Buntownik - Geraint Jones

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

W ostat­nich sekun­dach życia czu­łem smak krwi i chłód stali.

Krew nie była moja. Nale­żała do mojego przy­ja­ciela, króla Pin­nesa, przy­wódcy panoń­skich rebe­lian­tów, który pod­dał swo­ich wojow­ni­ków Rzy­mowi. Z tego powodu zgi­nął, ale nie z rąk Rzy­mian - to jego dawni sojusz­nicy, Dal­maci, pozba­wili świat jed­nego z naj­bar­dziej bły­sko­tli­wych synów, a teraz mój kark spo­czy­wał na tym samym pniu, na któ­rym ode­brano życie kró­lowi. Na moją głowę cze­kał pal, a nie­cier­pliwy tłum chciał, żeby ją na nim zoba­czyć.

Wśród zgro­ma­dzo­nych był Ziwa. Gad. Wąż. Znany z okru­cień­stwa młody męż­czy­zna słu­żył Pin­ne­sowi jako zaufany dowódca, ale zwró­cił się prze­ciwko swo­jemu panu, żeby zdo­być wła­dzę dla sie­bie. Wsą­czył słowa zdrady do ucha Batona, dal­mac­kiego watażki, i roz­po­wszech­niał pogło­ski, że Pin­nes przy­stał na walkę dla Rzymu i zgo­dził się zwró­cić prze­ciwko tym, któ­rzy stali u jego boku w trak­cie tej bru­tal­nej rebe­lii.

To były kłam­stwa. Wszystko kłam­stwa. Król Pin­nes pra­gnął jedy­nie pokoju. Poje­chał ze swoim wier­nym straż­ni­kiem do Batona nie po to, żeby prze­lać krew, ale by temu zapo­biec, a Ziwa i jego ludzie zaata­ko­wali ich w zasadzce. Wuk, jeden z nie­wielu moich przy­ja­ciół, został zabity wraz z kró­lem, któ­rego przy­siągł bro­nić. W celu pod­sy­ce­nia wro­go­ści mię­dzy ple­mio­nami Ziwa pozo­sta­wił wojow­ni­ków, żeby zabili dal­mac­kich zakład­ni­ków prze­trzy­my­wa­nych w panoń­skiej armii. Te kobiety i dzieci nale­żały do rodzin dal­mac­kich nobi­lów i zostały zabite, żeby wście­kłość Batona na ludzi Pin­nesa osią­gnęła apo­geum.

Prze­żyło tylko dwoje. Silna kobieta i jej syn. Miran i Borna, a ja kocha­łem ich oboje.

Ich wol­ność została oku­piona życiem mojego przy­ja­ciela Kułaka. To on przy­pro­wa­dził mnie do armii rebe­lian­tów, gdzie odda­łem się w służbę kró­lowi Pin­ne­sowi. Kie­dyś byłem boha­te­rem Rzymu, czło­wie­kiem, który oca­lił legio­no­wego orła, ale wszystko to się zmie­niło, kiedy zde­zer­te­ro­wa­łem. Stało się więc tak, że wal­czy­łem prze­ciwko cesar­stwu i zyska­łem gorącą wiarę w sprawę rebe­lii: wyzwo­le­nie od Rzymu.

Wraz z Miran i Borną sta­ra­łem się dotrzeć do gór­skiego obozu Batona, zanim stra­cono króla, ale się spóź­ni­łem. Jad zdrady Ziwy zatruł już umysł przy­wódcy Dal­ma­tów i Pin­ne­sowi ścięto głowę.

A teraz mia­łem do niego dołą­czyć. Nie liczyło się to, że ura­to­wa­łem z rzezi dwoje dal­mac­kich zakład­ni­ków. Nie miało zna­cze­nia, że spraw­dzi­łem się w walce prze­ciwko Rzy­mowi. Ważne było jedy­nie to, że Bato wie­rzył Ziwie.

- Jest szpie­giem Rzymu, który zwró­cił prze­ciwko tobie Pin­nesa - syk­nął Ziwa do Batona. - Musi umrzeć, panie.

I umrę. Na moim karku spo­czy­wał już miecz. Czu­łem na krę­go­słu­pie jego głód. Kat stał obok mnie i nie­ba­wem weź­mie zamach, ja umrę, a Ziwa wygra. Rzym wygra.

Chcia­łem splu­nąć, ale nie mia­łem czym. Moje życie było co naj­mniej bru­talne. Zabi­łem wię­cej ludzi, niż chcia­łem pamię­tać, i stra­ci­łem wielu takich, któ­rych nie śmia­łem zapo­mnieć. Zoba­czę ich po śmierci i spo­tkam się z nimi z dumą. Na koniec życia zro­bi­łem coś dobrego. Szla­chet­nego. Ist­nie­nia Miran i Borny były warte dużo wię­cej od mojego i uśmiech­ną­łem się na tę myśl.

Ziwie się to nie spodo­bało. Chciał, żebym zmie­rzał ku śmierci prze­ra­żony, więc ukląkł obok mnie i wyszep­tał nazwi­ska czte­rech legio­no­stów, któ­rzy zamor­do­wali mojego ojca. Nazwi­ska, które wydo­był tor­tu­rami z rzym­skich jeń­ców. Dla mnie liczyło się tylko jedno z nich.

Mar­cus.

Mój naj­daw­niej­szy przy­ja­ciel. Naj­bar­dziej dokucz­liwy zdrajca. Teraz nie było schro­nie­nia przed prawdą. Tylko ucieczka w śmierć.

- Zrób to! - usi­ło­wa­łem wrza­snąć do kata, ale język mia­łem tak suchy, że przy­kleił mi się do pod­nie­bie­nia. - Zrób to!

Tłum łak­nął krwi. Cze­kał na stal.

- Zabij go!

- Zabij Rzy­mia­nina!

- Zabij zdrajcę!

Agre­sja brzmiała w ich gło­sach i agre­sja była w ich sze­re­gach. Widzia­łem jedy­nie jej falę, wzrok mia­łem roz­ma­zany przez krew i pot, ale czu­łem ją. Wrze­nie kon­fron­ta­cji. Pod­nie­sione głosy. Gwał­towne głosy.

- Skoń­czyć z tym! - Wie­dzia­łem, czyj to głos. Batona, wojow­nika, wodza Dal­ma­tów. Był górą ciała i mię­śni, w tej chwili go nie widzia­łem, ale nie miało to zna­cze­nia. Liczyło się jedy­nie, czy usły­szał go kat, i poczu­łem, że stal odsuwa się od mojego karku, kiedy oprawca wzniósł miecz, aby wziąć zamach i ciąć.

Byłem gotów umrzeć.

Byłem gotowy na śmierć.

Ale ona nie była gotowa na mnie.

Doszło do sza­mo­ta­niny. Padły prze­kleń­stwa. Ludzie klęli, chrzą­kali i splu­wali. Sły­sza­łem odgłos wycią­ga­nych mie­czy. Wykrzy­ki­wano roz­kazy.

Pode­rwano mnie na nogi.

Sta­łem w środku grupy męż­czyzn zwró­co­nych twa­rzami na zewnątrz. Trzy­mano mnie za ramię i patrzy­łem w twarz ich przy­wódcy. W jego gęstej bro­dzie wid­niały siwe pasma, obli­cze miał rów­nie pomarsz­czone i pobruż­dżone jak kra­ina, w któ­rej sro­żyła się rebe­lia. Byłem wyż­szy od więk­szo­ści, ale on prze­wyż­szał mnie wzro­stem, cho­ciaż nie miał potęż­nych jak głazy mię­śni Batona. Oce­niał mnie jak gospo­darz nowo naro­dzone jagnię.

- Po pro­stu mnie zabij - zwró­ci­łem się do niego. Nie byłem w nastroju do zaba­wia­nia dal­mac­kich wojow­ni­ków, a po jego lśnią­cej zbroi i wspa­nia­łym heł­mie pozna­łem nie­omyl­nie, że jest jed­nym z nich.

- Nie umrzesz tak łatwo.

Wtedy poją­łem, co ma nastą­pić. Wie­dzia­łem, jaki będzie mój koniec. Nie szybka śmierć od mie­cza. To był los kró­lów, nie zdraj­ców.

Będę tor­tu­ro­wany.

Jak to zro­bią? Kie­dyś Ziwa chciał mnie ukrzy­żo­wać - spełni się jego życze­nie? Może zostanę ugo­to­wany żyw­cem albo roze­rwany końmi. Nie ma gra­nic ludz­kiej pomy­sło­wo­ści - przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o zada­wa­nie cier­pie­nia innym - i tylko to, że pogo­dzi­łem się już ze śmier­cią, spra­wiło, że powstrzy­ma­łem żołą­dek od podej­ścia do gar­dła, a ręce od drże­nia.

Ale oczy nie kła­mią. Szla­chet­nie uro­dzony dostrzegł w nich moje myśli i się roze­śmiał.

Drań. Nie okażę przed nim sła­bo­ści.

- Jak to się odbę­dzie? - zapy­ta­łem wyzy­wa­ją­cym tonem, a przy­naj­mniej taką mia­łem nadzieję. Jeśli Miran się przy­glą­dała, to chcia­łem, żeby widziała, iż umie­ram god­nie.

Filu­terny uśmiech wypełzł na twarz męż­czy­zny. Cie­szył się tym. Każdą chwilą.

- Naj­bo­le­śniej­sza tor­tura ze wszyst­kich, chłop­cze - szep­nął mi do ucha. - Mał­żeń­stwo.

2

Nie mia­łem czasu pomy­śleć o tym, co powie­dział.

W gło­wie mi zawi­ro­wało, gdy zosta­łem ode­pchnięty od pieńka. Cze­repy Wuka i króla Pin­nesa były maka­brycz­nymi tro­fe­ami zatknię­tymi na włócz­niach, a mnie ogar­nął gniew na widok much roją­cych się w ich mar­twych oczach.

- Zdej­mij­cie je! - pole­ci­łem. - Zdej­mij­cie!

Nikt mnie nie słu­chał. W oto­cze­niu grupy uzbro­jo­nych groź­nych męż­czyzn byłem na wpół wle­czony przez wojow­nika o siwie­ją­cej bro­dzie. Nie ponie­wie­rał mną, ale nie musiał, byłem słaby z wyczer­pa­nia. Żeby dopro­wa­dzić Miran i Bornę do tego obozu, musia­łem prze­kro­czyć gra­nice wła­snej wytrzy­ma­ło­ści. To cud, że na­dal sta­łem na nogach, jed­nak bli­skość śmierci potrafi przy­kuć uwagę czło­wieka.

Sły­sza­łem czyjś krzyk. Bato. Jego słowa były jak ude­rze­nia gro­mów.

- Stój! Agro­nie! Stój!

- Idź dalej - powie­dział męż­czy­zna u mojego boku.

Sze­dłem.

Kwa­tera Batona znaj­do­wała się za naszymi ple­cami. Był to naj­oka­zal­szy budy­nek w obo­zie, ale nie jedyny. Zabu­do­wa­nia z kamieni i drewna nosiły ślady przy­naj­mniej jed­nej zimy i teraz zosta­łem wpro­wa­dzony do jed­nego z domów.

- Zacze­kaj­cie na zewnątrz - pole­cił nobil swoim ludziom. Puścił moje ramię. Spoj­rzał na mnie. - Nie mamy dużo czasu.

Mil­cza­łem.

- Nazy­wam się Agron. - Nie wycią­gnął do mnie ręki. - Miran mówi, że zawdzię­cza ci życie.

Zacho­wa­łem mil­cze­nie. Widział pyta­nie w mojej twa­rzy.

- Kiedy Bato kazał cię zabić, ruszyła mię­dzy ludzi, szu­ka­jąc kogoś, kto by ci pomógł - wyja­śniał Agron.

