Budując. Autobiografia Grażyny Kulczyk - Grażyna Kulczyk

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kamienie i skrzydła

Zjeżdżamy z przełęczy. Droga wije się po zalesionych stokach, zza drzew co chwila wynurzają się szczyty - niektóre wyglądają łagodnie, są jak uśpione olbrzymy porośnięte alpejskimi łąkami, inne wystają z gołoborzy i obnażają granitowe zęby. Wiele z nich ma ponad trzy tysiące metrów. Są młode. Nie w ludzkiej, ale geologicznej skali. Wciąż się zmieniają, choć nie wystarczy jedno życie, żeby te zmiany dostrzec. To jedna z najpiękniejszych dolin w Europie, ale gdyby spojrzeć na nią oczami geologa, zauważyć można inne piękno, piękno katastrofy, do której doszło tu miliony lat temu. Dwie płyty tektoniczne - afrykańska i eurazjatycka - zderzyły się ze sobą, tworząc uskok, geologiczny fenomen. Nosi on nazwę Engadyńskie Okno Tektoniczne. W oknie tym spod młodszych warstw skalnych erozja wydobyła i ukazała pokłady pochodzące jeszcze z jury.

Niektórzy przewodnicy żartują, że po jednej stronie doliny jesteś w Europie, ale po drugiej już w Afryce. Mieszkańcy o jej narodzinach mają jednak własną opowieść i nie ma w niej słowa o orogenezie alpejskiej, oknach tektonicznych, triasie ani jurze. W języku, którym posługuje się dziś zaledwie sześćdziesiąt tysięcy osób, mówią o Bogu, który po wygnaniu Adama i Ewy z Edenu zlitował się i postanowił osłodzić pierwszym ludziom ich tułaczkę. Stworzył dla nich dolinę, która przypominała raj. W Ardez, jednej z wiosek rozsianych wzdłuż Engadyny, na ścianie domu ktoś tę opowieść zapisał tradycyjną techniką sgraffito: Adam i Ewa stoją po obu stronach drzewa, między nimi wąż. Wyglądają spokojnie, prawie swojsko, jakby się pogodzili z losem wygnańców.

Jednak życie w Engadynie nie było rajskie. Monumentalny spokój, który wydaje się wpisany w jej pejzaż, to gra pozorów. Przez całe stulecia przetaczały się przez te tereny kolejne wojny. Celtyc­kie hordy, legiony Tyberiusza i Druzusa, wojownicy germańskich plemion, armie Habsburgów... Mieszkańcy musieli się bronić. Nawet kościoły budowali jak twierdze, a domy wyglądające jak wieże obronne znaczyły krajobraz. Tak doskonale wyuczyli się walczyć, że zaczęli eksportować żołnierzy. Tworzyli najlepsze armie najemników w Europie, siali strach.

Nad wioską Susch, na wzgórzu Chaschinas stoi jeszcze jeden dowód niespokojnych czasów. Nosi nazwę jak z sagi Tol­kiena: Fortezza Rohan. Książę Henri II de Rohan zlecił jej budowę w 1635 roku. Był synem niezwykłej kobiety, Catherine de Par­thenay, hugenotki, która korespondowała z matematykami, pisała sztuki teatralne, a jako siedemdziesięciolatka organizowała obronę La Rochelle przed wojskami kardynała Richelieu. Zmysł strategiczny książę ewidentnie miał po matce. Trwała wojna trzydziestoletnia. Dla Hiszpanów i Austriaków dolina stała się trasą przemarszów z jednego krańca Europy na drugi. Książę wiedział, że kto kontroluje przełęcze, kontroluje Europę. Dlatego kazał zbudować fortecę.

A teraz skok. Jesteśmy w piwnicach klasztoru założonego jeszcze w 1157 roku. Benedyktyni, którzy tu mieszkali, przechowywali i konserwowali w nich żywność. Pomieszczenie jest wysokie, ma ponad cztery metry, a w jego centrum wznosi się tajemniczy słup. A może totem? Albo geologiczna próbka zawie­rająca jedna na drugiej kolejne warstwy dziejów ziemi i czło­wieka? Waży siedem ton, jest czarny, choć przenikają go też półprzeźroczyste żyły. Wtopione są w niego dzieła natury i człowieka: muszle, kamienie, buty.

Pamiętam, kiedy twórca tego dzieła, Argentyńczyk Adrián Villar Rojas, przyjechał tutaj na moje zaproszenie po raz pierwszy. Urzekła mnie jego wystawa w Kunsthaus Bregenz, prace Adriána, nieufne wobec pozorów trwałości, będące zapisem jego fascy­nacji śladami, które pozostawiamy w świecie. Monumentalne instalacje - z gliny, ziemi, cementu, organicznych szczątków - przypominały ruiny cywilizacji wydobyte przez archeologów przyszłości.

W 2011 roku Villar Rojas reprezentował Argentynę na Biennale w Wenecji. Potem były Kassel, Londyn, Nowy Jork. Ale nie przywoził tam gotowych dzieł. Zawsze tworzył na miejscu, jak reżyser, który kreuje wędrowny teatr materii. Każda wystawa to tymczasowy ekosystem - powstaje, żyje i umiera. Jednak gdy przybył do wioski i zobaczył stare klasztorne budynki, postanowił, że zrobi inaczej.

Adriána zahipnotyzowały kilkusetletnie piwnice. Zdecydował więc, że specjalnie dla Muzeum Susch stworzy instalację z cyklu The Theater of Disappearance, która wejdzie w dialog z surowym wnętrzem. Ale inaczej niż w innych odsłonach tego projektu zatrzy­mał "proces rozpadu" i nie pozwolił, by jego rzeźba rozsy­pała się tuż po tym, jak przybrała ostateczny kształt. Tym razem na stałe wpisała się w architekturę i daje dziś wgląd w daleką przyszłość. W rzeczywistość, w której cywilizacja człowieka, epoka antropocenu, jest już tylko geologiczną warstwą, sprasowanym i skamieniałym cmentarzyskiem.

-

Kiedy stoję przed rzeźbą Adriána, myślę o własnej genealogii. O życiu, które poprowadziło mnie z Poznania do Engadyny w szwajcarskim kantonie Gryzonia. Do leżącej niemal 1500 metrów nad poziomem morza wioski Susch, w której zbudowałam muzeum. Rzeka, która dzieli ją na pół, nazywa się Inn. Rodzi się na zboczach Alp Retyckich i przecina całą dolinę Engadyny. Jest coraz szersza, dostojniejsza, płynie przez Austrię i Niemcy, aż w końcu zasila swoimi wodami Dunaj. Czasami bywa groźna. 19 kwietnia 1925 roku gwałtownie wystąpiła z brzegów i zalała wieś. Zwłaszcza jej lewą, niżej położoną część. Zniszczyła stare, liczące prawie tysiąc lat domostwa. Na ich miejscu wybudowano nowe, białe domy przykryte spadzistymi dachami, pozostającymi jednak w zgodzie z tradycyjnymi wzorcami miejscowej architektury, które doskonale komponują się z krajobrazem. Idąc przez wioskę, można zauważyć, że na niektórych ścianach znajdują się inskrypcje w dziwnym języku. To retoromański, zwany również romansz, wywodzący się z potocznej łaciny, której używali kupcy i osadnicy zamieszkujący dawną rzymską prowincję - Recję. W Engadynie, odciętej od świata wysokimi górami, język ten przetrwał stulecia. Dokładniej - nie język, ale pięć różnych dialektów. Posługujący się nimi współcześni Szwajcarzy (nieliczni, bo stanowiący około pół procent populacji kraju) nie zawsze są w stanie porozumieć się między sobą.

Drzwi domów otoczone są portalami pomalowanymi metodą sgraffito. Nad nimi widnieją daty budowy bądź konserwatorskiego remontu, zdarzają się także herby. Dzięki temu nawet wiejskie siedziby przypominają renesansowe pałace.

Drogą od stacji kolejki do kamiennego mostu nad Inn dociera się do słupa z kierunkowskazami informującymi o licznych turystycznych trasach w okolicy, dla pieszych, rowerzystów i nar­ciarzy biegowych. Po drugiej stronie rzeki widać budynki, które ocalały z powodzi w 1925 roku. Pierwszym zachwyciłam się wiosną 2014 roku, choć może nie było czym. Wtedy zobaczyłam poszarzałe gmaszysko, którego okna zabito deskami. Pomyślałam, że to dobry znak: nikt w nim nie mieszka i być może jest na sprzedaż. Wówczas jeszcze nie myślałam o muzeum, nie wiedziałam, jak wiele zainwestuję w to miejsce, jak bardzo się z nim zwiążę. To miał być przystanek. Kolejny.

-

Z Susch do Santiago de Compostela jest ponad dwa tysiące kilometrów. Z Polski jeszcze dalej, ale już w XII wieku to hiszpańskie miasto, a dokładniej znajdujący się w nim grób Świętego Jakuba Apostoła, stało się celem pielgrzymek z całej Europy. Trzecim po Jerozolimie i Rzymie w katolickim świecie. Do dziś szlaki oznaczone żółtą muszlą nie straciły na popularności, być może nawet są popularniejsze niż kiedykolwiek.

Klasztor w Susch leżał na jednej z takich tras. Pielgrzymi mogli tu znaleźć nocleg, pożywić się, zmienić konie. Starałam się, żeby w muzeum pozostało jak najwięcej śladów tamtej przeszłości, choć czas wiele z nich zatarł, kolejni właściciele i użytkownicy przebudowywali wnętrza i dostosowywali je do swoich potrzeb. Klasztor z biegiem lat zmienił się w browar. Ale w jednej z sal - prezentowałam w niej do niedawna wystawy fotografii tworzonych przez kobiety - w ścianie wciąż znajdują się poidła dla koni, a w podłodze długie kamienne koryto, którym nieczystości płynęły na zewnątrz. W innej pod sufitem nadal tkwią belki, na których zapewne dojrzewało mięso.

Historia klasztoru zainspirowała mnie tak bardzo, że zaczęłam wymyślać kolejne scenariusze. Co i jak można tu zmienić, jak wykorzystać ten uśpiony w kamiennych murach potencjał i w jaki sposób opowiadać o miejscu wśród wspaniałej, monumentalnej przyrody, w regionie o wiekowych tradycjach, ale zapomnianym i trochę pośrodku niczego? Jaką opowieść dodać do miejsca, które jeszcze nie powstało?

W tamtym czasie wciąż miałam nadzieję, że zbuduję muzeum w Polsce. Z taką myślą tworzyłam kolekcję prac najwybitniejszych współczesnych artystów i artystek. Początkowo myślałam o moim rodzinnym mieście, z którym jestem bardzo związana. O Poznaniu. Gdy plan upadł, miała to być Warszawa. Ale i ten projekt utknął, negocjacje i decyzje się przeciągały. Frustrowało mnie to i męczyło. Musiałam działać. Zaczęłam się więc rozglądać za czymś nowym. Nie zamierzałam wtedy budować muzeum w Szwajcarii. Myślałam, że kupię nieduży dom, który będzie uzupełnieniem ekspozycji w Warszawie. Przystankiem na drodze ludzi sztuki, którym bliżej jest do Szwajcarii niż do Polski. Chciałam im pokazywać polskich artystów na tle tych światowej rangi. Żeby zachęcić publiczność do uzupełnienia wizji globalnej sztuki również o nasz kawałek Europy. I przyciągnąć ludzi, zaprosić ich do Polski.

Wkrótce okazało się, jak naiwne było to myślenie. Po pierwsze dlatego, że z warszawskiego planu nic nie wyszło, toteż idea szwajcarskiego przystanku straciła sens. Po drugie, nie potrafię zatrzymać się w pół drogi. Snułam wizje maleńkiego muzeum­-pomostu do polskiej i środkowoeuropejskiej sztuki, jakbym nie wiedziała, że nie znoszę kompromisów. Choć moje dzieciństwo zapowiadało raczej, że będę miała życie pełne ustępstw. Podporządkowane dbaniu o własne zdrowie, walce o nie.

-

Skrzydła. To jedno z moich pierwszych wspomnień. Rozłożyste, szeleszczące kornety zakonnic. Pochylają się nade mną, jeszcze mnie nic nie boli. Leżę w wielkiej, jasnej szpitalnej sali. Na łóżku obok chłopiec. Grzebie sobie w oczodole, wydłubuje sztuczne oko, bawi się nim jak szklaną kulką. Trochę mi niedobrze. Niedługo będę miała operację.

Urodziłam się 5 listopada 1950 roku i byłam słabowitym dzieckiem. Tak przynajmniej twierdziła moja mama. Przeglądam swoje zdjęcia z dzieciństwa, maleńkie, czarno­-białe, na których jestem czasem zdziwionym, czasem radośnie uśmiechniętym, ale zawsze pulchnym bobasem. Skąd ten niepokój o moje zdrowie? Czy chodziło o mojego brata, pierworodne dziecko moich rodziców?

Opowiem o nim, ale jeszcze nie teraz. Na razie jestem maluchem, którego babcia i mama tuczyły na potęgę. Bo przecież tłuste znaczy zdrowe. Kogle­-mogle, kluski, zawiesiste zupki. I jeszcze piwo słodowe, z minimalną ilością alkoholu. Często piły je matki karmiące, miało dodawać sił i pokarmu. Babcia dawała mi go odrobinę i jedyne usprawiedliwienie, jakie dla niej znalazłam, to fakt, że w średniowieczu dzieci też piły piwo, bo w tych odległych czasach było zdrowsze od wody.

Mama, czujna lekarka, uznała, że skoro nie mam apetytu, trzeba mnie poddać badaniom. Akurat wtedy przeniosła się z Krakowa do Poznania bardzo znana pani doktor Taylorowa. Chwyciła mnie w pół, uniosła, zacisnęła palce i wypowiedziała straszne słowa: "Jest guz". Mama, przerażona, miała jeszcze nadzieję, że to pomyłka. Żeby się upewnić, należało zrobić prześwietlenie. Akurat trzy domy od naszego mieszkania w Poznaniu, przy ulicy Grottgera znajdowała się pracownia rentgenowska. Zdjęcie potwierdziło diagnozę: guz na nerce. Złośliwy czy nie złośliwy - tego nie było wiadomo, ale kolejni profesorowie, których odwiedzałyśmy z mamą, mówili: "Trzeba go wyciąć razem z nerką". Wtedy to była bardzo ryzykowna operacja. Wyznaczono termin za dwa tygodnie. Jeden ze znajomych lekarzy poradził mamie: "Marylka, ty na ten czas jedź z Grażyną na Cyrhlę do gospodyni. Niech pije mleko od kozy, żeby się wzmocniła przed zabiegiem".

Pamiętam cuchnącą stajenkę, brudne ręce gospodyni, jeszcze brudniejsze wymiona, obrzydliwe, cuchnące mleko. Czuję wstręt, pluję nim, wymiotuję. Fuj!

Operowano mnie w szpitalu na ulicy Przybyszewskiego. Anestezjolog włożył mi do nosa rurkę, wkroplił do niej jakiś płyn. Bolało, strasznie bolało. Wydawało mi się, że rozsadzi mi mózg. Już po operacji, kiedy spotykałam go na korytarzu, skradałam się wzdłuż ściany i plułam na niego. Gdy mama się o tym dowiedziała, spaliła się ze wstydu. Tłumaczyła mi długo, że lekarz nie chciał zadać mi bólu, to jego praca i coś niezbędnego, żeby opera­cja się udała. I się udała. Nie wiem, może mama w rozpaczy to wymodliła. W szpitalu na Przybyszewskiego było przecież w tym czasie jeszcze kilkoro dzieci z podobnym guzem. Tylko ja przeżyłam. Zostałam z jedną nerką.

Przez kolejne pięć lat musiałyśmy chodzić na badania kontrolne, żeby sprawdzić, czy choroba nie wraca. Lubiłam te dni. Mama zamykała gabinet i ruszałyśmy do profesor Stolzmann, cudownej, ślicznej pani, która miała fascynujące laboratorium pełne przeszklonych szaf, tajemniczych rurek, odczynników, mikroskopów. Gapiłam się na to wszystko z otwartą buzią. A potem szłyśmy do baru mlecznego na kakao i bułkę z serem.

To był moment, kiedy mama była tylko dla mnie. Byłam szczęśliwa.

-

Choroba i operacja niczego nie zmieniły, mama i babcia wciąż się o mnie martwiły, kochały mnie i dbały, żebym jadła jak najwięcej. Tyle tylko, że poszłam już do przedszkola, więc w ciągu dnia pozostawałam poza zasięgiem ich troski. Było to przedszkole Cari­tasu. Codziennie do tego nieco mrocznego gmachu odprowadzał mnie tata. Od drzwi zaczynał się koszmar. Przy wejściu stała pulch­­na siostra, pamiętam do dziś jej twarz, każdą zmarszczkę, zacięte usta, złą minę. W jednej ręce trzymała łyżkę, w drugiej butelkę tranu. Wpuszczała dzieci do środka dopiero wtedy, kiedy wypiły to świństwo. Łyżka między zęby, zgrzyt o metal, wstrętny, mdły smak rybiego tłuszczu w gardle. Tak walczono z powszechną krzywi­cą i brakiem odporności.

Drugim po tranie koszmarem były posiłki. Fatalne jedzenie. Siostry często nie miały cierpliwości, żeby czekać, aż skończę jeść zupę, więc wrzucały mi do niej drugie danie. Zupa z obrzydliwą wkładką. Jak tu nie być niejadkiem? Wokół przedszkola rósł sad. Wiosną i latem jedliśmy przy stołach rozstawionych pod drzewami. Często w talerzach lądowały nam robale. Jeśli to zdarzało się w piątki, pytałyśmy sióstr, czy na pewno mamy jeść takie mięsne danie. Ale przedszkole miało również swoje dobre strony. Całe dnie zabaw i nowe przyjaźnie.

Mama do końca życia martwiła się o moje zdrowie. Nauczona przez nią też stałam się ostrożna. Ale mamine hasło "nie przemęczaj się" jakoś nie utrwaliło się w mojej głowie. "Noś się ciepło"? Kiedy byłam nastolatką, uwielbiałam chodzić w mini, nawet zimą, gdy trzeba było przebiec do tramwaju czy autobusu kawał drogi. Mama przed każdym moim wyjściem sprawdzała, czy mam na sobie ciepłe, barchanowe majtki. Miałam, ale tylko przez chwilę. Mini i babciowe galoty? Wybiegałam z domu, w bramie ściągałam te okropne gacie, wkładałam do torby i marzłam sobie w najlepsze. Całe szczęście bez przykrych konsekwencji.

Tylko w jednym przeszkodził mi brak nerki: nie mogłam mieć więcej dzieci. Ginekolodzy mówili, że w ogóle nie powinnam rodzić. Za duże ryzyko. Ale urodziłam córkę, potem syna bez większych problemów. Aż moi przyjaciele lekarze powiedzieli, że trzeciego porodu już nie odbiorą, nie chcą mieć na sumieniu ani mnie, ani dziecka. To był skuteczny szantaż. Ustąpiłam.

Rozdział 2

Qua ? mia nova chasa

Znów jestem w Susch, w swoim gabinecie z widokiem na most, rzekę i Alpy. Napisałam, że to miejsce pośrodku niczego. Ale wystarczy użyć mapy i cyrkla, wbić go w napis Susch, rozciągnąć do granic Starego Kontynentu i zakreślić okrąg - i okaże się, że jesteśmy niemal w jego centrum.

Nie chodzi jednak tylko o geografię. Tutaj przebiegała jedna z kluczowych tras z Południa na Północ. Wędrowali nią zarówno wodzowie ze swoimi armiami, jak i uczeni oraz artyści. Dzięki nim krążyły również idee. Gryzonia nie jest kulturalną pustynią. Zachwycali się nią romantycy. Friedrich Nietzsche spędzał wakacje pięćdziesiąt kilometrów od Susch, w wiosce Sils Maria położonej między jeziorami Silvaplanersee i Silsersee. Uciekał tu przed przewlekłymi migrenami i problemami żołądkowymi dręczącymi go "w cywilizacji". Znalazł klimat, który uznał za najlepszy na świecie: suchy, słoneczny, chłodzony przez górskie jeziora i cienie alpejskich szczytów. Wynajmował skromne, nieogrzewane pokoje w domu rodziny Durisch i notował pomysły, które - jak pisał - mogą się okazać zbyt dużym wyzwaniem dla jednego człowieka, a tu, na wysokości, myśli stają się przejrzyste jak powietrze. W czasie jednego ze spacerów, nad brzegiem je­ziora Silva­planersee, u podnóża wielkiego, piramidalnego głazu, po raz pierwszy doświadczył wizji idei "wiecznego powrotu". Potem stworzył swoje najsłynniejsze dzieła, między innymi Tako rzecze Zaratustra. Pisał w nim, że kto nie ufa sobie, zawsze kłamie, i że lepiej być głupcem na własną rękę niż mędrcem w oczach innych. Nie mogę się z nim nie zgodzić.

Pobyty Nietzschego uczyniły z Engadyny miejsce szczególne, symboliczną przestrzeń odnowy ducha. Odwiedzali ją później najbardziej wpływowi intelektualiści i artyści początku XX wieku. Bywali tu Hermann Hesse, Ernst Cassirer, Friedrich Dürrenmatt. A Thomas Mann z rozrzewnieniem pisał, że czuł się tu napraw­dę szczęśliwy.

Engadyna inspirowała również malarzy. Najbardziej z nią związany był artysta Giovanni Segantini, realista i symbolista zarazem, bezpaństwowiec, syn stolarza, który wybrał gryzońską wieś Maloja jako swoje miejsce na Ziemi. Ten mistrz naturalnego światła potrafił w precyzyjne wizje alpejskich krajobrazów wpleść melancholijny nastrój i poczucie obcowania z nieskończonością.

Engadyna przyciągała także ludzi zamożnych, Włochów i Niemców, arystokratów i przedstawicieli burżuazji, którzy szukali tu nie tylko majestatycznych widoków i zdrowego powietrza, ale też dystansu do salonowego życia. Budowali tu swoje wille, nawet pałace, a St. Moritz stało się jednym z pierwszych ośrodków sportów zimowych na świecie. Najpierw były sanki i narty z drewnianych desek, bardziej zabawa niż rywalizacja. Szybko jednak narodził się styl życia: elegancki, wielkoświatowy i na pokaz. Alpy zimą zmieniały się w scenę bogactwa i ambicji, których naturalną dekoracją był śnieg.

Ale Engadyna nigdy nie była tylko doliną próżności. Jest zbyt surowa, zbyt osobna i zbyt wymagająca. To również moje doświadczenie. Izolacja, choć dziś względna, wciąż działa jak filtr. Zostają tu na dłużej ci, którzy potrafią znieść ciszę, chłód i długie tygodnie bez wielu bodźców. Trudno to sobie wyobrazić, gdy myśli się o zimowym narciarskim szaleństwie albo o Światowym Forum Ekonomicznym organizowanym w styczniu w niedalekim Davos, które wówczas przestaje być cichym kurortem. Przyjeżdżają tam politycy, szefowie rządów, banków, globalnych firm. Ścierają się interesy, zapadają decyzje i zarysowują układy, które - zwłaszcza ostatnio - wpływają na stan świata poza Alpami. Zdarza mi się uczestniczyć w forum, więc widzę, że to nie są towarzyskie rozmowy ani eleganckie gesty bez konsekwencji. Nawet jeśli za oknami wciąż stoją niewzruszone góry, obojętne wobec ludzkich planów i ambicji.

W Engadynie jest miejsce i na życie na pokaz, i na skupienie; na próżność i realną sprawczość; powierzchowną grę statusu i głęboką refleksję. Dlatego dolina wciąż przyciąga ludzi, którzy szukają tu czegoś więcej niż malowniczego tła swojego życia.

Czy to wszystko oznacza, że Susch, wioska gdzieś w pół drogi między St. Moritz a Davos, była "naturalnym" miejscem, żeby budować muzeum? Z jednej strony powstało w Engadynie wiele świetnych galerii, chociażby Galerie Tschudi w Zuoz prezentująca nowoczesną sztukę w tradycyjnym, średniowiecznym domu. Albo niezwykła galeria rodziny von Bartha w S-chanf, w przebudowanym wnętrzu dawnej stodoły. Są liczne muzea. Z drugiej strony Susch to nie St. Moritz ani Davos. Od kiedy dolinę przecięła kolej i prawie dwudziestokilometrowy Tunel Vereina z wylotem w Klosters przewiercił góry, podróżni nie muszą się wspinać na leżącą 2300 metrów nad poziomem morza przełęcz Flüela. Dojazd do Dolnej Engadyny, w której rzeka Inn zbliża się do granicy z Austrią, stał się prostszy. Sieć kolejowa i autobusowa działają nienagannie, co przyciąga coraz więcej turystów, dla których St. Moritz i Davos są zbyt okrzyczane i zatłoczone. Łatwo jednak ominąć i przeoczyć "moją" wioskę. Zamknięto tu hotele i pensjonaty. Jest jeden niewielki sklep. Zanim przyjechałam, nie było też restauracji.

I to mi odpowiadało. To było wyzwanie. Budżet muzeum pozwoliłby na realizację większego miejskiego obiektu. Pytanie tylko, czy zależało mi na tysiącach "instaartowiczów", czy na skupionych i przygotowanych odbiorcach sztuki współczesnej. Dla mnie sztuka jest indywidualnym, bardzo głębokim przeżyciem i dlatego tak, a nie inaczej myślę o architekturze muzeów. Chciałam więc innego spojrzenia na odbiór sztuki, innego podejścia do idei muzeum. Dziś, gdy mamy tak wiele możliwości "podtykanych" nam pod nos, owocniejsze będzie pielgrzymowanie do miejsc, gdzie można obcować z pracami artystów. Tak myślałam i myślę. Może w takich miejscach, gdzie to natura ostatecznie dyktuje warunki, a człowiek, który jest jej częścią, musi im sprostać, inaczej spojrzymy na sztukę? Inne obrazy, nastroje i myśli w nas ona wywoła?

Przez wiele lat obserwowałam rozbudowę wielkich, coraz większych galerii i muzeów: Tate Modern czy nowojorskiej MoM­A, która w 2019 roku urosła o jedną czwartą. Mnie - i jestem pewna, że nie tylko mnie - te instytucjonalne molochy zaczęły przy­gniatać. Wchodzisz tam nie jak do świątyni, nie jak do azylu, ale raczej jak do terminalu lotniska. Szklane ściany, beton, błysk. Wita cię echo kroków innych ludzi, którzy tak jak ty przyszli tu, żeby "doświadczyć sztuki". Ale czy rzeczywiście jej doświadczają? Ile godzin można chodzić po galeriach? Ile wrażeń tak naprawdę można w tym czasie przyswoić? Ile autentycznie pojąć? Przeżyć?

Rozbudowane Tate Modern w Londynie, z nową, monumentalną przestrzenią Budynku Blavatnika, to nie galeria - to galaktyka. Sztuka krzyczy tu z każdej ściany, nie wzywa do kontemplacji, ale do marszu. Od dzieła do dzieła. Z plecakiem, z aplikacją, z audio­przewodnikiem jak z GPS­-em w supermarkecie do­świadczeń. Tam Kusama, tu Hockney, zaraz będzie Kapoor. Przemieszczasz się jak konsument. Nie patrzysz, raczej "zaliczasz". Kuratorzy zamienili ciszę na tempo, a muzeum - w centrum handlowe utrzymane w estetyce minimalizmu. Są windy, są schody ruchome, jest kawa, pamiątkowy magnes, długopis, katalog, pocztówka. Jest wszystko - oprócz chwili. Bo żeby coś poczuć, trzeba się zatrzymać. A tutaj każde zatrzymanie staje się przeszkodą, przeszka­dza innym. Tłum popycha cię dalej. Nie rozmawiasz z dziełem. Rozmawiasz z przestrzenią, która mówi: "Zobacz, jak wiele tu mamy". Ale nie mówi: "Zatrzymaj się". Nie pyta: "Co czujesz?". Oto nowa utopia muzeum - rozległa, spektakularna, bezosobowa. Wielka jak hangar, pusta. Przestrzeń, w której sztuka nie dotyka, tylko miga i znika. Ktoś zrobił zdjęcie obrazu, ktoś inny selfie. Ty wychodzisz wyczerpany.

Właśnie dlatego zamiast propozycji "zaliczenia" kolejnego muzeum rzuciłam hasło slow art, powolnego obcowania ze sztuką, kontemplacji zamiast sprintu od obrazu do obrazu, bo wiem, że Gryzonia miała i ma do zaoferowania coś jeszcze: bajecz­ną, wyjątkowo piękną i groźną naturę, która doskonale się dopełnia ze sztuką.

Staram się jak najczęściej powtarzać słowa pilgrimage, slow art, nature. Myślę, że się przyjęły, w jakiś sposób odpowiedziały na nowy trend w doświadczaniu sztuki. Świat jest zmęczony wielkimi instytucjami i choć wciąż stoją do nich kolejki, to przyszedł czas na niewielkie muzea, z jasnym, sprecyzo­wanym programem, nieoczywistą ideą. W mojej głowie krystalizowała się ona coraz wyraźniej. Musiałam ją zrealizować.

-

Najpierw znalazłam właścicielki porzuconego budynku z zabitymi oknami. Trzy siostry. Na stałe mieszkały w Londynie i po latach chciały się pozbyć domu w Susch. Zatrudniły nawet architekta, który miał zmienić go w apartamentowiec z trzema mieszkaniami. Już podpisały z nim umowę. Tym intensywniej zaczęłam je przekonywać do sprzedaży. Przecież dla nich będzie to łatwiejsze i korzystniejsze, jeśli rozliczą się z architektem i sprzedadzą mi dom w takim stanie, w jakim go zastałam, zamiast użerać się z robotnikami, pozwoleniami, sprzedażą apartamentów. Po co im ten kłopot? W końcu zgodziły się ze mną. Co zabawne, okazało się, że owym architektem jest mój obecny sąsiad z Susch. Przez jakiś czas nie mógł na mnie patrzeć, bo odebrałam mu intratne zlecenie. Dziś jesteśmy w serdecznej komitywie, lubimy się i wspieramy.

Tak więc doprowadziłam do tego, że stałam się właścicielką domu z zabitymi oknami w szwajcarskiej wiosce. Na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda na gmach, w którym może powstać muzeum. Nie jest duży, stoi tuż za mostem, niemal przytulony do dość stromego zbocza. Naprzeciwko, po drugiej stronie wąziutkiej ulicy, jest jeszcze kilka innych domów, jakby wtopionych w skarpę nad brzegiem Innu. Dalej cmentarz i kościół. Niewiele więcej.

Dużo łatwiej byłoby zbudować coś od podstaw. Zaznaczyć swoją obecność w krajobrazie jakimś mocnym, architektonicznym gestem. Gdy obserwowałam, jak powstają i działają muzea na świecie, zaczęłam sobie uświadamiać, że nie są one instrumentami jego naprawiania. Mogą stworzyć warunki do myślenia, ale nie rozwiążą problemów społeczności, regionów ani miast. Im więcej widziałam instytucji obudowanych wielkimi obietnicami, tym większy miałam dystans do wiary w architektoniczne cuda. Dlatego muzeum w Susch od początku miało być projektem wyjątkowym. Nie próbowało niczego "rozwiązać" ani przekonywać do siebie specjalnymi efektami.

Coraz wyraźniej dostrzegałam też, że spektakularne gesty nie muszą się przekładać na jakość doświadczenia. Budują ją raczej elementy, które często nie rzucają się w oczy: detale wystroju, materiały, z których je wykonano, liternictwo informacyjnych napisów, oświetlenie, sposób, w jaki przestrzeń prowadzi ciało i ludzką uwagę. To one decydują o tym, czy człowiek chce zostać, wrócić, czy czuje się zaproszony, czy przytłoczony. W Susch te decyzje były ważniejsze niż forma jako taka. Zależało mi na muzeum, które nie narzuca się swoją obecnością, tylko pozwala skupić się na tym, co naprawdę istotne.

Wiem, że niewiele trwałego po nas zostaje. Książki i kamienie. Książki - jeśli są dobrze napisane - trwają znacznie dłużej niż życie ich autorów i czytelników. Kamień - jeśli jest dobrze osadzony - przetrwa wieki. Cała reszta rozpada się szybciej, niż myślimy. Upodobania. Obsesje i mody. Gesty, które wydają się teraz oczywiste, za chwilę będą niezrozumiałe. Język, którym się dziś posługujemy, jutro może się okazać martwy. Zostaje to, co twarde. Ściana. Fasada. Kolumna. Linie podziału przestrzeni. O ile nie przyjdzie wojna. Wojna to inna historia. To już nie jest naturalne przemijanie. To nie zapomnienie. To wymazanie i zniszczenie. Z premedytacją, z furią. Barbarzyństwo. Wojna niszczy wszystko, co mogłoby przetrwać. Celowym niszczeniem jest też okaleczanie miast nędzną architekturą, urbanistycznym chaosem. Tak jak u nas, w Polsce, gdzie często dominuje samowolka i powstają byle jakie budynki, upchnięte na jak najmniejszej powierzchni, bez pytania urbanistów o zdanie. Nigdy w ten sposób nie postępowałam. Ani gdy budowałam domy dla siebie, ani gdy powstawał Stary Browar, ani gdy z japońskim mistrzem minimalistycznej architektury, Tadao And?, planowałam muzeum dla Poznania, ani tym bardziej gdy tworzyłam Muzeum Susch.

-

Wiele wyniosłam z miejsca, w którym się urodziłam. Poznań, miasto liczące ponad tysiąc lat, zawsze wolał czyny od słów i pracę od wielkich gestów. Tu kształtowały się polska państwowość i mieszczański etos, zakorzeniony w handlu, rzemiośle, w przekonaniu, że porządek i gospodarność są formą patriotyzmu. Poznań nigdy nie żył legendą klęsk. Powstaniem wielkopolskim, jedynym zwycięskim w polskiej historii, udowodnił, że determinacja i organizacja są skuteczniejsze niż romantyczny zryw. Zaborca nie zdołał złamać tej logiki: w czasach pruskich Poznaniacy zakładali spółdzielnie, budowali banki, biblioteki i szkoły. Zamiast ginąć - robili swoje. Pozytywiści mieli tu lepszy grunt niż romantycy, stąd kwitły tu oszczędność, odpowiedzialność, solidność, zaufanie do instytucji. W takim świecie dorastałam, w przekonaniu, że wartość nie potrzebuje hałasu, a prawdziwa siła kryje się w konsekwencji.

Etos, romantyzm, pozytywizm, praca organiczna - to oczywiście wielkie słowa. Ale Poznań mojego dzieciństwa to przede wszystkim kilkanaście ulic i uliczek Łazarza, na pograniczu Grunwal­du i Jeżyc, świat zamknięty między zapachem świeżego chleba a dźwiękiem kościelnych dzwonów. Kamienice miały solidne, chociaż wtedy zniszczone jeszcze fasady i równie solidnych, choć poturbowanych przez historię mieszkańców. Na Rynek Jeżycki biegałam po mleko i warzywa, do piekarni z wyrośniętym ciastem, które piekarz wsuwał do pieca obok bochenków chleba. W Parku Wilsona - w latach mojego dzieciństwa i młodości był to Park Kasprzaka - jest stara palmiarnia. Wszystko było blisko: przedszkole, szkoła, kościół, w którym później wzięłam ślub. Mieszczańskość nie była abstrakcyjnym pojęciem, tylko spoiwem codzienności.

Serce tego poznańskiego mikrokosmosu biło dla mnie w naszym domu - a właściwie w narożnym mieszkaniu na drugim piętrze modernistycznej kamienicy, z oknami wychodzącymi na spokojną, mało ruchliwą ulicę. Dom był osią, wokół której krążyło wszystko inne: szkoła, park, rynek, kościół. W nim uczyłam się, że każdy dzień ma swoją hierarchię i rytm, a sens nie kryje się w tym, co głośne i efektowne, lecz w tym, co powtarzalne i uczciwie wykonane.

Mój dom rodzinny był kwintesencją poznańskości: bez nadmiaru słów, ale z ogromem odpowiedzialności, pracy i dyscypliny. Mama - Judym w spódnicy. Ojciec - niby w jednej pracy, ale jakby na dwóch etatach, bezgranicznie zaangażowany w odbudowę i rozwój Polski. Patrioci nieobnoszący się ze swoim patriotyzmem, dla których praca była ważniejsza niż jakiekolwiek deklaracje, niż poklask, niż zaszczyty. Mam nadzieję, że odziedziczyłam po nich te cechy. I ten model patriotyzmu wyrażający się poprzez czyny.

To nie jest modne słowo, ale kiedy myślę o moich rodzicach, wydaje mi się, że przede wszystkim dzięki nim jestem porządna - zawsze na czas, przygotowana jak prymuska. Utrzymuję porządek w domu, na biurku. We wszystkim. Całe moje życie bywało szalone, ale w tym szaleństwie jakoś poukładane. Również w relacjach z ludźmi. Jestem bardzo wymagająca, bo skoro wymagam dużo od siebie, wymagam też od innych. Jednak nikomu nie robię świństw. Chcę grać fair. Dzięki temu ludzie, którzy ze mną żyją czy pracują, wiedzą, czego się po mnie spodziewać.

Z domu wyniosłam także otwartość na innych, potrzebę, by rozumieć i odpowiadać na ich emocje. Empatię zawdzięczam przede wszystkim mamie. Do tego "domowego" zestawu dodałam od siebie otwartość na świat, potrzebę nieustannego poszukiwania własnego w nim miejsca, zmian. Te nowe emocje pojawiły się we mnie zapewne wtedy, gdy w młodości zaczęłam wchodzić w środowisko artystyczne Poznania.

Tu pojawiła się pewna sprzeczność. Bo jak być porządną w świecie artystów, artystycznego chaosu, który ich otacza, wolności i niezależności, której potrzebują. Musiałam sobie poradzić z tym zderzeniem tak, by nie zgubić wartości wpojonych w domu. Arty­styczne życie bardzo mi się spodobało. Mogłam się w nim zatracić. Mogłam popaść w nałogi, mogłam zmarnować czas moich studiów, mogłam utknąć w jakichś toksycznych związkach. Ale ta moja porządność sprawiała, że zawsze wiedziałam, gdzie jest granica. Nigdy jej nie przekraczałam.

Jeszcze jedna cecha mnie ukształtowała: konsekwencja. To chyba bardzo ojcowska cecha. Tak jak mój ojciec jestem przekonana, że gdy się coś zacznie, to trzeba skończyć. Nie potrafię rzucić w kąt tego, nad czym pracuję. To bardzo mi pomogło i pomaga w dorosłym życiu. Sprawia, że jestem przewidywalna, bo jeśli mówię, że coś robimy, to robimy to do końca.

Pracowitość? Tak. I jeszcze opiekuńczość, gotowość na poświęcenia dla rodziny. Ale nie chodzi tylko o moje dzieci czy wnuki, które bezgranicznie kocham. Myślę o tej "szerszej" rodzinie, z wyboru, o bliskich, o przyjaciołach. Jeśli ktoś z nich prosi o pomoc, dzwoni, bo potrzebuje wsparcia, czy szuka dobrego lekarza, zawsze może na mnie liczyć. Mój syn powiedział kiedyś: "Mamo, tobie wystarczy dać hasło, a ty ruszysz do działania, nawet jeśli miałabyś wykopać coś spod ziemi".

Tak już mam i chyba wyniosłam to z domu, no bo skąd?

-

Dla Chaspera Schmidlin, współpracującego ze mną w Szwajcarii architekta (drugim był Lukas Voellmy), domem była Engadyna. Doskonale rozumie jej tradycję, kulturę, architekturę i krajobraz. Uważa, że jego najważniejszym zadaniem jest zachować istotę budynku, który odnawia albo podnosi z ruin, i dodać do niego nowe, czasami kontrastujące elementy. Ale tak, aby tworzyły z dawną tkanką spójną całość. Inspiruje go miejsce, które ma współtworzyć - jego geologia, struktura historycznych murów - i tradycyjne techniki, takie jak sgraffito, czy lokalne materiały, jak drewno sosny alpejskiej bądź powszechna w okolicach Susch szarozielona skała - amfibolit. Chas­per, ale też Lukas projektują architekturę, która jest uważna, kameralna i precyzyjna. Pozwala współistnieć naturze, historii i sztuce.

"Nie chodziło o jakiś wielki gest, który tak często prowadzi do standaryzacji i bezosobowości - mówi Chasper w wywiadzie zamieszczonym w książce Muzeum Susch: Alpine Laboratory. - Naszym celem było nadanie temu miejscu wyrazistej, współczesnej tożsamości, bez zaprzeczania jego korzeniom. Przeciwnie - świadomie je włączyliśmy. DNA tego miejsca jest zapisane w jego historiach i w skale. Białe ściany splatają to, co stare i współczesne, podczas gdy ciemna, zielonkawa posadzka z cichą precyzją zaznacza interwencję architektoniczną. Doświadczenie przestrzeni, wymiar zmysłowy, historyczna substancja, wybór naturalnych materiałów oraz tradycyjne techniki rzemieślnicze - razem definiu­ją architekturę, która nie mogłaby powstać nigdzie indziej"*.

Bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że w 2024 roku Chasper wygrał międzynarodowy konkurs na rozbudowę Kunstmuseum Bern, jednego z najważniejszych szwajcarskich muzeów. Swoje projekty przysłało 148 zespołów z całego świata, a do finału weszły tylko najbardziej renomowane pracownie. Jury, oglądając projekt Chaspera, miało powiedzieć coś, co bardzo mnie ujęło: że architekt "rozmawia z miastem", nie próbując go zagłuszyć. Chas­per po prostu zrobił to, co umie najlepiej i co pokazał w Susch: wkomponował nowoczesną budowlę w przestrzeń tak, jakby od zawsze do niej należała.

Gdy ich poznałam, zarówno on, jak i Lukas byli młodymi architektami. Mieli po niespełna trzydzieści lat i minimalne doświadczenie, bo dopiero co skończyli studia. Za to jakie! ETH w Zurychu to najlepsza politechnika w Europie, jedno z tych miejsc, gdzie naukowe odkrycia służą przede wszystkim rozwiązywaniu konkretnych problemów cywilizacji. Jeszcze zanim zaczęli ze mną współpracować w Susch, pomogli mi stworzyć mój pierwszy szwajcarski, górski dom. Miał być odskocznią od codzienności, od pracy, miejscem odpoczynku. Gdy przyjechałam zaproszona przez przyjaciela galerzystę do jego domu w Engadynie, nie miałam pojęcia, jak potoczą się moje losy. Od razu jednak zachwyciłam się doliną, lokalną architekturą.

Od tego momentu wszystko działo się w szalonym tempie. Tak jak lubię żyć i działać - szybko i skutecznie. W przeciwnym razie czuję, że stoję w miejscu, jakbym utknęła gdzieś nie z własnej woli. Ktoś znalazł dla mnie zniszczony dom w liczącej zaledwie stu mieszkańców alpejskiej wiosce Tschlin - dumnej miejsco­wości, w której już w XVI wieku istniała drukarnia, a wówczas była to rzadkość. W Tschlinie dokonał żywota Ulrich Campell (łac. Theodo­ricus), urodzony w Susch protestancki kaznodzieja i humanista z Engadyny, obrońca retoromańskiego języka i kultury. Od razu tam pojechałam i szybko zdecydowałam się na kupno domu. Potem znalazłam Chaspera i Lukasa, z którymi zaczęłam planować przebudowę i remont. Już po roku mogłam w nim zamieszkać.

Nie było łatwo odnaleźć się w nowym miejscu. Pierwsza bariera to język. W Gryzonii ludzie mówią po retoromańsku. Jest jeszcze niemiecki, w którym potrafię rozmawiać o prostych rzeczach, zrobić zakupy, powiedzieć parę miłych słów, gdy ktoś mnie zagadnie. Niewiele więcej. I angielski, język, w którym ustalałam wszystko z lokalnymi władzami i architektami. Ale mój angielski jest daleki od perfekcji. Nie uczyłam się go w szkole (w liceum miałam łacinę), poznawałam go w biegu, w czasie podróży po świecie, rozmów, negocjacji. Nigdy nie było czasu, żeby z angielskiego uczynić mój drugi język. Został użytecznym narzędziem i chyba pozostanie mi się z tym pogodzić, bo choć mam sporo talentów, wiem, że nie mam talentu do nauki języków.

Język retoromański to jedna bariera, ale jest jeszcze inny problem. Żeby zostać przyjętym przez lokalną społeczność, nie wystarczą przyjazne spojrzenie, miły gest, potrzebny jest także szacunek dla miejscowych zwyczajów i reguł. Zawsze staram się ich przestrzegać, wiedząc, jak bardzo to pomaga. Zwykle nie miałam z tym większych problemów, bez względu na to, w jakiej części świata się znalazłam. Tu było nieco trudniej. Mieszkańcy Gryzonii nie są zbyt otwarci ani ufni, przynajmniej do momentu, gdy cię dobrze nie poznają. Ale to, że bywają zamknięci w sobie, nie znaczy, że nie możesz liczyć na ich pomoc. Przeciwnie.

Pamiętam mój pierwszy przyjazd do Tschlina. Zima, noc, śnieżna zawierucha. Wioska położona jest na zboczu, więc dojeżdża się do niej serpentynami. Lepiej nie patrzeć w dół, żeby się nie przerazić. Ulice w samej wiosce biegną w górę i opadają pod dużym kątem. Mieszkańcy mawiają, że tu nawet koguty muszą używać swoich ostróg, żeby nie zjechać w przepaść.

Dojechałam więc do mojego przyszłego domu. Śnieg sypał, widoczność żadna, droga oblodzona, zero przyczepności. Poczułam, że mój samochód zaczyna bokiem zsuwać się po ulicy. Dostrzegłam w niewielkiej odległości dom sąsiadów, byłam pewna, że za chwilę się w niego właduję, i oczami wyobraźni widziałam kolejne sekwencje awantury. W tym momencie z mroku wynurzyła się postać, dojrzałam tylko jej zarysy. Zbliżała się. W rękach trzymała łopatę, co zaniepokoiło mnie jeszcze bardziej. Ale ten człowiek zaczął łopatą podrzucać kamyczki i żwir pod koła mojego samochodu. Złapałam przyczepność i w końcu udało mi się ustawić auto na podjeździe. Wysiadłam i podziękowałam serdecz­nie za pomoc.

W ten sposób poznałam mojego najbliższego sąsiada. Jak się wkrótce okazało - właściciela jedynego w wiosce sklepiku, maleńkiego, niespełna dwanaście metrów kwadratowych powierzchni. Można było w nim kupić wszystko: od jajek, które znoszą kury sklepikarza, po sznurek i lokalną kiełbasę. A co najważniejsze, lokalne wyroby mleczne, bo w tej "mojej" wioseczce jest mleczarnia, która w jogurty i sery zaopatruje cały region. I jeszcze piwo, bo w Tschlinie znajduje się najwyżej położony browar w Europie.

Ta przygoda przełamała lody. Nigdy przedtem nie miałam tak bliskiego sąsiada, człowieka, któremu mogłam ufać na tyle, żeby mu powierzyć klucze do własnego domu. Dałam mu je po pierwszym spotkaniu. Za każdym razem, gdy wyjeżdżałam, byłam pewna, że mój dom zostaje pod najlepszą opieką.

* "A Sense of Continuity in Stone and Water". Chasper Schmidlin in Conversation with Mareike Dittmer, w: Muzeum Susch: Alpine Laboratory, ed. J. Higgie, Köln 2026, s. 112-114.

Rozdział 3

Wśród Skorpionów i Raków

Tschlin zbudowany jest wokół kilku maleńkich placyków. Na środku każdego z nich stoi studnia, z której mogą czerpać wodę mieszkańcy i podróżni. Mój dom miał okna na jedną z nich.

Rano budziły mnie pojone tam, prychające i rżące konie. To były dla mnie, urodzonej i wychowanej w mieście kobiety, egzotyczne, ale zarazem fascynujące obrazy i dźwięki. Trudno było sobie wymarzyć lepsze miejsce do życia. Tym bardziej że mój dom, z którego Chasperowi i Lukasowi, z pomocą moją i mojego partnera Maćka, udało się zrobić cudo łączące tradycję i nowoczesność, był kiedyś piekarnią. Coś w nim zostało z ciepła miejsca, gdzie wypieka się chleb. Jakiś niezwykły klimat, w którym powstawało to, co niezbędne do życia.

Już po przebudowie Starego Browaru zaproponowano mi, żebym "coś zrobiła" z poznańską rzeźnią. Jednak odmówiłam. Gdy się tam znalazłam, poczułam, że nie dam rady. W uszach miałam głosy zarzynanych zwierząt, ich przeraźliwy ryk. Po jednej wizycie w rzeźni nie chciałam tam wracać.

Bardzo lubiłam za to powroty do szwajcarskiego domu­-piekarni. Ale to był czas jeszcze przed rozpoczęciem budowy muzeum. Potem droga między Tschlinem a Susch stała się moją codziennością. Spiesząc się, jeździłam codziennie czterdzieści kilometrów górską drogą z Tschlina do Susch, a potem tyle samo z powrotem. W domu musiałam przygotować kolację, zaplanować kolejny dzień, odpocząć. W końcu więc zdecydowałam się na przeprowadzkę. Zbyt pochłaniała mnie budowa.

-

Gdyby ktoś w dzieciństwie powiedział mi, że zostanę kolekcjonerką sztuki, że będę organizować wystawy i budować muzeum, nie uwierzyłabym. W mojej rodzinie nie było artystycznych tradycji. Niewiele wiem o rodzinnej historii, bo nie rozmawialiśmy zbyt często na ten temat. Rodzice dużo pracowali i nie było miejsca na opowiadanie o przodkach oraz doświadczeniach rodziców z dzieciństwa i lat młodości. Nikt nie miał czasu. Każdy dzień był za krótki, od rana dużo się działo. Wieczorem wspólna kolacja i trzeba było iść spać. Więc ani ja, ani moja siostra Ania nie pytałyśmy rodziców o ich przeszłość. Dziś żałuję, że nie znam historii moich bliskich tak, jak bym tego chciała.

Mama na pewno miała dużo do opowiedzenia. Ale nie opowiedziała. Byłyśmy z Anią zawsze blisko z mamą, nawet bardzo, ale nie rozmawiałyśmy o jej dzieciństwie, o młodości. Może uważałam, że kiedyś przyjdzie na to czas. A może myślałam, że wiem wszystko i wszystko rozumiem. Wtedy najważniejsze chyba było to, co działo się tu i teraz.

W przeciwieństwie do mamy nasz ojciec opowiadał: o wojnie, o samolotach, alarmach, ranach, o tych, którzy nie wracali z misji. Mówił, a my nie chciałyśmy go słuchać. Wojna była wszędzie. W podręcznikach, w telewizji, w filmach, książkach. Pewnie czułyśmy podświadomie, że już jej wystarczy. Byłyśmy młode. Mówiło się: głowy w chmurach. Ale to nie były chmury, tylko jakiś mechanizm obronny: żeby nie bolało. Żeby nie pytać: "A jak to było, tato, gdy prawie umarłeś?", udawałyśmy, że nie słyszymy. Mówiłyśmy: "Co nas to obchodzi?". Ale pod spodem był strach. I upór. Żeby nie wejść w ten jego strach. Żeby nie stał się naszym. Z czasem to się zmieniło. Kilka lat przed śmiercią ojca uznałam, że popełniałam błąd, nie wysłuchując go. Wydawało mi się, że nie mogę, nie umiem, nie mam czasu, by zamienić się w uważną słuchaczkę i rejestratorkę jego opowieści, więc podarowałam mu dyktafon, by sam nagrał swoją historię.

- Masz tyle wolnego czasu, tato.

Po jakimś czasie mi go oddał. Pusty.

- Nie potrafię - powiedział. - Potrzebuję rozmówcy.

Miał wtedy dziewięćdziesiąt lat. Zmarł wkrótce potem. I tak zostałam ze strzępami historii, pojedynczymi scenami i obrazami, które pozszywane nie tworzą spójnej opowieści, bez rodzinnej genealogii, z historiami bez początku i bez końca. Z pytaniami, na które nie potrafię odpowiedzieć. Myślę, że taki sam kłopot z pamięcią ma wiele polskich rodzin. Z nieopowiedzianymi, niewysłuchanymi, nieprzepracowanymi historiami z najtrudniejszych momentów przeszłości. A te działają, rezonują w jakimś stopniu w naszym życiu, nawet jeśli nie znamy dokładnie ich treści. A może właśnie dlatego?

-

Jako dziecko jeździłam z mamą do Śremu. To jedno z najstarszych polskich miast, słynne z odlewni żeliwa, gdzie wiele lat później powstawały prace Magdaleny Abakanowicz, te, które stoją dziś w poznańskim Parku Cytadela. W Śremie urodziła się moja mama, Maria Jakubowska. Była późnym dzieckiem. To swoista tradycja w jej rodzinie. Gdy przyszła na świat w 1913 roku, mój dziadek miał ponad pięćdziesiąt lat. A to znaczy, że żył w czasach, gdy wybuchło powstanie styczniowe, w Ameryce trwała wojna secesyjna, budowano i ukończono Kanał Sueski.

Dziadek był w miasteczku ważną figurą. Miał dobrze prosperujący sklep bławatny w samym sercu Śremu. Pamiętam ze zdjęć wielki napis nad wejściem: "Jedwabie". Dziadek był też przewodniczącym bractwa kurkowego, kupieckiej organizacji paramilitarnej i patriotycznej, co w tych czasach było nie lada wyróżnieniem. Nie poznałam go. Zmarł w 1938 roku już w Poznaniu, do którego wcześniej mama przeprowadziła swoich rodziców. Zamieszkali razem w wielkim mieszkaniu przy ulicy Jac­kowskiego. Ale nie przesadza się starych drzew...

Babcię Elżbietę, młodszą od dziadka o osiemnaście lat, pamiętam za to doskonale. Wyglądała tak, jak już teraz żadna babcia nie wygląda. Siwiuteńkie włosy spięte w kok, bluzka z długim rękawem, szeroka spódnica po kostki, a na to fartuch. Zawsze się pod nim chowałam, kiedy tata się na mnie złościł. Słyszałam, że w młodości babcia była klucznicą w jednym z wielkopolskich dworów. Wyobrażałam ją sobie często, jak zarządza służbą, jak dostojnie kroczy z pokoju do pokoju z pękiem kluczy od spiżarni, szaf i cukier­nic, które zamykano, bo cukier był towarem drogim, a więc cennym. Łatwo mi to przychodziło - babcia Elżbieta rzeczywiście miała władczą naturę. Wszystko u niej i wokół niej musiało być uporządkowane, zgodnie z jej wyobrażeniem porządku.

Dziadek był Rakiem i miał podobno anielski charakter. Dla równowagi babcia była Skorpionem.

Mój tata? Skorpion.

Moja mama? Rak.

Moja siostra? Rak.

Mój mąż? Rak.

Ja? Skorpion.

Mój syn? Skorpion.

Tylko moja córka wyłamuje się z tego astrologicznego schematu, bo urodziła się z kilkudniowym opóźnieniem, pod znakiem Lwa. Teraz, w pokoleniu moich wnuków znów są Raki, ale też Waga i Lew.

Nie jestem przesądna. Astrologię traktuję raczej jak mitologię naszych czasów - opowiadamy ją sobie, by znaleźć sens. Czasem jednak chciałoby się spojrzeć w niebo jak w lustro. Popatrzeć na układ planet, poszukać w nim klucza - nie do przyszłości, ale choćby do zrozumienia teraźniejszości. Chciałoby się wierzyć, że z ruchów Saturna i Plutona można wyczytać, dlaczego kogoś kochamy aż do bólu, a komuś innemu nie umiemy wybaczyć. Albo dlaczego pewne rzeczy powtarzają się w naszych rodzinnych historiach jak echo, z pokolenia na pokolenie.

Rak to emocjonalność, empatia, troska o innych, ale też ostrożność i (z wyjątkiem mojego męża) oszczędność.

Skorpion: odwaga, intuicja, zdecydowanie, zaangażowanie oraz przebiegłość.

Czy ten ciąg spotkań tych dwóch znaków w naszej rodzinie coś znaczy? Czy to tylko przypadek, zbieg dat i charakterów? Nie wiem. Ale gdy patrzę wstecz, mam wrażenie, że niektóre zwroty w naszych biografiach - nieprzypadkowe decyzje, czułość i konflikty, lojalność i zdrady - dałoby się wyjaśnić właśnie tymi nieustannymi zderzeniami Raków i Skorpionów.

-

Byliśmy bardzo religijną rodziną. Religijną w sposób cichy, bez afiszowania się, bez krzyku, ale zarazem bez żadnego kompromisu. Wiara była jak powietrze. Nikt o niej głośno nie mówił, lecz wszyscy nią oddychaliśmy. Niedzielna msza święta była niepodważalna, jak zmiana pór roku: nie dało się jej ominąć ani odłożyć na później. Święta w naszym domu miały swój ciężar - nie ten dekoracyjny, pachnący cynamonem czy kadzidłem, ale duchowy, niemal metafizyczny. Wigilia była przeżywana jak liturgia, Wielkanoc - jak misterium.

Dzieciństwo w takiej rodzinie to doświadczenie pełne światła, ale też cienia. Świat wyraźnie dzielił się na to, co dobre, i to, co grzeszne. Może właśnie dlatego, że wiara była obecna zawsze i wszędzie, dziś czasem próbuję na nią patrzeć z dystansu - nie po to, żeby ją odrzucić, choć z zachowaniem i słowami wielu dzisiejszych "sług" Kościoła mi nie po drodze, ale żeby zrozumieć, jak bardzo mnie ukształtowała. Bo wiara w naszej rodzinie była czymś więcej niż przekonaniem. Była językiem codzienności, światłem w oczach babci i ciężarem w jej milczeniu. Ta wiara nie była doskonała. Ale była prawdziwa.

Katolicyzm był naturalnym tłem wszelkich spraw, lecz w mieście, w którym dorastałam, panował duch mieszczańsko­-protestanckiej etyki pracy. Żywa była tu wiara w porządek, w punktualność, w to, że dobrze wykonane zadanie jest nie tylko obowiązkiem, ale też świadectwem człowieczeństwa. Zamiast nagłych porywów - solidność, przekonanie, że życie składa się z małych czynów wykonywanych uczciwie i do końca. Między tymi dwoma religijnymi światami rodziło się moje podejście do życia.

Babcia była z nas najgorliwsza w wierze - któregoś ranka, spiesząc się na poranne nabożeństwo, poślizgnęła się na ciemnej klatce i spadła ze schodów. Złamała sobie rękę i obojczyk. Już się z tego nie podźwignęła. Zdążyła jeszcze przygotować mnie do pierwszej komunii.

Był rok 1959.

-

W pokoleniu babci pojawiło się małe, jedyne w mojej rodzinie, artystyczne odgałęzienie. Jej brat został rzeźbiarzem. Był bardziej rzemieślnikiem niż "panem artystą", choć na fotografiach wygląda bardzo profesjonalnie w roboczym fartuchu, poznał też monachijskie środowisko artystyczne. Nie zrobił kariery, nie mam katalogów ani recenzji z jego wystaw. Został mi po nim tylko krucyfiks, który jest dla mnie ważną pamiątką. Jego syn także rzeźbił, głównie maski, które rozdawał rodzinie; domowa produkcja, niewpisana w żadne szkoły czy nurty. Ten skromny ślad "pracy ręką" - trochę rzemiosła z odrobiną artyzmu - przewija się na rodzinnych fotografiach jak dyskretny motyw: nieistotny w historii sztuki, ale ważny w mojej pamięci.

-

Mój ojciec, Stanisław Łagoda, urodził się w 1906 roku w Rąbiniu, w połowie drogi między Poznaniem a Lesznem. Biedniutka wieś - tak ją zapamiętałam - z biedadomkami. Jeden z nich należał do mojej babci, zmęczonej życiem, przygiętej do ziemi, samotnej kobiety. Jej mąż był koniuszym w dobrach Dezyderego Chłapowskiego, pochowanego w Rąbiniu generała, jednego z prekursorów pracy organicznej. Po zakończeniu służby u Napoleona i po powstaniu listopadowym generał wrócił do Wielkopolski, by działać na rzecz modernizacji rolnictwa i gospodarki. Był pionierem nowoczesnego, naukowego podejścia do uprawy ziemi. Wprowadzał płodozmian, drenowanie pól i nowe techniki upraw. Jego działalność stała się wzorem "pracy u podstaw" - idei, która później zdominowała myśl pozytywistyczną w zaborze pruskim. Dziadek zapewne znał generała Chłapowskiego. Zmarł, jeszcze zanim wybuchła II wojna światowa. Tyle.

Pierwszy raz przyjechaliśmy do Rąbinia samochodem, który należał do kuzyna mamy. Kuzyn prowadził, bo tata, choć mechanik i lotnik, prawo jazdy zrobił dopiero w 1978 roku, ale nigdy z niego nie korzystał. Owszem, miał prawa jazdy, polskie, jeszcze przedwojenne, i brytyjskie, z lat wojny, ale na pojazdy wojskowe. Jedziemy więc przez wieś i od razu robi się zbiegowisko, biegną za nami dzieciaki po zakurzonej drodze, ludzie podchodzą do płotów. Samochód to wielkie wydarzenie. Byłam ledwie kilkuletnią dziewczynką, ale czułam ten dziwny dystans między nami, miastowymi, po miastowemu ubranymi gośćmi, a moją babcią i jej wiejskimi sąsiadami.

Tata czasami opowiadał o swoim dzieciństwie. O tym, jak wilgotnym rankiem wyprowadzał krowy na pastwisko, jak kładł się na łące i śnił na jawie, że wyrywa się ze wsi, leci gdzieś daleko, za horyzont, poznaje świat. Udało mu się, choć nie w takich okolicznościach, o jakich marzył, będąc małym chłopcem.

-

Między dzieciństwem ojca a jego pojawieniem się w Poznaniu jest luka, którą trudno mi wypełnić. Wiem tylko z jego notatek, że w październiku 1928 roku został powołany do wojska. Od początku służył w 32. Eskadrze Liniowej, która stacjonowała na poznańskiej Ławicy. To zasłużona jednostka, powstała po przekształceniu 10. Eskadry Wywiadowczej, najstarszej w II Rzeczypospolitej. W 1929 roku ojciec ukończył szkołę podoficerską; tuż przed wojną, w 1938 roku zdążył jeszcze zdać małą maturę. Tyle suchych faktów.

Wyraźniej widzę go w połowie lat trzydziestych, gdy ubrany w lotniczy mundur stoi w progu rodzinnego mieszkania mamy w Poznaniu.

Tata był mechanikiem lotniczym. U dziadków wynajmował pokój. Babcia Elżbieta od razu go polubiła. Przystojny, dobrze ułożony, strzelający obcasami młody mężczyzna. Podobno w pokoju zawsze miał nienaganny porządek. Co na to mama? Zawsze była bardziej zajęta innymi niż sobą. To ona stała się motorem przeprowadzki swojej rodziny ze Śremu do Poznania. Doprowadziła do niej z myślą o bracie, który poszedł na studia. By było mu wygodniej przy rodzinie. Chcąc pomagać bratu finansowo oraz utrzymać rodzinę, zatrudniła się jako pomoc dentystyczna.

Mama pracowała tak, jakby doba miała dla niej więcej godzin niż dla innych. Na życie towarzyskie brakowało czasu, a jednak na zdjęciach wygląda zawsze olśniewająco: młoda i piękna, z uśmiechem, który delikatnie zaprasza do rozmowy, i oczami śmiejącymi się szybciej niż usta. Patrzę na te fotografie i widzę kobietę, która potrafiła oszukać rzeczywistość: wojna jakby nie zostawiła na niej blizn, PRL jakby nie wyssał z niej radości. Zawsze elegancka, gotowa do wyjścia, spojrzenie jak dobrze dobrany fason, subtelny profil, dyskretny makijaż. Musiała zachwycić tatę. A skoro w jej mieszkaniu pojawił się dobrze ułożony, starszy od niej o siedem lat, przystojny mężczyzna, do tego wyraźnie nią zainteresowany, skończyło się małżeństwem.

Ślub wzięli w 1938 roku. Gdy późną wiosną 1939 roku urodził się mój braciszek, młode małżeństwo wyprowadziło się z ulicy Jackowskiego "na swoje". Mama nie znosiła mrocznego mieszkania dziadków. Znalazła więc inne, w nowej kamienicy przy Grottgera, gdzie oboje moi rodzice mieszkali aż do śmierci. Wokół secesja i neobarok, kamienice z samego początku XX wieku (jedna z nich należała do rodziny Jerzego Waldorffa) - czerwona cegła parterów, neobarokowe wykusze - a pomiędzy nie wciśniętych kilka doskonale zaprojektowanych modernistycznych kosteczek z dużymi oknami.

Mama od pierwszej chwili pokochała to miejsce, ale cieszyła się nim krótko.

Nadciągała wojna.

Dalsza część w wersji pełnej