Prolog
Melanie
Nie wiedziałam, od kiedy byłam w tym pokoju. Ubrany na czarno mężczyzna
przyniósł mi jedzenie tylko raz. Zjadłam, choć nie czułam się głodna.
Przeszukałam pomieszczenie centymetr po centymetrze, próbując znaleźć
możliwość ucieczki, ale nic nie odkryłam. Gdy byłam spragniona, piłam z umywalki w małej łazience. Zastanawiałam się, co ze mną będzie.
Jakby w odpowiedzi na moje wątpliwości drzwi się otworzyły i mężczyzna w czerni wszedł do środka.
- Dobry dzionek, pani doktor.
Czy to znaczy, że jest już ranek? Nie miałam pojęcia. Spałam... tak mi się
wydawało. A może właśnie ponownie przeżywałam sesje z Giną w jakimś
półhipnotycznym letargu?
- Dziś jest twój szczęśliwy dzień - powiedział. - W końcu opuścisz to
miejsce.
Choć ta myśl powinna wprawić mnie w uniesienie, nadal byłam w ponurym
nastroju. Ponownie naszło mnie otumaniające wspomnienie sesji Giny -
naprawdę wolałabym umrzeć. Czy przegapiłam jej wołanie o pomoc? Nic nie
wskazywało na to, by mogła mieć myśli samobójcze. Miała pracę, działała
jako wolontariuszka w lokalnym schronisku dla dzieci... była w znacznie
lepszej formie niż Talon Steel, gdy przyszedł do mnie po raz pierwszy, a on nie miał skłonności samobójczych. Wręcz przeciwnie, jego przemożna
wola przetrwania całkowicie przeważała nad pragnieniem śmierci.
Mężczyzna w czerni przerwał moje rozmyślania, ściągając mnie z łóżka i odwracając twarzą do ściany. Unieruchomił mi ręce za plecami, tym razem
taśmą klejącą.
- Nie mogę dopuścić do tego, żeby przyszło ci do głowy zrobić coś
głupiego - oznajmił.
Coś głupiego? Tak jakby to było możliwe. W pokoju nie było niczego, co
nadawałoby się na broń, a ten człowiek już udowodnił, że jest znacznie
silniejszy ode mnie.
- Nie chcesz wiedzieć, dokąd idziesz?
- Niespecjalnie - odpowiedziałam.
- Jak wolisz.
Wyszliśmy z pokoju i wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem w jakimś domu.
To małe pomieszczenie bez okien mieściło się w suterenie. Mężczyzna
poprowadził mnie po schodach aż do pralni. Z lewej strony znajdowała się
kuchnia. My skręciliśmy w prawo. Do garażu. Bardzo dużego garażu, który
mógł pomieścić trzy samochody.
Ale teraz stał tam tylko jeden stary pojazd.
- To bardzo wyjątkowy samochód, doktor Carmichael.
Była to ogromna odpicowana bryka sprzed kilku dekad.
- Dla mnie nie wygląda to jakoś szczególnie. Raczej jak kupa złomu.
Zaśmiał się.
- Tak, masz rację. Należał do kogoś, kogo znałaś, a najlepsze jest
właśnie to, że jest przestarzały. Mogę go uruchomić, a następnie
zablokować, aby nikt nie mógł dostać się do środka, gdy silnik pracuje.
- No i?
I wtedy to do mnie dotarło.
- Nie! - Próbowałam się od niego odsunąć.
- Więc już to pojęłaś?
Wepchnął mnie do garażu, oparł o samochód, a potem potrząsnął mi przed
nosem pękiem kluczy.
- Bez nich nie będziesz w stanie otworzyć drzwi i wyłączyć zapłonu. I wiesz co? Zamknę je w środku samochodu.
Serce mi waliło, a w żyłach pulsował zimny strach.
- Puść mnie! Puść mnie!
- Obawiam się, że to niemożliwe, pani doktor. Umrze pani. W tym garażu,
zdana na łaskę tego samochodu. Tak samo jak Gina Cates.
Rozdział pierwszy
Jonah
Larry wciąż był zwrócony w stronę Bryce'a. Wykrzywił usta w obleśnym
półuśmiechu, a spojrzenie jego niebieskich oczu w niesamowity sposób
kierowało się ku mnie, choć wcale nie poruszył głową.
- Szukaj dalej, jeśli chcesz, dzieciaku, ale pozwól, że dam ci radę.
Prawda jest przereklamowana. Kiedy raz wejdziesz do tego ciemnego
pokoju, bardzo trudno będzie ci się stamtąd wydostać.
Przeszył mnie zimny dreszcz. Larry mówił do Bryce'a, ale tylko ja
wiedziałem, o co mu chodzi.
O prawdę.
Prawdę o tym, że ojciec Bryce'a był jednym z ludzi, których szukaliśmy.
Prawda była rzeczywiście ciemnym pokojem i wiedziałem, kto będzie musiał
otworzyć jej drzwi dla Bryce'a. I tym kimś nie był Larry.
On wciąż stanowczo odmawiał wskazania pozostałych dwóch sprawców. Ale
teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej byłem pewien tego, co już
wywnioskowałem ze słów Larry'ego. Bryce znał jednego z porywaczy.
Tym kimś był jego własny ojciec.
- Powiedz mi jedną rzecz, wujku - poprosiłem. - Uważasz, że Bryce zna
jednego z porywaczy. Dlaczego nie oszczędzisz jemu i mojemu bratu
dalszego cierpienia i nie zdradzisz nam teraz, kto to jest?
Moje żądanie nie wynikało z altruistycznych pobudek i miałem tego
świadomość. Gdyby Larry powiedział Bryce'owi o jego ojcu, ja nie
musiałbym tego robić. Ale on zachował kamienną twarz.
- Nic takiego nie mówiłem.
- Może nie wprost - odparłem. - Ale z pewnością to sugerowałeś.
- Powtarzam, nic takiego nie mówiłem.
Bryce siedział obok mnie z bladą, pełną napięcia twarzą. Dotarły do
niego słowa Larry'ego.
- Więc po co to całe pieprzenie o tym, że prawda to ciemny pokój? -
Wpatrywałem się w niebieskie oczy wujka.
- Naprawdę myślisz, że poradzisz sobie z prawdą? - Tym razem Larry
spojrzał prosto na mnie, a nie na Bryce'a, który patrzył przed siebie.
- Odkąd skończyłem trzynaście lat, musiałem radzić sobie z rzeczami, z którymi żaden człowiek nie powinien mieć do czynienia. - Zacisnąłem
zęby. - Poradzę sobie ze wszystkim, co mi rzucisz pod nogi.
Zwłaszcza że wiedziałem już, o jakiej "prawdzie" mówił.
