PrologW życiu powinno być coś więcej
Jako psychiatra diagnozuję i leczę choroby psychiczne, takie jak depresje, lęki, psychozy i uzależnienia. Jako specjalista od snu rozpoznaję i leczę różne zaburzenia snu - bezsenność, koszmary senne, lunatykowanie i bezdech senny. Uważam jednak, że skupianie się wyłącznie na leczeniu problemów medycznych moich pacjentów to za mało. Choć wielu z nich odczuwa ulgę w objawach psychiatrycznych i tych związanych ze snem, w życiu pozostają nieszczęśliwi. Jestem przekonany, że częścią mojej roli jako lekarza jest pomaganie im wieść bardziej znaczące i szczęśliwsze życie.
Na początku mojej kariery akademickiej na Uniwersytecie w Auckland moje zainteresowania naukowe skupiały się na zdrowiu psychicznym studentów medycyny. Duża część z nich, jeśli nie wszyscy, ma znakomite osiągnięcia akademickie. Wielu z nich odnosi również sukcesy w sporcie i sztuce, a większość to wspaniali ludzie. Są tak niesamowici, że gdybym teraz ubiegał się o przyjęcie na studia medyczne, sądzę, że bym się nie dostał, gdyż konkurencja byłaby zbyt duża.
Dlatego już na początku pracy jako wykładowca na studiach medycznych z zaskoczeniem zauważyłem, jak wiele nieszczęścia i bólu doświadczają studenci. Lęki, depresje i nadużywanie substancji psychoaktywnych wydawały mi się czymś powszechnym. Cierpieli także z powodu epidemii perfekcjonizmu i patologicznego poziomu nienawiści do samych siebie. Jako ich nauczyciel chciałem im zaoferować coś więcej niż tylko suche wykłady z psychiatrii, co skłoniło mnie do zainteresowania się badaniami z zakresu psychologii pozytywnej.
Psychologia pozytywna to naukowe badanie sensu życia i doświadczania pozytywnych emocji. Zacząłem uczestniczyć w konferencjach na ten temat w Nowej Zelandii i za granicą, gdzie poznałem kilku wybitnych uczonych zajmujących się tą dziedziną, w tym profesora Martina Seligmana, człowieka, który zapoczątkował tę psychologiczną rewolucję.
Jako praktyk psychologii pozytywnej zrozumiałem, jak potężnym narzędziem jest wdzięczność, którą można w sobie rozwijać, prowadząc specjalnie poświęcony temu dziennik. Nauczyłem się również rozpoznawać swoje mocne strony i nie skupiać na słabościach.
Mniej więcej w tym samym czasie zetknąłem się z medytacją uważności. Zorientowałem się, że niektórzy z moich ciężko chorych pacjentów psychiatrycznych nauczyli się regulować swoje destrukcyjne emocje, korzystając z kursów uważności. Zrozumiałem, że skoro czują się lepiej dzięki praktyce uważności, to i ja powinienem się z nią zapoznać.
Z psychologii pozytywnej i praktyki uważności czerpałem wiele korzyści, jednak wciąż odczuwałem pewien niedosyt. Brakowało mi spójnego i kompleksowego podejścia, które mogłoby pomóc ludziom takim jak ja radzić sobie z ciągłym stresem, niepokojem i niezadowoleniem. W pewnym sensie czułem, że różne metody psychologii pozytywnej, które stosowałem w celu prowadzenia szczęśliwszego życia, były rozproszone i nieuporządkowane. Było tak aż do chwili, gdy spotkałem nauki Buddy.
Kiedy dorastałem na Filipinach, gdzie większość społeczeństwa stanowią katolicy, moja znajomość buddyzmu ograniczała się do dwóch rzeczy. Niedaleko mojego rodzinnego domu w starej Manili znajdował się egzotycznie wyglądający, jaskrawoczerwony budynek z wysokim ogrodzeniem zwieńczonym smokami. Mówiono mi, że jest to świątynia buddyjska. Prócz tego słyszałem plotki o skandalu, jaki miał miejsce w katolickiej szkole, do której uczęszczały moje siostry, gdzie jedna z dziewcząt odeszła z Kościoła i przeszła na buddyzm. Te dwie rzeczy połączyły się w mojej głowie, składając się na całą moją wiedzę o buddyzmie.
Z naukami Buddy po raz pierwszy zetknąłem się w 2004 roku, sześć lat po ukończeniu studiów z zakresu psychiatrii i medycyny snu. Szperając w księgarni na lotnisku w Sydney, natknąłem się na Sztukę szczęścia1. Książka ta przykuła moją uwagę nie z powodu uśmiechniętego Dalajlamy na okładce, ale ponieważ jej współautorem był psychiatra, ktoś podobny do mnie. Powstała ona na podstawie wywiadu z Dalajlamą, duchowym przywódcą tybetańskich buddystów, przeprowadzonego przez amerykańskiego psychiatrę Howarda Cutlera. Rozmowa dotyczyła tematów związanych ze stresem, lękiem, cierpieniem, wewnętrznym spokojem i szczęściem. Nie miałem wówczas dużej wiedzy o buddyzmie, ale uznałem, że może to być interesująca lektura, ponieważ to psychiatra zadaje trudne pytania Dalajlamie. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że ta książka całkowicie odmieni moje życie.
Wprowadzenie
W życiu bywa tak, że nawet jeśli jakąś część drogi uda nam się przejechać bez przeszkód, nagle - bum! - wpadamy w dziurę albo, co gorsza, mimo że jedziemy ostrożnie, ktoś w nas walnie. Na szczęście Budda może nam wówczas pomóc. Kiedy pragniemy uczynić wyboistą podróż przez życie łagodniejszą, to zamiast wygładzać nawierzchnie dróg, możemy zainstalować zestaw amortyzatorów w postaci porad i wskazówek, które pozostawił nam Budda.
Uważam Buddę za najmądrzejszego psychologa, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Miał dogłębne zrozumienie tego, co jest przyczyną naszego cierpienia i stresu. Zachęcał, abyśmy zamiast zajmować się obwinianiem wszystkich dookoła, zajrzeli w głąb własnego umysłu i uprzytomnili sobie, że sytuację, w jakiej się znajdujemy, komplikuje w istocie nasza skłonność do życia w ułudzie.
Jego nauki wydały mi się tak znaczące, że aby w pełni się im oddać, postanowiłem przyjąć czasowe wyświęcenie w Birmie (Mjanmie)1. Te doświadczenia - bycia czasowo wyświęconym na mnicha - były czymś bezcennym, gdyż umożliwiły mi intymne zapoznanie się z nauką Buddy w buddyjskim środowisku.
Aby pomóc swoim uczniom złagodzić doświadczany przez nich stres, Budda ustanowił program treningu, na który składają się zrozumienie natury umysłu oraz właściwy sposób życia z innymi. Poza uważnością przekazał także inne praktyczne techniki radzenia sobie z naszym bezustannie paplającym umysłem i rozwijania zdrowych właściwości, takich jak szczodrość, życie w prosty sposób, szczerość, uczciwość i współczucie, które prowadzą do bezwarunkowego zadowolenia i spokoju.
Jego nauki wyróżnia spośród innych to, że nie trzeba w nie wierzyć i nie należy za nimi ślepo podążać. Nie są one przykazaniami ani wiedzą objawioną przez wyższą lub niebiańską istotę. Budda raczej zachęcał, by samodzielnie się przekonać, czy jego rady będą dla nas przydatne. Jeśli nam nie odpowiadają, możemy je odrzucić.
Ilu znasz mistrzów, którzy wprost zachęcają, by odrzucić ich nauki? To całkowite przeciwieństwo tego, co często słyszę od innych nauczycieli: "Nawróć się i wierz! Bo inaczej będziesz się wiecznie piekł na jakimś grillu!".
Ponieważ jestem naukowcem, bardzo przemawia do mnie podejście, w którym sprawdza się hipotezę lub teorię i poszukuje rozwiązań. Było dla mnie ulgą, że zamiast ślepej wiary mam możliwość wyboru, w co wierzyć. Podejście to wydaje się zupełnie odmienne od tego, z jakim miałem do czynienia w religiach opartych na wierze. Ponieważ buddyzm nie wiąże się z wiarą w boga czy jakąś istotę nadprzyrodzoną, często postrzega się go jako religię wolną od dogmatycznej tradycyjności.
Przez ostatnie dwadzieścia lat nie tylko sam odniosłem ogromne korzyści z nauk Buddy, ale również udało mi się wykorzystać wiele klejnotów jego mądrości w pracy jako psychiatra i pedagog. Dowody ich mocy dostrzegam u moich byłych studentów, obecnie starszych lekarzy, którzy do dziś są wdzięczni za buddyjskie wskazówki, które przekazałem im już ponad dekadę temu. Uczyłem również medytacji buddyjskiej osadzonych w więzieniu Mount Eden. Wielu z nich mówiło mi później, że moje rady okazały się dla nich przydatne. Jeden z nich nawet powiedział, że gdy nauczył się kierować swoimi myślami, ustąpiły częste ataki paniki, których doświadczał za każdym razem, gdy zamykały się za nim ciężkie stalowe drzwi.
Aby uczynić nauki Buddy bardziej przystępnymi, zdecydowałem się je przedstawić, opierając się na doświadczeniu własnym oraz wielu innych osób, które miałem okazję poznać. Wszystkie opisy przypadków klinicznych i imiona zostały zmienione tak, by ochronić prywatność osób, na których historię się powołuję. Przedstawiam tu również istotne badania z zakresu neuronauki i psychologii, które dopiero od niedawna zaczynają potwierdzać nauki przekazane przez Buddę już 2600 lat temu.
Książka ta zawiera podsumowanie rad Buddy dotyczących tego, jak najlepiej radzić sobie ze stresorami w życiu. Są to kreatywne i nieszablonowe sposoby rozwiązywania najrozmaitszych problemów, a ich celem jest osiągnięcie spokoju i szczęścia oraz uwolnienie się od cierpienia. Choć wiele rad Buddy to metody umożliwiające zrozumienie naszych szalonych sposobów myślenia i radzenie sobie z nimi, niektóre z nich to także całkiem praktyczne porady życiowe.
Aby je docenić i móc z nich korzystać, wcale nie trzeba być buddystą. Chociaż być może niektórzy buddyści dowiedzą się z tej lektury kilku nowych rzeczy! Jeśli jesteś chrześcijaninem, muzułmanką, hinduistą, żydówką, wyznawcą innej religii, agnostyczką, a nawet ateistą, podstawowe nauki Buddy dotyczące radzenia sobie ze stresem i cierpieniem w żadnej mierze nie zagrażają twojej wierze (lub jej brakowi). Dzięki stosowaniu tych wskazówek najprawdopodobniej staniesz się po prostu milszą i spokojniejszą osobą.
W tej książce postanowiłem omówić podstawowe nauki Buddy, które są zrozumiałe i praktyczne. Wiele innych jego nauk jest tak zaawansowanych i złożonych, że celowo się nimi tutaj nie zajmuję. Mam prosty umysł, więc trzymałem się tego, co uważam za podstawowe, praktyczne i ułatwiające życie.
Naszą podróż przez porady życiowe Buddy powinniśmy zacząć od rozpoznania podstawowego, uniwersalnego faktu, że wszyscy chcemy być szczęśliwi. Chociaż czasami odczuwamy zadowolenie, nigdy nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani. Zawsze chcemy więcej i nieuchronnie coś zawsze idzie nie tak. Budda pokazuje nam jednak, że kiedy tak się dzieje, możemy dokonać wyboru między chwytaniem się swych doświadczeń, przyjemności i wyobrażeń, które - jeśli nie potrafimy ich puścić - przynoszą nam jedynie więcej stresu i cierpienia, a uwarunkowaniem swego umysłu w taki sposób, by był spokojniejszy i bardziej zadowolony.
Aby pomóc ci odnaleźć spokój, którego szukasz, podsumowałem nauki Buddy w następujących czterech punktach:
1. Wszyscy doświadczamy stresu niezależnie od tego, kim jesteśmy, jaki jest stan naszego zdrowia, co posiadamy i czy jesteśmy bogaci, czy biedni, niezależnie od naszych związków z innymi lub ich braku, niezależnie od wykonywanego przez nas zawodu oraz otoczenia, w jakim żyjemy. Przestańmy więc obarczać winą za nasz stres innych ludzi i otoczenie.
2. Procesy umysłowe powodujące w nas stres są nieodłączną częścią ludzkiej kondycji. Aby radzić sobie ze stresem, trzeba zrozumieć i doświadczyć tego, w jaki sposób umysł go tworzy.
3. Ponieważ żyjemy w grupach i społecznościach, warto postępować tak, by nie wyrządzać innym krzywdy. Dzięki temu nasze otoczenie staje się spokojne, co sprzyja zgodzie i pokojowi.
4. Istnieją praktyki, które prowadzą do uspokojenia umysłu i osiągnięcia szczęścia. Należą do nich szczodrość, uważność, uczciwe, proste życie oraz działanie w szczery sposób z życzliwością i współczuciem.
Budda
Zanim przejdę do omówienia jego nauk na temat stresu i szczęścia, pozwólcie, że pokrótce nakreślę, kim był - a może raczej kim nie był - Budda. Nie był bogiem, który chciał być czczony lub w którego należy wierzyć. Był takim samym człowiekiem jak ty i ja. Choć nie był istotą boską, uważam go za najmądrzejszego psychologa i nauczyciela ludzkich zachowań, jaki kiedykolwiek żył na świecie. Miał niezwykłe zrozumienie przyczyn stresu, lęku i niezadowolenia. Przedstawił również (lecz nie nakazywał jego stosowania) systematyczny program edukacyjny prowadzący do osiągnięcia szczęścia, spokoju i zadowolenia. Jego podejście nie wymaga wiary w to, czego nauczał, lecz opiera się na własnym doświadczeniu praktykującej osoby. Innymi słowy, w nauce Buddy chodzi o to, aby bezpośrednio doświadczyć i intuicyjnie pojąć, co jest faktyczną przyczyną stresu i cierpienia, oraz zrozumieć, w jaki sposób nauczany przez Buddę program treningowy może nam pomóc się od nich uwolnić.
Siddhartha Gautama, znany jako Budda Siakjamuni, urodził się w VI wieku p.n.e. w północnej części subkontynentu indyjskiego, na obszarze dzisiejszego Nepalu. Matka Buddy zmarła tuż po jego narodzinach. Wychowywali go ciotka i ojciec, który był władcą klanu. Siddhartha wiódł niezwykle uprzywilejowane życie. Ojciec chronił go przed strapieniami zwykłego świata, zapewniając mu luksus i rozkosze zmysłowe. Młody książę otrzymał doskonałe wykształcenie i oczekiwano, że pójdzie w ślady ojca, gdy odziedziczy po nim tron. Jednak pomimo przepychu i wygód, jakie go otaczały, młody książę był ciekaw świata i czuł, że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o pogoń za przyjemnościami i materialnym dobrobytem.
W wieku dwudziestu dziewięciu lat, pragnąc znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, porzucił życie w przepychu pałacu. Początkowo pobierał nauki u różnych nauczycieli religijnych, ale uznał, że to, czego się od nich nauczył, nie jest wystarczające i nie oferuje rozwiązania, którego poszukiwał. Po sześciu latach duchowych wysiłków usiadł pod drzewem, postanawiając, że nie przerwie medytacji aż do osiągnięcia oświecenia. W trakcie tego okresu doświadczył głębokiego zrozumienia przyczyn cierpienia oraz tego, jak osiągnąć doskonałe i bezwarunkowe szczęście. Wtedy właśnie stał się znany jako Budda - przebudzony. Uważa się go za "przebudzonego", ponieważ większość z nas przebywa w stanie przypominającym sen, w którym nie dostrzegamy prawdziwej natury stresu i szczęścia.
Zrozumiawszy w pełni naturę rzeczywistości, resztę życia aż do śmierci w wieku osiemdziesięciu lat poświęcił podróżowaniu po Indiach i nauczaniu tego, co urzeczywistnił.
Społeczność uczniów Buddy, składająca się z mnichów, mniszek i zwykłych ludzi, rosła i rozprzestrzeniała się po całych Indiach. Jego nauki ostatecznie dotarły do wielu krajów Azji, w tym do Bhutanu, Tajlandii, Birmy (Mjanmy), Laosu, Wietnamu, Sri Lanki, Chin, Mongolii, Tybetu, Korei i Japonii. Dziś, około 2600 lat później, jego nauki nadal mają ogromny wpływ na około pięćset milionów ludzi, którzy uważają się za buddystów. Obecnie na Zachodzie również miliony ludzi nieuważających się za buddystów praktykują różne techniki medytacyjne nauczane przez Buddę.
Nauki Buddy
Książka ta to zaledwie pobieżne streszczenie nauk Buddy. Aby spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy, warto wiedzieć, że jego pierwotne nauki, znane jak kanon palijski, składają się z czterdziestu dwóch tomów, które spisano prawie pięćset lat po jego śmierci. Te czterdzieści dwie księgi powstały w ciągu czterdziestu pięciu lat i zawierają osiemdziesiąt cztery tysiące nauk. Osiemdziesiąt dwa tysiące z nich pochodzą od Buddy, a dwa tysiące od jego uczniów. Dla porównania chrześcijańska Biblia, która stanowi około jednej czwartej objętości tekstów zawartych w kanonie palijskim, została napisana przez około czterdziestu autorów na przestrzeni co najmniej pięciuset lat.
W mojej pracy jako psychiatra pomagający pacjentom radzić sobie ze stresem i cierpieniem stosuję więcej buddyjskich zasad psychologicznych niż tych mających źródło w zachodnich podejściach psychologicznych Freuda, Junga czy Becka. Codziennie korzystam z wielu jego rad również we własnym życiu. W 2012 roku, zainspirowany naukami Buddy o dobroci, rozpocząłem pracę nad doktoratem z zakresu współczucia, który ukończyłem w 2021 roku.
Postanowiłem napisać tę książkę po blisko dwóch dziesięcioleciach stosowania technik buddyjskich zarówno w życiu osobistym, jak i z moimi pacjentami, aby również inni ludzie mogli odnieść z nich pożytek. Budda nauczał, by podchodzić do rzeczy z lekkością, więc życzę ci, by zawirowania w twoim życiu stały się mniej uciążliwe, w czym być może pomoże ci kilka z jego przedstawionych tu rad - a może wszystkie pięćdziesiąt!
Rozdział pierwszyW pogoni za szczęściem
Żyjemy na planecie zwanej Ziemią, pięknej niebiesko-zielonej skale krążącej wokół gwiazdy znajdującej się w Drodze Mlecznej, jednej z prawdopodobnie stu czy dwustu miliardów galaktyk w obserwowalnym wszechświecie. Wszystko, co w nim istnieje, składa się z materii i energii, które znajdują się w ciągłym ruchu, nieustannie się poruszają, przekształcają i zmieniają.
Płyty tektoniczne, po których stąpamy, wciąż się przesuwają. Góry, oceany, wiatr i chmury są w ciągłym ruchu. Na poziomie organicznym ludzkie ciało składa się z bezustannie poruszających się atomów i cząsteczek subatomowych. Na poziomie makro starzejemy się, chorujemy, zdrowiejemy, potem znów chorujemy, a po kilku dziesięcioleciach ciało zmienia się w rozkładającą się materię, która po jakimś czasie rozpadnie się na jeszcze drobniejsze cząsteczki.
To samo można powiedzieć o naszych umysłach i emocjach. Są w ciągłym ruchu. Dostałeś podwyżkę? Jesteś szczęśliwy. Utknąłeś w korku? Jesteś wściekły. Wracasz do domu i widzisz swoje dzieci? Serce bije ci mocniej. Widzisz, jaki bałagan narobiły? Jesteś tym poirytowany. Nie tylko ty! Wszyscy otaczający cię ludzie, bez wyjątku, znajdują się w stanie nieustannego przepływu. Wszystko jest nietrwałe, niestabilne.
A jednak wszyscy chcemy być szczęśliwi. Nikt nie budzi się rano z nadzieją na okropny dzień. Jeśli dobrze zastanowimy się nad tym, czym zajmujemy się od chwili przebudzenia o poranku do pójścia spać wieczorem, uświadomimy sobie, że wszystkie nasze działania są w istocie nastawione na utrzymanie dobrego samopoczucia oraz unikanie bólu i cierpienia.
Nawet gdy wykonujemy zadania niewymagające myślenia, nasza motywacja zawsze pozostaje taka sama: chcemy się dobrze czuć i unikać cierpienia. Wiele z tego, co robimy, w danym momencie może nie wydawać się przyjemne ani miłe, ale wiemy przecież, że ostatecznym celem naszych działań jest zdobycie jakiegoś rodzaju nagrody. Może ona nadejść później w ciągu dnia, w kolejnym tygodniu, miesiącu, roku - a nawet po kilku latach.
Myję zęby, bo nie chcę bólu powodowanego próchnicą. Jeżdżę samochodem, bo jest wygodniejszy niż transport publiczny lub chodzenie piechotą. Wykonuję ćwiczenia fizyczne, bo kiedy jestem w miarę sprawny, znacznie lepiej się czuję. Staram się dobrze odżywiać, bo chcę być zdrowy i opóźnić proces starzenia (a jednocześnie czasem zafunduję sobie paczkę chipsów kukurydzianych albo lody o smaku solonego karmelu, bo sprawiają, że przez krótką chwilę czuję się szczęśliwy!).
Mamy także dostęp do wielu rzeczy, które z założenia mają przynosić nam natychmiastowe szczęście - powinniśmy więc czuć się jak w epicentrum eksplodującego szczęścia. Najróżniejsze rozkosze i przyjemności zmysłowe są na wyciągnięcie ręki. Używając telefonu, mogę zamówić mój ulubiony tajski smażony makaron, chrupiącą wieprzowinę po kantońsku lub gigantycznego hamburgera z każdym możliwym dodatkiem. Jeśli jest mi zimno, mogę włączyć ogrzewanie. Gdy jest duszno, uruchamiam klimatyzację. Kiedy jestem zmęczony, czeka na mnie superwygodny materac, zaprojektowany specjalnie dla astronautów. Jak tylko poczuję napięcie w mięśniach, mogę usiąść na fotelu do masażu.
Smartfony, które nosimy w kieszeniach, zapewniają nam rozrywkę i pozwalają komunikować się z bliskimi na odległych kontynentach. Zapewniają nam wciągające gry i dostarczają najświeższych wiadomości z dowolnego miejsca na świecie. Najróżniejsze alkohole i narkotyki są na wyciągnięcie ręki. Wielu z nas podróżuje do miejsc, o których nasi dziadkowie nie śmieliby nawet marzyć. Poprawia się także ogólny poziom ludzkiego zdrowia, a długość życia wzrasta z roku na rok. Nasze roczne zarobki zwiększają się wykładniczo. W wielu krajach zachodnich przyjemności związane z seksem nie są już tabu, a fantazje seksualne można spełniać legalnie, bez obaw przed więzieniem, prześladowaniami lub ukamienowaniem. Pomimo wojen toczących się w różnych częściach świata większość krajów cieszy się bezprecedensowym, nieustannym pokojem.
Powinniśmy więc czuć się szczęśliwsi, nieprawdaż?
Pomimo niezliczonych dóbr, które powinny nas uszczęśliwiać, poziom odczuwanego przez nas szczęścia wcale nie wzrósł w porównaniu z ludźmi żyjącymi o pokolenie lub dwa wcześniej. Wydaje się, że jest wręcz odwrotnie. Wskaźniki depresji, lęku, nadużywania substancji psychoaktywnych, zaburzeń odżywiania, samobójstw, stresu i wypalenia zawodowego wskazują na wzrost. Raport z 2023 roku, opracowany przez CDC2, wykazał, że w 2021 roku około 10% amerykańskich nastolatków podjęło próbę samobójczą, 30% cierpiało na depresję, jedna trzecia nadużywała narkotyków, a 57% nastoletnich dziewcząt odczuwało nieustanny smutek lub doświadczało poczucia beznadziejności2.
Sally
Wielu uznałoby Sally za uosobienie sukcesu. Jest właścicielką prężnie działającej i przynoszącej zyski globalnej firmy internetowej. Niedawno, zaledwie po kilku latach działalności, sprzedała jeden ze swoich biznesów za miliony dolarów. Posiada domy na całym świecie. Jej dzieci chodzą do szkoły z internatem i całej rodzinie wiedzie się świetnie. Pracuje razem z mężem i ma z nim dobrą relację.
Rano w dniu naszego pierwszego spotkania zadzwoniła do mnie jej sekretarka, by poinformować, że Sally się spóźni, bo właśnie wraca z lotniska. Było to zrozumiałe, gdyż w poniedziałki rano można się spodziewać większego ruchu. Byłem więc zaskoczony, gdy dotarła na spotkanie punktualnie. Zamiast pojechać samochodem, przyleciała z lotniska helikopterem, co skróciło czas dojazdu o połowę. Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, moją uwagę przykuł ogromny diament, który miała zawieszony na szyi.
Przyszła do mnie, ponieważ miała poważne problemy z zasypianiem. Miała poczucie, że coś jest nie w porządku. Pomimo wszystkich swoich osiągnięć nie czuła się prawdziwie szczęśliwa. Gdy zarobiła swój pierwszy milion, przez chwilę była usatysfakcjonowana, ale już wkrótce chciała więcej. Cieszyła się ze zdobywanych nagród biznesowych, ale radość z nich za każdym razem była krótkotrwała. Była zadowolona, że jej dzieci dobrze sobie radzą w szkole, ale wiedziała też, że za kilka lat od niej odejdą. Zaczynała się nawet zastanawiać, dlaczego jej mąż wciąż z nią jest. Być może trzyma się jej głównie ze względu na pieniądze?
Sally dotyka to, co Budda określał jako dukkha, stan wszechprzenikającego niezadowolenia, wszechobecnego dyskomfortu czy też niemożność osiągnięcia trwałej satysfakcji z życia. Sally nie jest w tym osamotniona. Większość z nas nie jest tak utalentowana jak ona, ale wszyscy odczuwamy pewien poziom niezadowolenia lub niepokoju. Kiedy wydaje nam się, że w życiu wszystko jest w porządku, owo uczucie zadowolenia lub komfortu nie trwa długo - nawet u mnie. Wszyscy doświadczamy dukkha.
Niedawno wybrałem się na wymarzone wakacje, na które czekałem prawie rok. Zacząłem od Bangkoku, gdzie na cztery dni zatrzymałem się w przyjemnym hotelu. Wkrótce jednak się znudziłem i chciałem ruszyć dalej. Poleciałem do kosmopolitycznego Tel Awiwu, a następnie udałem się do ultraortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy. Stamtąd poleciałem do Salamanki w Hiszpanii, gdzie wziąłem udział w intensywnym kursie hiszpańskiego, o którym marzyłem od wielu lat.
Potem w Madrycie dołączyło do mnie czworo z ośmiorga rodzeństwa, szwagier, bratanek i siostrzenica. Pojechaliśmy do Sewilli w samym środku fantastycznych obchodów Wielkiego Tygodnia w tym mieście. Następnie kilkoro z nas udało się do Maroka. Jeździliśmy na wielbłądach i spaliśmy na Saharze. Przez tydzień mieszkaliśmy w pałacach i mieliśmy osobistego przewodnika oraz szofera. Było to niesamowite - być razem z rodziną, rozkoszować się wspaniałym jedzeniem, fascynującymi doświadczeniami i zakupami. A jednak... tęskniłem za spokojem Nowej Zelandii i spaniem we własnym łóżku. Irytowało mnie życie na walizkach i tęskniłem za moim partnerem i codzienną rutyną.
Po sześciu długich tygodniach wróciłem w końcu do Nowej Zelandii. Cieszyłem się, że jestem już w domu z partnerem, że mogę wyciągnąć się w wygodnym łóżku i że mam wreszcie regularny harmonogram zajęć. Wkrótce jednak zauważyłem, że narzekam na swoją pracę. Zacząłem również przyłapywać się na myślach o tym, że hiszpańska kuchnia jest bardziej ekscytująca niż nowozelandzkie jedzenie i że Hiszpanie mają w sobie więcej radości życia niż Nowozelandczycy. Niebawem zacząłem planować kolejną wielką podróż.
Nie różnię się aż tak bardzo od Sally. Ona miała "wszystko", a ja przez sześć tygodni spełniałem swoje podróżnicze marzenia - ale nic z tego nie zaspokoiło mnie w pełni. Po prostu nic nie było w stu procentach doskonałe.
W samym jądrze ludzkiego doświadczenia niezależnie od sytuacji tkwi nieustające uczucie niepokoju i niezadowolenia. Jak wspomniałem, Budda nazywał je dukkha. W naszym współczesnym języku nazywamy to stresem.
Autorefleksja
Z jak największą szczerością wobec siebie przywołaj w myślach chwilę ze swojego życia, w której wszystko wydawało się idealne. Mógł to być dzień twojego ślubu (albo rozwodu), niezapomniana randka, najlepszy na świecie posiłek, dzień otrzymania pierwszej wypłaty albo wprowadzenia się do swojego pierwszego domu, a może dzień, w którym twoje chore dziecko wypisano ze szpitala.
Teraz pomyśl, jak długo trwało to niesamowite uczucie. Czy były to minuty, godziny, czy dni?
Ile czasu minęło, zanim twój umysł skupił się na czymś innym, na kolejnej rzeczy do zrobienia?
W którym dniu po ślubie zaczęliście się sprzeczać o rachunki, które nagromadziły się po weselu?
Po jakim czasie od niezapomnianego miesiąca miodowego musieliście rozpakować walizki i stawić czoła stercie prania?
Jak szybko po wspaniałym posiłku zaczęło ci się robić niedobrze z przejedzenia?
Ile czasu po tym, jak twoje dziecko wyzdrowiało, znów stało się irytującym bachorem?
Dobre samopoczucie nigdy nie trwa wiecznie, więc nieustannie je gonimy, z chwili na chwilę. To właśnie jest dukkha.
Dziki pies
Pewnego razu Budda i jego uczniowie zobaczyli, jak z lasu wybiega dziki pies. Przez moment stał nieruchomo, po czym wbiegł z powrotem w zarośla. Po chwili z nich wybiegł. Wgramolił się do dużej dziupli w drzewie, po czym z niej wyskoczył. Następnie podreptał do jaskini, ale zaraz z niej wybiegł. Przez moment stał bez ruchu, aż w końcu zaczął biegać, położył się, znowu wstał i zaczął skakać. Bieganie go rozdrażniało, więc się zatrzymywał. Stanie też go irytowało, więc się kładł. Jednak i to nie przyniosło mu ulgi, zaczął więc podskakiwać, pobiegł w krzaki, a potem schował się do dziupli w drzewie, nigdy nie zatrzymując się choćby na chwilę.
Dziki pies sądził, że przyczyną jego dolegliwości jest stanie w miejscu, potem obwiniał za to siedzenie, bieganie i leżenie. Obwiniał drzewo, zarośla i jaskinię. Tymczasem on miał po prostu świerzb, który jest paskudną infekcją skóry.
Jesteśmy jak taki dziki pies. Nieustannie szukamy wygody i szczęścia. Kiedy czujemy się nieszczęśliwi, za swoje niepowodzenia i stres obwiniamy innych i zewnętrzne sytuacje. Problem nie zawsze jednak leży na zewnątrz. Podobnie jak w przypadku psa, często leży w nas samych. Nigdy nie udaje nam się uzyskać pełnej satysfakcji. Bez przerwy coś nas uwiera, niepokoi - coś po prostu jest nie w porządku. A nawet kiedy wszystko wydaje się idealne, prędzej czy później pojawia się coś, co zaczyna nas drażnić lub przygnębiać. To właśnie jest dukkha.
Tę historię opowiedział mi Ajahn Chah, jeden z najważniejszych buddyjskich mistrzów w Tajlandii.
Stres
W swoich naukach Budda podchodzi do stresu jak lekarz, który diagnozuje i leczy chorobę. Najpierw zdiagnozował własne doświadczenie stresu i cierpienia, a następnie doszedł do wniosku, że wszyscy ich doświadczamy. Budda nigdy jednak nie mówił, że całe nasze życie jest ciągłym stresem. Nie zaprzeczał temu, że doświadczamy różnych rodzajów radości, szczęścia i przyjemności. Nigdy nie są one jednak trwałe i stabilne.
Niezależnie od tego, w jakim jesteś wieku, doświadczasz stresu. Czy jesteś mnichem buddyjskim, pustelniczką, biskupem, czy ateistką, doświadczasz stresu. Jedyny moment, kiedy nie odczuwamy stresu, to ten, gdy jesteśmy już martwi, ale i to nie jest wcale takie pewne, bo może istnieć życie po śmierci.
Co powoduje stres?
Budda jasno mówił o tym, co powoduje stres, cierpienie i niezadowolenie - kurczowe lgnięcie, przywiązywanie się i chwytanie. Myślę, że słowo "chwytać" oddaje to w obrazowy sposób, który można zrozumieć instynktownie i fizycznie.
Chwytać, ale co? Mocno chwytamy się własnych oczekiwań, dóbr materialnych oraz tego, co naszym zdaniem uczyni nas szczęśliwymi lub spełnionymi, i oczywiście tego, co sprawia nam przyjemność. Na bardziej subtelnym poziomie kurczowo chwytamy się idei, koncepcji, pojęć, rutyny oraz tego, co zwiemy "ja", "mnie" i "moje". Ów proces chwytania, trzymania się i kurczowego lgnięcia nie tylko powoduje stres, ale także prowadzi do walk, wojen i ludobójstw.
Jeśli wszystko, co nas otacza, jest nietrwałe, bezustannie się zmienia i pozostaje niepewne, chwytanie się i lgnięcie do rzeczy wydają się czymś bezcelowym. Przekonanie, że dom, na który wydałeś oszczędności całego życia, pozostanie na zawsze w świetnym stanie, nie ma logicznego uzasadnienia. Aby nadawał się do zamieszkiwania przez cały czas, będzie wymagał napraw i regularnych remontów. Co więcej, nie można być w stu procentach pewnym, że nie zmiecie go trzęsienie ziemi, cyklon albo jakaś inna katastrofa naturalna. Zatem kurczowe chwytanie się wyobrażenia, że w przyszłości nasz dom będzie wciąż stał, jest nielogiczne i może być przyczyną stresu.
To samo dotyczy ciała. Choć poświęcamy tysiące godzin na ćwiczenia, makijaże i zabiegi kosmetyczne oraz łykamy drogie suplementy, w końcu i tak się zestarzejemy. Będziemy chorować, a kiedyś nieuchronnie obrócimy się w proch. Chwytanie się swojej młodości w nadziei na powstrzymanie procesu starzenia się jest absurdalne.
Niestety, dotyczy to również związków z ludźmi. Uważam za szkodliwe opowieści, które wmawiają naszym dzieciom, że kiedyś spotkają księcia z bajki lub Śpiącą Królewnę, a potem będą żyć długo i szczęśliwie. Historyjki takie podsycają zarówno czcze dążenia, jak i złudne oczekiwania. Zamiast tego powinniśmy uczyć dzieci, że związki z innymi, choć mogą dawać wiele radości, bywają także źródłem niepokoju i rozpaczy.
Wszelkie relacje są z natury niestabilne. Związki międzyludzkie zmieniają się bezustannie, i to zarówno na poziomie fizycznym, jak i emocjonalnym. Utrzymywanie ich stabilności oraz funkcjonalności wymaga od każdej ze stron wiele wysiłku, życzliwości i zrozumienia - a ostatecznie każdy związek i tak kończy się rozstaniem lub śmiercią. Brzmi to makabrycznie, ale taka jest prawda. Jeśli oszukujemy samych siebie i kurczowo chwytamy się ludzi, którzy sprawiają, że dobrze się czujemy, skazujemy siebie na rozczarowanie. Wszystko jest nietrwałe.
Budda jasno mówił o tym, że kurczowe chwytanie się powoduje stres. Określił rzeczy, których kurczowo się chwytamy, a które powodują stres, cierpienie i niezadowolenie. Chwytamy się doświadczania pewnych stanów (na przykład przyjemności, wygody lub sławy), które zapewnią nam, jak sądzimy, szczęście i spełnienie. Chwytamy się również różnych stanów, by uciec od bolesnych, nieprzyjemnych i niewygodnych aspektów życia. Chwytamy się:
- przyjemności fizycznych;
- idei, koncepcji i rutyny;
- naszego zaabsorbowania "ja", "mnie" i "moje".
Rada 1: Przyjemności fizyczne i dobra materialne mogą nam zapewnić dobre samopoczucie jedynie w ograniczonym stopniu. Są krótkotrwałe, a czasem mogą nawet skomplikować nam życie.
Jeśli kurczowo chwytamy się poczucia fizycznego dobrostanu i staramy się siedzieć wygodnie, by nic nas nie uwierało, już po kilku minutach pojawi się odczucie lekkiej niewygody lub chęć zmiany pozycji. Jeśli zamiast się tego chwytać, zaakceptujemy, że wygoda jest świetna, ale nie potrwa długo, poczujemy spokój. Kiedy odczuwamy potrzebę, by się poruszyć i poczuć bardziej wygodnie, nie denerwujemy się na krzesło. Nie ma to z nim nic wspólnego, ponieważ nasze ciało i tak w końcu zacznie odczuwać niewygodę.
Fizyczną przyjemność przynosi nam również jedzenie. Sushi na targu rybnym w Tokio to kulminacyjny punkt każdej mojej podróży do Japonii. Przez długi czas niezależnie od tego, gdzie jadłem sushi, oczekiwałem, że ryż będzie idealny, ryba świeża, a ich proporcje odpowiednie. Po prostu uczepiłem się fizycznej przyjemności, jaką dawało mi sushi w Tokio. Za każdym razem, gdy jadłem je w Nowej Zelandii, byłem rozczarowany i trochę zły. Spodziewałem się, że będzie na poziomie tego, które jadłem w Tokio, i po prostu nie spełniało moich oczekiwań. Chociaż sushi, jakie mamy w Auckland, uszczęśliwia wielu Nowozelandczyków, ja cierpiałem z powodu przywiązania do swojego wyobrażenia o tym, jak moim zdaniem powinno smakować i jaką powinno mieć konsystencję.
Przywiązanie do fizycznej przyjemności obejmuje również przywiązanie do dóbr materialnych. Wielu z nas żyje w złudzeniu, że im więcej rzeczy posiadamy, tym szczęśliwsi będziemy. Wiedząc o tym, reklamodawcy wykorzystują naszą słabość do pożądania coraz to nowszych rzeczy. Chcemy większego domu, szybszego samochodu, ładniejszego zegarka lub droższej torebki. A kiedy już zdobędziemy to, co - jak sądziliśmy - przyniesie nam szczęście, zaczynamy pożądać kolejnego przedmiotu, brnąc dalej w niekończącym się procesie zdobywania kolejnych rzeczy.
Sam wciąż tego doświadczam. Odkąd sięgam pamięcią, lubię skórzane torby. Prawdopodobnie dlatego, że w dzieciństwie przyglądałem się wielu pięknie wykonanym egzemplarzom należącym do mojej babci. Przez długi czas je kolekcjonowałem, a kilka lat temu zacząłem marzyć o kupieniu pięknej torby Ferragamo. Kiedy dotykałem tej delikatnej, miękkiej włoskiej skóry, czułem coś nie do opisania. Ponieważ kosztowała fortunę, sądziłem, że będzie ostatnią w mojej kolekcji.