Bursa. Komisarz Olga Balicka. Tom 4 - Katarzyna Wolwowicz

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cichy dźwięk alarmu do­cho­dzący z le­żą­cej na sto­liku noc­nym ko­mórki po­mału do­cie­rał do jego świa­do­mo­ści. Tego ranka zmę­czony był bar­dziej niż zwy­kle. Po­mimo to dziel­nie wy­nu­rzył rękę spod koł­dry i prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie w prawą stronę, wy­łą­cza­jąc bu­dzik. Cho­ciaż ro­dzice sta­rali się, by wczo­raj wie­czo­rem nie sły­szał kłótni, ich stłu­mione, ale sta­now­cze głosy prze­do­stały się przez ściany, po­ko­nały ba­rierę be­to­no­wego stropu i do­tarły do jego sy­pialni na gó­rze strzę­pami, z któ­rych nie­wiele mógł zro­zu­mieć, ale które nie po­zwa­lały mu za­snąć. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Piąta. Za oknem pa­no­wała to­talna ciem­ność. Ich dom stał na końcu ulicy, przy le­sie. Od pierw­szych la­tarni miej­skich dzie­liło go ze sto me­trów, dla­tego przed wscho­dem słońca w oknach można było wi­dzieć je­dy­nie mrok. Wzdry­gnął się i pod­sko­czył lekko na łóżku, kiedy o dach za­dud­niła spa­da­jąca z drzewa ga­łąź. Je­sienny sze­lest ko­ły­sa­nych na wie­trze drzew zda­wał się te­raz ko­jący, choć by­wały ta­kie po­ranki, że przy­pra­wiał go o gę­sią skórkę. Cza­sem, kiedy szedł na po­ranny au­to­bus, ten od­głos wy­da­wał mu się pod­kła­dem mu­zycz­nym do cza­ją­cego się w mroku zła, za­kap­tu­rzo­nej po­staci po­dą­ża­ją­cej za nim lub wy­śmie­wa­ją­cych się z niego ko­le­gów ze szkoły. Wie­dział, że jego wy­obraź­nia i wraż­li­wość na ze­wnętrzne bodźce były więk­sze niż u ró­wie­śni­ków. A przy­naj­mniej tak po­wie­działa mu pani psy­cho­log, z którą się spo­ty­kał, gdy nie da­wał już so­bie rady ze swo­imi my­ślami.

- To tylko ga­łąź - uspo­ka­jał się, ra­cjo­na­li­zu­jąc gło­śno.

Wstał z łóżka, po­szedł do ła­zienki zro­bić siku i umyć zęby, ubrał się. Scho­dząc po scho­dach, sta­rał się nie wy­da­wać żad­nego dźwięku, żeby nie obu­dzić mamy. Nie, żeby nie za­le­żało mu na do­brym śnie ojca, ale on za­wsze spał twardo, za to mama lekko. Czę­sto się o niego mar­twiła. Nie chciała, żeby je­sie­nią na­dal pra­co­wał w tym ho­telu. Mu­siał do niego do­jeż­dżać do Szklar­skiej Po­ręby, pięt­na­ście ki­lo­me­trów. Gdyby tam miesz­kali, mama by się nie sprze­ci­wiała, ale wsta­wa­nie o pią­tej rano i sa­motny marsz na przy­sta­nek, kiedy na dwo­rze pa­nuje ciem­ność, nie wy­da­wały jej się do­brym po­my­słem dla nie­spełna szes­na­sto­latka. On jed­nak bar­dzo tego pra­gnął i ja­koś ją prze­ko­nał. Zbie­rał na mo­tor i mu­siał week­en­dami za­ra­biać, je­żeli chciał ku­pić go na na­stępne wa­ka­cje. Prze­cież to wła­śnie ro­dzice od za­wsze wpa­jali mu prze­świad­cze­nie, że męż­czy­zna musi umieć za­ra­biać, utrzy­mać ro­dzinę. On był za młody na ro­dzinę, ale miał swoje pa­sje i ma­rze­nia, do któ­rych mama z tatą chęt­nie do­kła­dali po­łowę po­trzeb­nych środ­ków, drugą część po­le­ca­jąc mu za­pra­co­wać sa­memu. Tak uczyli go przed­się­bior­czo­ści. Nie sta­no­wiło to dla niego żad­nego wy­rze­cze­nia. Od dwóch lat do­ra­biał jako po­moc ku­chenna, kel­ner czy ogrod­nik i bar­dzo to lu­bił. Gdyby mógł, rzu­ciłby szkołę w cho­lerę i po­szedł do nor­mal­nej, re­gu­lar­nej pracy, z któ­rej po­tra­fił wy­cią­gnąć cał­kiem do­bre pie­nią­dze. Ro­dzice jed­nak po­sta­wili mu wa­ru­nek. Może za­ra­biać, o ile nie do­sta­nie w szkole żad­nych je­dy­nek, a je­żeli ja­kąś zła­pie, ma dwa ty­go­dnie na po­pra­wie­nie oceny, ina­czej nici z pracy. Dla­tego sta­rał się cią­gnąć ten edu­ka­cyjny wó­zek, choć by­wało ciężko. Przed wyj­ściem na au­to­bus wy­pro­wa­dził jesz­cze psa na po­ranną to­a­letę. Po­tem wziął torbę i za­mknął za sobą drzwi.

Po­wie­trze oka­zało się cie­plej­sze niż w ostatni week­end. Wiatr za to o wiele sil­niej­szy. Na­gły po­dmuch rzu­cił mu w twarz kilka li­ści, po­de­rwa­nych z pod­łoża, a może ze­rwa­nych z drzewa? Nie za­sta­na­wiał się nad tym. Sku­pił się na do­zna­niu, że ten cie­pły wiatr na jego skó­rze przy­wie­wał mu ob­raz Magdy, ko­le­żanki, którą po­znał ostat­nio w pracy. W ho­telu, gdzie pra­co­wał, dużo dziew­czyn do­ra­biało jako po­ko­jówki, ale Magda była wy­jąt­kowa. De­li­katna i nie­śmiała. Przy niej czuł się zu­peł­nie ina­czej niż przy po­zo­sta­łych. Uśmiech­nął się na myśl, że nie­długo znowu ją zo­ba­czy. Miał na­dzieję, że dziew­czyna zej­dzie do kuchni na śnia­da­nie pra­cow­ni­cze, które robi im za­wsze pani Irena - Ukra­inka za­trud­niona w ho­telu jako ku­charka. Ją też bar­dzo lu­bił, wy­da­wała mu się taką cie­płą cio­cią, za­wsze go­tową go wy­słu­chać. Ona pierw­sza za­uwa­żyła, że za­uro­czył się Magdą, i udzie­liła mu kilku wska­zó­wek, jak spra­wić, żeby dziew­czyna spoj­rzała na niego przy­chyl­niej.

Z za­my­śle­nia wy­rwał go ja­kiś dźwięk. Nie był w sta­nie przy­pi­sać go do żad­nego zja­wi­ska at­mos­fe­rycz­nego, więc jego szybko pra­cu­jący umysł zi­den­ty­fi­ko­wał go jako od­głos upa­da­ją­cego czło­wieka, któ­remu wy­le­ciało z rąk coś me­ta­lo­wego. Od­dech mu przy­śpie­szył. Ob­raz uśmiech­nię­tej Magdy ulot­nił się jak kam­fora. To­mek za­trzy­mał się i ro­zej­rzał do­okoła. Z po­wodu dra­stycz­nie ro­sną­cej ceny ener­gii co drugą la­tar­nię na ulicy wy­łą­czono, ale i po­łowa z nich wy­star­czyła, by zo­ba­czył, że nie ma tu ni­kogo. Może mu się zda­wało, może mózg spła­tał mu fi­gla? Mimo to na­szedł go ja­kiś dziwny lęk, któ­rego nie czuł ni­gdy przed­tem. Pierw­szy raz droga na sta­cję, skąd od­jeż­dżał za­stęp­czy au­to­bus TLK, wy­da­wała mu się praw­dzi­wie zło­wiesz­cza i nie­bez­pieczna. Ru­szył po­now­nie, szyb­szym kro­kiem. Sze­lest drzew sta­wał się co­raz gło­śniej­szy, wiatr wył ja­kąś okropną me­lo­dię, a szcze­ka­jący za ogro­dze­niem pies do­peł­nił dzieła. To­mek za­czął biec, co chwilę oglą­da­jąc się go­rącz­kowo za sie­bie. Je­sienne po­wie­trze zda­wało się na­gle du­szące i lep­kie. Skrę­cił w lewo i przy­warł ple­cami do ściany ja­kie­goś bu­dynku.

- Opa­nuj się - wy­dał so­bie sta­now­czy roz­kaz.

Prze­cze­kał chwilę, pró­bu­jąc uspo­koić od­dech. Po­ło­żył dło­nie w oko­licy mostka, gdzie po­czuł kłu­jący ból. Serce dud­niło mu pod rę­koma tak gło­śno, że za­głu­szało my­śli. Wyj­rzał zza win­kla na po­grą­żoną we śnie ulicę. Ci­sza. Oko­lica wy­glą­dała spo­koj­nie i błogo. Po­ma­rań­czowe świa­tło la­tarni pa­dało na ko­lo­rowe, po­roz­rzu­cane po chod­ni­kach li­ście. Zro­bił głę­boki wdech i wy­pu­ścił z ulgą po­wie­trze. Może mama miała ra­cję. Może nie po­wi­nien je­sie­nią wy­cho­dzić tak wcze­śnie do pracy. Po­sta­no­wił po­roz­ma­wiać z me­ne­dżerką ho­telu, czy bę­dzie mógł za­mie­nić się z kimś na zmiany. Weź­mie ob­sługę obia­dów za­miast śnia­dań, co sprawi, że w ciągu dnia nie zo­sta­nie mu wiele czasu dla sie­bie, ale przy­naj­mniej unik­nie nie­po­trzeb­nych eks­cy­ta­cji rano. Tak zrobi!

Uspo­ko­jony i z kon­kret­nym pla­nem na przy­szłość po­sta­wił ko­lejny krok w stronę sta­cji. I wtedy po­czuł ból. Silny, prze­szy­wa­jący do szpiku ko­ści ból, któ­rego nie da się do ni­czego po­rów­nać. Za­krę­ciło mu się w gło­wie, a w ustach po­czuł me­ta­liczny po­smak. Ostat­nie, co zo­ba­czył, to ciemne buty zbyt bli­sko swo­jej twa­rzy. Po­tem nie wi­dział już nic.

- - -

W tym sa­mym cza­sie w domu sto­ją­cym kilka ulic da­lej za­pa­liło się świa­tło. Ka­lina Ro­ko­szyn po­czuła prze­cho­dzący po karku dreszcz i trze­po­czące z lęku serce. Czy miała kosz­mar? Spoj­rzała na po­chra­pu­ją­cego koło niej męża, od­su­nęła koł­drę i wy­szła z cie­płego łóżka. Mo­men­tal­nie po­czuła chłód. Mimo to po­de­szła do okna i otwo­rzyła je na oścież. Wyj­rzała. Na­gły, nie­da­jący się opa­no­wać przy­pływ roz­pa­czy nie­mal zgiął ją wpół i rzu­cił na ko­lana. Jej cia­łem szarp­nęły kon­wul­sje i nie­mal zwy­mio­to­wała na pod­łogę. Do oczu na­pły­nęły łzy. Wie­działa, że stało się coś bar­dzo złego...

Boże, jaki mia­łam kosz­marny sen - po­wie­działa z prze­ję­ciem Olga, wi­dząc, że jej mąż otwo­rzył w końcu oczy.

Nie chciała go wcze­śniej bu­dzić, ale nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy wsta­nie. Przy­je­chał wczo­raj późno i wie­działa, że był wy­koń­czony. Ale na Boga! Ile można spać? Zwłasz­cza że noc upły­nęła im spo­koj­nie, bo dziew­czynki prze­by­wały u El­wiry. Wtu­liła się w niego mocno i nie miała za­miaru go pusz­czać. Na szczę­ście i jemu te przy­tu­lanki przy­pa­dły do gu­stu, choć chyba myl­nie je zin­ter­pre­to­wał. Zsu­nął rękę z ple­ców na jej udo i za­czął je gła­dzić.

- To mó­wisz, że dzieci nie ma, zwie­rzaki wy­pu­ści­łaś na dwór - szep­tał na­mięt­nie - a ty po­trze­bu­jesz sen­nego po­cie­szy­ciela? - Uśmiech­nął się de­li­kat­nie, po czym po­ca­ło­wał ją w usta.

- Kor­nel! - Wzdry­gnęła się i spoj­rzała na niego, jakby wi­działa go pierw­szy raz w ży­ciu.

- No co? - Za­śmiał się, choć nie do końca zro­zu­miał, o co jej cho­dzi. - A, do­bra, już wiem. - Wy­sko­czył i nie­mal rzu­cił się bie­giem do ła­zienki. Kiedy do­kład­nie wy­szo­ro­wał zęby, wró­cił pod cie­płą koł­drę. Po­ranny seks bez my­cia zę­bów moż­liwy jest tylko na fil­mach.

- Ha, ha, wa­ria­cie! - Chwy­ciła się za czoło. - Nie o to mi cho­dziło, ale miło, że po­my­śla­łeś.

- Hmmm... - Przy­tu­lił ją mocno. - Wy­gląda na to, ko­cha­nie, że tym ra­zem na­prawdę mia­łaś zły sen i nie są to żadne po­ranne za­bawy... - po­wie­dział po­waż­niej.

Jego cie­pło da­wało jej uko­je­nie i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wtu­lali się w sie­bie nadzy i spra­gnieni bli­sko­ści. Ostat­nie dwa ty­go­dnie spę­dzili osobno. Po pod­pi­sa­niu dwa mie­siące temu umowy na za­kup domu w So­bie­szo­wie od­byli po­ważną dys­ku­sję. Kor­nel nie wy­obra­żał so­bie na­dal utrzy­my­wać się z pen­sji po­li­cjanta. Sam może ja­koś dałby radę, ale chcąc za­pew­nić ro­dzi­nie do­statni byt, wie­dział, że musi pod­jąć dra­styczną de­cy­zję. Od­szedł ze służby. Już od ja­kie­goś czasu do­sta­wał od swo­ich war­szaw­skich ko­le­gów pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, z któ­rych wcze­śniej nie de­cy­do­wał się sko­rzy­stać. Cią­gle coś mu prze­szka­dzało. Naj­pierw wy­pa­dek Oli, po­tem śledz­two w sze­re­gach CBŚ, póź­niej za­ko­chał się w Ol­dze i ra­zem prze­cho­dzili przez wiele pro­ble­mów zwią­za­nych z jej za­gro­żoną ciążą i Paw­łow­skim - oj­cem dziecka, a kiedy Zu­zia się uro­dziła, po pro­stu nie chciał zo­sta­wiać ich na dłu­żej niż to ko­nieczne. Ale te­raz, kiedy za­miesz­kała z nimi jego je­de­na­sto­let­nia córka Ola, wie­dział, że musi pod­jąć tę de­cy­zję. Od­szedł z po­li­cji i za­trud­nił się w nie­miec­kiej fir­mie szko­lą­cej ochro­nia­rzy dla za­moż­nych oby­wa­teli. Zo­stał wy­kła­dowcą, na­uczy­cie­lem lub men­to­rem - jak kto woli. Ta praca wią­zała się z czę­stymi wy­jaz­dami, ale kiedy prze­by­wał w domu, mógł się po­świę­cać ro­dzi­nie w stu pro­cen­tach, a co naj­waż­niej­sze, nie mu­sieli się już mar­twić o pie­nią­dze.

- Chcesz po­ga­dać o tym, co ci się śniło? - za­py­tał cie­płym gło­sem.

- Nie. - Pod­nio­sła głowę znad jego klatki pier­sio­wej i spoj­rzała mu głę­boko w oczy. - Te­raz chcę się z tobą ko­chać. - Uśmiech­nęła się za­lot­nie. - I tak, by­łam już rano w ła­zience umyć zęby. - Ro­ze­śmiała się, a on do niej do­łą­czył.

Tego ranka nie mu­sieli się spie­szyć. Ko­chali się po­wol­nie, może na­wet lekko le­ni­wie, roz­ko­szu­jąc każ­dym cen­ty­me­trem swo­ich ciał, każ­dym do­ty­kiem i każdą piesz­czotą. Upa­jali się wła­sną obec­no­ścią, uważ­no­ścią na po­trzeby part­nera, do­zna­wali speł­nie­nia, pa­trząc so­bie w oczy. Ta­kie chwile by­wały rzad­ko­ścią, od­kąd za­miesz­kali w czwórkę. Dla­tego sta­rali się je ce­le­bro­wać.

- Tak bar­dzo cię ko­cham - wy­szep­tała mu do ucha, kiedy po sek­sie le­żała na nim. - Bar­dzo tę­sk­ni­łam.

- Ja cie­bie bar­dziej... - Przy­krył ich koł­drą i ra­zem za­snęli jesz­cze na chwilę.

Śnia­da­nie przy­go­to­wali do­piero koło dwu­na­stej, a na obiad pla­no­wali wy­brać się do re­stau­ra­cji ra­zem w dziećmi.

- Może na rybę? Do Za­cheł­mia albo So­snówki? - za­pro­po­no­wała, obie­ra­jąc skórkę z po­mi­dora. Od­kąd za­częła po­da­wać Zuzi wa­rzywa, ten na­wyk wszedł jej tak w krew, że dla nich też obie­rała.

- Czemu nie - przy­tak­nął, wy­cią­ga­jąc z wody go­tu­jące się cien­kie kieł­ba­ski, białe dla Olgi, ciemne dla sie­bie.

- Jak było? Opo­wia­daj - po­le­ciła, sia­da­jąc do stołu.

- W po­rządku - pod­su­mo­wał krótko.

- W po­rządku? - zdzi­wiła się. - Nie ma cię dwa ty­go­dnie i tylko tyle masz mi do po­wie­dze­nia? - obu­rzyła się.

Spoj­rzał na nią spode łba i się za­śmiał.

- Prze­cież co­dzien­nie roz­ma­wia­li­śmy na Te­am­sie. - Po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

- No, niby tak, ale może nie mo­głeś mó­wić wszyst­kiego. - Jej zie­lone oczy zwę­ziły się, kiedy ob­ser­wo­wała go uważ­nie.

- Że niby ktoś trzy­mał mi pi­sto­let przy skroni i ka­zał ze­zna­wać, że Niemcy to kraj mle­kiem i mio­dem pły­nący? - Za­re­cho­tał.

Klep­nęła go z na­ganą w ra­mię i udała na­bur­mu­szoną.

- Do­bra, nie chcesz mó­wić, nie mów. Tak się wła­śnie roz­pa­dają mał­żeń­stwa - rzu­ciła, uda­jąc po­ważny ton.

- Chodź, to po­każę ci, jak się go­dzą. - Przy­cią­gnął ją do sie­bie, po­sa­dził na ko­la­nach i za­czął opo­wia­dać. - To na­prawdę bar­dzo do­bra praca. Ale nie mam tam czasu na nic in­nego. Od rana do wie­czora szko­le­nia. Strzel­nica, orien­ta­cja w te­re­nie, za­sady bez­pie­czeń­stwa, no­wo­cze­sne tech­no­lo­gie, lo­gi­styka wy­stą­pień pu­blicz­nych i dzie­siątki te­ma­tów, które trzeba ogar­nąć. Jak chcesz, to może przy na­stęp­nym wy­jeź­dzie przy­je­dzie­cie mnie od­wie­dzić z dziew­czyn­kami? - za­pro­po­no­wał, choć do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę z tego, że nie jest to naj­lep­szy po­mysł, bo trudno bę­dzie mu wy­go­spo­da­ro­wać dla nich czas.

- Zo­ba­czymy... - Wstała i za­częła sprzą­tać po śnia­da­niu.

- Le­piej po­wiedz, co cię tak mę­czyło w nocy. Rzu­ca­łaś się po łóżku jak ryba wy­jęta z wody.

- Sie­dzą mi w gło­wie ro­dzice. Po tym, jak nie­po­trzeb­nie - pod­kre­śliła z wy­rzu­tem ostat­nie słowo - da­łam się prze­ko­nać El­wi­rze do od­no­wie­nia kon­tak­tów, cią­gle mam kosz­mary senne.

- Skoro to dla cie­bie taki wy­si­łek, może trzeba to prze­rwać?

- Nie mogę. Obie­ca­łam i do­trzy­mam słowa. Zresztą, wiesz, w ja­kim była złym sta­nie po ak­cji z Nie­dziel­skim. Wia­do­mość, że je­stem go­towa wy­ba­czyć ro­dzi­com i stwo­rzymy jedną, wielką, szczę­śliwą ro­dzinę, pod­nio­sła ją na du­chu. Zu­peł­nie tej dziew­czyny nie ro­zu­miem. Nie wiem, dla­czego tak do tego dąży.

- Może po­trze­buje po­czu­cia sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa - za­su­ge­ro­wał. - Nie, że­bym się glo­ry­fi­ko­wał, ale mam na­dzieję, że ty do­szłaś w ży­ciu ze mną do mo­mentu, kiedy czu­jesz się bez­piecz­nie, ona chyba na­dal szuka spo­koju.

- Masz ra­cję i dla­tego mu­szę to dla niej zro­bić - po­wie­działa zde­cy­do­wa­nym gło­sem. - Choć ja­koś nie wy­daje mi się, żeby nasi sta­rzy mo­gli dać ko­mu­kol­wiek sta­bi­li­za­cję i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

- Mó­wi­łaś, że na­prawdę prze­stali pić i od roku mają stałą pracę, tak?

Nie chciała już o nich roz­ma­wiać. Ski­nęła je­dy­nie głową i prze­szła do mil­szego te­matu.

- Jest na­dzieja, że i dla mo­jej sio­stry za­świeci słońce mi­ło­ści... - Uśmiech­nęła się zna­cząco.

- To zna­czy? - za­cie­ka­wił się.

- Spo­tyka się z kimś. A żeby było bar­dziej nie­sa­mo­wi­cie i wcią­ga­jąco, to po­wiem ci, że uważa go za tego je­dy­nego, któ­rego wy­brał dla niej los.

- Ooo! A na czym opiera tę hi­po­tezę? - Kor­nel wziął się do zmy­wa­nia garnka po kieł­ba­sie.

- Oka­zało się, że ten chło­pak, na któ­rego kie­dyś wpa­dła przy osie­dlo­wej żabce, na­prawdę ma na imię Leon i że od ja­kie­goś czasu był nią za­uro­czony.

- Po­waż­nie? No to su­per­wia­do­mość - uznał, wy­cie­ra­jąc ręce w ręcz­nik. - Co to za bu­cze­nie?

- Co?

- Nie sły­szysz? - Po­szedł do sy­pialni, skąd przy­niósł jej wi­bru­jący te­le­fon.

- Cho­lera, Mi­cha­lik - prze­klęła, pa­trząc na wy­świe­tlacz. - Wiesz, że je­żeli od­biorę, po­mimo że mam wolny dzień, to może się oka­zać, że prze­sta­nie być wolny? - Spoj­rzała mę­żowi w oczy, jakby py­ta­jąc o zgodę. Apa­rat ucichł, by po chwili znów za­brzę­czeć w jej dłoni.

- No, od­bierz - po­le­cił. - Prze­cież wiem, że nie wy­ba­czy­ła­byś so­bie, gdyby ja­kaś gruba sprawa prze­szła ci koło nosa. - Za­śmiał się i po­szedł pod prysz­nic.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki