Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley - Charlotte Gordon

Kup ebooka

63.90 zł
51.12 zł (49,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1.

ŚMIERĆ I NA­RO­DZINY

[1797-1801]

Była druga po­łowa sierp­nia 1801 roku. W pewne sło­neczne po­po­łu­dnie, kilka mil na pół­noc od Lon­dynu, trzy­let­nia Mary Go­dwin trzy­mała ojca za rękę, wcho­dząc na dzie­dzi­niec ko­ścioła St Pan­cras. Szli na grób matki. Mary znała to miej­sce nie go­rzej niż wła­sny dom. Wraz z oj­cem, Wil­lia­mem, przy­cho­dzili tu pra­wie co­dzien­nie. Dzie­dzi­niec nie przy­po­mi­nał wła­ści­wie cmen­ta­rza, prę­dzej pa­stwi­sko. Stare na­grobki le­żały po­przew­ra­cane, za ni­ską ba­rierką roz­cią­gały się pola.

Wil­liam Go­dwin nie uwa­żał, że jest coś dziw­nego w tym, że uczy có­reczkę li­te­rek na przy­kła­dzie na­grobka jej matki. A Mary chło­nęła wszystko, czego oj­ciec chciał ją na­uczyć. W jej oczach był kimś "więk­szym, mą­drzej­szym i lep­szym [...] niż inni"[1]. Był też wszyst­kim, co jej zo­stało.

Za­częła wo­dzić pa­lusz­kiem po li­te­rach: "Mary Wol­l­sto­ne­craft". Na­zy­wała się pra­wie tak samo: Mary Go­dwin. Jedna mar­twa, druga żywa. Rów­nie do­brze to ona mo­gła le­żeć w tym gro­bie. Pra­gnęła po­łą­czyć się z matką, Mary Wol­l­sto­ne­craft, ko­bietą, którą ko­chała, choć ni­gdy jej nie po­znała.

Mary Go­dwin uro­dziła się 30 sierp­nia 1797 roku, pod ko­niec mie­siąca, kiedy na lon­dyń­skim nie­bie wi­doczna była ko­meta. Lu­dzie w ca­łym kraju za­sta­na­wiali się, co to zna­czy. Jej ro­dzice uwa­żali, że to do­bry omen. Nie mo­gli wie­dzieć, że dzie­sięć dni póź­niej Wol­l­sto­ne­craft umrze z po­wodu go­rączki po­ło­go­wej, zo­sta­wia­jąc có­reczkę tak ma­lutką i słabą, że spo­dzie­wano się wkrótce po­cho­wać ją z matką. Jed­nak pod opieką Ma­rii Re­ve­ley, przy­ja­ciółki Wol­l­sto­ne­craft, Mary na­bie­rała sił. Kiedy miała mie­siąc, na­dal była drob­niej­sza, niż po­winna, ale po­tra­fiła już pła­kać dniami i no­cami. Jej ła­godna sio­strzyczka, trzy­let­nia Fanny, nie­ślubna córka Wol­l­sto­ne­craft, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała ją uspo­ka­jać. Nic nie mo­gło ukoić Mary.

Go­dwin po­pro­sił przy­ja­ciela Wil­liama Ni­chol­sona, który zaj­mo­wał się fi­zjo­no­miką, żeby zmie­rzył czaszkę i czę­ści twa­rzy Mary, ale pod­czas ba­da­nia dziew­czynka nie prze­sta­wała krzy­czeć. Wy­koń­czony Ni­chol­son za­no­to­wał, że "usta były cią­gle za­jęte, nie spo­sób było się im przyj­rzeć". Po­wie­dział jed­nak Go­dwi­nowi, że za­ob­ser­wo­wał ce­chy świad­czące o "do­brze roz­wi­nię­tej pa­mięci i in­te­li­gen­cji", a także "by­strym ro­zu­mie". Je­dyną po­ten­cjalną wadą mo­gła być skłon­ność do "dą­sa­nia się i nie­po­słu­szeń­stwa", po­wie­dział Ni­chol­son, ma­jąc na uwa­dze jej płacz.

Go­dwin, Fanny i Mary miesz­kali pod nu­me­rem dwu­dzie­stym dzie­wią­tym w Po­ly­gon - zbu­do­wa­nym na pla­nie pół­kola sku­pi­sku wy­so­kich bu­dyn­ków znaj­du­ją­cym się w So­mers Town, ja­kieś dwie mile na pół­noc od ka­te­dry św. Pawła.

Po­ly­gon znik­nął już dawno temu i cho­ciaż na Wer­ring­ton Street znaj­duje się ta­bliczka z in­for­ma­cją, że miesz­kali tu kie­dyś Go­dwi­no­wie, pa­trząc na po­bli­ski dwo­rzec St Pan­cras, trudno ich so­bie wy­obra­zić. W miej­scu skle­pów, ogro­dów ró­ża­nych i obór stoją szpi­tale, miesz­ka­nia ko­mu­nalne i no­wo­cze­sne bu­dynki. Na po­czątku XIX wieku były to te­reny wiej­skie. Piasz­czy­sta ścieżka pro­wa­dziła do bia­łej ob­ro­to­wej bramy. Wy­cho­dziło się przez nią na Cla­ren­don Squ­are - plac z trzy­dzie­stoma dwoma dom­kami sze­re­go­wymi, wy­bu­do­wa­nymi na przed­mie­ściach Lon­dynu w ra­mach eks­pe­ry­mentu. Dom pod nu­me­rem dwu­dzie­stym dzie­wią­tym miał duży sa­lon z mar­mu­ro­wym ko­min­kiem. To tu­taj Go­dwin przyj­mo­wał go­ści, a kiedy do­ro­śli roz­ma­wiali, Mary i Fanny mu­siały sie­dzieć ci­cho. Ko­la­cję po­da­wano w ja­dalni na pię­trze. Bal­kon z ku­tego że­laza wy­cho­dził na wrzo­so­wi­ska, Hamp­stead i Hi­gh­gate. Na naj­wyż­szym pię­trze Mary miała sy­pial­nię z oknami wy­cho­dzą­cymi na rzekę Fleet i wą­ską dróżkę, która pro­wa­dziła do grobu matki.

Domy tu­taj były prze­stronne i ele­ganc­kie, a jed­no­cze­śnie nie­dro­gie ze względu na od­le­głość od mod­nego West Endu. Dla Go­dwi­nów i wielu in­nych So­mers Town sta­no­wiło ide­alny kom­pro­mis. Współ­cze­sny agent nie­ru­cho­mo­ści opi­sałby je jako oazę spo­koju nie­da­leko cen­trum. Pe­wien czło­wiek z epoki na­zwał ta­kie za­bu­do­wa­nia "miej­scami ucieczki" z Lon­dynu. Kiedy Mary tro­chę pod­ro­sła, ra­zem z Fanny spa­ce­ro­wały po placu z pie­lę­gniarką, za­glą­da­jąc przez okna do ap­teki, do skle­pów z za­baw­kami, z tka­ni­nami i ga­lan­te­rią, do sio­dla­rza i do mo­dystki. Cza­sami wolno im było wy­brać so­bie po wstążce, wy­pić pyszny kok­tajl z bitą śmie­taną w her­ba­ciarni. Sprze­dawca muf­fi­nek, któ­rego prze­zy­wano Bur­mi­strzem Gar­rattu, cho­dził wo­kół placu z wóz­kiem i dzwo­necz­kiem. Ze­gar­mi­strzo­wie i złot­nicy gar­bili się nad swo­imi warsz­ta­tami, prze­ku­wa­jąc cenne me­tale lub oglą­da­jąc przez lupę kie­szon­kowe ze­garki. Ucie­kli z Fran­cji po wy­bu­chu re­wo­lu­cji. Je­śli miało się aku­rat szczę­ście, pod­no­sili wzrok i kła­niali się albo wo­łali przez otwarte drzwi bon­jour. Eg­zo­tyczne do­świad­cze­nie.

Go­dwin nie uzna­wał od­stępstw od ru­tyny, która w oczach dziew­czy­nek była nie­wzru­szona ni­czym ka­mień, nie­prze­rwana ni­czym cy­ka­nie ze­gara. Był fi­lo­zo­fem i po­wie­ścio­pi­sa­rzem, nie po­zwa­lał, żeby co­kol­wiek od­ry­wało go od pi­sa­nia. W domu Go­dwi­nów naj­waż­niej­sze były idee. Pra­co­wał do pierw­szej, po­tem jadł obiad i czy­tał dziew­czyn­kom.

Po­do­bały im się bajki Per­raulta i La Fon­ta­ine'a. Od święta czy­tał im ksią­żeczkę, którą Wol­l­sto­ne­craft na­pi­sała dla Fanny. Cie­pły, ga­wę­dziar­ski styl spra­wiał, że zda­wało im się, że matka jest z nimi w po­koju. "Kiedy by­łaś głodna, za­czy­na­łaś pła­kać" - pi­sała, zwra­ca­jąc się bez­po­śred­nio do Fanny. "Przez sie­dem mie­sięcy nie mia­łaś ząb­ków i mo­głaś tylko ssać. Ale kiedy tylko wy­rósł ci pierw­szy, za­czę­łaś gryźć skórkę od chleba. Po­tem po­ja­wił się na­stępny, a dzie­sięć mie­sięcy póź­niej mia­łaś już cały rzą­dek ślicz­nych, bia­łych ząb­ków, któ­rymi mnie gry­złaś. Biedna ma­mu­sia!"

Wszystko przy­po­mi­nało im o matce, od por­tre­tów w ga­bi­ne­cie ojca do ksią­żek na pół­kach. Go­dwin sta­rał się czcić pa­mięć matki swo­ich dzieci, ale nie nada­wał się na ich opie­kuna. Przez więk­szą część ży­cia był ka­wa­le­rem, oże­nił się z Mary Wol­l­sto­ne­craft w wieku czter­dzie­stu je­den lat. Wy­cho­wano go w du­chu kal­wi­ni­zmu. Po­tra­fił być nie­zno­śnie zdy­stan­so­wany, ską­pił pie­nię­dzy i czasu, dbał o to, żeby nie stra­cić ani mi­nuty prze­zna­czo­nej na pracę.

Póź­nym po­po­łu­dniem przy­cho­dzili do niego lu­dzie pra­gnący od­dać mu hołd. Wielu go­ści chciało po­znać córki Wol­l­sto­ne­craft, zwłasz­cza Mary - jako córka dwóch gi­gan­tów in­te­lek­tu­al­nych była prze­cież ska­zana na sławę. Przy­zwy­cza­iła się do tego, że kiedy wcho­dzi do po­koju, wszy­scy milkną, gło­śno wcią­ga­jąc po­wie­trze, jakby była kimś waż­nym. Po­ka­zy­wali so­bie jej rude włosy, duże, ja­sne oczy. "Wy­ka­pana matka" - mó­wili. "Mary była cu­downą ko­bietą, taką mą­drą i dzielną, ko­cha­jącą. Uta­len­to­wana, a do tego piękna. Córka pój­dzie pew­nie w jej ślady".

Brą­zo­wo­włosa Fanny z bli­znami po ospie usu­wała się wtedy w cień. Wie­działa, że jest mniej ważna niż Mary. Po ślu­bie Go­dwin za­adop­to­wał Fanny, córkę Gil­berta Im­laya, by­łego ko­chanka Wol­l­sto­ne­craft. Ko­chał dziew­czynkę, ale "wła­sną" córkę uwiel­biał. Jego zda­niem Mary była "szybka", "ładna" i "zde­cy­do­wa­nie lep­sza" od "po­wol­nej" i "gnu­śnej" Fanny. Gdyby mu to wy­tknięto, po­wie­działby, że to prawda - wszystko wska­zuje na wyż­szość ma­łej Mary. Nie bez zna­cze­nia był fakt, że tym sa­mym do­wo­dził swo­jej wyż­szo­ści nad Im­layem. Trzeba przy­znać, że Go­dwin ni­gdy nie osą­dzał Wol­l­sto­ne­craft za jej ro­mans, był jed­nak za­zdro­sny o uczu­cie, ja­kim da­rzyła Im­laya.

Nie­za­leż­nie od spo­strze­żeń Go­dwina małą Mary uwa­żano za nie­zwy­kłe dziecko. Miała de­li­katną bu­dowę, ble­dziutką, nie­mal nie­ludzką skórę, mie­dziane loki, ogromne oczy i ma­lut­kie usta. Jej przyj­ście na świat było tak dra­ma­tyczne, że smu­tek cią­gnął się za nią ni­czym tren ślub­nej sukni. Go­ście zo­sta­wali pod wra­że­niem jej in­te­li­gen­cji, która zda­wała się wręcz nad­na­tu­ralna. Geo­rge Tay­lor, je­den z wiel­bi­cieli Go­dwina, w pierw­szym roku ży­cia Mary od­wie­dził ich dwu­krot­nie. Pod­czas pierw­szej wi­zyty nie za­uwa­żył nic nie­zwy­kłego, choć za­bawa z małą spra­wiła mu przy­jem­ność. Przy­szedł po­now­nie w od­wie­dziny, kiedy Mary miała dzie­więć mie­sięcy. Zda­wało mu się, że go "roz­po­znała i wy­cią­gnęła rączki", co nim wstrzą­snęło. Ja­kim cu­dem udało jej się go za­pa­mię­tać?

Jed­nym z wiel­bi­cieli Mary był po­eta Sa­muel Tay­lor Co­le­ridge, który po raz pierw­szy od­wie­dził Po­ly­gon zimą 1799 roku. Był wtedy dwu­dzie­sto­sied­mio­lat­kiem, Mary zaś miała dwa lata. Żył sa­mot­nie, z dala od ro­dziny i w se­pa­ra­cji z żoną. Był wiel­bi­cie­lem Go­dwina i Wol­l­sto­ne­craft, którą po­dzi­wiał jesz­cze bar­dziej niż jej męża. Gdy przy­cho­dził na ko­la­cję, zo­sta­wał do późna, za­ba­wia­jąc całą ro­dzinę opo­wie­ściami, choć dziew­czynki po­winny już dawno być w łóż­kach.

Dla dziew­cząt wy­glą­dał jak żyw­cem wy­jęty z Ba­jek Babci Gą­ski. Miał do­łe­czek w bro­dzie, py­zatą twarz, roz­wi­chrzone włosy, krza­cza­ste brwi i nie­sa­mo­wi­cie czer­wone wargi. Był uro­dzo­nym ga­wę­dzia­rzem. Na­wet pe­dan­tyczny Go­dwin słu­chał go z przy­jem­no­ścią.

Co­le­ridge był za to zdu­miony tym, w ja­kiej ci­szy go słu­chano. Go­dwin na­uczył swoje córki, jak się za­cho­wy­wać w to­wa­rzy­stwie. Zda­niem Co­le­ridge'a były wręcz za grzeczne. Na­wet Mary, która była bar­dziej nie­za­leżna niż sio­stra, po­tra­fiła ca­łymi go­dzi­nami sie­dzieć ci­cho i nie­malże nie­ru­chomo w to­wa­rzy­stwie go­ści. Póź­niej mó­wiła, że cho­ciaż oj­ciec ją ko­chał, był su­rowy i wy­ma­ga­jący, rzadko oka­zy­wał uczu­cia. W jed­nym z opo­wia­dań stwo­rzyła por­tret ojca i córki oparty na jej re­la­cji z Go­dwi­nem.

[Oj­ciec] nie oka­zy­wał mi czu­ło­ści. Kiedy gła­skał mnie po gło­wie albo brał na ko­lana, od­czu­wa­łam dziwną mie­szankę nie­po­koju i za­chwytu. Ale choć to dziwne, oj­ciec ko­chał mnie mi­ło­ścią nie­malże bał­wo­chwal­czą. Wie­dzia­łam o tym i od­wza­jem­nia­łam jego uczu­cie z en­tu­zja­zmem, nie zwra­ca­jąc uwagi na jego re­zerwę i swój lęk.

Co­le­ridge uwa­żał, że Go­dwin krzyw­dzi córki swoim chło­dem. Fanny i Mary po­winny za­cho­wy­wać się jak jego wła­sny syn, trzy­letni Har­tley, który rzadko był ci­cho i ni­gdy nie sie­dział spo­koj­nie. Pę­dził ni­czym ptak, a "po­dmu­chy wia­tru trak­to­wał jako ska­kankę" - na­pi­sał Co­le­ridge. Po­cząt­kowo Go­dwin był pod wra­że­niem nie­za­leż­nego chłopca, który na­pa­wał ojca taką dumą. Po spo­tka­niu z Har­tleyem zmie­nił jed­nak zda­nie. We­dle słów Co­le­ridge'a, chło­piec "ude­rzył fi­lo­zofa w pisz­czel krę­glem tak, że Go­dwin [jak mó­wił Har­tley] pod wpły­wem bólu zro­bił [żo­nie Co­le­ridge'a] wy­kład na te­mat gwał­tow­no­ści dziecka".

Jed­no­cze­śnie Go­dwin da­rzył po­etę ta­kim sza­cun­kiem, że po­zwa­lał mu pod­jąć próbę oży­wie­nia dziew­czy­nek. Choć Co­le­ridge na­pi­sał tak po­ważne wier­sze jak Przy­gnę­bie­nie: oda i Rymy o sę­dzi­wym ma­ry­na­rzu, lu­bił żar­to­wać i dys­po­no­wał sze­ro­kim re­per­tu­arem sztu­czek. Uwiel­biał opo­wie­ści o du­chach i znał mnó­stwo wier­szy­ków. "Wy­my­ślam dow­cipy, za­gadki, słu­cham i tań­czę" - na­pi­sał w li­ście do przy­ja­ciela. Ukła­dał palce w kształt ga­lo­pu­ją­cego ko­nia albo "je­le­nia go­nio­nego przez sforę psów my­śliw­skich" - unie­śmier­tel­nił tę sztuczkę w li­ście do Word­swor­tha, w któ­rym hek­sa­me­trem po­in­stru­ował ko­legę, jak wy­ko­nać dłońmi "wpierw skok, kłus i ga­lop".

Nie­wiele osób umiało oprzeć się uro­kowi Co­le­ridge'a, a Fanny i Mary nie były wy­jąt­kami. Po­eta tak bar­dzo róż­nił się od wszyst­kich, któ­rych znały. Kiedy sia­dał w ich sa­lo­niku, wszystko mo­gło się zda­rzyć: przez ko­min mo­gła wpaść wiedźma, obok mógł prze­le­cieć duch. Kiedy roz­lał wino na dy­wan, Go­dwin za­śmiał się, a nie za­chmu­rzył, jak wtedy, kiedy to dziew­czynki ro­biły coś nie tak. Po­ecie cią­gle coś do­le­gało. A to bo­lała go głowa, a to dra­pało w gar­dle, miał za­czer­wie­nione oko albo czuł skurcz w żo­łądku. Mimo to nic nie mo­gło go po­wstrzy­mać przed spę­dza­niem czasu z cór­kami Go­dwina.

Do­brze wy­ko­rzy­stał swoją skłon­ność do in­te­re­so­wa­nia się wszyst­kim i dał dziew­czyn­kom po­czu­cie, że są za­chwy­ca­jące i mają cie­kawe po­my­sły. Za­chę­cał je do od­zy­wa­nia się i cho­ciaż Fanny opie­rała się, Mary uwiel­biała to uczu­cie wy­cho­dze­nia z cie­nia, wkra­cza­nia na scenę w domu, w któ­rym nie­po­dziel­nie rzą­dził oj­ciec. Wszyst­kich wielce za­smu­cił po­wrót Co­le­ridge'a w 1802 roku do miesz­ka­ją­cej w Kra­inie Je­zior ro­dziny. Po kilku ty­go­dniach Mary i Fanny od­na­la­zły się na po­wrót w ci­chej ru­ty­nie i bez­piecz­nym oto­cze­niu dzie­cin­nego po­koju, ale Go­dwin cier­piał. Był sa­motny i nie­spo­kojny, chciał się po­now­nie oże­nić, dzie­lić z kimś ży­cie, sy­pial­nię i cię­żar wy­cho­wa­nia dzieci. Co­le­ridge dał mu ja­sno do zro­zu­mie­nia, że córki po­trze­bują cze­goś, czego on im nie umie dać. Do­tyku matki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

Był 30 sierp­nia 1797 roku. W Lon­dy­nie wal­czyła o ży­cie nowo na­ro­dzona dziew­czynka. Była ma­lutka i słaba, nie da­wano jej wiel­kich szans. Matka pró­bo­wała uro­dzić ło­ży­sko, ale była już wy­czer­pana, we­zwano więc le­ka­rza. Prze­ciął pę­po­winę, nie my­jąc rąk. Nie wie­dział, że wpro­wa­dza do or­ga­ni­zmu ko­biety bak­te­rie wy­wo­łu­jące jedną z naj­groź­niej­szych cho­rób tam­tych cza­sów - go­rączkę po­ło­gową. Dzie­sięć dni póź­niej matka zmarła, ale ku za­sko­cze­niu wszyst­kich dziecko prze­żyło. Przez resztę ży­cia bę­dzie opła­ki­wać utratę matki, pie­lę­gno­wać jej dzie­dzic­two i ob­wi­niać się o jej śmierć.

To je­den z naj­słyn­niej­szych po­ro­dów w hi­sto­rii li­te­ra­tury. Zmarła ko­bieta to Mary Wol­l­sto­ne­craft. Pięć lat wcze­śniej wy­wo­łała zgor­sze­nie, pu­bli­ku­jąc Wo­ła­nie o prawa ko­biety - kry­tykę uprze­dzeń i za­sad, które ogra­ni­czały ko­biety w XVIII wieku. Córka to le­gen­darna Mary Shel­ley - jako dzie­więt­na­sto­latka na­pi­sała Fran­ken­ste­ina, po­wieść tak słynną, że nie trzeba jej przed­sta­wiać.

A jed­nak na­wet ci, któ­rzy znają twór­czość Mary Wol­l­sto­ne­craft i Mary Shel­ley, by­wają zdzi­wieni, od­kry­wa­jąc ich bli­skie po­kre­wień­stwo. Przed­wcze­sna śmierć Mary Wol­l­sto­ne­craft spo­wo­do­wała, że po­ko­le­nia ba­da­czy prze­oczyły jej wpływ na córkę. Ko­biety po­strze­gano jako nie­po­wią­zane ze sobą przed­sta­wi­cielki róż­nych po­glą­dów fi­lo­zo­ficz­nych i prą­dów li­te­rac­kich. Shel­ley po­ja­wia się na kar­tach epi­lo­gów do bio­gra­fii Wol­l­sto­ne­craft, a Wol­l­sto­ne­craft w przed­mo­wach do bio­gra­fii Shel­ley.

Bun­tow­niczki to pierw­sza książka w ca­ło­ści po­świę­cona im obu. Choć po­dobne stu­dium po­winno po­wstać już dawno temu, wiele za­wdzię­cza pra­com wcze­śniej­szych ba­da­czy. Bez ich wy­sił­ków nie by­łoby moż­liwe zba­da­nie wpływu Wol­l­sto­ne­craft na ży­cie i twór­czość Shel­ley, a także ob­se­sji Shel­ley na punk­cie matki.

Może to nie­ty­powe stwier­dze­nie. Jak matka, która zmarła dzie­sięć dni po uro­dze­niu córki, mo­gła mieć na nią wpływ? A jed­nak miała. I to ogromny. Jej ra­dy­ka­lizm ukształ­to­wał przy­szłą Mary Shel­ley, wznie­cił w niej de­ter­mi­na­cję do by­cia kimś, do stwo­rze­nia wła­snego ar­cy­dzieła. Przez całe ży­cie Shel­ley czy­tała książki matki, znała całe frag­menty na pa­mięć. Na ścia­nie domu, w któ­rym spę­dziła dzie­ciń­stwo, wi­siał ogromny por­tret Wol­l­sto­ne­craft. Dziew­czynka wpa­try­wała się w niego go­dzi­nami, po­rów­nu­jąc się do matki w na­dziei, że znaj­dzie ja­kieś po­do­bień­stwo. We­dług ojca Mary Shel­ley i jego przy­ja­ciół Wol­l­sto­ne­craft była ucie­le­śnie­niem cnót i mi­ło­ści. Chwa­lili jej ge­niusz, od­wagę, in­te­li­gen­cję i ory­gi­nal­ność.

Za­nu­rzona w ide­ach gło­szo­nych przez matkę i wy­cho­wana przez ojca, który ni­gdy nie po­ra­dził so­bie ze stratą żony, Mary Shel­ley pra­gnęła żyć we­dług wska­zań Wol­l­sto­ne­craft, zre­ali­zo­wać jej am­bi­cje i wy­do­być ją z mro­ków hi­sto­rii. Chciała być taka jak ona albo przy­naj­mniej stać się ide­alną córką. Po wie­lo­kroć wy­my­ślała so­bie prze­szłość i prze­kształ­cała przy­szłość, pró­bu­jąc do­ko­nać nie­moż­li­wego - wskrze­sić zmarłą. Żyła w in­nych cza­sach, ale wciąż pa­trzyła za sie­bie, na to, czego nie mo­gła od­zy­skać, usi­łu­jąc od­two­rzyć to, co mi­nęło.

Je­śli cho­dzi o Mary Wol­l­sto­ne­craft, choć spę­dziła z córką tylko dzie­sięć dni, sama idea po­sia­da­nia dzieci wy­warła na nią głę­boki wpływ. Znaczną część swo­jej pracy wy­ko­ny­wała z my­ślą o ko­lej­nym po­ko­le­niu, ma­rząc o in­nym ży­ciu dla niego i za­sta­na­wia­jąc się nad tym, jak spra­wić, by odzie­dzi­czyło spra­wie­dliw­szy świat. Naj­wcze­śniej­sze tek­sty Wol­l­sto­ne­craft, na­pi­sane przed słyn­nym Wo­ła­niem, były pod­ręcz­ni­kami do wy­cho­wa­nia dzieci. Pi­sała o tym, jak i czego je uczyć, sku­piała się na dziew­czyn­kach. Ska­zana na po­tę­pie­nie przez współ­cze­snych, zwra­cała się do tych, któ­rzy przyjdą po niej. In­spi­ro­wała ją myśl o lu­dziach, któ­rzy będą czy­tać jej książki, kiedy jej już nie bę­dzie. Nie po­my­ślała, że jedną z naj­waż­niej­szych czy­tel­ni­czek okaże się córka, którą opu­ściła.

Hi­sto­rie Wol­l­sto­ne­craft i Shel­ley prze­pla­tają się w Bun­tow­nicz­kach. Czy­tel­nicy usły­szą echo Wol­l­sto­ne­craft w li­stach, dzien­ni­kach i po­wie­ściach Shel­ley, a także prze­ko­nają się, jak czę­sto Wol­l­sto­ne­craft pi­sała z my­ślą o przy­szło­ści, o córce, którą pla­no­wała wy­cho­wać. Ist­nieje wiele wy­czer­pu­ją­cych bio­gra­fii obu ko­biet, ich au­to­rami są naj­wy­bit­niejsi li­te­ra­tu­ro­znawcy. Bun­tow­niczki rzu­cają jed­nak nowe świa­tło za­równo na Wol­l­sto­ne­craft, jak i na Shel­ley, kon­cen­tru­jąc się na tym, jak ich ży­cia się prze­ci­nały. A prze­ci­nały się na­der czę­sto.

Za­równo matka, jak i córka pró­bo­wały wy­zwo­lić się z że­la­znego uści­sku wyż­szych sfer. Obie z tru­dem sta­rały się po­go­dzić pra­gnie­nie mi­ło­ści i by­cia z kimś z po­trzebą nie­za­leż­no­ści. Zmie­rzyły się z kry­tyką po opu­bli­ko­wa­niu prac, w któ­rych po­ru­szały draż­liwe te­maty. Były od­waż­nymi i peł­nymi pa­sji wi­zjo­ner­kami, nie­wiele było za­sad, któ­rych nie zła­mały. Obie miały dzieci z męż­czy­znami, któ­rzy nie byli ich mę­żami. Obie wal­czyły o spra­wie­dliwe trak­to­wa­nie ko­biet i obie na­pi­sały książki, które zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały hi­sto­rię.

Ich osią­gnię­cia są tym bar­dziej nie­zwy­kłe, że przy­szło im żyć w epoce, w któ­rej uwa­żano ko­biety za nie­zdolne do de­cy­do­wa­nia o so­bie. Cho­ciaż były to burz­liwe czasy - za ży­cia Wol­l­sto­ne­craft Stany Zjed­no­czone wy­wal­czyły nie­pod­le­głość, a we Fran­cji wy­bu­chła re­wo­lu­cja; Shel­ley zaś do­ra­stała w szczy­to­wym okre­sie ro­man­ty­zmu - więk­szość im współ­cze­snych uwa­żała kon­cep­cję praw ko­biet za coś rów­nie ab­sur­dal­nego jak prawa szym­pan­sów. Prawdę mó­wiąc, szym­pansy (i inne zwie­rzęta) zy­skały ochronę prawną w 1824 roku, dwa­dzie­ścia lat przed uchwa­le­niem pierw­szej ustawy, która ogra­ni­czała, choć tylko w pew­nym stop­niu, prze­moc wzglę­dem ko­biet. Eks­perci gło­sili, że ko­biety to istoty słabe i ir­ra­cjo­nalne. Dziew­częta uczono po­słu­szeń­stwa wo­bec braci, oj­ców i mę­żów. Żony nie miały prawa do wła­snego mie­nia. Tylko w szcze­gól­nych przy­pad­kach mo­gły wy­stę­po­wać o roz­wód. Dzieci były wła­sno­ścią ojca. Bi­cie żony było le­galne, co wię­cej, za­chę­cano męż­czyzn do trzy­ma­nia ko­biet w ry­zach i ka­ra­nia ich za nie­po­słu­szeń­stwo. Je­śli któ­ryś tego za­nie­dbał, uwa­żano go za pan­to­fla­rza i po­da­wano w wąt­pli­wość jego mę­skość. Ko­biety, które pró­bo­wały uciec od okrut­nego, agre­syw­nego męża, sta­wały się wy­rzut­kami, a mąż miał prawo je wię­zić.

Nic więc dziw­nego, że kry­tycy szy­dzili z prac Wol­l­sto­ne­craft i Shel­ley. Pi­sarki wy­śmie­wano i wy­zy­wano od dzi­wek. Zo­stały od­rzu­cone na­wet przez wła­sne ro­dziny. Dla wro­gów były ni­czym pio­runy: nisz­czy­ciel­skie i nie­prze­wi­dy­walne. Wśród ca­łej tej wro­go­ści nie­zmien­nie za­cho­wy­wały od­wagę. Ich hi­sto­rie są źró­dłem praw­dzi­wej in­spi­ra­cji. Prze­trwały biedę, nie­na­wiść, sa­mot­ność i wy­gna­nie, a także wiele co­dzien­nych znie­wag: plo­tek, po­mó­wień, mil­cze­nia i od­wra­ca­nia się ple­cami, żeby na­pi­sać te słowa, któ­rych pi­sać nie po­winny, i żyć ży­ciem, któ­rego im od­ma­wiano. Wy­trwały, ma­rząc o cza­sach, które na­dejdą, kiedy ich już nie bę­dzie. O cza­sach, w któ­rych czy­tel­nicy zgo­dzą się z ich po­glą­dami: że ko­biety i męż­czyźni są równi, że wszy­scy lu­dzie za­słu­gują na te same prawa, że myśl i zdol­ność ko­cha­nia mogą zmie­nić świat, że wro­gami szczę­ścia są nie­wie­dza, bieda, okru­cień­stwo i ty­ra­nia i że każdy czło­wiek ma prawo do spra­wie­dli­wego trak­to­wa­nia i wol­no­ści. Przede wszyst­kim do wol­no­ści. Wol­ność miała dla nich obu szcze­gólne zna­cze­nie, otwie­rała wrota zmian.