Bujda na resorach - Massimo Pigliucci

Kup ebooka

84.00 zł
67.20 zł (52,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

Nauka przeciw pseudonauce a "problem demarkacji"

"Fundamentem moralności jest [...] skończyć z udawaniem, że wierzy się w to, dla czego nie ma dowodu, oraz z powtarzaniem niezrozumiałych twierdzeń o tym, co przekracza możliwości wiedzy". Tak pisał Thomas Henry Huxley, który twierdził - kontynuując tradycję takich pisarzy i filozofów, jak David Hume i Thomas Paine - że mamy moralny obowiązek odróżniania sensu od nonsensu. Właśnie dlatego napisałem tę książkę. Akceptowanie pseudonaukowych nieprawd bądź odrzucanie prawd naukowych niesie konsekwencje dla nas wszystkich - psychologiczne, finansowe oraz te związane z jakością naszego życia. Istotnie, jak się przekonamy, pseudonauka może dosłownie zabijać ludzi.

Niewypowiedzianym założeniem Huxleya jest to, że potrafimy odróżnić sens od nonsensu, a w szczególnym przypadku - który nas w tej książce interesuje - rzetelną naukę od pseudonauki. Okazuje się jednak, że nie jest to łatwe zadanie. Takie odróżnienie wymaga zrozumienia natury i granic nauki, błędów logicznych, psychologii przekonań, a nawet polityki i socjologii. Właśnie poszukiwanie owego zrozumienia jest istotą tej książki. Podróż ta nie powinna jednak skończyć się z chwilą, gdy przeczytamy ostatnią stronę. Mam nadzieję, że czytelnicy wykorzystają następne rozdziały jako odskocznię do kolejnych lektur i dyskusji oraz że wyrobią sobie nawyk zadawania pytań przy zachowaniu otwartości umysłu, a także nawyk nieustannego domagania się dowodów dla każdego twierdzenia, które podaje jakikolwiek samozwańczy autorytet - oczywiście włącznie ze mną.

Punktem wyjścia naszych poszukiwań jest to, co Karl Popper, filozof nauki żyjący w pierwszej połowie XX wieku, określił słynnym mianem "problemu demarkacji". Chciał on odkryć różnicę między nauką a nienauką, która obejmowała też pseudonaukę, lecz bynajmniej się do niej nie ograniczała. Dążył do nazwania istoty tego, czym jest uprawianie nauki, przeciwstawiając je działalności, która pod to określenie nie podpada. Popper słusznie sądził, że wszystkim członkom społeczeństwa - a więc nie tylko naukowcom czy filozofom - potrzebne jest zrozumienie tego rozróżnienia i docenienie go, ponieważ nauka jest zbyt potężna i zbyt ważna, pseudonauka zaś zbyt powszechna i zbyt szkodliwa, by otwarte społeczeństwo mogło w tej materii pozwolić sobie na ignorancję.

Ja sam, podobnie jak Popper, sądzę, że pewien stopień zrozumienia tego zagadnienia możemy osiągnąć, rozważając różnice między dziedzinami w sposób oczywisty naukowymi a tymi, których naukowość tak oczywista nie jest. Wszyscy znamy doskonałe przykłady nauki, takie jak fizyka czy chemia; Popper wskazał zaś wzorcowe przykłady pseudonauki, z którymi można je porównać. Dwa spośród nich, które szczegółowo przeanalizował, to marksistowskie teorie dziejów i Freudowska psychoanaliza. Te pierwsze opierają się na poglądzie, że kluczem do zrozumienia dziejów jest trwająca nieustannie gospodarcza walka klas, a drugi jest nabudowany na twierdzeniu, że u dorosłych ludzi podświadome popędy seksualne prowadzą do powstania syndromów psychologicznych.

Problem, zdaniem Poppera, tkwi w tym, że te dwa poglądy, paradoksalnie, nieco zbyt dobrze wyjaśniają sprawę. Próbuj do woli - nie ma takiego historycznego zdarzenia, którego nie dałoby się ująć jako rezultatu gospodarczej walki klas, i nie ma takiej obserwacji psychologicznej, której nie dałoby się zinterpretować jako spowodowanej podświadomą obsesją danej osoby na temat seksu. Innymi słowy, te dwie teorie są zbyt szerokie, zbyt elastyczne w stosunku do obserwacji, aby mogły przekazać nam coś interesującego. Jeśli teoria stara się wyjaśnić wszystko, wówczas prawdopodobnie niczego nie wyjaśni dostatecznie. Popper twierdził, że teorie takie jak freudyzm i marksizm są nienaukowe, ponieważ są "niefalsyfikowalne". Teoria, która jest falsyfikowalna, może okazać się błędna wobec jakichś możliwych do wyobrażenia obserwacji czy eksperymentu. Gdybym twierdził na przykład, że dorosłe psy są czworonożnymi zwierzętami, można byłoby sprawdzić moją teorię poprzez obserwowanie psów i odnotowywanie, czy są czworonogami czy dwunogami. Tę sprawę empirycznie rozstrzygną obserwacje. Moje twierdzenie jest prawdziwe albo fałszywe, ale bez względu na to jest - według Poppera - naukowe, gdyż potencjalne obserwacje mogą wykazać jego fałszywość albo, wręcz przeciwnie, prawdziwość.

Wbrew intuicji Popper uważał, że teorii naukowych nigdy nie można konkluzywnie dowieść, ponieważ zawsze istnieje możliwość, że nowe obserwacje - dotychczas nieznane dane - sfalsyfikują je. Mógłbym na przykład zaobserwować tysiące czworonożnych psów i zwiększyć w ten sposób swoją pewność, że moja teoria jest słuszna. Mógłbym jednak nagle zobaczyć dorosłego dwunożnego psa; wówczas moja teoria odpadłaby, sfalsyfikowana przez jeden negatywny rezultat moich obserwacji - niezależnie od tego, jak wiele jej potwierdzeń zapisałbym w swoim notatniku wcześniej. Zgodnie więc z tym poglądem na różnicę między nauką a pseudonauką postępu w tej pierwszej dokonuje się nie poprzez dowodzenie słuszności jej teorii - ponieważ jest to niemożliwe - lecz poprzez eliminowanie coraz liczniejszych niepoprawnych teorii. W pseudonauce natomiast postęp nie zachodzi, ponieważ jej "teorie" są tak elastyczne. Teorie pseudonaukowe można dostosować do dowolnej obserwacji - co oznacza, że nie mają one zdolności wyjaśniania czegokolwiek.

Większość filozofów dziś nadal zgodziłaby się z Popperem co do tego, że możemy dowiedzieć się, czym jest nauka, przeciwstawiając ją pseudonauce (a także nienauce), jednak jego koncepcja falsyfikacji jako jedynego ostatecznego sposobu rozdzielenia ich została ostro skrytykowana. Chwila refleksji ujawnia, że rozwiązanie zaproponowane przez Poppera jest nieco zbyt porządne, by sprawdziło się w zagmatwaniu rzeczywistego świata. Powróćmy do mojego przykładu czworonożnych psów. Załóżmy, że spotykamy psa, który (być może z powodu wady wrodzonej) ma tylko dwie łapy. Możliwe, że nasz dwunożny pies nawet nauczył się przemieszczać, skacząc na dwóch tylnych łapach, podobnie jak kangury (faktycznie u psów i innych zwykle czworonożnych ssaków niekiedy obserwuje się takie nietypowe zachowanie; aby zobaczyć niektóre zabawne przykłady, po prostu wygoogluj "dwunożny pies", bipedal dog). Według Poppera musielibyśmy odrzucić wyjściowe twierdzenie - że psy są czworonożne - jako fałszywe. Byłoby to jednak nierozsądne, co potwierdziłby każdy biolog i zwykły zdrowy rozsądek. Psy istotami czworonożnymi, mimo że istnieją wyjątki od tej reguły. Ta nowa obserwacja nie wymaga odrzucenia teorii, lecz wprowadzenia nieznacznej zmiany w naszym wyjściowym twierdzeniu i przyznania, że psy z reguły są czworonożnymi zwierzętami, chociaż można spotkać osobniki mające zaburzenia rozwojowe sprawiające, że zwierzęta te wyglądają jak zwierzęta dwunożne i tak właśnie się zachowują.

Podobnie w odniesieniu do naukowców filozofowie są zgodni, że nie odrzucają oni (ani nie powinni odrzucać) jakichś teorii tylko dlatego, że początkowo nie uwzględniają one jakiejś obserwacji. Kontynuują więc prace nad tymi teoriami, aby przekonać się, dlaczego nie uwzględniają one tych danych i jak można teorie te przekształcić w rozsądny sposób. Być może nowe obserwacje są wyjątkowe i faktycznie nie podważają rdzenia teorii, a być może instrumenty użyte przez naukowców (skomplikowane teleskopy czy proste mierniki) podają niewłaściwe odczyty, które trzeba skorygować - wiele czynników może być źródłem rozbieżności. Idea modyfikowania twierdzeń w taki sposób, aby uwzględniały nowe dane, sprawia wrażenie na pozór rozsądnej - do momentu, w którym uświadomimy sobie ryzyko cofnięcia się do tego samego rodzaju nienauki, którym niepokoił się Popper: jeśli dowolnie możemy poprawiać nasze teorie wraz z napływem nowych obserwacji, możemy dojść do czegoś, co nie będzie wcale różne od freudyzmu czy marksizmu.

Z jednej więc strony rygorystyczne przestrzeganie falsyfikacjonizmu pociąga za sobą ryzyko wylania dziecka z kąpielą: zbyt duża część rzetelnej nauki nie przeszłaby testu falsyfikowalności. Z drugiej natomiast, jeśli pozwolimy sobie na luksus zmieniania teorii tak, aby uwzględniła wszystkie nowe obserwacje, jakie tylko napotkamy - wcale nie będziemy uprawiać nauki, ale raczej zaangażujemy się w jałowe ćwiczenie z racjonalizacji. Co więc powinniśmy robić? W tej książce poszukamy sensownej koncepcji nauki, która pozwoli nam odróżnić naukę od bredni. W trakcie tych poszukiwań przekonamy się, że nie wszystkie nauki ulepiono z tej samej gliny: niektóre z nich mocno opierają się na eksperymentach, inne zaś są bardziej historyczne z natury i wymagają podejścia detektywa, jak również jego metod. Przestudiujemy obszary badań leżące na pograniczu nauki i nienauki, a następnie przeskoczymy tę rozmytą granicę i spojrzymy na twierdzenia, które filozof Jeremy Bentham określiłby swoim słynnym mianem "nonsensu na szczudłach", mając na myśli naprawdę daleko posunięty nonsens1.

Nasza podróż w poszukiwaniu tej prawdy prowadzić nas będzie nie od jednej nauki do drugiej, lecz ku dłuższym dyskusjom o tym, jak nauka jest przedstawiana i przeinaczana w mediach, gdzie dochodzi do interakcji nauki i społeczeństwa, co ma dogłębne skutki dla nich obu. Krótko przyjrzymy się krętej historii intelektualnej nauki od czasów jej zamglonych początków w antycznej Grecji i przebadamy zagadnienia dotyczące nowożytnej praktyki naukowej, jak również szeroko rozpowszechnionej akceptacji pseudonauki. Przekonamy się m.in., co we współczesnym społeczeństwie oznacza bycie naukowcem i intelektualistą, co krytycy nauki mają do powiedzenia na temat jej granic i dlaczego są one ważne; zbadamy też samą ideę "ekspertów" w nauce, jak również poza nią. Taka eksploracja wymagać będzie od nas znajomości podstawowych pojęć z zakresu filozofii nauki, a także narzędzi myślenia krytycznego, które przydadzą nam się w wielu przypadkach, zabezpieczając nas przed oszustwami naukowców, pseudonaukowców, dziennikarzy czy polityków. Przekonamy się, że nie ma prostego rozwiązania problemu demarkacji Poppera, lecz że mimo wszystko istnieją jakieś odpowiedzi. Uwzględniając rosnącą potęgę nauki i jej wpływ na nasze codzienne życie, ważne jest, abyśmy jako obywatele otwartego i demokratycznego społeczeństwa nauczyli się oddzielać dobrą naukę od bredni. Nie jest to tylko sprawa ciekawości intelektualnej, gdyż dotyczy tego, na co przeznaczane są znaczące części naszych pieniędzy z podatków. Co więcej, w pewnych przypadkach przyjmowanie za prawdę oczywistego nonsensu skutkuje utratą życia niektórych ludzi.

Zanim przejdziemy do sedna, muszę najpierw podziękować wielu osobom, bez których pisanie tej książki trwałoby znacznie dłużej i nie przyniosłoby tak dobrego efektu, jaki - mam nadzieję - przyniosło. Josh Banta, Oliver Bossdorf, Michael De Dora, Gillian Dunn, Mark Jonas, Phil Pollack oraz Raphael Scholl życzliwie skomentowali wcześniejsze wersje wielu rozdziałów, niewątpliwie podwyższając poziom ich klarowności i czytelności. Redaktorka pierwszego wydania Christie Henry od samego początku była nastawiona do mojego projektu entuzjastycznie i mnie wspierała. Wiele osób mnie zainspirowało i wpłynęło na mój sposób myślenia - bądź przez bezpośrednie dyskusje, bądź za pośrednictwem swoich pism. Zwłaszcza Ken Frazier, redaktor Skeptical Inquirer zainspirował mnie do myślenia w stylu pozytywnego sceptyka, a mój kolega filozof Jonathan Kaplan ogromnie pomógł mi w lepszym zrozumieniu zagadnień z dziedziny filozofii nauki. Lektura prac astronoma Carla Sagana podczas studiów zaszczepiła we mnie zamiłowanie zarówno do samej nauki, jak i do pisania o niej. Spośród ludzi, których nigdy nie spotkałem (i nigdy już nie spotkam), to XVIII-wieczny filozof David Hume jest jednym z moich wzorów do naśladowania, nie tylko z powodu jasności i śmiałości myślenia, lecz także dlatego, że doceniał dobre rzeczy w życiu, czym zasłużył sobie na przydomek le Bon David, nadany przez współczesnych mu francuskich przedstawicieli oświecenia. Niezliczeni, często bezimienni, czytelnicy mojego bloga platofootnote.org krytycznie ocenili zarówno moje pomysły, jak i formę, w której je wyrażam, co bardzo mi się przydało podczas pisania tej książki. Jestem im wszystkim niezmiernie wdzięczny.

ROZDZIAŁ 1

Frustrujące konwersacje

O ile wiem, Arystoteles był pierwszym człowiekiem, który stanowczo ogłosił, że człowiek jest zwierzęciem racjonalnym. Powodował się tym, czego dziś nie uważamy za imponujące; niektórzy ludzie potrafią sumować. Bertrand Russell, Dzieje filozofii Zachodniej 2

Wielkość Rozumu nie jest mierzona długością ani wysokością, lecz jego rozstrzygnięciami. Ulokuj więc swoje szczęście w tym, w czym jesteś równy Bogom. Epiktet, Diatryby

Jestem zarówno (jako biolog ewolucyjny) profesjonalnym naukowcem, jak i filozofem (nauki). Można powiedzieć, że cenię racjonalny dyskurs i wierzę, iż jest on jedyną drogą, która otwiera ludzkość na postęp. Dlatego napisałem tę książkę. Nie chcę jednak, by czytelnicy odnieśli mylne wrażenie, że wystarczy po prostu wyjaśnić np. różnicę między astronomią (nauką) a astrologią (pseudonauką), przyprawić ją kilkoma odniesieniami do Karla Poppera i problemu demarkacji (zobacz Wprowadzenie) i na tym poprzestać. My, istoty ludzkie, jesteśmy być może racjonalnymi zwierzętami, jak określił to Arystoteles, lecz dość często nasza racjonalność wylatuje przez okno, zwłaszcza gdy dochodzi do naszego konfliktu wewnętrznego z ulubionymi czy zapewniającymi nam komfort psychiczny przekonaniami. Zanim więc przejdziemy do praktycznych aspektów przeciwstawienia nauki pseudonauce, chciałbym przywołać kilka konwersacji, które mogą posłużyć jako ostrzeżenia. Mogą pomóc nam w skalibrowaniu naszych oczekiwań, rozwiewając iluzję, że możemy szybko i skutecznie pozbyć się bzdur i sprawić, iż świat będzie bardziej rozsądny. To jest, owszem, cel ostateczny, ale osiągnięcie go jest znacznie trudniejsze, niż można by oczekiwać.

Pierwszym przykładem będzie nieco surrealistyczna dyskusja, którą odbyłem z jednym z moich krewnych - nazwijmy go Ostinato - na temat pseudonauki (zwłaszcza na temat nieistniejącego związku między szczepionkami a autyzmem), teorii spiskowych (o atakach 11 września na wieże World Trade Center w Nowym Jorku3), polityki oraz wielu innych spraw. Oczywiście powinienem był poważniej się zastanowić przed rozpoczęciem tego typu dyskusji, zwłaszcza z krewnym, o którym wiedziałem, że hołduje takim przekonaniom. Winę mogę zrzucić na butelkę dobrego wina Aglianico, którym raczyliśmy się tego wieczoru.

Schemat argumentacji Ostinata jest mi zbyt dobrze znany: zakwestionował czyjeś istotne kompetencje (jak wiadomo, naukowcy często się mylą!), a jednocześnie energicznie - i najwyraźniej nie będąc świadomym oczywistej sprzeczności - powoływał się na wątpliwe kompetencje kogoś innego (facet jest inżynierem!). Ustawicznie sprowadzał rozmowę na poboczne tematy, przywołując nieistotne lub niezwiązane z tematem kwestie (nieformalny błąd logiczny znany jako błąd wędzonego śledzia) i twierdził, że powinniśmy spojrzeć "spoza logiki", cokolwiek to oznacza. Ubaw, jak zwykle. Stawałem się coraz bardziej sfrustrowany, wino się kończyło, a ani ja, ani Ostinato niczego się nie nauczyliśmy. Żaden z nas nawet nie zasugerował możliwej zmiany swojego stanowiska. Dlaczego go nie przekonałem? Czegoś musiało mi zabraknąć.

Właśnie w tym momencie inny mój krewny, słuchając tej dyskusji, bardzo nią rozbawiony, trafił prosto w sedno. Zaproponował, bym zastanowił się, czy Ostinato po prostu nie myli prawdopodobieństwa z możliwością. Zatrzymałem się w pół drogi, rozważyłem tę sugestię i doznałem olśnienia. Tak właśnie było! W zasadzie wszystkie argumenty Ostinata powielały schemat "możesz tak twierdzić, ale czy nie jest możliwe, że..." lub "nie możesz wykluczyć możliwości, że...". I oczywiście miał rację. Jest to możliwe (choć bardzo, bardzo nieprawdopodobne), że ataki z 11 września były sprawą służb specjalnych. Nie mogę też kategorycznie stwierdzić, że szczepionki nigdy nie spowodowały autyzmu. Ale co z tego?

Zmieniłem strategię i wyjaśniłem Ostinatowi, że owszem, odniósł kilka zwycięstw retorycznych, ale nie dotyczyły one niczego istotnego. Tak, zgodziłem się, że w większości przypadków (faktycznie, tak się ma rzecz w przypadku każdego twierdzenia, które nie jest twierdzeniem matematycznym lub czysto logicznym) zawsze istnieje możliwość, iż jest to twierdzenie błędne. Zazwyczaj jednak nie oceniamy twierdzeń na podstawie możliwości - przeciwnie, wykorzystujemy znacznie lepsze narzędzie, jakim jest prawdopodobieństwo (oszacowane tak, jak potrafimy to zrobić najlepiej).

Próbowałem pokazać mu, w czym rzecz, rysując taki oto diagram:

Te grafy są ilustracją dwóch hipotetycznych rozkładów prawdopodobieństwa dla zbioru zdarzeń; oś pionowa przedstawia szacowane prawdopodobieństwa, a oś pozioma - rodzaj zdarzeń. Diagram górny przedstawia światopogląd mojego krewnego: on działa w taki sposób, jak gdyby wszystkie zdarzenia były tak samo prawdopodobne. Niedosłownie - Ostinato rozumie, że niektóre rezultaty są bardziej prawdopodobne niż inne - ale w praktyce, ponieważ uwzględnia czysto logiczne możliwości, niezależnie od tego, jak bardzo są nieprawdopodobne w rzeczywistości, jako warte takiej samej uwagi co rezultaty znacznie bardziej prawdopodobne. To tak jakbym zaprosił znajomą na obiad, a ona z całą powagą odpowiedziałaby: "Z chęcią, pod warunkiem że wcześniej Ziemi nie zaatakują przybysze z kosmosu". Diagram na dole natomiast pokazuje, jak świat zachowuje się faktycznie. Niektóre rezultaty są znacznie bardziej prawdopodobne niż inne, a wynikający z tego rozkład (oczywiście nie musi on przyjąć takiej postaci, jaką tu narysowałem) jest daleki od płaskiego. Kosmici mogą zaatakować Ziemię przed umówionym obiadem, ale jest to odległa możliwość, zbyt mało znacząca, aby mogła powstrzymać cię przed robieniem wiążących planów.

Kontynuowałem więc dyskusję z Ostinatem, wzmiankując słynne stwierdzenie oświeceniowego filozofa Davida Hume'a, że rozsądna osoba dopasowuje swoje przekonania do dowodów4, tę samą zasadę przywołał dwieście lat później astronom Carl Sagan w kontekście dyskusji o pseudonauce: nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów.

Współczesna wersja tej zasady znana jest jako twierdzenie Bayesa, które bardziej szczegółowo rozważymy w rozdziale 10. Teraz ograniczę się do stwierdzenia, że to twierdzenie dowodzi (matematycznie), iż prawdopodobieństwo teorii T, pod warunkiem dostępnych dowodów E, jest proporcjonalne do dwóch czynników: prawdopodobieństwa zaobserwowania dowodów E, jeśli teoria T byłaby prawdziwa, pomnożonej przez prawdopodobieństwo, że T jest prawdziwe na podstawie wstępnego namysłu (jej prawdopodobieństwa pierwotnego5).

Piękno twierdzenia Bayesa tkwi w tym, że skutki jego stosowania uaktualniają się w sposób rekursywny wraz z pozyskaniem nowych dowodów. Rezultat otrzymany po każdorazowym zastosowaniu tego twierdzenia określamy mianem prawdopodobieństwa wtórnego i uzyskujemy go - mówiąc koncepcyjnie - poprzez uaktualnienie prawdopodobieństwa pierwotnego proporcjonalnie do nowo dostępnych dowodów. Ponadto udowodniono, że niezależnie od tego, jakie jest prawdopodobieństwo pierwotne (tzn. twoja wstępna ocena prawdopodobieństwa, że teoria T jest poprawna), po odpowiednio dużej liczbie iteracji prawdopodobieństwo wtórne jest zbieżne do prawdziwej wartości [logicznej] T. To sprawia, że twierdzenie Bayesa staje się potężnym narzędziem w praktycznym podejmowaniu decyzji, a nawet w racjonalnej ocenie zasadniczo czegokolwiek. Jako metafora stanowi dobry przewodnik w ocenie przekonań, które, jak twierdził Hume, powinny być proporcjonalne w stosunku do (stale zmieniających się) dowodów.

Moje wyjaśnienie dla Ostinata skonkludowałem - inspirując się twierdzeniem Bayesa i ogólniej, teorią prawdopodobieństwa - sugerując, że wtedy, gdy dokonujemy oceny jakiejś koncepcji, w zasadzie podejmujemy zakład. Kierując się moją najlepszą wiedzą dotyczącą możliwego związku szczepionki-autyzm, zakładam się (wysoko) na przykład, że szczepionki nie powodują autyzmu. Czy wiem to na pewno? Nie, ponieważ nie jest to aprioryczna prawda matematyczna czy logiczna. Czy jest możliwe, że szczepionki powodują autyzm? Owszem, ten scenariusz nie prowadzi do sprzeczności logicznej, a więc jest możliwy. Jednak są to niewłaściwe pytania. Właściwe pytanie dotyczy tego, czy jest to prawdopodobne na podstawie dostępnych dowodów. Jeśli miałbyś się zakładać (o pieniądze lub o zdrowie twoich dzieci), to co byś obstawił? Nie jestem przekonany, czy w jakimś stopniu zmieniłem przekonania mojego krewnego, ale zrobiłem w tym celu, co było w mojej mocy.

Los sprawił, że kilka miesięcy później dostałem drugą szansę zaobserwowania, jak bardzo ludzie nie radzą sobie z poprawnym myśleniem w kolejnej konwersacji dotyczącej nauki i pseudonauki. Ta wymiana zdań, z osobą, której nigdy wcześniej nie spotkałem i której prawdopodobnie nigdy już nie spotkam, trwała kilka dni, powracając w mediach społecznościowych. Zakres tematów tym razem był znacznie węższy niż podczas dyskusji z Ostinatem i znacznie bliższy mi z uwagi na moje specjalności: biologię ewolucyjną i filozofię nauki. Czułem więc, że rzeczywiście wiem, o czym mówię, przekazując nie po prostu jakąś dosyć inteligentną i dość wiarygodną opinię, lecz opinię ekspercką, popartą trzema dekadami studiów tego tematu na profesjonalnym poziomie.

Jak było do przewidzenia, to bynajmniej nie pomogło. Moja interlokutorka - nazwijmy ją Curiosa - była inteligentną kobietą, która wiele przeczytała zwłaszcza na temat ewolucji, a także ogólnie na temat nauki. Przeczytała też wiele postów z mojego bloga, śledziła niektóre z debat, w których brałem udział, a nawet kupiła jedną z moich książek o ewolucji. Odkryła mnie, czytając kreacjonistyczną książkę Michaela Dentona Evolution: A Theory in Crisis, której autor kilkakrotnie cytuje moje słowa jako "odpornego" krytyka teorii ewolucji - jedną z tych osób, które wiedzą, że w darwinizmie tkwi jakiś poważny błąd, a jednak nie potrafią zrezygnować z podejścia ortodoksyjnego i zaakceptować rewolucji.

Moje faktyczne stanowisko na ten temat łatwo sprawdzić w Internecie, w wielu miejscach, a sprowadza się ono do następującego stwierdzenia: teoria ewolucji sama przeszła ewolucję w kilku etapach, od roku 1859 (pierwotny darwinizm) poprzez lata 30. i 40. XX w. (tzw. synteza ewolucyjna) po czasy współczesne (znana jako rozszerzona synteza) i najprawdopodobniej będzie ona dalej trwała. Nie ma nic niewłaściwego w pierwotnych bliźniaczych ideach Darwina selekcji naturalnej ani w założeniu, że wszyscy pochodzimy od jednego przodka, ale w ciągu kolejnych dwóch i pół stuleci dodaliśmy liczne inne obszary badań wyjaśniające pojęcia i oczywiście wyniki badań empirycznych. Koniec historii.

Ale nie dla Curiosy. Wyjaśniła mi, że darwinizm jest teorią "redukcjonistyczną", najwyraźniej rozumiejąc coś bardzo negatywnego przez ten termin. Wyjaśniłem jej, że redukcjonizm jest skuteczną strategią w dyscyplinach naukowych i gdy wykorzystuje się go poprawnie, jest jedyną opcją umożliwiającą poszerzanie naszej wiedzy o świecie. Faktycznie sprowadza się on do stwierdzenia, że najlepszym sposobem rozwiązywania wielkich problemów jest dzielenie ich na mniejsze części i podejmowanie jednej z nich naraz, właściwie składając kawałki układanki aż do uzyskania pełnego obrazu.

Ale, przeciwstawiła się Curiosa, jak wobec tego wyjaśnić wić bakterii? Było to odniesienie do "czarnej skrzynki Darwina", koncepcji bronionej przez kreacjonistę, zwolennika inteligentnego projektu Michaela Behe. Wiadomo przecież, że Behe jest naukowcem! Mającym doktorat! Pracującym na uznanym uniwersytecie!!! Jak Pan wyjaśni to, Profesorze Pigliucci?

Cóż, odpowiedziałem. Jeśli Pani chce, mogę omówić kilka artykułów, które zaproponowały prawdopodobne, ugruntowane empirycznie scenariusze ewolucji wici bakterii. A jeśli chodzi o samego Behe'go - zawsze można spotkać uznanych uczonych, którzy lokują się poza głównym nurtem. To jest zdrowy przejaw społecznego przedsięwzięcia, które zwiemy nauką, jak przekonamy się o tym w dalszej części tej książki. Czasami niektórzy z nich bardzo oddalają się od uzgodnionej opinii na terytorium w znacznym stopniu wątpliwej wartości, a nawet wręcz pseudonaukowe. Niektórzy uważają się za buntowników lub indywidualistów. Inni mają skłonność do stawiania ideologii (zwykle religijnej, a czasem politycznej) ponad rozumem, jak również ponad dowodami. Do tych ostatnich zalicza się Behe, gorliwy katolik, który nie potrafi po prostu uznać słuszności wniosku, że życie powstało i zróżnicowało się za pomocą czysto naturalnych środków, bez pomocy bogów.

Aha, kontynuowała Curiosa, w takim przypadku, jak to możliwe, że wśród naukowców panuje tyle nieporozumień dotyczących ewolucji, a nawet pochodzenia życia? Cóż, odpowiedziałem, rozpocznijmy od rozróżnienia dwóch kwestii. Po pierwsze, wśród biologów ewolucyjnych nie ma powszechnej rozbieżności zdań na temat darwinizmu. W zasadzie wszyscy specjaliści, których znam, akceptują to stanowisko. Różnica zdań istnieje, ale dotyczy ona kształtu obecnej teorii, podobnie jak w innych dyscyplinach. Fizycy też nie zgadzają się ze sobą nawzajem, gdy chodzi o zagadnienia nowatorskie - ale nie na temat Newtona czy nawet Einsteina.

Po drugie, powodem, dla którego rzeczywiście istnieje wiele teorii na temat pochodzenia życia i środowisko naukowe faktycznie nie osiągnęło jeszcze konsensusu, jest to, że dostępne informacje nie są wystarczające, abyśmy mogli skupić się na jednej hipotezie lub wąskiej podgrupie hipotez (wrócimy do tego w rozdziale 2). Nie mamy skamieniałości świadczących o tym, co wydarzyło się w czasie powstawania życia, i prawdopodobnie nigdy ich mieć nie będziemy. Historyczne ślady zostały niestety wymazane na zawsze, co oznacza, że nasze koncepcje tych zdarzeń pozostaną spekulatywne. Nawet jeśli pewnego dnia będziemy w stanie w laboratorium stworzyć życie od podstaw, nie będziemy mieli pewności co do tego, że droga, którą podążaliśmy w warunkach kontrolowanych, była tą samą, którą niegdyś obrała natura na naszej planecie. No i co z tego? Nauka nigdy nie obiecała odpowiedzieć nam na każde pytanie; przyrzekła jedynie zrobić wszystko co w jej mocy w celu udzielenia odpowiedzi możliwych do uzyskania za pomocą badań naukowych. Czasami to nie wystarcza; wówczas mądrze jest zaakceptować ludzkie ograniczenia epistemiczne i przejść dalej.

Nieusatysfakcjonowana Curiosa ponownie zmieniła temat: czy nie słyszał pan o wyjaśnieniu zagadnienia świadomości na gruncie mechaniki kwantowej przez Rogera Penrose'a? Czy nie wynika z tego wyjaśnienia, że świadomość jest wszędzie? Że jest ona holistyczną własnością wszechświata? Hm, odpowiedziałem, z całym szacunkiem dla Sir Rogera (wybitnego naukowca), wątpię, aby fizycy mieli jakiekolwiek pojęcie o świadomości będącej, o ile wiem, zjawiskiem biologicznym - a więc takim, którego wyjaśnienie najlepiej pozostawić biologom. Poza tym, powiedziałem jej, trzeba uważać na wszelkie "wyjaśnienia" odwołujące się do mechaniki kwantowej, w ogóle do czegokolwiek innego niż zjawiska kwantowe - nawet jeśli podał je wiarygodny fizyk, taki jak Penrose. A w każdym razie, skonkludowałem - nawet jeżeli Penrose ma rację, co to ma wspólnego z darwinizmem, jak również z jego rzekomymi niepowodzeniami?

Myślę, że wiesz, o co chodzi. Moja wymiana zdań z Curiosą trwała i stawała się coraz bardziej frustrująca, a w końcu wręcz bezużyteczna. W końcu grzecznie zauważyłem, że kręcimy się w kółko i że może nadszedł czas, by na dziś zakończyć.

Czego nauczyłem się z tej wymiany zdań? Kilku kwestii, ale żadna z nich nie wróży dobrze rozwojowi racjonalnego dyskursu i publicznego rozumienia nauki. Lecz musimy zmierzyć się z rzeczywistością taką, jaka jest; na tym polega racjonalne postępowanie.

Po pierwsze, pozwolę sobie przypomnieć, że Curiosa jest osobą inteligentną, oczytaną i naprawdę zainteresowaną. Po drugie, ponieważ dużo czyta, jest narażona na zetknięcie się nie tylko z tym, co ja piszę - i z tym, co piszą naprawdę wybitni biologowie ewolucyjni, jak Stephen Jay Gould - lecz także z chłamem publikowanym przez Behe'ów i Dentonów na całym świecie. I nie ma ona możliwości odróżnienia tych pierwszych od drugich, ponieważ wszyscy ci ludzie mają doktoraty i afiliacje na renomowanych uniwersytetach (to już jest sprawa zaufania i wiedzy specjalistycznej, czyli tematów rozdziału 12 niniejszej książki).

Po trzecie, chociaż zawsze zakładamy, że wiedza jest bezwzględnym dobrem, okazuje się, że odrobina wiedzy może wyrządzić więcej szkody niż całkowita ignorancja. Kiedy ktoś tak inteligentny jak Curiosa uważa, że rozumie coś wystarczająco dobrze, by wyciągać wnioski, nie zawaha się przed wyciąganiem ich przy odrzuceniu opinii eksperta w imię swojej samodzielności w myśleniu jako niezależnego podmiotu. Kiedy dotyczy to statusu teorii ewolucji, nie spowoduje zbyt wiele szkody. Ale kiedy ma to związek np. ze zmianą klimatyczną lub bezpieczeństwem szczepionek, jest to już zupełnie inna historia, znacznie bardziej niepokojąca.

Po czwarte, Curiosa uległa dobrze znanej technice rozpowszechniania wątpliwości dotyczących głównego nurtu nauki na taką skalę, że ludzie naprawdę nie potrafią zdecydować, o co chodzi. Była to celowa strategia przemysłu tytoniowego w jego absurdalnym (i śmiertelnym w skutkach dla wielu ludzi) negowaniu związku między paleniem a rakiem, dobrze opisana w książce i filmie dokumentalnym Merchants of Doubt (Handlarze złudzeń). To samo podejście wykorzystali inni stronniczy naukowcy po to, by móc zasiewać wątpliwości dotyczące zmian klimatu, szczepionek i tak dalej. Oczywiście była to również główna strategia kryjąca się za tak zwanym ruchem inteligentnego projektu6.

Po piąte, jak na ironię, Curiosa zaabsorbowała słownictwo organizacji sceptycznych (czyli pronaukowych) i zinternalizowała je, oskarżając mnie i innych o popełnianie wszelkiego rodzaju błędów logicznych, co jest wygodnym skrótem oszczędzającym jej trudu analizy moich argumentów. Kiedy na przykład zauważyłem - jak uznałem, rozsądnie - że Jonathan Wells, pracownik Discovery Institute, jest członkiem Sun Myung Moon Unification Church, a jego niechęć do ewolucji ma charakter całkowicie ideologiczny, zostałem oskarżony o popełnienie błędu ad hominem. Wskazując wiele wiarygodnych źródeł na temat teorii ewolucji, stałem się egzemplifikacją efektu potwierdzenia. I tak dalej.

Na koniec - ożywioną dyskusję Curiosy ze mną wyraźnie podsycała jej duma z kwestionowania Big Science i jej ortodoksji w imię otwartości umysłu i rewolucji. Postrzegała siebie jako Dawida, a ja byłem w jej mniemaniu Goliatem, który miał zostać zgładzony.

Obawiam się, że niewiele mogę zrobić dla takich Curios żyjących na całym świecie i że równie mało może zrobić dla nich ktoś inny. Jeśli - i to jest duże "jeśli" - kiedykolwiek zrozumieją one, co jest prawomocną nauką, a co nią nie jest, to tylko dochodząc do tego samodzielnie, boleśnie i powoli. Źródła są łatwo dostępne, do ich dyspozycji (a ta książka jest jednym z nich). Ale osoby te często nie mają motywacji psychologicznej, aby do owych źródeł sięgnąć.

Zamiast tego można - i należy - działać na dwóch jednocześnie poziomach. Angażować się w publiczne działania skierowane do tych, którzy nie posunęli się jeszcze tak daleko jak Curiosa. Robić to, mając nadzieję na ich ocalenie, a nawet na wzmocnienie ich chęci wspierania porządnej nauki. A także znacznie lepiej prowadzić działania w stosunku do przyszłego pokolenia. Powinniśmy je kierować do dzieci - o czym dobrze wiedzą nasi antagoniści. Nie przypadkiem kreacjoniści piszą wiele książek dla młodych. Jednak naukowcy i popularyzatorzy nauki nie mają do tego wystarczającej motywacji, ponieważ literatura dziecięca jest postrzegana jako gorsza od literatury kierowanej do dorosłych (choć prawdopodobnie trudniej ją uprawiać) i dlatego, że efektów jej oddziaływania nie zobaczymy przez dziesięciolecia. (Powodem, z którego nie piszę książek dla dzieci jest to, że naprawdę nie jestem w tym dobry. Wymaga to zupełnie innego zestawu umiejętności niż pisanie dla dorosłych i jest dużo trudniejsze, niż się wydaje). Nauka i rozum są - jak w pięknej metaforze zaproponowanej przez Carla Sagana - świecą w ciemności. Naszym ważnym zadaniem jest zapobieganie jej zgaszeniu przez siły ciemności.

Powiedziawszy to, trzeba przyznać, że zarówno Ostinato, jak i Curiosa mają rację. I ważne jest, aby im tę rację przyznać: intuicyjnie pojmują niemożliwość zdobycia wiedzy absolutnie pewnej - czegoś, do czego istoty ludzkie dążą już od jakiegoś czasu, bez powodzenia. Zawsze jest możliwe - a nawet rozsądne! - podawanie w wątpliwość określonego wniosku naukowego, zwłaszcza takiego, który nam nie odpowiada lub z którym się nie zgadzamy, bez względu na to, ile dowodów go potwierdza.

Jeden z najwcześniejszych dowodów na to, że pewność nie jest czymś, do czego ludzie mogą w sposób racjonalny dążyć, przedstawili starożytni sceptycy. Sekstus Empiryk, na przykład, sformułował ten argument w II wieku p.n.e.7 Istnieje jednak jego nowsza wersja, którą łatwo zrozumieć. Odnosi się ona do istnienia trzech alternatywnych dróg do wiedzy pewnej, z których każda okazuje się ślepym zaułkiem8. Powiedzmy, że ktoś mówi nam, że coś jest absolutnie prawdziwe. Mamy oczywiście prawo zapytać go, skąd to wie. Może on odpowiedzieć na jeden z trzech sposobów:

1. Argumentem kołowatym, w którym w pewnym momencie teoria i rzekomy dowód wzajemnie się wspierają, choć pośrednio.

2. Argumentem z regresji, w którym dowód opiera się na bardziej podstawowym dowodzie, który z kolei opiera się na jeszcze bardziej podstawowym dowodzie i tak dalej w nieskończoność.

3. Argumentem aksjomatycznym, w którym dowód wynika z wielu aksjomatów lub założeń, które same nie podlegają udowadnianiu.

Powinno być jasne, dlaczego żadna z tych opcji nie jest wystarczająco dobra, gdy celem jest osiągnięcie pewności, skoro żadna z nich nie daje ostatecznego uzasadnienia dla domniemanej wiedzy. Powinienem też natychmiast dodać, że są to jedyne trzy dostępne schematy, nie tylko w przypadku logiki dedukcyjnej (co oznacza większość matematyki), lecz także w przypadku wnioskowania indukcyjnego (co oznacza resztę matematyki i całą naukową, jak również powszechną wiedzę) - innymi słowy, prawie wszystko, co zaliczamy do ludzkiej wiedzy.

Istnieją oczywiście różne sposoby podjęcia tego wyzwania. Odpowiadają one niektórym z głównych nurtów dyscypliny zajmującej się teoriami wiedzy, którą w filozofii nazywa się epistemologią.

Załóżmy, że pierwsza opcja (kołowatość) jest najłatwiejsza do przełknięcia - lub najmniej odstręczająca. Zostałbyś zatem nazwany koherentystą, gdybyś twierdził, że wiedza jest jak sieć wzajemnie powiązanych przekonań, z których każde wspiera pozostałe. Jeśli zamiast tego wolisz nieskończoną regresję, zostałbyś, oczywiście, nazwany infinitystą (a infinityzm, o ile mi wiadomo, nie jest popularnym stanowiskiem wśród epistemologów). Wreszcie, jeśli twojemu gustowi bardziej odpowiada idea nieudowodnionych aksjomatów, jesteś fundacjonalistą uważającym wiedzę za zbudowaną, metaforycznie, jak gmach na fundamentach (które z definicji nie mogą być dalej kwestionowane).

A co, jeśli żadna z powyższych opcji ci nie odpowiada? Wtedy możesz przyjąć bardziej radykalne stanowisko. Jednym z podejść jest bycie fallibilistą, czyli kimś, kto akceptuje, że ludzka wiedza nie może osiągnąć pewności, ale sądzi, że wciąż możemy odrzucić pewne koncepcje, ponieważ wykazano, że są one fałszywe - jak w przypadku kryterium falsyfikacji Poppera (które napotkaliśmy we Wprowadzeniu).

Sam Popper, który szczegółowo o tym pisał, opowiedział się za podejściem mieszanym: uważał, że rozsądne połączenie fundacjonalizmu (tj. przyjęcia pewnych aksjomatów), regresu i doświadczenia percepcyjnego jest najlepszym z możliwych rozwiązań, choć nie dorówna ono chimerze pewności9.

Niemożność uzyskania wiedzy pewnej nie oznacza, że nie możemy obiektywnie wypowiadać się na temat świata ani że jesteśmy skazani na beznadziejny relatywizm epistemiczny. Pierwszego niebezpieczeństwa unikamy, gdy zdamy sobie sprawę, że - uwzględniając pewne założenia dotyczące problemu, na którym się skupiamy - możemy powiedzieć coś obiektywnie prawdziwego. Weźmy na przykład grę w szachy. Jej reguły (tj. aksjomaty) są całkowicie dowolne, wymyślone przez ludzi. Ale gdy przyjmie się te zasady, problemy szachowe dopuszczają obiektywnie prawdziwe rozwiązania (jak również dużą liczbę rozwiązań obiektywnie fałszywych). To pokazuje, że dowolność nie jest równoznaczna z brakiem obiektywności.

Zaistnieniu drugiego niebezpieczeństwa - relatywizmowi, zapobiega fakt, że niektóre rozwiązania danego problemu są lepsze od innych (niezależnie od kryterium "bycia lepszym"). Prawdą jest to, że inżynierowie muszą poczynić pewne założenia dotyczące praw przyrody, a także zaakceptować właściwości materiałów, których używają, jako czyste fakty. Prawdą jest jednak również to, że mosty, które zbudowano w określony sposób, są trwałe i funkcjonują właściwie, podczas gdy mosty, które zostały zbudowane w inny sposób, mają paskudną tendencję do zawalania się. Nie wszystkie mosty są tworzone jako równe i nie wszystkich dotyczy taki sam stopień prawdopodobieństwa, że się zawalą.

Podsumowując - wygląda na to, że poszukiwanie pewności, która nęka zarówno filozofię, jak i naukę, od czasów Platona, jest skazane na niepowodzenie. Uczciwe przyznanie się do tego może nam pomóc w konwersacjach z istniejącymi na świecie Ostinatami i Curiosami. W jaki sposób? Zacznijmy od świeżego spojrzenia na pisma Arystotelesa na temat retoryki10. "Retoryczny" to dziś często używany przymiotnik, najczęściej służący do opisania pustej lub zwodniczej wypowiedzi. W tej książce napotkamy wiele przykładów tego rodzaju retoryki. Jednak według Arystotelesa retoryka jest po prostu nauką o przekonywaniu ludzi do prawdopodobnej prawdziwości rozsądnych twierdzeń (w przeciwieństwie do przekonywania ich do zrobienia tego, co jest dla ciebie korzystne, jak w przypadku reklam czy kampanii politycznych).

Arystoteles napisał, że istnieją trzy powiązane ze sobą nawzajem aspekty dobrego argumentu retorycznego: logos, etos i patos. Słowo logos oznacza w tym kontekście poprawne (w stopniu, w jakim jest to dla człowieka możliwe) ocenianie faktów, jak również argumentów. Przecież nie próbujemy nikomu wmówić nieprawdy. Ale fakty i logika nie wystarczą. Aby przekonać ludzi, potrzebne są również dwa pozostałe składniki. Etos polega na wzbudzeniu zaufaniau odbiorców. Dlatego tak wielu autorów książek naukowych zabiega o to, aby czytelnik docenił fakt, że mają doktoraty z dziedzin, o których piszą. Podobnie dlatego twój lekarz w widocznym miejscu w swoim gabinecie wywiesza dyplomy szkół medycznych. Wreszcie, istnieje patos - zdolność nawiązania kontaktu emocjonalnego z docelowymi odbiorcami. Muszę podkreślić, że Arystoteles nie mówi o manipulacji emocjonalnej, która jest oczywiście nieetyczna. On po prostu stwierdza, że musisz skłonić ludzi, by im zależało na tym, co mówisz.

Załóżmy, że ktoś chce porozmawiać z grupą "sceptyków" o zmianie klimatycznej. Przede wszystkim mówca musi upewnić się, że - na ile to możliwe - poprawnie nazywa fakty i związki logiczne (logos). Następnie musi budzić zaufanie, wiarę w to, że ma kompetencje potrzebne do poruszenia tematu w sposób właściwy. Bycie ogólnie "naukowcem" nie wystarczy; musi być fizykiem atmosferycznym lub kimś podobnym (etos), ponieważ nauka o klimacie jest dziedziną wysoce wyspecjalizowaną i techniczną - taką jak mechanika kwantowa czy też biologia ewolucyjna. W końcu musi wyjaśnić, że jego odbiorcy, ich dzieci, ich miasta oraz ich przedsiębiorstwa zostaną dotknięte nadchodzącymi zmianami klimatu (patos). Innymi słowy, że nie jest to czysto "akademickie" zagadnienie, że wpływa ono na życie ludzi.

Zbyt wielu naukowców sądzi, że wystarczy tylko logos, a nawet pogardza pozostałymi dwoma składowymi dobrego argumentu retorycznego, zwłaszcza patosem. Jest to błąd, który należy naprawić. Być może zatem powinniśmy ponownie wprowadzić studium retoryki w szkołach średnich i uniwersytetach jako dyscypliny, która ma korzystny wpływ. Może ona sprawić, że świat stanie się bardziej zatroskanym i bardziej normalnym miejscem do życia.

ROZDZIAŁ 2

Twarda nauka, miękka nauka

Znasz moje metody. Zastosuj je...

Sherlock Holmes, Znak czterech

Możesz wiele zaobserwować, po prostu patrząc.

miś Yogi

""Naukowcy" w dzisiejszych czasach zgodnie udają, że wszystkie nauki są równe11. Z wyjątkiem działalności nieuczciwego przeciwnika, którego argumenty obalamy w danym momencie, wypowiadamy się tak, jak gdyby każda dyscyplina naukowa i wszystkie metody badań były równie dobre. To sprawia, że wszyscy jesteśmy serdeczni, jeśli chodzi o polecanie się nawzajem do grantów rządowych".

Oto szczere słowa o naturze działalności naukowej postrzeganej od wewnątrz przez aktywnego naukowca. Te zdania są tym bardziej godne uwagi, że nie wypowiedziano ich za zamkniętymi drzwiami zadymionego pokoju, tylko wydrukowano je w jednym z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie, Science12. Był to rok 1964, w którym się urodziłem; autorem powyżej przytoczonych przeze mnie słów był John R. Platt, biofizyk z Uniwersytetu w Chicago. Debata między naukowcami na temat tego, co jest nauką "twardą" (często utożsamianą z dobrą, porządną nauką), a co "miękką" (domyślnie uważaną za gorszą), nie zakończyła się od tego czasu. Co więcej, daje nam rzut oka na to, jak trudne - i jak bardzo kontrowersyjne - jest scharakteryzowanie samej nauki.

Platt był sfrustrowany faktem, że w niektórych dyscyplinach naukowych zachodzą wyraźne i szybkie postępy, podczas gdy inne nauki wciąż się ociągają, najwyraźniej niewiele osiągając. Jak to ujął: "Mówimy nabożnie (...) o dokonywaniu małych przyczynków, które dodadzą kolejną cegłę do świątyni nauki. Większość takich cegieł leży po prostu przy cegielni". Platt (jak wielu innych) uważał fizykę, chemię oraz biologię molekularną za twarde nauki, kwintesencję modelu tego, czym powinna być nauka. Ekologia, biologia ewolucyjna i inne dyscypliny takie jak psychologia i socjologia są miękkimi naukami, a za najwyższą aspirację osób pracujących w tych dyscyplinach uznaje się upodobnienie tych dyscyplin do tak twardych, jak fizyka. Artykuł Platta to klasyk, który powinien przeczytać każdy, kto interesuje się naturą nauki. Miał on słuszność, wskazując ten problem. Ale już mniej trafnie zdiagnozował jego korzenie, a jeszcze mniej trafnie określił, co może okazać się jego rozwiązaniem. Niemniej krytyka Platta dotycząca tego, co inni często nazywają miękką nauką, daje nam doskonały punkt wyjścia do przeanalizowania stanowiska, że faktycznie może istnieć więcej niż jeden rodzaj nauki. Że "nauka" jest kategorią heterogeniczną - pogląd, który najbardziej zaskoczyłby opinię publiczną i prawdopodobnie napotkałby opór nawet niektórych naukowców. Co więcej, nasza dyskusja ujawni, że mogą istnieć sposoby określenia kryteriów, które nie tylko dzielą nauki na miękkie i twarde, lecz także wyodrębniają dyscypliny, które nauką jeszcze nie są (a być może nigdy nią nie będą), i inne, które są wręcz pseudonaukowe. To zadanie będziemy realizować przez kolejne trzy rozdziały tej książki w naszym dążeniu do eksploracji złożonego krajobrazu intelektualnego, na który zwróciliśmy po raz pierwszy uwagę, omawiając poruszony przez Poppera problem demarkacji.

Mocne wnioskowanie jako właściwy sposób uprawiania nauki (doprawdy?)

Atak Platta na miękką naukę zaczyna się, jak widzieliśmy, od podkreślenia faktu, że niektóre dyscypliny, jak się zdaje, robią szybki i imponujący postęp, podczas gdy inne mają tendencję do dreptania w kółko, a w najlepszym razie - do postępowania powoli i niepewnie. Zanim przeanalizujemy, dlaczego tak jest i co można by z tym zrobić, zadajmy ważniejsze pytanie: czy Platt ma rację, myśląc, że to w ogóle jest problemem. Z pobieżnego przestudiowania dziejów nauki wynika, że przynajmniej częściowo rację ma: niektóre nauki dokonują większego postępu niż inne. Jednak schemat robi wrażenie bardziej złożonego niż prosta linia oddzielająca "twarde" dyscypliny od "miękkich": prawdą jest, że fizyka cząstek i biologia molekularna dokonały spektakularnych postępów w XX wieku, ale prawdą jest również, że fizyka ma za sobą długie okresy zastoju w odniesieniu do pewnych problemów - jak na przykład odstęp między Newtonem a Einsteinem w sprawie natury grawitacji. I takie okresy powolnego postępu mogą się powtórzyć w przyszłości, nawet w przypadku "królowej" nauk. Mimo całego rozgłosu wokół "ujednoliconej teorii wszystkiego" fizycy od blisko wieku starają się pogodzić znane rozbieżności pomiędzy dwoma najbardziej udanymi teoriami, ogólną teorią względności i mechaniką kwantową. Jeszcze im się to nie udało.

Biologia organizmów (ekologia i biologia ewolucyjna) jest często uważana za quasi-miękką naukę, a jednak miała okresy wielkiego postępu - najbardziej oczywisty w okresie działalności Darwina w drugiej połowie XIX wieku, a ostatnio w latach trzydziestych i czterdziestych XX w. Co więcej, obecnie zaobserwować można wzmożoną aktywność zarówno w empirycznej, jak i w teoretycznej biologii ewolucyjnej, która to aktywność może doprowadzić do kolejnego przeskoku w naszym zrozumieniu sposobu, w jaki organizmy żywe ewoluują i dostosowują się do swojego środowiska13. Z drugiej strony, biologia molekularna, okrzyknięta przez Platta bardzo udaną twardą nauką na wzór chemii i fizyki, może dochodzić do granic tego, co da się osiągnąć bez oparcia się na "bardziej miękkich" i mniej uporządkowanych sposobach podejścia do jej przedmiotu. To prawda, że odkrycie w roku 1953 struktury DNA jest jednym z najważniejszych punktów zwrotnych w nauce, ale równie oczywiste jest, że zachwalane sekwencjonowanie całego ludzkiego genomu dostarczyło biologom niewielu twardych odpowiedzi, zamiast tego prowadząc ich do odkrycia dużej liczby "cegieł", które "leżą po prostu przy cegielni", jak ujął to Platt. Wiemy o genomie ludzkim (i innych genomach) dużo więcej, ale znaczna część tego, co wiemy, to złożony nieład szczegółów, które trudno uporządkować, aby uzyskać jasny obraz sposobu działania genomów i ich ewoluowania.

Podsumowując: wydaje się, że rzeczywiście można argumentować, iż różne dyscypliny naukowe posuwają się naprzód w bardzo zróżnicowanym tempie, ale prawdą jest również to, że postęp w danej nauce może ulegać przyspieszeniu lub spowolnieniu - czasami stały i szybki, a innym razem grzęznący i tkwiący w miejscu, bądź pod względem empirycznym (przez brak nowych odkryć), bądź pod względem teoretycznym (przez brak nowych konstatacji).

Jeśli zgodzimy się, że natura nauki jest zgodna z moim opisem, musimy zapytać, dlaczego tak jest. Platt krótko wymienia kilka możliwości, które bez dyskusji odrzuca, ale musimy się nimi zająć, zanim przejdziemy do jego głównego twierdzenia. Te alternatywne hipotezy związane z pytaniem, dlaczego dana nauka może zachowywać się "miękko", obejmują "specyfikę przedmiotu lub jakość wykształcenia zaangażowanych w tę naukę pracowników, lub wielkość kontraktów na badania"14. Innymi słowy: fizyka cząstek, powiedzmy, może być bardziej skuteczna niż ekologia, ponieważ jest łatwiejsza (z uwagi na jej przedmiot) lub dlatego że ekolodzy bywają bardziej ograniczeni od fizyków albo wreszcie dlatego że fizycy otrzymują o wiele więcej pieniędzy na badania niż ekolodzy.

Drugi scenariusz jest raczej obraźliwy (przynajmniej dla ekologów), a co gorsza, nie ma danych, które mogłyby go potwierdzić. W istocie trudno określić, jak można by zmierzyć rzekomo odmienną "jakość edukacji" ludzi przyciąganych przez różne dyscypliny naukowe. Prawie wszyscy profesjonalni naukowcy mają obecnie doktoraty w swoich dyscyplinach, mają też wieloletnie doświadczenie podoktorskie - prowadzą badania i publikują. Trudno sobie wyobrazić wiarygodną, ilościową miarę względnej trudności programów nauczania w odnośnych dyscyplinach, a niemal niedorzecznością jest twierdzenie, że naukowcy zainteresowani pewnymi konkretnymi dyscyplinami są bardziej inteligentni niż ci, którzy uważają za bardziej atrakcyjny inny obszar badań. Byłoby to jak próba wyjaśnienia zjawiska większej dynamiki muzyki jazzowej w XX wieku w stosunku do muzyki symfonicznej ("klasycznej"), za pomocą argumentu, że muzycy jazzowi byli lepiej wykształceni lub bardziej utalentowani niż ci wykształceni klasycznie15. To jest niewypał.

Inne czynniki nazwane przez Platta i szybko przezeń odrzucone mogą jednak mieć istotną wagę. Oczywistym takim czynnikiem są pieniądze: nie ma wątpliwości, że przynajmniej od czasów II wojny światowej fizyka zgarniała lwią część finansowania publicznego przeznaczonego na badania naukowe; ta dominacja nieco osłabła dopiero w ostatnich latach (nic dziwnego, że właśnie po zakończeniu zimnej wojny). Byłoby głupotą nie doceniać różnicy, jaką pieniądze "robią" w nauce (czy w czymkolwiek innym): więcej funduszy nie oznacza po prostu, że fizycy mogą budować i utrzymywać coraz większe instrumenty potrzebne im do wykonywania badań (choćby gigantyczne teleskopy w astronomii czy akceleratory cząstek w fizyce subatomowej), niemniej jednak ważne jest to, że mogą oni zaoferować lepsze wynagrodzenie dla doktorantów i postdoków, stanowiących siłę napędową badań naukowych i wiedzy. Ale pieniądze to nie wszystko: nasze społeczeństwo na przykład przeznaczyło ogromne sumy gotówki na tak zwaną wojnę z rakiem i chociaż osiągnęliśmy w tej dziedzinie duży postęp, nie jesteśmy nawet bliscy wyeliminowania tej plagi - jeśli to w ogóle możliwe.

Część zróżnicowania możliwości dyscyplin naukowych w zakresie rekrutacji młodych talentów ma związek również z tym, czego Platt nie uwzględnił: "czynnikiem fajności (coolness factor)". Chociaż zainteresowanie nauką nie sprawi, że będziesz popularny w szkole średniej, a nawet na uniwersytecie, kujoni dobrze wiedzą (choć fakty tego nie potwierdzają), że zajmowanie się fizyką, w szczególności fizyką cząstek, jest dużo fajniejsze niż zajmowanie się geologią, ekologią czy na pewno jedną z nauk społecznych - niektórzy w środowisku akademickim nadal uważają ten ostatni termin za oksymoron (nie wierzysz? Obejrzyj dowolny odcinek popularnego serialu telewizyjnego The Big Bang Theory i zwróć uwagę zwłaszcza na interakcje między cudownie nerwowym i społecznie nieprzystosowanym fizykiem teoretycznym Sheldonem Cooperem a osobami, które nie są fizykami teoretycznymi - czyli wszystkimi innymi). "Czynnik fajności" prawdopodobnie ma rozmaite źródła, z których wcale nie najmniej ważnym jest wspomniany właśnie fakt, że na fizykę przeznacza się więcej pieniędzy niż na rozwój innych dyscyplin naukowych. Nie bez znaczenia jest także duży wpływ społeczny kilku ikonicznych postaci, jak Einstein (kiedy ostatni raz słyszałeś, że kogoś chwalą za bycie "jak Darwin"?).

Innym powodem, który Platt wymienia, ale który pozostawia bez analizy, jest względna złożoność przedmiotów badań w różnych dyscyplinach naukowych. Wydaje mi się, iż jest to trywialnie prawdziwe, że fizyka cząstek zajmuje się najprostszymi przedmiotami w całym wszechświecie: atomami i ich składowymi. Na przeciwnym biegunie jest biologia, która bada najbardziej złożone obiekty, jakie zna ludzkość: organizmy zbudowane z miliardów komórek i ekosystemy, których właściwości zależą od dziesiątek tysięcy zmiennych. Pośrodku mamy wiele nauk zajmujących się stosunkowo prostymi (chemia) lub nieco bardziej złożonymi (astronomia, geologia) przedmiotami, więc z grubsza tworzą kontinuum, które odpowiada popularnemu postrzeganiu przez ludzi podziału na dyscypliny twarde i miękkie. Oznacza to, że można sformułować przekonujący argument, iż fizycy odnieśli sukces dlatego, że jest im łatwiej. Nie jest to w żadnym razie próba bagatelizowania spektakularnego postępu fizyki czy chemii, ma za to na celu umieszczenie go w bardziej rozsądnej perspektywie: jeśli badasz proste zjawiska, otrzymujesz na ten cel mnóstwo pieniędzy i jesteś w stanie przyciągnąć najświatlejsze umysły, bo uważają, że to, co robisz, jest naprawdę fajne - byłoby zdumiewające, gdybyś nie dokonał olśniewającego postępu!

Być może najbardziej przekonującym dowodem potwierdzającym związek między prostotą przedmiotu a wskaźnikiem sukcesu jest biologia molekularna, zwłaszcza jej niedawne przejście od dyscypliny zorientowanej chemicznie do zorientowanej raczej biologicznie. Platt opublikował swój artykuł w 1964 r., zaledwie jedenaście lat po tym, jak James Watson, Francis Crick i Rosalind Franklin odkryli strukturę podwójnej helisy DNA. Inne odkrycia - w tym pokazanie, jak replikuje się DNA z perspektywy chemicznej, odczytanie kodu genetycznego oraz wyjaśnienie wielu aspektów skomplikowanej maszynerii molekularnej w komórce - nastąpiły w zapierającym dech w piersiach tempie. Do lat dziewięćdziesiątych biologia molekularna zaczęła przechodzić w nową fazę genomiki16 dzięki wysokoprzepustowym instrumentom generującym oszałamiającą ilość danych, które musiano opracować za pomocą metod statystycznych (oto jedna z cech nauki "miękkiej"). Chociaż wczesnym wezwaniom do sfinansowania projektu ludzkiego genomu towarzyszyły niekiedy szalenie optymistyczne twierdzenia, że naukowcy wkrótce będą w stanie zrozumieć, w jaki sposób można stworzyć człowieka, wyleczyć raka, i tak dalej - w rzeczywistości jesteśmy prawie śmiesznie daleko od osiągnięcia tych celów. Nawet biologowie molekularni zaczynają uświadamiać sobie, że złota era postępu szybkiego i pewnego być może się już zakończyła i że teraz stoimy w obliczu niewygodnych gór szczegółów dotyczących biochemii i fizjologii żywych organizmów - szczegółów bardzo trudnych do zrozumienia. Innymi słowy: jesteśmy świadkami transformacji twardej nauki w miękką!

Pomimo wszystkich tych zastrzeżeń przejdźmy do głównego twierdzenia Platta: różnica między twardą a miękką nauką jest sprawą metody, a w szczególności tego, co nazywa on "mocnym wnioskowaniem". "Wnioskowanie" to ogólny termin używany na określenie procesu dochodzenia do (wstępnego) wniosku dotyczącego konkretnego problemu na podstawie dostępnych dowodów. Jeśli na przykład prowadzimy dochodzenie w sprawie morderstwa, możemy wywnioskować, kto je popełnił na podstawie analizy odcisków palców, broni, motywów, okoliczności itd. Wnioskowanie może być słabsze lub mocniejsze w zależności od tego, ile dowodów wskazuje na konkretny wniosek, a także od liczby możliwych rozwiązań alternatywnych (jeśli istnieje zbyt wiele konkurencyjnych hipotez, dowody mogą nie wystarczać do rozróżnienia między nimi; sytuację taką filozofowie nazywają niezdeterminowaniem teorii przez dane). Terminu "mocne wnioskowanie" Platt użył do określenia następującej procedury:

1. Sformułuj kilka alternatywnych hipotez.

2. Opracuj serię "kluczowych" eksperymentów, aby przetestować te hipotezy; najlepiej, jeśli każdy eksperyment będzie w stanie wykluczyć określoną hipotezę, jeśli rzeczywiście jest ona fałszywa.

3. Przeprowadź te eksperymenty w sposób tak przejrzysty, jak to możliwe (aby zmniejszyć dwuznaczności w interpretacji wyników).

4. Wyeliminuj hipotezy, które odpadły po wykonaniu przez ciebie kroku 3 i wróć do kroku 1, dopóki nie pozostanie ci tylko hipoteza zwycięska.

Jak wyraził to Sherlock Holmes w "Znaku czterech": "skoro wyeliminujesz rzeczy niemożliwe, to to, co pozostanie, chociaż nieprawdopodobne, musi być prawdą". Brzmi to dość prosto. Dlaczego więc fizycy potrafią to robić, a ekolodzy czy psychologowie nie umieją zastosować tak prostej procedury?

Walorem mocnego wnioskowania jest to, że to niezwykle logiczny sposób postępowania: Platt wyobraża sobie logiczne drzewo decyzyjne, podobne do zaimplementowanych w wielu programach komputerowych, gdzie każdy eksperyment mówi nam, że jedną gałąź drzewa (jedną hipotezę) należy odrzucać, dopóki nie otrzymamy właściwego rozwiązania. Zdaniem Platta twarda nauka działa, ponieważ uprawiający ją stosują mocne wnioskowanie, zawsze zajęci przycinaniem swoich drzew logicznych. Tymczasem uprawiający miękkie nauki z jakiegoś przewrotnego powodu uparcie odmawiają udziału w takim przycinaniu i w konsekwencji niszczą swoje kariery, rozrzucając cegły wiedzy na swoich podwórkach, zamiast budować fantastyczne katedry wiedzy. W tym obrazie musi być coś w oczywisty sposób wadliwego - a nawet przewrotnie samopotwierdzającego - trudno sobie wyobrazić, żeby profesjonalnie wyszkoleni naukowcy nie zdawali sobie sprawy z tego, iż działają w całkowicie niewłaściwy sposób, zwłaszcza jeśli rozwiązanie jest tak proste, że mógłby łatwo je zrozumieć i wdrożyć uczeń szkoły średniej. Co się dzieje?

Wskazówkę potrzebną do znalezienia odpowiedzi możemy znaleźć, analizując własne przykłady Platta, którymi ilustruje on przypadki udanego zastosowania mocnego wnioskowania. Na przykład w biologii molekularnej wspomina o odkryciu struktury podwójnej helisy DNA, materiału dziedzicznego. Watson, Crick, Franklin i inni pracujący nad tym problemem (tacy jak dwukrotny laureat Nagrody Nobla Linus Pauling, który aż do samego końca był bliski pokonania zespołu Watson-Crick) stanęli przed ograniczoną liczbą wyraźnych alternatyw: DNA składa się z dwóch nici (jak sądzili Watson i Crick, co się zresztą potwierdziło) albo z trzech (jak błędnie wywnioskował Pauling). Nawet przy tak prostym wyborze naprawdę nie było żadnego "kluczowego eksperymentu", który rozstrzygnąłby sprawę; przeciwnie, Watson i Crick mieli wystarczającą liczbę informacji z różnych źródeł (były nimi głównie analizy krystalograficzne Franklin), aby móc ostatecznie stwierdzić, że zwycięzcą jest model z dwiema helisami. Inny przykład z artykułu Platta dotyczy fizyki wysokich energii i podejmuje zagadnienie, czy cząstki elementarne zawsze zachowują określoną wielkość zwaną "parzystością". Odpowiedź brzmi "tak" bądź "nie", innych możliwości nie ma, nieliczne zaś eksperymenty szybko wskazały rozwiązanie: parzystość nie zawsze zostaje zachowana. Kropka. Wspólną cechą tych przypadków sukcesu w naukach przyrodniczych jest to, że poddają się prostej analizie logicznej: istnieje ograniczona liczba opcji, które wzajemnie się wykluczają. Jak drzewa logiczne sprawdzają się bardzo dobrze w klasycznej logice arystotelesowskiej (w której jedyne wartości, jakie można przypisać twierdzeniu, to prawda lub fałsz), tak mocne wnioskowanie bardzo dobrze sprawdza się w pewnym rodzaju pytań naukowych.

Każdy logik (a także większość ludzi obdarzonych zdrowym rozsądkiem) jednak doskonale wie, że obszar stosowania logiki Arystotelesowskiej jest dość ograniczony. Wiele interesujących pytań nie dopuszcza prostego wyboru tak/nie. W związku z tym współczesna logika opracowała szereg dodatkowych metod (na przykład logikę multimodalną i rozmytą), aby mogła poradzić sobie z bardziej zniuansowanymi sytuacjami, które są typowe dla rzeczywistych problemów. Podobnie, tak zwane nauki miękkie podejmują przede wszystkim złożone zagadnienia, które wymagają bardziej wyszukanych, ale często mniej precyzyjnych podejść; mogą być one mniej zadowalające (ale bardziej realistyczne) niż mocne wnioskowanie, gdyż dają odpowiedzi probabilistyczne (w przeciwieństwie do jakościowych). Świat zewnętrzny jest zagmatwany i podobnie rzecz się ma w przypadku naukowych podejść, które opracowaliśmy, aby móc go zrozumieć.

Do tej pory jednak zakładaliśmy, że słowo "nauka" odnosi się do określonego rodzaju działalności i że nawet gdy rozróżniamy twarde i miękkie odmiany nauki, we wszystkich tych dyscyplinach zachodzi fundamentalna jedność metod i celów. Ale czy jest tak faktycznie?

"Nauka" może nie być po prostu czymś jednym

Jako aktywny naukowiec zawsze zakładałem, że nauka jest jednym dobrze zdefiniowanym rodzajem działalności. Co ważniejsze, mimo że jestem biologiem, zaakceptowałem pogląd fizyków, że - przynajmniej w zasadzie - wszystko sprowadza się do fizyki, że ma sens dążenie do "teorii wszystkiego". Jak trafnie wyraził to filozof Jerry Fodor w swoim klasycznym artykule z 1974 r.:

Typową tezą pozytywistycznej filozofii nauki jest to, że wszystkie prawdziwe teorie w naukach szczegółowych [czyli wszystkich oprócz fizyki fundamentalnej, łącznie z fizyką niefundamentalną] powinny na dłuższą metę zredukować się do teorii fizycznych. Ma to być teza empiryczna, a części dowodów na jej poparcie dostarczają takie naukowe osiągnięcia, jak molekularna teoria ciepła i fizyczne wyjaśnienie wiązania chemicznego. Ale filozoficznej popularności programu redukcjonistycznego nie można wyjaśnić jedynie przez odniesienie do tych osiągnięć. Rozwój nauki był świadkiem wyodrębniania się wyspecjalizowanych dyscyplin co najmniej tak często, jak obserwowano ich redukcję do fizyki, tak więc powszechny entuzjazm dla redukcji nie może być jedynie indukcją na podstawie jej wcześniejszych sukcesów17.

Dzieje nauki wygenerowały więc znacznie więcej rozbieżności na poziomie teoretycznym - poprzez wyodrębnianie się nowych teorii w ramach poszczególnych nauk "szczegółowych" - niż udanych przypadków redukcji. Jeśli w ogóle, to indukcja przebiega w przeciwnym kierunku, potwierdzając koncepcję, że nauka jest różnicującym się zbiorem częściowo powiązanych ze sobą obszarów, a nie jednym rodzajem działalności.

Nawet niektórzy naukowcy faktycznie są skłonni przyjąć przynajmniej pewien rodzaj sceptycyzmu dotyczącego poglądu, że "fundamentalna" fizyka jest tak fundamentalna (oczywiście jest, w trywialnym sensie ontologicznym, omówionym powyżej: wszystko składa się z kwarków, strun, bran czy czegokolwiek). Na początku lat dziewięćdziesiątych toczyła się słynna debata na temat tego, czy Stany Zjednoczone powinny zbudować gigantyczny akcelerator cząstek znany jako Superconducting Super Collider (SSC). SSC byłby większy niż Large Hadron Collider (Wielki Zderzacz Hadronów), ostatecznie zbudowany w Szwajcarii (co doprowadziło do odkrycia bozonu Higgsa); pomysł został w końcu odrzucony przez Kongres USA jako zbyt kosztowny. Laureat Nagrody Nobla z fizyki, Steven Weinberg, zeznawał przed Kongresem, broniąc tego projektu, ale niektórzy z jego kolegów zeznawali przeciwko SSC, a ich argumentacja odnosiła się właśnie do faktu, że fizyka fundamentalna staje się coraz mniej istotna dla reszty fizyki - nie mówiąc już o biologii czy naukach społecznych.

Fizyk ciała stałego Philip W. Anderson już w 1972 r. antycypował argumenty, którymi posłużył się w zeznaniach przeciwko SSC18: "Im więcej fizycy cząstek elementarnych mówią nam o naturze podstawowych praw, tym mniej wydają się mieć znaczenie dla prawdziwych problemów podejmowanych przez resztę nauki"19. Tyle na temat teorii fundamentalnej wszystkiego - czy nauce o wszystkim.

Wróćmy teraz do artykułu Fodora z 1974 r., próbując zrozumieć, dlaczego autor jest sceptyczny wobec redukcji teorii:

Jeśli okaże się, że funkcjonalna dekompozycja układu nerwowego [przedmiot psychologii] odpowiada jego dekompozycji neurologicznej (anatomicznej, biochemicznej, fizycznej), to pozostaną tylko racje epistemologiczne za badaniem tego pierwszego zamiast tego drugiego. Ale przypuśćmy, że nie ma takiej korespondencji? Załóżmy, że funkcjonalna organizacja układu nerwowego przecina organizację neurologiczną (tak, że całkiem różne struktury neurologiczne mogą zachowywać identyczne funkcje psychologiczne w różnych czasach lub w różnych organizmach). Zatem istnienie psychologii nie zależy od faktu, że neurony są niestety tak małe, lecz raczej od faktu, że neurologia nie zakłada istnienia rodzajów naturalnych, czego wymaga z kolei psychologia20.

Tuż przed tym fragmentem Fodor uzasadnia pokrewne, jeszcze bardziej interesujące stwierdzenie:

Gdyby tylko cząstki fizyczne nie były tak małe (gdyby tylko mózgi były na zewnątrz, gdzie można by im się przyjrzeć), to zamiast paleontologii uprawialibyśmy fizykę (neurologię zamiast psychologii; psychologię zamiast ekonomii i tak coraz niżej). [Ale] nawet gdyby mózgi znajdowały się na zewnątrz, gdzie można by je obejrzeć, w obecnym stanie rzeczy nie wiedzielibyśmy, czego szukać: brakuje nam odpowiedniego aparatu teoretycznego do psychologicznej taksonomii zdarzeń neurologicznych.

Chodzi o to, że kiedy niektórzy fizycy mówią nam, że "w zasadzie" cała wiedza o świecie jest redukowalna do fizyki, mamy prawo zadać sobie pytanie, do jakiej zasady epistemicznej oni się odwołują. Fodor twierdzi, że gdyby ich zmusić do ujawnienia tej zasady, nie mieliby pojęcia, od czego zacząć, aby móc zredukować socjologię, ekonomię, psychologię, biologię i inne nauki do fizyki fundamentalnej. Zdaje się, że nie istnieje żadna "zasada", która mogłaby być przewodnikiem w takim dążeniu - a to problem mający o wiele większe znaczenie niż praktyczne ograniczenia czasu i możliwości obliczeniowych. Posłużę się w tej sytuacji następującą analogią: gdybym ci powiedział, że mając wystarczającą ilość czasu i energii, mógłbym wyliczyć wszystkie cyfry największej znanej liczby pierwszej, ale potem bym tego nie zrobił - ponieważ, no wiesz, ta cholerna liczba ma 12 978 189 cyfr - nie miałbyś żadnych zasadniczych zastrzeżeń do mojego oświadczenia. Teoretycznie mam rację, ale nie mogę tego wykazać, gdyż to zadanie jest zbyt złożone (i nudne). Natomiast gdybym powiedział ci, że istnieje nieskończenie wiele liczb pierwszych, miałbyś całkowitą słuszność, prosząc mnie przynajmniej o zarys takiego dowodu (który, mimochodem mówiąc, istnieje) i na pewno nie byłbyś usatysfakcjonowany jakimkolwiek niejasnym stwierdzeniem z mojej strony, że "w zasadzie" nie widzę żadnego powodu, dla którego powinna istnieć granica zbioru liczb pierwszych.

I to niezależnie od tego, czy ktokolwiek ma jakieś pozytywne powody do tego, by poważnie potraktować koncepcję niemożliwości ostatecznej redukcji teorii, a więc co za tym idzie, fundamentalnego braku jedności nauki (w kategoriach teoretycznych, nie zaś ontologicznych)? Tak właśnie twierdzi Nancy Cartwright21. Sformułowała ona pogląd znany w filozofii nauki jako antyrealizm teoretyczny, z którego wynika odrzucenie standardowej koncepcji - niemal uniwersalnie przyjmowanej wśród naukowców i w pewnej mierze popularnej wśród filozofów - że prawa przyrody są prawdziwymi uogólnionymi opisami zachowywania się rzeczy, zwłaszcza cząstek (albo też pól... to bez znaczenia). Cartwright sugeruje natomiast, że teorie są twierdzeniami o tym, jak rzeczy (bądź cząstki, bądź pola...) zachowywałyby się zgodnie z wyidealizowanymi modelami rzeczywistości.

Jeśli Cartwright ma rację, to takie modele nie są prawdziwe, a więc - mówiąc ściśle - to, co uważamy za prawa przyrody, jest fałszywe. Zaskakujące może być odkrycie, że samo pojęcie praw przyrody (zwłaszcza z przypisywaną im początkowo dosłowną implikacją, że istnieje dawca tych praw, czyli Bóg) było kontrowersyjne, gdyż bronił go Kartezjusz, a atakowali je Hobbes i nie kto inny jak jeden z najbardziej znanych naukowców wszechczasów, Galileusz22. Ale twierdzenie Cartwright jest znacznie bardziej radykalne i uważam, że zasługuje na uwagę, nawet jeśli w końcu można je odrzucić (przyznaję się do bycia uznającym jego wartość agnostykiem).

Cartwright odróżnia dwa sposoby myślenia o prawach: prawa "fundamentalne" mają opisywać prawdziwą, głęboką strukturę wszechświata. Natomiast prawa "fenomenologiczne" są przydatne do tworzenia prognoz empirycznych i wystarczają do tego celu, ale tak właściwie są one fałszywe.

Obecnie można stwierdzić istnienie wielu przypadków, co do których nawet fizycy zgodziliby się z Cartwright. Weźmy prawa mechaniki newtonowskiej: działają one wystarczająco dobrze dla prognoz empirycznych (w obrębie określonej dziedziny zastosowań), ale wiemy, że są fałszywe, jeśli rozumieć je jako prawdziwie uniwersalne (właśnie dlatego że mają ograniczoną dziedzinę zastosowań). Według Cartwright wszystkie prawa i uogólnienia naukowe, zarówno w fizyce, jak i w naukach "szczegółowych", są właśnie takie - fenomenologiczne.

Przypisy

PRZYPISY

1 J. Bentham, Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa, tłum. B. Nawroczyński, PWN, Warszawa 1958, s. 442 (przyp. tłum.).

2 Ten cytat nie występuje w podanej pracy, lecz w eseju "An Outline of Intellectual Rubbish: A Hilarious Catalogue of Organized and Individual Stupidity", opublikowanym w: Unpopular Essays, Simon & Schuster, New York 1950, s. 72 (przyp. tłum.).

3 Do ataków doszło w roku 2001 (przyp. tłum.).

4 W: D. Hume, "O cudach", Badania dotyczące rozumu ludzkiego, przeł. J. Łukasiewicz, K. Twardowski, PWN, Warszawa 1977, rozdz. X, s. 133.

5 W oryginale występuje termin "priors", który jest często używanym skrótem od "a priori probability". By uniknąć nieporozumień związanych z błędnym skojarzeniem tego rodzaju prawdopodobieństwa z apriorycznością w sensie filozoficznym, w języku polskim stosuje się nazwę "prawdopodobieństwo pierwotne" jako przeciwstawne "prawdopodobieństwu wtórnemu", o którym autor pisze w kolejnym akapicie (przyp. tłum.).

6 M. Pigliucci, Denying Evolution: Creationism, Scientism, and the Nature of Science, Sinauer, New York 2002.

7 Zob. J. Annas, Sextus Empiricus: Outlines of Scepticism, Cambridge University Press, Cambridge 2000.

8 Argument znany jako trylemat Münchausena bądź trylemat Agryppy (nazwa pochodzi od imienia greckiego sceptyka, któremu Diogenes Laertios przypisuje oryginalne sformułowanie).

9 K. Popper, Logika odkrycia naukowego, przeł. U. Niklas, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002.

10 Klasyczne tłumaczenia anglojęzyczne W. Rhysa Robertsa trzech książek Arystotelesa poświęconych retoryce są dostępne online na stronie: http://classics.mit.edu/Aristotle/rhetoric.html.

11 Autor posługuje się terminem "nauka", zasadniczo rozumiejąc przez to słowo "nauki przyrodnicze". W celu uniknięcia nieporozumień konieczne było w niektórych przypadkach wyraźne wyeksponowanie tego w tłumaczeniu (przyp. tłum.).

12 J.R. Platt, "Strong Inference", Science 146 (1964), s. 347-353.

13 Bardziej zaawansowane omówienie tego, zob. M. Pigliucci, "Do We Need an Extended Evolutionary Synthesis?", Evolution 61 (2007), s. 2743-2749. Także K. Laland i in., "The Extended Evolutionary Synthesis: Its Structure, Assumptions and Predictions", Proceedings of the Royal Society B 282.

14 J.R. Platt, "Strong Inference", 347, dz. cyt.

15 Tak, mam świadomość istnienia nowych trendów w XX-wiecznej muzyce symfonicznej. Po prostu twierdzę, że były znacznie mniej spektakularne niż ich odpowiedniki w jazzie. Podobnie, nawet Platt nie twierdziłby, że nauki "miękkie" w ogóle się nie rozwijają - powiedziałby jedynie, że "robią" to znacznie wolniej niż nauki przyrodnicze.

16 Nie wspominając o innych "-omikach", takich jak proteomika (badanie właściwości wszystkich białek wytwarzanych w komórce), metabolomika (wszystkie produkty chemiczne metabolizmu) czy fenomika (badanie prawie wszystkiego, co dzieje się w organizmie biologicznym).

17 J. Fodor, "Special Sciences", w: The Philosophy of Science, red. R. Boyd, P. Gasper, J.D. Trout, MIT Press, Cambridge, MA 1991, s. 429.

18 Anderson zeznawał przed komisją senatu w czerwcu 1987 r. Ich pełną treść opublikował The Scientist (https://www.the-scientist.com/opinion-old/the-case-against-the-ssc-63734) (przyp. tłum.).

19 P.W. Anderson, "More Is Different", Science 177 (1972), s. 393-396.

20 "Rodzaj naturalny" w filozofii to zgrupowanie rzeczy, które nie jest sztuczne i niejako przecina przyrodę wzdłuż jej naturalnych połączeń. Typowym przykładem jest pierwiastek chemiczny, taki jak złoto. Zob. A. Bird, "Natural Kinds", Stanford Encyclopedia of Philosophy (2008), https://plato.stanford.edu/entries/natural-kinds/.

21 N. Cartwright, How the Laws of Physics Lie, Oxford University Press, Oxford 1983. Innym współczesnym, wybitnym filozofem nauki traktującym tę sprawę poważnie jest Ian Hacking - zob. I. Hacking, Representing and Intervening: Introductory Topics in the Philosophy of Natural Science, Cambridge University Press, Cambridge 1983.

22 Zob. M. Pigliucci, "Are There Natural Laws?", Rationally Speaking (3 października 2013), http://rationallyspeaking.blogspot.com/2013/10/are-there-natural-laws.html.