie doty­kają czer­wo­nej skóry uni­formu, ciem­no­srebrne na tle czar­nego płasz­cza z tysiąca i jed­nego pióra, a złote wszę­dzie tam, gdzie pada na nie świa­tło z izby. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że to dzieło iko­no­man­cji. Piękne dzieło. Szkoda takiej sztuki dla gbura, który stoi przede mną.

- Precz - war­czy.

- Oczy­wi­ście - odpo­wia­dam, ale nie odsu­wam się nawet na cal, choć serce bije mi jak osza­lałe, a dło­nie mam spo­cone. - Czego tu chce­cie?

Amma trąca mnie laską w kostkę. Tak, wiem, muszę uwa­żać, mam być potulna... Odzy­wam się więc łagod­niej, spusz­cza­jąc oczy:

- Cho­dzi mi o to, że łatwo wystra­szyć tknię­tych Burzą...

Zza moich ple­ców dobiega teatralny jęk. Znam ten zbo­lały głos. Jem, moja naj­bliż­sza przy­ja­ciółka wśród tknię­tych, jęczy ponow­nie, tym razem gar­dłowo. Przez krótką chwilę panuje cisza, a potem wtó­rują jej kolejne głosy. Chyba tylko siłą woli nie krzy­wię się z poli­to­wa­niem, ale o dziwo ich sztuczka działa.

Blady War­dana cofa się i teraz dopiero spo­gląda na szyld nad drzwiami: Dom Ammy dla Prze­klę­tych. Na jego twa­rzy maluje się nie­smak.

- Jesteś pewny, że to tu?

- Musi być przy tej ulicy - odpo­wiada Dalca, spo­glą­da­jąc w głąb domu ponad moim ramie­niem. - Wchodź, Casvia­nie.

Blady imie­niem Casvian wzdy­cha i pod­cho­dzi tak bli­sko, że nasze buty sty­kają się noskami. Cofam się instynk­tow­nie o krok, a on wpy­cha się do środka.

- Mamy dowody na nie­upraw­nione uży­cie iko­no­man­cji w tej oko­licy. Pro­szę zacho­wać spo­kój - zawie­sza głos, popa­tru­jąc krzywo na Jem, która znowu jęczy - oraz ciszę, jeśli to moż­liwe. Przy­po­mi­nam, że my, War­dana, jeste­śmy tu po to, by was bro­nić. Takie korzy­sta­nie z ikon jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, dla­tego mamy obo­wią­zek chro­nić oby­wa­teli przed samo­wolą nie­wy­szko­lo­nych iko­no­man­tów.

Dalca i chudy przy­stoj­niak wcho­dzą śla­dem Casviana, który raczy nas świet­nie wyćwi­czoną prze­mową.

- Pro­szę - mówi Amma, sta­jąc przede mną. - Wchodź­cie. Rób­cie, co trzeba.

Widzą w niej jedy­nie kru­chą sta­ruszkę o bia­łych wło­sach upię­tych w schludny kok, ramio­nach zgar­bio­nych pod zno­szoną chu­stą, uśmiech­nię­tych ustach oto­czo­nych bruz­dami wyżło­bio­nymi przez czas w orze­cho­wej skó­rze, o nie­gdyś ciem­nych oczach zacho­dzą­cych już biel­mem wieku i drżą­cych dło­niach zaci­śnię­tych na główce laski. Amma posyła mi szyb­kie spoj­rze­nie, a ja bez­błęd­nie odczy­tuję w nim ostrze­że­nie: jeśli widzą w tobie mrówkę, bądź mrówką i nie dawaj im powodu, by przyj­rzeli ci się bli­żej.

- Prze­pra­szam - cedzę przez zaci­śnięte zęby, spusz­cza­jąc głowę i odstę­pu­jąc na bok. - Tknięci Burzą są wraż­liwi, ale jestem pewna, że będzie­cie ostrożni.

Casvian par­ska lek­ce­wa­żąco, wymi­ja­jąc mnie. Wzrok księ­cia nie zatrzy­muje się na mojej twa­rzy nawet na chwilę, choć spo­glą­dam na niego spode łba wyzy­wa­jąco. Skoro ma czel­ność wpra­szać się do mojego domu, niech wystar­czy mu odwagi, żeby spoj­rzeć mi w oczy.

Trzeci War­dana jakby usły­szał moje myśli: spo­gląda na mnie zło­tymi oczami jakoś dziw­nie, badaw­czo.

Reaguje na moją buń­czucz­ność: kącik jego ust unosi się lekko, nada­jąc im kształt, który mógłby być dale­kim kuzy­nem uśmie­chu. Patrzę w jego pio­nowe źre­nice i na nieco zbyt ostre kły - kocie oczy i koci uśmiech - a on uśmie­cha się sze­rzej, widząc, że poję­łam, czym jest.

Tknięty Burzą. Jak więk­szość ludzi, któ­rymi opie­kuje się Amma. Wyróż­nia go jedy­nie to, że nosi krwi­sto­czer­woną szatę, więc ma wła­dzę.

Do tej pory sły­sza­łam tylko o jed­nym podob­nym przy­padku: przez parę lat War­dana prze­klęta przez Burzę była boha­terką pią­tego kręgu, zanim stra­ciła życie w szkwale. Gwoli ści­sło­ści, nie była jed­nak tknięta Burzą, a jedy­nie odzie­dzi­czyła klą­twę po rodzicu.

Miała szczę­ście: mogła wal­czyć, bo klą­twa była w miarę łagodna. Choć nie­któ­rzy twier­dzą, że zro­dzeni z Burzy żyją z cią­głym zagro­że­niem, bo klą­twa jest jedy­nie uśpiona, a pew­nego dnia się budzi.

Być może i ten War­dana jest zro­dzony z Burzy.

- Będę uwa­żał - obie­cuje z cicha.

Zauwa­żam jed­nak, że mówi wyłącz­nie do sie­bie.

Nie­znacz­nie kiwa głową w moją stronę i podąża za pozo­sta­łymi. Zamy­kam za nimi drzwi, do ostat­niej chwili zaci­ska­jąc palce na drew­nie, by stłu­mić ich drże­nie. Potem krzy­żuję ramiona na piersi i odwra­cam się ku sali.

War­dana idą od łóżka do łóżka, przy­glą­da­jąc się każ­dej twa­rzy. Szu­kają kogoś. Szu­kają taty.

Moje serce bije bar­dzo prędko i nie­ryt­micz­nie, gdy zmu­szam się, by patrzeć na tknię­tych Burzą i nie zer­kać w stronę kuchni. Tylko tyle mogę dla niego zro­bić: nie zdra­dzić jego kry­jówki.

Casvian o lustrza­nych wło­sach zatrzy­muje się przy Jem i sięga po wielki słój pełen mlecz­nych zębów, który wystaje spod jej łóżka. Zasko­czony z krzy­kiem wypusz­cza naczy­nie z ręki, ale Jem łapie je w porę. Zamie­niają kilka słów, zbyt cicho, bym mogła coś usły­szeć.

Spo­glą­dam na naj­bliż­sze łóżko. Gia ma led­wie jede­na­ście lat. Jej drew­niane stopy wystają spod koca, więc otu­lam je deli­kat­nie. Oczy ma pełne łez i gdy klę­kam przy niej, wyciera policzki o mój rękaw. Matka zosta­wiła ją na naszym progu dwa lata temu, zaraz po tym, jak Gia dotknęła frontu Burzy.

Doty­kam meda­lionu mamy, który noszę pod koszulą i który daje mi siłę. Ona ni­gdy by nie pozwo­liła, by obcy wtar­gnęli do jej domu.

Ruszam śla­dem nie­pro­szo­nych gości i pal­cami deli­kat­nie muskam tknię­tych Burzą, żeby wie­dzieli, że jestem z nimi. Dwie nowo przy­byłe kulą się w sobie. Zacho­wuję dystans i wolę nie myśleć, że mogłyby zdra­dzić prawdę. Naj­le­piej będzie nie zwra­cać na nie uwagi.

Jem chwyta mnie za rękę, gdy prze­cho­dzę obok niej. Ści­ska ją mocno i cią­gnie mnie, by przy­sia­dła na skraju łóżka.

- Nie rób nic głu­piego - syczy nie­mal bez­gło­śnie.

Patrzę na nią z ukosa. Klą­twa bawi się jej rysami, posta­rza ją na moich oczach. Ni­gdy nie spo­tka­łam podob­nego przy­padku. W tej chwili Jem ma kasz­ta­nowe włosy i gładką twarz dwu­dzie­sto­latki, lecz wiem, że do snu będzie się ukła­dać jako siwo­włosa, nie­mal bli­ska śmierci sta­ruszka o pożło­bio­nym zmarszcz­kami obli­czu. Ran­kiem obu­dzi się jako dziecko. Jej ciało każ­dego dnia, bez końca, prze­cho­dzi pełen cykl życia. Słój jest pełen mle­cza­ków, które codzien­nie traci.

Jem nie pusz­cza mojej dłoni, a ja nie chcę robić zamie­sza­nia, więc sie­dzę przy niej i obser­wuję War­dana.

Casvian trzyma w ręku mosiężny przy­rząd i obser­wuje oto­cze­nie z miną bada­cza. Jest szczu­plej­szy od swych towa­rzy­szy zbu­do­wa­nych jak praw­dziwi wojow­nicy. Z pew­no­ścią to on jest iko­no­mantą - pod­czas gdy on rysuje ikony, Dalca i zro­dzony z Burzy zaj­mują się walką.

Lecz choć Dalca ma ciało wojow­nika War­dana, jego oczy - błę­kitne jak let­nie niebo i żywo kon­tra­stu­jące ze spa­loną słoń­cem skórą - są zimne i prze­ni­kliwe jak oczy króla. To oczy nale­żące do przed­sta­wi­ciela kró­lew­skiego rodu, oczy Regii.

Stoi rap­tem kil­ka­na­ście stóp ode mnie, a wydaje się nie­osią­galny jak słońce. Wpa­tru­jemy się w niego urze­czeni, jak­by­śmy nie mieli wyboru.

Nie dla­tego, że jest tym, kim jest. Nawet nie dla­tego, że jest atrak­cyjny na swój kan­cia­sty, posą­gowy spo­sób.

Cho­dzi o to, że Dalca jest zara­zem prze­szło­ścią i przy­szło­ścią mia­sta. O to, w jaki spo­sób cho­dzi, jak wypeł­nia sobą tę salę - jest w nim coś, co każe nam wie­rzyć, że jest nie­znisz­czalny. Bez­pieczny jak żadne z nas.

Czy on w ogóle poznał, co to strach? Czy kie­dy­kol­wiek czuł głód albo choć oba­wiał się głodu? Czy musiał tulić się do innych, by ochro­nić się przed chło­dem? Dla­czego miałby to robić, skoro w każ­dej chwili może sta­nąć w słońcu?

I czy on w ogóle boi się Burzy? Pew­nego dnia będzie Regią, posią­dzie moc, która pozwoli mu wal­czyć z Burzą. Potęgę, któ­rej tacy jak my nawet nie potra­fią sobie wyobra­zić.

War­dana zro­dzony z Burzy prze­cho­dzi obok mnie, więc odry­wam wzrok od Dalki, żeby nań spoj­rzeć. Snuje się po sali jak leniwy kocur, a tknięci Burzą sztyw­nieją, gdy ich mija. Uśmie­cha się do nich, ale to raczej kwa­śny gry­mas, który służy mu za maskę.

Zapa­mię­tuję te trzy twa­rze i liczę, że War­dana jesz­cze prze­mó­wią, lecz na razie panuje gro­bowe mil­cze­nie. Chcia­ła­bym usły­szeć pyta­nia. Dla­czego nie pró­bują usta­lić, kto nary­so­wał ikonę? Bo skoro nie muszą o to pytać... to zna­czy, że już wie­dzą.

Casvian idzie na górę. Chwilę póź­niej dobiega stam­tąd rumor.

Amma posyła mi zlęk­nione spoj­rze­nie, a Jem jesz­cze moc­niej ści­ska moją rękę. Zry­wam się, uwal­niam dłoń i lecę ku scho­dom. Prze­ska­kuję po dwa stop­nie.

Casvian stoi przy oknie na pół­pię­trze, a u jego stóp widzę cenną zie­mię i korze­nie sha­laj. Trzyma w rękach pustą donicę, którą po chwili odrzuca. Znowu wyma­chuje tym mosięż­nym przy­rzą­dem, sku­pia­jąc się zwłasz­cza na para­pe­cie, na któ­rym stała doniczka. Szuka ikon.

