Jesieńpoetów
"Jesieniążółkną liście i stare, pochylone kobiety błądzą wśród drzew,zbierając do podartych worków martwy szczątek lasu".
StanisławDygat, Pożegnania
1.
Myślałem,że już tu nie wrócę (bez "nigdy"; jeszcze bez). Do tychpałacyków w O., tych leśniczówek, stawisk, domów i dymów literatury.Że już napisałem swoje, o tym, co cudze, a może - kto wie -napisałem cudze, o tym, co moje. Ale nie musiałem wracać, samowróciło.
Pewnegojesiennego dnia zapachniało kawą i papierosami, referatem i za panbratem, turniejem jednego wiersza i wspólną uroczystą kolacją,poetyckim kręgiem i biesiadą pokoleń. Osobny stałem się naglezbiorowy, przechodzący mimo znalazłem się w środku. Dokładniej: wholu.
- Dobrywieczór, profesorze - powitała mnie któraś, dla której byłemkimś.
- Niejestem profesorem.
- Jakto?
- Zostałemprzy tytule magistra.
- Tonie zaszczyci nas pan analizą...
- Niestety.Wokalizą też nie. Słyszałem natomiast, że wieczorem ma dla nas, toznaczy dla państwa, zaśpiewać sama pani...
- Ależpoznaliśmy się w roku ubiegłym u M.
- Tobyć może. Żeśmy się znali. Przed śmiercią. Jak mówi Dianna. AlboStella, nie pamiętam.
- Niepamięta pan?
- Tylkotyle, że Fantazy.
- Kto?
- Jużwiem! Hrabina Respektowa.
Uśmiechkwaśny. Raczej bez respektu. Wątpiący. We mnie. I słusznie.
Boja właściwie nie wiem kto. Ta tu, oni tam. Może zresztą nie było mi znią w tym holu akurat tak. Pewnie było gorzej (dla mnie). Gdzieżby ażtakie utarczki słowne ("Z babami się jak na pałasze bije"...- to akurat pamiętam: Rzecznicki). W każdym razie podobna dokogoś. Tak samo pewnie jak ja (świeżo po premierze Fantazegow K.). Patrzy na mnie niepewnie, uśmiecha się, już z pewnością. Wkońcu nie jestem stąd, więc znikąd, a ona jest spośród, czyli jest.
Przemykamspiesznie między innymi, którzy są. Między innymi po to, żeby mnienie było. Przynajmniej widać. Bo przecież nie uczestniczę wcorocznym, tradycyjnym, kolejnym. Tylko tak się złożyło, że tu nocujęza dnia, czytam nocą, mam zjeść obiad, napisać wybitne dzieło, oddaćklucze. Reszta, która przyjechała, jest większością, i nie jestmilczeniem. Gwar, ukłony, wymiana spojrzeń i tomików, srebrotermosów, drożdżowe ciasto, zapach mandarynek.
Poecisą w wieku, niektórzy wciąż w dwudziestym, a poetessy nie. W słowiepoetessa nie ma już ironii. Choć podkreśla je czerwono mój staryprogram edytorski. Pismo literackie w jednym z wojewódzkich miast -z biblioteką sponsorką w nagłówku - przedstawia"nowewiersze" miejscowych"poetówi poetess". Więc poetessy: z siwym warkoczem, rudym klipsem,wilgotnym kasztanem spojrzenia. Adorowane adorują, obdarowane niedarują.
Pokolacji ma być koncert przy świecach, niektóre już nadgryzająuszminkowane dyskretnie ogarki mentolowych slimów. Poeci mówią prozą,rzadziej niż zwykle używając słowa kurwa.
Coja tu robię. A raczej: czego tu nie robię. Nie sikam do umywalki, jakHimilsbach, nie skaczę, pisząc, po górach, jak Andrzejewski, niespaceruję wokół brata jak Brandys. To i otoczyli mnie brakiemwiększego zainteresowania. Mniejsze, owszem, tli się tu i tam. Zniektórymi mówimy do siebie, z innymi kiwamy głowami nad sobą, jakbyto był ktoś znajomy. Sprzed lat niewielu, raptem trzydziestu, możeczterdziestu. Rozpoznaję niektórych - czasem i we mnie -mają czarne brody, zupełnie jak wtedy, i spojrzenie pełne siebie.Albo łysiny, które połyskują im identycznie jak kiedyś. Tylko uniektórych widać ślad żeli (żalu) - jasne, że nie do włosów -pod powieki. Wspomagającego wstrzymywanie procesu starzenia SięSteda,i skutków sterania w staraniach o patronat urzędu, mecenat zarządu.Ten, pod kim ślizgają się wytarte dywany w wydziałach kultury, może wrazie czego liczyć na konkursy. L., który jest od zawsze ich jurorem,mówi mi później, innego dnia, gdzie indziej, że wielu z tych, cosłali na nie wiersze pół wieku temu, robi to i dziś. Niektórzy dodziś wygrywają. Jeśli (minimum) pięćset złotych, plus zwrot kosztówpodróży, przyjadą osobiście po odbiór. Wychylą kielicha, zagryzątabletką na ciśnienie, posłuchają młodzieży szkolnej, którawyrecytuje ich na gali.
Niektórzyz niektórych byli przecież kiedyś tymi, którzy. Ich ówczesne tomiki woficjalnych oficynach - choć nikt ich nie czytał, podobnie jaknikt nie czyta wydanych dziś (w końcu wiersze są nie po to, żeby jeczytać, ale po to, by je pisać, a zwłaszcza wydawać) - miałynakłady jak dzisiejsze bestsellerowe powieści. Ich spotkaniaautorskie bywały spotkaniami w księgarniach, bo wtedy były jeszczeksięgarnie. Ich kobiety, kierowniczki powiatowych bibliotek ilicealistki ze średnich miast, popełniały przez nich samobójstwo, aprzynajmniej upijały się likierem cytrynowym, o czym potem pisaliprozaicy i kręcili filmy reżyserzy. Niektórzy z niektórych bywalirównież później. Bywało jednak, że musieli być nie tam, gdzie by byćwoleli. Choć tam, wiadomo, być nie warto, bo nie ma tam niczego. Bosą tam wciąż ci sami, czyli nikt. Mainstream. Salon. Gwiazdy mediów.Pedały, lesby i Żydzi. Kochankowie przewodniczącej jury.
Atu niektórzy, a właściwie wszyscy, są u siebie, więc są. Sobą. Czylitymi, którymi są w napisanych przez siebie notach biograficznychswoich tomików i poetyckich arkuszy, sfinansowanych dzięki środkom, aczasem tylko obrzeżom. Kto to dziś rozróżni, prócz profesoraCzaplińskiego. Poza tym cisza opiniotwórczych mediów, roztaczającasię nad ich lokalnymi splendorami, jest przestrzenią tak rozległą, żedzięki temu lepiej ich słychać. Choćby między sobą.
Cow tym złego. Mogą się skrzyknąć nawet szeptem. Ale najlepiej wramach. Jakiegoś projektu, wspartego albo pod patronatem. Może byćtakże z okazji pory roku lub imienia. Wybitnego Poety. Jeśli nie jestdość wybitny, może być miejscowy. Popieramy miejscowe, bo lokalne.Lokowane jak produkt. Jak mała ojczyzna. Jak mała być może, żeby byławielka dla tutejszych? By była w sam raz na ich rozmiar?
Rzeszowskiprozaik. Szczeciński pisarz. Słupski eseista.
Aleteż inaczej: wrocławski poeta. Tadeusz Różewicz (na przykład).
2.
Odwrotnościąspotkań autorskich, na które przychodzi dziś ślepiec z psem (tak ofrekwencji na meczach hokeja na trawie mówił kiedyś jeden z trenerówtej dyscypliny sportu), a pytania zadaje zdany na siebie prowadzący(który sam się, niestety, do tej sytuacji częściowo doprowadził, iteraz ma najgorzej, bo nie może dyskretnie wyjść) - są zjazdy,zloty, wiosny, jesienie i zimy, sympozja oraz inne literackie(głównie poetyckie) zgromadzenia cechowe.
Możnapowiedzieć, kiedyś to były zjazdy, noce Kupały i Sikały, festiwaleliryki i zalotne zloty. Tak że nic nowego pod słońcem. Czy raczej:pod księżycem. "O, Księżycu, Ty planeto blady"... -szydził łagodnie Gałczyński. Nic nowego pod księżycem? "Takiżbył księżyc i na rynku pompa..."Wielesię pomylę, gdy powiem, że została tylko pompa? Celebra lirycznychkonfraterni, zamknięty, a przecież mnożący się zakon autorówniezliczonych tomików i antologii wydanych z okazji, Nibylandianagród i konkursów o tytułach, przy których sławna kiedyś nazwaTurniej Poetycki Czerwonej Róży to wzór umiaru i dyskretnegowyrafinowania - to wszystko lśni w księżycowym blasku i odbijawłasne światło. "Takiż był księżyc, ja stojąc za wałem / Mariiten bukiet róż ofiarowywałem / Mych skromnych ogni zadatek niewinny /Atoli Marię posiadł bałwan inny!".
Jakiegobałwana czczą dzisiejsi poeci? Że to bałwan bez "tkliwejdynamiki", a już na pewno "Angelologii"? Tę dostalido śpiewania estradowi bardowie. Następcom liryków - młodszym,chłodniejszym, cynicznym, choć nie mniej naiwnym niż poprzednicy -została codzienność. Na szyldzie domu w K-J., kilometr od O.,przeczytałem niedawno: "Zakład Fryzjerski i Kosmetykologia".Już Słowacki marzył, by "zjadaczy chleba w aniołów przerobić".
Alei Gałczyński sam w sobie się przegląda niekiedy. Jako mimowolnypatron najgorszej poezji oraz recytujących dzieci płci obojga (zprzewagą dziewczynek). Nie bez kozery pewnie organizowany dla nichkonkurs Szczeciński Parnas wymienia nazwiska miejscowe, godne Parnasu(ja też go bywam godny), dodając w regulaminie: "z wyjątkiemK.I. Gałczyńskiego". Choć, jak chce Literaturana Pomorzu Zachodnim do końca XX wieku.PrzewodnikEncyklopedyczny(2003),autor Satyryna bożą krówkę- w Szczecinie skądinąd pisanej - mieszkający w nimniecały rok (licząc jednak tutejsze życie jego rodziny -wiążące go z miastem - trwało trochę dłużej) - byłautorem szczecińskim.
Dobrze,domyślam się. Organizatorzy konkursu (miejscowy oddział ZLP i WydziałOświaty) wypisali zeń Konstantego Ildefonsa, by nie ułatwiać dzieciom(i nauczycielom) wyboru. Wiadomo, bez zapisu na Gałczyńskiego,wszystkie recytowałaby Wiosnęw Szczeciniealbo Zaczarowanądorożkę.
Ale"ZapytajcieArtura"... To odpowiem. Pomnik Zaczarowanejdorożkiwitałemkiedyś oficjalną mową (niezbyt wiązaną) jako prezes miejscowego SPP,na jednym ze szczecińskich placów - czy raczej skwerów -w pobliżu, ale jednak z dala od śródmieścia. Promnik ten przypominatrochę wagon tramwajowy, co mogłoby być apropos,bo niedaleko znajdowała się najstarsza zajezdnia tramwajowa wSzczecinie. Zajezdni już nie ma. Pomnik nurza się w zieloność. Że todorożka itd. nie wiedzą dziś jednak nawet okoliczne psy, biegającewokół po trawie w swoich pilnych sprawach. Chyba, że boże krówki.
Wszczecińskim Klubie 13 Muz, będącym niegdyś legendą artystyczną -z czasem zmienionym na Dom Kultury - stał przez lata napółpiętrze Gałczyński właśnie. Mówiąc współczesnym językiem: ikonaklubu (skądinąd do ikon nie miał on predylekcji, wolał -wiadomo - europejski barok). Dokładniej jego popiersie, czyraczej głowa (bardzo Mickiewiczowska w wyrazie, autorstwa SławomiraLewińskiego). Ale dziś Gałczyński znów w Muzach stoi, tam gdzie stał(choć niektórzy mogliby się czepiać, że kiedyś stał tam, gdzie stałoZOMO lub coś w tym rodzaju). Mówiąc inaczej: przez wiele lat byłodstawiony (na zaplecze), ale teraz znów jest wstawiony (jak zawsze).I znów obok niego przechodzę. Choć nie wiem w sumie, dokąd. Przecieżnie do wieczności.
Konkurspoetycki jego imienia, które Muzy w latach 60. organizowały,przekształcił się z czasem w festiwal teatralny Małej Formy (to byakurat K.I.G. odpowiadało: cenił kameralistykę), potem zaś zmieniłnazwę na Kontrapunkt (Gałczyński akurat wolał harmonię) i przeniósłsię gdzie indziej.
Wszystkopłynie. Nawet śledź.
AnnaArno, autorka biografii Niebezpiecznypoeta(2013), przyjeżdżała do Szczecina, by odkurzyć jego tutejsze ślady,ale w jej warszawskiej książce nie ma ich wiele. Co się dziwić. Nieżyje już nawet T., satyryk i autor tekstów piosenek, który spisywałMuz klechdy domowe (klubowe). A to jemu, zdaje się, Gałczyński złamałkiedyś nogę. Upadając. Bo postument, na którym umieszczono głowę, byłwysoki, ale wąski. Symbolizowany owym upadkiem i złamaniem (raczejnieoficjalnie) wpływ Gałczyńskiego na życie literackie Szczecina teżsię z czasem zawęził, a i samo mówienie o nim jest tu dziś raczej demode.Także wśród akademików ("donoszę panie naczelniku"). Coparadoksalnie, acz bez dramatycznego patosu, dopełnia historięszczecińskiego Zjazdu ZLP z 1949 roku, na którym zadeklarowanosocrealizm w literaturze polskiej, a kanarkowi Gałczyńskiego (-mu?)obiecano przydeptanie gardziołka.
Szczecińskistosunek do autora Niobedasię dzięki temu opisać sekwencją typowo polską: duszenie z miłości,przydeptywanie, duszenie z miłości, przydeptywanie itd. Żywegardziołka wcale zresztą do tego nie są potrzebne. Wiadomo poza tym,że gardziołka służą poetom, za ich życia, do różnych rzeczy. Mójojciec - w drugiej połowie lat 50. młody literat szczeciński -otrzymał od starszych kolegów zadanie, by towarzyszyć WładysławowiBroniewskiemu, który przyjechał do Szczecina na cykl spotkańautorskich. Miał mu towarzyszyć w roli, by tak rzec, stróżagardziołka Wielkiego Poety. Któregoś razu był więc z nim w słynnymjuż wtedy bufecie Klubu 13 Muz. Poeta poprosił o szklankę wody.Otrzymał ją i wypił duszkiem. Bez mrugnięcia. Choćby do stróża, którydopiero poniewczasie zorientował się, że szklanka była z procentami.
Wysokoprocentowipoeci przetrwali już chyba tylko w określeniu szklanki wielkościkieliszka: literatka. Natomiast imię Konstantego Ildefonsa przejąłjakiś czas temu inny konkurs poetycki w Szczecinie dla poetówwstępujących. Niektórzy wstępują do dziś. Ale któż jeszcze pamiętaich hasło - kierunek - identyfikator: Pokolenie,które wstępuje;JerzyLeszinKoperski wiódł owo pokolenie ku przyszłości - jako odkrywca idrogowskaz w jednym - w wielce poetyckiej dekadzie lat 70.
Przyszłośćsię skurczyła, ani zauważono, że minęła, i nagle stała się dlamaszerującego pokolenia przeszłością. Tymczasem konkurs imienianieustannego Poety (ogólnopolski) organizuje Dom Kultury Skolwin(pracujący w nim Marek Maj lubi Gałczyńskiego i pisze bliskie tejliryce wiersze). Skolwin to dzielnica trochę za miastem. Za czasem. Wjesiennym zmierzchu, w dymie tamtejszej huty. Którą wydymałarzeczywistość. Ale poezja chyba trochę też. Bo na Skolwinie jesttakże (była sobie) papiernia.
3.
Zbieramjesienne kwiaty. Rozłożone na stołach poetyckiego zlotu tomiki,arkusze, poezje ulotne, pisma zebrane: tam, gdzie kwitły. Samychwierszy nie dotykam, zbyt delikatne (zwłaszcza że zawsze znajdzie siętaki, który może w rewanżu"dutknąć"mnie). Ale przyciągają mój wzrok biogramy młodych poetów i poetek(poetess) w wieku zresztą różnym; eksponujące nagrody i wyróżnienia.
Wybierami komponuję w bukiet jedną poetkę i jednego poetę: wyróżnienie w VRegionalnym Konkursie Literacko-Muzycznym, II miejsce w SzkolnymPrzeglądzie Talentów w Ultrakatolickim Liceum im. Ignacego Loyoli,III miejsce w X Ogólnopolskim Konkursie Literackim "SzufladaMoich Wspomnień", wyróżnienie w Krajowym KonkursieLiteracko-Fotograficznym"Gdzieanioł mówi dobranoc" w kategorii literatura, II nagroda wTurnieju Jednego Wiersza podczas podsumowania XXX KonkursuLiterackiego Szkół dla Dorosłych"ZłamanePióro" oraz I nagroda w Turnieju Poetyckim"OKoronę z Orłem" zdobyta Poetycką Wiosną nad Prosną, I miejsce wkonkursie na dużą formę literacką DKK w Lejkach Wypukłych, IIImiejsce i Brązowa Brzytwa w XX konkursie fryzjerów piszących im. ks.Baki, II miejsce w konkursie poetyckim "O Złotą (Nie)WierzęKazimierza Średniego", plus wyróżnienie w konkursie "WawrzynLaurentego 2014".
Oczywiściekluczę i szydzę, co może być - wiem - męczące nie tylkodla cytującego, a i czytającego. Który może też zauważyć słusznie, żekolekcjonowane dziś przez autorów - i przypinane im jak baretkiorderów - przez wydawców, ale też przez nich samych sobie -nazwy Najważniejszych Nagród Literackich i Nominacji do Tychże -na okładkach i skrzydełkach ich książek - są w gruncie rzeczyekskluzywną odmianą cytowanej wyżej litanii.
Toprawda, lecz zaręczam, że prawdziwe, a wydrwione tu tanio przeze mnietriumfalne biogramy poetki i poety - ze szczegółami o nazwachbardzo zbliżonych do naśladowanych przeze mnie - były i takwielokrotnie dłuższe.
Zbiogramami młodych poetów w wieku różnym zawsze tak zresztą było.Może nie zawsze, ale czasami. Na przykład w czasach, gdy sam byłemmłodym poetą. Pamiętam dobrze - bo była to spora sensacjaśrodowiskowa - masowe Schadenfreude,gdy tygodnik"Student",publikujący czasem literaturę (młodą), zamieścił któregoś razu obfitybiogram pewnego młodego poety. Biogram ów był przez niego do tychwierszy dołączony jedynie, jako wymierne exemplumich wartości, ale redakcja, z jakichś wrednych powodów, wolaławydrukować sam biogram (bez wierszy). Stanowiący wyliczankę tytułówpoetyckich, które autor zdobył, i konkursów literackich, w jakichzwyciężył.
Poetaów przełknął jednak zniewagę i wszedł potem śmiało (jako pokolenie,które wstępuje, gdy inne wstąpić nie chciało) w nową Polskę; zostałnawet posłem na Sejm III RP. Jednej wprawdzie kadencji, leczantykadencja jego poetyckiego głosu nabrała przez to dodatkowejwysokości. Takiej, że gdyby nawet nastąpił kiedyś upadek tego autora,byłoby to bez wątpienia słychać, ktowie, może jeszcze bardziej niż upadek Gałczyńskiego na półpiętrze 13Muz.
Ktozresztą wie, na jakie można się wspiąć wyżyny, będąc dziś poetą. Jestjednak jeden ważny warunek: wielkim poetą można być przede wszystkimw mniejszych miastach (na pociechę sobie i innym zacytuję JeremiegoPrzyborę z piosenki NadProsną:"mniejszych miast: dwie trzecie"). W większych miastachwiedzą na ogół, że wielcy poeci już nie żyją, a ci trochę mniejsimuszą dreptać po różnych miejskich urzędach za dotacją, co dodatkowoim spiłowuje obcasy, czyniąc ich jeszcze mniejszymi niż są wrzeczywistości. Natomiast w mniejszych miastach, owszem. Tu mniejsipoeci rosną, bo przecież mniejsze miasta, które chcą, by je traktowaćjak większość większych, nie mogą mieć małych poetów. No więcuchylają swoim niedużym poetom nieba, przez co od razu czują sięwięksi.
Wśródksiążek z mniejszego miasta znajduję tomik poetki (jednak poetki, niepoetessy) w wieku już niemłodym. Wyjechała z mojego niewielewiększego miasta niedawno, jakieś lat trzydzieści, a może tylkoćwierć wieku temu. Jako autorka szczupłego zbioru erotyków, który byłwtedy jedyną jej książką (choć miała lat blisko pięćdziesiąt), za touczynił ją bohaterką wielu żartów kolegów literatów oraz członkinią(członkiem? w końcu o erotykach mowa) Koła Młodych ZLP. A w biogramietegoż tomu czytam, że jest dziś nie tylko autorką siedemdziesięciusiedmiu (może przesadziłem o siedem) innych tomów - wszystkichwydanych w mniejszym mieście, do którego się z mojego niewielewiększego przeniosła - ale także, jako animatorka kultury isztuki w tymże mniejszym mieście, beneficjentką różnego rodzajukrajowych, pałacowych i ministerialnych zaszczytów, tudzież licznychorderów na najszerszych wstążkach, wyłączając chyba tylko OrderPodwiązki, widać niestosowny dla jej wieku.
Aja co? A ja z poetką tą piję kawę w holu pałacu i sieni jesieni.Wymieniamy uwagi, bo swojego tomiku (też z biogramem) nie mam jakośprzy sobie. Obok sunie ta, która niedawno mnie wzięła za kogoś, leczteraz omija mój profil (facebez booka)wzrokiem. Ale że kończyliśmy naszą rozmowę Fantazym,to wyświetla mi się końcowy wers z jego przedstawienia w K., którewidziałem parę dni wcześniej (wers wyświetlony był wraz z całą strofąna ekranie z boku sceny): "Mówię - bom smutny - isam pełen winy".
Jakoże był to Fantazyspuentowany fragmentem GrobuAgamemnona.
Nieszkodzi, powyższy cytat można uznać przecież za słowo od reżysera.Rodzaj jego - cóż, że raczej mimowolnej - ekspiacji. Aktnieświadomej pokory.
Czynie powinienem tej puenty dopisać i samemu sobie?
wserii piętnastkaukazały się:
HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"
KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"
MaciejCisło"Błędnik"
WojciechCzaplewski"Książeczka rodzaju"
MarekCzuku"Stany zjednoczone"
JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"
AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"
PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki"
MałgorzataGwiazda-Elmerych"Czy Bóg tutaj"
TomaszHrynacz"Noc czerwi"
LechM. Jakób"Do góry nogami", "Poradnik grafomana","Poradnik złych manier", "Rzeczy",
PawełJakubowski"Kopuła"
ZbigniewJasina"Drzewo oliwne"
JolantaJonaszko"Bez dziadka. Pamiętnik żałoby"
GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"
Piotr Kępiński "Po Rzymie.Szkice włoskie"
BogusławKierc"Cię-mność"
ArturDaniel Liskowacki"Brzuch Niny Conti", "Capcarap", "Kronikapowrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina(ciąg bliższy)"
KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I innepodróże"
KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"
TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"
PiotrMichałowski"Cisza na planie"
MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"
EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"
HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złotażyła"
PawełOrzeł"Cudzesłowa"
MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"
KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"
BartoszSawicki"Krucha wieczność"
EugeniuszSobol"Killer"
EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"
WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"
GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"
LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"
WiesławSzymański"Skrawki"
MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"
PawełTański"Glinna", "Kreska"
MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"
AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"
MiłoszWaligórski"Długopis"
HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)"
Sławomir Wernikowski"Passacaglia"
Leszek Żuliński "Suchełany"