Burn me - K.C. Hiddenstorm

Kup ebooka

44.99 zł
36.89 zł (36,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Po­dobno prze­pro­wadzka jest jedną z naj­bar­dziej stre­su­ją­cych ży­cio­wych sy­tu­acji. Po­dob­nie jak śmierć ko­goś z ro­dziny. Albo ja­koś tak. Nikt wpraw­dzie jesz­cze mi nie umarł, ale dzięki matce bar­dzo do­brze po­zna­łam pa­letę ko­lo­rów, jaką nio­sła z sobą zmiana ad­resu. Jak dla mnie były to głów­nie sza­ro­ści i czerń. I mimo że czarny to mój ulu­biony ko­lor, to te­raz wszystko było kom­plet­nie do bani.

Ja­sne, do­ło­ży­łam do ca­łej sprawy tro­chę od sie­bie, tyle że to nie ja ka­za­łam moim ro­dzi­com się roz­wieść. Nie ja ska­ka­łam ojcu do oczu. To matka wiecz­nie miała ze wszyst­kim pro­blem. I te­raz, kiedy osie­dliła się w wy­ma­rzo­nym domu w wy­ma­rzo­nym mia­steczku, u boku wy­ma­rzo­nego męż­czy­zny, ostat­nim pro­ble­mem, jaki jej po­zo­stał, by­łam ja.

- Uśmiech­nij się tro­chę - po­wie­działa. - Spójrz, jaki mamy ładny dzień, a ty się krzy­wisz od rana.

- Może mam udar?

- Ava!

Pod­nio­słam wzrok znad to­sta, któ­rego bar­dziej mal­tre­to­wa­łam na ta­le­rzu, niż fak­tycz­nie ja­dłam, i spoj­rza­łam na nią. Sie­działa na prze­ciw­nym krańcu dro­giego stołu, taka ele­gancka, piękna, ab­so­lut­nie do­sko­nała i... zimna. Wzięta pani ar­chi­tekt. Eli­za­beth Hut­ton. Moja matka. To po niej odzie­dzi­czy­łam ja­sne włosy i de­li­katne rysy, jed­nak oczy mia­łam po ojcu. Nie­na­wi­dziła tego. Ła­two to było po­znać po spo­so­bie, w jaki cza­sem na mnie spo­glą­dała. Jakby nie mo­gła się po­go­dzić z fak­tem, że cząstka męż­czy­zny, któ­rego po­sta­no­wiła znie­na­wi­dzić, po­nie­waż nie wpa­so­wał się w jej ide­alny plan, żyje w jej je­dy­nym dziecku.

- O co cho­dzi?

Odło­żyła wi­de­lec i mi się przyj­rzała. Może to tylko moja nad­in­ter­pre­ta­cja, ale wy­da­wało mi się, że do­strze­głam cień po­gardy.

- Do­sko­nale wiesz, o co mi cho­dzi.

- Znów po­wie­dzia­łam coś nie tak? - za­py­ta­łam ja­do­wi­cie.

- Nie żar­tuj wię­cej w ten spo­sób. W cho­ro­bach nie ma nic za­baw­nego. I przede wszyst­kim zmień ton. Je­stem twoją matką, nie naj­gor­szym wro­giem.

To do­piero za­bawne.

- Mhm. A to za­du­pie to miej­sce, o któ­rym ma­rzy­łam całe ży­cie.

Mama prze­lot­nie zer­k­nęła na le­żącą na stole ko­mórkę, a po­tem wy­chy­liła się w moim kie­runku.

- Po­słu­chaj mnie, prze­pro­wadzka tu­taj to nie kara ani żadna oso­bi­sta kru­cjata pro­wa­dzona prze­ciwko to­bie.

Prze­wró­ci­łam oczami. Wie­dzia­łam, że to ją wku­rzy, i wcale się nie po­my­li­łam.

- Nie rób tych swo­ich min. Pró­buję z tobą roz­ma­wiać.

No to cze­ka­łam, aż bę­dzie roz­ma­wiać da­lej. Całe szczę­ście nie było tu tego dupka, Ar­thura. Wy­je­chał w in­te­re­sach, ale jak dla mnie mógł iść do dia­bła. Nie­na­wi­dzi­łam fa­ceta za samo to, że po pro­stu ist­nieje. I niby co, mia­łam uda­wać, że to mój nowy ta­tuś? Mia­łam sie­dem­na­ście lat, nie sie­dem. Cho­ciaż pew­nie na­wet wtedy nie zno­si­ła­bym fa­ceta.

- ...słu­chasz?

- Co?

- Nie "co", tylko "pro­szę". - W ustach matki za­brzmiało to au­to­ma­tycz­nie, nie­mal jak po­wi­ta­nie na­grane na pocztę gło­sową. - Py­ta­łam, czy ty w ogóle słu­chasz, co mó­wię.

- Tak - skła­ma­łam. Wy­łą­czy­łam się gdzieś tak przy "pró­buję z tobą roz­ma­wiać".

- Nowy po­czą­tek, Ava. Tym jest dla nas to miej­sce. - Po­słała mi su­rowe spoj­rze­nie. - I drugą szansą dla cie­bie. Bądź tak miła i tym ra­zem po­sta­raj się ni­czego nie za­wa­lić. Nie chcę prze­pro­wa­dzać się w nie­skoń­czo­ność i szu­kać przy­zwo­itych szkół, które ze­chcia­łyby cię przy­jąć.

- Nie ma sprawy, mogę wró­cić do taty.

- Już o tym roz­ma­wia­ły­śmy.

- Nie. To ty mó­wi­łaś. Ro­zu­miesz tę za­sad­ni­czą róż­nicę?

Jej czoło drgnęło, jed­nak nie prze­cięła go żadna wi­doczna zmarszczka. Bo­toks się spi­sy­wał.

- Dla­czego mu­sisz wszystko utrud­niać, co? My­ślisz, że chcia­łam, żeby tak wy­szło? Że to za­pla­no­wa­łam?

- Je­śli cho­dzi o zo­sta­wie­nie taty, to pew­nie tak. Ja by­łam tylko smut­nym wy­pad­kiem.

- Jak śmiesz?! - Ude­rzyła otwartą dło­nią w blat. - Jak w ogóle mo­żesz tak mó­wić?! Zda­jesz so­bie sprawę, ile dla cie­bie po­świę­ci­łam?

Za­ci­snę­łam usta i przy­glą­da­łam się matce w mil­cze­niu. Wie­dzia­łam, co za­raz po­wie, i wcale się nie po­my­li­łam. Nie mu­sia­łam na­wet zga­dy­wać, przez ostat­nie pół roku usły­sza­łam już chyba wszystko, co miała w re­per­tu­arze.

- Bar­dzo dużo, Ava. Po­tem jesz­cze wię­cej. A ko­chany ta­tuś? - Za­śmiała się drwiąco. - Je­steś ze mną nie bez po­wodu. On nie zna­lazł dla cie­bie czasu.

Cza­sami jej nie­na­wi­dzi­łam, a w tam­tej chwili by­łam tego pewna. Czu­łam wście­kłość tak wy­raź­nie, jakby pa­ro­wała przez moją skórę. Te me­ble, ta kuch­nia, cały ten prze­klęty dom i to mia­sto... Nie chcia­łam tego, nie chcia­łam tu być. Chcia­łam wró­cić do domu, do mo­jego praw­dzi­wego domu. Pra­gnę­łam zna­leźć się w zna­jo­mym oto­cze­niu, być w miej­scu, w któ­rym do­ra­sta­łam. Nie chcia­łam tkwić tu­taj ani se­kundy dłu­żej, wdy­chać ob­cych za­pa­chów, na­słu­chi­wać nie­zna­jo­mych dźwię­ków. Pra­gnę­łam znik­nąć. Tak po pro­stu. Skoro nie mo­głam wró­cić tam, gdzie zo­stało tyle wspo­mnień oraz lu­dzi, na któ­rych mniej lub bar­dziej mi za­le­żało, wo­la­łam, żeby mnie zwy­czaj­nie nie było. Ale czy ko­go­kol­wiek to ob­cho­dziło? Nie. Pro­sto ze zna­nego mi świata tra­fi­łam do pre­ten­sjo­nal­nego mia­steczka, które moja matka wy­cięła so­bie z ka­ta­logu ma­rzeń. Ona była za­chwy­cona. A ja? Mnie nikt nie py­tał o zda­nie. Jak zwy­kle.

- To nie fair. Prze­ina­czasz fakty tak, jak ci wy­god­nie. Ty mo­żesz so­bie po­zwo­lić na to, co ta­cie unie­moż­li­wia praca. To nie jego wina!

Mach­nęła ręką, jakby od­ga­niała na­trętną mu­chę. Jakby mó­wiła, że sły­szała tę gadkę już mi­lion razy.

- Fakty są oczy­wi­ste. Ja je­stem w sta­nie się po­świę­cić, twój oj­ciec nie. On nie po­trafi być, umie tylko by­wać.

Łzy na­pły­nęły mi do oczu, ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się jed­nak nie roz­pła­kać, nie chcia­łam da­wać matce tej sa­tys­fak­cji. Przy­gry­złam we­wnętrzną stronę po­liczka, żeby fi­zyczny ból choć na chwilę przy­krył ten, który roz­ry­wał mi serce, a po­tem, pa­trząc jej pro­sto w twarz, po­wie­dzia­łam:

- On mnie przy­naj­mniej nie nie­na­wi­dzi.

Ścią­gnęła usta, po czym znów zer­k­nęła na ko­mórkę.

- Dziś za­czy­nasz let­nie za­ję­cia - przy­po­mniała.

Aż mnie skrę­ciło. Po­wie­dzia­ła­bym, że śnia­da­nie po­de­szło mi do gar­dła, ale w za­sa­dzie nic nie zja­dłam.

- Nie mogę się do­cze­kać - burk­nę­łam.

- Pod­wieźć cię?

- Nie trzeba.

- Może jed­nak? Masz brzydki zwy­czaj nie­do­cie­ra­nia na miej­sce.

Po­czę­sto­wa­łam ją uśmie­chem, który wy­glą­dał jak przed­śmiertny gry­mas.

- Och, dzię­kuję. To miło, że się trosz­czysz.

- Da­ruj so­bie te zło­śli­wo­ści. Kiedy do­ro­śniesz, zro­zu­miesz, że za­wsze sta­wia­łam twoje do­bro na pierw­szym miej­scu.

Par­sk­nę­łam su­cho.

- W ta­kim ra­zie nie chcę do­ra­stać. Nie chcę się stać taka jak ty.

Oczy matki bły­snęły wrogo. Wi­dzia­łam, jak za­ci­ska le­żącą na stole dłoń w pięść, i wie­dzia­łam, co ma ochotę zro­bić. Oczy­wi­ście, że ją pro­wo­ko­wa­łam. Chcia­łam, żeby ta jej ide­alna sko­rupa pę­kła i uka­zał się zgniły śro­dek. Ktoś, kto psuje wła­sne dziecko, nie może mieć serca ze złota.

- Nie chcia­łaś też cho­dzić do szkoły. Po­myśl o tym, kiedy na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz psio­czyć na nasz nowy dom. Gdy­byś po­stą­piła ina­czej, może wcale nie mu­sia­ły­by­śmy się prze­pro­wa­dzać.

Nie­czy­ste za­gra­nie, bar­dzo nie­czy­ste. To było wie­rutne kłam­stwo i obie o tym wie­dzia­ły­śmy. Matka prze­pro­wa­dzi­łaby się tak czy ina­czej, mój bunt nie był tak zna­czący, jak pró­bo­wała mi wmó­wić.

- Na­prawdę? - Unio­słam brew. - A jak ina­czej zro­bi­ła­byś na złość ta­cie?

- Do­kończ śnia­da­nie. - Wska­zała pal­cem mój ta­lerz.

- Nie je­stem głodna.

- Na­le­gam. - Nie pod­nio­sła głosu, ale wcale nie mu­siała. I bez tego do­sły­sza­łam ostrze­że­nie. - Dla two­jego do­bra.

Ode­rwa­łam ka­wa­łek to­sta, we­pchnę­łam so­bie do ust i za­czę­łam apa­tycz­nie żuć. Matka przy­glą­dała mi się przez chwilę, po czym z wes­tchnie­niem wstała od stołu.

- Pięt­na­ście mi­nut maks. Ina­czej spóź­nię się na spo­tka­nie.

Oczy­wi­ście, za­wsze było ja­kieś. Nie wiem, dla­czego w ogóle za­wra­cała so­bie głowę po­sia­da­niem dziecka, skoro była taka nie­wia­ry­god­nie za­jęta. A nie, za­raz... Wspo­mi­na­łam już, że by­łam jej błę­dem? No wła­śnie.

Od­su­nę­łam krze­sło i za­czę­łam wsta­wać, kiedy usły­sza­łam:

- Pro­si­łam, że­byś zja­dła śnia­da­nie.

- A ja po­wie­dzia­łam, że nie je­stem głodna. - Zro­bi­łam zbo­lałą minę. - Wła­ści­wie to boli mnie brzuch. Mogę za­cząć te za­ję­cia od ju­tra?

Matka aż po­czer­wie­niała.

- Ty chyba nie je­steś świa­doma po­wagi sy­tu­acji. Wiesz, ile się mu­sia­łam na­gim­na­sty­ko­wać, że­byś nie po­wta­rzała klasy?

O tak, sły­sza­łam to ja­kieś sto razy. To był tego ro­dzaju wy­si­łek, że pew­nie z miej­sca za­pew­nił jej ka­no­ni­za­cję. Eli­za­beth Hut­ton, pa­tronka wszyst­kich ma­tek.

- Ten kurs to twoja ostat­nia szansa.

- A nie nowy po­czą­tek?

W jej oczach bły­snął gniew.

- Je­śli wy­daje ci się... - Urwała, kiedy roz­legł się wście­kły ja­zgot jej ko­mórki. Zer­k­nęła na wy­świe­tlacz, wy­mam­ro­tała coś, co za­brzmiało jak "ja­sna cho­lera", i ode­brała. - Halo? - Ani śladu gniewu. Ak­sa­mitny głos pro­fe­sjo­na­listki w każ­dym calu.

Pa­trzy­łam, jak z te­le­fo­nem przy uchu dry­fuje do sa­lonu i już wie­dzia­łam, że na te wspa­niałe let­nie za­ję­cia będę mu­siała do­trzeć sama. Kor­ciło mnie, żeby nie pójść, ale by­łam pewna, że je­śli się tam nie zja­wię, od razu do­sta­nie te­le­fon w tej spra­wie. No i by­łam jed­nak tro­chę cie­kawa. Chcia­łam na wła­sne oczy się prze­ko­nać, z ja­kim gów­nem przyj­dzie mi się zmie­rzyć.

Ale tak na­prawdę to był po­czą­tek tego pie­kiel­nego łań­cuszka.

Wtedy o tym nie wie­dzia­łam, ale tak wła­śnie wy­glą­dał pierw­szy przy­sta­nek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki