Burn. Żar, ogień, rozpalone ciała - Helen Hardt

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Mela­nie

Nie wie­dzia­łam, od kiedy byłam w tym pokoju. Ubrany na czarno męż­czy­zna przy­niósł mi jedze­nie tylko raz. Zja­dłam, choć nie czu­łam się głodna. Prze­szu­ka­łam pomiesz­cze­nie cen­ty­metr po cen­ty­metrze, pró­bu­jąc zna­leźć moż­li­wość ucieczki, ale nic nie odkry­łam. Gdy byłam spra­gniona, piłam z umy­walki w małej łazience. Zasta­na­wia­łam się, co ze mną będzie.

Jakby w odpo­wie­dzi na moje wąt­pli­wo­ści drzwi się otwo­rzyły i męż­czy­zna w czerni wszedł do środka.

- Dobry dzio­nek, pani dok­tor.

Czy to zna­czy, że jest już ranek? Nie mia­łam poję­cia. Spa­łam... tak mi się wyda­wało. A może wła­śnie ponow­nie prze­ży­wa­łam sesje z Giną w jakimś pół­hip­no­tycz­nym letargu?

- Dziś jest twój szczę­śliwy dzień - powie­dział. - W końcu opu­ścisz to miej­sce.

Choć ta myśl powinna wpra­wić mnie w unie­sie­nie, na­dal byłam w ponu­rym nastroju. Ponow­nie naszło mnie otu­ma­nia­jące wspo­mnie­nie sesji Giny - naprawdę wola­ła­bym umrzeć. Czy prze­ga­pi­łam jej woła­nie o pomoc? Nic nie wska­zy­wało na to, by mogła mieć myśli samo­bój­cze. Miała pracę, dzia­łała jako wolon­ta­riuszka w lokal­nym schro­ni­sku dla dzieci... była w znacz­nie lep­szej for­mie niż Talon Steel, gdy przy­szedł do mnie po raz pierw­szy, a on nie miał skłon­no­ści samo­bój­czych. Wręcz prze­ciw­nie, jego prze­można wola prze­trwa­nia cał­ko­wi­cie prze­wa­żała nad pra­gnie­niem śmierci.

Męż­czy­zna w czerni prze­rwał moje roz­my­śla­nia, ścią­ga­jąc mnie z łóżka i odwra­ca­jąc twa­rzą do ściany. Unie­ru­cho­mił mi ręce za ple­cami, tym razem taśmą kle­jącą.

- Nie mogę dopu­ścić do tego, żeby przy­szło ci do głowy zro­bić coś głu­piego - oznaj­mił.

Coś głu­piego? Tak jakby to było moż­liwe. W pokoju nie było niczego, co nada­wa­łoby się na broń, a ten czło­wiek już udo­wod­nił, że jest znacz­nie sil­niej­szy ode mnie.

- Nie chcesz wie­dzieć, dokąd idziesz?

- Nie­spe­cjal­nie - odpo­wie­dzia­łam.

- Jak wolisz.

Wyszli­śmy z pokoju i wtedy zda­łam sobie sprawę, że jestem w jakimś domu. To małe pomiesz­cze­nie bez okien mie­ściło się w sute­re­nie. Męż­czy­zna popro­wa­dził mnie po scho­dach aż do pralni. Z lewej strony znaj­do­wała się kuch­nia. My skrę­ci­li­śmy w prawo. Do garażu. Bar­dzo dużego garażu, który mógł pomie­ścić trzy samo­chody.

Ale teraz stał tam tylko jeden stary pojazd.

- To bar­dzo wyjąt­kowy samo­chód, dok­tor Car­mi­chael.

Była to ogromna odpi­co­wana bryka sprzed kilku dekad.

- Dla mnie nie wygląda to jakoś szcze­gól­nie. Raczej jak kupa złomu.

Zaśmiał się.

- Tak, masz rację. Nale­żał do kogoś, kogo zna­łaś, a naj­lep­sze jest wła­śnie to, że jest prze­sta­rzały. Mogę go uru­cho­mić, a następ­nie zablo­ko­wać, aby nikt nie mógł dostać się do środka, gdy sil­nik pra­cuje.

- No i?

I wtedy to do mnie dotarło.

- Nie! - Pró­bo­wa­łam się od niego odsu­nąć.

- Więc już to poję­łaś?

Wepchnął mnie do garażu, oparł o samo­chód, a potem potrzą­snął mi przed nosem pękiem klu­czy.

- Bez nich nie będziesz w sta­nie otwo­rzyć drzwi i wyłą­czyć zapłonu. I wiesz co? Zamknę je w środku samo­chodu.

Serce mi waliło, a w żyłach pul­so­wał zimny strach.

- Puść mnie! Puść mnie!

- Oba­wiam się, że to nie­moż­liwe, pani dok­tor. Umrze pani. W tym garażu, zdana na łaskę tego samo­chodu. Tak samo jak Gina Cates.

Rozdział pierwszy

Jonah

Larry wciąż był zwró­cony w stronę Bryce'a. Wykrzy­wił usta w oble­śnym pół­u­śmie­chu, a spoj­rze­nie jego nie­bie­skich oczu w nie­sa­mo­wity spo­sób kie­ro­wało się ku mnie, choć wcale nie poru­szył głową.

- Szu­kaj dalej, jeśli chcesz, dzie­ciaku, ale pozwól, że dam ci radę. Prawda jest prze­re­kla­mo­wana. Kiedy raz wej­dziesz do tego ciem­nego pokoju, bar­dzo trudno będzie ci się stam­tąd wydo­stać.

Prze­szył mnie zimny dreszcz. Larry mówił do Bryce'a, ale tylko ja wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi.

O prawdę.

Prawdę o tym, że ojciec Bryce'a był jed­nym z ludzi, któ­rych szu­ka­li­śmy.

Prawda była rze­czy­wi­ście ciem­nym poko­jem i wie­dzia­łem, kto będzie musiał otwo­rzyć jej drzwi dla Bryce'a. I tym kimś nie był Larry.

On wciąż sta­now­czo odma­wiał wska­za­nia pozo­sta­łych dwóch spraw­ców. Ale teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej byłem pewien tego, co już wywnio­sko­wa­łem ze słów Larry'ego. Bryce znał jed­nego z pory­wa­czy.

Tym kimś był jego wła­sny ojciec.

- Powiedz mi jedną rzecz, wujku - popro­si­łem. - Uwa­żasz, że Bryce zna jed­nego z pory­wa­czy. Dla­czego nie oszczę­dzisz jemu i mojemu bratu dal­szego cier­pie­nia i nie zdra­dzisz nam teraz, kto to jest?

Moje żąda­nie nie wyni­kało z altru­istycz­nych pobu­dek i mia­łem tego świa­do­mość. Gdyby Larry powie­dział Bryce'owi o jego ojcu, ja nie musiał­bym tego robić. Ale on zacho­wał kamienną twarz.

- Nic takiego nie mówi­łem.

- Może nie wprost - odpar­łem. - Ale z pew­no­ścią to suge­ro­wa­łeś.

- Powta­rzam, nic takiego nie mówi­łem.

Bryce sie­dział obok mnie z bladą, pełną napię­cia twa­rzą. Dotarły do niego słowa Larry'ego.

- Więc po co to całe pie­prze­nie o tym, że prawda to ciemny pokój? - Wpa­try­wa­łem się w nie­bie­skie oczy wujka.

- Naprawdę myślisz, że pora­dzisz sobie z prawdą? - Tym razem Larry spoj­rzał pro­sto na mnie, a nie na Bryce'a, który patrzył przed sie­bie.

- Odkąd skoń­czy­łem trzy­na­ście lat, musia­łem radzić sobie z rze­czami, z któ­rymi żaden czło­wiek nie powi­nien mieć do czy­nie­nia. - Zaci­sną­łem zęby. - Pora­dzę sobie ze wszyst­kim, co mi rzu­cisz pod nogi.

Zwłasz­cza że wie­dzia­łem już, o jakiej "praw­dzie" mówił.

Larry na­dal wpa­try­wał się we mnie.

- A twój przy­ja­ciel? Świeżo upie­czony ojciec? Myślisz, że pora­dzi sobie z prawdą?

Te słowa wyrwały Bryce'a z odrę­twie­nia, rumieńce wró­ciły mu na policzki.

- Zniosę wszystko, co mi zaser­wu­jesz.

- Zasta­nów się dobrze, zanim w to wej­dziesz, dzie­ciaku - powie­dział Larry, kie­ru­jąc znowu swój wzrok na Bryce'a.

- Dam sobie radę - powtó­rzył Bryce przez zaci­śnięte zęby.

- Jeste­śmy doro­słymi męż­czy­znami, wujku, mimo że lubisz nazy­wać nas dziećmi. A teraz zrób nam wszyst­kim trzem przy­sługę i powiedz tę cho­lerną prawdę. Kim byli ci dwaj pozo­stali męż­czyźni?

Larry potrzą­snął głową, recho­cząc. Odwró­cił się do sto­ją­cego obok straż­nika.

- Skoń­czy­li­śmy na dzi­siaj.

Bryce wstał, zaci­ska­jąc dło­nie w pię­ści.

- Jesz­cze daleko nam do tego. Powiesz Joe i mnie, kto upro­wa­dził jego brata i kto zabił mojego kuzyna. Natych­miast.

Larry rów­nież wstał, uśmie­cha­jąc się pół­gęb­kiem. Przy­po­mi­nał mi jado­wi­tego węża.

- Nie słu­cha­cie mnie. Nie zamie­rzam nikogo wsy­pać. To się ni­gdy nie zmieni.

Straż­nik wypro­wa­dził Larry'ego.

Bladą twarz Bryce'a okrył rumie­niec. Był wście­kły.

- Cho­lera - powie­dział. - Ni­gdy nie dowiemy się prawdy.

Prawdy. Część prawdy już zna­łem. Wie­dzia­łem też coś jesz­cze.

Następ­nym razem przy­jadę do wujka sam.

***

- A tak w ogóle, to kto tutaj mieszka?

Wje­cha­łem na miej­sce par­kin­gowe nie­da­leko budynku, w któ­rym znaj­do­wało się miesz­ka­nie Mela­nie.

Do tej pory powie­dzia­łem Bryce'owi tylko tyle, że muszę spraw­dzić, co sły­chać u mojej przy­ja­ciółki.

Przy­ja­ciółki.

Boże, ona była kimś wię­cej niż moją przy­ja­ciółką, a ja byłem gotów ją porzu­cić. Ale teraz już nie. Zmie­ni­łem zda­nie. Chcia­łem być przy niej, a przy­naj­mniej spró­bo­wać. W mojej gło­wie pano­wał taki bała­gan, że nie mia­łem pew­no­ści, czy jestem dla niej wystar­cza­jąco dobry, ale z pew­no­ścią sama moja obec­ność mogłaby jej pomóc. Nie chcia­łem okła­my­wać Bryce'a. Już i tak wiele przed nim ukry­wa­łem.

- Moja przy­ja­ciółka jest... psy­cho­te­ra­peutką. To dok­tor Mela­nie Car­mi­chael.

- Czy to nie jest...

- Tak - przy­tak­ną­łem. - To tera­peutka Talona.

- Więc jest twoją przy­ja­ciółką?

- Tak. Tak jakby. To zna­czy...

- Chry­ste. Pie­przysz ją.

Potrzą­sną­łem głową z cichym śmie­chem. Jakim cudem Bryce, choć nie widzie­li­śmy się tak długo, wciąż wie­dział, co myślę?

- To nie twoja sprawa.

Bryce uśmiech­nął się sze­roko.

- Joe, znam cię całe twoje cho­lerne życie. Nic nie ukry­jesz przede mną. Potra­fię czy­tać z cie­bie jak z otwar­tej księgi.

Fak­tycz­nie chyba potra­fił, co nie­ko­niecz­nie było dla mnie dobre. Nie chcia­łem, żeby domy­ślił się moich podej­rzeń doty­czą­cych jego ojca, dopóki nie będę miał moc­niej­szych dowo­dów. Kiedy je znajdę, będę musiał powie­dzieć o tym naj­pierw Bryce'owi, zanim zwrócę się z tym do Talona. Przy­naj­mniej tyle byłem winien przy­ja­cie­lowi. W końcu cho­dziło o jego ojca. Wcale nie cie­szyła mnie ta per­spek­tywa.

- Dobra - powie­dzia­łem. - Przy­ła­pa­łeś mnie. Zaba­wi­li­śmy się kilka razy, ale tak naprawdę jeste­śmy tylko przy­ja­ciółmi.

- Tak? To dla­czego przy­jeż­dżamy tutaj, żeby spraw­dzić, co się u niej dzieje? Dla­czego do niej po pro­stu nie zadzwo­nisz?

- Ponie­waż nie odbiera moich tele­fo­nów.

Po tym, jak Mela­nie wymknęła się z mojego domu kilka dni wcze­śniej, kiedy Talon i Jade zna­leźli nas pły­wa­ją­cych nago w moim base­nie, byłem na nią zły. Kiedy zadzwo­niła do mnie kilka godzin póź­niej, nie ode­bra­łem. A jak w końcu ja spró­bo­wa­łem do niej zadzwo­nić, potrak­to­wała mnie tak samo. Zasłu­ży­łem na to, ale teraz zaczy­na­łem się mar­twić. Mela­nie nie była typem osoby, która chowa urazę. Była dobrą osobą - taką, która się nie obraża na długo, która pomaga innym.

- Czy wzią­łeś pod uwagę, że ona może nie chcieć z tobą roz­ma­wiać?

- Tak. Może fak­tycz­nie nie chce. Ale minęło już kilka dni.

- Czy mię­dzy wami wszystko było w porządku?

Wes­tchną­łem.

- Nie­stety nie. Przez chwilę byłem na nią zły. Ale już mi prze­szło.

- A co ona zro­biła?

- To długa i nudna histo­ria. Cho­dziło o to, że Talon i Jade przy­szli do nas, gdy kąpa­li­śmy się nago w moim base­nie. Mela­nie poczuła się skrę­po­wana i zamiast zostać, tak jak chcia­łem, ubrała się i wymknęła, nie mówiąc mi o tym.

Wysia­dłem z samo­chodu. Bryce poszedł za mną.

- Ładny budy­nek.

- Ona ma tu świetny mały loft. Na czwar­tym pię­trze.

- Chcesz, żebym pocze­kał na cie­bie?

- Tak, jeśli nie masz nic prze­ciwko temu.

- Nie. Po dru­giej stro­nie ulicy jest bar. Po roz­mo­wie z Lar­rym mam ochotę na piwo.

- Dobry pomysł. Zoba­czę, co u niej, a potem spo­tkamy się w barze.

Bryce poma­chał mi na poże­gna­nie i poszedł w stronę baru. To tyle, jeśli cho­dzi o czy­ta­nie ze mnie jak z otwar­tej księgi. Dobrze wie­dzia­łem, że jeśli Mela­nie jest w domu, to za kilka minut nie spo­tkam się z moim przy­ja­cie­lem w barze.

Bo będę pie­przył tę sek­sowną kobietę aż do nie­przy­tom­no­ści.

Rozdział drugi

Mela­nie

Byłam cała odrę­twiała. Nie. To nie dzieje się naprawdę. "Użyj głowy, Mela­nie. Musi być jakieś wyj­ście. Możesz otwo­rzyć okno samo­chodu. Nie będzie z tym pro­blemu".

Jak dotąd nie zwią­zał mi kostek. Jeśli odwrócę jego uwagę, może zapo­mni.

"Niech mówi. Niech dalej mówi".

- Czy to rze­czy­wi­ście samo­chód, któ­rego Gina użyła, by popeł­nić samo­bój­stwo? - Nie chcia­łam znać odpo­wie­dzi, ale pró­bo­wa­łam prze­cią­gać to tak długo, jak tylko mogłam. W tym momen­cie liczyła się każda sekunda. Musia­łam go jakoś wytrą­cić z rów­no­wagi.

- Naprawdę cię to obcho­dzi?

Czy naprawdę? Nie­za­leż­nie od tego, czy ten samo­chód zabił Ginę, czy nie, na pewno mógł zabić mnie.

- Oczy­wi­ście, że mnie to obcho­dzi. Była moją pacjentką. Zależy mi na wszyst­kich moich pacjen­tach.

- Naprawdę, pani dok­tor? To dla­czego pozwo­li­łaś jej umrzeć?

Rów­nie dobrze mógł roz­ciąć moje wnętrz­no­ści ostrym nożem.

- Nie pozwo­li­łam jej umrzeć. Sama się zabiła.

- Ponie­waż jej nie pomo­głaś.

Czu­łam palący ból w nad­garst­kach, kiedy przy­kle­jał do nich kolejną war­stwę taśmy. Nogi wciąż mia­łam wolne. A co, jeśli... Odwró­ci­łam się szybko, by spoj­rzeć mu w twarz. Pisto­let u jego pasa bły­snął na mnie czar­nym okiem. Mógłby go łatwo chwy­cić i zabić mnie, zanim zdą­ży­ła­bym cokol­wiek zro­bić. Ale musia­łam spró­bo­wać. Przy­się­głam sobie, że wydo­stanę się z tego bagna, wrócę do Jonaha i wyznam mu miłość. Wzię­łam głę­boki oddech i szybko kop­nę­łam go w kro­cze. Prze­wró­cił się z gło­śnym sap­nię­ciem.

Ponow­nie unio­słam nogę, by wymie­rzyć mu kop­niaka w plecy, ale on szybko się odwró­cił i zła­pał mnie za kostkę. Prze­szył mnie ból, gdy wykrę­cił deli­katny staw. Krzyk­nę­łam.

- Ty głu­pia suko! Mam na tyle rozumu, aby nosić kami­zelkę ochronną, kiedy pra­cuję. Dla­czego, do cho­lery, to zro­bi­łaś?

Kop­nął mnie w bolącą kostkę, a mnie prze­szył kolejny dreszcz bólu. Zaci­snę­łam oczy, pró­bu­jąc powstrzy­mać łzy. Ale byłam zbyt słaba, zarówno na umy­śle, jak i na ciele. Nie mia­łam poję­cia, jak długo tu jestem, i cho­ciaż dosta­łam coś do jedze­nia, nie było tego zbyt wiele. Ile jesz­cze będę musiała znieść? Może jed­nak lepiej zacze­kać, aż uru­chomi samo­chód?

Nie. Musia­łam wyko­rzy­stać każdą szansę. Nie­stety ostat­nia nie wypa­liła, a teraz dodat­kowo bolała mnie kostka. Mogłam nią ruszać, więc przy­naj­mniej jej nie zła­mał. Ale praw­do­po­dob­nie była poważ­nie skrę­cona.

- Głu­pia pizda. Powi­nie­nem cię zabić i mieć to z głowy. Ale nie taki jest plan.

- A jaki jest plan? - zapy­ta­łam. - Kto cię przy­słał, żebyś mi to zro­bił?

- Nie mogę powie­dzieć.

- Rod­ney Cates? Ojciec Giny? - Na pewno nie jej matka. Wciąż była w szpi­talu.

- Nie mogę powie­dzieć.

- Dla­czego trzy­ma­łeś mnie tu tak długo? Dla­czego po pro­stu mnie nie zabi­łeś, kiedy zabra­łeś mnie z domu?

- Nie taki był plan.

- Pie­przę cho­lerny plan! - Kostka pul­so­wała bólem. - Po pro­stu powiedz mi, czego chcesz. Pie­nię­dzy? Zdo­będę je dla cie­bie.

- Mam ich mnó­stwo. W mojej branży pobie­ram wyso­kie hono­ra­ria.

Zakasz­la­łam. Więc ten czło­wiek nie był moim wro­giem. Był po pro­stu wyna­ję­tym zabójcą. Kimś zatrud­nio­nym przez Rod­neya Catesa. Ale Rod­ney Cates był prze­cież pro­fe­so­rem w col­lege'u. Nie był bogaty. Gina mówiła, że została wycho­wana w skrom­nych warun­kach. A wyna­ję­cie cyn­gla nie było tanie, przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało.

- Kto cię wyna­jął? - jęk­nę­łam, krzy­wiąc się z powodu bólu kostki.

- Mam dość two­jego gada­nia. Zamknij się albo zakleję ci te pie­przone usta!

Zaci­snę­łam wargi. Nie, nie mógł zabrać mi moż­li­wo­ści krzy­cze­nia. Chcia­łam móc krzy­czeć. To może być moje jedyne narzę­dzie, kiedy przyj­dzie co do czego.

Do zwią­za­nia kostek użył liny zamiast taśmy kle­ją­cej, a ja skrzy­wi­łam się i ponow­nie jęk­nę­łam z bólu.

- Boli, co? To twoja cho­lerna wina.

Chcia­łam wrza­snąć na niego, ale przy­po­mnia­łam sobie jego groźbę doty­czącą taśmy kle­ją­cej. Nie mogłam dopu­ścić, by mi zakleił usta.

- Zabawna rzecz. W dzi­siej­szych cza­sach w tych nowo­cze­snych samo­cho­dach taka śmierć zaję­łaby cho­ler­nie dużo czasu. Te wypa­sione kata­li­za­tory znacz­nie zmniej­szają emi­sję tlenku węgla. Ale to stary grat... Nie będziesz miała tyle szczę­ścia.

To był duży garaż, co dawało mi jakąś nadzieję. Będę musiała tylko zna­leźć się na tyle wysoko, na ile to będzie moż­liwe, by mieć dostęp do czyst­szego powie­trza. Poza jaki­miś sta­rymi meta­lo­wymi pół­kami pomiesz­cze­nie było puste. Gdyby jakoś udało mi się uwol­nić, mogła­bym na nich sta­nąć. Oby tylko moja kostka mnie nie zawio­dła.

A nawet jeśli nie uda­łoby mi się uwol­nić z wię­zów, wciąż mia­łam głowę. Z pew­no­ścią była wystar­cza­jąco twarda, by roz­bić szybę. Ale gdy­bym ude­rzyła się zbyt mocno, stra­ci­ła­bym przy­tom­ność, co też skoń­czy­łoby się moją śmier­cią.

Męż­czy­zna skoń­czył wią­zać mi kostki.

- Czas ucieka, pani dok­tor.

- Jak dużo czasu to zaj­mie? - zapy­ta­łam. - Mam na myśli umie­ra­nie. - Oczy­wi­ście jako lekarka zna­łam odpo­wiedź. Ale musia­łam grać na zwłokę.

- Każdy przy­pa­dek jest inny. Jak myślisz, jak długo Gina Cates umie­rała?

Znów ten ból niby dźgnię­cie nożem, jak za każ­dym razem, gdy ktoś wspo­mi­nał o Ginie. Za każ­dym cho­ler­nym razem.

- Nie wiem. - I fak­tycz­nie nie wie­dzia­łam, cho­ciaż mogłam się tego domy­ślać.

- Teraz to już nie ma zna­cze­nia. Ona nie żyje. Jest cho­ler­nym tru­pem... przez cie­bie.

- Zna­łeś ją?

- Kurwa, nie, nie zna­łem jej.

- Więc dla­czego to ma dla cie­bie zna­cze­nie? - Oczy­wi­ście wie­dzia­łam dla­czego. Pie­nią­dze. Ale roz­ma­wiał ze mną, a o to mi cho­dziło.

- Nie twoja sprawa.

- Bez względu na to, ile ci płacą, zapłacę podwój­nie.

- Przy­kro mi.

- Twier­dzisz, że jesteś nie do kupie­nia?

To go roz­śmie­szyło.

- Chyba sama wiesz. Ale nie utrzy­mał­bym się długo w biz­ne­sie, gdy­bym wykrę­cał się od pracy tylko dla­tego, że ktoś mi wię­cej zapłaci. Nikt by mi nie zaufał.

Najem­nik z zasa­dami. Inte­re­su­jące.

- Poza tym - kon­ty­nu­ował - nie masz żad­nych pie­nię­dzy. Ble­fu­jesz.

Ble­fo­wa­łam. Dobrze zara­bia­łam i mia­łam zało­żone dobre konto eme­ry­talne, ale z pew­no­ścią nie mia­łam takich pie­nię­dzy, jakich on mógł chcieć.

Ale Jonah Steel miał.

Czy dałby mi je, aby zapew­nić mi bez­pie­czeń­stwo? Z pew­no­ścią był na mnie zły za to, że wtedy ucie­kłam. Naprawdę chciał, żebym została.

Wyda­łam z sie­bie gło­śne wes­tchnie­nie. Nie mia­łam jak skon­tak­to­wać się z Jona­hem. Zapi­sa­łam jego numer w tele­fo­nie, ale go nie pamię­ta­łam. Nie mogła­bym do niego zadzwo­nić, nawet gdyby poja­wiła się taka moż­li­wość. Zama­sko­wany męż­czy­zna z pew­no­ścią by mi w tym nie pomógł.

Byłam sama.

Cał­kiem sama.

Tak jak Gina, kiedy była małą dziew­czynką. Tak jak Talon w tam­tej ciem­nej, zim­nej piw­nicy.

Zama­sko­wany męż­czy­zna otwo­rzył drzwi samo­chodu i uru­cho­mił sil­nik. Instynk­tow­nie wzię­łam głę­boki wdech - ostatni wdech czy­stego powie­trza.

Się­gnął do drzwi pasa­żera, zamknął je, a następ­nie wstał, zamknął drzwi od strony kie­rowcy.

- Czas się skoń­czył, pani dok­tor. - Popchnął mnie w stronę samo­chodu.

Nie dałam rady utrzy­mać się na nogach i upa­dłam na drzwi kie­rowcy. Zsu­nę­łam się w dół, klamka wbiła mi się w plecy i wylą­do­wa­łam na pod­ło­dze, z pie­kącą od bólu kostką.

Spoj­rzał na mnie, sto­jąc przy drzwiach pro­wa­dzą­cych do domu.

- Wszystko jest zamknięte. Do widze­nia. Do zoba­cze­nia w pie­kle.

Drzwi zamknęły się z cichym klik­nię­ciem.

Zamknę­łam oczy i wzię­łam kolejny wdech, wra­ca­jąc do esen­cji samego życia... do oddy­cha­nia i...

Nie! To był jedyny raz, kiedy esen­cja życia mi nie pomoże. Im wię­cej będzie wde­chów, tym szyb­ciej stracę przy­tom­ność z powodu tlenku węgla.

Drża­łam, wciąż leżąc na beto­no­wej pod­ło­dze obok samo­chodu. Nie było czasu na panikę. Musia­łam dzia­łać, i to szybko. Kostka wciąż pul­so­wała, więc prze­su­nę­łam się na tyłku w kie­runku pó­łek po dru­giej stro­nie garażu.

I wtedy to zoba­czy­łam.

Rozdział trzeci

Jonah

- Co się, kurwa, dzieje?

Prze­szedł mnie dreszcz. Drzwi Mela­nie były zabez­pie­czone taśmą poli­cyjną i zamknięte na kłódkę. Co jest, do cho­lery? Wła­mano się do jej domu? Mia­łem nadzieję, że nic wię­cej. Z pew­no­ścią wszystko z nią w porządku. Szybko naci­sną­łem dzwo­nek do drzwi.

Brak odpo­wie­dzi.

"Nie pani­kuj, Joe". To nie musiało niczego ozna­czać. Mogła być w pracy. Jej biuro nie było zbyt daleko stąd. Nie, nie było jej w pracy. Prze­cież wzięła trzy­ty­go­dniowy urlop. Ale mogła wyjść zała­twić jakieś sprawy. Albo...

Poczu­łem, że zazdrość prze­nika mnie na wskroś. Mogła być z Oli­ve­rem Twi­stem.

Potrzą­sną­łem głową. Boże, tak, wolał­bym, żeby była z nim niż w jakichś tara­pa­tach. Cho­ciaż trudno było mi się z tym pogo­dzić, taśma poli­cyjna z pew­no­ścią ozna­czała kło­poty. Czy była ranna? Czy to dla­tego nie odpo­wia­dała na moje tele­fony?

Myśla­łem, że karze mnie za to, że nie oddzwo­ni­łem do niej od razu. Czego się spo­dzie­wała, kiedy wymknęła się z mojego domu po tym, jak zapro­si­łem ją do sie­bie? Do dia­bła, chcia­łem, żeby została. Wzią­łem głę­boki wdech i zaczą­łem walić w drzwi. Nikt nie odpo­wie­dział, ale nagle otwo­rzyły się inne drzwi, odda­lone o kilka kro­ków.

- Co to za hałasy? - W wej­ściu stała młoda kobieta z krót­kimi wło­sami, ubrana w dżinsy i koszulkę z napi­sem "Daj buziaka, jestem Irlandką".

- Prze­pra­szam za kło­pot. Szu­kam Mela­nie Car­mi­chael. Wiesz, co tu się dzieje? Dla­czego jej drzwi zakle­jono taśmą? Co się z nią stało? Czy wszystko z nią w porządku? Widzia­łaś ją może?

- Powoli... Nie, nie widzia­łam jej nie­stety. Nie było jej tutaj, kiedy przy­je­chała poli­cja.

Poczu­łem przy­spie­szone bicie serca. Okej, czyli nie jest tak źle. Praw­do­po­dob­nie doszło do zwy­kłego wła­ma­nia, a Mela­nie nic się nie stało. Tylko gdzie ona się podziewa?

- Co się stało? Dla­czego przy­je­chała poli­cja?

- Nie jestem pewna. Wtar­gnęli siłą, a potem zabez­pie­czyli wszystko taśmą. Byłam w pobliżu i kiedy usły­sza­łam hałas, wyszłam na zewnątrz, ale nie mogłam się zorien­to­wać, o co cho­dzi. Nie zaba­wili tu długo. Wtedy pomy­śla­łam, że może włą­czył się jej alarm czy coś takiego.

Młoda kobieta była, cóż, po pro­stu młoda. Miała na sobie uro­czą koszulkę. Wyglą­dała na Irlandkę. Z rudo­blond wło­sami i nie­bie­skimi oczami. I nie mogła mi w niczym pomóc.

- Kiedy przy­je­chała poli­cja?

- Dwa dni temu.

- Dwa dni temu? - Tego wie­czora Talon i ja poje­cha­li­śmy do Denver. - Widzia­łaś ją od tam­tej pory?

- Nie, ale ona i ja nie do końca mamy ten sam rytm dobowy. Nie obra­camy się w tych samych śro­do­wi­skach.

Cho­lera. Prze­cież zadzwo­ni­łaby, gdyby potrze­bo­wała mojej pomocy, prawda?

Cały czas to sobie powta­rza­łem.

- Jeśli ją spo­tkasz, prze­ka­żesz jej, że jej szu­kam?

Młoda kobieta znów się uśmiech­nęła.

- Jasne, nie ma sprawy. Ale naj­pierw musisz mi powie­dzieć, kim jesteś.

- Och, no tak. - Wycią­gną­łem port­fel z tyl­nej kie­szeni spodni, otwo­rzy­łem go i wyją­łem jedną z moich wizy­tó­wek. - Jonah Steel. - Poda­łem jej wizy­tówkę.

- Ona będzie wie­działa, o co cho­dzi?

Przy­tak­ną­łem.

Kobieta wycią­gnęła rękę.

- Jestem Lisa O'Toole. Miło cię poznać.

- Mnie rów­nież. - Szybko uści­sną­łem jej dłoń i się odwró­ci­łem.

- Dla­czego tak się spie­szysz?

Spoj­rza­łem na nią ponow­nie, uśmie­chała się, prze­chy­la­jąc bio­dra w uwo­dzi­ciel­skiej pozie. Naprawdę? Zamie­rzała ze mną flir­to­wać?

Teraz?

- Mój przy­ja­ciel czeka na mnie w barze po dru­giej stro­nie ulicy. Pro­szę, powiedz Mela­nie, że jej szu­kam. I że się o nią mar­twię. Muszę się dowie­dzieć, czy u niej wszystko w porządku.

- Umowa stoi, Jonah Steel. - Lisa puściła do mnie oczko.

Musiała żyć z majątku rodzi­ców, skoro miesz­kała w tym samym budynku co Mela­nie. A może jed­nak była star­sza, niż na początku mi się wyda­wało, i miała jakąś pracę.

Nale­ża­łem do tych, któ­rzy roz­ma­wiali o pie­nią­dzach. Moi bra­cia, sio­stra i ja ni­gdy nie musie­li­śmy się o nie mar­twić. Mimo to ciężko pra­co­wa­li­śmy, pro­wa­dząc ran­czo. Gdy­by­śmy tylko zechcieli, mogli­by­śmy je sprze­dać i zgar­nąć wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, by utrzy­mać kilka następ­nych poko­leń naszej rodziny. Ale gdy­by­śmy to zro­bili, zarówno mój dzia­dek, jak i ojciec bez wąt­pie­nia prze­wró­ci­liby się w gro­bach.

Więc wła­mano się do jej miesz­ka­nia. Pew­nie poje­chała do hotelu. Gdyby naprawdę chciała, zadzwo­ni­łaby do mnie, a przy­naj­mniej ode­bra­łaby mój tele­fon. Naj­wy­raź­niej jej wymknię­cie się z mojego domu było wia­do­mo­ścią. Nie chciała mnie.

Prze­żyję to.

Musia­łem.

Wciąż jed­nak czu­łem łasko­ta­nie w karku - takie dziwne uczu­cie, że coś jest nie tak.

Mach­ną­łem na nie ręką. W końcu nie jest to nic takiego, na co nie mogłoby pomóc mar­tini. Wsia­dłem do windy, zje­cha­łem na par­ter i ruszy­łem na spo­tka­nie z Bryce'em. Od razu go zauwa­ży­łem - sie­dział przy barze z piwem w dłoni. Przy pustym stołku stało mar­tini. Dobry czło­wiek. Dosia­dłem się do niego.

- I jak poszło? - zapy­tał.

Upi­łem nieco drinka. Nie było to CapRock, ale i tak nie­złe.

- Nijak. Nie było jej w domu, a drzwi były zakle­jone poli­cyjną taśmą.

- Co? - Bryce odsta­wił piwo, nie bio­rąc nawet łyka. - Nic jej nie jest?

- Na tyle, na ile mogę powie­dzieć... Roz­ma­wia­łem z jej sąsiadką. Mela­nie nie było w domu, gdy przy­je­chała poli­cja, więc praw­do­po­dob­nie wła­mano się do jej miesz­ka­nia. Dla­czego jed­nak do mnie nie zadzwo­niła?

- Ale czy nie mówi­łeś, że wymknęła się z two­jego domu kilka dni temu? Może...?

- Dokończ tę myśl. Może po pro­stu nie chciała do mnie dzwo­nić. - Wzią­łem długi łyk mar­tini. - Kurwa, dam sobie z tym radę. - Nie byłem jed­nak pewien, czy sam wie­rzę we wła­sne słowa.

- Cóż, dzwoń do niej dalej. W końcu prze­cież musi ode­brać. Chyba.

- Po pro­stu nie mogę pozbyć się wra­że­nia, że coś jest nie tak.

- Więc nie ma jej w domu. Pew­nie jest w pracy.

- Nie, nie jest. Wzięła urlop.

- Naprawdę? Dla­czego?

- Nie znam wszyst­kich szcze­gó­łów.

Zna­łem je, ale nie mia­łem ochoty ujaw­niać spraw Mela­nie. Nie zno­si­łem okła­my­wać Bryce'a. Ale ostat­nio zro­bi­łem się w tym cho­ler­nie dobry. Sie­dzia­łem obok niego, choć w myślach wyda­łem już wyrok na jego ojca, i nawet nie zająk­ną­łem się naj­lep­szemu przy­ja­cie­lowi o moich podej­rze­niach. Potrze­bo­wa­łem bar­dziej nama­cal­nego dowodu, zanim będę mógł dzia­łać dalej.

- Ja bym się tym nie przej­mo­wał - powie­dział Bryce. - Pew­nie wyszła na zakupy.

Mela­nie zupeł­nie nie koja­rzyła mi się z zaku­pami. Swoje beżowe baweł­niane majtki mogła kupić wszę­dzie. I choć jej ubra­nia były ładne, były zara­zem prze­my­ślane i pro­fe­sjo­nalne. Na niej sek­sowne jak dia­bli, ale nie było to nic, czego nie mogłaby kupić w skle­pie inter­ne­to­wym.

Oczy­wi­ście musiała też coś jeść. Może więc po pro­stu poszła do sklepu spo­żyw­czego.

- Praw­do­po­dob­nie masz rację.

Szkoda, że nie byłem w sta­nie uwie­rzyć sobie nawet przez chwilę. Może naprawdę nie chciała ze mną roz­ma­wiać. Gdyby rze­czy­wi­ście tak było, musiał­bym z tym się pogo­dzić. Cóż mógł­bym innego zro­bić?

- Więc co myślisz o dzi­siaj? - zapy­tał Bryce.

- O co ci cho­dzi?

- O naszą wizytę u Larry'ego.

Jasne. Tak bar­dzo zamar­twia­łem się o Mela­nie, że omal nie zapo­mnia­łem o naszej wizy­cie u wujka.

- Nie jestem pewien, czy dowie­dzie­li­śmy się cze­goś nowego.

- Na­dal uwa­żasz, że znam jed­nego z napast­ni­ków?

Żało­wa­łem, że nie przed­sta­wi­łem Bryce'owi tej teo­rii po naszej pierw­szej wizy­cie u Larry'ego, ale byli­śmy u niego wcze­śniej, zanim dowie­dzia­łem się o poten­cjal­nym zaan­ga­żo­wa­niu jego ojca w tę sprawę.

- Nie wiem, stary. Nie jestem pewien, czy w tej chwili wiem cokol­wiek o czym­kol­wiek.

- Ale możesz mieć rację. Jego słowa chyba na to też wska­zy­wały. Ja po pro­stu nie wiem, kto to może być. Nie znam nikogo takiego.

Otwo­rzy­łem usta, choć nie wie­dzia­łem, co z nich wyj­dzie, ale w tej chwili zabrzę­czała moja komórka. Ten dzwo­nek mnie dosłow­nie ura­to­wał. Zer­k­ną­łem na wyświe­tlacz.

- Mogę ode­brać? To Mar­jo­rie.

- Śmiało.

Przy­ło­ży­łem tele­fon do ucha.

- Hej, Jorie.

- Joe, natych­miast wra­caj do domu - ode­zwała się wyso­kim, prze­ni­kli­wym gło­sem. Coś się stało. - Muszę z tobą poroz­ma­wiać.

- Co się dzieje? Wszystko w porządku?

- Nic mi nie jest. Tak myślę. - Teraz jej głos zadrżał. - Coś dzi­siaj widzia­łam.

- Co?

- Wolę nie mówić o tym przez tele­fon.

- Nie możesz poroz­ma­wiać z Talo­nem i Ryanem?

- Ryan jest zbyt zajęty, by ode­rwać się choćby na moment od tego swo­jego wina. Nie mogę go zapy­tać. A Talon... Nie, nie mogę o tym roz­ma­wiać z Talo­nem. Nie teraz. Jesz­cze... nie.

- Gdzie jest Jade?

- W pracy.

- Ja jestem w mie­ście, Jorie. Bryce i ja...

- O Boże. Bryce

- O co cho­dzi? Bryce jest ze mną. Wszystko z nim w porządku.

- Bryce jest z tobą?

- Tak. Wpa­dli­śmy na drinka.

- Więc gdzie jest Henry?

- Chyba ze swo­imi dziad­kami.

- O Boże...

- Jorie, powiedz mi, co się dzieje!

- Zapy­taj Bryce'a, czy dziecko jest z jego matką. Teraz.

- Jorie...

- Teraz. Pro­szę.

Zer­k­ną­łem na przy­ja­ciela.

- Henry jest z twoją mamą, prawda?

- Tak. - Bryce ski­nął głową.

Ponow­nie pod­nio­słem tele­fon.

- Henry jest z Eve­lyn. Nic mu nie jest.

Do moich uszu dotarło cięż­kie wes­tchnie­nie.

- Dzięki Bogu...

- Jorie, co się dzieje, do cho­lery?

- Po pro­stu wróć do domu. Będę na cie­bie cze­kać.

Te słowa wzbu­dziły mój nie­po­kój. A fakt, że mar­twiła się o Henry'ego, mógł ozna­czać tylko jedno. Zakoń­czy­łem połą­cze­nie, wypi­łem resztę mar­tini jed­nym hau­stem i zwró­ci­łem się do Bryce'a.

- Muszę wra­cać do domu.

Rozdział czwarty

Mela­nie

Mię­dzy pod­stawą szafki a ścianą tkwił kawa­łek bia­łej rury PCV. Gdyby rura była w środku pusta - a rury zwy­kle takie są - i gdyby udało mi się zna­leźć jakąś małą szcze­linkę gdzieś w tym pozor­nie szczel­nie zamknię­tym garażu, mogła­bym przez nią oddy­chać i dzięki temu prze­żyć. A co waż­niej­sze, mogła­bym wybić nią szybę w samo­cho­dzie i wyłą­czyć sil­nik. W star­szych mode­lach aut - a to do takich nale­żało - nie było szyb odpor­nych na stłu­cze­nie. Przy­naj­mniej mia­łam taką nadzieję.

Pozo­sta­wał pro­blem, jak wycią­gnąć tę rurę. W moim obec­nym sta­nie mogłam tylko ska­kać na jed­nej nodze, zno­sząc pul­su­jący ból dru­giej, i musia­łam korzy­stać z rąk.

Adre­na­lina buzo­wała w moim ciele, poczu­łam nagły przy­pływ ener­gii. Bałam się jak ni­gdy dotąd, ale musia­łam dzia­łać szybko. Ska­ka­łam wzdłuż ściany garażu, bada­jąc ją tak dokład­nie, jak to było moż­liwe, i spraw­dza­jąc każdą szcze­linę. Potrze­bo­wa­łam cze­goś - cze­go­kol­wiek - co pomo­głoby mi się uwol­nić. Niczym jastrząb polo­wa­łam na jaką­kol­wiek dziurę w kon­struk­cji, przez którą mogła­bym zaczerp­nąć świe­żego powie­trza. Kiedy dotar­łam do tyl­nej ściany, przyj­rza­łam się drzwiom pro­wa­dzą­cym na zewnątrz. Były z litego drewna, bez okien i oczy­wi­ście zamknięte na głu­cho. Nie było szans na ucieczkę, chyba że mia­ła­bym sie­kierę i wolne ręce, by jej użyć.

Poska­ka­łam do tej ściany garażu, w któ­rej znaj­do­wały się drzwi wio­dące do wnę­trza domu. Wie­dzia­łam, że też są zamknięte. I tak nie mogła­bym pod­jąć próby ich otwar­cia, mając zwią­zane ręce. Prze­cze­sy­wa­łam wzro­kiem ścianę naj­wy­żej, jak mogłam. Tam musiało coś być. Musiało się zna­leźć coś, co pozwoli mi stąd uciec.

Wciąż nic.

Ruszy­łam teraz ku przo­dowi, gdzie znaj­do­wała się brama garażu. Poma­lo­wano ją na biało i wyglą­dała naprawdę solid­nie. Z tego, co udało mi się usta­lić, to był stary dom. Brama wyglą­dała na drew­nianą, a nie alu­mi­niową. Przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Przyj­rza­łam się jej ze wszyst­kich stron, szu­ka­jąc jakich­kol­wiek uszko­dzeń czy pęk­nięć, przez które mogła­bym wdy­chać tlen. Nie zna­la­złam żad­nej, nawet naj­mniej­szej szcze­liny.

W grę wcho­dziła uszczelka znaj­du­jąca się w dol­nej czę­ści bramy. Gdyby tylko udało mi się ją zdjąć, w garażu byłoby wię­cej powie­trza. Ale ręce mia­łam zwią­zane. Opa­dłam na pod­łogę, ple­cami opar­łam się o bramę i spró­bo­wa­łam chwy­cić uszczelkę.

Cho­lera!

Muszę mieć wolne ręce.

Zaczę­łam znowu przy­glą­dać się bra­mie. Coś w niej było nie tak. W trzech czwar­tych jej wyso­ko­ści kolor zmie­niał się nie­znacz­nie z bia­łego na jesz­cze biel­szy. Przyj­rza­łam się bli­żej i...

Szkło! Cała wewnętrzna strona bramy była poma­lo­wana na biało, żeby mnie zmy­lić, ale ta drew­niana brama miała okna ze szkła.

Szkła, które mogłam roz­bić, by wpu­ścić świeże powie­trze! Zaczy­nała mnie już boleć głowa. Nie­długo przyjdą zawroty i nud­no­ści, a potem dez­orien­ta­cja, sen­ność i...

Musiał być jakiś spo­sób wydo­sta­nia się stąd.

Adre­na­lina wciąż we mnie buzo­wała, a ja zmu­si­łam swój umysł do pracy, a synapsy do aktyw­no­ści. Jak się uwol­nić i roz­bić to szkło?

Prze­do­sta­łam się pod­sko­kami pod drugą ścianę garażu i opar­łam się o nią.

Coś dźgnęło mnie w ramię.

Co jest, do cho­lery? Odwró­ci­łam się i...

To był gwóźdź, nie dłuż­szy niż ćwierć cala.

Zama­lo­wany i pra­wie nie­wi­doczny gołym okiem. Nie­wi­doczny dla każ­dego, kto prze­cho­dził przez ten garaż. Ja też nie dostrze­głam go na początku i dalej bym go nie widziała, gdy­bym nie oparła się o ścianę w odpo­wied­nim miej­scu i nie poczuła ukłu­cia.

Szybko odwró­ci­łam się i zaczę­łam pocie­rać nad­garst­kami o gwóźdź. Gdyby tylko był skie­ro­wany ostrym koń­cem na zewnątrz! Nie, to mało praw­do­po­dobne. Kto wbi­jałby gwóźdź po złej stro­nie ściany?

Co za głu­pia myśl! Zaczy­nało mi się mącić w gło­wie.

Taśma, którą skrę­po­wano mi ręce, była wytrzy­mała i nie wyda­rzyło się nic poza tym, że poobi­ja­łam sobie nad­garstki.

Cho­lera.

Znowu spoj­rza­łam na szafkę sto­jącą obok mnie. Skła­dała się ze sta­rych, tanich, meta­lo­wych pó­łek, które - jak teraz jasno to widzia­łam - ni­gdy nie utrzy­ma­łyby mojego cię­żaru, nawet gdyby udało mi się na nie wspiąć.

Zwie­si­łam ramiona. Co ja sobie wyobra­ża­łam?

Ni­gdy nie wyjdę stąd żywa.

Ni­gdy nie powiem Jona­howi, jak bar­dzo go kocham, jak wiele dla mnie zna­czy.

Ogar­nęło mnie odrę­twie­nie. Osu­nę­łam się na pod­łogę, w obo­la­łej kostce czu­łam igiełki bólu, aż... "Auć!"

Coś ukłuło mnie w ramię przez szary polar bluzy. Odwró­ci­łam się jesz­cze raz w stronę półki. Jej wyszczer­biona kra­wędź wbiła się we mnie na tyle mocno, że roz­darła mate­riał.

Jeśli mogła prze­bić mate­riał...

Igno­ru­jąc ból w kostce, sta­nę­łam na nogi i odwró­ci­łam się ple­cami do ostrej kra­wę­dzi. Zaczę­łam spiesz­nie trzeć o nią taśmą. Nie­wiele z tego wyni­kało, pomi­ja­jąc nowe rany na nad­garst­kach. Ale w moim dąże­niu ku wol­no­ści nie czu­łam bólu. Dzięki Bogu za adre­na­linę!

Przy­ci­snę­łam zwią­zane ręce do kra­wę­dzi szafki i prze­bi­łam taśmę na wylot. Tak! Mogłam robić małe dziurki jedna po dru­giej, w ten spo­sób ją prze­ci­na­jąc.

Cho­ciaż półki były przy­bite do ściany, nie były zbyt sta­bilne. Trzeba było dzia­łać szybko i ostroż­nie. To się musiało udać. Musiało. Lekko opu­ści­łam nad­garstki, wybi­ja­jąc kolejną dziurę. Musia­łam robić je naj­szyb­ciej, jak się dało. Serce wyska­ki­wało mi z piersi. "No dalej, dalej..."

Zbyt długo to trwało. W pośpie­chu zaczę­łam pocie­rać taśmą w górę i w dół, tak jak na początku. Przy­no­siło to teraz lep­sze efekty, gdy taśma była już tro­chę podziu­ra­wiona. Nie widzia­łam, co robię, więc zra­ni­łam się wiele razy, czemu towa­rzy­szyły moje roz­pacz­liwe okrzyki. Ale po począt­ko­wym szoku prze­sta­łam czuć ból, tylko adre­na­lina pły­nęła w moich żyłach, zmu­sza­jąca mnie do coraz cięż­szej pracy, by się uwol­nić.

Spoj­rza­łam przez ramię. Srebr­no­szare półki popla­mione były moją krwią. Ale nic mnie to nie obcho­dziło. Zatru­cie tlen­kiem węgla mnie zabije. Kilka ska­le­czeń nie. Będę potrze­bo­wać zastrzyku prze­ciw­tęż­co­wego, ale było to o wiele lep­sze niż śmierć tutaj.

Coraz szyb­ciej tar­łam o metal. "No dalej, do cho­lery! No dalej!" Z całej siły roz­chy­li­łam nad­garstki i wyda­łam trium­falny okrzyk. Ale to wciąż nie był koniec. Taśma na­dal była połą­czona powy­żej. Gorącz­kowo tar­łam dalej, raniąc i tak już zakrwa­wione dło­nie i przed­ra­miona.

Ogar­nęła mnie sza­lona radość. Udało mi się zro­bić pierw­szy krok! Ramiona mia­łam napięte, gotowe do wyrwa­nia się na wol­ność, gdy...

Zoba­czy­łam wła­sne nad­garstki przed sobą! Szybko usu­nę­łam z nich taśmę, a następ­nie usia­dłam na pod­ło­dze i zaczę­łam pra­co­wać nad kost­kami. Nie, waż­niej­sze jest zaczerp­nię­cie świe­żego powie­trza. Sta­nę­łam ponow­nie i...

O rany. Aż opar­łam się o ścianę. Zakrę­ciło mi się w gło­wie, ból był jak ude­rze­nie młota pneu­ma­tycz­nego. Nie zauwa­ży­łam tego wcze­śniej, kiedy pró­bo­wa­łam uwol­nić nad­garstki.

"Muszę się o coś oprzeć... o cokol­wiek...

Nie! Muszę wró­cić do Jonaha. Nie liczy się nic poza powro­tem do Jonaha".

Spoj­rza­łam na samo­chód. Jego nie­bie­ski kolor wyda­wał mi się roz­myty. Teraz trzeba wybić szybę od strony kie­rowcy.

Zachwia­łam się i zmie­ni­łam zda­nie. Waż­niej­sze jest wybi­cie szyby w garażu i zaczerp­nię­cie świe­żego powie­trza. Zaj­mie to mniej czasu niż wybi­cie szyby w aucie. Nad­garstki mia­łam już całe we krwi. Prze­mie­ści­łam się sko­kami do szafki i chwy­ci­łam zakli­no­wany pod nią kawa­łek rury PCV. Następ­nie w pod­sko­kach wró­ci­łam do bramy garażu i zaczę­łam walić w jedno z okien.

Wło­ży­łam całą swoją siłę w ude­rze­nie. W końcu odrzu­ci­łam rurę i wali­łam zakrwa­wio­nymi pię­ściami w białe szkło.

Aż usły­sza­łam trzask.

Tak! Małe pęk­nię­cie, ledwo widoczne pod farbą. Ponow­nie pod­nio­słam rurę i napar­łam nią na szkło, aż w końcu pękło tak, że mogłam ją wypchnąć na zewnątrz.

- Pomocy! Pomocy! Niech ktoś mi pomoże!

W oko­licy nie było widać żad­nych domów. Albo byłam na wsi, albo gdzieś na przed­mie­ściach, gdzie rosło dużo zie­leni. Wysta­wi­łam głowę przez wybity otwór i ode­tchnę­łam świe­żym powie­trzem. Ale kto wie, ile czasu zaj­mie mi spro­wa­dze­nie pomocy.

Wzię­łam jesz­cze kilka dużych łyków świe­żego powie­trza, a następ­nie zabra­łam się do uwal­nia­nia stóp. Skrę­cona kostka wciąż mnie bolała w miej­scu, gdzie kop­nął ten facet. Gdy ska­ka­łam po garażu w poszu­ki­wa­niu drogi ucieczki, nie zwra­ca­łam uwagi na ból.

Z pew­no­ścią byłam jesz­cze w przy­sło­wio­wym lesie. Męż­czy­zna zawią­zał na sto­pach mocny węzeł, a moje ręce pul­so­wały bólem od ska­le­czeń, ale byłam naprawdę zde­ter­mi­no­wana. Ponow­nie spoj­rza­łam na nie­wy­raźny samo­chód, jego obraz mi się roz­my­wał. Powin­nam wybić szybę... Wyłą­czyć auto... Do dia­bła ze sto­pami.

Ale moje ręce na­dal pra­co­wały i w ciągu kilku następ­nych minut byłam wolna i mogłam swo­bod­nie się poru­szać.

Pode­szłam do auta i zaczę­łam ude­rzać w okno od strony kie­rowcy rurą i gołymi rękami. W końcu szyba pękła, a ja wypchnę­łam szkło na sie­dze­nie. Odblo­ko­wa­łam drzwi, otwo­rzy­łam je i szybko wyłą­czy­łam sil­nik, wycią­ga­jąc klu­czyk.

Następ­nie pobie­głam z powro­tem do drzwi garażu i wzię­łam jesz­cze kilka głę­bo­kich odde­chów przez wybity otwór.

Cho­lera, moja głowa. Wszystko wyda­wało mi się nie­wy­raźne. Tylko trawa, brud i szar­łaty toczące się po ziemi, pchane wia­trem. Mimo że mia­łam teraz dopływ świe­żego powie­trza, a sil­nik już nie pra­co­wał, garaż na­dal był pełen tru­ją­cego gazu. Przy­naj­mniej nie będzie go już przy­by­wać.

Wzię­łam jesz­cze kilka głę­bo­kich wde­chów przez wybitą szybę i spró­bo­wa­łam się pod­cią­gnąć, by przez nią przejść. Ręce mia­łam bar­dzo poka­le­czone, kostka bolała, ale musia­łam spró­bo­wać. Z krzy­kiem bólu sko­czy­łam i zła­pa­łam za dolną część otworu. Nie udało mi się jed­nak dłu­żej utrzy­mać.

Znowu usia­dłam, a łzy napły­nęły mi do oczu. Udało mi się osią­gnąć tylko tyle, że ręce mia­łam jesz­cze bar­dziej poka­le­czone. Spoj­rza­łam w stronę drzwi w tyl­nej ścia­nie. Roz­ma­zany nie­bie­ski samo­chód - czyżby teraz się poru­szał? - zasła­niał mi widok. I wtedy gło­śno się roześmia­łam.

Rozdział piąty

Jonah

Nieco ponad godzinę póź­niej byłem z powro­tem w domu. Jorie sie­działa przy kuchen­nym stole, Lucy leżała u jej stóp. Moja sio­stra była wyraź­nie roz­trzę­siona. Przed nią stała niska szklanka wypeł­niona czymś, co wyglą­dało jak bour­bon lub szkocka. Jorie zwy­kle nie piła zbyt dużo.

- Dzięki Bogu, że już jesteś. - Zerwała się na mój widok, pra­wie prze­wra­ca­jąc krze­sło, i rzu­ciła mi się w ramiona.

Pokle­pa­łem ją po ple­cach.

- Już wszystko w porządku. Jestem tutaj.

- A dziecko? Nic mu nie jest?

- Jest okej. Gdyby było ina­czej, Bryce dałby mi znać. Pod­rzu­ci­łem go i w drzwiach zoba­czy­łem Eve­lyn z Hen­rym na rękach.

- Dzięki Bogu. - Zachli­pała w moją koszulę.

Odsu­ną­łem ją od sie­bie, by spoj­rzeć jej w twarz.

- Co cię tak zde­ner­wo­wało?

Potrzą­snęła głową.

- Joe, to po pro­stu zbyt straszne, by wyra­zić to sło­wami. Nie mogę sobie nawet wyobra­zić...

- Chodź. - Zapro­wa­dzi­łem ją z powro­tem do stołu. - Usiądź. Napij się... cokol­wiek to jest.

- Szkocka.

- Od kiedy pijasz szkocką?

- Odkąd wyda­rzyła się ta cała pie­przona sprawa. - Moja sio­stra wzięła duży łyk.

Wes­tchną­łem. To musiało być szcze­gól­nie trudne dla Jorie. W końcu reszta z nas wie­działa o tym, co działo się z Talo­nem przez dwa­dzie­ścia pięć lat. Ukry­wa­li­śmy prawdę przed naszą młod­szą sio­strą, pró­bu­jąc ją chro­nić, aż mniej wię­cej mie­siąc temu Talon zde­cy­do­wał, że nad­szedł czas, aby jej o wszyst­kim opo­wie­dzieć. Czę­sto zasta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem nie popeł­ni­li­śmy błędu. Ponie­waż to Talo­nowi przy­tra­fiła się ta straszna tra­ge­dia, Ryan i ja zawsze podą­ża­li­śmy za nim w radze­niu sobie z tym. Gdy jed­nak patrzy­łem teraz na moją młod­szą sio­strę, wolał­bym, żeby na­dal nic o tym nie wie­działa.

Ale było już za późno. Rze­czy­wi­stość została jej narzu­cona w taki sam spo­sób, w jaki spa­dła na nas dekady temu. Nie zasłu­żyła na to, ale nikt z nas na to nie zasłu­żył. Przede wszyst­kim Talon.

- Napij się jesz­cze.

Posłu­chała mnie.

- W porządku. Teraz spójrz na mnie i powiedz mi, co się stało.

Poma­so­wała się po karku.

- Poszłam dziś do siłowni.

- A więc poszłaś do siłowni? To dobrze.

- Chcia­łam wró­cić do aero­biku. W siłowni pro­wa­dzą teraz nowe ćwi­cze­nia na ste­pie i chcia­łam spró­bo­wać. Więc poszłam tam dzi­siaj i odno­wi­łam swoje człon­ko­stwo.

- No i?

- Spóź­ni­łam się na zaję­cia, na które chcia­łam pójść, więc posta­no­wi­łam poćwi­czyć na orbi­treku.

- Aha.

- Ćwi­czy­łam czter­dzie­ści pięć minut, nie­źle się spo­ci­łam... - Wzięła głę­boki oddech.

- Spo­koj­nie, kocha­nie. Jestem tutaj.

- Kiedy zeszłam z orbi­treka, poszłam po ręcz­nik, żeby wytrzeć twarz, a tam stał jakiś facet, odwró­cony do mnie ple­cami. Miał siwe włosy.

- Okej.

- Pod­niósł rękę i zoba­czy­łam...

- Co zoba­czy­łaś?

Jorie zaka­słała.

- Zna­mię. W kształ­cie Tek­sasu. Jak to, które opi­sał nam Talon. Po wewnętrz­nej stro­nie ramie­nia. Dokład­nie takie, jak mówił.

Zimny dreszcz mnie prze­biegł.

- Kto to był, Mar­jo­rie?

Ale ja i tak już to wie­dzia­łem.

- To był bur­mistrz, Joe. Ojciec Bryce'a.

Serce waliło mi w piersi. Mia­łem wszyst­kie dowody, któ­rych potrze­bo­wa­łem. Szu­ka­łem spo­sobu, by zmu­sić Toma Simp­sona do powie­dze­nia mi, gdzie jest jego zna­mię, bez alar­mo­wa­nia Bryce'a, a moja nie­winna sio­strzyczka nie­chcący je odkryła.

I cho­ciaż mar­twił mnie wpływ, jaki to na nią wywarło, byłem zado­wo­lony, że się o tym dowie­dzia­łem.

- Uspo­kój się, kocha­nie - popro­si­łem.

- To on, Joe. I Bryce tam mieszka... z tym małym dziec­kiem.

- Bryce szuka dla sie­bie miesz­ka­nia. Mówił mi o tym. I nie będzie tam miesz­kał zbyt długo, o ile ja mam coś do powie­dze­nia w tej spra­wie.

- Zamie­rzasz mu powie­dzieć?

Odchrząk­ną­łem.

- Nikomu z was tego nie mówi­łem, ale już od jakie­goś czasu podej­rze­wa­łem bur­mi­strza.

- O Boże! Dla­czego nie powie­dzia­łeś Talo­nowi? I Bryce'owi? Prze­cież on tam mieszka ze swoim dziec­kiem!

- Spo­koj­nie. Henry'emu nic nie jest. Do tej pory nie mia­łem żad­nych praw­dzi­wych dowo­dów. Wie­dzia­łem, że Tom ma takie zna­mię, ale nie wie­dzia­łem gdzie. Dzięki tobie teraz już wiem.

- Ale nawet samo podej­rze­nie... Musimy zabrać stam­tąd dziecko.

- Bryce tam dora­stał i nic mu się nie stało. I mieszka tam też jego matka. Ale nie martw się. Powiem Bryce'owi.

- I musimy powie­dzieć Talo­nowi.

Przy­tak­ną­łem.

- Jorie, naj­pierw muszę powie­dzieć Bryce'owi.

- Dla­czego?

- Ponie­waż jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i mieszka tam ze swoim małym syn­kiem. A to jest jego ojciec.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki