Brzoskwiniarz: Lato 1988 - Dorota Guzik
12.81 zł

Reflow text when sidebars are open.
I
Siedziałam w pociągu, spoglądałam przez okno. Po szybie wagonu powoli spływała kropla wody, zostawiając za sobą kręty ślad. Momentami zatrzymywała się, by nagle przyspieszyć i znowu ściekać w dół. Szyba, przez którą patrzyłam, była zaparowana i ohydnie brudna.
Czułam się zagubiona. W mojej głowie wirowała burza uczuć i myśli. Smutek mieszał się z radością i szczęściem ostatnich dni. Nadzieję głuszyła niepewność.
Jak dalej potoczy się scenariusz mojego życia? Gdzie powinnam być, a właściwie, przy kim? Ciągle powtarzałam sobie pytanie. Co zrobić? Jeszcze kilka dni temu miałam zaplanowaną przyszłość. Nic nie zapowiadało zmian. A teraz? Gdzieś tak na początku lipca dostałam od Mirka wspaniałą wiadomość.
- Kochanie, udało mi się! Dowódca obiecał, że będę miał dwutygodniowy urlop. Możesz więc wybrać coś i zarezerwować na lato! Pojedziemy razem! - mówił Mirek, a właściwie wydzierał się do telefonu, bo na linii strasznie trzeszczało. - Najlepiej wybierz coś nad morzem, zresztą gdzie chcesz! Sama zdecyduj, zapłać i jedziemy!
Bardzo się ucieszyłam. Super! Wspólny wyjazd! Wspaniale. Tylko szkoda, że znowu wszystko spadało na moją głowę. To ja miałam dokonać wyboru i zdecydować gdzie pojedziemy. Nie ma sprawy, pod warunkiem, że potem nie będę musiała słuchać narzekania, że złe miejsce, że drogo, że brzydko. W przeszłości słyszałam marudzenie, że znowu pada deszcz. Jakbym miała na to jakiś wpływ!
"Faceci są dziwni. A właściwie wygodni" - podsumowałam. I raczej nie jest to rewolucyjna myśl.
Uczciwie przyznając, tym razem Mirek wcale nie był wygodny. Zamknięty w jednostce wojskowej nie miał możliwości załatwić czegokolwiek. Po cichu liczyłam tylko na to, że wojsko oduczy go narzekania. Byłoby fajnie i miło, gdyby się okazało, że docenia mój wkład, a nie znowu narzeka.
Postanowiłam zabrać się do tematu profesjonalnie i "w celu wyższym" wykorzystać moją siostrę. Bernadetta pracowała w biurze podróży pod wszystko mówiącą nazwą "SPORT i RELAX". Zdecydowałam, że poproszę ją o pomoc w wyszukaniu czegoś super odlotowego na dwa tygodnie sierpnia.
Wystukałam numer telefonu do jej biura. Po szybkim zadaniu pytania usłyszałam.
- Skierowanie jedno czy dwa? Z wyżywieniem? Z łazienką? Dojazd własny? - pytała fachowo.
Wystraszyłam się, że przez przypadek mnie nie poznała.
- Hej, siora. To ja, Dominika! - udało mi się jej przerwać.
- Przecież słyszę, że to ty. Nie mam czasu z tobą nawijać, bo kolejka stoi. Wycieczkę do Turcji sprzedaję i już klienci mnie wzrokiem zabijają, że gadam przez telefon - wyrzuciła jednym tchem, jak zwykle "uprzejmie" w stosunku do mnie.
Mając na uwadze trudne warunki pracy mojej, obserwowanej przez tłum interesantów, siostry, jak również w trosce o zadowolenie stojących w kolejce polskich turystów, postanowiłam krótko odpowiedzieć na szczegółowe pytania Berni.
- Dwa, tak, tak i tak.
- Przyniosę ci do domu. Cześć! - odpowiedziała Bernadetta i odłożyła słuchawkę.
Zastanowiłam się przez chwilę, czy mogę sprawę uznać za załatwioną? Pomijając fakt specyficznej oschłości w stosunku do mnie, Bernadetta była prawdziwym fachowcem i zazwyczaj podobne sprawy załatwiała perfekcyjnie.
"Teraz pewnie będzie tak samo" - zaufałam siostrze i uznałam, że mogę przejść do etapu oceny mojej letniej garderoby. Bezwzględnie musiałam sprawdzić, czy kostium kąpielowy nadaje się jeszcze do użytku. Istotne było również to, czy konieczne będą dodatkowe zakupy. Czasu do wyjazdu pozostawało niewiele.
Na szczęście po przeglądzie szafy stwierdziłam, że nie muszę rujnować się przed wyjazdem. Strój, klapki i kiecki oblecą. Jak trzeba będzie wystroić się na nocne balety, to mam z czego wybierać. Okazało się, że mój wiosenny wyjazd do Włoch był naprawdę udany! Nie dość, że przywiozłam furę wspomnień i kasy, to jeszcze miałam szafę pełną fantastycznych ciuchów.
Wieczorem Berni przyniosła różne oferty wczasów nad polskim morzem. Przeglądałam je i nie wiedziałam co wybrać. Czym się kierować? Czy lepiej być przy samym morzu, czy też w domu z dużym ogrodem, ale na obrzeżach miejscowości? Co jest lepsze? Być w ośrodku wczasowym czy w pensjonacie? Gdzie jest ładniej? W Kołobrzegu, Rewalu, a może w Ustce?
Siostra, widząc moje zagubienie, poleciła mi szczególnie jedną ofertę. We Władysławowie.
- Julita, taka jedna od nas z biura, była tam i bardzo sobie chwaliła. Podobno nowy budynek, niedaleko od plaży, a na dodatek wyśmienite jedzonko, w ogromnych ilościach - rozkładała przede mną folder. - Popatrz, proponują pełną gamę atrakcji dla wczasowiczów. Wycieczki, pokazy, wieczorki. Zresztą właściciel podobno jest światowy i dziadostwa nie robi. Wrócił ze Szwecji i wprowadza w swoim pensjonacie zagraniczne standardy.
- "Róża Wiatrów" - przeczytałam nazwę z ulotki. - Ładnie. Dobra! Zapisz nas z Mirkiem do tej Róży - zdecydowałam, bo nie chciało mi się szukać i wybierać dalej. Przecież morze to morze. Wszędzie jest podobnie.
Dwa lata wcześniej byliśmy z Mirkiem w okolicach Ustki, u mojego dziadka. Z dala od tłumów usteckiego deptaku, w maleńkiej wiosce, przesiedzieliśmy całe wakacje. Hasaliśmy beztrosko po okolicznych lasach i dzikich plażach. Niczego nam nie brakowało.
"Czasami dobrze jest coś zmienić i zaryzykować" - zdecydowałam. W końcu, skoro wyjazd jest "niespodziankowy", to miejsce niech też nas zaskoczy. Raz się żyje. W ostateczności jak będzie źle w tym Władysławowie, to wykorzystamy lokalizację jako bazę wypadową do Trójmiasta lub na Hel. Nigdy nie byłam w Gdańsku, więc super, że będę mogła go zwiedzić. Na pewno nie będzie nudno.
Ze smutkiem pomyślałam, że od jakiegoś czasu wkradało się między mnie i Mirka znużenie, zniecierpliwienie, lub coś nieuchronnie się wypalało. Nie było już tak absolutnie, bezgranicznie dobrze, jak bywało wcześniej.
Mirek i Dominika. Razem od czterech lat, choć znaliśmy się dłużej. Pokonaliśmy wiele trudności zanim staliśmy się parą. Była to miłość z tych wielkich, wypłakiwanych i wyczekiwanych. Wydawałoby się, że niedostępnych. Właściwie niemożliwych. A jednak! Przebyliśmy długą, wyboistą drogę, zanim wpadliśmy sobie w ramiona. Gdy to się w końcu stało, tkwiliśmy i tkwiliśmy w gorącym, upragnionym pocałunku, bojąc się oderwać od siebie.
Nareszcie razem. Ku naszemu szczęściu, a przerażeniu i zazdrości innych. Nie wszystkim podobała się nasza miłość. Z upływem czasu, przez przyjaciół i znajomych uznani zostaliśmy za parę idealną. Podobno nikt tak do siebie nie pasował jak my. Podobno. Nierozłączni, spędzaliśmy ze sobą całe dnie i ciągle było nam mało i mało.
Miałam psa, a właściwie suczkę Domę. Była zwykłym mieszańcem o nieregularnych kształtach i całkowitym braku proporcji ciała. Czarno - biała z małą główką i zaokrąglonymi boczkami. Taki mały, grubaśny pulpecik. Jej imię oczywiście pochodziło od mojego, bo to ja przywiozłam ją, w chlebaku, z obozu harcerskiego. Wbrew protestom i groźbom rodziców musiałam to zrobić, ponieważ czekała ją zagłada. Miała zostać utopiona.
Po skończeniu siódmej klasy podstawówki, w czasie wakacji przebywałam na obozie harcerskim w miejscowości Szwecja, na Pojezierzu Drawskim. Niedaleko stała leśniczówka, a na jej terenie godne miejsce zajmowała psia buda ze szczeniakami. Czy może być coś piękniejszego dla nastolatki z kiełkującym instynktem macierzyństwa? Nie może!
Tak więc, razem z przyjaciółką, przez cały obóz dokarmiałyśmy suczkę i jej szczeniaki, spędzając przy tym miło czas. Aż tu nagle okazało się, że jeden ze szczeniaczków to niewiasta a nie piesek, jak oczekiwała właścicielka. Decyzja była jedna - "utopić". Przecież nie mogłam na to pozwolić! Absolutnie nie!
Ubłagałam właścicielkę, żeby tego nie robiła. Zadeklarowałam, że jak będę wracała z obozu to zabiorę psiaka ze sobą. Gospodyni z leśniczówki łaskawie się zgodziła i Domka została uratowana.
Gdy Mirek pojawił się w mojej rodzinie, do historii uratowania psa nie wracaliśmy. Doma po urodzeniu sześciu szczeniaków nie wyglądała "jak z żurnala", ale Mirek bardzo ją polubił i często wyprowadzaliśmy ją wspólnie na spacer.
Potrafiliśmy wałami wiślanymi dojść z centrum Krakowa aż do Tyńca. Odległość niemal dziesięciu kilometrów pokonywaliśmy, bez przerwy rozmawiając. Doma była milczącym uczestnikiem niekończących się dyskusji i sporów. Często była jedynym świadkiem prawdziwych awantur, które między nami wybuchały. Kłóciliśmy się równie mocno, jak bardzo się kochaliśmy. Uczyliśmy się rozwiązywać konflikty. Zresztą, wszystkiego uczyłam się z Mirkiem. Razem wchodziliśmy w upragnioną dorosłość, oraz przeżywaliśmy ważne rozdziały naszego życia: maturę, pierwszą pracę, wojsko. Przeklęte wojsko.
Mirek został powołany do jednostki w Grudziądzu. Strasznie daleko. Wydawało nam się, że to koniec świata. Szybko też przekonaliśmy się, że częste, a zwłaszcza szybkie przemieszczanie się pomiędzy Krakowem i Grudziądzem było niemożliwe.
Pierwsze miesiące rozstania były szokiem. Każdego dnia boleśnie odkrywaliśmy, jak ogromną destabilizacją naszego związku była izolacja. Nie rozumieliśmy wcześniej, czym jest taka rozłąka. Oszukiwaliśmy się, że to nic wielkiego.
Trudno więc opisać, jak wielce szczęśliwi byliśmy, kiedy to w dniu przysięgi Mirek pochwalił się, że w ramach nagrody za wzorowe zachowanie dostał kilka dni przepustki. Wracał z nami do Krakowa. Wtedy się zaręczyliśmy. Czyste szaleństwo! Długo byliśmy parą, ale nie rozmawialiśmy o tak poważnym aspekcie przyszłości jak małżeństwo. Zaskoczył mnie.
Wyprawa na przysięgę miała charakter koczowniczy. I nikt się tym specjalnie nie przejmował. W podróży najbardziej dawało nam się we znaki potworne zmęczenie. Po dwudniowym wyjeździe bez noclegu należało odpocząć, a przede wszystkim umyć się i wyspać. Gdy więc wróciliśmy do Krakowa, każdy pojechał do siebie. Z Mirkiem umówiłam się na popołudnie.
Kiedy już odespałam podróż, leżałam sobie w szlafroku, w rozmemłanej pościeli. Wyglądem straszyłam jak pani Dulska, a tu nagle, dzwonek do drzwi. Nawet się nie ruszyłam, bo to przecież nikt do mnie! Wiedziałam, że zmęczony Mirosław również odpoczywał przed naszym umówionym spotkaniem. Zresztą uprzedziłby mnie telefonicznie o ewentualnej zmianie planów.
Wtem do pokoju, ku mojemu zdumieniu, wpadła siostra Mirka, Izabela.
- Dominika! Przysłał mnie Mirek, żeby ci powiedzieć, że za godzinę przyjedzie do ciebie ze starymi, żeby ci się oświadczyć. Wysłał mnie, bo doszedł do wniosku, że chyba powinnaś się jakoś przygotować, no i żebyś nie była za bardzo zaskoczona - wyrzuciła z siebie bez zająknięcia.
- O, matko! Że co? Że kiedy? - o mało nie zabiłam się na własnym szlafroku, wbiegając do łazienki.
Do dzisiaj nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jakim cudem zdążyłam przed przyjściem moich przyszłych teściów. Byłam nawet na szybkich zakupach w sklepie Zorza, na rogu. Możliwości ludzkie mnie zaskakują!
Dostałam pierścionek zaręczynowy oraz ogromny bukiet pachnących, białych frezji. Z wrażenia nic więcej nie pamiętam. Nic. Nie wiem, co Mirek do mnie mówił, jak brzmiała prośba o moją rękę. Nie pamiętam, czy Mirek padł przede mną na kolana, czy mnie pocałował. Na moim palcu błyszczał pierścionek. Złoty, z onyksem, w nowoczesnym stylu, elegancki.
Zaręczynowa akcja bardzo mnie zaskoczyła. Zastanawiałam się skąd ta nagła decyzja? Dlaczego Mirek niespodziewanie mi się oświadczył? Chciał, żebym na niego czekała, to zrozumiałe. Ale czy to znaczyło, że mi nie ufał? Nie wierzył, że będę wiernie na niego czekała? Jeżeli miałoby tak być, to w czym pomoże ten przepiękny, wymarzony pierścionek na moim palcu?
Wszystko działo się tak szybko, że czułam niedosyt. Brakowało mi celebrowania, przygotowywania się, oczekiwania. To były oświadczyny! Przecież zdarzają się raz w życiu. A tu wszystko rozegrało się szybko, "rach - ciach" i po sprawie.
Wesele zaplanowane zostało na Wielkanoc "po wyjściu z wojska", czyli po dwóch latach. Na dzień dzisiejszy, za około 10 miesięcy. Po wakacjach, po Bożym Narodzeniu, po karnawale. Obecnie znajdowaliśmy się niewiele za półmetkiem rozstania. Czas mijał wolno. Zrywałam kartki z kalendarza i tęskniłam.
A w wojsku... Mirek bardzo się zmienił. Wcześniej to ja byłam jego jedynym autorytetem. Liczył się wyłącznie z moim zdaniem. Teraz zostałam przesunięta na trzecie miejsce. Na pierwszym znalazła się jego mama, na drugim siostra Izabela i dopiero na końcu ja. Niby nic w tym złego, ale czasami było mi po prostu przykro. Zwłaszcza kiedy opowiadał, że dopiero teraz rozumie co to znaczy "Matka". Że tylko matka jest oddana całkowicie swojemu synowi. Tylko na niej może polegać. Ona tak bardzo za nim tęskni.
A ja? Mirek był całym moim światem. Wypełniał każdą minutę życia. Wszystko co robiłam z nim, robiłam dla nas, dla naszej wspólnej przyszłości. Tęskniłam boleśnie za jego uśmiechem, podszczypywaniem i tarmoszeniem po grzywce. Brakowało mi jego opieki, czułości i spontaniczności. Czułam się tak, jakby zabrakło części mnie. Czekałam z utęsknieniem na jego przyjazdy. Nawet wybrałam się do niego kilka razy. Pociągiem, na stojąco, z przesiadkami w miejscowościach, w których największym budynkiem był Dworzec PKP. Nie pamiętam nawet, jak się nazywały.
Każdy mijający tydzień skracał nasze rozstanie, ale jednocześnie powodował, że oddalaliśmy się od siebie, od naszych wspólnych planów, marzeń. Pisaliśmy mnóstwo listów. W ostatnim czasie prawie każdy list od niego zaczynał się słowami: "Kochanie, bardzo Cię przepraszam, że jednak nie przyjechałem...".
Mirek wsiąknął w inne otoczenie. W Grudziądzu miał kumpli z wojska. Ci kumple, swoich kolegów z okolicy. Chłonął tamto środowisko jak gąbka. Siłą rzeczy mnie w nim nie było. Nasze wspólne dyskusje zastępował jego monolog o imieninach "u kogoś tam", o chrzcinach "syna kumpla",o wypadzie "na lewo" przez płot, na dyskotekę, na melinę, po flaszkę...
Miałam nadzieję, że ten wspólny urlop "tylko we dwoje" pozwoli nam odnaleźć się, zabliźnić małe ranki i znowu będzie cudownie. Liczyłam dni do wyjazdu.
No tak, tylko żeby ten romantyczny wyjazd mógł dojść do skutku, musiałam załatwić jeszcze jedną, istotną sprawę. Mianowicie mój urlop. Prawdopodobnie ten temat przez tysiące osób nie jest uznawany za trudny.W moim przypadku było inaczej. Pracowałam prawie rok. Co z tego? Taki staż pracy był niczym w porównaniu do stażu moich koleżanek, którym brakowało dwa, trzy lata do emerytury. Oczywiście miesiące wakacyjne już dawno zostały rozdzielone wśród starszych pracowników i na taki termin urlopu nie miałam najmniejszych szans. Jednak od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem zmiany pracy.
Dlaczego? Niby praca sama w sobie była OK. Chciałam pracować w tym zawodzie. Podobało mi się. W końcu po to uczyłam się parę dobrych lat, aby być laborantką. Zakres czynności zawodowych spełniał moje oczekiwania. Pracowałam na najnowocześniejszych aparatach pomiarowych i komputerach. Ciężko było o taki sprzęt gdzieś indziej. Ludzie, z którymi pracowałam, też byli w porządku. Dzieliła nas spora różnica wieku, ale dogadywaliśmy się świetnie.
Problemem było to, że nie mogłam przyzwyczaić się do rytmu pracy zmianowej. Po blisko roku pracy mój organizm mylił dzień z nocą. Spałam w każdych warunkach, a i siedzenie nocami nie sprawiało mi trudności. Jednocześnie ciągle byłam zmęczona i właściwie nie robiłam nic więcej, tylko spałam lub pracowałam.
Kierowniczka laboratorium w którym pracowałam, pani Zosia Lutka, zawsze mówiła mi, żebym szukała czegoś lepszego, bo "tutaj mogę się tylko zmarnować". Często zastanawiałam się, czy nie ma racji. No i teraz, wspólny sierpniowy urlop, przyspieszył moją decyzję. Napisałam wypowiedzenie i już pod koniec lipca byłam wolna. O nowej pracy miałam pomyśleć później.
Przy pierwszej okazji przekazałam Mirkowi detale dotyczące wczasów. Nawet nie grymasił i wydawało mi się, że jest zadowolony.
- Kochanie, tak bardzo chciałbym, żeby to było już - słyszałam w słuchawce. - Chciałbym poczuć się jak dawniej, wolnym ptakiem, przytulać cię do siebie i nie myśleć o nakazach i zakazach - zapewniał podczas rozmowy.
Chociaż mnie nie widział, przytakiwałam głową. Też czekałam, z niecierpliwością. I nagle stało się to, co prawdopodobnie zmieniło całe moje życie. Zadzwonił telefon.
Słuchawkę podniosła oczywiście mama, która w ten sposób - odbierając wszystkie telefony - sprawowała dyskretną, jak jej się wydawało, kontrolę nad kontaktami moimi i mojej siostry.
- Dominika, do ciebie! Mirek dzwoni - zawołała, a ja podeszłam do telefonu.
- Mirek? No, co tam?
- Kochanie, stało się coś strasznego! Mój dowódca odwołał mi urlop - wywalił z siebie jednym tchem.
- Co? Jak to, odwołał? Mógł tak? Dlaczego? - odezwałam się głupio. - Przecież już wszystko załatwiłam i teraz nie da się nic odwołać! - wykrzyczałam z przerażeniem w głosie. - Nawet z pracy się zwolniłam, cholera jasna!
- Wiesz, to jest wojsko, tutaj się nic nikomu nie tłumaczy. Miałem obiecany urlop i byłem pewny, że go dostanę. Teraz twierdzą, że nie pojadę i każdy nabrał wody w usta. Nie chcą nic powiedzieć. Dominiś uwierz mi, tak bardzo chciałem, żebyśmy spędzili kilka dni razem. Nie wiem, jak ja tu wytrzymam, już brakuje mi sił. Tęsknię za tobą, za Krakowem, za normalnym życiem. Zabija mnie moja bezsilność. Mogę się wkurzać, ale nie mogę nic zrobić! - tłumaczył Mirucha, a jego głos w słuchawce brzmiał coraz ciszej i coraz smutniej.
Serce ściskało mi się z żalu i jednocześnie myślałam, że pęknę z wściekłości.
- No tak, wiem, że nic na to nie poradzimy, ale co teraz? Przecież ja za wszystko zapłaciłam i nie ma możliwości rezygnacji! Mam bilety na sypialny! Jak to wszystko odkręcić? - pytałam, a w głowie rozpoczęłam szaloną jazdę myśli analizującą sytuację.
- Jedź sama! - usłyszałam zdecydowany głos Mirka.
Zamurowało mnie.
- Co? Jak to, sama? Co tam będę robiła przez dwa tygodnie sama? Chyba żartujesz? Przecież nie będę się miała nawet do kogo odezwać!
- Batoniku mój, dasz sobie doskonale radę, a może uda mi się jakoś wyrwać, mimo wszystko. Choćby na krótką przepustkę. Przecież z Grudziądza do Władysławowa nie jest daleko!
- Jaką krótką przepustkę? Mirek, co ty gadasz? Przecież sam w to nie wierzysz?
- Dominika! Postaram się do ciebie dojechać! Obiecuję! Wsiadaj do pociągu i jedź. Jakoś to będzie. Kocham cię.
- Też cię kocham, ale... - nie dokończyłam.
W słuchawce usłyszałam sygnał "zajętości". I masz, cholera jasna, romantyczny urlop, sam na sam... ze sobą! No nie! Tylko mnie mogło się coś takiego przydarzyć.
Wściekła, zamknęłam się w swoim pokoju. Nadwyrężyłam zwoje mózgowe. Może Kaśka pojechałaby ze mną? No tak, ale co będzie jeżeli Mirucha jednak się z tego wojska wyrwie? Przecież wtedy byłoby nas o jedno za dużo i chyba nieładnie byłoby prosić Katarzynę, żeby wracała do Krakowa. Nie, to rozwiązanie odpadało. Pozostanie w Krakowie też mnie nie zadowalało. Bez pracy, siedząc w domu, nie wytrzymam! Nic to, muszę jechać sama.
Starałam się nie słuchać dobrych rad mamy, że co ja tam będę robiła, przecież nikogo nie znam, że jak nie daj Boże będzie lało, to zanudzę się na śmierć. Bo to tak właśnie jest, jak się coś planuje, a dokładnie nie sprawdzi. I w ogóle, jak można, tak bez wahania, zwolnić się z pracy tylko po to, żeby wyjechać na wczasy? I jak my to dobrze z Bernadettą mamy, że wszystko nam się podstawia pod nos i nie mamy żadnych obowiązków.
Nie słuchałam, ale słyszałam i z każdym nowym słowem, wypowiedzianym przez nią, byłam pewniejsza, że jechać powinnam. W końcu miałam wykupiony prawie cały przedział sypialny (dwa łóżka na trzy możliwe), więc nie powinno mi się nic przykrego przydarzyć. A niech się dzieje, co chce. Jadę! Jakoś to będzie...
II
Co mi przyszło do głowy, żeby ubrać te buty? Co prawda, obeszłam cały Kraków żeby je kupić. No, bo musiały mieć modny czubek i tak głęboko wycięte podbicie, żeby wychodziła linijka pomiędzy małym palcem u stopy, a serdecznym. O ile on się tak nazywa?
No właśnie. Jak się nazywa palec u nogi, drugi od strony małego? Wzorując się na nazewnictwie palców u rąk, powinien nazywać się "serdecznym"."O, i tak go będę nazywała" - pomyślałam.
Wracając do idealnych butów. Jeżeli "linijka", pomiędzy tym palcem serdecznym a małym była widoczna, a obcas był nie za wysoki i nie za niski, to buty, według wszelkich wskazówek mojego taty mistrza szewskiego, były w porządku. Perfekcyjne nie mogły być, bo takie dawno temu robił wyłącznie mój ojciec. Oczywiście ja tego nie pamiętam, ale historię o przepięknych, czerwonych lakierkach, zapinanych na dwa paseczki, robionych przez ojca własnoręcznie i specjalnie dla nas, miałam wykutą na blachę. Nieszczęśliwie te cudne, czerwone lakierki zgubiłam jako kilkuletnie dziecko. Podobno w Warszawie, na parkingu, wypadły z samochodu. Czy coś takiego. Faktycznie musiały być wyjątkowe, skoro tak głęboko zapadły w pamięci rodziców. Ja znałam je tylko ze słyszenia.
Od kilkunastu lat tato jeździł jako taksówkarz i butów, niestety, już nie robił. A ja, obciążona wiedzą teoretyczną, chcąc sobie kupić nowe obuwie, krążyłam po wszystkich sklepach w mieście, szukając takich w miarę w porządku. I właśnie w tych super wyszukanych dreptałam teraz, targając w rękach obrzydliwie ciężką torbę. Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że to jest tak daleko od stacji kolejowej?
Najpierw szłam szerokim chodnikiem, można by powiedzieć prawie deptakiem, wzdłuż którego stały sklepiki z typowym "bursztynowym" asortymentem. O tej godzinie były jeszcze zamknięte. Zaglądałam w okna wystawowe, przez które widziałam, że ich zasobność uszczęśliwi każdego.
Po chwili "deptako-chodnik" zamienił się w piaskową ścieżkę. A mojego pensjonatu ani widu, ani słychu. Ta część miejscowości wyglądała na nową. Wszędzie stały świeżo wybudowane domy, opasane siecią szutrowo - piaskowych ulic. Chodniki nie istniały. Pewnie powstaną na końcu, jak już się wszyscy wybudują.
Dreptałam dalej, noga za nogą. Zaczynałam się trochę martwić, że zabłądziłam. Nie martwiło mnie jednak to, że nie trafię, tylko że będę musiała nieść torbę z powrotem. A przecież ledwie szłam. Zapadałam się w miękkim gruncie, przypominającym piaskowe błoto. Prawdopodobnie nocą padał deszcz.
Od ciężaru bagażu ścierpły mi palce. Musiałam co chwilę przekładać go z ręki do ręki. Byłam niewyspana i coraz bardziej zła. Gdzie ja jestem? Co ja tu robię? Bliska załamania, wreszcie znalazłam właściwy dom na ulicy Bałtyckiej. Popatrzyłam na niego. To tu miałam spędzić prawie dwa tygodnie.
Dom jak dom, widać, że pod wynajem. Piętrowy, ze spadzistym dachem. Jeszcze nieotynkowany. Do wnętrza prowadziły schody osłonięte na całej długości daszkiem, co wyróżniało budynek wśród pozostałych, typowych "klocków". Pokonałam schody, nacisnęłam klamkę i znalazłam się w środku.
Wewnątrz było czysto, aż pachniało. Głównie nowością. Oceniłam, że raczej żaden architekt nie wspomagał właścicieli przy urządzaniu wnętrza. Mimo to, całość nie burzyła mojego poczucia estetyki. Podobało mi się. Zapukałam do pokoju z napisem "BIURO".
Właściciel nie okazał zdziwienia, że przyjechałam sama. Po prostu przyjął to do wiadomości. Po uzupełnieniu informacji w wielkim kajecie, wziął klucz oraz moją torbę i zaprowadził mnie do pokoju na piętrze. Po drodze wskazał łazienkę. Wkurzyłam się, bo przecież miałam ją mieć tylko dla siebie, w pokoju. Na koniec poinstruował mnie jak dojść do "Róży Wiatrów",w której miałam jadać posiłki. Tego było już za dużo. Opadły mi ręce i dopadło całkowite zwątpienie.
"Faktycznie światowo, cholera jasna. Nie dość, że bez prywatnego kibla, to jeszcze na śniadanie będę biegać nie wiadomo gdzie! Super!" - przemknęło mi przez myśl, a iskra optymizmu, która pojawiła się bezpośrednio po wejściu do pensjonatu, natychmiast zgasła. Wizja beznadziejnego pobytu wróciła za to z podwójną siłą.
- Fantastycznie! Co jeszcze będzie inaczej, niż miało być? Urocza miejscowość, zwana szumnie Władysławowem. Jak dopadnę moją siostrę, to... - mruczałam pod nosem.
Właściciel popatrzył na mnie dziwnie, ale się nie odezwał. I dobrze.
Pokój znajdował się na końcu korytarza. Urządzony klasycznie. Szafa, stół, dwa krzesła i pod oknem łóżko. Podwójne. Po co mi takie duże? Okno było osłonięte daszkiem. Szkoda, bo ten daszek zabierał sporo światła i w pokoju było ponuro. Widok z okna był co prawda w kierunku morza, ale niestety nie było go widać. Panoramę przesłaniały konary drzew i budowa obok. Odległość do plaży również pozostawała dyskusyjna. Byłam pewna, że nie mieściła się w określeniu "blisko".
- Zdaje się, że znajdę więcej uwag do oferty, którą wykupiłam - stwierdziłam.
Rozpakowałam torbę. Ułożyłam ubrania na półce w szafie, oraz kilka rzeczy powiesiłam na wieszakach. Z zadowoleniem zauważyłam, że nie pogniotły się w podróży.
- Chociaż tyle.
Przyszedł czas na sprawdzenie łazienki. Pozbierałam przybory toaletowe, ręcznik i wyszłam na korytarz. Węzeł sanitarny znajdował się naprzeciwko mojego pokoju. Zajrzałam do środka. Łazienka, cała w modnych kafelkach, była czysta i pachnąca. W prywatnych kwaterach to raczej rzadki widok. No i plusem było to, że nie musiałam biegać na drugi koniec budynku. "Może nie będzie tak źle" - odetchnęłam z ulgą.
Skorzystałam z prysznica. Na szczęście popłynęła z niego ciepła, a nawet gorąca woda. Miałam nadzieję, że tak będzie stale. Poza tym, oceniłam że z uchwytnością łazienki nie powinno być problemu, bo za współlokatorów miałam dzieciaki z kolonii. Co prawda, chwilami hałas był nie do wytrzymania, ale łazienka najczęściej była pusta. Uśmiechnęłam się na myśl, że rodzice kolonistów będą mieli sporo do szorowania, gdy ich pociechy wrócą do domów.
Mimo zmęczenia po nieprzespanej nocy, postanowiłam załatwić sprawy związane z wyżywieniem, oraz zrobić mały rekonesans okolicy.
Okazało się, że do Róży Wiatrów jest dosyć blisko, zaledwie kilka kroków ulicą w dół. Była to okazała willa, bezwzględnie na europejskim poziomie. Do wnętrza prowadziły kręte schodki, na których szczycie wystawiały się do słońca urocze, młode dziewczyny. Jak się później okazało, kelnerki.
Gdy wchodziłam po schodach, zmierzyły mnie wzrokiem od stóp do głowy, następnie uprzejmie skierowały do szefa. Faceta w wieku około pięćdziesięciu lat, który spokojnie mógłby być moim ojcem. Jak na właściciela imponującego obiektu, w którym się znalazłam, wyglądał skromnie. Nie prezentował na sobie żadnych atrybutów współczesnego biznesmena. Nie zauważyłam złotych łańcuchów na szyi, ani wystającej "sierści" spod rozpiętej do pasa koszuli.
Siedział za biurkiem. Kiedy weszłam, uśmiechnął się do mnie i o dziwo wstał. Podał mi rękę na powitanie i wskazał krzesło, abym usiadła. "Niespotykanie kulturalny człowiek" - pomyślałam, bo najczęściej panowie w takim wieku traktowali dziewczyny takie jak ja z pobłażaniem. Często, nie pytając o zgodę, zwracali się per "ty" i traktowali z góry. Teraz było inaczej. Poczułam się jak klientka przez duże K.
Po kilku słowach okazało się, że jest w biurze, bo czekał na mnie, a raczej na nas. Na mnie i na Mirka. Wytłumaczyłam krótko, że jestem sama, ale to może się zmienić i chciałabym załatwić wszystkie formalności. Ten, nie dowierzając, że zdecydowałam się na samotny pobyt, wydał mi kwitki uprawniające do spożywania posiłków w grupie A.
Nie umiałam ocenić czy to zaszczyt, czy może jawna obelga skierowana w moją stronę. Bo na przykład, czy grupa B nie była bardziej uprzywilejowana jedzeniem, powiedzmy w późniejszej porze? W końcu A w alfabecie jest przed B! Nie zwróciłam uwagi, czy istniała grupa C. Ale ci z grupy C, to musieliby jadać kolacje nocą. Idąc za tą myślą, co jest lepsze? Jeść na wakacjach wczesno - poranne śniadania, czy dogorywać nocą po spożyciu późnej, ciężkostrawnej kolacji? Oj tam, wszystko mi jedno.
Odpuściłam sobie zgłębianie tego problemu. Zdecydowałam też, że nie będę zdradzała mojej upierdliwej natury i nie zadałam właścicielowi nurtujących mnie pytań. Bardzo sympatycznemu właścicielowi.
"Pożyjemy, zobaczymy, zaobserwujemy i ewentualnie zareagujemy" - obiecałam sobie. Po załatwieniu formalności, pożegnałam się grzecznie i udałam do miasta. Jeżeli można tak powiedzieć.
Od Róży Wiatrów do centrum prowadziła niewielka uliczka w dół. Doszłam nią do głównej ulicy tejże uroczej, wakacyjnej miejscowości. Sarkastyczny ton myślenia znacząco poprawiał moje samopoczucie.
Wzdłuż ulicy stały domy. Prawie na każdym wisiała tablica z informacją "Pokoje do wynajęcia". Wypielęgnowane ogródki i kwiaty w skrzynkach balkonowych dodawały im uroku. Szczyt sezonu turystycznego oraz pełne obłożenie potwierdzały kolorowe ręczniki kąpielowe, porozwieszane na barierkach.
Po drugiej stronie ulicy zaczynała się część reprezentacyjna miejscowości. Szłam deptakiem, który o tej porze był prawie pusty. Zaledwie kilka osób w gumowych klapkach, z charakterystycznym bałtyckim wyposażeniem w postaci parawanów, szybkim krokiem przemykało w kierunku plaży. Kioski z pamiątkami, smażalnie ryb i automaty do gier stały w równym szeregu wzdłuż promenady. Przeszłam obok sklepików. Minęłam kawiarnię o mało odpowiedniej dla nadbałtyckiego kurortu nazwie "Alga" i postanowiłam poszukać poczty. Tam powinny być automaty telefoniczne, a ja powinnam zadzwonić do domu i zameldować, że dojechałam.
Nie myliłam się. Szczęśliwie znalazłam pocztę i wykonałam uspokajająco - informujący telefon do domu. Zapewniłam, że żyję, trafiłam bez problemu i że jest super.
No? A co miałam powiedzieć? Że płakać mi się chce? Że moimi towarzyszami niedoli są koloniści? Informacja w podobnym stylu mogłaby uruchomić akcję ratowniczą. Moja rodzina spakowałaby walizki i nazajutrz pojawiłaby się na Bałtyckiej. To w ich stylu. O, nie! Muszę robić dobrą minę do złej gry i jakoś to przeżyć. To tylko niecałe dwa tygodnie. Czyli kilkanaście dni.
Wracałam z poczty głównym deptakiem, który doprowadził mnie do plaży. Gdy ściągnęłam sandałki, poczułam pod stopami chłód i miękkość piasku."Nareszcie... Chyba zawsze będę do tego tęskniła" - pomyślałam. Jednocześnie uśmiechnęłam się na myśl, że już po kilku dniach prawdopodobnie będę narzekała na ten okropny, przyklejający się do wszystkiego piach. Ale teraz? Czysta przyjemność. Uwielbiałam polskie morze, polskie plaże. Ten swoisty klimat.
Otulił mnie przyjemny wiatr od morza i zapach troszkę kojarzący się z arbuzem. Rozglądałam się wokoło. Przed oczami zafalował mi labirynt kolorowych parawanów. Zjawisko jedyne w świecie. Wiadomo, że od Bałtyku, nawet przy upale, wieje wiatr. Często zimny. Trzeba więc zapewnić sobie ochronę. Wydaje mi się jednak, że czasami z tymi parawanami nie o wiatr chodzi, tylko o prywatność. Taką czapkę niewidkę. Rozkładasz parawan, znajdujesz się za kawałkiem materiału i wydaje ci się, że to ściana. Że nikt cię nie widzi i nie słyszy. W tym celu nadbałtyccy wczasowicze codziennie, zanim rozpoczną proces opalania i wypoczywania, zakładają obóz, a w nim tworzą swój grajdoł.
Grajdoł na plaży to podstawa. Parawan, obowiązkowo dołem obsypany piaskiem, im dłuższy tym lepszy. bo umożliwia zagarnięcie dla siebie więcej plaży. Do tego kocyk, dołek na tyłek, dołki na inne wystające części ciała i możemy prowadzić obserwacje - innych.
Słońce schowało się za chmurami. Wczasowiczów ogarnęła fala niepokoju. Zbierać się czy zostać? Z troską wpatrywali się w niebo, na wszelki wypadek zbierając rozrzucone na piasku kolorowe łopatki, grabki, foremki i wiaderka. Przygotowywali się do awaryjnego wyjścia, czyli ucieczki przed nadchodzącym deszczem. A może nie będzie padało...? Niestety, tego nad Bałtykiem nigdy nie wiadomo.
Morze zupełnie nie przejmowało się pogodą. Pracowało bezustannie. Fala za falą. Szumiało. Ten dźwięk działał na mnie uspokajająco. Zamknąć oczy i marzyć. Bez przerwy.
Niestety, plaża mnie rozczarowała. Nie należała do najpiękniejszych. Przynajmniej przy tym wejściu. Na pierwszym planie widoczny był port, chyba rybacki, a zaraz za nim obskurne, zaniedbane budynki przetwórni ryb. Wzdrygnęłam się. To nie to samo, co u dziadka w Wytownie.
U dziadka do plaży trzeba było przejść prawie trzy kilometry, ale za to pięknym, iglastym lasem. Plaża znajdowała się poniżej wysokiego klifu, ozdobionego potarganymi przez wiatr, samotnymi sosnami. To ten widok stawał mi przed oczami zawsze, gdy myślałam o morzu. Żaden inny nie był w stanie go zastąpić. Mówiąc o nadbałtyckich plażach, przed oczami miałam piękną, dziką, wytowieńską plażę. Do Wytowna jeździłam od dziecka i na pewno zachwyt tym miejscem potęgowały moje wspomnienia.
Na plaży zazwyczaj przebywało tylko kilka osób i my. To "my" przez lata ewoluowało. Najpierw byli to rodzice i ja z siostrą, potem ja i kuzyni z Wytowna, ewentualnie kuzynka Lidka z Krakowa, której zdarzyło się towarzyszyć mi podczas wakacji. Później mój chłopak. A jeszcze wcześniej Marek. Takie miłe nastolatkowe wspomnienie, które nazwałabym nauką sztuki całowania. Oj działo się. Wszyscy nas ciągle szukali, a ja i Marek zaszywaliśmy się w takie zakamarki, że nikt na to nie wpadł. I całowaliśmy się do upadłego. Nawet mieliśmy takie fajne miejsce na klifie. Siedzieliśmy nad urwiskiem, wymachując nogami i obiecywaliśmy sobie miłość do grobowej deski. W wieku lat (moich) czternastu. Magia wytowieńskiej plaży działała. Uwielbiałam to miejsce.
W upalne, bezwietrzne dni morze zastygało w bezruchu i prawie nie falowało. Wtedy tafla wody zamieniała się w błyszczący promykami słońca, granatowy atłas. Zjawisko nie do opisania. Tylko do zobaczenia, zapamiętania i zakochania się w tej plaży, jak ja.
Niejeden raz, będąc jeszcze małolatą, wraz z kuzynami siadaliśmy na składaki - składane z kilku różnych rowerów i jechaliśmy nad morze. Wykąpać się, zapalić ognisko, poskakać z klifu. Gdy jechaliśmy przez las, pachniało ściętym drzewem, trawą i żywicą. Pod sosnami, na borowinowych polankach, znajdowaliśmy miliony jagód i tysiące poziomek. Z Agnieszką, najmłodszą siostrą mojej mamy, ledwie cztery lata starszą ode mnie, za każdym razem szukałyśmy bajkowego kwiatu paproci. Jeszcze go nie znalazłyśmy. Jestem pewna, że kiedyś nam się uda.
Z Mirkiem zaszywaliśmy się w zatoczce "przy wraku", aby smażyć się na słońcu. Zresztą, pod tym względem Mirek był niedościgniony. Ja, po dziesięciu minutach leżenia plackiem, miałam serdecznie dość słońca i gorąca. Mirek nie. On mógł tak leżeć godzinami, cierpliwie opalając każdy centymetr swojego ciała. Przyjmował specjalne pozycje, umożliwiające opalenie skóry rąk z tyłu lub pod pachami, tak żeby nie było "białych śladów".
Mirek w ogóle był facetem bardzo dbającym o siebie. To był jego atut. Elegancki, czyściutki, odprasowany, pachnący. Każdy włos na jego głowie leżał dokładnie w taki sposób, jak on zaplanował. Poza tym, Mirosław świetnie orientował się w aktualnych modowych trendach. Wiedział, co się nosi i nosił to odważnie.
Często koleżanki mówiły do mnie.
- Dominika, twój chłopak podobny jest do Stinga.
Budziło to mój zachwyt i dumę. Bo mało było "Stingów" wśród narzeczonych moich rówieśniczek.
Dla kontrastu, w stosunku do mojej powierzchowności, bardziej stawiałam na naturalność. Po prostu, do pewnych rzeczy brakowało mi "zacięcia". Wśród znajomych krążył nawet dowcip na nasz temat. Według nich, na czesaniu włosów w łazience spędzałam dwie minuty, a Mirek dwie godziny. Nigdy nie dowiedziałam się, kogo z nas miał ten żart obśmiać. Byłam ostrożna w osądach. Zwłaszcza, że uważałam moje włosy za "wolne", dając im swobodę układania się.
Ludzie wychodzili z plaży, bo już całkiem zanosiło się na deszcz. Słońce znikło za ciemnymi chmurami i nie wiadomo kiedy zaczął wiać porywisty wiatr. Zrobiło mi się zimno.
Mamusie obładowane wszystkim co potrzebne do opalania i zabawy na plaży, goniły za uciekającymi na bosaka, wrzeszczącymi dzieciakami.
- Michałku, uważaj! Tutaj mogą być szkła, skaleczysz nogę i nie pójdziesz więcej na plażę, tylko do szpitala pojedziemy. Będą ci szyć! - krzyczała do młodego jedna z mam.
Młody oczywiście nawet nie spojrzał, tylko leciał jak strzała, nic sobie nie robiąc z potencjalnego zranienia. Gonił drugiego chłopca, który drobnymi kroczkami, ale z prędkością rakiety, slalomem mijał przechodniów.
"Miałby prawdopodobnie całkiem niezły wynik na setkę" - oceniłam. Dodatkowo pomyślałam, że Michałek nie ma szans. Nie dogoni kolegi. Jego mamusia również go nie złapie, zwłaszcza z tymi tobołami!
Zwiedzanie Władysławowa nie zmieniło mojego nastawienia do sytuacji, w jakiej się znalazłam. Całą miejscowość przeleciałam wzdłuż i wszerz. Zajęło to może godzinę. Postanowiłam wrócić do mojego pokoju i zdrzemnąć się.
Obym tylko nie przespała posiłku! Poczułam, że żołądek daje mi znaki o pełnej gotowości do trawienia. Wszystko przez zapachy roznoszące się wokoło. Wielokrotnie przechodziłam obok smażalni ryb, których było tu pełno. Wizja samotnego siedzenia przy stoliku nie zachęciła mnie jednak do spożycia czegokolwiek. Zwłaszcza opływających tłuszczem frytek, smażonych na starym oleju. Mój żołądek buntował się przeciwko podobnym rarytasom.
Dotarłam do domu. Koloniści biegali po piętrach, wydając z siebie niekontrolowane dźwięki. Hmm, czy ktoś się nimi opiekuje? Nie zauważyłam.
Dzikie wrzaski nie przeszkodziły mojej drzemce. Padłam jak przysłowiowa kłoda. Nie chciałam się oszukiwać, że jakoś to przetrwam. Marzyłam, że uda mi się ten samotny urlop przespać! Za oknem zrobiło się szaro i lało już porządnie. Szum deszczu ukołysał mnie do snu.
* * *
Dawno tak smacznie nie spałam. W pokoju panował mrok i było przyjemnie chłodno. Wystraszyłam się, że jest już późna noc i moja obiadokolacja w Róży Wiatrów przeszła mi koło nosa. Poszukałam zegarka. Na szczęście okazało się, że jest przed piątą, a mrok panował tylko dlatego, że na zewnątrz dalej padało.
No nic, trzeba wskoczyć w jakiegoś odpowiedniego ciucha i zobaczyć moją "grupę żywieniową A". Jakiś czas przerzucałam bety, aż w końcu uznałam, że dżinsowa spódniczka i różowy sweterek będą w sam raz. Wszystko wyglądałoby jeszcze lepiej, gdybym była opalona. Ale na to musiałam poczekać. Westchnęłam, spoglądając na padający za oknem, rzęsisty deszcz.
W miarę szybko wystroiłam się i udałam, znaną mi już drogą, do stołówki. Po chwili wspinałam się krętymi schodkami Róży Wiatrów. Serce waliło mi ze strachu jak szalone, ale co tam, do odważnych świat należy. Weszłam. No i miałam wejście... Jak jasna cholera. Do sali pełnej dzieciaków.
- Bosko! I po co się wystroiłam? - mruczałam pod nosem.
Wewnątrz panował wrzask gorszy niż w pensjonacie. Przypatrzyłam się dokładniej. Czyżby to byli moi koloniści? Niestety. Nie byłam w stanie ich rozpoznać. Widziałam tylko paskudne, żółte chusty zawiązane wokół ich szyi. Wydawało mi się, że wszyscy wyglądają tak samo, mają takie same twarze. I jest ich mnóstwo.
Przez chwilę stałam na środku, nie wiedząc co dalej. Wokół mnie średnia wzrostu nie przekraczała metra pięćdziesiąt i każdy stół był makabrycznie zapaprany resztkami jedzenia. Gdzie się podziali dorośli? Wyginęli? A może są w grupie B?
Natychmiast odechciało mi się jeść. Przerażona, właśnie miałam odwrócić się na pięcie i zwiać, kiedy zobaczyłam zmierzającego w moją stronę młodego chłopaka, wyglądającego całkiem,całkiem. W wieku, jak oceniłam, dwadzieścia plus.
- Przepraszam panią. Czy to pani dojechała dzisiaj rano, na ten turnus? - zapytał grzecznie "Całkiem - Całkiem".
- No... Ja przyjechałam dzisiaj rano, ale czy na TEN turnus, to nie wiem - bąknęłam, ogarniając wzrokiem dzieciarnię. - Mam tu kwitki, które dostałam od właściciela. To tyle, chyba.
Odezwałam się inteligentnie, jak to tylko ja potrafię, gdy niespodziewanie się zapowietrzę. Dodatkowo poczułam jak cała oblewam się rumieńcem i wyobraziłam sobie, jak kretyńsko muszę wyglądać. Różowa w różowym sweterku.
- Wszystko w porządku. Pokażę pani miejsce - mówiąc to, poprowadził mnie do stolika.
Szłam za nim cała zesztywniała i oszołomiona. Za to on był zupełnie wyluzowany. Po chwili wskazał mi krzesło. Wbił we mnie spojrzenie i uśmiechnął się niesamowicie. Dzieliła nas odległość najwyżej dwudziestu centymetrów. Aby usiąść, musiałam go wyminąć. Zrobiłam to na maksymalnym wdechu, aby za wszelką cenę nawet go przez przypadek nie musnąć. Udało mi się.
Mimo to, poczułam silne przyciąganie, napięcie elektryczne, rażenie piorunem, trzęsienie ziemi. Ogień? Nie wiem, co? Ale coś poczułam... Sparaliżowana odbiorem niespodziewanego i niewytłumaczalnego ładunku emocjonalnego, opadłam na krzesło jak wór z piachem. Tak mi się wydawało.
Nabrałam głęboki haust powietrza i skupiłam wzrok na towarzystwie siedzącym przy stoliku. Pięciu piegowatych, różowych, rozczochranych kolonistów, w wieku dziewięciu do dziesięciu lat gapiło się na mnie. Stół, "elegancko" przykryty ceratą, ukidany był niemiłosiernie. Widok resztek jedzenia, rozrzuconych obok talerzy, lekko mnie obrzydził i na serio, przestałam być głodna.
Moja niespodziewana obecność przy tym stoliku prawdopodobnie również ich wybiła z równowagi, bo popatrzyli na mnie jak na zmorę. Nie wiem, co było straszniejsze? Ja dla nich, czy oni dla mnie?
Po raz setny zadałam sobie pytanie co ja tutaj robię? Jak ja to wytrzymam? Jednak, jako przedstawicielka dorosłych, czułam się zobowiązana do nawiązania kontaktu z "obcymi", znaczy się z dziećmi.
- Cześć chłopaki, jak leci? - zagadnęłam do małolatów. - Na wakacjach jesteście?
- No, na kolonii - odparł jeden.
"Szok! Chyba nie zgadłabym" - przemknęło mi przez myśl. - Fajnie macie! - stwierdziłam na głos.
- No! - odpowiedział pełnym zdaniem młody.
W tym miejscu uznałam, że powitalną rozmowę mamy za sobą. Wyglądali na szczęśliwych.
Tymczasem kolega "Całkiem - Całkiem", którego po "rażeniu mnie piorunem" obserwowałam kątem oka, wydawał kelnerce instrukcje co do mojej kolacji, jak się domyśliłam. Nie popatrzył już w moją stronę ani razu.
Panienka przyniosła mi czysty talerzyk i sztućce, a po chwili pieczywo i jakąś pastę o smaku ryby. Nie ociągałam się długo, tylko pałaszowałam z przyjemnością. Musiałam przyznać, że byłam naprawdę głodna, a potrawa wyjątkowo smaczna. Dzieciaki nie spuszczały ze mnie wzroku. W ich oczach pojawił się podziw, połączony ze zdziwieniem.
- Jak ona to może jeść?
Biedne dzieci. Wyglądało na to, że w domu nie dostawały rybek do jedzenia. Ja, przeciwnie. Dzięki tacie należałam do rybożerców. Każde danie zawierające rybę - wędzoną, smażoną, marynowaną - było pochłaniane przeze mnie z największym apetytem.
Kiedy zaspokoiłam głód i dopijałam lurowatą herbatę - z klasycznego stołówkowego kubka - zaczęłam się rozglądać. Stołówka miała dwa poziomy połączone schodami. Za dekorację ścian służyły sieci do połowu ryb, do których przypięto różnorakie muszle i rybie łby. Miałam nadzieję, że te ostatnie nie były prawdziwe.
Na półpiętrze, a właściwie antresoli, było bardziej kameralnie. Czekały tam na gości równo poustawiane stoły, nakryte obrusami w zieloną kratę, na których ustawiono cukierniczki i przyprawniki. Pewnie tam stołowali się "nie koloniści". Dlaczego więc ja jadłam na dole i na ceracie? Bez możliwości użycia soli, pieprzu lub cukru?
Dzieciaki już dawno poszły. Nie zjadły prawie wcale. Gdyby ich rodzice wiedzieli.
"Całkiem-Całkiem" nawijał gadkę do dziewczynek w super mini, wpatrzonych w niego maślanym wzrokiem. Maślanym, skupionym i rozmarzonym, prawie jak koty patrzące w akwarium ze złotą, tłuściutką rybką. Zastanowiłam się przez chwilkę, czy wpatrują się tak w niego, bo jest ich szefem? Czy też może jest obiektem ich westchnień? Nie zdziwiłabym się, gdyby druga opcja była właściwa. Musiałam przyznać, robił piorunujące wrażenie.
Skończyłam pić herbatę i przez nikogo nie zauważona, wyszłam na mokrą ulicę. Tonęłam po kostki w rozmoczonym piasku. W przemoczonych butach doszłam do swojej kwatery. Obok niej budowali następny dom. Pewnie też pod wynajem. Co prawda dopiero stawiano ściany, ale już było widać, że budynek będzie ogromny.
Weszłam schodami na piętro i po chwili siedziałam w pustym pokoju. Cisza mnie przerażała. Nawet koloniści przestali się szwendać i wydzierać. Pewnie wolą udawać że śpią, niż lecieć pod prysznic. Spryciarze.
Za oknem wciąż padał deszcz. Było ponuro i ciemno. W świetle latarni widziałam jak wielkie, ciężkie krople deszczu spadają w dół. Nie zanosiło się na poprawę pogody. Czyżby miało padać przez najbliższe dwa tygodnie? Proszę, tylko nie to.
III
Leżałam na ogromnym łóżku. Wydawało mi się, że mam otwarte drzwi do pokoju. Wiedziałam, że powinnam wstać, zamknąć je. Jednocześnie tak przyjemnie było mi pod kołdrą, że absolutnie nie zamierzałam spod niej wychodzić. Ukojenie, spokój i ciepełko. A do tego miękka i puszysta poduszka. Ach jak przyjemnie.
Tylko te drzwi. Muszę wstać żeby je zamknąć. A może niech zostaną otwarte? Nie, bo ktoś może do mnie wejść. A może już wszedł, stoi nade mną i przygląda mi się? Nie mogę się poruszyć, niech myśli, że śpię.
Rano obudziło mnie słońce, świecące prosto w moją twarz. "O! Nie pada!" - zauważyłam, mocno zdziwiona. Pamiętałam wieczorną ulewę i czarne chmury na niebie. Rozejrzałam się po pokoju, czy aby na pewno nikt obcy do niego nie wszedł. Nie. Drzwi były zamknięte, więc wszystko to tylko sen.
Chwilę jeszcze przeciągałam się w łóżku. Potem obserwowałam przez okno robotników pracujących na budowie obok. O ile to można nazwać pracą. Poruszali się jakby w zwolnionym tempie. Dwóch rozmawiało, paląc papierosy. Trzeci stukał czymś w świeżo postawiony fragment ściany, która wyglądała na mokrą. Prawdopodobnie od nocnej ulewy.
"Czy można murować, kiedy cegły są mokre? Czy te cegły się skleją?" - zastanowiłam się przez chwilę. Ależ mam głębokie zainteresowania! Rozwijam się! "No nic, będę ich obserwowała, to może znajdę odpowiedź na to nurtujące mnie pytanie!" - postanowiłam.
Dobra. Jest pogoda, nie ma co zwlekać. Najpierw jedzonko, a potem rozpoczynam nasłonecznianie bladego ciała. Wskoczyłam w strój kąpielowy przewidując, że prawdopodobnie na władysławowskiej plaży nie znajdę przebieralni. Narzuciłam T - shirt, w modnym chirurgicznym seledynie, oraz krótkie dżinsowe spodenki. Tak wyszykowana udałam się do Róży Wiatrów na śniadanie.
Spóźniłam się chyba, bo po mojej grupie żywieniowej A pozostały tylko okruszki i puste kubki po herbacie. "No cóż, po rybnej kolacji, w końcu trzeba było coś zjeść" - oceniłam ze zrozumieniem. Na głodnego, to nawet kolonista nie da rady.
Zasiadłam do zasypanego resztkami jedzenia stołu. Zauważyłam, że zbliża się do mnie kelnerka ze ściereczką. Obrzuciła mnie zabójczym spojrzeniem, po czym z miną obrażonej królowej szybko posprzątała naczynia, powycierała ceratę i zapewniła, że za chwileczkę zostanie mi podane śniadanie.
"O kurka wodna! Faktycznie europejskie standardy." - zaczęło mi się trochę bardziej podobać. "Tylko dlaczego ona taka na mnie nadąsana? A! Już wiem, pewnie zazdrości mi mojego modnego podkoszulka. Jak chce, to mogę jej powiedzieć, jak się farbuje. A nie, od razu fochy stroić" - pomyślałam. I jednocześnie zamarłam! Oj, żeby tylko nie napluła mi do jedzenia. Czekałam na śniadanie obserwując uważnie, co robi obsługa. Zwłaszcza, czy nie... pluje do jedzenia. Komuś!
Kelnerki szeptały coś do siebie przy okienku, z którego raz na jakiś czas padały hasła:
- Dwa na szóstkę.
- Dwa i połówka, na dwójkę.
Dziewczyny obsługujące letników odbierały zestawy posiłków i roznosiły do właściwych stolików. Na rozszyfrowane już przeze mnie hasło "raz na czwórkę", otrzymałam zestaw śniadaniowy. Świeże bułki, ser topiony, dwa plasterki pomidora, dwa plasterki ogórka, dwie parówki i herbatę z cytryną.
- Och, żeby tak codziennie w Krakowie. - rozmarzyłam się.
Co prawda mama uważała, że wszystko podaje się nam pod nos, ale z pewnością nie tak! Na pytanie co będzie na śniadanie, mama odpowiadała najczęściej.
- A co? Mam wstać i ci podać? Masz wszystko w lodówce, zrób sobie sama.
- Eee, to ja nie jestem głodna - lenistwo brało górę i odechciewało się jeść.
Czasami do akcji wkraczał ojciec. Cieniutko kroił chleb i jeszcze cieniej wędlinę. Na osobnym talerzu układał pomidory, ogórki - to co znalazł w lodówce. Kiedy miał więcej czasu, przygotowywał dania na ciepło. Szkoda, że tylko czasami.
Za moimi plecami trzasnęły drzwi. Mimo, że byłam pochłonięta myśleniem o domowych krakowskich śniadaniach zauważyłam, że to kolega "Całkiem - Całkiem" wszedł do środka, przeszedł obok mnie i skierował się do okienka kuchennego, w którym stał dzbanek z herbatą. Podniósł z tacy porcelanowy kubek, nalał sobie herbaty, odwrócił się i obdarowując mnie tajemniczym uśmiechem, wyszedł z sali. Hmm... Ten uśmiech... Służbowy? "Na nikogo innego nie spojrzał" - zauważyłam.
Po jego wyjściu wróciłam do posiłku. Korzystając z opcji wakacyjnej "pełne wyżywienie", pochłonęłam wszystko. Śniadanie było smaczne, tylko konsumpcja w samotności to okropność. Miałam wrażenie, że każdy się na mnie patrzy. Boże, a może ja mlaskam? O, żeby mi tylko ten pomidorek nie spadł. Chyba za głośno kroję tę parówkę. Czy wypada mi zamoczyć jeden kawałek parówki w musztardzie dwa razy?
Podczas samotnego posiłku, w jadalni pełnej obcych ludzi, gdy nie oddajesz się pogaduszce z kimkolwiek, zwracasz uwagę na idiotyczne szczegóły, tracąc przyjemność jedzenia. Co poradzić? Mirek nie dostał urlopu, więc ja w konsekwencji kontroluję ilość maczania parówki w musztardzie. Takie życie. Jeszcze jedenaście dni i powrót do normalności.
Zjadłam, popiłam herbatą i zgodnie z moim planem ruszyłam do drzwi, aby jak najszybciej znaleźć się w grajdole na plaży. Niespodziewanie, kiedy schodziłam po schodach, dopadło mnie pytanie.
- Dzień dobry! Jak się pani u nas podoba?
Zesztywniałam. "Całkiem - Całkiem" zajmował miejsce kelnerek. To samo, w którym wczoraj dziewczyny wystawiały buzie do słońca. Znaczy się przy poręczy, na schodach.
- Yyy, chyba mi się podoba, dzień dobry - odrzekłam zaskoczona, a nawet prawie podskoczyłam przestraszona. Mogłabym przysiąc, że jak wychodziłam ze stołówki, to w tym miejscu go nie było. Przybiegł? Nie dowierzałam.
- To w porządku. Mam nadzieję, że śniadanie smakowało - kontynuował, osaczając mnie promiennym uśmiechem od ucha do ucha. Przy okazji na jego policzkach ukazały się urocze dołeczki. - Zapraszamy na obiad.
- Tak, tak, dziękuję! - wymruczałam, a moja twarz, nie wiadomo dlaczego, znowu oblała się rumieńcem.
Stał u szczytu schodów, oparty ramionami o balustradę i popijał swoją herbatę. "Choinka jasna. Co on taki troskliwy?" - pomyślałam.
Szybko odwróciłam się na pięcie i skierowałam ścieżką w dół. Fizycznie odczuwałam jego wzrok na ciele. Tak, jakby mnie dotykał spojrzeniem. Nie wiem, jak można kogoś dotykać tylko patrząc, ale tak właśnie było. Przysięgam.
Zdrętwiałam. Starałam się aby moje ruchy wyglądały naturalnie. Bardzo mnie to peszyło. Bałam się odwrócić. Wolałam nie sprawdzać, czy mi się wydaje, czy on faktycznie na mnie patrzy. Stawiałam krok za krokiemi marzyłam, aby zniknąć za zakrętem. Uciec z jego pola widzenia. Uważałam, żeby się nie potknąć. Dopiero by było. Łamaga z Krakowa przyjechała.
Kolejny raz minęłam sklepiki z pamiątkami i w kilka chwil dotarłam na plażę. Znalazłam, jak mi się wydawało, dobre, ustronne miejsce. Rozpakowałam dobytek. Rozścieliłam koc i wystawiłam swoje ciało na nasłonecznianie. Nie mogłam uspokoić oddechu. Wciąż czułam na sobie to dziwne spojrzenie "Całkiem - Całkiego". Coś w tym wszystkim było nie tak. Nie panowałam nad tym nowym zjawiskiem, które charakteryzowało się rumieńcem, bezmyślnym odrętwieniem i ucieczką.
Leżałam na płasko, bez parawanu (bo zapomniałam go zabrać). Chciałam oddać się swoim przemyśleniom. Marzyłam, żeby wyłącznie się relaksować, przy okazji łapiąc brąz. Znaczy się opaleniznę. Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że plażowanie w pojedynkę to nie taka prosta sprawa. Z jednej strony, leżałam na ręczniku samiutka, słuchałam szumu niezmęczonych fal.
Mogłam udać się w najodleglejsze zakątki myśli i wspomnień. Nikt mi nie przeszkadzał, nikt do mnie nie paplał jak nakręcony. Byłam typem, który lubił czasami pobyć sam ze sobą. Zaznaczam, że tylko czasami i na krótko! Tak więc plusy samotnego plażowania były. Z drugiej strony, minusy również.
No, bo jak mam iść do wody, skoro nie ma mi kto przypilnować rzeczy? Ja będę się pluskała w morskiej wodzie niczym syrena, a w międzyczasie ktoś może pozbawić mnie dobytku znajdującego się w torbie i na ręczniku. W torbie dokumenty, forsa, krem do opalania, no a na ręczniku moja odzież. Wizja powrotu do pensjonatu w samym stroju kąpielowym skutecznie powstrzymała mnie od kąpieli morskiej. "E tam, na pewno woda jest zimna. Jak to w Bałtyku" - obrzydziłam sobie pomysł kąpieli.
Pozostałam na ręczniku ciesząc się, że słonko grzeje i potęguje natężenie mojej opalenizny. Zaczęłam nawet stosować metody Mirka, ciągle zmieniając pozycje, aby słońce dotarło wszędzie. Leżałam na brzuchu, na plecach. Potem na plecach z odchyloną głową do tyłu, aby opalić dekolt wraz z szyją. Podkulone nogi, wyprostowane nogi. Na boku jednym, na boku drugim. Oczywiście bardzo szybko się znudziłam i przede wszystkim było mi okropnie gorąco. Nie, nie dam rady tak leżeć.
Pozbierałam dobytek i udałam się na spacer brzegiem morza. Brodziłam w wodzie, która przyjemnie chłodziła moje ciało. Nawet bardzo chłodziła, bo faktycznie woda była lodowata. Jak to możliwe, że od czerwca się nie nagrzała? O matko, to dopiero drugi dzień, a mnie już nawet woda w Bałtyku przeszkadzała. Nie mam tutaj co robić. Jak ja wytrzymam? Po co tu przyjechałam? Lubię samotność, ale czy aż tak?
To miał być nasz pierwszy wspólny, dorosły urlop. Nie jak wcześniej, wakacje. Mirek był starszy ode mnie o dwa lata. Niestety, po skończeniu szkoły nie miał okazji nacieszyć się dorosłością. Przez kilka miesięcy pracował, ale bez zaangażowania, ze względu na perspektywę poboru do wojska.
W ogóle Mirek to wolna dusza. Lubił bujać w obłokach. Nie zawsze rozumiał, że życie to ciąg wydarzeniowo - skutkowy. Że trzeba być odpowiedzialnym. Podobało mu się życie na wysokim poziomie materialnym. Zaradni rodzice zapewnili jemu i jego siostrze wszystko, co było na topie. Ciuchy, wakacje za granicą, eleganckie mieszkanie, super samochód. Pozwalało mu to na przebywanie w grupie rówieśników równie lub bardziej majętnych. Imponowały mu szpan i zabawa.
W pewnym momencie rodzice zaczęli ograniczać się w fundowaniu synowi tego czy owego. Oczekiwali lepszych wyników w nauce lub w pracy. To za bardzo kolidowało z jego sposobem życia, więc konflikt z rodzicami narastał. Był konflikt, nie było kasy. Nie było kasy - nie było szpanu i zabawy. Wtedy Mirek zaczął stosować, powiedzmy, alternatywne sposoby zarabiania gotówki.
Przestraszyłam się, gdy zatrzymała go milicja. Sprawa z pozoru niewielka. Otóż, kolega poprosił go o przechowanie paczuszki. Przez tydzień, dwa. Obiecał odpalić za to kilka stów. Jak dla mnie to od razu śmierdząca sprawa. Mirek się skusił. Szybka kasa, niskim nakładem pracy, a właściwie żadnym. Jak się potem okazało, w paczce była kradziona biżuteria. Na szczęście sprawa została wyjaśniona. Milicja złapała sprawców kradzieży, którzy przyznali się do winy. Gdyby było inaczej, Mirek mógłby ponieść przykre konsekwencje przysługi dla kolegi i zostać ukarany za paserstwo.
Przerażało mnie, że Mirek nie potrafił właściwie ocenić podobnych sytuacji. Że nie widział, co jest właściwe a co nie. W takich momentach miałam wątpliwości co do naszej wspólnej przyszłości. Co on miał w głowie? Czym się kierował? Przecież, gdyby już był moim mężem i za coś takiego zamknęliby go do więzienia... Byłabym żoną kryminalisty. To jedno. A po drugie, mogłoby to stać się jego sposobem na życie. Takie coś wciąga i nie puszcza. Łatwo znaleźć się na dnie. A potem nie ma już sposobu, żeby wrócić.
Nie, nie... Ja tak nie chciałam! Zresztą, "mój Mirek" jest inny, powtarzałam sobie z uporem maniaka. Ta sytuacja, to tylko błąd w życiu. Każdy popełnia błędy. Przecież wcześniej snuliśmy wspólne plany. Mieliśmy podobne pragnienia. Wciąż byłam przekonana, że droga do spełnienia naszych marzeń będzie wspólna i nie na skróty. Niech tylko on wyjdzie już z tego wojska. No właśnie, jak wyjdzie z wojska, czy to będzie z powrotem mój ukochany Mirucha?
Zamyślona, nawet nie wiem kiedy, znalazłam się w porcie. "O Boże, jaki smród. Jak tu brzydko" - zauważyłam, wracając do rzeczywistości.
Pogoda absolutnie nie współgrała z moimi czarnymi myślami. U mnie burza z piorunami, złe przeczucia, smutek wręcz, a na niebie lazur ze złotem. Zero równowagi, zero zrozumienia. Wewnętrzna walka faktów i emocji rozrywała mnie na pół. Kochałam Mirka, ale równie mocno jak go kochałam, nie akceptowałam lekkomyślności. Dlaczego ja widziałam problem, a mój ukochany nie? Czy to ja musiałam być tą wyważoną stroną?
Nie chciałam, żeby to było moją rolą. Pragnęłam, aby ktoś się o mnie troszczył, opiekował, zapewniał mi bezpieczeństwo. Trzymał mnie w ramionach i tak jak pierwszego dnia, gorąco całował do utraty tchu. Cieszył się bezgranicznie tym, że odnaleźliśmy się w zaplątanej historii. Że jesteśmy dla siebie stworzeni. A my ciągle się kłóciliśmy. Najczęściej wtedy, gdy opowiadał mi o swoich szalonych pomysłach.
Teraz, prawdopodobnie, znowu coś wykombinuje, żeby do mnie dojechać. Ucieknie przez płot? Jakie mogą być tego konsekwencje? Już raz się zdarzyło, że szukało go u mnie WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna). O mało nie dostaliśmy wszyscy zawału. Prysnął z jednostki, do mnie zresztą, bez pozwolenia. Do tego się nie przyznał i szukali go po całej Polsce. Oczywiście najpierw zgłosili się do niego do domu, a potem do mnie, jego narzeczonej. Wtedy zrozumieliśmy, że w wojsku sprawnie działa proces inwigilacji. Pisał do mnie mnóstwo listów, to sobie odnotowali adres.
Po szczęśliwym odnalezieniu, dostał karę czternastu dni dodatkowej służby wojskowej. Karę miał jeszcze przed sobą. Po zakończeniu służby, będzie musiał siedzieć w wojskowej pace dodatkowe dwa tygodnie. O tyle dłużej go nie będzie. Czy może być gorsza kara? A mógł zadzwonić i powiedzieć, że nie dostał przepustki i przyjedzie za tydzień. Wojsko to wojsko. Tego właśnie nie mogłam za nic pojąć. Dlaczego ukrywał przede mną prawdziwe powody? Nie jestem rozgrymaszoną dziewczynką. Zrozumiałabym!
Pochłaniałam lody waniliowe. Nie wiem, dlaczego takie kupiłam, bo wolę owocowe. Myśli kłębiły się w mojej głowie. Nawet nie wiem, kiedy doszłam do tej ławki. Co miałam robić? Siedziałam i patrzyłam. Deptakiem spacerowali wczasowicze. Głównie młodzież, taka jak ja. Parami lub większymi paczkami. Czasem ktoś na mnie spojrzał i nic, poszedł dalej. Pary przytulone do siebie, uśmiechnięte, chyba szczęśliwe. Też tak chciałam. Tylko gdzie jest moja druga połówka?
Ze zdziwieniem, ale również z radością zauważyłam, że lekko się opaliłam. Oczywiście na czerwono, bo jakżeby inaczej. Moja skóra na opalanie reagowała zawsze tak samo. Najpierw pojawiał się rumień - czyli oparzenie, potem delikatnie brązowiała, na koniec łuszczyła się wielkimi płatami. Obecnie była na etapie rumienia. Słońce ozdobiło moje policzki pięknym, różowym kolorem.
Leniuchowanie na plaży oraz opalenizna dodały mi świeżości. Zmęczenie po podróży zniknęło całkowicie. Patrzyłam w lustro zadowolona. Wyglądałam fajnie. Zrobiłam lekki makijaż, podkreślający oczy. Delikatne kreski, na rzęsy nałożyłam czarny tusz. No, teraz było wyraźnie widać, jak bardzo zielone mam tęczówki. Nie jakieś tam szaro - zielone. To był chyba jedyny element mojej fizjonomii, z którym nie łączyły się kompleksy.
Wyszukałam w szafie białą, falbaniastą spódnicę. Dobrałam wrzosową bluzeczkę, wyszperaną na neapolitańskim targowisku. Byłam z siebie zadowolona i gotowa do wyjścia na obiadokolację.
* * *
Popołudnie zapowiadało się pogodnie. Słońce jeszcze mocno prażyło i wiał delikatny wiatr. Wolnym krokiem schodziłam w dół, w kierunku Róży Wiatrów. Byłam zadowolona, bo dzień prawie się kończył. Nawet nieźle. Dni mijają powoli, ale mijają. Pozostało mi ich jeszcze dziesięć, plus dzisiejszy wieczór.
Wchodziłam po schodach. Oczywiście na ich szczycie stał, z kubkiem w ręku, znany mi już z widzenia i "rażenia" kolega "Całkiem - Całkiem". Prowadził mnie wzrokiem i uśmiechał się. Znowu zalałam się rumieńcem, nie rozumiejąc dlaczego. Wymykało mi się to spod kontroli. Podrywa mnie? On?
Pewnie na ulicy przeszedłby obok i nawet nie spojrzał w moją stronę. A tutaj proszę, bez cienia skrępowania gapi się i śmieje do mnie. Czy on zdaje sobie sprawę z tego, w jakie zażenowanie mnie wprawia? Właściwie, gdybym miała być szczera, bardziej mnie martwiło, czy to po mnie widać. Czy on widzi, że mnie to krępuje? Zaczepia mnie po to, aby sobie ze mnie pożartować?
Ależ on jest przystojny. Naprawdę. Pewnie doskonale o tym wie i dlatego nie brakuje mu odwagi, aby w tak otwarty sposób kokietować dziewczyny. Nie dziwię się, że kelnerki śledzą wzrokiem każdy jego ruch. Zresztą, one też były niczego sobie. A ja? Nawet dzisiaj, mimo że jeszcze przed chwilą byłam zadowolona ze swojego wyglądu, nie oceniałabym się tak pozytywnie aby startować do TEJ kategorii płci przeciwnej. A tak serio, to o czym ja w ogóle myślę!
Zajęłam miejsce przy stoliku. Dzieciaków nie było. Znowu siedziałam sama, jak na celowniku. Czekałam na swoją porcję. Stolik był czysty, więc żadna z kelnerek nawet się nie ruszyła w moją stronę. Podobnie jak rano, szeptały coś do siebie. Oprócz mnie, w sali siedziało starsze małżeństwo, które w milczeniu dojadało drugie danie. Resztę gdzieś wywiało.
W okienku do wydawania posiłków pojawił się talerz z zupą. Jedna z dziewczyn, z dużą wprawą, gracją i lekkością przyniosła mi go do stolika. Krótkie, szybko wypowiedziane "smacznego" zabrzmiało jak "masz zeżryj" i raczej nie mieściło się w kategoriach uprzejmości według ogólnie stosowanych zasad.
"Co się tutaj dzieje?" - pomyślałam. Spojrzałam na zupę. O matko, jarzynowa. Fuj... Na dodatek, wśród pływających warzyw zauważyłam fasolę szparagową i natkę pietruszki, których nienawidzę.
"Dominika, odwagi! Spróbuj" - zachęcałam się w myślach. Podniosłam łyżkę do ust. Odważnie przełknęłam łyk.
- Blee... - rozpoznałam smak rozgotowanych jarzyn i aż mnie otrzepało. Nie, to nie jest dla mnie. Okropność.
Odsunęłam zupę i czekałam na drugie danie. Obiecałam sobie, że jak też będzie niejadalne, to pójdę na frytki. Trudno, może trafię akurat smażone na świeżym oleju. W najgorszym razie, spędzę upojny wieczór we dwoje. Ja i ból brzucha. Oby tylko łazienka była wolna.
Pochłonięta planowaniem awaryjnego wyżywienia, kącikiem oka spostrzegłam, że "Całkiem - Całkiem" swoim powolnym krokiem rozpoczął pokonywanie trasy od drzwi wejściowych do dzbanka z herbatą. "Kurczę, znowu pić mu się chce?" - pomyślałam. Co za zbieg okoliczności. Podszedł do kelnerek, które natychmiast wysłały mu anielskie uśmiechy. Pierwszą z brzegu objął ramieniem w pasie.
- Co dziewczyny? Jak leci? Wszystko w porządku? - drugą ręką uzupełnił poziom napoju w porcelanowym kubku.
Dziewczyny, a zwłaszcza ta, którą obejmował ramieniem, rozpłynęły się w wyimaginowanym szczęściu jak czekolada na słońcu. "Całkiem - Całkiem" nie kontynuował jednak rozpoczętej rozmowy, tylko odwrócił się w kierunku wyjścia.
W drodze powrotnej na schody zatrzymał na mnie wzrok i posłał mi swój uroczy uśmiech. Automatycznie uśmiechnęłam się również. Oczywiście bezmyślnie, bezwiednie, bez jakiegokolwiek powodu. Po prostu, tak robię codziennie. Uśmiech za uśmiech.
Uspokoiłam się, bo mój ukochany sarkazm, uwielbiany przeze mnie, nawet na obczyźnie mnie nie opuścił. Ucieszyłam się. Ale nagle, jak błyskawica, wpadła mi myśl do głowy. A może on tylko kontroluje jakość posiłków i zadowolenie klienta. A nie czaruje mnie, jak mi się wydawało. Ewidentnie patrzył na odstawiony przeze mnie talerz zupy. O, ja naiwna!
Zaraz pojawiła się kolejna myśl. Przecież mógł zapytać emerytów, czy im smakowało, a nawet nie rzucił okiem w tamtą stronę. To może jednak spodobałam mu się? Szlag. Co za typ! Chodzi tam i z powrotem. Mierzy mnie od stóp do głowy. Ciągle się do mnie uśmiecha. Coś w tym musi być!
Tylko, że taki facet może wybierać wśród modelek, a nie takich szarych myszek jak ja. Obserwowałam go, byłam przekonana, że doskonale wiedział, iż podoba się kobietom i to wykorzystywał. Jego swobodne zachowanie, pewność siebie i oczarowane nim pracujące tu dziewczyny, były tego dowodem.
Gdybym jednak była kobietą, która mu się podoba. Hmm, to byłoby przyjemne uczucie. "Cholera! Dominika, przestań! O czym ty w ogóle myślisz?" - skarciłam się i jednocześnie usprawiedliwiłam. To przez to, że jestem tutaj sama. Powoli ogarnia mnie jakieś szaleństwo.
Dostałam drugie danie. Mięso w sosie, ziemniaki, mizeria i kompot. Uprzejmość kelnerki pozostała identyczna jak przy zupie. Gdy podawała mi talerz, patrzyłam z przerażeniem, kiedy sos znajdzie się na mojej spódnicy. Na szczęście nic takiego się nie stało. Spróbowałam danie i oceniłam, że jest bardzo dobre. Wróciła nadzieja, że chociaż jedzeniem nie będę rozczarowana. Dobry humor nie wrócił. No cóż. Coś za coś. Jest smak. Jakości obsługi brak.
Skończyłam jeść i wstałam od stolika. Odwróciłam się. Na swoim miejscu, przy wyjściu na schodach, stał on. Nie wiem dlaczego, ale serce zaczęło mi bić jak szalone.
Wyglądał fantastycznie. Rękę, w której trzymał kubek, opierał o balustradę. Palcami drugiej dłoni przeczesywał sobie włosy. Zanurzał je w odgarnianych do tyłu pasmach. Brunet, w jasnym podkoszulku podkreślającym opaleniznę, w jasnych dżinsach. Klasycznie. Luz i elegancja zarazem. Nie mówiąc już o pięknym, męskim zapachu unoszącym się wokół niego.
Sparaliżowało mnie kolejny raz. "Boże, jak on mnie znowu o coś zapyta, to nie wyduszę z siebie ani słowa" - pomyślałam. Nogi stały się ciężkie jak stalowe belki, a każdy mój krok przypominał spacer na szczudłach. Kurczę, co się ze mną dzieje? Chyba koło niego nie przejdę. Przeszłam.
Udawałam, że jest powietrzem, że go nie widzę, absolutnie nie zwracam na niego uwagi. Wszystkie moje mięśnie, nerwy, komórki i nie wiem co jeszcze, były napięte do granic możliwości, żeby to właśnie tak wyglądało.
A on stał na schodach, bezczelnie się do mnie uśmiechał, popijał herbatę. I nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. Byłam potwornie rozczarowana!
* * *
Jak to bywa na nowych osiedlach mieszkaniowych, istniał tutaj tylko jeden sklep. Ogólnospożywczy. Prawdopodobnie sezonowy, bo w asortymencie miał wszystko, co turyście potrzebne. Napoje, pieczywo, parawany plażowe, kremy do opalania i oczywiście używki. Kilka razy przechodziłam koło niego i zawsze stała kolejka. Dzisiaj,w ramach rozładowania napięcia i osłodzenia smutków, postanowiłam zrobić w nim małe zakupy.
Przebywałam na tym "fantastycznym" urlopie sama, pierwszy raz bez dozoru rodzinnego. Wymyśliłam więc, że w ramach rekompensaty, zaszaleję. Wypróbuję rzeczy, których normalnie nie robię! Byłam dorosła, ba, nawet pracowałam na siebie, ale moja rodzina wciąż miała na mnie ogromny wpływ, a przynajmniej tak im się wydawało.
W jej obecności nie potrafiłam pozbyć się statusu dziecka. W relacjach z mamą i ojcem nie umiałam przełamać bariery pokoleniowej. Nie byliśmy przyjaciółmi. Zawsze między nimi a mną panowała zależność "rodzice - dziecko". Taki układ powodował, że rodzice nie znali moich sekretów, marzeń i pragnień. Nie zwierzałam się. Udawało mi się utrzymywać w tajemnicy wiele historii, które przydałyby im się jedynie w celu pozyskania kolejnych siwych włosów.
Wiadomo, ustawowo wraz z wiekiem, nabyłam prawa do tego czy owego. Wtedy zawsze od nich słyszałam. "Pójdziesz na swoje, to będziesz robiła to, na co masz ochotę. Dopóki jesteś u nas..." I tak dalej. Nienawidziłam tych morałów. Wolałam więc zrezygnować z zachcianek i nie narażać się na podobne komentarze.
Jednym z takich grzeszków było palenie papierosów. Prosty, popularny wśród młodzieży atrybut dorosłości. Oczywiście, próbowałam ich wcześniej. Po cichu i w ukryciu. Nigdy jednak nie pozwoliłabym sobie na to przy rodzicach.
Nie umiem tego wytłumaczyć. To nie chodziło o strach. Nie bałam się ich. Chodziło o zasadę. Irytowało mnie, że poprzez zwrócenie mi uwagi mogliby pomyśleć, że mają na mnie wpływ. Wiedziałam, że jeżeli będę chciała palić, będzie to mój wybór i moja decyzja. No i właśnie nadarzyła się okazja, żeby bez zbędnego stresu spróbować jeszcze raz. Na spokojnie i bez zbędnych nacisków lub zgorszonego wzroku.
Stanęłam w kolejce z ambitnym planem zakupu dwóch paczek papierosów - najdroższych, jakie będą w sklepie. Najdroższe znaczy najlepsze, no przecież. Do tego zaplanowałam gin i tonic.
Kiedy nadeszła moja kolej, okazało się, że ginu nie ma, ani zresztą żadnego alkoholu. Kupiłam więc tylko papierosy "Oskary". W pięknym, ekskluzywnym, złotym opakowaniu, z czarnymi napisami. Szwedzkie podobno. Niestety tonic też się skończył, więc zostałam posiadaczką oranżady truskawkowej.
W ostatniej chwili poprosiłam o zapałki. Przecież muszę te papierosy czymś zapalić. Zapakowałam wszystko do reklamówki i wyszłam ze sklepu. "Zaniosę zakupy do pokoju, żeby ich nie nosić ze sobą po Władysławowie. Spróbuję papierosa i wrócę z powrotem do centrum" - podsumowałam sprytny plan.
Szłam ulicą Portową - przedłużenie Bałtyckiej, kiedy usłyszałam głos z tyłu.
- Przepraszam, halo! Proszę pani! Proszę się zatrzymać!
Zmroziło mnie. Miałam przeczucie. Mogłabym zgadnąć, ale nie mogłabym uwierzyć. Odwróciłam się i stanęłam jak wryta. Jak wryta, ale nie zaskoczona. Serce też mi się zatrzymało. Przede mną stał "Całkiem - Całkiem".
- Przepraszam, że panią zatrzymuję, ale przeprowadzamy wśród klientów ankietę poziomu zadowolenia z naszych usług. W związku z tym, chciałem zapytać, czy jest pani zadowolona z posiłków w naszej jadłodajni?
"Ha! Wiedziałam! Dobrze kombinowałam, że lustruje mnie okiem ankietera, nie mężczyzny" - przemknęło mi przez myśl. Wkurzona i nieprawdopodobnie rozczarowana, przez zaciśnięte ze złości zęby, odpowiedziałam.
- Tak, jestem zadowolona.
- Hmm... - zastanowił się, a ja czekałam z gotową odpowiedzią na pytanie o zupę. Niezjedzoną zupę! "O'la Boga, jak ja się z tego wytłumaczę?" - drwiłam w myślach.
Zawahał się.
- Yyy, czy nie narzeka pani na ciśnienie?
Co? O mało nie eksplodowałam. To przecież jasne jak słońce. Ewidentnie gościu nabijał się z mojej świeżej opalenizny na twarzy. Że niby skoczyło mi ciśnienie i jestem czerwona jak burak. Co za typ, bezczelny! Udawało mi się jeszcze powstrzymywać nerwy na wodzy, spróbowałam więc spokojnie wyjaśnić.
- Co pan ma na myśli, pytając o moje ciśnienie? - mój wzrok zabijał.
Między nami zawisła ciężka, niezgrabna cisza. Patrzył mi prosto w oczy, skupiony. Nabrał powietrza i usłyszałam krótkie:
- Nic złego. Pomyślałem tylko, że moglibyśmy pójść razem na kawę. Piotr jestem - wyciągnął do mnie rękę i patrzył w moje oczy, jak mi się zdawało, pełnym wyczekiwania i niepewności, o dziwo, wzrokiem.
- Dominika. - automatycznie podałam mu dłoń. Byłam totalnie zdezorientowana. - Na kawę?
- No tak. Tylko jest problem. Pracuję i mogę dopiero o dwudziestej drugiej. Dasz się zaprosić? Wiem... - nabrał powietrze do płuc. - To nieprzyzwoicie późno, ale ty chyba jesteś na wakacjach, no nie?
Mój mózg został zaatakowany, szybszą od prędkości światła i wyjątkowo szeroką, wiązką odmiennych myśli. A jednak podrywał mnie. Co za banalny sposób i do tego ta kawa? Z choinki się urwał? Kto w dzisiejszych czasach umawia się "na kawę"? Chyba tylko emeryci? Gdzie ja z nim pójdę? W nocy? Czego on ode mnie chce? I w końcu. Czy mam coś lepszego w planie?
- A... tak. Jasne, chętnie... Tylko nie wiem gdzie? - nie wierzyłam, że to mówię.
- Nie martw się, Dominiko. Przyjdę po ciebie o dwudziestej drugiej.
- Dobrze, mieszkam...
Nie pozwolił mi dokończyć. Wciąż trzymał mnie za rękę. Zanim zareagowałam, pocałował ją.
- Dominiko, wiem gdzie mieszkasz. Będę o dwudziestej drugiej.
Czarujący uśmiech wrócił na jego twarz. Nasz wzrok spotkał się i na chwilę zatrzymał. Przeszył mnie dreszcz. Lodowaty dreszcz. Od stóp po czubek głowy.
- To do zobaczenia - odwrócił się i pobiegł w kierunku Róży.
A ja stałam. Niby nie zaskoczona, a jednak.