Obo­jęt­nie kopie korzeń. Brudne buty miaż­dżą nasze poży­wie­nie.

Nie ma poję­cia, jak długo oszczę­dza­łam, by zdo­być tę zie­mię, i jak cenne są nasiona. Tak cenne, że w nie­któ­rych mie­sią­cach nikt nie chciał mi ich sprze­dać, choć mia­łam dość pie­nię­dzy. Strach buzu­jący w moich żyłach zmie­nia się w gniew.

Przy­gry­zam wargę. Ratuje mnie chyba tylko to, że tak naprawdę donice wcale go nie obcho­dzą. Chce naro­bić bała­ganu, spro­wo­ko­wać reak­cję. A gdyby tylko przyj­rzał się uważ­niej, dostrzegłby malut­kie ikony, które nary­so­wa­łam w ziemi, by korze­nie rosły zdrowe. Albo tę powięk­sza­jącą - jedną z nie­wielu, które znam - powtó­rzoną nie wiem ile razy, by sha­laj był choć tro­chę buj­niej­szy niż zwy­kle. Wła­ści­wie nie było z nich pożytku - pew­nie sprze­dawca podał mi złe pro­por­cje - ale nic innego nie mia­łam.

Latami ukry­wa­łam mój sekret przed tatą. Latami polo­wa­łam na strzępy iko­no­man­cji, naga­bu­jąc han­dla­rzy z sza­rego rynku i pechow­ców, któ­rym nie udało się ukoń­czyć szko­le­nia War­dana. Lecz choć tak się sta­ra­łam, cała wie­dza, którą zdo­ła­łam zgro­ma­dzić, nie była warta kich­nię­cia iko­no­manty po pierw­szym roku nauki. A tata potrafi tak wiele... Amma powiada, że kie­dyś nazy­wali go naj­lep­szym iko­no­mantą stu­le­cia. On sam ni­gdy o tym nie wspo­mina; wła­ści­wie mówi o iko­nach tylko wtedy, gdy chce mi przy­po­mnieć, żebym nie ważyła się poznać choćby jed­nej, naj­prost­szej, do zawią­zy­wa­nia butów.

Bar­dzo się napra­co­wa­łam, żeby zabez­pie­czyć moją małą tajem­nicę przed naj­lep­szym iko­no­mantą stu­le­cia. I dla­tego nie pozwolę, żeby smar­katy War­dana odkrył ją w kilka minut.

Casvian pod­cho­dzi do sąsied­niego okna, w któ­rym wisi skrzynka pełna sadzo­nek. Strąca ją, roz­sy­pu­jąc na pod­ło­dze zie­mię i młode rośliny, z któ­rych już nic nie będzie. Staje na nich z okrutną satys­fak­cją i kolejno miaż­dży obca­sem.

- Prze­stań! - Natych­miast zamy­kam usta, ale jest za późno.

Czy on nie rozu­mie? Dosta­jemy tu tylko dwie racje żyw­no­ściowe, moją i Ammy, bo tknięci Burzą nie kwa­li­fi­kują się do przy­dzia­łów. Nasze pakiety z jadłem two­rzo­nym przez iko­no­man­tów muszą wystar­czyć dla wielu potrze­bu­ją­cych.

Gdy tak patrzę na poła­mane gałązki i podarte liście wątłych sadzo­nek, czuję, jak w mych kościach nara­sta czarna furia. A żeby nad nią zapa­no­wać, mogę jedy­nie słu­chać cichut­kiego gło­siku, który powta­rza w mojej gło­wie: Pamię­taj, jesteś mrówką.

Casvian zwraca się ku mnie, uno­sząc brew w wiel­ko­pań­skim gry­ma­sie. Potem nie­omyl­nie sięga ręką do tyłu i prze­wraca trze­cią skrzynkę, nie zry­wa­jąc kon­taktu wzro­ko­wego.

Popy­cham go. Nawet nie pamię­tam, kiedy poko­na­łam dzie­lący nas dystans. Ten okrutny, głupi szcze­niak...

Moje pchnię­cie pra­wie nie robi na nim wra­że­nia. Pod tymi czer­wo­nymi skó­rami jest twardy jak skała. Wąskie wargi ukła­dają się w posępny uśmiech. Cofam się odru­chowo, gdy postę­puje krok w moją stronę.

- Napaść na War­dana?

Wyraź­nie czuję na twa­rzy jego oddech pach­nący mio­dem.

Zaska­ku­jąco mocno chwyta mnie za nad­garstki. Pró­buję go ode­pchnąć, wyśli­znąć się, ale bez powo­dze­nia.

Wyda­wał mi się wątlej­szy od pozo­sta­łych, lecz teraz dociera do mnie, że może to świad­czyć jedy­nie o sile tam­tych. Nie, nie jest słaby. Ani tro­chę. Wiję się w jego uści­sku i nic; jest sil­niej­szy.

Mam nadzieję, że tata nie sły­szy.

- Dość tego, Casvia­nie - dobiega głos zza moich ple­ców. Książę zbliża się do nas, pewny sie­bie i nie­wzru­szony jak głaz. Patrzy na nas chłodno, badaw­czo. - Wywo­łasz zamieszki.

Casvian nie zwal­nia uści­sku i nie odrywa ode mnie wzroku.

- Nie zwy­kłem wyba­czać obrazy, Dalco.

- Nie obra­zi­łam cię - odpa­ro­wuję.

Patrzy na mnie szy­der­czo.

- Dotknęła mnie.

Jego ton mówi mi, że to wystar­cza­jąca obraza.

Czuję suchość w ustach, zauwa­ża­jąc, z jakim nie­sma­kiem na mnie patrzy. Jest gotów zro­bić mi krzywdę, praw­dziwą krzywdę, nie roz­trzą­sa­jąc tego bar­dziej niż roz­prawy ze szczu­rem, który zna­la­złby drogę do jego domu. Nie dostrzega we mnie czło­wieka.

Dalca kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

- To roz­kaz.

Policzki Casviana nabie­gają krwią, a ręce jesz­cze moc­niej ści­skają moje nad­garstki. Krzy­wię się mimo­wol­nie, gdy ociera mi skórę.

Ponad moją głową trwa poje­dy­nek na spoj­rze­nia. Jesz­cze ni­gdy nie czu­łam się do tego stop­nia nie jak osoba, ale jak przed­miot. Nie ma zna­cze­nia, czego chcę, co robię, co mówię. Zna­czę nie­wiele wię­cej niż patyk mię­dzy dwoma wal­czą­cymi ze sobą pta­kami.

Casvian ustę­puje.

Cofam się, obej­mu­jąc ciało ramio­nami.

Odska­kuję odru­chowo, gdy Dalca klęka przede mną. Zgar­nia garść ziemi i wsy­puje z powro­tem do donicy.

- Zostaw - mówię. - Nie napra­wisz tego.

Spo­gląda na mnie i odpo­wiada z nie­za­chwianą pew­no­ścią:

- Wszystko da się napra­wić.

- Dalco... - syczy Casvian.

Książę bez pośpie­chu napeł­nia donice zie­mią i roz­dep­ta­nymi korze­niami sha­laj. Nie mam siły prze­ko­ny­wać go, że to bez sensu. Wszystko da się napra­wić? W jakim świe­cie on żyje?

- Są tu jesz­cze jakieś pokoje?

Dopiero gdy nasze spoj­rze­nia się spo­ty­kają, uświa­da­miam sobie, że mówi do mnie.

- Tylko to, co widać. Mały pokój tu, na pię­trze, łazienka i... no, jesz­cze pod­da­sze.

Mój pokój.

Wstaje i otrze­puje dło­nie.

- Pro­szę - mówi, wska­zu­jąc na górę.

Się­gam ponad jego ramie­niem do sznurka, któ­rym spusz­cza się dra­binę. Chwyta ją jedną ręką i się wspina. Casvian mija mnie i podąża za księ­ciem do mojego pokoju. Mojego sank­tu­arium.

Zostaję. Wiem, co zoba­czą. Cia­sną izdebkę o ścia­nach tak pochy­łych, że nawet w naj­wyż­szym punk­cie nie mogę się tam wypro­sto­wać, odkąd skoń­czy­łam dwa­na­ście lat. Na pod­ło­dze łóżko nakryte sta­rym kocem. Dwie doniczki zbie­rają desz­czówkę prze­cie­ka­jącą przez dziury w dachu, które od dawna zamie­rzam zała­tać. Jest tam też książka, zbiór bajek w roz­mię­kłej, wybla­kłej opra­wie, o stro­ni­cach pomarsz­czo­nych od wil­goci. Trzy­mam ją tylko dla­tego, że nikt nie chce jej kupić. Wystar­czy sekunda, żeby to wszystko ogar­nąć spoj­rze­niem.

Dalca scho­dzi pierw­szy. Zerka na mnie, potem na skrzynki, ale bez słowa idzie dalej, na schody. Casvian kro­czy za nim. Gniew­nym spoj­rze­niem odpro­wa­dzam jego per­fek­cyjne, lśniące włosy, aż znika mi z oczu.

Zostaję sama z kup­kami ziemi i wresz­cie odpusz­czam. Trzęsą mi się ręce. Wol­niutko nabie­ram powie­trza i nie prze­staję, nawet gdy moje płuca są pełne, aż wresz­cie czuję, że pierś gotowa mi eks­plo­do­wać. Dopiero gdy czuję ból i robi mi się ciemno przed oczami, pozwa­lam sobie na wydech.

Wra­cam i zatrzy­muję się na ostat­nim schodku aku­rat w chwili, gdy Dalca rzuca Ammie sztukę złota. Moneta prze­la­tuje mię­dzy jej gru­zło­wa­tymi pal­cami i z brzę­kiem spada na pod­łogę.

- Za fatygę - mówi książę.

Nie tylko ja wstrzy­muję oddech z wra­że­nia. Ten pie­niądz może nas wszyst­kich wyży­wić przez dłu­gie tygo­dnie.

To na pewno pułapka.

Dalca zwraca się teraz do pozo­sta­łych.

- Sto sztuk złota dla tego, kto nam powie, gdzie znaj­dziemy Alca­nara Vale'a. Wystar­czy zgło­sić się do dowol­nej straż­nicy, a my dopil­nu­jemy wypłaty nagrody. Ponadto, jeśli schwy­tamy poszu­ki­wa­nego, infor­ma­tor zosta­nie prze­nie­siony do trze­ciego kręgu.

I już. Pułapka zasta­wiona.

Powie­trze jest jak nała­do­wane elek­trycz­no­ścią; na poły się spo­dzie­wam, że ktoś od razu pospie­szy z dono­sem. Życie w trze­cim kręgu? Nie­któ­rzy sprze­da­liby wła­sną matkę za coś takiego. Teraz już rozu­miem. Ci trzej wcale nie muszą zna­leźć taty. Wystar­czy, że powtó­rzą swój manewr kilka razy, w każ­dym domu przy tej ulicy, a potem jesz­cze na rynku i w zaułku peł­nym bez­dom­nych. Wieść się roz­nie­sie, a tata prę­dzej czy póź­niej zosta­nie schwy­tany.

Książę zniża głos.

- Lecz jeśli schwy­tamy zbiega i okaże się, że go tu ukry­wa­li­ście albo poma­ga­li­ście mu w inny spo­sób, podzie­li­cie jego los.

Dalca nagle spo­gląda wprost na mnie. Sły­szę dud­nie­nie wła­snego pulsu. Czy on wie, jak wygląda tata? Dostrzegł podo­bień­stwo w moich oczach?

Wresz­cie zrywa kon­takt wzro­kowy, a potem szar­pie drzwi fron­towe i wycho­dzi. Pozo­stali podą­żają za nim na ulicę.

Oścież­nica wykrawa dla nas kan­cia­sty kawa­łek z pej­zażu Burzy. Czarna ściana jest jakby spo­koj­niej­sza; ciemne chmury zde­rzają się ze sobą w leni­wym tańcu. Nawet bły­ska­wice nie są już tak gwał­towne, choć wciąż wydo­by­wają z mroku zarysy ślepi, ogo­nów i szpo­nów. Dzi­kie potom­stwo Burzy wró­ciło do jej łona. Obser­wuje. Wycze­kuje.

Nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że głodne oczy bestii spo­glą­dają pro­sto na mnie, gdy zamy­kam drzwi. Przy­tu­lam czoło do wypa­czo­nego wil­go­cią drewna i z całych sił zaci­skam powieki.

Pod czaszką w ryt­mie pulsu koła­cze mi się jedna myśl.

To twoja wina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki