Bursztynowy Prałat - Jerzy Danilewicz

-
Proszę czekać

 

Wstęp

Miłość

Sam opracował scenariusz. Dzięki temu wszystko przebiega sprawnie i bez wpadek. Nagłośnienie działa jak należy, kamery już pracują. Odprężony siedzi w fotelu i przyjmuje życzenia od gości. Po ich wysłuchaniu unosi się, by osobiście podziękować. Jedni mogą liczyć na serdeczny pocałunek, inni tylko na uścisk dłoni. Za każdym razem, gdy opada na siedzenie, przyboczni łapią tył sutanny i wyćwiczonym ruchem podrzucają do góry. Niczym spadochron ląduje łagodnie za oparcie

18 czerwca 1989 roku czynność tę muszą powtórzyć wiele razy. Dzień będzie długi, a wymięte szaty są dla scenarzysty nie do przyjęcia. To jak dodatkowy, ósmy grzech główny.

W kościele św. Brygidy ksiądz kanonik Henryk Jankowski celebruje jubileusz dwudziestopięciolecia kapłaństwa.

- Czcigodny księże jubilacie. Kiedy po trudach wielu lat zdobyłeś światła zdrój, wyszłeś jak anioł w ciemny świat, oświecić żywot swój... - Komunijne dzieci składają życzenia wierszykiem. - Za tobą my pójdziemy w dal, i nasze pójdą sny, za tobą pójdzie serca żal, dziecięce pójdą łzy.

Rozanielony kapłan głaszcze uczniów po główkach. Uwielbia dzieci i młodzież. Zwłaszcza młodzieńców. Przy nich sam czuje się młodszy. Nie nudzą, można się z nimi podroczyć, opowiedzieć męski dowcip.

Do tronu przystępują licealiści, potem kwiaty wręczają studenci. Po nich członkowie Rady Naczelnej Fundacji Towarzystwa Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Kombatanci:

- Jesteś ucieleśnieniem najlepszych tradycji niepodległościowych i narodowych!

Gdy głos zabierze przedstawiciel tymczasowego zarządu regionu Solidarności, jubilat dyskretnie zerknie na złoty zegarek. W sopockim Grand Hotelu już czekają z przyjęciem.

W imieniu prasy występuje redaktor Krzysztof Śliwiński z "Gazety Wyborczej", która właśnie pojawiła się na rynku. Przybyli, wybrani dwa tygodnie wcześniej, pierwsi w historii posłowie i senatorowie z Solidarności. W kościele są także robotnicy ze Stoczni Gdańskiej. Od niedawna zauroczeni panią Basią z Ameryki. Zdarzył się bowiem cud w Boże Ciało. Barbara Piasecka-Johnson, milionerka polskiego pochodzenia, pójdzie w procesji obok Lecha Wałęsy i Alojzego Szablewskiego, szefa stoczniowej Solidarności. Między jedną a drugą stacją męki pańskiej rozmowa zejdzie na sprawy doczesne.

- Rząd Rakowskiego postawił stocznię w stan likwidacji. Może pani Basia pomoże? - zapyta Szablewski. Wcześniej widział, jak rzuciła na tacę zwitek nowiutkich banknotów, jeszcze z banderolą. Sto milionów dolarów będzie w sam raz, pomyślał. Na plebanii u prałata pani Basia spisze list intencyjny. Na wyrwanej kartce z notatnika. Ksiądz przystawi swoją pieczęć, żeby nie było wątpliwości.

Pani Basia w błękitnym kostiumie i Wałęsa (szara marynarka, jeszcze bez prezydenckiego szyku) z małżonką w eleganckim bordo przybyli na jubileusz księdza Jankowskiego. Siedzą w pierwszej ławce. Rozdziela ich szczególna para - Sigmund Nissenbaum wraz z żoną Sonją. Założyciele fundacji zajmującej się ratowaniem zabytków kultury żydowskiej w Polsce. Tego dnia wieczorem wręczą jubilatowi specjalny medal. Za jego wielkie serce dla "polskiej i żydowskiej wspólnoty dziejów". Pierwszy otrzymał papież Jan Paweł II.

- A ksiądz Jankowski to będzie jako drugi papież - powie Nissenbaum polszczyzną uratowaną z hitlerowskiej zagłady.

Jubilat coraz częściej zerka na zegarek. Przemawia reprezentantka misji katolickich w Brazylii.

- Kto zetknął się z księdzem kanonikiem, nie odszedł bez pomocy i pociechy. Bo też ksiądz kanonik często mawiał, że lepszą rzeczą jest dawać, niż brać. Powszechny podziw budzi działalność i postawa księdza jubilata jako duchowego i charytatywnego opiekuna NSZZ Solidarność. Brazylijski świat pracy jest zafascynowany Solidarnością. - Mówczyni zdaje się popadać w ekstazę. - Walce o wolność i prawa człowieka oddał się ksiądz kanonik całkowicie!

Aplauz, kwiaty, ostatni raz opada spadochron sutanny, uroczystość dobiega końca.

Nagle z ławki podnosi się Lech Wałęsa. Przejmuje mikrofon.

- Właściwie życzenia już złożyłem i nie miałem zabierać głosu, ale tak słuchałem wszystkich i zostałem sprowokowany, żebym podsumował i powiedział to, czego tu nie było - zaczął w swoim stylu, w którym myśl wyprzedza składnię. - Dwadzieścia pięć lat w służbie Bogu i ojczyźnie to wielki zaszczyt. Ja życzę księdzu kanonikowi, żeby następne dwadzieścia pięć lat, które na pewno będą inne, ksiądz kanonik potrafił czytać w potrzebach służenia Polsce, służenia parafii, stoczniom i tak dalej. Jeśli ksiądz kanonik potrafi sprostać tej zmieniającej się rzeczywistości polskiej, to rzeczywiście będzie pięćdziesięciolecie wspaniałe, jakiego chyba nikt w tym kraju jeszcze nie obchodził... Szczęść Boże. - Po bratersku ściska się z księdzem jubilatem.

- Bóg zapłać.

Lech coś mu jeszcze tłumaczy i wymachuje palcem. Czy kapłan zrozumiał ostrzeżenie zawarte w życzeniach przyszłego prezydenta?

Na koniec on dziękuje wszystkim za dobre słowo. Kiedy mówi o swoim przyjacielu Nissenbaumie, ten podchodzi, by go wyściskać. Największe brawa dostaje pani Basia, gdy jubilat wspomina o zakupie stoczni.

- A teraz zapraszam do Grand Hotelu!

Przy zastawionych stołach goście nawiążą bliższe znajomości. Państwo Wałęsowie otrzymają zaproszenie od państwa Nissenbaumów do Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim na bar micwę ich wnuka Juliana Laiba.

Uczestnicy radosnego jubileuszu nigdy więcej nie spotkają się w takim samym gronie. Z czasem podzieli ich polityka, pieniądze i zawiść. Święto prałata nawet nie zostanie odnotowane w oficjalnym kalendarium najważniejszych wydarzeń roku 1989 w diecezji gdańskiej. Gdyby nie kaseta wideo, można by pomyśleć, że wcale się nie odbyło.

 

Rozdział I

Czystość

Ulicą Gdańską śpieszy do pracy wysoki, przystojny młodzieniec. Ciemne, falujące włosy ma zaczesane na prawą stronę. Wyróżnia go też biała, nakrochmalona koszula, spodnie przecinające kantem powietrze i lśniące buty. Posada gońca w Pomorskiej Wytwórni Trutek w Starogardzie Gdańskim nie jest szczytem jego ambicji, ale prezencja ma dla niego znaczenie. Rok wcześniej, w 1952 roku, ukończył siedmioklasową podstawówkę. Zarabia, żeby pomóc matce w utrzymaniu rodziny.

- Takiego go pamiętam - wspomina Bogdan Kruszona, sąsiad przystojniaka. - Dla nas, młodszych chłopaków, Henio Jankowski był wzorem, jak należy wyglądać. Dziewuchy za nim piszczały. Moja siostra też. Ale bez wzajemności.

Ksiądz proboszcz z parafii św. Marcina, w której mieszkali Jankowscy (i gdzie Henryk był ministrantem), napisze o nim w opinii dla seminarium: "Zachowuje wielką staranność w stałym, wytrwałym pielęgnowaniu i pogłębianiu osobistej pobożności i wewnętrznej dojrzałości"[1].

Czy rzeczywiście młody Henryk dawał się porywać tylko religijnym uniesieniom?

Mariusz Olchowik, który od 2005 roku stale przebywał w otoczeniu prałata, czasem słyszał opowieści o "bardzo fajnej dziewczynce", koleżance ze szkoły.

- Podkochiwał się w niej, ale nie miał szans, bo mama kazała mu nosić spodnie na szelkach.

Matka była dla niego najwyższym autorytetem. On i jego trzy siostry całe życie będą o niej mówić: Mamusia. Jadwiga, rodowita gdańszczanka, dźwigała ciężar utrzymania domu, dbała o wykształcenie dzieci. Musiała im zastąpić ojca, Antoniego, który zginął na froncie wschodnim.

Henryk miał wtedy sześć lat.

- Słabo go pamiętam. Przez mgłę widzę, jak ostatni raz wychodzi z domu - wspomni na łamach "Super Expressu".

Mgła spowija także i jego życiorys.

Jedynej dłuższej wypowiedzi udzieli w 1990 roku profesorowi Peterowi Rainie. Od tego czasu wszystkie pojawiające się tu i ówdzie biografie będą powielały tamtą opowieść.

"Urodziłem się 18 grudnia 1936 roku. Mój ojciec był kupcem, podobnie jak i jego wszyscy bracia. Był bardzo antyniemiecki. Za to aresztowano go już 1 września w nocy. Kiedy wybuchła wojna, ojciec już siedział w Victoria Schule w Gdańsku, później w Stutthofie [dziś Sztutowo]. Tylko dzięki mojej matce, która miała gdańskie obywatelstwo (prowadziła zakład kosmetyczny) i jej klientkami były żony gestapowców, udało się wyciągnąć ojca ze Stutthofu, ale ojciec nie mógł być w Starogardzie. Pracował w Bydgoszczy i musiał co dwadzieścia cztery godziny meldować się na policji. To były trudne czasy. W czasie inwazji niemieckiej na Związek Radziecki zabrano z Pomorza wszystkich Polaków..."[2].

Współcześnie trudno ustalić cokolwiek o kupieckiej aktywności Antoniego Jankowskiego. Ryszard Szwoch, wieloletni nauczyciel miejscowego liceum, polonista i historyk, zajmuje się badaniem przeszłości miasta i regionu. Opublikował wiele książek. Archiwa zna na wylot. Nie natrafił na ślad działalności gospodarczej Antoniego Jankowskiego przed 1939 rokiem.

- Nie ma go w żadnych spisach przedsiębiorców czy placówek handlowych w Starogardzie. Może prowadził handel obwoźny albo był subiektem w sklepie? - przypuszcza.

Brak też dowodów, że Antoniego aresztowano już 1 września. Wydarzenia w Starogardzie Gdańskim z tego okresu opisuje Józef Milewski w książce Szpęgawsk:

"Rano drugiego września z miasta wycofał się 2. Pułk Szwoleżerów. Dopiero po południu do Starogardu z kierunku Skarszew wjechało 6 niemieckich czołgów z miejscowym folksdojczem Gerhardem Wiechertem na czele... Rozpoczęcie "oczyszczających" aresztowań przypadło na 6 września. Trzy dni później odszedł z więzienia do Gdańska pierwszy transport około 30 aresztantów. Został on skierowany do Nowego Portu i był to pierwszy transport Polaków - więźniów - z terenu Kociewia"[3].

Antoni Jankowski trafił jednak do obozu Neufahrwasser, czyli gdańskiego Nowego Portu. Nie wiadomo tylko kiedy i w jaki sposób. W archiwum Muzeum w Sztutowie zachował się o nim jedyny dokument - karta zwolnienia więźnia nr 1965. Wczesny numer oznacza, że został aresztowany na początku wojny. Dokument ma datę 9 stycznia 1940 roku.

W opracowaniu doktora Konrada Ciechanowskiego o obozie w Nowym Porcie za okres od 1 września 1939 do 1 kwietnia 1940 o Jankowskim nie ma żadnej wzmianki. Obozowa ewidencja odnotowywała ruch więźniów (przybyli, wywiezieni, zmarli, zwolnieni). Pod datą 9 stycznia 1940 roku figuruje trzech zwolnionych: Leon Bielecki, Leon Borzyszkowski i Jan Fularczyk[4].

Ale ewidencja jest niepełna. Wykupieni więźniowie mogli także znikać z niektórych dokumentów.

Po wielu latach prałat zostanie zaatakowany zarzutami o niemiecką narodowość. Pojedzie wtedy do Muzeum w Sztutowie i na własne oczy zobaczy nazwisko ojca. Uspokoi swoje sumienie - prawdziwych Niemców nie zamykali w obozie.

Biało-czerwona historia

- Heńkowi zadano w życiu mnóstwo krzywdy, robiąc z niego Niemca - mówi Bogdan Kruszona. - Ludzie nie znają historii tych ziem. Zabór pruski nabałaganił w świadomości ludzi. Moja rodzina jest tego przykładem.

Kruszona, emerytowany nauczyciel, publicysta i pisarz, pasjonat lokalnej historii, pokazuje teczki wypełnione papierzyskami. Dokumenty rodziny, pieczołowicie zbierane od pokoleń. Najstarsze sięgają początków XIX wieku. Na wszystkich polskie nazwiska: Karbowski, Piernicki, Domachowski, Kowalski, Laskowski... I na wszystkich - niemieckie gapy. Żeby to zrozumieć, trzeba zajrzeć w przeszłość.

Starogard Gdański powstał w miejscu osady neolitycznej sprzed 4-5 tysięcy lat. W 1198 roku książę pomorski Grzymisław podarował joannitom, czyli rycerzom zakonnym św. Jana, warownię leżącą po lewej stronie Wierzycy. W tamtym czasie po raz pierwszy pojawiła się nazwa Starigrod. Prawobrzeżną część wykupili Krzyżacy. Powstało miasto-twierdza, którym rządzili, z przerwami, do 1466 roku. Później Starogard przeszedł we władanie królów polskich. Tak było aż do rozbiorów w 1772 roku.

Potem przez 148 lat miasto przeżywało germanizację, ale jednocześnie rozkwit gospodarczy. Powstał "czerwony" Starogard - od koloru cegieł wznoszonych budynków. Miasto skanalizowano, a gmachy sądu, magistratu, liceum i wielu innych instytucji służą do dziś. Zbudowano młyny, elektrownie wodne, zakłady przemysłowe, jak fabryka wódek Wilkenhausena, dzisiejsza Destylarnia Sobieski, czy fabryka kotłów Horstmana. W wyniku osadnictwa niemieckiego z początku XIX wieku Starogard stał się miastem dwunarodowym. Układ demograficzny uzupełniali Żydzi - kilkanaście procent mieszkańców.

Według dokumentów tożsamości wszyscy byli poddanymi cesarza. Niemiecki pozostał urzędowym językiem do końca pierwszej wojny światowej.

W 1919 roku starogardzcy Polacy zdemontowali pomnik cesarza Wilhelma I. Zaborca nie został sponiewierany. Starogardzianie, z szacunku dla wytworów kultury materialnej, umieścili odlew w magazynie. Dopiero w okresie dwudziestolecia międzywojennego zostanie przewieziony na złom. Materiał z odzysku, w pewnym sensie, posłuży do odbudowy polskości.

W 1920 roku oddziały Błękitnej Armii generała Józefa Hallera przemaszerowały przez miasto symbolicznie przywracając je Rzeczypospolitej. Starogard zaczęto budować i tynkować na biało. Sześć lat później w mieście zainstalował się 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich.

Józef Kamiński, kociewiak, pamiętający to wydarzenie, wspomni w rozmowie z lokalnym pismem: "Uważali, że oni są prawdziwymi Polakami, a na nas mówili Krzyżacy. Oficerowie, przeważnie z Kresów, w łykach przyjechali (boso wlazł na drzewo i robił sobie buty)".

Starogardzianie, nauczeni porządku i estetyki oraz odrzucający bylejakość, nie mogli się temu nadziwić.

"Dystans był - trzeba pamiętać, to lata dwudzieste. Zdarzało się, że [...] nawet bili tutejszych. Później niektórzy tu się ożenili i zasymilowali"[5].

Euforia z odzyskania polskości trwała wiele lat.

"...Jak przyjechał gen. Józef Haller na zjazd Powstańców i Wojaków do Starogardu w 1931 roku, z dworca PKP jechał dalej bryczką, a mieszkańcy, chcąc wyrazić radość z przybycia Generała-Wyzwoliciela, przy moście na rzece Wierzycy wyprzęgli konie, wzięli bryczkę wraz z generałem Hallerem na swe ramiona i ponieśli do ratusza, przy którym odbyła się defilada"[6].

Bogdan Kruszona:

- Przy każdej zawierusze dziejowej starogardzianie musieli zmieniać obywatelstwo. Do 1920 roku wszyscy mieli niemieckie, potem przez dwadzieścia lat - polskie.

Kolejna propozycja nie do odrzucenia pojawiła się w 1941 roku.

Albert Forster, hitlerowski namiestnik Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie, wydał zarządzenie dzielące mieszkańców terenów wcielonych do Rzeszy na cztery grupy.

Większość Polaków spełniała wymogi grupy III - Eingedeutschte. Do tej kategorii (zniemczeni) zaliczono autochtonów, "częściowo spolszczonych", co nie przekreślało całkowicie ich przydatności dla Rzeszy. W 1942 roku ukazał się dekret Forstera o obowiązkowej służbie wojskowej wszystkich ajngedojczów.

Jak odbywało się to w praktyce? Kruszona wie o tym z opowieści ojca.

Wezwali go na rozmowę (podobnie było w przypadku ojca Henryka Jankowskiego).

- Kruszona, jesteś Polakiem czy Niemcem?

- Polakiem.

- Więc słuchaj, Kruszona, pojutrze przyjedziesz, tu i tu, o godzinie dwunastej, z małą walizeczką, bo Polacy to jadą do Stutthofu.

Ojciec Bogdana poleciał do dziadka - co robić?! Dziadek na to, powiedz, że jesteś Niemcem. I tak masz wszystkie dokumenty po niemiecku.

- Ale mnie wezmą do wojska!

- W wojsku może przeżyjesz, a w obozie zginiesz.

Podobny dylemat miał Antoni Jankowski. W domu żona i małe dzieci. Z Nowego Portu żonie udało się go wyciągnąć. Od służby trudno było się wymigać. Tym bardziej, że Jadwiga Jankowska z domu Jeschwitz jako gdańszczanka na liście narodowościowej zasłużyła na jedną grupę wyżej.

Po wcieleniu do Wehrmachtu Antoni Jankowski walczył na froncie wschodnim. 19 czerwca 1944 roku do Urzędu Stanu Cywilnego w Starogardzie nadejdzie wiadomość z Wojskowego Biura Informacyjnego w Berlinie o jego śmierci. Zginął 20 lipca 1943 roku pod Pierwomajskiem.

Na początku lat siedemdziesiątych sprawą zainteresuje się Służba Bezpieczeństwa. Zajrzy wtedy do archiwów, żeby sprawdzić, kim jest ksiądz, który nie zważając na pozwolenia i brak materiałów budowlanych, wznosi w Gdańsku świątynię i ma jeszcze pretensje do władz. Do esbeckich teczek wpłynie ponadto informacja, że Jadwiga Jankowska dostaje rentę po mężu - żołnierzu Wehrmachtu - w wysokości 75 marek.

Ta wiedza przyda się później do szykanowania księdza.

Deklaracja wierności

Antoni Jankowski zginął, ojciec Kruszony przeżył. Dzięki temu, że został skierowany do stalagu XIA w Alte Grabow jako strażnik. Pilnował polskich jeńców. Jednym z nich był Konstanty Ildefons Gałczyński.

Rzesza dbała o rodziny swoich żołnierzy. Żonom zabitych przyznawano renty. Były także specjalne żetony na przydział mleka, masła. Kiedy do miasta wkroczyli Rosjanie, zapanowałała panika. Niemcy uciekli, zostali ci, którzy mieli czyste sumienie lub czuli się Polakami. Ale i tak ich sumieniami zajęła się nowa władza.

Bogdan Kruszona:

- Stanowiska partyjniaków i ubowców obejmowali przyjezdni z centralnej i wschodniej części kraju, czyli tak zwani prawdziwi Polacy. Mówiliśmy o nich: Antki bose. Ich zadaniem było między innymi tropienie rodzin żołnierzy Wehrmachtu, utrudnianie im życia.

Każdy ajngedojcz musiał sam wystąpić do urzędu o rehabilitację, żeby znów zostać Polakiem. Po złożeniu wyjaśnień, dlaczego podpisał listę narodowościową, otrzymywał zaświadczenie: "Na podstawie art. 2 ust. 3 ustawy z dnia 6 maja 1945 roku o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów [...] zaświadcza się, że obywatel - tu dane osobowe - złożył deklarację wierności Narodowi Polskiemu i Demokratycznemu Państwu Polskiemu i jest obywatelem Państwa Polskiego narodowości polskiej".

O wiele trudniej mieli ci, których zaliczono do drugiej grupy, czyli folksdojcze.

"Odbywały się normalne rozprawy, przesłuchiwano świadków - opisywała w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" doktor Sylwia Bykowska, historyk i politolog. - Werdykt często był niekorzystny, gdy podsądnemu udowodniono, że na przykład znęcał się nad polskimi sąsiadami, denuncjował ich, wówczas często cała rodzina była pozbawiana majątku i trafiała do obozu pracy. Ale listy z nazwiskami wszystkich, również zrehabilitowanych, były wywieszane w budynkach administracji"[7].

Nie wiadomo, czy Jadwiga Jankowska musiała przejść tę procedurę.

Ksiądz prałat rzadko będzie powracał do przeżyć z tamtych lat.

Nawet jego przyjaciel, ksiądz Bernard Zieliński, niewiele się dowie:

- Matka Henia była narodowości niemieckiej. O ojcu wspomniał tylko raz, że go zabrali do obozu. I nigdy więcej do tego nie wracał.

Ziemniaki szturane z jajkiem

Prałat: "Po okupacji mama dzięki swej zaradności i zachowanej biżuterii, którą sprzedawała, wychowała nas. Podziwiam ja za to"[8].

Po wojnie, w domu przy ul. Gdańskiej 15, gdzie mieszkali Kruszonowie, na sześć mieszkań tylko w dwóch pozostały pełne rodziny. W innych dzieci były półsierotami: u Albrechtów, Lerwitzów, Petersów... Podobnie przy całej Gdańskiej, także u Jankowskich, pod siódmym. W rodzinach byłych ajngedojczów liczył się każdy grosz.

- Żyliśmy w biedzie - opowiada Bogdan Kruszona. - Mój tata, technik młynarski, nie pracował, chociaż w Starogardzie stały potężne, poniemieckie młyny. Miał wilczy bilet. Mama, ekspedientka z wykształcenia, też nie mogła znaleźć zatrudnienia.

Proszę złożyć podanie, a po tygodniu - niestety, pracy nie ma. Bez wyjaśnień.

Jak było ciężko, Boguś chodził do sąsiadów na zupę.

- Moja matka cieszyła się, jak z kolegą, Rajmundem, jedliśmy z jednej michy. Mama Rajmunda zawsze pytała: Boguś, głodny jeszcze jesteś? Tak, proszę pani. To zrobię ci jeszcze ziemniaki szturane z jajecznicą. Brała ze swojego obiadu ziemniaki, szturała i smażyła mu jajko.

Ojca Kruszony zamknęli na kilka miesięcy w więzieniu po tym, jak ktoś doniósł, że był strażnikiem w stalagu. Gdy go wypuścili, za parę litrów spirytusu kupił od Ruskich konia i wóz, żeby wozić zboże do młyna i w ten sposób zarabiać. Mąka była w cenie. Na Gdańskiej wszyscy sobie pomagali - biedni i naznaczeni piętnem ajngedojczów.

Henryk Jankowski inaczej zapamięta tamte lata:

"Dom rodzinny wspominam bardzo dobrze. Choć było nas ośmioro - ja i siedem sióstr [cztery siostry zmarły we wczesnym dzieciństwie - J.D.] - biedy w domu nie było. Przeciwnie, nieźle nam się powodziło. A wszystko dzięki mamie. Prowadziła znany zakład kosmetyczny i miała niesamowite powodzenie"[9].

Trudno powiedzieć, co go skłoniło do takiego stwierdzenia - chęć podkreślenia zasług mamusi czy niechęć do smutnych wspomnień. Bogdan Kruszona nie zauważył w domu Jankowskich tego "niezłego powodzenia".

Pani Jankowska rzeczywiście miała talent fryzjerski. Mawiała, że nawet jak jest bieda, w domu musi być czysto i porządnie. Wszystkie kobiety z ulicy: pani Gajdusowa, żona lekarza i inne skrzyknęły się - z włosami chodzimy tylko do Jankowskiej. Żeby pomóc sąsiadce z gromadką dzieci.

Matka zabierała pięcioletniego Bogusia ze sobą. Kruszona do dziś ma przed oczami te wizyty.

Pani Jankowska wpuszcza gości do środka i dokładnie zamyka drzwi. To ważne, bo kobiety będą rozmawiały po niemiecku, co jest zabronione. W niektórych domach - u Pałkowskich czy Jasaków - mówiło się po polsku. U Gwizdalskich czy Albrechta - po niemiecku. Pani Jankowska także na co dzień rozmawiała w tym języku.

Za każdym razem próbuje zawstydzić małego Bogusia:

"Taki duży chłopiec i nawet liczyć nie umie?" - w końcu zacznie go uczyć. Wkrótce Kruszona policzy do stu. Po niemiecku. Po polsku nauczy go matka.

Za każdym razem, gdy mama Bogdana siada przed lustrem, on, na krześle obok, z zapartym tchem patrzy na dużą, chromowaną i błyszczącą suszarkę do włosów. Dziwią go wałki na głowie, ciekawią leżące obok na stole długie rurki do układania loków.

- Pani Jankowska, by nie przypalić włosów, najpierw zaciskała te rurki na papierze gazetowym - przypomina Kruszona. - Jeśli papier się nie przypalał, temperatura do układania włosów była odpowiednia. Od czasu do czasu do pani Jankowskiej dyskretnie podchodziły córki, wykonywały jej polecenia. Ula, Irena i Renata - śliczne, zadbane i ciągle uśmiechnięte dziewczęta.

W czasie tych wizyt Boguś spotykał Henia. Starszy o dziesięć lat, lubił młodszego kolegę.

- Mieszkali na parterze - wspomina Kruszona. - W korytarzu było ciemnawo, bo mieszkania miały małe okna.

Pokój Henryka znajdował się naprzeciwko tego, w którym pani Jankowska robiła fryzury.

- Ile razy weszliśmy z mamą, Henio zawsze miał u siebie rozłożoną deskę do prasowania i prasował koszule. Jankowska się martwiła, skąd wziąć jeszcze jedną, bo syn ma tylko dwie. A on na okrągło je prał, krochmalił i prasował. Zawsze do mnie machał na powitanie.

Z domu Henryk wyniesie zamiłowanie do porządku. Nauczy się, że do posiłku należy siadać w czystym ubraniu, zastawa powinna być elegancka i odpowiednio rozłożona. W dorosłym życiu jako proboszcz św. Brygidy twórczo rozwinie te zasady. Jego sztućce będę nawet miały autorski grawerunek: "KsHJ".

"Henryk miał z nami ciężko w dzieciństwie. Był jedynym chłopcem w rodzinie - wspomni w dorosłym życiu siostra bliźniaczka Irena. - Najbardziej lubił się bawić w wojsko. Ale zawsze ciągnęło go do kościoła... Gdy był post, nie jadł słodyczy, chociaż je uwielbiał. Czasem podkradałyśmy mu z siostrami cukierki, ale on zawsze wiedział, która z nas je zabrała"[10].

Siostry mówiły na niego Picuś. Pseudonim wziął się stąd, że koleżanka przyszła kiedyś do nich z małym kotkiem. Henio się roześmiał, przytulił kotka do piersi i zapytał:

"A, co ty masz za "Picusia"? - I odtąd tak go nazywaliśmy"[11].

Później, w seminarium, koledzy też będą na niego mówili: Pic. Ale nie na wspomnienie historii z kotem, tylko z powodu nieskazitelnego wyglądu Henryka.

Kruszona pamięta, że Henio, w przeciwieństwie do niego, od dziecka dobrze mówił po niemiecku. W szkole był to język zupełnie nieprzydatny. Przymusowym językiem nowych czasów stał się rosyjski. W pierwszych latach po wojnie przywitanie nauczycielki z uczniami wyglądało tak:

- Imię, nazwisko, a tatuś gdzie pracuje?

- Nie żyje, zginął na wojnie.

Nikt nie przyznawał, że po stronie hitlerowskich Niemiec. Zresztą nauczyciele nie zadawali dalszych pytań. W klasie co drugie dziecko miało ojca z wehrmachtowską przeszłością. Ale i dzieci o tym ze sobą nie rozmawiały. Temat tabu.

Na którejś lekcji polskiego nauczycielka omawiała twórczość Gałczyńskiego. Boguś Kruszona się zdumiał. To musi być ten, co go tatuś pilnował, bo dziwne imię ma takie samo. W domu opowiada o Ildefonsie, a ojciec się wścieka: Nikomu nie wspominaj, że miałem z nim coś wspólnego! I broń Boże o obozie...

- Takie to były czasy - mówi Kruszona. - Dokumenty mojej rodziny, te z niemieckimi wronami, zbierane od pokoleń, jeszcze wiele lat po wojnie leżały zakopane na podwórzu koło śmietnika. Ojciec odważył się przynieść je do domu dopiero po 1956 roku...

W tym czasie Henio Jankowski będzie mógł już sobie pozwolić na zakup kolejnej koszuli.

1 www.diecezja.gda.pl (dostęp 14.07.2010).

2 Peter Raina Ks. Henryk Jankowski. Proboszcz parafii św. Brygidy, Wydawnictwo Wers, Poznań 2001, s. 12.

3 Józef Milewski Szpęgawsk, Kociewski Kantor Edytorski, Tczew 1989.

4 Konrad Ciechanowski Hitlerowski obóz w Gdańsku-Nowym Porcie 1 IX 1939-1 IV 1940, "Zeszyty Muzeum Stutthof", 5/1984.

5 Kociewiak.pl (dostęp 10.10.2013).

6 Czesław Skonka Śladami generała Hallera, Stowarzyszenie Miłośników Tradycji Mazurka Dąbrowskiego, Gdańsk 1995.

7 Marek Wąs Rozmowa z dr Sylwią Bykowską, "Gazeta Wyborcza", Wiadomości z Trójmiasta, 27.10.2013.

8 Peter Raina Ks. Henryk Jankowski. Proboszcz parafii św. Brygidy, op. cit., s. 13.

9 Tomasz Sygut Alfabet Jankowskiego, "Super Express" 19.08.2008.

10 Mariusz Korzus, Michał Osuch "Super Express", 15.07.2010.

11 Ibidem.