Burton & Swinburne (#1). W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka - Mark Hodder

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Mark Hodder COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Krzysztof Sokołowski, 2012

TYTUŁ ORYGINAŁU The Strange Affair of Spring Heeled Jack

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-603-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Jon Sullivan

REDAKCJA Ewa Białołęcka

KOREKTA Piotr Pawlik, Celina Nikolska

SKŁAD Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

* Rozdział 1 *

Po powrocie z Afryki

Każda kłoda, którą życie rzuca ci pod nogi, jest okazją. Obojętnie, jak trudną. Obojętnie, jak niepokojącą. Obojętnie, jak nieodgadnioną. Obojętnie, jak ją osądzasz. To okazja.

propaganda libertyńska

Mój Boże! Popełnił samobójstwo!

Sir Richard Burton zachwiał się i bezwładnie opadł na krzesło. Przekazana mu przez Arthura Finlaya notatka opadła na podłogę. Obecni na sali odwracali się, zajmowali miejsca, w skupieniu przyglądali paznokciom; wszystko było lepsze od widoku pogrążonego w bólu kolegi.

Stojąca na progu formalnej szatni, zasłonięta przez przymknięte drzwi, Isabel Arundell widziała, jak zwykle ciemne, płonące oczy kochanka rozszerzają się w szoku, samym spojrzeniem dając dowód nagłej bezradności. Widziała, jak gwałtownie porusza wargami niczym ktoś próbujący przeżuć i przełknąć coś z gruntu niejadalnego. Jakże pragnęła podbiec, stanąć przy jego boku, pocieszyć go, zapytać, co zaszło, co go zraniło, wyrwać notatkę z jego rąk, przeczytać ją, dowiedzieć się, kto popełnił samobójstwo... Jednak w tym dobranym towarzystwie takie zachowanie byłoby niestosowne, by już nie wspomnieć i o tym, że Richard poczułby się zawstydzony. Jako prawdziwy mężczyzna zawsze stąpał twardo po ziemi i zawsze radził sobie sam. W każdej, nawet najgorszej sytuacji. Tylko Isabel wiedziała, jaki jest wrażliwy. Nie dopuści, by dowiedzieli się o tym inni.

Wielu, przede wszystkim ci nazywający go Bandziorem Dickiem, uważało jego surową męską urodę za manifestację wewnętrznego ja. Uważali za niemożliwe, by Dick kiedykolwiek stracił pewność siebie, choć gdyby tu teraz byli, gdyby go widzieli, tak bardzo wstrząśniętego, zapewne przeleciałaby im przez głowę myśl, że nie jest jednak diabłem, którym czynią go zawadiackie wąsy i rozdzielona na dwa pasma broda.

Doprawdy, trudno przebić się przez tak imponującą zewnętrzną powłokę.

Komitet zaledwie przed chwilą zebrał się przy stole, ale widząc malujące się na twarzy Burtona cierpienie, sir Roderick Murchison, przewodniczący Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, podjął decyzję.

- Wnoszę o chwilę przerwy...

Burton wstał. Podniósł rękę w geście protestu.

- Panowie, proszę... - wyszeptał ochryple - kontynuujmy spotkanie. Zaplanowaną na dziś dyskusję będziemy musieli oczywiście odwołać, lecz jeśli dacie mi pół godziny, zapewne zdążę uporządkować notatki i wygłosić krótki odczyt o dolinie Indusu. Powinien zadowolić zebranych.

- Bardzo to uprzejme z twojej strony, sir Richardzie - powiedział jeden z członków komitetu, sir James Alexander - lecz przecież spadł na ciebie straszliwy cios. Jeśli wolisz...

- Poproszę o trzydzieści minut na przygotowanie. Ci ludzie zapłacili za bilety.

- Doskonale. Dziękuję.

Burton odwrócił się, niepewnym krokiem podszedł do drzwi, przekroczył próg, zamknął je za sobą. Stanął twarzą w twarz z Isabel. Chwiał się lekko.

Miał pięć stóp i jedenaście cali wzrostu. Osobiście nie potrafił odżałować cala dzielącego go od równych sześciu stóp, choć szerokie ramiona, wypukła pierś, szczupła, lecz muskularna sylwetka i nieukrywana charyzma w oczach nowo poznanych ludzi czyniły z niego giganta, nawet w porównaniu ze znacznie wyższymi mężczyznami. Krótkie, ciemne włosy zaczesywał do tyłu. Smagła, ogorzała twarz o regularnych rysach upodabniała go do Araba, a podobieństwo to dodatkowo podkreślały ostre kości policzkowe, obie zniekształcone bliznami. Ta po prawej była niewielka, ale ta po lewej, długa, głęboka, szarpana, sięgała niemal dolnej powieki. Tak wyglądały rany wlotowa i wylotowa, pamiątki somalijskiej włóczni. Przebiła mu twarz na wylot podczas nieszczęsnej wyprawy do Berbery w Rogu Afryki1.

1 Inna nazwa Półwyspu Somalijskiego (przyp. tłum.).

Dla Isabel blizny te świadczyły o duchu awanturniczym i nieustraszonym. Burton był jej mężczyzną idealnym, szalonym, namiętnym, romantycznym, różniącym się pod każdym względem od statecznych, chłodnych figur zaludniających świat londyńskich wyższych sfer. Rodzice uważali go za nieodpowiedniego, ale Isabel wiedziała, że dla niej nie istnieje nikt inny.

Zrobił jeden chwiejny krok i padł jej w ramiona.

- Co tak tobą wstrząsnęło, Dick? - westchnęła dziewczyna, kładąc mu dłonie na ramionach. - Co się stało?

- John się postrzelił.

- Nie! Czy żyje?

Burton cofnął się, otarł oczy rękawem.

- Jeszcze żyje. Ale strzelił sobie w głowę. Isabel, mam odczyt do przygotowania. Wolno mi oczekiwać, że dowiesz się, dokąd go zabrali? Muszę się z nim zobaczyć. Muszę doprowadzić do pokoju między nim a...

- Oczywiście, kochany. Oczywiście. Niezwłocznie spróbuję się czegoś dowiedzieć. Ale... czy rzeczywiście musisz przemawiać? Nikt nie miałby ci za złe, gdybyś zrezygnował.

- A jednak wystąpię. Spotkamy się później, w hotelu.

- Doskonale.

Pocałowała go w policzek i odeszła. Przeszła kilka kroków po eleganckiej, marmurowej posadzce korytarza, obejrzała się jeszcze raz i znikła za drzwiami audytorium. Otworzyła je tylko na krótką chwilę, lecz Burton usłyszał dobiegające z sali pomruki niezadowolenia, a nawet buczenie. Publiczność czekała zbyt długo. Czuła krew. Pragnęła zobaczyć, jak upokarza i poniża człowieka, będącego mu niegdyś bratem: Johna Hanninga Speke'a.

- Zapowiem pana - odezwał się cichy głos za jego plecami. Odwrócił się. Murchison opuścił swych kolegów z komitetu, a teraz stał tuż za nim. Na czole przewodniczącego perlił się pot. Jego i tak wąska twarz wydawała się mizerniejsza niż zazwyczaj, była też bardzo blada.

- Czy to... czy to moja wina, sir Rodericku? - spytał Burton cichym, schrypniętym głosem.

Murchison zmarszczył brwi.

- Czy to twoja wina, że stosujesz rygorystyczne kryteria, a John Speke przedstawił Towarzystwu obliczenia, z których wynika, że na długości dziewięćdziesięciu mil Nil płynie pod górę? Czy to twoja wina, że jesteś erudytą i doświadczonym dyskutantem, a John Speke nie potrafi sklecić jednego zdania? Czy to twoja wina, że szelmy umiały zmanipulować go i obrócić przeciwko tobie? Nie, Richardzie, to nie twoja wina.

Burton zastanawiał się przez chwilę.

- Tak o nim mówisz - przerwał milczenie - lecz przecież to jego poparłeś. Sfinansowałeś mu drugą ekspedycję, a mnie odmówiłeś pomocy.

- Ponieważ ma rację. Mimo niedokładnych pomiarów, mimo iż tylko przypuszcza, bawi się w zgadywanki, komitet uważa za bardzo prawdopodobne, że Nil rzeczywiście wypływa z odkrytego przez niego jeziora. Prosta prawda, Richardzie, wygląda tak: jemu się udało, a tobie, bardzo mi z tego powodu przykro, nie. Nigdy nie lubiłem tego człowieka, niech Bóg ma w opiece jego biedną duszę, ale szczęście sprzyjało jemu, nie tobie.

Murchison zmuszony był odsunąć się na bok, bowiem członkowie komitetu wychodzili właśnie rzędem z formalnej szatni i szli korytarzem do sali wykładowej.

- Bardzo mi przykro, Richardzie. Muszę już iść - z tymi słowy dołączył do towarzystwa.

- Zaczekaj! - Burton poszedł za nim. - Powinienem być z wami.

- To nie jest konieczne.

- Jest.

- Dobrze. A więc chodź.

Znaleźli się w zatłoczonym audytorium. Weszli na scenę przy kpiących wiwatach tłumu. Za mównicą stał pułkownik William Sykes, mający prowadzić debatę. Sprawiając wrażenie niezbyt szczęśliwego, próbował jakoś uciszyć co hałaśliwszych spośród chmary słuchaczy, przede wszystkim dziennikarzy - na czele z wyróżniającym się z gromady tajemniczym młodym Amerykaninem, Henrym Mortonem Stanleyem - robiących wszystko, by nadać wydarzeniu rangę skandalu wartego opisania. Za nim siedział doktor Livingstone, najwyraźniej wściekły. Clement Markham, również obecny na scenie, nerwowo obgryzał paznokcie. Burton opadł na krzesło obok niego, wyjął z kieszeni mały notatnik oraz ołówek i zaczął pisać.

Swe miejsca zajęli sir James Alexander, Arthur Finlay i inni geografowie. Tłum pohukiwał i kpił.

- No, wreszcie! Zabłądziliście? - spytał jakiś dowcipniś. Jego błazeństwo powitał ryk zachwytu.

Murchison powiedział coś Sykesowi do ucha. Pułkownik skinął głową, cofnął się i usiadł.

Przewodniczący podszedł do mównicy, zastukał w nią kostkami palców. Kamiennym spojrzeniem zmierzył obrócone ku niemu twarze. Odczekał, aż zapadła cisza, z rzadka przerywana nerwowym pokasływaniem.

- Spotkanie uległo opóźnieniu, za co jestem winien przeprosiny - przemówił sir Roderick Murchison. - Lecz gdy wyjawię przyczynę, jestem pewien, że zostanie nam to wybaczone. Wszystkimi... członkami komitetu... wstrząsnęła wieść o wielkim nieszczęściu... - Przerwał, odchrząknął, odzyskał panowanie nad sobą. - Nieszczęściu, które spotkało porucznika Speke'a. Z głębokim żalem informuję, że nieszczęście to z pewnością pozbawi porucznika życia.

Rozległy się okrzyki żalu i konsternacji. Murchison wyciągnął rękę.

- Proszę! Bardzo proszę!

Audytorium cichło powoli.

- W tej chwili wiemy tylko to, co brat porucznika Speke'a napisał w liście dostarczonym nam niedawno przez posłańca. Wczoraj wieczorem porucznik dołączył do polowania w posiadłości Fullera niedaleko Neston Park. O godzinie czwartej po południu, gdy przechodził przez murek ogradzający pole, jego strzelba wypaliła, poważnie raniąc go w głowę.

- Zastrzelił się?! - krzyknął ktoś zajmujący miejsce w głębi sali.

- Czy zastrzelił się celowo?

- Nic o tym nie świadczy.

- Kapitanie Burton! - Był to inny, lecz równie donośny głos. - Czy to pan pociągnął za spust?

- Jak pan śmie! - Murchinson także podniósł głos. - Cóż za niesprawiedliwe oskarżenie. Nie dopuszczę...

Posypały się pytania, większość z nich skierowana do Burtona.

Słynny badacz wyrwał kartkę z notatnika. Podał ją Clementowi Markhamowi, pochylił się i wyszeptał mu coś do ucha. Markham zerknął na notatkę, wstał, podszedł do Murchisona, powiedział coś cicho. Murchison skinął głową.

- Panie i panowie - oznajmił - przybyliście do siedziby Zgromadzenia Ogólnego Bath, by wysłuchać dyskusji kapitana sir Richarda Burtona i porucznika Speke'a dotyczącej kwestii źródeł Nilu. Oczywiście rozumiem, że chcecie, by sir Richard wypowiedział się na temat owego strasznego wypadku, którego ofiarą padł jego kolega, ale rozumiecie przecież, że wypadek ten wstrząsnął nim i że w tej chwili nie ma ochoty rozmawiać na ten temat. Jednakże przygotował krótkie oświadczenie, które odczyta państwu pan Clement Markham.

Zszedł z mównicy. Jego miejsce zajął Markham. Zaczął czytać równym, cichym głosem:

- "Mężczyzna, którego nazywałem bratem, został bardzo ciężko ranny. Po jego powrocie z Afryki podzieliły nas powszechnie znane różnice opinii. Czuję się tym bardziej zobowiązany do publicznego wyrażenia mojego szczerego podziwu dla jego siły charakteru i żądzy przygód oraz wstrząsu spowodowanego tym, co go spotkało. Jakiejkolwiek wiary jesteście, proszę, byście się za niego modlili".

Markham wrócił na miejsce. Na sali panowała absolutna cisza.

- Ogłaszam trzydziestominutową przerwę - oznajmił Murchison. - Następnie sir Richard wygłosi odczyt o dolinie Indusu. Jednocześnie ośmielam się zwrócić do państwa z ogromną prośbą o zachowanie cierpliwości, podczas gdy my dokonamy zmian w porządku dnia. Dziękuję.

Wyprowadził z sali małą grupkę badaczy i geografów. Przez chwilę cicho rozmawiał z Burtonem, po czym skierował się z powrotem do formalnej szatni.

Sir Richard Francis Burton, niezdolny myśleć, z mocno bijącym sercem, poszedł w przeciwnym kierunku. Wszedł do jednej z sal bibliotecznych, pustej - Bogu niech będą dzięki. Zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie i zapłakał.

- Proszę o wybaczenie. Nie jestem w stanie kontynuować.

Słowa te zostały wypowiedziane niemal niesłyszalnym szeptem.

Przemawiał przez dwadzieścia minut, nie wiedząc, co mówi. Cichym drżącym głosem odczytywał fragmenty swego dziennika. Mówił coraz wolniej, aż wreszcie przerwał w pół zdania. Podniósł wzrok. Setka par oczu wpatrywała się w niego, a w każdej z nich malowała się wielka litość.

Odetchnął głęboko.

- Proszę o wybaczenie - powtórzył głośniej. - Dziś debata się nie odbędzie.

Odwrócił się plecami do zebranych, nie słuchał wykrzykiwanych pytań i grzecznych braw. Zszedł z podwyższenia. Przecisnął się między Finlayem i Livingstone'em i prawie wybiegł do westybulu. Poprosił szatniarza o płaszcz, cylinder i laskę, odebrał je, przemknął do drzwi, zszedł po schodach na ulicę.

Niedawno minęło południe. Po niebie płynęły ciężkie chmury; okres ładnej pogody kończył się, temperatura spadała.

Machnięciem ręki zatrzymał dorożkę.

- Dokąd? - spytał dorożkarz.

- Royal Hotel.

- Doskonale. Wskakuj pan.

Burton usiadł na drewnianej ławce. Na podłodze walały się niedopałki cygar. Drewniane koła hałaśliwie potoczyły się po bruku, ale on, odrętwiały, nie zwracał jednak uwagi ani na to, ani na otoczenie. Próbował przypomnieć sobie Speke'a z przeszłości, z czasów gdy młody porucznik był cenionym towarzyszem, a nie zgorzkniałym przeciwnikiem, lecz pamięć zbuntowała się i podsunęła mu wspomnienie sprzed sześciu lat. Wspomnienie wydarzenia, które legło u korzeni ich wrogości: ataku w Berberze.

Berbera, wysunięty najbardziej na zachód przylądek Afryki, 19 kwietnia 1855 roku. Przez kilka ostatnich dni na horyzoncie zbierały się już burzowe chmury. Powietrze było ciężkie, wilgotne.

Wyprawa porucznika Burtona rozbiła obóz na skalistej grani, jakieś trzy czwarte mili od miasta, niedaleko plaży. Namiot porucznika Stroyana stał dwanaście jardów od wąskiego namiociku na dwóch słupkach typu rowtie, który Burton dzielił z porucznikiem Herne'em. Porucznik Speke miał swój w podobnej odległości, ale po przeciwnej stronie, oddzielony od reszty stosem zapasów i wyposażenia ekspedycji, otulonym brezentową płachtą. Nieco dalej stało pięćdziesiąt sześć spętanych wielbłądów, pięć koni i dwa muły. Oprócz czterech Anglików w wyprawie uczestniczyło jeszcze trzydziestu ośmiu mężczyzn: abbanów - przewodników, strażników, służących i poganiaczy wielbłądów. Wszyscy byli uzbrojeni.

Monsun nadciągał wielkimi krokami, więc w ostatnim tygodniu Berbera niemal całkowicie się wyludniła. Do ostatniej chwili zwlekała jedna arabska karawana, ale Burton odmówił udzielenia jej ochrony, wybierając oczekiwanie na statek dostawczy, który lada chwila miał przypłynąć z Adenu, więc w końcu i Arabowie odeszli.

Nastała cisza i spokój.

Zbliżała się noc. Burton wyznaczył trzech dodatkowych wartowników, bowiem somalijskie plemiona z wybrzeża od kilku dni groziły atakiem. Ich członkowie obawiali się, że Brytyjczycy albo położą kres lukratywnemu handlowi niewolnikami, albo przejmą niewielką miejscową faktorię.

O wpół do trzeciej nad ranem Burtona obudziły krzyki i strzały. Otworzył oczy. Przez płócienny dach namiotu widział drżące, pomarańczowe światło.

Usiadł.

Do środka wpadł El Balyuz, główny abban.

- Atakują! - krzyknął. Na jego twarzy gościła niepewność, jakby nie potrafił uwierzyć we własne słowa. - Twoja broń, effendi. - Podał Burtonowi pistolet.

Badacz odrzucił koc, wstał. Położył pistolet na stoliku na mapy, wciągnął spodnie, przerzucił szelki przez ramiona, chwycił broń.

- Tylko udają, łotry. - Uśmiechnął się do Herne'a, który, także przebudzony, ubrał się pospiesznie i chwycił colta. - Chcą się pokazać, ale nie wolno dopuścić, żeby stali się zbyt pewni siebie. Wyjdź od tyłu, z przeciwnej strony niż ognisko. Spróbuj ocenić ich siły. Jeśli uznasz to za konieczne, strzel im parę razy nad głowami. Zaraz, dranie, dadzą nam święty spokój.

- Święta racja. - Porucznik prześlizgnął się pod płótnem rowtie i znikł.

Burton sprawdził swój rewolwer.

- Na litość boską, Balyuz, po co mi nienaładowana broń? Daj szablę.

Schował colta za pas spodni, chwycił podaną przez Araba szablę.

- Speke! - krzyknął. - Stroyan!

Niemal w tej samej chwili uchyliła się klapa namiotu. Do środka wpadł Speke - wysoki, chudy, blady mężczyzna o wodnistych oczach, jasnych kasztanowatych włosach i długiej, gęstej brodzie. Zazwyczaj spokojny, sprawiający nawet wrażenie zakłopotanego, w tej chwili oczy miał wręcz dzikie.

- Zawalili mi namiot na głowę! Omal nie oberwałem! Dojdzie do walki?

- Powinniśmy jednak założyć, że tak. - Burton przyznał wreszcie sam przed sobą, że sytuacja może być poważniejsza, niż to początkowo zakładał. - Bądź czujny i uzbrój się do obrony obozu.

Przez kilka chwil obaj czekali, nasłuchując dobiegających z zewnątrz odgłosów bieganiny.

Za plecami usłyszeli głos Herne'a, który wrócił z rekonesansu.

- Dużo ich, łotrów. Tylu, że nasi strażnicy, zaskoczeni, wzięli nogi za pas. Oddałem kilka strzałów w tłum, ale prawie od razu zaplątałem się w linki namiotowe. Duży Somalijczyk zamachnął się na mnie cholernie wielką pałą. Wsadziłem mu kulę, sukinsynowi. Stroyan jest albo nieprzytomny, albo załatwiony na amen. Nie wiem, nie mogłem się do niego zbliżyć.

Coś uderzyło w płótno namiotu, raz, potem drugi. I następny, pojedyncze uderzenia zlały się w ciągły werbel z towarzyszeniem bojowych okrzyków. Atakował ich, rzec można, rój szerszeni. Przez otwarte wejście poleciały oszczepy, sztylety cięły płótno.

- Bismillah! - zakrzyknął z pasją Burton, jakby to było przekleństwo. - Musimy wywalczyć sobie drogę do zapasów, tam jest więcej broni. Herne, do słupka z tyłu przywiązane są włócznie. Przynieś je.

- Tak jest! - Porucznik pobiegł na tył namiotu, ale wrócił jeszcze szybciej, krzycząc: - Przecinają płótno!

Burton zaklął jeszcze raz, znacznie gorzej.

- Jeśli ta przeklęta konstrukcja zwali się nam na głowy, mają nas. Jesteśmy ugotowani. Chodźcie! Wynośmy się stąd! Teraz!

Odsunął płócienną klapę. Wyskoczył w ciemność... i stanął twarzą w twarz z mniej więcej dwudziestoma krajowcami, Somalijczykami. Inni biegali po obozie, kradli wielbłądy, plądrowali zapasy. Krzyknął, przyskoczył do napastników, zaatakował.

Czy to porucznik Stroyan leżał tam, w plamie cienia? Nie sposób było powiedzieć na pewno. Burton torował sobie drogę szablą, krzywiąc się przeraźliwie, bo pałki i włócznie sięgały jego ciała, czuł płynącą z ran krew.

Obejrzał się, by sprawdzić, jak radzą sobie inni. Speke cofnął się do namiotu; usta miał otwarte, w oczach panikę.

- Ani kroku wstecz! - wrzasnął. - Pomyślą, że uciekamy!

Speke spojrzał na niego przerażonym wzrokiem i tak, w ogniu bitwy, ich przyjaźń dobiegła kresu, bowiem John Hanning Speke zrozumiał, że nie może już dłużej ukrywać tchórzostwa.

Pałka trafiła Burtona w ramię, rozpraszając jego uwagę; odwrócił się, wzniósł szablę do uderzenia. Popchnięto go, najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Ktoś szarpnął go do tyłu, więc wykonał błyskawiczny zwrot, jednocześnie wznosząc ostrze. W ostatniej chwili rozpoznał El Balyuza.

Zamarł z uniesioną ręką.

Głowa wybuchła mu nagłym, strasznym bólem.

Jakiś ciężar przechylił go na bok. Burton padł na kamienistą ziemię.

Oszołomiony, sięgnął do twarzy. Oszczep przeszedł przez nią na wylot. Ostrze wyposażone w zadziory wniknęło przez lewy policzek i wyszło prawym, wybijając część trzonowych zębów, przecinając język i krusząc podniebienie.

Z wielkim wysiłkiem próbował zachować przytomność.

Poczuł, że ktoś wyciąga go z pola walki.

Zemdlał.

Przed namiotem Speke, doprowadzony do furii nieoczekiwanym ujawnieniem wstydliwej cechy swego charakteru, wkroczył do boju, uniósł rewolwer Dean and Adams, przyłożył lufę do piersi Somalijczyka, który pokonał jego przyjaciela i ściągnął spust.

Broń się zacięła.

- O do diabła! - zaklął.

Dzikus, prawdziwy, potężnie zbudowany wojownik, spojrzał na niego z góry, uśmiechnął się i uderzył go w serce. Speke upadł na kolana, walcząc o oddech. Somalijczyk pochylił się, chwycił go za włosy, jedną ręką odchylił mu głowę, a drugą wsunął między jego nogi. Przez jedną straszną chwilę Anglik był pewien, że zamierza pozbawić go męskości, ale nie, on tylko szukał ukrytych arabskim sposobem sztyletów.

Speke'a rzucono na plecy. Błyskawicznie skrępowano mu ręce, zaciskając więzy okrutnie mocno, po czym, brutalnie poderwany na równe nogi, wyprowadzony został z obozu, plądrowanego teraz i niszczonego.

Porucznik Burton oprzytomniał ciągnięty przez El Balyuza na plażę. Czuł się na tyle dobrze, że zdołał zatrzymać swego zbawcę i polecić mu gestami i wypisanymi na spłachetku piasku słowami by przyprowadził łódkę, którą grupa badaczy wyciągnęła na brzeg w porcie, do ujścia pobliskiego strumienia.

El Balyuz skinął głową i pobiegł spełnić rozkaz.

Burton leżał na wznak, wpatrzony w Mleczną Drogę. Myślał: "Chcę żyć!".

Minęła minuta, może więcej, ale niewiele. Podniósł dłoń do twarzy, dotknął karbowanego ostrza oszczepu. Był tylko jeden sposób usunięcia go z rany: przesunięcie drzewca przez oba policzki i usta. Chwycił je, pchnął i znów stracił przytomność.

Noc mijała powoli. Zwycięzcy nieprzerwanie drwili z Johna Speke'a, obrażali go, opluwali. Wymachiwali szablami zaledwie cale od jego twarzy. Speke znosił to, stojąc nieruchomo z przymkniętymi oczami i zaciśniętymi ustami. Spodziewał się śmierci, myślał tylko o tym, jak Burton przedstawi ten incydent w swym raporcie.

"Ani kroku wstecz! Pomyślą, że uciekamy".

Te słowa bolały. Jeśli zostaną zapisane w tym brzmieniu, pomniejszą go jako człowieka. Niech diabli wezmą aroganckiego szubrawca!

Jeden z Somalijczyków od niechcenia przebił mu włócznią bok. Speke krzyknął z bólu. Drugi cios, wymierzony w ramię, rzucił go na ziemię. Porucznik padł na wznak.

"To już koniec" - pomyślał.

Z trudem dźwignął się na nogi. Związanymi dłońmi sparował uderzenie wymierzone w serce. Ostrze rozdarło mu wierzch jednej z nich, przy palcach, aż do kości.

Napastnik odstąpił o krok. Speke wyprostował się, spojrzał mu w oczy.

- Idź do diabła - powiedział. - Nie umrę na kolanach.

Somalijczyk przyskoczył, znów uderzył włócznią, tym razem w lewe udo. Porucznik czuł, jak ostrze ociera mu się o kość.

- Do diabła - wychrypiał w szoku, instynktownie chwytając za drzewce. Walczył z Afrykaninem o broń, on chciał ją wyrwać, jego przeciwnik - odzyskać. Somalijczyk puścił włócznię i lewą ręką sięgnął za pas po tkwiący tam kij. Uderzył Speke'a w prawe ramię. Rozległ się przerażający trzask. Anglik padł na kolana, jęcząc w strasznym bólu.

Somalijczyk oddalił się od niego o kilka kroków, zawrócił, pobiegł. Przebił przeciwnikowi prawe udo. Na wylot, ostrze włóczni utkwiło w ziemi.

Speke krzyknął przeraźliwie. Instynkt zwyciężył świadomość.

Mózg miał przedziwnie oderwany od ciała. Obserwował własne dłonie wyrywające włócznię z ziemi i z rany, odrzucające ją na bok. Bardziej zatoczył się, niż zaatakował przeciwnika. Związanymi dłońmi trafił go prosto w twarz. Wojownik zachwiał się, uniósł ręce. Krew tryskała mu z nosa.

Speke zaczął uciekać, na pół idąc, na pół podskakując. Jego obojętny mózg podsuwał mu pytanie, jakim cudem nadal trzyma się na nogach, przecież jest ciężko ranny. "Dlaczego nie czuję bólu?" - zadawał sobie pytanie nieświadomy, że ciało mu płonie cierpieniem.

Kuśtykał, bosy, po ostrych kamieniach. Zszedł zboczem wzgórza na niemal równie kamienistą plażę. Jakimś cudem udało mu się pobiec, powiewając ocalałymi resztkami ubrania. Somalijczyk podniósł włócznię, podbiegł, rzucił nią, lecz nie trafił. Zrezygnował z pogoni. Jego krajanie próbowali dopędzić Anglika, ale udało mu się tego uniknąć. Nadal biegł. Dystans między nim a pościgiem zaczął się powiększać, a gdy Speke przekonał się, że Somalijczycy zaniechali pościgu, padł na kamienie i zaczął przegryzać więzy na rękach. Osłabł z szoku i upływu krwi, lecz wiedział, że musi znaleźć towarzyszy, więc ze wschodem słońca poszedł przed siebie i szedł tak, póki nie dotarł do Berbery. Tam znalazła go grupa poszukiwawcza prowadzona przez porucznika Herne'a. Zaniesiono go do czekającej przy ujściu strumyka łodzi. Przebiegł trzy mile. W jego ciele naliczono jedenaście ran, w tym dwie uszkadzające wielkie mięśnie ud.

Posadzono go w łodzi. Podniósł głowę, spojrzał na człowieka siedzącego naprzeciw niego. Człowiekiem tym był Burton. Twarz miał obandażowaną, na białym lnie, na wysokości policzków, widać było dwie czerwone plamy.

Ich oczy się spotkały.

- Nie jestem cholernym tchórzem - wyszeptał Speke.

Bitwa ta powinna uczynić ich braćmi. Obaj zachowywali się tak, jakby ich nimi uczyniła. Niespełna dwa lata później wyruszyli wspólnie na jedną z największych wypraw badawczych w historii Wielkiej Brytanii: najeżoną niebezpieczeństwami, wiodącą do Afryki Środkowej, podjętą w celu znalezienia źródeł Nilu. Ramię przy ramieniu znosili warunki życia nie do zniesienia, deptali ziemię, na której nie postała wcześniej stopa białego człowieka, docierali do granicy, za którą rozciągało się królestwo śmierci. Infekcja czasowo sparaliżowała i oślepiła Burtona, Speke na zawsze stracił słuch w jednym uchu, gdy próbował scyzorykiem wyciągnąć z niego owada. Obaj odcierpieli malarię, dyzenterię i obezwładniające wrzody.

Szli naprzód.

A w Speke'u uraza aż wrzała.

Speke stworzył własną historię bitwy pod Berberą, wycinając z niej najważniejszy element: oto ciśnięty przez atakujących kamień trafił go w kolano, powodując, że cofnął się o krok bliżej rowtie. Burton obejrzał się dokładnie w tej chwili, widział kamień odbijający się od kolana Speke'a, doskonale rozumiał jego instynktowną reakcję. Ani na chwilę nie zwątpił w odwagę towarzysza, co dla Speke'a nie było żadną tajemnicą. Po prostu wolał o tym fakcie zapomnieć. Wiedział już, że historia jest tym, czym ją uczynisz.

Dotarli do krainy jezior. Burton zbadał jedno z nich, leżące na południe od Gór Księżycowych - wielkie, nazywane przez miejscowe szczepy Tanganyika. Zgromadzone przez niego dane geograficzne wydawały się sugerować, że być może wypływa z niego Nil, choć on sam, ciężko chory, nie był w stanie osobiście zbadać najbardziej na północ wysuniętego brzegu, a to tam winna narodzić się wielka rzeka.

Speke, pozostawiwszy "brata" w szponach wywołanego gorączką delirium, powędrował w kierunku północno-wschodnim. Trafił na brzeg ogromnego jeziora, które z imperialnym rozmachem nazwał imieniem brytyjskiego władcy, choć plemiona tu zamieszkujące nadały mu już własną nazwę - Nyanza. Próbował je okrążyć, stracił z oczu, powrócił nad wodę dalej na północy... a może były to już inne wody...? Dokonał częściowych, nieudolnych pomiarów, a po powrocie poinformował Burtona, dowódcę wyprawy, że samodzielnie, bez cienia wątpliwości, odkrył źródła Nilu.

Odzyskawszy zdrowie na tyle przynajmniej, by móc ruszyć w drogę, po długiej wędrówce badacze powrócili do Zanzibaru. Burton popadł tam w skrajne przygnębienie, obwiniając się o to, że zebrane materiały, oceniane według jego najwyższych standardów, nie były jednoznaczne i decydujące. John Speke, nie przywiązujący wielkiego znaczenia do dowodów naukowych, niemający aż takich skrupułów, mniej zdyscyplinowany, wrócił do Anglii przed Burtonem. Po drodze uległ wpływom mężczyzny, nazwiskiem Laurence Oliphant, arcyintryganta, człowieka niezwykle wścibskiego, pozera trzymającego panterę śnieżną jako domowe zwierzę. Oliphant umiejętnie podsycał jego urazy, aż przekształciły się w autentyczną złą wolę, po czym skusił go do zagarnięcia całej chwały dla siebie. Nie miało znaczenia, że była to wyprawa tego drugiego, on, Speke, rozwiązał największą geograficzną zagadkę wieku!

Jego ostatnie wypowiedziane do Burtona słowa brzmiały: "Do zobaczenia, przyjacielu. Możesz być pewien, że nie skontaktuję się z Królewskim Towarzystwem Geograficznym, nim nie przybędziesz, by zająć godne ciebie miejsce, i nie wystąpimy razem. O to możesz się nie martwić".

Wprost po zejściu z pokładu statku w Anglii Speke udał się do Towarzystwa Geograficznego. Oznajmił sir Roderickowi Murchisonowi, że tajemnica Nilu przestała być tajemnicą.

Członkowie Towarzystwa podzielili się w opiniach. Część wspierała Burtona, część Speke'a. Intryganci dopilnowali, by to, co powinno być dyskusją naukową, zdegenerowało się do osobistej waśni, choć Burton, odzyskujący wówczas zdrowie w Adenie, niemal nie był świadomy tego, co się dzieje.

Łatwo poddający się wpływom Speke stał się przesadnie pewny siebie. Zaczął krytykować charakter Burtona; niebezpieczny ruch człowieka wierzącego, że przeciwnik był świadkiem jego tchórzostwa.

Do Burtona dotarła informacja, że ma otrzymać tytuł szlachecki, więc powinien wrócić do Anglii. Zastosował się do otrzymanej rady. Wyszedł na brzeg po to, by znaleźć się w oku cyklonu. Przedstawiciel rzadko ukazującego się publicznie władcy położył mu ostrze miecza na ramionach, nazwał sir Richardem Francisem Burtonem, a sławny badacz myślał wówczas o Johnie Speke'u. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego zachowuje się w ten sposób, dlaczego jest tak agresywny. Przez kilka następnych tygodni tylko się bronił, nie ulegał pokusie zemsty.

Życie bywa kapryśne, nie zawsze zwycięża ten, kto ma rację.

Jednocześnie stopniowo stawało się jasne, że porucznik Speke zgadywał wprawdzie, lecz miał szczęście: najprawdopodobniej to właśnie Nyanza była źródłem Nilu.

Murchison wiedział, czego Burton nie omieszkał mu wytknąć, że obserwacje i obliczenia Speke'a są niedokładne, a w dodatku pełne prostych błędów. Można je wręcz było nazwać amatorskimi, nie do przyjęcia w świecie nauki. Mimo to było w nich ziarno potencjalnej prawdy. To wystarczyło. Stowarzyszenie sfinansowało drugą ekspedycję.

John Speke wrócił do Afryki, tym razem w towarzystwie młodego, lojalnego, wolnego od uprzedzeń żołnierza, Jamesa Granta. Zbadał Nyanzę, nie zdołał jej okrążyć, nie znalazł miejsca, z którego miał wypływać Nil, nie wykonał dokładnych pomiarów, a do Anglii przypłynął zbrojny wyłącznie w hipotezy, które Burton obalał jedną po drugiej z właściwą sobie żelazną logiką.

Starcie twarzą w twarz wydawało się nieuniknione.

Organizację debaty wziął na siebie zachwycony obrotem spraw Oliphant, który zdołał tymczasem tajemniczo zniknąć z ludzkich oczu; plotki głosiły, że ukrył się w jaskini opium. Ale nie przestał pociągać za sznurki niczym niewidzialny lalkarz. To on wybrał miejsce spotkania, siedzibę Zgromadzenia Ogólnego Bath i czas, 16 września 1861 roku. Sprowokował Burtona do udziału w nim, oznajmiając publicznie, że Speke powiedział: "Jeśli Burton nie wejdzie na mównicę w Bath, to go skopię".

Burton dał się sprowokować.

- To załatwia sprawę. Na Boga, powinien mnie skopać.

Dorożka zatrzymała się przed Royal Hotel, Burton wrócił myślami z krainy przeszłości. Wysiadł, przysięgając sobie jedno: pewnego dnia Laurence Oliphant zapłaci za to, do czego doprowadził.

Wszedł do hotelu. Recepcjonista zasygnalizował, że czeka na niego wiadomość.

Od Isabel. Przeczytał ją natychmiast.

"Johna zabrano do Londynu. Jadę do Fullerów dowiedzieć się, gdzie dokładnie".

Burton zacisnął zęby. Głupia kobieta! Naprawdę sądzi, że rodzina Speke'a powita ją z otwartymi ramionami? Że radośnie poinformuje o jego stanie i miejscu pobytu? Bardzo kochał Isabel, owszem, ale jej niecierpliwość, połączona z zadziwiającą niedelikatnością, niezmiennie doprowadzała go do szału. Była jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, zmierzający do celu najprostszą drogą, lekceważący wszystkie zagradzające ją przeszkody. Wszystko, co robiła, uważała za dobre zawsze, bez względu na to, co mogli sobie pomyśleć inni.

Odpowiedział krótko i zwięźle:

"Wyjeżdżam do Londynu. Spakuj się, zapłać, jedź za mną".

Wręczył kartkę recepcjoniście.

- Proszę przekazać wiadomość pannie Arundell, gdy tylko wróci. Macie rozkład Bradshawa?

- Kolej tradycyjna czy atmosferyczna, proszę pana?

- Atmosferyczna.

- Tak jest.

Wręczono mu rozkład jazdy. Najbliższy pociąg atmosferyczny odjeżdżał za pięćdziesiąt minut. Miał akurat tyle czasu, by wrzucić do walizki to, co najpotrzebniejsze, i pojechać na stację.