Brzydka księżniczka - Eloisa James

Reflow text when sidebars are open.
18 marca 1809 45 Berkeley Square Londyńska rezydencja księcia Ashbrook
Będziesz musiał się z nią ożenić. Nie obchodzi mnie, czy uważasz ją za siostrę. Od tej chwili to ona jest twoim Złotym Runem.
James Ryburn, lord Islay i dziedzic tytułu księcia Ashbrook, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale wściekłość i niedowierzanie sprawiły, że słowa utknęły mu w gardle.
Ojciec odwrócił się i powoli przeszedł przez bibliotekę, jakby nie powiedział nic niezwykłego.
- Potrzebujemy jej pieniędzy, żeby wyremontować posiadłość w Staffordshire i spłacić kilka długów, albo stracimy wszystko, łącznie z domem w mieście.
- Coś ty zrobił? - James niemal wypluł te słowa. Poczuł, jak paraliżuje go przerażenie.
Ashbrook odwrócił się gwałtownie.
- Nie waż się mówić do mnie takim tonem!
James wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział. Jednym z jego postanowień było nauczyć się panować nad sobą, zanim skończy dwadzieścia lat - a te urodziny wypadały zaledwie za trzy tygodnie.
- Wybacz, ojcze - wykrztusił. - Jak doszło do tego, że nasz majątek znalazł się w tak rozpaczliwym stanie? O ile wolno mi zapytać.
- Nie wolno ci zapytać. - Książę wpatrywał się w swego jedynego syna, a jego długi, ostry nos drżał z wściekłości. Nic dziwnego, że James tak łatwo wpadał w gniew: odziedziczył to po swoim wybuchowym, lekkomyślnym ojcu.
- W takim razie pozwól, że cię pożegnam - rzekł James, siląc się na obojętny ton.
- Nie, chyba że pójdziesz na górę zobaczyć się z tą dziewczyną. W tym tygodniu odrzuciłem oświadczyny Briscotta, który jest takim prostakiem, że nawet nie widziałem potrzeby mówienia o tym jej matce. Ale cholernie dobrze wiesz, że jej ojciec zostawił decyzję co do tego, kogo dziewczyna poślubi, właśnie matce...
- Nie znam treści testamentu pana Saxby'ego - stwierdził James. - Ale nie rozumiem, dlaczego ten warunek aż tak bardzo cię irytuje.
- Ponieważ potrzebujemy jej cholernych pieniędzy - rzucił z wściekłością Ashbrook i podszedł do kominka, by kopnąć wygasłe polana. - Musisz przekonać Teodorę, że jesteś w niej zakochany, inaczej jej matka nigdy nie zgodzi się na to małżeństwo. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu pani Saxby wypytywała o moje inwestycje w sposób, który mi się nie spodobał. Ona nie ma pojęcia, gdzie jest miejsce kobiety!
- Nigdy nie zrobię czegoś takiego!
- Zrobisz dokładnie to, co ci każę.
- Każesz mi ubiegać się o względy młodej damy, z którą się wychowałem i którą uważam za siostrę.
- Brednie! Może i pocieraliście się kilka razy nosami w dzieciństwie, ale to nie powinno ci przeszkodzić w sypianiu z nią.
- Nie mogę.
Książę po raz pierwszy wyglądał, jakby odrobinę mu współczuł.
- Teodora nie jest pięknością. Ale wszystkie kobiety są takie same, jeśli idzie...
- Nie mów tego - warknął James. - Już jestem oburzony. Nie chcę być dodatkowo zdegustowany.
Oczy jego ojca zwęziły się, a policzki przybrały rdzawoczerwony kolor, co było niewątpliwą oznaką wściekłości. I rzeczywiście, zaraz potem Ashbrook ryknął.
- Nie obchodzi mnie, czy ta dziewczyna jest brzydka jak noc! Ożenisz się z nią! I sprawisz, że się w tobie zakocha. Inaczej nie będziesz miał do odziedziczenia żadnego domu na wsi. Niczego!
- Coś ty zrobił? - wycedził James przez zaciśnięte zęby.
- Przegrałem - wrzasnął ojciec, wytrzeszczając nieco oczy. - Przegrałem i nie musisz wiedzieć nic więcej!
- Nie zrobię tego. - James wyprostował się.
Porcelanowa figurka przeleciała tuż nad jego ramieniem i roztrzaskała się o ścianę. James nawet nie mrugnął. Zdążył się uodpornić na takie wybuchy wściekłości. Z czasem nauczył się uchylać przed najróżniejszymi przedmiotami - od książek po marmurowe posążki.
- Zrobisz, do cholery, albo cię wydziedziczę i wskażę Pinkler-Ryburna jako mojego spadkobiercę!
Jamesowi ręce opadły. Odwrócił się, sam bliski utraty panowania nad sobą. Wprawdzie nigdy nie czuł potrzeby rzucania przedmiotami o ścianę - ani w członków swojej rodziny - lecz jego talent do rzucania ciętych uwag był równie niebezpieczny.
- Nie chciałbym cię pouczać w kwestiach prawnych, ojcze, ale zapewniam cię, że nie można wydziedziczyć prawowitego syna.
- Oświadczę w Izbie Lordów, że nie jesteś moim synem - wrzeszczał książę. Żyły nabrzmiały mu na czole, a policzki z czerwonych zrobiły się fioletowe. - Powiem, że twoja matka była rozpustną ladacznicą, a ja odkryłem, że jesteś bękartem.
Na taką obelgę wobec jego matki, Jamesowi, który i tak już ledwie nad sobą panował, puściły nerwy.
- Możesz być tchórzliwym, tępym hazardzistą, ale nie będziesz oczerniał mojej matki żałosnymi wymówkami mającymi zamaskować twoją własną głupotę!
- Jak śmiesz! - wrzasnął książę. Cała jego twarz przybrała barwę koguciego grzebienia.
- Mówię tylko, że każdy człowiek w tym kraju wie - wybuchnął James - że jesteś idiotą. Doskonale wiem, co stało się z majątkiem; chciałem się tylko przekonać, czy wystarczy ci odwagi, żeby się do tego przyznać. I widzę, że nie wystarczyło. Nic dziwnego. Zastawiłeś wszystkie ziemie, które mogłeś, a przynajmniej te, których po prostu nie sprzedałeś, i przepuściłeś wszystkie pieniądze na giełdzie. Inwestowałeś w jeden żałosny plan za drugim. Zbudowałeś kanał niecałą milę od innego kanału. Na miłość boską, o czym ty myślałeś?
- Dowiedziałem się o tym dopiero, kiedy było już za późno. Wspólnicy mnie oszukali. Książę nie chodzi oglądać terenów, na których ma być zbudowany kanał. Musi ufać innym, a ja zawsze miałem pecha.
- Ja przynajmniej pojechałbym zobaczyć miejsce inwestycji, zanim utopiłbym tysiące funtów w kanale, po którym nikt nie będzie pływał.
- Ty bezczelny smarkaczu! Jak śmiesz! - Dłoń księcia zacisnęła się na srebrnym świeczniku stojącym na kominku.
- Rzuć nim, a zostawię cię w tym pokoju, żebyś mógł się tarzać we własnym strachu. Chcesz, żebym ożenił się z dziewczyną, która traktuje mnie jak brata, żeby zdobyć jej pieniądze... żebyś mógł je przepuścić? Czy wiesz, jak ludzie nazywają cię za plecami, ojcze? Na pewno słyszałeś. Książę-Głupol!
Obaj dyszeli ciężko, ale ojciec sapał niczym byk, a purpurowe plamy na jego policzkach odcinały się na tle białego fularu.
Palce księcia znowu zacisnęły się na świeczniku.
- Rzuć tym świecznikiem, a ja rzucę tobą - powiedział James. - Wasza wysokość - dodał.
Książę opuścił bezwładnie rękę, odwrócił się i wbił wzrok w ścianę.
- A jeśli straciłem, to co? - mruknął cicho, lecz w jego głosie pobrzmiewał wojowniczy ton. - To prawda, że straciłem. Straciłem wszystko. Kanał to jedno, ale uważałem winnice za pewną inwestycję. Skąd mogłem wiedzieć, że w Anglii panuje czarna zgnilizna?
- Ty durniu! - parsknął James i odwrócił się na pięcie, żeby wyjść.
- Posiadłości w Staffordshire są w naszej rodzinie od sześciu pokoleń. Musisz je ratować. Twoja matka byłaby zdruzgotana, gdyby się dowiedziała, że zostaną sprzedane. A co z jej grobem... pomyślałeś o tym? Cmentarz należy przecież do kaplicy.
James czuł w gardle bicie własnego serca. Dopiero po dłuższej chwili zdobył się na reakcję, która nie byłaby rzuceniem się własnemu ojcu do gardła.
- To jest podłe, nawet jak na ciebie - powiedział.
Książę nie zwrócił uwagi na jego słowa.
- Pozwolisz, żeby zwłoki twojej matki zostały sprzedane?
- Zastanowię się nad poślubieniem jakiejś innej bogatej panny - powiedział w końcu James. - Ale nie ożenię się z Daisy.
Teodora Saxby - przez Jamesa nazywana Daisy - była jego najbliższą przyjaciółką, towarzyszką lat dziecinnych.
- Ona zasługuje na kogoś lepszego ode mnie, lepszego niż ktokolwiek w tej przeklętej rodzinie.
Odpowiedziała mu cisza. Straszna, przerażająca cisza, która... James odwrócił się.
- Nie zrobiłeś tego. Nawet ty... nie mogłeś.
- Sądziłem, że uda mi się to zwrócić w kilka tygodni - rzekł ojciec. Jego twarz sprawiała wrażenie wyblakłej i zużytej.
James poczuł, że nogi mu miękną, i musiał oprzeć się o ścianę.
- Ile z jej majątku przepadło?
- Dosyć. - Ashbrook spuścił oczy, w końcu zdradzając jakieś oznaki wstydu. - Jeśli ona poślubi kogokolwiek innego, ja... czeka mnie proces. Nie wiem, czy książąt stawia się przed sądem. Raczej przed Izbą Lordów, jak sądzę. Ale i tak nie byłoby przyjemnie.
- Och, oni mogą sądzić książąt - powiedział ponuro James. - Sprzeniewierzyłeś posag dziewczyny, która pozostaje pod twoją opieką od najmłodszych lat. Jej matka była żoną twojego najbliższego przyjaciela. Saxby prosił cię na łożu śmierci, żebyś zaopiekował się jego córką.
- I zaopiekowałem się - odparł ojciec, lecz bez swojej zwykłej buty. - Wychowałem ją jak własne dziecko.
- Wychowałeś ją jak moją siostrę - rzekł spokojnie James. Zmusił się, by przejść przez pokój i usiąść. - I przez cały czas ją okradałeś.
- Nie przez cały czas - zaprotestował ojciec. - Tylko przez ostatni rok. Mniej więcej. Większa część jej majątku jest w funduszach, więc nie mogłem tego ruszyć. Ja tylko... Tylko pożyczyłem z... cóż, pożyczyłem trochę. Po prostu mam piekielnego pecha. Byłem absolutnie pewien, że do tego nie dojdzie.
- Masz pecha? - powtórzył James głosem ociekającym odrazą.
- Teraz, kiedy dziewczyna dostaje propozycje małżeństwa, nie mam czasu, żeby to naprawić. Musisz ją zdobyć. Nie chodzi tylko o to, że stracimy posiadłość czy ten dom. Jeśli dojdzie do skandalu, nasze nazwisko nie będzie nic warte. Nawet jeśli spłacę to, co od niej pożyczyłem, sprzedając posiadłość, nie wystarczy pieniędzy, żeby pokryć moje długi.
James nie odpowiedział. Jedyne słowa, jakie w tej chwili przychodziły mu do głowy, były jawnym bluźnierstwem.
- Było łatwiej, kiedy żyła twoja matka - powiedział po chwili książę. - Pomagała. Ona miała głowę na karku.
James nie potrafił się zmusić, by na to odpowiedzieć. Matka umarła przed dziewięcioma laty, więc ojciec już niemal od dekady trwonił majątek obejmujący ziemie, które rozciągały się od Szkocji po Staffordshire i Londyn. I do tego udało mu się przepuścić majątek Daisy.
- Pokochasz ją - rzekł zachęcająco ojciec, siadając w fotelu naprzeciwko Jamesa. - Ona już teraz cię uwielbia; zawsze tak było. Mamy szczęście, że Teodora jest paskudna jak noc. Jedyni mężczyźni, jacy starali się o jej rękę, byli tak oczywistymi łowcami majątków, że jej matka nawet nie brała żadnego z nich pod uwagę. Ale to się zmieni, kiedy nadejdzie sezon. Ona daje się lubić, jeśli ją lepiej poznać.
James zacisnął zęby.
- Ona nigdy nie pokocha mnie w taki sposób. Uważa mnie za swojego brata, za przyjaciela. I wcale nie jest paskudna.
- Nie bądź głupcem. Jesteś taki jak ja. - W jego głosie zabrzmiała nuta próżności. - Twoja matka zawsze mówiła, że byłem najprzystojniejszym mężczyzną swojego pokolenia.
James powstrzymał się od wygłoszenia uwagi, która w niczym nie poprawiłaby sytuacji. Czuł ogarniającą go falę nudności.
- Możemy powiedzieć Daisy, co się stało. Co zrobiłeś. Ona zrozumie.
Ojciec tylko parsknął.
- Myślisz, że jej matka zrozumie? Mój stary druh Saxby nie wiedział, w co się pakuje, kiedy poślubił tę kobietę. To prawdziwa sekutnica.
Przez siedemnaście lat, które pani Saxby i jej córka spędziły w domu księcia, ona i Ashbrook utrzymywali dość serdeczne stosunki - głównie dlatego, że jego wysokość nigdy niczym nie rzucił we wdowę. Ale James wiedział, że ojciec ma rację. Jeśli matka Daisy nabierze choćby cienia podejrzeń, że opiekun jej córki sprzeniewierzył posag, nim zapadnie wieczór, do drzwi domu będzie łomotała armia prawników. Na samą myśl o tym James poczuł, jak żółć napływa mu do gardła.
Ojciec natomiast wyraźnie poweselał. Jego myśli, jak zwykle, przeskakiwały z jednego tematu na drugi; napady gniewu były gwałtowne, lecz krótkotrwałe.
- Kilka bukiecików, może jakiś wiersz i Teodora wpadnie ci w ręce niczym dojrzała śliwka. W końcu ta dziewczyna nieczęsto słucha komplementów. Powiedz jej, że jest piękna, a padnie ci do stóp.
- Nie mogę tego zrobić - oświadczył James, nawet nie próbując sobie wyobrazić, że mówi coś podobnego. I nie chodziło o to, że nie chciał pleść Daisy takich niedorzeczności. Nie cierpiał sytuacji, w których musiał zmuszać się do rozmowy i błąkać po sali balowej. Sezon trwał już od trzech tygodni, a on nie był jeszcze na żadnym balu.
Ojciec błędnie zrozumiał jego odmowę.
- Oczywiście, będziesz musiał kłamać, ale to jedno z tych kłamstw, których dżentelmen nie może uniknąć. Ona może i nie jest najpiękniejszą dziewczyną w okolicy... a z pewnością nie jest tak piękna jak ta tancerka, z którą widziałem cię zeszłej nocy... ale w tym wypadku mówienie prawdy nie prowadziłoby do niczego - parsknął cichym śmiechem na myśl o tym.
James niemal go nie słuchał. Skupiał się na tym, by nie zwymiotować, kiedy rozważał dylemat, jaki musiał rozwiązać.
Książę tymczasem mówił dalej, z wyraźną przyjemnością tłumacząc różnicę między kochankami a żonami.
- Na pocieszenie możesz mieć kochankę, która będzie dwa razy piękniejsza od żony. To będzie tworzyło interesujący kontrast.
Jamesowi przyszło do głowy - nie po raz pierwszy - że na świecie nie ma ludzkiej istoty, której nienawidziłby bardziej niż ojca.
- Jeśli ożenię się z Daisy, nie będę miał kochanki - powiedział, myśląc gorączkowo, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji. - Nigdy nie zrobiłbym jej czegoś takiego.
- Cóż, przypuszczam, że zmienisz zdanie po kilku latach małżeństwa, ale rób, jak uważasz. - Głos księcia był energiczny i wesoły jak zwykle. - A więc? Nie ma się już nad czym zastanawiać, prawda? To prawdziwy pech i w ogóle, ale nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z nas miał jakiś wybór. Dobrze przynajmniej, że mężczyzna może zawsze sprawdzić się w sypialni, nawet jeśli nie ma na to ochoty.
James w tamtej chwili pragnął tylko wyjść z pokoju, znaleźć się jak najdalej od tej żałosnej imitacji rodzica. Ale przegrał bitwę i zmusił się, żeby wynegocjować warunki kapitulacji.
- Zrobię to tylko pod jednym warunkiem. - Własny głos zabrzmiał obco w jego uszach, jakby te słowa wypowiedział ktoś nieznajomy.
- Ależ oczywiście, mój chłopcze, co tylko zechcesz! Wiem, że proszę cię o poświęcenie. Jak już mówiłem, między nami możemy przyznać, że mała Teodora nie jest pięknością.
- W dniu, kiedy się z nią ożenię, przepiszesz na mnie cały majątek. Dom i ziemię w Staffordshire, ten dom i wyspę w Szkocji.
Książę otworzył usta ze zdumienia.
- Co?
- Cały majątek - powtórzył James. - Będę ci wypłacał pensję i nikt oprócz prawników nie będzie o niczym wiedział. Ale ja nie będę ponosił odpowiedzialności za ciebie i twoje idiotyczne pomysły. Nigdy więcej nie będę brał na siebie żadnych długów, jakie mógłbyś zaciągnąć... ani kradzieży. Następnym razem pójdziesz do więzienia.
- To absurd! - parsknął książę. - Nie mógłbym... nie możesz... nie!
- W takim razie pożegnaj się ze Staffordshire - rzekł James. - Może zechcesz odwiedzić grób mojej matki, skoro jesteś pewien, że byłaby zdruzgotana sprzedażą domu, a tym bardziej cmentarza.
Ojciec otworzył usta, lecz James uniósł rękę.
- Gdybym pozwolił ci zachować posiadłość, ty przepuściłbyś resztę majątku Daisy. W dwa lata nie zostałoby nic, a ja nadaremnie zdradziłbym najbliższą przyjaciółkę.
- Najbliższą przyjaciółkę, hm? - Myśli ojca natychmiast podążyły nowym torem. - Nigdy nie miałem kobiety za przyjaciela, ale Teodora istotnie wygląda jak mężczyzna i...
- Ojcze!
Książę odchrząknął.
- Nie mogę powiedzieć, by podobał mi się sposób, w jaki mi przerwałeś. Domyślam się, że jeśli przystanę na ten twój śmieszny warunek, mogę oczekiwać codziennych upokorzeń.
Była to zawoalowana kapitulacja.
- Widzisz - powiedział ojciec, uśmiechając się szeroko. - Wszystko poszło dobrze. Twoja matka zawsze to powtarzała. Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
James nie potrafił się powstrzymać przed zadaniem jeszcze jednego pytania, chociaż i tak znał na nie odpowiedź.
- Czy nie masz żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, co mi robisz? I Daisy?
Policzki księcia nieznacznie się zarumieniły.
- Dziewczyna nie mogłaby trafić lepiej, niż wyjść za ciebie!
- Daisy poślubi mnie, wierząc, że jestem w niej zakochany, a nie jestem. Zasługuje na to, by być szczerze adorowaną i zdobywaną przez swojego męża.
- Nie należy jednym tchem mówić o małżeństwie i miłości - odparł lekceważąco ojciec. Ale unikał spojrzenia Jamesa.
- A ty właśnie to mi zrobiłeś. Być może miłość i małżeństwo rzadko się spotykają, ale ja w ogóle nie będę miał okazji się o tym przekonać. A co więcej, zacznę swoje małżeństwo od kłamstwa, które je zrujnuje, jeśli Daisy kiedykolwiek dowie się o wszystkim. Zdajesz sobie z tego sprawę? Jeśli ona się dowie, że oszukałem ją w tak okrutny sposób, nie tylko małżeństwo, ale i nasza przyjaźń będą skończone.
- Jeśli naprawdę uważasz, że mogłaby wpaść we wściekłość, to postąpisz najrozsądniej, płodząc potomka w ciągu pierwszych kilku miesięcy - powiedział ojciec tonem kogoś udzielającego bezcennych rad. - Wiesz, wzgardzona kobieta i tak dalej... Jeżeli będzie bardzo urażona, może uciec z innym mężczyzną. Ale jeśli będziesz miał potomka... może dwóch, jeśli dasz radę... będziesz mógł ją puścić wolno.
- Moja żona nigdy nie ucieknie z innym mężczyzną. - Głuchy warkot wydobył się z głębi piersi Jamesa.
Ojciec ciężko podniósł się z fotela.
- Przed chwilą nazwałeś mnie głupcem. Cóż, ja powiem to samo o tobie. Żaden zdrowy na umyśle mężczyzna nie sądzi, że małżeństwo polega na gruchaniu jak dwa gołąbki. Twoja matka i ja pobraliśmy się z rozsądnych powodów, ze względu na zobowiązania rodzinne i sprawy finansowe. Zrobiliśmy, co konieczne, żeby mieć ciebie, i na tym poprzestaliśmy. Twoja matka nie zniosłaby trudów drugiej ciąży, ale nie rozpaczaliśmy nad tym. Zawsze byłeś zdrowym chłopcem. Oczywiście nie licząc tego czasu, kiedy omal nie oślepłeś. Gdyby stało się najgorsze, staralibyśmy się o drugie dziecko.
James zmusił się, by wstać, ledwie słysząc głos ojca przez plątaninę odrażających myśli, których nawet nie chciał wyraźnie formułować.
- Żadne z nas nie wychowywało cię do takich romantycznych bzdur - rzucił książę przez ramię, gdy wychodził z pokoju.
Osiągnąwszy wiek dziewiętnastu lat, James sądził, że poznał swoje miejsce w życiu. Nauczył się tego, co najważniejsze: jeździć konno, pić i bronić się w pojedynkach.
Nikt nigdy go nie uczył - a on nigdy nie sądził, że taka nauka będzie mu potrzebna - jak oszukać jedyną na świecie osobę, na której naprawdę mu zależało. Jedyną osobę, która go szczerze kochała. Jak tej osobie złamać serce - nieważne, czy miało to nastąpić jutro, za pięć czy za dziesięć lat.
Ponieważ pewnego dnia Daisy pozna prawdę. Będzie to wiedziała z niewzruszoną pewnością: w jakiś sposób odkryje, że udawał zakochanego, żeby za niego wyszła... i nigdy mu nie wybaczy.
Koniec wersji demonstracyjnej.