DWA
Nie wiem, jak długo strzelaliśmy.
Na tyle długo, że plecy miałam mokre od potu. Na tyle długo, żeby Mistrz Dahmad wyżłopał trzy butelki whisky pomiędzy kolejnymi rundami. I na tyle długo, żeby zawodnicy jeden po drugim wypadali z gry. Ale ja wciąż miałam broń.
Cel był po drugiej stronie pomieszczenia, butelki przesuwały się po wolno obracającej się desce, którą przesuwało jedno z dzieci, kręcąc korbą. Sześć razy nacisnęłam spust. Nie słyszałam ani roztrzaskującego się szkła, ani wiwatującego tłumu.
Czyjaś ręka opadła na moje ramię.
- Twoi przeciwnicy dziś wieczorem! - Hasan krzyczał koło mojego ucha. - Nasz mistrz, Dahmad! - Mężczyzna oderwał się od picia i podniósł obie ręce do góry. - Powracający pretendent, Wąż ze Wschodu. - Obcy zignorował prześmiewców i buczących, uniósł kącik ust do góry i nawet nie podniósł głowy. - Oraz nowy, który pojawił się tego pięknego wieczoru. - Poderwał do góry moją rękę, a tłum szalał, wrzeszczał i tupał nogami, aż trzęsła się podłoga. - Niebieskooki Bandyta.
W jednej chwili to przezwisko zabiło moją radość. Panicznie lustrowałam wzrokiem strzelnicę, żeby namierzyć Fazima. Nieważne, czy zdołam udawać, że jestem chłopakiem, oczu nie dam rady schować. Wszystko inne mam tak ciemne jak każda dziewczyna z pustyni, ale wyróżniają mnie jasne oczy. Chociaż Fazim był głupkiem, może być na tyle rozgarnięty, żeby dodać dwa do dwóch. Wyszczerzyłam się jednak pod szimą i przeczekałam wiwaty na swoją cześć. Hasan opuścił moją rękę.
- Dziesięć minut na ostatnie zakłady. Zaraz przechodzimy do rozstrzygającej rundy.
Ludzie rzucili się obstawiać. Nie mając nic innego do roboty, zapadłam się w piasku w pustym kącie strzelnicy i oparłam się o barierki. Nogi wciąż jeszcze drżały mi z nerwów, koszula lepiła się do brzucha, twarz miałam zarumienioną pod tkaniną szimy.
Ale wygrywałam.
Zamknęłam oczy. Może naprawdę uda mi się wyjechać ze sporą sumką.
Szybko obliczałam w głowie. Nagroda wynosiła ponad tysiąc fouza. Musiałabym oszczędzać do śmierci, żeby odłożyć tysiąc fouza. Zwłaszcza że kilka tygodni wcześniej zawaliły się kopalnie w Sazi. Wypadek. Źle założone ładunki wybuchowe. Taka była oficjalna wersja. Takie rzeczy zdarzały się już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. Słyszałam jednak, że to mógł być sabotaż. Ktoś podłożył bombę. A jeszcze inni twierdzili, że to było Pierwsze Stworzenie. Dżin ukarał Sazi za grzechy.
Nieważne, co tam się stało; gdy w kopalniach nie wydobywano metalu, nie produkowano broni, co oznaczało, że nie było pieniędzy. Ostatnio wszyscy zaciskali pasa. A ja nawet nie miałam za co kupić pasa.
Ale mając tysiąc fouza, mogłabym pozwolić sobie na o wiele więcej. Wyrwać się z tej zabitej dechami pustynnej okolicy, która żywiła się dymem z fabryk. Mogłabym uciec do samego Izmanu. Jedyne, co musiałabym zrobić, to dostać się do Juniper City z następną karawaną. A stamtąd do Izmanu jeżdżą pociągi.
Izman.
Nie umiałam myśleć o tym mieście, nie słysząc jego nazwy wypowiadanej szeptem przez moją matkę, jakby to była modlitwa. Obietnica większa niż cały świat. Lepsze życie. Takie, które nie kończy się krótkim skokiem w dół i nagłym szarpnięciem.
- Zatem Niebieskooki Bandyta. - Otworzyłam oczy, gdy obok mnie usiadł obcokrajowiec, opierając łokcie o kolana. Mówił, nie patrząc na mnie. - Przynajmniej lepsze to niż Wąż ze Wschodu. - Trzymał bukłak z wodą. Do tej chwili nie czułam, jaka byłam spragniona, śledziłam wzrokiem, jak pociągnął długi łyk. - A mimo wszystko jest w tym pewna nieuczciwość. - Zerknął na mnie kątem oka. W jego słowach dało się wyczuć podstęp, nawet najbardziej łatwowierny dureń nie dałby się nabrać. - Masz jakieś prawdziwe imię?
- Pewnie. Możesz mówić na mnie Oman, jeśli musisz mnie jakoś nazywać. - Chyba trochę zdradziły mnie oczy, ale zdradziłabym się bardziej, gdybym podała mu swoje prawdziwe imię i nazwisko. Amani Al'Hiza.
Obcy żachnął się.
- Zabawne, ja też mam na imię Oman.
- Zabawne - zgodziłam się bez entuzjazmu, aczkolwiek uśmiechnęłam się pod nosem. Domyślałam się, że połowa mężczyzn urodzonych w Miraji nosiła imię Oman, na cześć naszego Sułtana. Nie mam pojęcia, czy ich rodzice sądzili, że dzięki temu zyskają przychylność naszego władcy - nie żeby kiedykolwiek mieli okazję się do niego zbliżyć - czy może sądzili, że Bóg przez przypadek obdarzy ich łaską. Ale tak naprawdę wiedziałam, że nieznajomy nie ma na imię Oman, tak samo jak ja. Wszystko, co się z nim wiązało, było obce, od jego oczu po rysy twarzy oraz sposób, w jaki nosił ubranie, jakby nie chciało się trzymać blisko jego skóry. Nawet mówił z akcentem, chociaż jego mirjański był lepszy niż u większości ludzi.
- A tak w ogóle, to skąd pochodzisz? - zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Ilekroć otwierałam usta, mogłam zostać przyłapana na tym, że jestem dziewczyną. Nie mogłam się jednak opanować.
Nieznajomy upił łyk wody.
- Z żadnego konkretnego miejsca. A ty?
- Z nieciekawego miejsca. - Też umiałam grać w tę grę.
-- Spragniony? - Podał mi bukłak. Jego zainteresowanie było zbyt duże. Umierałam z pragnienia, ale nie chciałam podnosić szimy, nawet odrobinę. Poza tym to była pustynia. Można się było przyzwyczaić do pragnienia.
- Przeżyję - powiedziałam, próbując zwilżyć językiem suche usta.
- Jak chcesz. - Pociągnął długi łyk. Zazdrośnie przyglądałam się, jak porusza się jego gardło. - Nasz przyjaciel na pewno jest. Spragniony.
Wzrokiem pokazał mi Dahmada. Był czerwony na twarzy i opróżniał kolejną butelkę.
-- Lepiej dla ciebie. - Wzruszyłam ramionami. - I tak zamierzam pokonać was obu. Przynajmniej masz szansę na drugie miejsce.
Nieznajomy wybuchnął śmiechem. Czułam się głupio zadowolona z siebie, że udało mi się sprowokować go do śmiechu. Jeden z mężczyzn przepychających się do zbierających zakłady spojrzał na nas i zmarszczył brwi. Jakbyśmy coś knuli.
- Podobasz mi się, dzieciaku - powiedział przybysz. - I masz talent, więc pozwól, że udzielę ci rady. Wycofaj się.
- Naprawdę sądzisz, że z niej skorzystam? - Spróbowałam udawać chojraka, wyprostowałam się.
- Widzisz tam naszego przyjaciela? - Skinął w stronę Dahmada. - Jest zawodnikiem stąd. Hasan się bogaci, gdy Dahmad wygrywa. Nie lubią, gdy obcy go pokonują.
- Skąd tyle o tym wiesz? Nie pochodzisz z tych stron.
Przybysz pochylił się konspiracyjnie w moją stronę.
- Ponieważ pokonałem go w zeszłym tygodniu. - Przyglądaliśmy się, jak Dahmad chwieje się na nogach i dla złapania równowagi opiera się o ścianę.
- Chyba nie było trudno.
- To nie. Ale ci dwaj faceci, których nasłał Hasan, żeby napadli na mnie w alejce i zabrali pieniądze, stanowili większe wyzwanie. - Otworzył i zacisnął dłoń, zobaczyłam gojące się siniaki na jego kostkach. Przyłapał mnie na tym, że patrzę. - Nie martw się. - Puścił do mnie oko. - Powinieneś zobaczyć tych drugich.
Starłam z twarzy to, co mógł z niej wyczytać, skoro pomyślał, że się martwię.
- I oto wróciłeś, żeby dać im drugą szansę.
Skierował na mnie całą swoją uwagę, przestał żartować.
- Ile ty masz lat? Trzynaście? - Szesnaście, prawie siedemnaście, jako dziewczyna, ale jako chłopak wyglądałam młodziej. - Ktoś, kto potrafi strzelać jak ty, może daleko zajść za parę lat, o ile nie zostanie zabity dziś wieczorem. To żaden wstyd się wycofać. Wszyscy wiemy, że potrafisz strzelać. Nie musisz ryzykować życia, żeby to udowodnić.
Popatrzyłam na niego.
- Dlaczego ty wróciłeś, skoro to takie niebezpieczne?
- Ponieważ potrzebuję pieniędzy. - Napił się jeszcze z bukłaka, zanim dźwignął się na nogi. - I zawsze wychodzę cało z kłopotów. - Wtedy coś mnie tknęło. Wiedziałam, jak to jest, gdy człowiek jest zdesperowany. Wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. Nie chwyciłam jej.
- Na pewno nie potrzebujesz pieniędzy bardziej niż ja - powiedziałam cicho. I przez chwilę poczułam, że się rozumiemy. Byliśmy po tej samej stronie. Ale i tak występowaliśmy przeciwko sobie.
Przybysz opuścił dłoń.
- Jak chcesz, Bandyto. - Odszedł. Siedziałam jeszcze przez chwilę, przekonując się, że po prostu próbował mnie zniechęcić i namówić do wycofania się. Wiedziałam, że oboje możemy pokonać Dahmada. Ale obcy dobrze strzelał.
Ja byłam lepsza. Musiałam być lepsza.
Przyjmujący zakłady odprawiali już ostatnich klientów, gdy finałowa trójka podeszła do linii. Tym razem bosonoga dziewczynka przybiegła z tylko jedną kulą. W drugiej rączce trzymała pasek czarnego materiału.
- Runda finałowa! - zawołał Hasan. - Blef ślepca.
Sięgnęłam po opaskę na oczy, lecz wtedy usłyszałam strzał.
Uchyliłam się, lecz po chwili uświadomiłam sobie, że dźwięk dochodzi z zewnątrz. Ktoś krzyczał. Połowa naszej widowni zerwała się na nogi i wyciągała szyje, żeby zobaczyć, na czym polega ta nowa rozrywka. Nic nie widziałam, ale wyraźnie słyszałam krzyk.
- W imię Księcia Ahmeda Buntownika! Nowy świt, nowa pustynia!
Miałam gęsią skórkę.
- Cholera. - Przybysz potarł szczękę zaciśniętą pięścią. - To nie było mądre.
Nowy świt. Nowa pustynia. Każdy słyszał okrzyk bojowy Księcia Buntownika, choć tylko podawany szeptem. Trzeba być idiotą, żeby wykrzykiwać swoje poparcie dla awanturniczego syna Sułtana. W Ostatnim Okręgu było zbyt wielu ludzi o tradycyjnych poglądach i zbyt wiele nowej broni, żeby zwracać się przeciwko Sułtanowi.
Z tłumu zaczęły dochodzić urywki zdań: "Książę Buntownik kilka tygodni temu został zabity w Simar". "Słyszałem, że ukrywa się w jaskiniach Derva razem ze swoją demoniczną siostrą". "...powinno się go od razu powiesić". "My tu sobie gadamy, a on ruszył na Izman!".
Sama słyszałam niektóre z tych opowieści. I jeszcze pół tuzina innych. Od dnia prób Sultima, gdy pojawił się książę Ahmed, który zniknął piętnaście lat wcześniej, żeby teraz stanąć do walki o tron, historie o nim czasem brzmiały rozsądnie, innym razem ocierały się o mit. Mówiono, że odniósł zwycięstwo w próbach Sultima i że Sułtan próbował go zabić, zamiast okrzyknąć go swoim następcą. Mówiono, że oszukiwał i posługiwał się magią oraz że przegrał. W każdej wersji powtarzało się tylko to, że po tym jak nie udało mu się odzyskać tronu, zniknął gdzieś na pustyni i wszczął rebelię, żeby odbić kraj.
Nowy świt. Nowa pustynia.
Gdzieś we mnie rozżarzyła się iskra ekscytacji. Większość znanych mi opowieści dotyczyła historii, które wydarzyły się dawno temu ludziom, którzy już nie żyli. Opowieść o Księciu Buntowniku odnosiła się do naszych czasów. Nawet jeśli ich bohater miał wkrótce zostać zabity.
Zamieszanie na zewnątrz trwało krótko, a potem głupek stojący przy drzwiach wciągnął do środka jakiegoś chłopaka, którego trzymał za kołnierz. Był chyba w takim wieku, jaki przypisywano mnie w moim przebraniu. Wśród zalanego tłumu rozległo się buczenie.
- No, no! - Hasan próbował przekrzyczeć harmider i odzyskać uwagę zgromadzonych. Chłopak z trudem utrzymywał się na nogach, z twarzy skapywała mu krew. Wyglądał, jakby dostał kilka potężnych ciosów w twarz, lecz chyba nie przytrafiło mu się nic gorszego. Nie miał ran postrzałowych czy ciętych. - Chyba mamy ochotnika!
Głupiec przywlókł chłopaka i popchnął go w stronę tarczy. Postawił na jego głowie butelkę. Poczułam, że moje serce zmienia się w głaz i spada do żołądka.
- No to mamy nową zabawę! Blef zdrajcy - zapiał Hasan, szeroko rozstawiając ręce. Tłum odpowiedział rykiem.
Mogłam oddać strzał, nie raniąc dzieciaka. Przybysz też mógł to zrobić. Ale mistrz zataczał się i pił następną kolejkę. Nie byłam pewna, czy uda mu się trafić w ziemię, gdy upadnie, a co dopiero we wskazany cel.
Chłopak zakołysał się i butelka spadła na piasek. Tłum szydził. Dzieciak wyglądał tak, jakby miał się rozpłakać. Jakiś osiłek szarpał go za ramię, dopóki ten nie stanął prosto, po czym z powrotem postawił mu butelkę na głowie.
- Chłopak jest zbyt osłabiony, żeby stać prosto, a co dopiero utrzymać butelkę. - Dotarły do mnie słowa przybysza. Zwracał się do Hasana. - Nie da się zestrzelić celu, który nie stoi w jednym miejscu.
- To nie strzelaj. - Hasan machnął ręką. - Jeśli ty i Bandyta jesteście tchórzami, możecie sobie iść. Niech wygra mój człowiek. - Właśnie na to liczył Hasan. Myślał, że ja i przybysz podwiniemy ogony i pozwolimy Dahmadowi wygrać. Żeby ocalić chłopaka.
Jakiegoś dzieciaka młodszego ode mnie, który miał już na rękach blizny od pracy w fabryce.
Nie.
Albo ja, albo on.
Chłopak i tak nie przeżyje zbyt długo na pustyni, wykrzykując rewolucyjne hasła. Nie wtedy, gdy połowa Ostatniego Okręgu chciałaby rozszarpać go na kawałki za zdradę. Czy to coś zmieni, jeśli ja oddam strzał, a zabije go ktoś inny? Jeśli umrze, to nie będzie moja wina.
- Albo strzel mu w głowę, a my uznamy, że było blisko - zażartował Hasan. Napięłam mięśnie. - Mnie tam wszystko jedno. - Oczywiście, że tak. Liczył na to, że się wycofamy. Oboje o tym wiedzieliśmy.
- Nie sądzisz, że to będzie trochę podejrzane, jeśli obaj się wycofamy i pozwolimy wygrać twojemu człowiekowi? - zapytałam, nie dopuszczając przybysza do głosu.
Hasan przesuwał nabój pomiędzy palcami.
- Sądzę, że moje kieszenie będą wypełnione złotem, a wasze nie.
- No jasne. - Wysunęłam rękę przed siebie, nie odrywając oczu od żałosnego młodego buntownika stojącego plecami do celu. Nie zasłużył na to, by zostać ofiarą pustyni, podobnie jak ja. - A ty będziesz miał więcej kłopotów niż złota, jeśli twoi klienci uznają, że zostali oszukani. - Hasanowi zrzędła mina. Nie pomyślał o tym. Popatrzyłam na tłum, starając się zachować znudzony wyraz twarzy, jakby mi na tym wszystkim nie zależało. Jakbym próbowała z nim pogrywać tak, jak on z nami. - Masz tu całą salę pijaków, którzy postawili na to ciężko zarobione pieniądze. A ostatnio nie za dobrze im się powodzi, bo z Sazi nie dociera surowiec. Zauważyłam, że przez to ludzie są bardziej nerwowi. Ty pewnie też to odczułeś?
Nie musiałam sprawdzać, czy Hasan patrzy tam, gdzie ja; nawet ślepiec zauważyłby tłum spłukanych robotników z fabryki i niedożywionych chłopców i mężczyzn, których aż świerzbiły ręce skore do bójki. Służący za cel dzieciak z rozciętymi ustami również był jednym z tych niespokojnych. On jednak upił się rebelią księcia, a nie tanim alkoholem. Cholera, znałam to uczucie. Liczyłam na to, że poniesie mnie aż do Izmanu.
- Życie pod naszym słońcem nieszczególnie pomaga mężczyznom w utrzymaniu chłodnej głowy. Zwłaszcza wtedy, gdy Wąż ze Wschodu i Niebieskooki Bandyta mieli zacząć strzelać. - Popatrzyłam na Hasana kątem oka, modląc się, żeby nie kazał mnie zastrzelić. - Powiem ci coś. Mogę ci pomóc wyjść z tej sytuacji.
- Teraz? A niby co chcesz zrobić? - zakpił Hasan, ale nadal mnie słuchał.
- Teraz. Poświęcę się i stanę na miejscu tego dzieciaka. Za tysiąc fouza.
Obcokrajowiec naskoczył na mnie, mówiąc coś w języku, którego nie znałam, ale brzmiało to jak przekleństwa.
- Oszalałeś, dzieciaku?! - Znowu mówił w języku Mirajin. - Chcesz się dać zabić zamiast niego?
- Jeśli będę miał szczęście, nie trafi we mnie. - Czułam, jak przy każdym płytkim oddechu moja klatka piersiowa wznosi się i opada. Chłopak chwiał się w przód i w tył na piasku, który, byłam pewna, pełny był odłamków szkła. Był boso, ale nie marudził.
- Strzelamy czy jak? - wrzasnął Dahmad i rzucił pustą butelką w chłopaka. Minęła go o stopę.
Nadal patrzyłam na Hasana; jeszcze nie dobiliśmy targu.
- Jak mi się nie uda, nie będziesz musiał mi nic płacić, a twoi goście będą mieli krwawy pokaz.
Usta Hasana uformowały się we wredny uśmiech.
- I każdy pójdzie do domu zadowolony - dodałam.
- Oprócz martwego Bandyty - powiedział obcy, na tyle cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć. - Specjalnie przegramy - powiedział głośniej. Nie spuszczał ze mnie wzroku, chociaż wiedziałam, że mówi do Hasana. Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale spojrzał na mnie tak, że zrezygnowałam. Byliśmy po tej samej stronie. - Jeśli Niebieskooki Bandyta jest tak zdeterminowany, żeby stanąć jako cel, ja będę strzelał pierwszy. Nie trafię w butelkę ani w jego głowę. Potem pozwolisz strzelać Bandycie. A ja będę jego celem. On również spudłuje. - Mimowolnie napięłam mięśnie rąk, wiedząc, że nie jestem w stanie pogodzić się z niecelnym strzałem. Ale on mi ufał. Wobec tego lekko skinęłam głową. - Twój mistrz wygra, nie oddając strzału. Wyjdziemy stąd niepodziurawieni kulami.
- I z pieniędzmi - wtrąciłam, zanim obcy doprowadził do sytuacji, że odejdziemy z honorem i biedni. - Odejdziemy z tysiącem przeznaczonym dla zwycięzcy i jeszcze jednym. Oboje.
- Dam wam po stówie - powiedział Hasan.
- Po osiem - odparłam.
- Po pięć. I możecie być wdzięczni za to, że nie poślę za wami nikogo, żeby połamał wam palce i przyniósł z powrotem moje pieniądze.
- Umowa stoi. - Pięćset to nie tysiąc, ale i tak lepiej niż nic. Z tą sumą też będę mogła dotrzeć do Izmanu.
Tłum zaczął się niecierpliwić.
- Będziecie w końcu strzelać, wy przebrzydłe tchórze?! - wrzasnął ktoś z publiczności. - Dzieciak zaraz poszcza się ze strachu!
Hasan odsunął się od nas.
- Panowie! Kto chciałby patrzeć na śmierć tego zbuntowanego łobuza? I tak jest za niski. - Hasan zdjął butelkę z głowy chłopaka. - Zmywaj się stąd! - Dzieciak popatrzył na niego jak na kata, który właśnie przeciął pętlę. Uciekaj - dopingowałam go w myślach. Wreszcie ruszył.
Ucisk w mojej piersi zmalał, chociaż dało się słyszeć pomruk niezadowolenia wśród zebranych. Hasan uciszył ich podniesioną dłonią.
- A nie wolelibyście popatrzeć, jak ci trzej mężczyźni, którzy mają wobec siebie rachunki do wyrównania, biorą na muszki siebie nawzajem? - Ryk publiczności był ogłuszający, tupanie tak silne, że budynek trząsł się w posadach. - Wystąp, Bandyto!