Ziwa opóź­nił egze­ku­cję, pró­bu­jąc mnie prze­ko­nać, bym "wyznał" Bato­nowi swoje zbrod­nie i potwier­dził jego kłam­stwa, ale naj­wy­raź­niej ta zwłoka dała Miran szansę zna­le­zie­nia tego, czego szu­kała.

- Kim dla niej jesteś? - zapy­ta­łem.

- Pocho­dzimy z jed­nego ple­mie­nia. Jej ojciec był dro­gim mi kuzy­nem, a mąż śmia­łym wojow­ni­kiem. Jeśli Miran mówi prawdę, to mie­li­śmy zabić nie­wła­ści­wego czło­wieka. Jest tak?

Ski­ną­łem głową.

- Ludzie Ziwy wcią­gnęli króla Pin­nesa w zasadzkę, a sam Ziwa kazał zabić zakład­ni­ków w panoń­skim obo­zie.

Męż­czy­zna spoj­rzał ponuro.

- Tak powie­działa Miran.

Nie ode­zwa­łem się.

- Powie­działa także, że oca­li­łeś ją i chłopca.

Nie zaprze­czy­łem.

- Zasłu­gi­wali na oca­le­nie.

- I wygląda na to, że król Pin­nes nie zasłu­żył na śmierć. - Patrzył z bólem.

- Ani jego ludzie. - Wuk był moim lojal­nym przy­ja­cie­lem. Jed­nym z nie­licz­nych, jacy mi zostali.

Agron spoj­rzał mi w oczy, a potem ski­nął głową.

- Masz rację - stwier­dził. - Nie­któ­rzy z nas sprze­ci­wiali się egze­ku­cji, przy­naj­mniej prze­pro­wa­dzo­nej tak pośpiesz­nie, ale nas prze­gło­so­wano. Oświad­cze­nie Ziwy, że zakład­nicy zostali zma­sa­kro­wani, wystar­czyło przy­wód­com ple­mien­nym. Ci ludzie byli nam bli­scy, a my chcie­li­śmy odpła­cić krwią za krew. - Wes­tchnął. - Zwie­dziono nas, żeby­śmy zgła­dzili dobrego czło­wieka...?

- Pin­nes pra­gnął zakoń­cze­nia tej wojny dla wszyst­kich stron. Nie spi­sko­wał prze­ciwko wam. Chciał tylko, żeby Bato zawarł z Rzy­mia­nami takie samo poro­zu­mie­nie jak on. - Ta ugoda obej­mo­wała zakoń­cze­nie wojny, zapła­ce­nie try­butu i dostar­cze­nie wojow­ni­ków na potrzeby ni­gdy nie­ga­sną­cej żądzy cesar­stwa pod­bi­cia nowych tere­nów.

Męż­czy­zna otwo­rzył usta, żeby o coś zapy­tać, ale wtedy na dwo­rze roz­legł się ryk:

- Agro­nie!

Na ustach wezwa­nego poja­wiło się coś w rodzaju uśmie­chu. Był oschły i pozba­wiony weso­ło­ści.

- Wygląda na to, że wódz Bato chciałby przy­łą­czyć się do naszej roz­mowy.

Kiedy wyszli­śmy na zewnątrz, zoba­czy­łem, że ja i tuzin ludzi Agrona jeste­śmy oto­czeni przez potrójny pier­ścień ponad stu wojow­ni­ków. To byli przy­boczni straż­nicy Batona, sami zahar­to­wani męż­czyźni, a każdy z nich miał oczy zabójcy.

Bato stał samot­nie mię­dzy naszymi gru­pami. Nie obna­żył mie­cza, tak zresztą jak i jego ludzie, ale ich spoj­rze­nia były na tyle wymowne, żebym wie­dział, że tylko jedno słowo dzieli nas od roz­lewu krwi.

- Agro­nie... - Bato pró­bo­wał mówić spo­koj­nie. - Oddaj Rzy­mia­nina.

Zje­ży­łem się. Może byłem do cna wyczer­pany, ale mia­łem swoją dumę i nie byłem skur­wy­syń­skim Rzy­mia­ni­nem. Batona i Ziwę od dawna bawiło doku­cza­nie mi z powodu służby dla cesar­stwa, z któ­rej zde­zer­te­ro­wa­łem, a teraz widzia­łem, że ten pod­lec stoi z wojow­ni­kami Batona na skraju tłumu. Jego oczy wpi­jały się z nie­na­wi­ścią w moje.

- Zabij go, Bato­nie - Ziwa popro­sił przy­wódcę rebe­lii. - To zdrajca.

- To roz­mowa mię­dzy Dal­ma­tami. - Agron uci­szył Panoń­czyka. - Sądzę, Bato­nie, że zechcesz usły­szeć, co Corvus ma do powie­dze­nia - mówił uprzej­mie, ale bez uni­żo­nej ule­gło­ści. - To cie­kawa histo­ria.

- Słu­cha­łem już tej świni - prych­nął Bato, nie cał­kiem mija­jąc się z prawdą.

Pró­bo­wa­łem wyłusz­czyć swoją sprawę, kiedy wraz z dwoj­giem zakład­ni­ków zna­la­złem się w obo­zie, ale moje słowa tra­fiły w próż­nię. Tak jak i słowa Miran.

Odwró­ci­łem wzrok od nie­na­wist­nego Ziwy i popa­trzy­łem w oczy przy­wódcy rebe­lii. Teraz wszyst­kim, co stało na dro­dze Rzymu, był Bato i mniej niż sto tysięcy Dal­ma­tów.

- Zosta­łeś oszu­kany, panie.

Bato splu­nął.

- Tak, przez cie­bie, Rzy­mia­ni­nie. Ty i Pin­nes spi­sko­wa­li­ście prze­ciwko mnie. Im szyb­ciej twój łeb znaj­dzie się obok jego, tym lepiej. Agro­nie, skończ z tymi bzdu­rami.

- Oba­wiam się, że nie mogę tego zro­bić.

Bli­zna na gło­wie Batona pul­so­wała jak jaskra­wo­czer­wona gli­sta.

- Jak to nie możesz? Możesz i tak zro­bisz! Ja dowo­dzę tą armią i jeśli mówię, że Rzy­mia­nin umrze, to tak będzie!

Warto było zoba­czyć gotu­ją­cego się z wście­kło­ści Batona, ale jeśli zanie­po­ko­iło to Agrona, to nie poka­zał tego po sobie.

- Rze­czy­wi­ście jesteś dowódcą tej armii, Bato­nie - odparł spo­koj­nie - a moi ludzie są w niej ochot­ni­kami. - Pozwo­lił, aby impli­ka­cja tego faktu zawi­sła w powie­trzu. Kiedy Bato nie odpo­wie­dział, Agron ujaw­nił swoje inten­cje. - Corvus znaj­duje się pod ochroną mojego ple­mie­nia - poin­for­mo­wał - i wszelka uczy­niona mu krzywda zosta­nie uznana za koniec naszego soju­szu.

Przez sekundę nic się nie działo. Zda­wało się, że sama góra wstrzy­mała oddech... a potem wybu­chła.

Bato wrzesz­czał i się sro­żył, ślina pry­skała mu z ust, a na szyi nabrzmiały żyły.

Ale Agron ani drgnął. Nie ugiął się.

- Rozu­miem, że przyj­mu­jesz to, co mówię, panie? - zapy­tał, wyko­rzy­stu­jąc jedną z nie­licz­nych przerw w wią­zance prze­kleństw Batona.

- Przyj­muję? Przyj­muję? Pod­wa­żasz nasze przy­mie­rze, naszą sprawę dla Rzy­mia­nina?

Agron spo­koj­nie pokrę­cił głową.

- Dla Dal­maty, panie.

Bato prych­nął.

- Taki z niego Dal­mata jak z Juliu­sza Cezara!

- Uro­dził się i wycho­wał w Zada­rze.

- To Rzy­mia­nin.

- Dal­mata - spro­sto­wał łagod­nie Agron, a potem rzu­cił tward­szym tonem: - I poślubi Dal­matkę.

Oczy Batona wpi­jały się w moją twarz, ale ja nie patrzy­łem na niego. Obser­wo­wa­łem sze­regi jego ludzi. Ujrza­łem Miran prze­py­cha­jącą się przez krąg zabój­ców, jakby byli tylko nadą­sa­nymi dziećmi.

Na ten widok pod­sko­czyło mi serce. Jej szczu­pła syl­wetka. Kru­czo­czarne włosy. Ide­al­nie zakrzy­wiony nos z garb­kiem. Zła­mała go, ryzy­ku­jąc życie, żeby rato­wać syna, i teraz wyka­zy­wała taką samą odwagę, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy ludźmi Batona.

Twarz miała ścią­gniętą gnie­wem. Tak samo wyglą­dała, kiedy się pozna­li­śmy. Wtedy jej oczy też tak pło­nęły, układ szczęki był dumny jak zawsze. Obrzu­ciła mnie prze­lot­nym spoj­rze­niem, które mówiło wszystko: "nie pogar­szaj sprawy".

Więc trzy­ma­łem gębę na kłódkę.

- Poślu­bię Corvusa - oświad­czyła Bato­nowi.

Wyba­łu­szył oczy. Język go zawiódł. Agron się ode­zwał, zanim Bato zdo­łał wyar­ty­ku­ło­wać swój gniew.

- Corvus wżeni się w moje ple­mię, wodzu. Będzie nale­żał do niego i - tu powiódł spoj­rze­niem po zgru­po­wa­niu Batona - jaka­kol­wiek napaść na niego zosta­nie uznana za atak na nas wszyst­kich.

- Sza­leń­stwo - wymam­ro­tał Bato - sza­leń­stwo...

Ocze­ki­wa­łem, że zaraz wyda roz­kaz pochwy­ce­nia mnie, ludzie wycią­gną mie­cze i będą wal­czyli, a my z pew­no­ścią zgi­niemy. Nie chcia­łem tego losu dla Miran i otwo­rzy­łem usta, żeby coś powie­dzieć.

Zamknęła mi je spoj­rze­niem, a potem wszystko się zmie­niło.

Bato zaniósł się śmie­chem.

- Ha! - zagrzmiał raz, drugi i nie­ba­wem śmiał się nie­po­wstrzy­ma­nie, jego potężną syl­wetką wstrzą­sała kon­wul­syjna weso­łość. Tylko on wie­dział, co jest w tym zabaw­nego, reszta zgro­ma­dzo­nych przy­glą­dała się w mil­cze­niu, aż wodzowi prze­szło, po czym potarł twarz masywną dło­nią. - Bogo­wie, co, Agro­nie? Jakże uwiel­biają swoje dra­maty! Jakże uwiel­biają swoje kome­die!

Chwilę wcze­śniej ręce wszyst­kich były gotowe się­gnąć po broń, a teraz wojow­nicy wymie­niali oszo­ło­mione spoj­rze­nia. Byłem rów­nie skon­fun­do­wany jak inni i sta­ra­łem się odgad­nąć, co naprawdę kryło się za tą weso­ło­ścią. Czy Bato zamie­rzał przy­stać na ten pomysł, bo wie­dział, że w prze­ciw­nym wypadku ryzy­kuje utratę czę­ści sojusz­ni­ków? W innych oko­licz­no­ściach odrzu­cił­bym tę myśl, ale przed nie­wielu dniami Rzy­mowi pod­dało się sto tysięcy panoń­skich rebe­lian­tów. Bez wąt­pie­nia w obo­zie Batona znajdą się przy­wódcy roz­wa­ża­jący obra­nie tej samej ścieżki. Przy­pusz­czal­nie w okre­sie ple­mien­nych tarć ścię­cie mi głowy nie było warte dla Batona poten­cjal­nych kosz­tów.

- Jeste­ście zarę­czeni? - zapy­tał Miran.

- Tak - odparła wyzy­wa­jąco.

To była dla mnie nowość.

- Od kiedy? - dopy­ty­wał się watażka.

- Od teraz - odpo­wie­dział za nią Agron, a z jego tonu wyni­kało jasno, że za tą decy­zją stało ich ple­mię, pod bro­nią i w goto­wo­ści.

Bato ski­nął głową Agro­nowi, a potem uśmiech­nął się do mnie. To był prze­ra­ża­jący widok. Ni­gdy w życiu nie widzia­łem lwa, ale sły­sza­łem opo­wie­ści o tych dra­pież­ni­kach o głod­nych śle­piach i dłu­gich kłach. Czu­łem, jak pożera mnie wzro­kiem.

- Jesteś już komuś poślu­biony, Rzy­mia­ni­nie?

To drań.

- Nie jestem Rzy­mia­ni­nem - odpar­łem sta­now­czo.

- Odpo­wiedz na pyta­nie - wark­nął.

Czu­łem spoj­rze­nie Miran. Nie­wy­po­wie­dziane słowa - "nie pogar­szaj sytu­acji".

Prze­łkną­łem dumę. A przy­naj­mniej jej część.

- Nie, panie - zwró­ci­łem się do niego, nasą­cza­jąc tytuł pogardą. Poczu­łem, że spoj­rze­nie Miran stało się bar­dziej palące. Pogar­sza­łem sprawę. - Nie. Nie jestem żonaty, panie.

Bato prych­nął ponow­nie.

- Zatem to będzie dla cie­bie nowe doświad­cze­nie. - Odwró­cił się do swo­ich ludzi. - Nie­wąt­pli­wie zanim rok się skoń­czy, będzie bła­gał, abym go zabił, co?

Wojow­nicy się roze­śmiali. Tym razem to Miran się spięła i trzeba było ją uspo­koić.

- Nie zaczy­naj... - usły­sza­łem cichy głos Agrona.

Na długą prze­ra­ża­jącą chwilę Bato ponow­nie zwró­cił spoj­rze­nie na mnie. Pozna­łem w życiu strach i pozna­łem zabój­ców - Bato wywo­ły­wał ten pierw­szy i był mistrzem wśród tych dru­gich.

Nie chcia­łem mieć go za wroga.

Odwró­cił się do Agrona.

- Zga­dzam się, przy­ja­cielu, ale pod jed­nym warun­kiem.

Spo­dzie­wa­li­śmy się tego.

- Corvus będzie wal­czył z Rzy­mia­nami.

- Przy­się­gam - potwier­dzi­łem szybko, ale Bato spoj­rzał na mnie z pogardą.

- Już poka­za­łeś, że twoje słowo nic nie zna­czy, dezer­te­rze.

Ogar­nął mnie żar wście­kło­ści, ale zmil­cza­łem ze względu na Miran.

- Pani - Bato uśmiech­nął się do niej - jeśli poślu­bisz Corvusa, a on zdra­dzi nas na rzecz Rzy­mian, to prze­pad­nie­cie ty i twój syn. Tylko pod takimi warun­kami przy­stanę na to mał­żeń­stwo. Zga­dzasz się?

Byłem zszo­ko­wany, ale Miran się nie zawa­hała.

- Zga­dzam się, panie.

Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć. Co robić.

Agron ode­zwał się, zanim zdo­ła­łem zaprze­pa­ścić wszyst­kie ich wysiłki nie­ostroż­nym sło­wem bądź pyszał­ko­wa­tym szy­der­stwem.

- Skoro to posta­no­wione, przy­ja­cielu - zwró­cił się do Batona - sądzę, że mamy do pomó­wie­nia z Ziwą.

Spoj­rze­nia wszyst­kich skie­ro­wały się tam, gdzie wcze­śniej stał ten wąż.

Pierw­szym, który zaklął i splu­nął, był Bato.

Ziwa znik­nął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki