Marzec
Siedlisko bociana przy domu, zarówno chłopka, jak pana, to
charakterystyczne znamię naszej słowiańskiej zagrody. Bocian to praw?iwy
przyjaciel domu [...]. Lud mniema, że piorun nie uderza w strzechę, na
której gnieżdżą się bociany, że grad nie pada na ich gniazdo, że bocian
przeczuwa wojnę i rok głodu. Mazur utrzymuje, że Chrystus jakiegoś
obmówcę zamienił w bociana i kazał mu za karę świat boży z plugastwa
oczyszczać. Bocian polski, jakby odczuwając przyjazne względem niego
pojęcia lu?i, garnie się chętnie do strzech wieśniaczych, a lud zowie go
rozmaicie: boćkiem, wojtkiem i wojtusiem. ?ieci wiejskie, upatrując
bociany pławiące się kręgiem na wyżynach błękitnego nieba, wołają do
nich: "Wojtek w koło! Wojtek w koło!".
Zygmunt Gloger, Dolinami rzek
Wciąż brak kolorów. Na łąkach cisza. Wszystko jak martwe. Wiatr zrzuca
kaptur z głowy, a przytrzymujące go dłonie, chociaż w grubych
rękawiczkach, grabieją. Dzień wyraźnie się wydłuża. Słońce częściej
wygląda zza chmur i coraz później schodzi za horyzont. Codziennie po
południu wychodzę na łąki i wyglądam bocianów. Szukam śladów zieleni na
skostniałych gałęziach, świeżej trawy pośród uschniętych źdźbeł.
Spoglądam w niebo, szukając skowronka na siwobłękitnym niebie. Gdzieś
pod lasem zaczynają się drzeć żurawie.
W marcu tamtego roku mój świat zamknął się w sadzie, na łące, w lesie.
Poznałam każdy kamień, każde źdźbło trawy, każdą strugę. Sarny witałam
jak dobre znajome. Znałam kryjówki bażantów. Wiedziałam, gdzie krogulec
ma gniazdo. Każdy element tego niewielkiego krajobrazu wdrukowałam w pamięć. A jednak codziennie patrzyłam nań jak na coś widzianego po raz
pierwszy. Każdego dnia światło i cień rysowały mi wszystko od początku.
Pierwsze bociany pojawiają się tu około 20 marca. Tamtego roku właśnie w ten dzień, w moje urodziny, zobaczyłam na łące za domem pierwszego
biało-czarnego ptasiora na czerwonych nogach, z równie czerwonym
długaśnym dziobem - arcypolski symbol wiosny przynoszący nadzieję i radość, że skoro przetrwało się zimę, to życie się jeszcze nie kończy.
Cała okolica żywi chyba podobne uczucia. Wypytujemy się z sąsiadami: czy
ktoś już widział? Czy już są? Czy siadają na gniazdach? Które zajęte
jako pierwsze? Wieś, nieszczególnie wrażliwa na los zwierząt, przylotem
bocianów interesuje się bardzo. Bo bocian to wiosna. Przylot tych ptaków
to sygnał, że czas zaczynać kolejny cykl życia. Nawet jeśli pogoda nadal
byle jaka, bo i śniegiem może sypnąć, i mróz może chwycić, to wszyscy
jesteśmy już myślami przy wiosennych pracach, które mają nam potem
przynieść plony: warzywa, owoce i zioła.
We wsi jest sporo gniazd, najwyraźniej cała okolica bardzo bocianom
odpowiada. Rozległe łąki to dla nich idealny teren do życia. Szczęśliwie
uprawa kukurydzy i rzepaku nie zajmuje jeszcze całego obszaru, a pola są
raczej niewielkie. Bociany przylatują tu więc co roku licznie i z sukcesem wychowują kolejne pokolenia. Na rozległych łąkach pożywienia
nie brakuje. W maju, gdy tylko rozpoczyna się koszenie - zbyt wczesne
dla innych ptaków i drobnych ssaków - bociany tłumnie kroczą za
ciągnikami, wykorzystując okazję do napchania dziobów.
Tymczasem w marcu powoli nadchodzi wiosna i zaczyna się czas
intensywnych porządków. Po przylocie gniazda trzeba naprawić,
rozbudować, ulepszyć. W tym okresie bociany zaglądają do naszego sadu.
Zbierają zeszłoroczne siano, które, podobnie jak gałęzie przyciętych
drzew, zostawiamy w niewielkich kupkach, by małe zwierzęta mogły w nich
przezimować. Wiosną porządki pomagają mi robić ptaki. Poza bocianami
materiał na gniazda zbierają sroki, grzywacze, szpaki i mazurki.
Bocianów ciągle dużo, ale liczebność innych gatunków nie jest niestety
powodem do optymizmu. Chociaż i w tej kwestii tamtego roku było jakoś
inaczej. Przed laty wiosną łąki zalewała woda, zamieniając je w płytkie,
ale rozległe jeziora. Bardzo to odpowiadało czajkom i rycykom. Nie
brakowało kszyków, pod niebem śmigały jaskółki. Po mokrych trawach z godnością przechadzały się żurawie i bociany. Potem łąki zaczęły schnąć.
Czajki i rycyki zniknęły na wiele lat. Aż tamtego roku nagle pojawiło
się więcej ptaków. Po długiej przerwie na łące pod lasem znów spotkałam
rycyki, ledwie kilka, ale były. Pojawiły się też spore stada czajek.
Przyleciały kuliki, których sylwetek i nerwowego krzyku nie da się z niczym pomylić. Na łąki zalatywała para bocianów czarnych. Często
spotykałam też czaple - białe i siwe. Żurawie zadomowiły się na dobre.
Któregoś ranka jak zwykle wyszłam do sadu i zobaczyłam, jak za
żywopłotem ze zdziczałych wiśni i śliw przechadzały się cztery gęgawy.
Zaroiło się jakoś i zrobiło gwarno, chociaż łąki wciąż były suche.
Patrząc na wschód11
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - ta odwieczna prawda
zmaterializowała się także w moim przypadku. Gdy zamieszkałam we wsi,
przybliżył się wschód, a Warszawa stała się odległym punktem, miejscem,
do którego od czasu do czasu wzywają mnie obowiązki. Wschód stał się
domem, a nie miejscem, w które przyjeżdżam na weekendy i specjalne
okazje. Miałam taki zwyczaj, że na kilka dni wokół moich urodzin
wyjeżdżałam na odludzie. Moje urodziny wypadają w dniu, kiedy północna
półkula znów chyli się ku Słońcu. Zaczyna się wiosna. Przylatują nie
tylko bociany. Nad polami wydzierają się skowronki, a na zamarzniętych
jeszcze polach odpoczywają stada żurawi i gęsi. I na obserwacje tychże
gęsi wybierałam się co roku o tej samej porze nad Biebrzę - w miejsce,
które, jak się potem dowiedziałam, wcale nie znajdowało się na Podlasiu.
Ale to akurat szczegół bez znaczenia. Ważny był tamten czas - kilka dni
tuż nad rzeką w małym drewnianym domku ogrzewanym kominkiem. Pod dom
podchodziły łosie i sarny, a nad naszymi głowami przelatywały tysiące
ptaków. Tysiące - dosłownie, nie wyolbrzymiam.
Tamtego roku nie pojechaliśmy. Nikt wtedy nigdzie nie jeździł. Okazało
się jednak, że nie muszę się ruszać z domu, bo gęsi przyleciały do mnie.
Skala nieporównywalnie mniejsza, ale wystarczająca, by cieszyć się z corocznego rytuału. Nad Biebrzę wróciliśmy niecałe dwa lata później,
kilka tygodni wcześniej niż zwykle. Dokładnie pamiętam ten dzień. 26
lutego, sobota. Po dwóch dobach nieustannego śledzenia wiadomości z Ukrainy potrzebowaliśmy resetu. I znów monotonne szarobrązowe pola i wypłowiałe nadrzeczne łąki stały się doskonałym miejscem na ucieczkę od
świata. Zawsze będę tam wracać. Dobrze mi robią te pustacie, te ciche
wioski, ta rzeka. Ale mój wschód znacznie poszerzył swoje granice, więc
i Biebrza musi się trochę przesunąć, by zrobić miejsce innym rzekom -
Narwi, a przede wszystkim Bugowi, którego oba brzegi zaczęłam na nowo
odkrywać.
Ponowne odkrywanie zaczęło się od Grabarki. Byłam tam kiedyś, bardzo
dawno temu, co uświadomiłam sobie, przechadzając się pośród wotywnych
krzyży w zimny dzień majowego święta. Upływ czasu jest w tym świętym
miejscu niezauważalny, ale następują momenty, gdy doświadcza się go z dotkliwą wyrazistością. Najczęściej gdy spotykamy ludzi po długiej
przerwie - innych, zmienionych. Albo dawno niewidziane dzieci, które
stały się już niemal dorosłe, chociaż gdy widzieliśmy je poprzednim
razem, ledwo sięgały stołu. Uświadamiamy sobie wówczas, że czas zmienia
też nas. Na Świętej Górze nie spotkałam nikogo znajomego - ani z dziećmi, ani bez - ale zobaczyłam mnogość krzyży. Przez te wszystkie
lata ten swoisty las wyraźnie zgęstniał.
Krótka przejażdżka i powrót po latach do miejsca, które zapisało się
jako trwałe wspomnienie, były moją pierwszą wycieczką po wielu
miesiącach w pewnym stopniu przymusowego, a w pewnym dobrowolnego
oddalenia od ludzi. W to późne popołudnie, w ostatni dzień długiego
weekendu, chłodny niczym w środku marca i zapowiadający kolejny zimny
maj, nie było tam tłumów. Idealne warunki do kontemplowania przemijania
i wieczności. Dzwony biły na nabożeństwo, siostry nadbiegały z różnych
stron i znikały w ciemnym wnętrzu cerkwi. Identyczne sceny obserwowałam
w rumuńskich monasterach. Zakonnica w czarnym habicie biegnąca do cerkwi
obudziła tęsknotę, a jednocześnie stała się doskonałą ilustracją
jedności wschodu - tu na Podlasiu i gdzieś na Bukowinie czy w Neam?
podobne do siebie siostry zmierzają o wyznaczonych godzinach do cerkwi,
by oddać hołd temu samemu Bogu i tym samym świętym przedstawionym na
podobnych, a czasem takich samych ikonach. Wśród krzyży wotywnych
wypatrzyłam jeden postawiony na Świętej Górze przez pielgrzymów z Mołdawii.
Kilka miesięcy później, już w innym miejscu, przyszło mi do głowy
jeszcze jedno bardzo wyraźne skojarzenie z Rumunią - niebieski cmentarz.
Jest taka rumuńska wieś, bardzo modna, odwiedzana przez rzesze turystów.
Tym, co ich przyciąga, jest właśnie najsłynniejszy rumuński cmentarz z niebieskimi nagrobkami. Cimitirul Vesel din Săpân?a - Wesoły Cmentarz w Săpân?y. Cmentarz nie może być wesoły - mógłby ktoś od razu
zaprotestować. W końcu to miejsce wiecznego spoczynku, smutku, wspomnień
dawnego życia, może wcale nie takiego wesołego. A jednak w tej
maramureskiej wsi nastrój jest zgoła odmienny. Nie tylko trudno się nie
uśmiechnąć - czasem trudno nie zaśmiać się w głos. Kto był i widział,
wie, co może wywołać tę wesołość. Kto nie był, bez trudu znajdzie liczne
fotografie w nieskończonych zasobach internetu.
Mały cmentarz w Dubiczach Cerkiewnych taki wesoły może już nie jest. Ale
nie jest też smutny. Za to jest niebieski - jak ten w wiosce Săpân?a. I właśnie ten kolor oraz rzędy niemal identycznych w kształcie nagrobków
skrytych w sosnowym zagajniku natychmiast przypomniały mi rumuńską
wioskę. Niebieski to kolor Podlasia. Wiele tutejszych cerkwi jest
niebieskich, jak te w Koterce, Narwi czy w Bielsku Podlaskim. A albastru, czyli niebieski, to także kolor Rumunii. Wszystko jest
bliższe, niż myślimy - wystarczy tylko w odpowiedniej chwili przywołać
właściwe skojarzenie.
Tamtego majowego popołudnia z Grabarki pojechaliśmy jeszcze do Mielnika.
Spojrzenie na nurt rzeki z góry zamkowej przesądziło sprawę. Od tej
chwili Bug stał się moim przewodnikiem i główną osią, wokół której
obracałam się przez wiele kolejnych miesięcy. Odwiedzałam znane miejsca
i zabierałam tam przyjaciół, którzy wreszcie zaczęli przyjeżdżać po
miesiącach niewidzenia się twarzą w twarz. Każde odwiedziny wiązały się
z obowiązkową wycieczką do Drohiczyna, Mielnika, Grabarki. A ja sama
zrozumiałam, że przynajmniej raz w tygodniu muszę się porządnie
napatrzeć na rzekę. I odkrywać nowe miejsca. Albo stare na nowo. W ten
sposób ten niezbyt szczęśliwy rok okazał się jednocześnie naprawdę
dobrym rokiem nad Bugiem. Nowym otwarciem i początkiem mojej przygody z Podlasiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Zygmunt Gloger, Dolinami rzek. Opisy podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy, Warszawa 1903, s. 104. [wróć]
2. Wiktoryn Kuczyński, Pamiętnik 1668-1737, opracowanie zbiorowe pod kierunkiem Józefa Maroszka, zespół red. Jarosław Kloza et al., Białystok 1999, s. 57. [wróć]
3. Zygmunt Gloger, op. cit., s. 121. [wróć]
4. Ibidem. [wróć]
5. Idem, Geografia historyczna ziem dawnej Polski, Kraków 1980. [wróć]
6. Gmina Sterdyń. Od czasów najdawniejszych. Publikacja informacyjna o gminie Sterdyń, oprac. Zespół redakcyjny, Sterdyń 2012, s. 13. [wróć]
7. "Na tym niewielkim po względem terytorium ziemi drohickiej ścierały się wpływy osadnicze Mazowsza, Litwy i Rusi. [...] osady ruskie były dosyć gęste w okolicy Gródka, Sterdyni, Sokołowa i Drohiczyna, jednak w większości rządzono się tutaj prawem polskim. Rozgraniczenie między ludnością polską a ruską biegło po lewej stronie Bugu: pod Seroczyn, Sabnie, Repki, ogólnie na linii Cetyni wpadającej do Bugu. Stąd też granica między Mazowszem a ziemią drohicką na odcinku między Bugiem a Liwcem biegła na rzeczce Cetyni. Jest to prawdopodobnie pierwotna, naturalna granica między Mazowszem a ziemią drohicką. Spotykało się tutaj miejscowości o mieszanej ludności mazowiecko-ruskiej, np. Rogowo (Rogów), Granne, Ceranowo (Ceranów), Łazowo (Łazów)". Zob. ibidem, s. 129. [wróć]
8. Adam Jarosiński, Szkice z nadbużańskiego Podlasia, Warszawa 1925, s. 6. [wróć]
9. Zob. Józef Milik, Mój pamiętnik, wstęp i opracowanie Mariusz Bechta, Artur Ziontek, wyd. 2, Kosów Lacki 2019, s. 23. [wróć]
10. Adam Jarosiński, op. cit., s. 16. [wróć]
11. Hasło "Patrząc na Wschód" nie jest moim autorskim pomysłem. To nazwa festiwalu, który odbywa się co roku w sierpniu w Budzie Ruskiej, zob. https://www.facebook.com/festiwalpatrzacnawschod [dostęp: 27.11.2023]. [wróć]
Kilka słów tytułem wstępu
Łąki, pola, las na horyzoncie. Niewielka wieś kilka kilometrów od Bugu.
Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Nuda. Ale to tylko pozór, bo nie ma
miejsc nieciekawych. Wszędzie coś się dzieje. Wszędzie można znaleźć
historię przez małe h, które rośnie, wchodzi w związki z innymi małymi h
i niepostrzeżenie przekształca się w H wielkie. Czasami jednak nie
umiemy tego dostrzec. Przyzwyczajeni do uznawania za historię tylko
tego, co potężne - przełomowych bitew, tragicznych powstań, przegranych
wojen - zapominamy, że wszystko bierze swój początek z niepozornych
zdarzeń, a wybitni ludzie nie muszą się rodzić w rodzinach królów i książąt.
Tu nad Bugiem nie urodził się żaden król, ale w nieodległej od naszego
domu nadbużańskiej wsi przyszedł na świat wybitny biblista, badacz i tłumacz rękopisów z Qumran Józef Tadeusz Milik. Stąd pochodzi słynny
przedwojenny operator filmowy Albert Wywerka, któremu polska
kinematografia zawdzięcza takie obrazy jak Znachor, Ada! To nie
wypada! czy Dybuk - najgłośniejszą produkcję w języku jidysz
zrealizowaną w przedwojennej Polsce. Z Nadbuża pochodzi także profesor
Kazimierz Krysiak, rektor SGGW zasłużony w dziedzinie restytucji i ochrony żubrów. I wielu innych przedstawicieli ważnych dziedzin życia,
nauki oraz kultury, działających nie tylko w Polsce. Niektórzy z nich to
wychowankowie owianego legendą sterdyńskiego gimnazjum, którym kierował
pochodzący stąd prawnik - pan Sędzia. Każdy z tych życiorysów zasługuje
na oddzielną opowieść. Dlaczego więc ich nie spisać?
Przez wiele lat żyłam tu krajobrazem i przyrodą, bo na tyle wystarczało
mi czasu, gdy po ciężkim tygodniu pracy miałam po prostu dość ludzi.
Szukałam więc wytchnienia dla oczu, uszu i płuc, ale przede wszystkim
dla głowy. Ale nawet najwspanialsze widoki oglądane po raz tysięczny
powszednieją, a w końcu zaczynają nudzić. Mózg domaga się czegoś
bardziej stymulującego. Nasyciwszy oczy niebem, trawą i lasem,
wypełniwszy płuca powietrzem, szukam czegoś, co nada nadbużańskiemu
mikrokosmosowi treści łączącej przeszłość z przyszłością. Opowieść o tym, co było, zanim się tu zjawiłam, to fundament, na którym mogę
budować własną historię. Ruszam zatem na poszukiwania opowieści o ludziach i zdarzeniach.
Tu historia nie rzuca się w oczy. Tu historia po prostu jest. Schowana
wśród traw i drzew, przycupnięta na brzegu rzeki, ukryta w mrokach
pamięci i przyczajona za pochyłym płotem. Ale czujne oko znajdzie trop
wiodący ku kolejnym. A potem trzeba zacząć zadawać pytania.
Tamtego roku zaczęłam tworzyć opowieść o sobie w tym miejscu. Tamtego
roku wszystko było inaczej.
W małej wiosce śród pól
Na wschód od Sterdyni
Mała wioska usytuowana.
Wśród nadbużańskich pól i łąk
Za małą górką jak gdyby schowana
Marianna Bakońska
No i zostałam wieśniaczką. Tamtego roku. Wiosną, w marcu.
Wszystko tamtego roku poszło nie tak. Wcale nie planowałam przenosin na
wieś już, zaraz. W sumie miło było marzyć co piątek wieczorem o tym, że
kiedyś będzie tu duży dom, a w tym domu my, psy, koty i bujny ogród,
wypieszczony sad, szklarnia, ziemianka, którą co roku będę wypełniała
zapasami od klepiska po sklepienie, żeby starczyło na całą zimę i przednówek dla nas, dla rodziny i wszystkich przyjaciół, którzy nas
odwiedzą. No i pole bez chwastów, bo codziennie będę pielić. Oczywiście
kury i perliczki. I koniecznie co najmniej jedna para gęsi.
Przyjemnie było sobie roić, że jesienią liście klonu i orzechów będą
karnie spadać tylko w wyznaczonym miejscu, a myszy nie będą wygryzać
dziur i zostawiać bobków gdzie popadnie. Że cała rodzina będzie zjeżdżać
na święta, urodziny i będziemy je celebrować bez pośpiechu. Że
przyjaciele będą nas odwiedzać w weekendy i będziemy gadać długo w noc
przy ognisku, bograczu i winie, a następnego dnia rano nikt nie będzie
miał kaca i do Warszawy zabierze kosze wypełnione plonami z naszego
ogrodu. I że nad wszystkim będę czuwać ja w stroju wiejskim a
l'anglaise, z gładko uczesanymi siwymi włosami, elegancka i godna,
zawsze uzbrojona w rękawice i sekator do przycinania róż, których nie
będą zjadać mszyce. I zawsze będę miała czyste, wypielęgnowane
paznokcie.
Ale wszystko poszło nie tak. Jak z tym bodaj chińskim przysłowiem, żeby
uważać, o czym się marzy. A może to nie przysłowie, tylko kawał. Nagle
po ponad ćwierć wieku od dnia, w którym przyjechałam do naszej wsi po
raz pierwszy, zaczęłam patrzeć na tutejsze życie inaczej, jakbym dopiero
teraz zrzuciła łuski z oczu i zobaczyła, co tak naprawdę mnie otacza.
Niby to wszystko widziałam i wiedziałam wcześniej, ale dotykało jakby
mniej. Nieustające powroty do miasta, wyjazdy bliższe i dalsze pozwalały
patrzeć na pewne sprawy przez palce i mgłę tęsknoty doprawionej
sentymentalizmem. Niedogodności traktować z pobłażaniem. Nikczemności,
których dopuszczają się ludzie z bliższego i dalszego sąsiedztwa,
wkurzały, ale i ulatywały z pamięci, im bliżej miałam do Warszawy. Bycie
tu bez przerwy, w świątki, piątki i dni targowe zupełnie zmieniło
perspektywę. Dom objawił mi się w całej swej brzydocie. Wieś została
odarta z resztek sielskości, a i spokój, jak się z czasem okazało, był
li tylko ułudą i wyobrażeniem mieszczucha o wsi, która de facto od
dawna nie istnieje. Nie istnieje i być może nigdy nie istniała. Za to
bardzo dobrze ma się to wszystko, co stanowi o ponurym obliczu
podlasko-mazowieckiej prowincji.
Miał być tylko tygodniowy urlop na czas remontu w warszawskim
mieszkaniu. Nie pakowałam wielu rzeczy poza zapasem filmów na DVD,
brudnopisem książki o Rumunii, którą nieoczekiwanie udało mi się
zainteresować znajomego wydawcę, laptopem i kilkoma książkami, których
potrzebowałam do pracy nad tekstem. Wszak na wsi miałam wszystko, co
potrzebne podczas weekendowych, świątecznych czy urlopowych pobytów.
Przez tydzień naprawdę niczego specjalnego człowiekowi do szczęścia nie
potrzeba. Tym bardziej że w marcu jest zazwyczaj wystarczająco
paskudnie, żeby nie wychodzić z domu. A zapas dresów i gruba kurtka na
spacery z psami to odpowiedni zestaw na mokre i wietrzne przedwiośnie z dala od wielkiego miasta.
Tydzień minął nie wiadomo jak i kiedy. Głównie na marnowaniu czasu. Do
książki ledwo zajrzałam. Z zapałem uprawiałam prokrastynację. Trochę
popracowałam w warzywniku, ale nie przemęczałam się za bardzo. Któregoś
nieco cieplejszego dnia skopałam połowę naszego poletka, wyrwałam
zeschnięte zeszłoroczne badyle kopru i stare nagietki. Zrobiłam
gruntowne porządki w domu, wymiatając kurz i dorodne pajęczyny z najciemniejszych kątów. I tyle. Pojeździłam na rowerze. Przyleciały
pierwsze bociany, pod sad podchodziły żurawie i gęsi. A ja odpoczywałam,
planując już kolejne podróże, bo chociaż wiadomości z dnia na dzień były
coraz gorsze, nie przewidywałam większych zmian na świecie.
W ciągu tego tygodnia jednak wszystko się zmieniło. Zostaliśmy odgórnym
nakazem zamknięci w domach. Szybko stało się jasne, że to nie jest
chwilowa sytuacja. Krótki pobyt wydłużał się i wydłużał. Urlop się
skończył, trzeba było wrócić do pracy. Wszyscy uczyliśmy się
funkcjonowania w nowych warunkach, komunikowania na odległość.
Testowaliśmy narzędzia, wypróbowywaliśmy alternatywne sposoby
wykonywania obowiązków służbowych, które zbliżyły się niebezpiecznie do
sfery prywatnej. W tej sytuacji trzeba było zorganizować życie na nowo,
a dom dostosować i do pracy, i do mieszkania - na stałe.
Gdy już wiedziałam, że nieprędko wrócimy do życia sprzed tamtego marca,
moją pierwszą i najważniejszą potrzebą stało się zorganizowanie miejsca
do pracy z prawdziwego zdarzenia. Wcześniej nigdy nie zajmowałam się
sprawami służbowymi na wsi. To było miejsce, do którego praca, ta
warszawska, nie miała prawa wstępu. Dotąd nie potrzebowałam tu biurka,
notesów, kalendarzy, porządnego komputera. Siedzenie na fotelu z laptopem na kolanach jednak powoli, ale skutecznie rujnowało mój
kręgosłup. A ślęczenia przy komputerze było coraz więcej. Maile, skajp,
te wszystkie tłitery i fejsbuki. Artykuły, no i książka. Cały dzień
stukania w klawiaturę. Przemeblowanie stało się koniecznością. Tym
bardziej że artykuły i końcowe prace nad książką pochłaniały coraz
więcej czasu po godzinach codziennej pracy w wydawnictwie. Trzeba było
zadbać o zdrowie i wygodę. Zorganizowanie porządnego miejsca do pracy i podręcznej biblioteki było istotnym przełomem w moim nowym wiejskim
życiu. Biurko ze starego stołu, nowe krzesło, regały na książki i lampa
stały się symbolami przejścia - początkiem niezupełnie nowego życia, w którym musiałam się nauczyć rozdzielać pracę za pieniądze, pracę dla
przyjemności i odpoczynek.
Tamten rok stał się wyjątkowy nie tylko z powodu krążących w powietrzu
wirusów. Gdy tylko zrobiło się cieplej, zaczęliśmy remont. Latem odszedł
Feri. Po kilkuletniej przerwie w lesie obrodziły grzyby. To jesienią. A potem nastąpiła zima - prawdziwa, mroźna i śnieżna. I bardzo długa.
Wiatr huczał i wywiewał z domu ciepło. Masywne podmuchy waliły o dach, w kominie wyło, jakby zamieszkało w nim stado potępieńców. Łyse gałęzie
starych orzechów bujały się w oszalałym tańcu. Gęsty śnieg padał niemal
poziomo. Temperatura spadała czasem poniżej minus dwudziestu stopni. W takie wieczory, gdy wyjście za dom po drewno do pieca oznaczało walkę z lodowatym wiatrem, przypominała mi się cała literatura i wszystkie
filmy, w których pokazywano prawdziwą zimę gdzieś w Skandynawii albo na
Alasce. Czułam się wtedy jak pionierka walcząca z naturą. Jak zesłaniec
syberyjski. To był czas próby.
I tak zostałam wieśniaczką. Bo mimo wszystko wieś ciągle jest lepsza od
miasta. Tamtego roku okazała się miejscem dającym o wiele więcej
wolności niż kamienica w centrum Warszawy. A w te wieczory, gdy nie
wiało, uczyłam się słuchać ciszy. I to przez tę ciszę wrastałam w wieś
na dobre. Przez nią też zrozumiałam, że nastał czas wielkich zmian.
U nas na Podlasiu
Chądzyń, wś., pow. Sokołowski,
gm. i par. Sterdyń.
W 1827 r. było tu 23 dm., 183 mk.;
obecnie liczy 23 dm., 278 mk. i 166 morg.
Br.Ch.
Słownik geograficzny Królestwa Polskiego
i innych krajów słowiańskich
Wieś znajduje się na wschód od Warszawy. Tuż za naszym domem stoi
tablica z informacją, że tu zaczyna się Nadbużański Park Krajobrazowy.
Do rzeki jest kilka kilometrów, kilkanaście minut rowerem.
Administracyjnie jesteśmy przydzieleni do województwa mazowieckiego, ale
to już Podlasie. Kraina Bugu - Podlasie Nadbużańskie. W drugiej połowie
XIX wieku tak o tym kawałku świata pisał Zygmunt Gloger:
Do tych puszcz bezludnych napływali od zachodu Mazurzy, od południa i wschodu Rusini, a od północy plemię litewskie Jadźwingów, którzy
korzystając z osłabienia Polski Piastowej w dobie po?iałów pomię?y
synów, wnuków i prawnuków Bolesława Krzywoustego, uczynili puszcze
podlaskie szlakiem swoich napadów na żyzną Małopolskę. Po pogromie
Jadźwingów dokonanym przez Leszka Czarnego Mazurzy gromadnie
kolonizowali Podlasie, a rozpraszając się i dalej na wschód i południe
po ziemiach Rusi, wsiąkali szybko w jej żywioł miejscowy1.
Dawniej, gdy panowali tu Litwini, a gdzieś w okolicy zamęt siali
Jaćwingowie, nikt nie spisywał dziejów naszej okolicy. Dopiero panowie
szlachta zostawili ślady w księgach. Pierwsze zapiski o najbliższej
okolicy pochodzą z XV wieku i wiążą się z dwoma rodami - Kiszków i Chądzyńskich. O Kiszkach wiadomo sporo, bo to znaczny ród. O Chądzyńskich mniej i nie wszystko jest pewne. Najczęstsze źródła to
dokumenty kościelne i sądowe. Tak jak w wypadku pierwszych właścicieli
wsi - braci Chądzyńskich. Wszystko, co o nich wiemy, pochodzi właśnie z XV- i XVI-wiecznych dokumentów procesowych, bo tego typu pisma
powstawały wówczas najczęściej. Bracia Jan i Jakub nader często
odwiedzali sąd w Drohiczynie. I nie byli jedynymi Chądzyńskimi, których
odnotowano w aktach sądowych. Dalsze dzieje okolicy, już o wiele lepiej
i różnorodniej opisane, są związane z rodzinami Ossolińskich, Krasickich
i Górskich. Po nich zostały liczniejsze ślady, ale i żywa pamięć. Ale to
późniejsze czasy i jeszcze do nich wrócę.
Na szczątkowe wzmianki o wsi trafiłam także w pamiętniku niejakiego
Wiktoryna Kuczyńskiego. Kilkakrotnie wspominał o rozmaitych rachunkach
związanych z wsią, by wreszcie zapisać: "Nastąpił Ś. Jan [24 VI 1729],
odebrałem od JMP Ossolińskiego starosty drohickiego 50 000 zł i ustąpiłem ze Sterdyni, także z Chądzyna, Chądzynka i Blochów, a zapis z prowizją na 40 000 od JMP starosty za szacunek dóbr
otrzymałem"2. Wiktoryn Kuczyński to nie byle jaka postać.
Urodził się w 1667 roku i przez całe życie był blisko związany z Drohiczynem, który fundacjom jego i jego żony zawdzięcza swoje
najwspanialsze świątynie, między innymi kościół i klasztor Panien
Benedyktynek w Drohiczynie, prawdziwą późnobarokową perłę zachwycającą
do dziś. Kuczyński został pochowany właśnie w nadbużańskim miasteczku, w tamtejszej katedrze. Za życia był nie tylko zaangażowany w działalność
publiczną, lecz także świetnie sobie radził jako, mówiąc dzisiejszym
językiem, biznesmen. Zgromadził potężny majątek, jednocześnie pełniąc
ważne funkcje publiczne, nic więc dziwnego, że nazywano go królem
Podlasia. Wśród skupowanych przez niego majątków znalazł się także ten
sterdyński, który znajdował się w jego posiadaniu przez 20 lat. Odstąpił
go w 1729 roku. Dobra wróciły wówczas do Ossolińskich, by potem jeszcze
wiele razy zmieniać właścicieli, podobnie jak otaczające Sterdyń wsie.
Nic nie trwa tu wiecznie, a permanentna zmiana i kolejne kresy są
nieodłączną częścią życia - taka jest niepewność losów ludzkich i dziejów ziem leżących pomiędzy. Losy tych okolic są zawiłe, a szczegóły
giną w mrokach przeszłości. Już w średniowieczu teren ten leżał na
pograniczu, między ziemiami wielkich książąt litewskich a włościami
książąt mazowieckich, i był narażony na ciągłe najazdy jaćwieskie i pruskie. Nieprzypadkowo wielki książę Witold sprowadzał na te tereny
rycerzy mazowieckich i ruskich bojarów, którzy osiedliwszy się, mieli
obowiązek służby wojennej i świadczenia podwód. Coś za coś - ziemia za
usługi.
Śladów przeszłości tu coraz mniej. Tym cenniejsze jest to, co przetrwało i przywołuje pamięćo dawnych czasach i ludziach, którzy kiedyś żyli w nadbużańskich wioskach.
Na takim terenie zawsze było niespokojnie. Nikt nie umiał przewidzieć,
kiedy złe wychynie z puszczy - bez różnicy: demon czy człowiek - więc aż
tak bardzo się tam nie pchali. Pamięć o dawnych najeźdźcach,
tajemniczych i groźnych Jaćwingach, przez długie lata była żywa.
Przekazywano ją w kronikach, ale zapewne i w snutych przy ogniu
opowieściach. Do naszych czasów przetrwała ocalona przez niestrudzonego
badacza dawnych dziejów Zygmunta Glogera, który pisał:
Od śmierci Bolesława Krzywoustego Jaćwież, żyjąca z myślistwa i łupów
zdobywanych na sąsiadach, przekroczyła Biebrzę ku południowi i przez
całą dobę po?iałów Polski koczowała w puszczach Podlasia, nad górną
Narwią i średnim Bugiem, g?ie, jak wilk z kniei niedostępnej, napadać
mogła na pogranicze Mazowsza, na Małopolskę i Ruś. Gdy Polska znowu do
sił monarchii powracała, niedobitki Jadźwingów, tępionych jej orężem,
ucho?iły w głąb Litwy, pozostawiając na Podlasiu, w ziemiach Słowian,
nieliczne po sobie ślady3.
Jakby Jaćwingów było mało, ta wczesna kolonizacja została przerwana
wydarzeniami, które wstrząsnęły znaczną częścią Europy i pozostawiły po
sobie dramatyczne zapiski w kronikach niejednego kraju. O tym również
wspomina skrupulatny Gloger:
Straszliwy najazd Tatarów na Ruś i Polskę w roku 1241, burząc w tych
krajach wszelką władzę i obronę, jak już to wyżej powiedzieliśmy,
ułatwił jeszcze Litwie i Jadźwingom pole do łupów nad Bugiem, Wieprzem i Wisłą. Jeżeli kronikarze zanotowali, że ludna ziemia Lubelska zaczęła
wtedy przemieniać się w pustynię, to cóż dopiero musiało dziać się w mazowieckich okolicach rolniczych, bliżej Prus i Jaćwieży nad Biebrzą,
Narwią i Bugiem położonych. O ziemi Wiskiej w Mazowszu nad Biebrzą mamy
także wzmiankę, że się wówczas w step zamieniła. A to samo wyludnienie
Mazurów nastąpiło i w okolicy dzisiejszego Tykocina, Ciechanowca,
Sterdyni, Sokołowa. Dopiero po wyparciu Jadźwingów z Podlasia, w drugiej
połowie XIII wieku, przez Bolesława Wstydliwego i Leszka Czarnego,
ludność polska, a zwłaszcza drobna szlachta mazowiecka zaczęła (w wieku
XIV) powtórnie napływać do bezludnego prawie Podlasia, pomimo że
panowała w tych stronach Litwa z Rusią4.
Chwała Zygmuntowi Glogerowi, bo bez jego badań i zapisków trudno byłoby
mi się w tym wszystkim połapać. W Geografii historycznej ziem dawnej
Polski pisze:
Skutkiem wzrostu zaludnienia na Mazowszu i Rusi Podlasie zaczęło się
wcześnie zasiedlać. Od południa i wschodu przybywali do puszcz
podlaskich Rusini, a od zachodu napływali gromadnie Mazurzy. Tak
zaludniła się Rusią okolica Bielska, Kleszczel, Mielnika i Konstantynowa. Ludność mazurska osiadła gęsto okolice dzisiejszego
Rajgrodu, Goniądza, Tykocina, Wysokiego Mazowieckiego, Ciechanowca,
Sterdyni, Sokołowa5.
Z map wynika, że do XVI wieku obszar, na którym znajduje się wieś,
należał formalnie do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dowodem na to jest
dokument z 1437 roku, podpisany przez Zygmunta Kiejstutowicza -
potwierdzenie posiadania jednej z okolicznych wsi przez biskupa
łuckiego. Nie wiadomo, jak długo biskup był właścicielem wsi. Źródła
potwierdzają natomiast, że wraz z innymi miejscowościami w okolicy
przechodziła z rąk do rąk, i to wielokrotnie6. Dopiero w drugiej połowie XV stulecia granica się przesunęła, a w 1513 roku
utworzono województwo podlaskie w granicach Wielkiego Księstwa
Litewskiego. W jego skład weszła także ziemia drohicka.
W 1569 roku województwo podlaskie włączono do Korony, a kolejne unie
polsko-litewskie sprawiły, że granica zniknęła, zrobiło się bezpieczniej
i można było tę ziemię nadbużańską zagospodarować i zasiedlić na
stałe7. Liczniej i chętniej zaczęła tu przybywać szlachta z Mazowsza, pojawiali się też chłopi mazowieccy, litewscy, ruscy. Obok
kościołów katolickich powstawały cerkwie, obok świątyń chrześcijańskich
- synagogi. W 1923 roku doktor Adam Jarosiński, mieszkający wówczas w Sterdyni, notował:
Podlasie stale było terenem, na którym ścierały się wpływy polskie,
przeważnie sąsiedniego Mazowsza, i wpływy litewskie i ruskie, a nawet
niemieckie. Na ziemi tej prawie bez przerwy odbywały się walki
sąsiedzkie, miały miejsce najazdy tatarskie, ruskie i krzyżackie. Na tym
terenie doszczętnie zaginął bitny i niespokojny szczep Jadźwingów, po
którym zostały zaledwie cmentarzyska, gdzieniegdzie nazwy miejscowości i ludzi. Podlasie jest terenem, na którym w ostatnich dziesiątkach lat
miała miejsce walka dwóch kultur - wschodniej i zachodniej, jest ziemią
mogił i krzyżów, ziemią unicką, przesiąkniętą krwią ludzką i łzami8.
Dla tych nadbużańskich wsi centrum świata długo znajdowało się gdzieś
indziej. Tutejsi mieszkańcy patrzyli na wschód; może nie na dalekie
Troki i Wilno, a na bliższy Drohiczyn, ale jednak na wschód. Dziś po
kolejnych zmianach granic wieś nie znajduje się aż tak daleko od serca
kraju, które teraz leży po stronie doskonale przeciwnej. O tym, że nasz
świat sytuuje się ciągle na wschodzie, świadczą nazwiska mieszkańców od
wieków przekazywane synom przez ojców. Na nagrobkach okolicznych
cmentarzy pełno różnych -uków: Stasiuków, Prokopczuków, Romaniuków i Romańczuków. Starsi mieszkańcy charakterystycznie wydłużają sylaby.
Józef Milik, pochodzący z sąsiedniej wsi Seroczyn poseł Stronnictwa
Narodowego, sięgając pamięcią do najwcześniejszych wspomnień z początku
XX stulecia, mówił o okolicznych mieszkańcach jako o polsko-ruskiej
masie9. Ale doktor Jarosiński, wnikliwy obserwator lokalnych
stosunków, do którego wrócę tu jeszcze nie raz, przedstawia sprawę w sposób bardziej skomplikowany:
Są tu Turosy, nazwisko których wywodzi do tura, tego wspaniałego króla
tutejszych niegdyś puszcz. Są Wilki, Kozy, Bociany, Sowy, Bąki, Kohusy,
Króle, Kraski, Sarny, Wróble, Dudki. Są Goworki, Rosaki, Stecie,
Ryciaki, Miliki, Rosłany, Retki, Sochy, Krysiaki, Sędziaki - od dawien
dawna rdzenne chłopy polskie. Są Stasiaki, Pietrzaki, Janiaki, Ewiaki,
Antoniaki. Są Badury, Telendy, Kopanie, Poślady, Boguty, Tenderendy,
Kwieki, Skomoruchy, Tararuje, Łagody, Culepy, Dendy i Dece -
prawdopodobnie pochodzący od Jadźwingów. Są Mastalerczuki, Kucharczyki,
Pytle, Łokcie, Młynarczuki, Stelmachy, Ślusarczuki, Zdunki, Szewczuki.
Są Klimczuki, Andrzejczuki, Gregorczuki, Onifaciuki, Szymaniaki,
Rusiniaki, Litwińczuki, niewątpliwie niegdyś przybysze ze wschodu. Śród
szlachty są panowie Buczyńscy, Dmowscy, Zawadzcy, Dłuscy, Kamińscy,
Średniccy, Stelągowscy, Żochowscy, Stokowscy, Żebrowscy, Bujalscy,
Ratyńscy, Trzcińscy, Toczyscy, Tchórzniccy. Są Wrzoskowie i Lipkowie
pochodzenia tatarskiego. Są Rytelowie, wywodzący się od Rytterów
(rycerzy) niemieckich. Są Jagiełłowie, Grzymałowie i Moniuszkowie. Do
niedawna byli Kuszllowie i Puchałowie. Są Berowie pochodzenia
francuskiego, Szyllery, Rejmanowie pochodzenia
niemieckiego10.
Na wiele z tych nazwisk można się do dziś natknąć w okolicy. Niegdyś
rodziny wielodzietne były normą, synów więc nie brakowało, a to
gwarantowało przekazywanie nazwiska kolejnym pokoleniom i rozrastanie
się gałęzi miejscowych rodów. Niektóre z nich są z tą ziemią związane od
setek lat. O tych, co byli, i o tych, co nadal tu żyją, przypominają
cotygodniowe intencje mszalne. Świat się zmienia, więc parafia ogłasza
je na profilu facebookowym, ale nazwiska są w większości te same,
powtarzane przez kolejnych księży. Można też pójść na któryś z okolicznych cmentarzy, a tam na tablicach nagrobnych, podobnie jak na
tablicy nowoczesnego portalu społecznościowego, ci sami Turosowie,
Wilkowie, Steciowe, Kieryłowie, Prokopczukowie, Ratyńscy. Te same
nazwiska pojawiają się w dawnych kronikach, dokumentach sądowych,
przewijają w opowieściach i wspomnieniach. Po wsiach sami krewni i powinowaci.
Drohiczyn - historyczna stolica Podlasia.
Tu trzeba szukać historii właśnie w ludziach, w ich losach. Turysta
oczekujący wielkich zabytków może się poczuć nieco zawiedziony. Tego, co
było, można się tylko domyślać, szukać między kamieniami, w lesie, przy
śródpolnych drogach, w brzmieniu języka i nazwisk. Poza barokowym
kościołem i pałacem wiele więcej się tu nie znajdzie - ot, kilka
pomników w centrum wsi gminnej, jakieś kapliczki, nieliczne stare chaty.
Okolicę można też zwiedzać szlakiem unitów. Chociaż dawne cerkwie ponad
wiek temu przejęli rzymscy katolicy, pamięć o grekokatolikach utrwalono
w turystycznym Szlaku Unitów Sokołowskich. Ale i ten nie jest
szczególnie spektakularny. Unici nie budowali wielkich świątyń; ich
kościółki były niewielkie, drewniane.
Nie mamy więc wielkich zabytków, nie mamy atrakcji w postaci diabelskich
młynów, baza gastronomiczna też w zasadzie nie istnieje. Noclegi dla
bardziej wymagających turystów zapewniał przez jakiś czas pałac, ale
interes upadł. Turyści wybierają zresztą miejsca wysunięte dalej na
wschód - Puszczę Białowieską, Biebrzę, Świętą Górę Grabarkę, wsie z niebieskimi cerkwiami i kolorowymi okiennicami. Ładniejsze to, ciekawsze
i lepiej wygląda na zdjęciach. Do nas nikomu nie jest po drodze.
Po co więc tu przyjeżdżać? Po ciszę, spokój, lasy i rzekę. Dla dróg
asfaltowych, bitych, leśnych i polnych ścieżek, które można pokonywać
rowerem, nie bojąc się dziesiątek samochodów pędzących na łeb na szyję.
Wiosną, latem i jesienią można z tego roweru nie zsiadać. Kolejne dróżki
zapraszają, kuszą i pozwalają odkrywać swoje tajemnice z dala od tłumów.
A zimą, jeśli spadnie śnieg, można odkrywać nowe szlaki i tropić na
biegówkach zwierzęta. Przez cały rok jest co robić.
Według spisu powszechnego z 2011 roku nasza wieś liczyła 199
mieszkańców. Miejscowość zamieszkuje 4,5% mieszkańców gminy. Gminie
przybyło dwoje stałych mieszkańców, ale coraz więcej okolicznych domów
wypełnia się ludzkim oddechem tylko latem. Obecny podział
administracyjny, sytuujący nas w Mazowieckiem, sprawia, że dziś już mało
kto patrzy na wschód. Zachód stał się marzeniem i celem. Młodzi
wyjeżdżają właśnie tam i Warszawa nie zawsze jest ich ostatnim
przystankiem. Świat stanął przed nimi otworem. Okolica wyraźnie się
wyludnia, a wyjazd do stolicy to żadna wyprawa. Dwie i pół godziny - i już się jest w innym świecie.
Nieliczni jednak zostają, niektórzy wracają po latach, inni przybywają i zasiedlają nadbużańską ziemię rozpiętą pomiędzy światami, pomiędzy
geografią a historią. Cisza i spokój nie są dla każdego. A i historia,
nawet tak ciekawa, nie każdego obchodzi tak jak obchodzi mnie.
Interesuje mnie nie tylko to, gdzie jestem, ale i to, co się wydarzało,
nim się tu zjawiłam.
Zanim jednak zajmę się wydarzeniami z przeszłości, przyjrzę się jeszcze
samemu miejscu. Bo z tym Podlasiem to nie do końca wiadomo, co zrobić.
Dla niektórych Podlasie to niemal połowa tej części Polski, która leży
na wschód od Wisły. Urzeczeni magią Podlasia chwalą się fotografiami
zrobionymi gdzieś nad jeziorem Hańcza czy w Sejnach i Suwałkach. Wtedy
podnoszą się głosy oburzonych, że to nie Podlasie, tylko województwo
podlaskie - a to nie to samo. Mają rację. Ale czy ci oburzeni mają
również rację, gdy mówią o weekendzie na Podlasiu, który spędzili w Kruszynianach i Krynkach? Toż to Grodzieńszczyzna, a nie żadne Podlasie.
A Łomża, Zambrów? Z drugiej strony mało kto traktuje leżące nad Liwcem
miasteczko Węgrów jako podlaskie.
Tymczasem historyczne Podlasie zajmowało tylko część obszaru, który
zwykło się dziś uznawać za Podlasie. Granice powstałego na początku XVI
wieku województwa podlaskiego w 1566 roku uległy zmianie - ostatecznie
złożyły się nań ziemie brzeska, mielnicka, bielska i drohicka. Nasza
wieś i okolica jako część ziemi drohickiej, leżącej u zbiegu szlaków,
którymi przed wiekami wędrowali kupcy i zbrojni, ma pełne prawa do
nazwania się podlaską, a my tu mieszkający słusznie mówimy: "U nas na
Podlasiu".
Ta książka to opowieść o miejscu nie do końca określonym, leżącym na
pograniczu pogranicza. Dziś cichym i spokojnym, ale nie wiadomo, czy tak
będzie zawsze. W końcu tu wszystko się zmienia - jak pory roku. I wszystko płynie - jak Bug.