Larry nadal wpatrywał się we mnie.
- A twój przyjaciel? Świeżo upieczony ojciec? Myślisz, że poradzi sobie
z prawdą?
Te słowa wyrwały Bryce'a z odrętwienia, rumieńce wróciły mu na policzki.
- Zniosę wszystko, co mi zaserwujesz.
- Zastanów się dobrze, zanim w to wejdziesz, dzieciaku - powiedział
Larry, kierując znowu swój wzrok na Bryce'a.
- Dam sobie radę - powtórzył Bryce przez zaciśnięte zęby.
- Jesteśmy dorosłymi mężczyznami, wujku, mimo że lubisz nazywać nas
dziećmi. A teraz zrób nam wszystkim trzem przysługę i powiedz tę
cholerną prawdę. Kim byli ci dwaj pozostali mężczyźni?
Larry potrząsnął głową, rechocząc. Odwrócił się do stojącego obok
strażnika.
- Skończyliśmy na dzisiaj.
Bryce wstał, zaciskając dłonie w pięści.
- Jeszcze daleko nam do tego. Powiesz Joe i mnie, kto uprowadził jego
brata i kto zabił mojego kuzyna. Natychmiast.
Larry również wstał, uśmiechając się półgębkiem. Przypominał mi
jadowitego węża.
- Nie słuchacie mnie. Nie zamierzam nikogo wsypać. To się nigdy nie
zmieni.
Strażnik wyprowadził Larry'ego.
Bladą twarz Bryce'a okrył rumieniec. Był wściekły.
- Cholera - powiedział. - Nigdy nie dowiemy się prawdy.
Prawdy. Część prawdy już znałem. Wiedziałem też coś jeszcze.
Następnym razem przyjadę do wujka sam.
***
- A tak w ogóle, to kto tutaj mieszka?
Wjechałem na miejsce parkingowe niedaleko budynku, w którym znajdowało
się mieszkanie Melanie.
Do tej pory powiedziałem Bryce'owi tylko tyle, że muszę sprawdzić, co
słychać u mojej przyjaciółki.
Przyjaciółki.
Boże, ona była kimś więcej niż moją przyjaciółką, a ja byłem gotów ją
porzucić. Ale teraz już nie. Zmieniłem zdanie. Chciałem być przy niej, a przynajmniej spróbować. W mojej głowie panował taki bałagan, że nie
miałem pewności, czy jestem dla niej wystarczająco dobry, ale z pewnością sama moja obecność mogłaby jej pomóc. Nie chciałem okłamywać
Bryce'a. Już i tak wiele przed nim ukrywałem.
- Moja przyjaciółka jest... psychoterapeutką. To doktor Melanie
Carmichael.
- Czy to nie jest...
- Tak - przytaknąłem. - To terapeutka Talona.
- Więc jest twoją przyjaciółką?
- Tak. Tak jakby. To znaczy...
- Chryste. Pieprzysz ją.
Potrząsnąłem głową z cichym śmiechem. Jakim cudem Bryce, choć nie
widzieliśmy się tak długo, wciąż wiedział, co myślę?
- To nie twoja sprawa.
Bryce uśmiechnął się szeroko.
- Joe, znam cię całe twoje cholerne życie. Nic nie ukryjesz przede mną.
Potrafię czytać z ciebie jak z otwartej księgi.
Faktycznie chyba potrafił, co niekoniecznie było dla mnie dobre. Nie
chciałem, żeby domyślił się moich podejrzeń dotyczących jego ojca,
dopóki nie będę miał mocniejszych dowodów. Kiedy je znajdę, będę musiał
powiedzieć o tym najpierw Bryce'owi, zanim zwrócę się z tym do Talona.
Przynajmniej tyle byłem winien przyjacielowi. W końcu chodziło o jego
ojca. Wcale nie cieszyła mnie ta perspektywa.
- Dobra - powiedziałem. - Przyłapałeś mnie. Zabawiliśmy się kilka razy,
ale tak naprawdę jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Tak? To dlaczego przyjeżdżamy tutaj, żeby sprawdzić, co się u niej
dzieje? Dlaczego do niej po prostu nie zadzwonisz?
- Ponieważ nie odbiera moich telefonów.
Po tym, jak Melanie wymknęła się z mojego domu kilka dni wcześniej,
kiedy Talon i Jade znaleźli nas pływających nago w moim basenie, byłem
na nią zły. Kiedy zadzwoniła do mnie kilka godzin później, nie
odebrałem. A jak w końcu ja spróbowałem do niej zadzwonić, potraktowała
mnie tak samo. Zasłużyłem na to, ale teraz zaczynałem się martwić.
Melanie nie była typem osoby, która chowa urazę. Była dobrą osobą -
taką, która się nie obraża na długo, która pomaga innym.
- Czy wziąłeś pod uwagę, że ona może nie chcieć z tobą rozmawiać?
- Tak. Może faktycznie nie chce. Ale minęło już kilka dni.
- Czy między wami wszystko było w porządku?
Westchnąłem.
- Niestety nie. Przez chwilę byłem na nią zły. Ale już mi przeszło.
- A co ona zrobiła?
- To długa i nudna historia. Chodziło o to, że Talon i Jade przyszli do
nas, gdy kąpaliśmy się nago w moim basenie. Melanie poczuła się
skrępowana i zamiast zostać, tak jak chciałem, ubrała się i wymknęła,
nie mówiąc mi o tym.
Wysiadłem z samochodu. Bryce poszedł za mną.
- Ładny budynek.
- Ona ma tu świetny mały loft. Na czwartym piętrze.
- Chcesz, żebym poczekał na ciebie?
- Tak, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Nie. Po drugiej stronie ulicy jest bar. Po rozmowie z Larrym mam
ochotę na piwo.
- Dobry pomysł. Zobaczę, co u niej, a potem spotkamy się w barze.
Bryce pomachał mi na pożegnanie i poszedł w stronę baru. To tyle, jeśli
chodzi o czytanie ze mnie jak z otwartej księgi. Dobrze wiedziałem, że
jeśli Melanie jest w domu, to za kilka minut nie spotkam się z moim
przyjacielem w barze.
Bo będę pieprzył tę seksowną kobietę aż do nieprzytomności.
Rozdział drugi
Melanie
Byłam cała odrętwiała. Nie. To nie dzieje się naprawdę. "Użyj głowy,
Melanie. Musi być jakieś wyjście. Możesz otworzyć okno samochodu. Nie
będzie z tym problemu".
Jak dotąd nie związał mi kostek. Jeśli odwrócę jego uwagę, może zapomni.
"Niech mówi. Niech dalej mówi".
- Czy to rzeczywiście samochód, którego Gina użyła, by popełnić
samobójstwo? - Nie chciałam znać odpowiedzi, ale próbowałam przeciągać
to tak długo, jak tylko mogłam. W tym momencie liczyła się każda
sekunda. Musiałam go jakoś wytrącić z równowagi.
- Naprawdę cię to obchodzi?
Czy naprawdę? Niezależnie od tego, czy ten samochód zabił Ginę, czy nie,
na pewno mógł zabić mnie.
- Oczywiście, że mnie to obchodzi. Była moją pacjentką. Zależy mi na
wszystkich moich pacjentach.
- Naprawdę, pani doktor? To dlaczego pozwoliłaś jej umrzeć?
Równie dobrze mógł rozciąć moje wnętrzności ostrym nożem.
- Nie pozwoliłam jej umrzeć. Sama się zabiła.
- Ponieważ jej nie pomogłaś.
Czułam palący ból w nadgarstkach, kiedy przyklejał do nich kolejną
warstwę taśmy. Nogi wciąż miałam wolne. A co, jeśli... Odwróciłam się
szybko, by spojrzeć mu w twarz. Pistolet u jego pasa błysnął na mnie
czarnym okiem. Mógłby go łatwo chwycić i zabić mnie, zanim zdążyłabym
cokolwiek zrobić. Ale musiałam spróbować. Przysięgłam sobie, że
wydostanę się z tego bagna, wrócę do Jonaha i wyznam mu miłość. Wzięłam
głęboki oddech i szybko kopnęłam go w krocze. Przewrócił się z głośnym
sapnięciem.
Ponownie uniosłam nogę, by wymierzyć mu kopniaka w plecy, ale on szybko
się odwrócił i złapał mnie za kostkę. Przeszył mnie ból, gdy wykręcił
delikatny staw. Krzyknęłam.
- Ty głupia suko! Mam na tyle rozumu, aby nosić kamizelkę ochronną,
kiedy pracuję. Dlaczego, do cholery, to zrobiłaś?
Kopnął mnie w bolącą kostkę, a mnie przeszył kolejny dreszcz bólu.
Zacisnęłam oczy, próbując powstrzymać łzy. Ale byłam zbyt słaba, zarówno
na umyśle, jak i na ciele. Nie miałam pojęcia, jak długo tu jestem, i chociaż dostałam coś do jedzenia, nie było tego zbyt wiele. Ile jeszcze
będę musiała znieść? Może jednak lepiej zaczekać, aż uruchomi samochód?
Nie. Musiałam wykorzystać każdą szansę. Niestety ostatnia nie wypaliła,
a teraz dodatkowo bolała mnie kostka. Mogłam nią ruszać, więc
przynajmniej jej nie złamał. Ale prawdopodobnie była poważnie skręcona.
- Głupia pizda. Powinienem cię zabić i mieć to z głowy. Ale nie taki
jest plan.
- A jaki jest plan? - zapytałam. - Kto cię przysłał, żebyś mi to zrobił?
- Nie mogę powiedzieć.
- Rodney Cates? Ojciec Giny? - Na pewno nie jej matka. Wciąż była w szpitalu.
- Nie mogę powiedzieć.
- Dlaczego trzymałeś mnie tu tak długo? Dlaczego po prostu mnie nie
zabiłeś, kiedy zabrałeś mnie z domu?
- Nie taki był plan.
- Pieprzę cholerny plan! - Kostka pulsowała bólem. - Po prostu powiedz
mi, czego chcesz. Pieniędzy? Zdobędę je dla ciebie.
- Mam ich mnóstwo. W mojej branży pobieram wysokie honoraria.
Zakaszlałam. Więc ten człowiek nie był moim wrogiem. Był po prostu
wynajętym zabójcą. Kimś zatrudnionym przez Rodneya Catesa. Ale Rodney
Cates był przecież profesorem w college'u. Nie był bogaty. Gina mówiła,
że została wychowana w skromnych warunkach. A wynajęcie cyngla nie było
tanie, przynajmniej tak mi się wydawało.
- Kto cię wynajął? - jęknęłam, krzywiąc się z powodu bólu kostki.
- Mam dość twojego gadania. Zamknij się albo zakleję ci te pieprzone
usta!
Zacisnęłam wargi. Nie, nie mógł zabrać mi możliwości krzyczenia.
Chciałam móc krzyczeć. To może być moje jedyne narzędzie, kiedy
przyjdzie co do czego.
Do związania kostek użył liny zamiast taśmy klejącej, a ja skrzywiłam
się i ponownie jęknęłam z bólu.
- Boli, co? To twoja cholerna wina.
Chciałam wrzasnąć na niego, ale przypomniałam sobie jego groźbę
dotyczącą taśmy klejącej. Nie mogłam dopuścić, by mi zakleił usta.
- Zabawna rzecz. W dzisiejszych czasach w tych nowoczesnych samochodach
taka śmierć zajęłaby cholernie dużo czasu. Te wypasione katalizatory
znacznie zmniejszają emisję tlenku węgla. Ale to stary grat... Nie
będziesz miała tyle szczęścia.
To był duży garaż, co dawało mi jakąś nadzieję. Będę musiała tylko
znaleźć się na tyle wysoko, na ile to będzie możliwe, by mieć dostęp do
czystszego powietrza. Poza jakimiś starymi metalowymi półkami
pomieszczenie było puste. Gdyby jakoś udało mi się uwolnić, mogłabym na
nich stanąć. Oby tylko moja kostka mnie nie zawiodła.
A nawet jeśli nie udałoby mi się uwolnić z więzów, wciąż miałam głowę. Z pewnością była wystarczająco twarda, by rozbić szybę. Ale gdybym
uderzyła się zbyt mocno, straciłabym przytomność, co też skończyłoby się
moją śmiercią.
Mężczyzna skończył wiązać mi kostki.
- Czas ucieka, pani doktor.
- Jak dużo czasu to zajmie? - zapytałam. - Mam na myśli umieranie. -
Oczywiście jako lekarka znałam odpowiedź. Ale musiałam grać na zwłokę.
- Każdy przypadek jest inny. Jak myślisz, jak długo Gina Cates umierała?
Znów ten ból niby dźgnięcie nożem, jak za każdym razem, gdy ktoś
wspominał o Ginie. Za każdym cholernym razem.
- Nie wiem. - I faktycznie nie wiedziałam, chociaż mogłam się tego
domyślać.
- Teraz to już nie ma znaczenia. Ona nie żyje. Jest cholernym trupem...
przez ciebie.
- Znałeś ją?
- Kurwa, nie, nie znałem jej.
- Więc dlaczego to ma dla ciebie znaczenie? - Oczywiście wiedziałam
dlaczego. Pieniądze. Ale rozmawiał ze mną, a o to mi chodziło.
- Nie twoja sprawa.
- Bez względu na to, ile ci płacą, zapłacę podwójnie.
- Przykro mi.
- Twierdzisz, że jesteś nie do kupienia?
To go rozśmieszyło.
- Chyba sama wiesz. Ale nie utrzymałbym się długo w biznesie, gdybym
wykręcał się od pracy tylko dlatego, że ktoś mi więcej zapłaci. Nikt by
mi nie zaufał.
Najemnik z zasadami. Interesujące.
- Poza tym - kontynuował - nie masz żadnych pieniędzy. Blefujesz.
Blefowałam. Dobrze zarabiałam i miałam założone dobre konto emerytalne,
ale z pewnością nie miałam takich pieniędzy, jakich on mógł chcieć.
Ale Jonah Steel miał.
Czy dałby mi je, aby zapewnić mi bezpieczeństwo? Z pewnością był na mnie
zły za to, że wtedy uciekłam. Naprawdę chciał, żebym została.
Wydałam z siebie głośne westchnienie. Nie miałam jak skontaktować się z Jonahem. Zapisałam jego numer w telefonie, ale go nie pamiętałam. Nie
mogłabym do niego zadzwonić, nawet gdyby pojawiła się taka możliwość.
Zamaskowany mężczyzna z pewnością by mi w tym nie pomógł.
Byłam sama.
Całkiem sama.
Tak jak Gina, kiedy była małą dziewczynką. Tak jak Talon w tamtej
ciemnej, zimnej piwnicy.
Zamaskowany mężczyzna otworzył drzwi samochodu i uruchomił silnik.
Instynktownie wzięłam głęboki wdech - ostatni wdech czystego powietrza.
Sięgnął do drzwi pasażera, zamknął je, a następnie wstał, zamknął drzwi
od strony kierowcy.
- Czas się skończył, pani doktor. - Popchnął mnie w stronę samochodu.
Nie dałam rady utrzymać się na nogach i upadłam na drzwi kierowcy.
Zsunęłam się w dół, klamka wbiła mi się w plecy i wylądowałam na
podłodze, z piekącą od bólu kostką.
Spojrzał na mnie, stojąc przy drzwiach prowadzących do domu.
- Wszystko jest zamknięte. Do widzenia. Do zobaczenia w piekle.
Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
Zamknęłam oczy i wzięłam kolejny wdech, wracając do esencji samego
życia... do oddychania i...
Nie! To był jedyny raz, kiedy esencja życia mi nie pomoże. Im więcej
będzie wdechów, tym szybciej stracę przytomność z powodu tlenku węgla.
Drżałam, wciąż leżąc na betonowej podłodze obok samochodu. Nie było
czasu na panikę. Musiałam działać, i to szybko. Kostka wciąż pulsowała,
więc przesunęłam się na tyłku w kierunku półek po drugiej stronie
garażu.
I wtedy to zobaczyłam.
Rozdział trzeci
Jonah
- Co się, kurwa, dzieje?
Przeszedł mnie dreszcz. Drzwi Melanie były zabezpieczone taśmą policyjną
i zamknięte na kłódkę. Co jest, do cholery? Włamano się do jej domu?
Miałem nadzieję, że nic więcej. Z pewnością wszystko z nią w porządku.
Szybko nacisnąłem dzwonek do drzwi.
Brak odpowiedzi.
"Nie panikuj, Joe". To nie musiało niczego oznaczać. Mogła być w pracy.
Jej biuro nie było zbyt daleko stąd. Nie, nie było jej w pracy. Przecież
wzięła trzytygodniowy urlop. Ale mogła wyjść załatwić jakieś sprawy.
Albo...
Poczułem, że zazdrość przenika mnie na wskroś. Mogła być z Oliverem
Twistem.
Potrząsnąłem głową. Boże, tak, wolałbym, żeby była z nim niż w jakichś
tarapatach. Chociaż trudno było mi się z tym pogodzić, taśma policyjna z pewnością oznaczała kłopoty. Czy była ranna? Czy to dlatego nie
odpowiadała na moje telefony?
Myślałem, że karze mnie za to, że nie oddzwoniłem do niej od razu. Czego
się spodziewała, kiedy wymknęła się z mojego domu po tym, jak zaprosiłem
ją do siebie? Do diabła, chciałem, żeby została. Wziąłem głęboki wdech i zacząłem walić w drzwi. Nikt nie odpowiedział, ale nagle otworzyły się
inne drzwi, oddalone o kilka kroków.
- Co to za hałasy? - W wejściu stała młoda kobieta z krótkimi włosami,
ubrana w dżinsy i koszulkę z napisem "Daj buziaka, jestem Irlandką".
- Przepraszam za kłopot. Szukam Melanie Carmichael. Wiesz, co tu się
dzieje? Dlaczego jej drzwi zaklejono taśmą? Co się z nią stało? Czy
wszystko z nią w porządku? Widziałaś ją może?
- Powoli... Nie, nie widziałam jej niestety. Nie było jej tutaj, kiedy
przyjechała policja.
Poczułem przyspieszone bicie serca. Okej, czyli nie jest tak źle.
Prawdopodobnie doszło do zwykłego włamania, a Melanie nic się nie stało.
Tylko gdzie ona się podziewa?
- Co się stało? Dlaczego przyjechała policja?
- Nie jestem pewna. Wtargnęli siłą, a potem zabezpieczyli wszystko
taśmą. Byłam w pobliżu i kiedy usłyszałam hałas, wyszłam na zewnątrz,
ale nie mogłam się zorientować, o co chodzi. Nie zabawili tu długo.
Wtedy pomyślałam, że może włączył się jej alarm czy coś takiego.
Młoda kobieta była, cóż, po prostu młoda. Miała na sobie uroczą
koszulkę. Wyglądała na Irlandkę. Z rudoblond włosami i niebieskimi
oczami. I nie mogła mi w niczym pomóc.
- Kiedy przyjechała policja?
- Dwa dni temu.
- Dwa dni temu? - Tego wieczora Talon i ja pojechaliśmy do Denver. -
Widziałaś ją od tamtej pory?
- Nie, ale ona i ja nie do końca mamy ten sam rytm dobowy. Nie obracamy
się w tych samych środowiskach.
Cholera. Przecież zadzwoniłaby, gdyby potrzebowała mojej pomocy, prawda?
Cały czas to sobie powtarzałem.
- Jeśli ją spotkasz, przekażesz jej, że jej szukam?
Młoda kobieta znów się uśmiechnęła.
- Jasne, nie ma sprawy. Ale najpierw musisz mi powiedzieć, kim jesteś.
- Och, no tak. - Wyciągnąłem portfel z tylnej kieszeni spodni,
otworzyłem go i wyjąłem jedną z moich wizytówek. - Jonah Steel. -
Podałem jej wizytówkę.
- Ona będzie wiedziała, o co chodzi?
Przytaknąłem.
Kobieta wyciągnęła rękę.
- Jestem Lisa O'Toole. Miło cię poznać.
- Mnie również. - Szybko uścisnąłem jej dłoń i się odwróciłem.
- Dlaczego tak się spieszysz?
Spojrzałem na nią ponownie, uśmiechała się, przechylając biodra w uwodzicielskiej pozie. Naprawdę? Zamierzała ze mną flirtować?
Teraz?
- Mój przyjaciel czeka na mnie w barze po drugiej stronie ulicy. Proszę,
powiedz Melanie, że jej szukam. I że się o nią martwię. Muszę się
dowiedzieć, czy u niej wszystko w porządku.
- Umowa stoi, Jonah Steel. - Lisa puściła do mnie oczko.
Musiała żyć z majątku rodziców, skoro mieszkała w tym samym budynku co
Melanie. A może jednak była starsza, niż na początku mi się wydawało, i miała jakąś pracę.
Należałem do tych, którzy rozmawiali o pieniądzach. Moi bracia, siostra
i ja nigdy nie musieliśmy się o nie martwić. Mimo to ciężko
pracowaliśmy, prowadząc ranczo. Gdybyśmy tylko zechcieli, moglibyśmy je
sprzedać i zgarnąć wystarczająco dużo pieniędzy, by utrzymać kilka
następnych pokoleń naszej rodziny. Ale gdybyśmy to zrobili, zarówno mój
dziadek, jak i ojciec bez wątpienia przewróciliby się w grobach.
Więc włamano się do jej mieszkania. Pewnie pojechała do hotelu. Gdyby
naprawdę chciała, zadzwoniłaby do mnie, a przynajmniej odebrałaby mój
telefon. Najwyraźniej jej wymknięcie się z mojego domu było wiadomością.
Nie chciała mnie.
Przeżyję to.
Musiałem.
Wciąż jednak czułem łaskotanie w karku - takie dziwne uczucie, że coś
jest nie tak.
Machnąłem na nie ręką. W końcu nie jest to nic takiego, na co nie
mogłoby pomóc martini. Wsiadłem do windy, zjechałem na parter i ruszyłem
na spotkanie z Bryce'em. Od razu go zauważyłem - siedział przy barze z piwem w dłoni. Przy pustym stołku stało martini. Dobry człowiek.
Dosiadłem się do niego.
- I jak poszło? - zapytał.
Upiłem nieco drinka. Nie było to CapRock, ale i tak niezłe.
- Nijak. Nie było jej w domu, a drzwi były zaklejone policyjną taśmą.
- Co? - Bryce odstawił piwo, nie biorąc nawet łyka. - Nic jej nie jest?
- Na tyle, na ile mogę powiedzieć... Rozmawiałem z jej sąsiadką. Melanie
nie było w domu, gdy przyjechała policja, więc prawdopodobnie włamano
się do jej mieszkania. Dlaczego jednak do mnie nie zadzwoniła?
- Ale czy nie mówiłeś, że wymknęła się z twojego domu kilka dni temu?
Może...?
- Dokończ tę myśl. Może po prostu nie chciała do mnie dzwonić. - Wziąłem
długi łyk martini. - Kurwa, dam sobie z tym radę. - Nie byłem jednak
pewien, czy sam wierzę we własne słowa.
- Cóż, dzwoń do niej dalej. W końcu przecież musi odebrać. Chyba.
- Po prostu nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.
- Więc nie ma jej w domu. Pewnie jest w pracy.
- Nie, nie jest. Wzięła urlop.
- Naprawdę? Dlaczego?
- Nie znam wszystkich szczegółów.
Znałem je, ale nie miałem ochoty ujawniać spraw Melanie. Nie znosiłem
okłamywać Bryce'a. Ale ostatnio zrobiłem się w tym cholernie dobry.
Siedziałem obok niego, choć w myślach wydałem już wyrok na jego ojca, i nawet nie zająknąłem się najlepszemu przyjacielowi o moich
podejrzeniach. Potrzebowałem bardziej namacalnego dowodu, zanim będę
mógł działać dalej.
- Ja bym się tym nie przejmował - powiedział Bryce. - Pewnie wyszła na
zakupy.
Melanie zupełnie nie kojarzyła mi się z zakupami. Swoje beżowe
bawełniane majtki mogła kupić wszędzie. I choć jej ubrania były ładne,
były zarazem przemyślane i profesjonalne. Na niej seksowne jak diabli,
ale nie było to nic, czego nie mogłaby kupić w sklepie internetowym.
Oczywiście musiała też coś jeść. Może więc po prostu poszła do sklepu
spożywczego.
- Prawdopodobnie masz rację.
Szkoda, że nie byłem w stanie uwierzyć sobie nawet przez chwilę. Może
naprawdę nie chciała ze mną rozmawiać. Gdyby rzeczywiście tak było,
musiałbym z tym się pogodzić. Cóż mógłbym innego zrobić?
- Więc co myślisz o dzisiaj? - zapytał Bryce.
- O co ci chodzi?
- O naszą wizytę u Larry'ego.
Jasne. Tak bardzo zamartwiałem się o Melanie, że omal nie zapomniałem o naszej wizycie u wujka.
- Nie jestem pewien, czy dowiedzieliśmy się czegoś nowego.
- Nadal uważasz, że znam jednego z napastników?
Żałowałem, że nie przedstawiłem Bryce'owi tej teorii po naszej pierwszej
wizycie u Larry'ego, ale byliśmy u niego wcześniej, zanim dowiedziałem
się o potencjalnym zaangażowaniu jego ojca w tę sprawę.
- Nie wiem, stary. Nie jestem pewien, czy w tej chwili wiem cokolwiek o czymkolwiek.
- Ale możesz mieć rację. Jego słowa chyba na to też wskazywały. Ja po
prostu nie wiem, kto to może być. Nie znam nikogo takiego.
Otworzyłem usta, choć nie wiedziałem, co z nich wyjdzie, ale w tej
chwili zabrzęczała moja komórka. Ten dzwonek mnie dosłownie uratował.
Zerknąłem na wyświetlacz.
- Mogę odebrać? To Marjorie.
- Śmiało.
Przyłożyłem telefon do ucha.
- Hej, Jorie.
- Joe, natychmiast wracaj do domu - odezwała się wysokim, przenikliwym
głosem. Coś się stało. - Muszę z tobą porozmawiać.
- Co się dzieje? Wszystko w porządku?
- Nic mi nie jest. Tak myślę. - Teraz jej głos zadrżał. - Coś dzisiaj
widziałam.
- Co?
- Wolę nie mówić o tym przez telefon.
- Nie możesz porozmawiać z Talonem i Ryanem?
- Ryan jest zbyt zajęty, by oderwać się choćby na moment od tego swojego
wina. Nie mogę go zapytać. A Talon... Nie, nie mogę o tym rozmawiać z Talonem. Nie teraz. Jeszcze... nie.
- Gdzie jest Jade?
- W pracy.
- Ja jestem w mieście, Jorie. Bryce i ja...
- O Boże. Bryce
- O co chodzi? Bryce jest ze mną. Wszystko z nim w porządku.
- Bryce jest z tobą?
- Tak. Wpadliśmy na drinka.
- Więc gdzie jest Henry?
- Chyba ze swoimi dziadkami.
- O Boże...
- Jorie, powiedz mi, co się dzieje!
- Zapytaj Bryce'a, czy dziecko jest z jego matką. Teraz.
- Jorie...
- Teraz. Proszę.
Zerknąłem na przyjaciela.
- Henry jest z twoją mamą, prawda?
- Tak. - Bryce skinął głową.
Ponownie podniosłem telefon.
- Henry jest z Evelyn. Nic mu nie jest.
Do moich uszu dotarło ciężkie westchnienie.
- Dzięki Bogu...
- Jorie, co się dzieje, do cholery?
- Po prostu wróć do domu. Będę na ciebie czekać.
Te słowa wzbudziły mój niepokój. A fakt, że martwiła się o Henry'ego,
mógł oznaczać tylko jedno. Zakończyłem połączenie, wypiłem resztę
martini jednym haustem i zwróciłem się do Bryce'a.
- Muszę wracać do domu.
Rozdział czwarty
Melanie
Między podstawą szafki a ścianą tkwił kawałek białej rury PCV. Gdyby
rura była w środku pusta - a rury zwykle takie są - i gdyby udało mi się
znaleźć jakąś małą szczelinkę gdzieś w tym pozornie szczelnie zamkniętym
garażu, mogłabym przez nią oddychać i dzięki temu przeżyć. A co
ważniejsze, mogłabym wybić nią szybę w samochodzie i wyłączyć silnik. W starszych modelach aut - a to do takich należało - nie było szyb
odpornych na stłuczenie. Przynajmniej miałam taką nadzieję.
Pozostawał problem, jak wyciągnąć tę rurę. W moim obecnym stanie mogłam
tylko skakać na jednej nodze, znosząc pulsujący ból drugiej, i musiałam
korzystać z rąk.
Adrenalina buzowała w moim ciele, poczułam nagły przypływ energii. Bałam
się jak nigdy dotąd, ale musiałam działać szybko. Skakałam wzdłuż ściany
garażu, badając ją tak dokładnie, jak to było możliwe, i sprawdzając
każdą szczelinę. Potrzebowałam czegoś - czegokolwiek - co pomogłoby mi
się uwolnić. Niczym jastrząb polowałam na jakąkolwiek dziurę w konstrukcji, przez którą mogłabym zaczerpnąć świeżego powietrza. Kiedy
dotarłam do tylnej ściany, przyjrzałam się drzwiom prowadzącym na
zewnątrz. Były z litego drewna, bez okien i oczywiście zamknięte na
głucho. Nie było szans na ucieczkę, chyba że miałabym siekierę i wolne
ręce, by jej użyć.
Poskakałam do tej ściany garażu, w której znajdowały się drzwi wiodące
do wnętrza domu. Wiedziałam, że też są zamknięte. I tak nie mogłabym
podjąć próby ich otwarcia, mając związane ręce. Przeczesywałam wzrokiem
ścianę najwyżej, jak mogłam. Tam musiało coś być. Musiało się znaleźć
coś, co pozwoli mi stąd uciec.
Wciąż nic.
Ruszyłam teraz ku przodowi, gdzie znajdowała się brama garażu.
Pomalowano ją na biało i wyglądała naprawdę solidnie. Z tego, co udało
mi się ustalić, to był stary dom. Brama wyglądała na drewnianą, a nie
aluminiową. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przyjrzałam się jej ze
wszystkich stron, szukając jakichkolwiek uszkodzeń czy pęknięć, przez
które mogłabym wdychać tlen. Nie znalazłam żadnej, nawet najmniejszej
szczeliny.
W grę wchodziła uszczelka znajdująca się w dolnej części bramy. Gdyby
tylko udało mi się ją zdjąć, w garażu byłoby więcej powietrza. Ale ręce
miałam związane. Opadłam na podłogę, plecami oparłam się o bramę i spróbowałam chwycić uszczelkę.
Cholera!
Muszę mieć wolne ręce.
Zaczęłam znowu przyglądać się bramie. Coś w niej było nie tak. W trzech
czwartych jej wysokości kolor zmieniał się nieznacznie z białego na
jeszcze bielszy. Przyjrzałam się bliżej i...
Szkło! Cała wewnętrzna strona bramy była pomalowana na biało, żeby mnie
zmylić, ale ta drewniana brama miała okna ze szkła.
Szkła, które mogłam rozbić, by wpuścić świeże powietrze! Zaczynała mnie
już boleć głowa. Niedługo przyjdą zawroty i nudności, a potem
dezorientacja, senność i...
Musiał być jakiś sposób wydostania się stąd.
Adrenalina wciąż we mnie buzowała, a ja zmusiłam swój umysł do pracy, a synapsy do aktywności. Jak się uwolnić i rozbić to szkło?
Przedostałam się podskokami pod drugą ścianę garażu i oparłam się o nią.
Coś dźgnęło mnie w ramię.
Co jest, do cholery? Odwróciłam się i...
To był gwóźdź, nie dłuższy niż ćwierć cala.
Zamalowany i prawie niewidoczny gołym okiem. Niewidoczny dla każdego,
kto przechodził przez ten garaż. Ja też nie dostrzegłam go na początku i dalej bym go nie widziała, gdybym nie oparła się o ścianę w odpowiednim
miejscu i nie poczuła ukłucia.
Szybko odwróciłam się i zaczęłam pocierać nadgarstkami o gwóźdź. Gdyby
tylko był skierowany ostrym końcem na zewnątrz! Nie, to mało
prawdopodobne. Kto wbijałby gwóźdź po złej stronie ściany?
Co za głupia myśl! Zaczynało mi się mącić w głowie.
Taśma, którą skrępowano mi ręce, była wytrzymała i nie wydarzyło się nic
poza tym, że poobijałam sobie nadgarstki.
Cholera.
Znowu spojrzałam na szafkę stojącą obok mnie. Składała się ze starych,
tanich, metalowych półek, które - jak teraz jasno to widziałam - nigdy
nie utrzymałyby mojego ciężaru, nawet gdyby udało mi się na nie wspiąć.
Zwiesiłam ramiona. Co ja sobie wyobrażałam?
Nigdy nie wyjdę stąd żywa.
Nigdy nie powiem Jonahowi, jak bardzo go kocham, jak wiele dla mnie
znaczy.
Ogarnęło mnie odrętwienie. Osunęłam się na podłogę, w obolałej kostce
czułam igiełki bólu, aż... "Auć!"
Coś ukłuło mnie w ramię przez szary polar bluzy. Odwróciłam się jeszcze
raz w stronę półki. Jej wyszczerbiona krawędź wbiła się we mnie na tyle
mocno, że rozdarła materiał.
Jeśli mogła przebić materiał...
Ignorując ból w kostce, stanęłam na nogi i odwróciłam się plecami do
ostrej krawędzi. Zaczęłam spiesznie trzeć o nią taśmą. Niewiele z tego
wynikało, pomijając nowe rany na nadgarstkach. Ale w moim dążeniu ku
wolności nie czułam bólu. Dzięki Bogu za adrenalinę!
Przycisnęłam związane ręce do krawędzi szafki i przebiłam taśmę na
wylot. Tak! Mogłam robić małe dziurki jedna po drugiej, w ten sposób ją
przecinając.
Chociaż półki były przybite do ściany, nie były zbyt stabilne. Trzeba
było działać szybko i ostrożnie. To się musiało udać. Musiało. Lekko
opuściłam nadgarstki, wybijając kolejną dziurę. Musiałam robić je
najszybciej, jak się dało. Serce wyskakiwało mi z piersi. "No dalej,
dalej..."
Zbyt długo to trwało. W pośpiechu zaczęłam pocierać taśmą w górę i w dół, tak jak na początku. Przynosiło to teraz lepsze efekty, gdy taśma
była już trochę podziurawiona. Nie widziałam, co robię, więc zraniłam
się wiele razy, czemu towarzyszyły moje rozpaczliwe okrzyki. Ale po
początkowym szoku przestałam czuć ból, tylko adrenalina płynęła w moich
żyłach, zmuszająca mnie do coraz cięższej pracy, by się uwolnić.
Spojrzałam przez ramię. Srebrnoszare półki poplamione były moją krwią.
Ale nic mnie to nie obchodziło. Zatrucie tlenkiem węgla mnie zabije.
Kilka skaleczeń nie. Będę potrzebować zastrzyku przeciwtężcowego, ale
było to o wiele lepsze niż śmierć tutaj.
Coraz szybciej tarłam o metal. "No dalej, do cholery! No dalej!" Z całej
siły rozchyliłam nadgarstki i wydałam triumfalny okrzyk. Ale to wciąż
nie był koniec. Taśma nadal była połączona powyżej. Gorączkowo tarłam
dalej, raniąc i tak już zakrwawione dłonie i przedramiona.
Ogarnęła mnie szalona radość. Udało mi się zrobić pierwszy krok! Ramiona
miałam napięte, gotowe do wyrwania się na wolność, gdy...
Zobaczyłam własne nadgarstki przed sobą! Szybko usunęłam z nich taśmę, a następnie usiadłam na podłodze i zaczęłam pracować nad kostkami. Nie,
ważniejsze jest zaczerpnięcie świeżego powietrza. Stanęłam ponownie i...
O rany. Aż oparłam się o ścianę. Zakręciło mi się w głowie, ból był jak
uderzenie młota pneumatycznego. Nie zauważyłam tego wcześniej, kiedy
próbowałam uwolnić nadgarstki.
"Muszę się o coś oprzeć... o cokolwiek...
Nie! Muszę wrócić do Jonaha. Nie liczy się nic poza powrotem do Jonaha".
Spojrzałam na samochód. Jego niebieski kolor wydawał mi się rozmyty.
Teraz trzeba wybić szybę od strony kierowcy.
Zachwiałam się i zmieniłam zdanie. Ważniejsze jest wybicie szyby w garażu i zaczerpnięcie świeżego powietrza. Zajmie to mniej czasu niż
wybicie szyby w aucie. Nadgarstki miałam już całe we krwi. Przemieściłam
się skokami do szafki i chwyciłam zaklinowany pod nią kawałek rury PCV.
Następnie w podskokach wróciłam do bramy garażu i zaczęłam walić w jedno
z okien.
Włożyłam całą swoją siłę w uderzenie. W końcu odrzuciłam rurę i waliłam
zakrwawionymi pięściami w białe szkło.
Aż usłyszałam trzask.
Tak! Małe pęknięcie, ledwo widoczne pod farbą. Ponownie podniosłam rurę
i naparłam nią na szkło, aż w końcu pękło tak, że mogłam ją wypchnąć na
zewnątrz.
- Pomocy! Pomocy! Niech ktoś mi pomoże!
W okolicy nie było widać żadnych domów. Albo byłam na wsi, albo gdzieś
na przedmieściach, gdzie rosło dużo zieleni. Wystawiłam głowę przez
wybity otwór i odetchnęłam świeżym powietrzem. Ale kto wie, ile czasu
zajmie mi sprowadzenie pomocy.
Wzięłam jeszcze kilka dużych łyków świeżego powietrza, a następnie
zabrałam się do uwalniania stóp. Skręcona kostka wciąż mnie bolała w miejscu, gdzie kopnął ten facet. Gdy skakałam po garażu w poszukiwaniu
drogi ucieczki, nie zwracałam uwagi na ból.
Z pewnością byłam jeszcze w przysłowiowym lesie. Mężczyzna zawiązał na
stopach mocny węzeł, a moje ręce pulsowały bólem od skaleczeń, ale byłam
naprawdę zdeterminowana. Ponownie spojrzałam na niewyraźny samochód,
jego obraz mi się rozmywał. Powinnam wybić szybę... Wyłączyć auto... Do
diabła ze stopami.
Ale moje ręce nadal pracowały i w ciągu kilku następnych minut byłam
wolna i mogłam swobodnie się poruszać.
Podeszłam do auta i zaczęłam uderzać w okno od strony kierowcy rurą i gołymi rękami. W końcu szyba pękła, a ja wypchnęłam szkło na siedzenie.
Odblokowałam drzwi, otworzyłam je i szybko wyłączyłam silnik, wyciągając
kluczyk.
Następnie pobiegłam z powrotem do drzwi garażu i wzięłam jeszcze kilka
głębokich oddechów przez wybity otwór.
Cholera, moja głowa. Wszystko wydawało mi się niewyraźne. Tylko trawa,
brud i szarłaty toczące się po ziemi, pchane wiatrem. Mimo że miałam
teraz dopływ świeżego powietrza, a silnik już nie pracował, garaż nadal
był pełen trującego gazu. Przynajmniej nie będzie go już przybywać.
Wzięłam jeszcze kilka głębokich wdechów przez wybitą szybę i spróbowałam
się podciągnąć, by przez nią przejść. Ręce miałam bardzo pokaleczone,
kostka bolała, ale musiałam spróbować. Z krzykiem bólu skoczyłam i złapałam za dolną część otworu. Nie udało mi się jednak dłużej utrzymać.
Znowu usiadłam, a łzy napłynęły mi do oczu. Udało mi się osiągnąć tylko
tyle, że ręce miałam jeszcze bardziej pokaleczone. Spojrzałam w stronę
drzwi w tylnej ścianie. Rozmazany niebieski samochód - czyżby teraz się
poruszał? - zasłaniał mi widok. I wtedy głośno się roześmiałam.
Rozdział piąty
Jonah
Nieco ponad godzinę później byłem z powrotem w domu. Jorie siedziała
przy kuchennym stole, Lucy leżała u jej stóp. Moja siostra była wyraźnie
roztrzęsiona. Przed nią stała niska szklanka wypełniona czymś, co
wyglądało jak bourbon lub szkocka. Jorie zwykle nie piła zbyt dużo.
- Dzięki Bogu, że już jesteś. - Zerwała się na mój widok, prawie
przewracając krzesło, i rzuciła mi się w ramiona.
Poklepałem ją po plecach.
- Już wszystko w porządku. Jestem tutaj.
- A dziecko? Nic mu nie jest?
- Jest okej. Gdyby było inaczej, Bryce dałby mi znać. Podrzuciłem go i w drzwiach zobaczyłem Evelyn z Henrym na rękach.
- Dzięki Bogu. - Zachlipała w moją koszulę.
Odsunąłem ją od siebie, by spojrzeć jej w twarz.
- Co cię tak zdenerwowało?
Potrząsnęła głową.
- Joe, to po prostu zbyt straszne, by wyrazić to słowami. Nie mogę sobie
nawet wyobrazić...
- Chodź. - Zaprowadziłem ją z powrotem do stołu. - Usiądź. Napij się...
cokolwiek to jest.
- Szkocka.
- Od kiedy pijasz szkocką?
- Odkąd wydarzyła się ta cała pieprzona sprawa. - Moja siostra wzięła
duży łyk.
Westchnąłem. To musiało być szczególnie trudne dla Jorie. W końcu reszta
z nas wiedziała o tym, co działo się z Talonem przez dwadzieścia pięć
lat. Ukrywaliśmy prawdę przed naszą młodszą siostrą, próbując ją
chronić, aż mniej więcej miesiąc temu Talon zdecydował, że nadszedł
czas, aby jej o wszystkim opowiedzieć. Często zastanawiałem się, czy
przypadkiem nie popełniliśmy błędu. Ponieważ to Talonowi przytrafiła się
ta straszna tragedia, Ryan i ja zawsze podążaliśmy za nim w radzeniu
sobie z tym. Gdy jednak patrzyłem teraz na moją młodszą siostrę,
wolałbym, żeby nadal nic o tym nie wiedziała.
Ale było już za późno. Rzeczywistość została jej narzucona w taki sam
sposób, w jaki spadła na nas dekady temu. Nie zasłużyła na to, ale nikt
z nas na to nie zasłużył. Przede wszystkim Talon.
- Napij się jeszcze.
Posłuchała mnie.
- W porządku. Teraz spójrz na mnie i powiedz mi, co się stało.
Pomasowała się po karku.
- Poszłam dziś do siłowni.
- A więc poszłaś do siłowni? To dobrze.
- Chciałam wrócić do aerobiku. W siłowni prowadzą teraz nowe ćwiczenia
na stepie i chciałam spróbować. Więc poszłam tam dzisiaj i odnowiłam
swoje członkostwo.
- No i?
- Spóźniłam się na zajęcia, na które chciałam pójść, więc postanowiłam
poćwiczyć na orbitreku.
- Aha.
- Ćwiczyłam czterdzieści pięć minut, nieźle się spociłam... - Wzięła
głęboki oddech.
- Spokojnie, kochanie. Jestem tutaj.
- Kiedy zeszłam z orbitreka, poszłam po ręcznik, żeby wytrzeć twarz, a tam stał jakiś facet, odwrócony do mnie plecami. Miał siwe włosy.
- Okej.
- Podniósł rękę i zobaczyłam...
- Co zobaczyłaś?
Jorie zakasłała.
- Znamię. W kształcie Teksasu. Jak to, które opisał nam Talon. Po
wewnętrznej stronie ramienia. Dokładnie takie, jak mówił.
Zimny dreszcz mnie przebiegł.
- Kto to był, Marjorie?
Ale ja i tak już to wiedziałem.
- To był burmistrz, Joe. Ojciec Bryce'a.
Serce waliło mi w piersi. Miałem wszystkie dowody, których
potrzebowałem. Szukałem sposobu, by zmusić Toma Simpsona do powiedzenia
mi, gdzie jest jego znamię, bez alarmowania Bryce'a, a moja niewinna
siostrzyczka niechcący je odkryła.
I chociaż martwił mnie wpływ, jaki to na nią wywarło, byłem zadowolony,
że się o tym dowiedziałem.
- Uspokój się, kochanie - poprosiłem.
- To on, Joe. I Bryce tam mieszka... z tym małym dzieckiem.
- Bryce szuka dla siebie mieszkania. Mówił mi o tym. I nie będzie tam
mieszkał zbyt długo, o ile ja mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
- Zamierzasz mu powiedzieć?
Odchrząknąłem.
- Nikomu z was tego nie mówiłem, ale już od jakiegoś czasu podejrzewałem
burmistrza.
- O Boże! Dlaczego nie powiedziałeś Talonowi? I Bryce'owi? Przecież on
tam mieszka ze swoim dzieckiem!
- Spokojnie. Henry'emu nic nie jest. Do tej pory nie miałem żadnych
prawdziwych dowodów. Wiedziałem, że Tom ma takie znamię, ale nie
wiedziałem gdzie. Dzięki tobie teraz już wiem.
- Ale nawet samo podejrzenie... Musimy zabrać stamtąd dziecko.
- Bryce tam dorastał i nic mu się nie stało. I mieszka tam też jego
matka. Ale nie martw się. Powiem Bryce'owi.
- I musimy powiedzieć Talonowi.
Przytaknąłem.
- Jorie, najpierw muszę powiedzieć Bryce'owi.
- Dlaczego?
- Ponieważ jest moim najlepszym przyjacielem i mieszka tam ze swoim
małym synkiem. A to jest jego ojciec.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki