Brzęczenie pszczół - Sofía Segovia

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9. Pszczeli chłopiec

9

Psz­czeli chło­piec

U stóp sta­rej niani, a pod gniaz­dem tro­skli­wych psz­czół, Simo­no­pio nauczył się wodzić za nimi wzro­kiem. Nawet gdy cały rój opusz­czał gniazdo o poranku, chło­piec potra­fił je od sie­bie odróż­nić i wycze­ki­wał ich punk­tu­al­nego powrotu pod wie­czór. Nauczył się żyć ryt­mem psz­czół i bar­dzo szybko zaczął odda­lać się od mate­ra­cyka, na któ­rym go kła­dziono, aby podą­żać śla­dami skrzy­dla­tych towa­rzy­szek w ogro­dzie.

Wkrótce miał nadejść dzień, w któ­rym pobie­gnie za nimi poza jego gra­nice i poza widoczne z niego wzgó­rza.

Reja, która prędko wró­ciła na fotel i do daw­nych zwy­cza­jów, pil­no­wała go w mil­cze­niu, choć z uwagą. Nie kar­miła go oso­bi­ście, ale już pierw­szego dnia wyraź­nie dała do zro­zu­mie­nia, że psz­cze­lemu chłopcu nale­żało dawać kozie mleko z mio­dem, naj­pierw za pomocą ścierki, póź­niej łyżką, a następ­nie z kubka. Na początku nie pozwa­lała nikomu się do niego zbli­żyć, w oba­wie, że ktoś ze złymi inten­cjami zrobi mu krzywdę albo że ktoś z dobrymi nakarmi go jak każde inne dziecko i maluch się udusi. Jedy­nymi oso­bami mogą­cymi do niego podejść były Beatriz, nia­nia Pola i praczka Lupita.

Reja ni­gdy nie dopusz­czała tej pierw­szej do kar­mie­nia chłopca. Beatriz zawsze gdzieś się spie­szyła: kiedy nie doglą­dała domu lub córek, brała udział w wyda­rze­niach towa­rzy­skich orga­ni­zo­wa­nych przez lokalne kasyno. Ponadto Reja wie­działa, że gdyby tylko na to pozwo­liła, Beatriz zaczę­łaby wycho­wy­wać Simo­no­pia w domu, wśród ksią­żek. A Simo­no­pio się do tego nie nada­wał: był dziec­kiem natury, dziec­kiem gór. Był stwo­rzony do czy­ta­nia życia, a nie ksią­żek. Gdy Beatriz chciała wziąć chłopca na ręce, musiała podejść do buja­nego fotela niani i zro­bić to w jej obec­no­ści.

Pola była stara i cier­pliwa, a w Lupi­cie, choć mło­dziut­kiej, Reja wyczu­wała dobroć, która pozwa­lała dziew­czy­nie widzieć coś wię­cej niż tylko dziurę w twa­rzy chłopca. Obie potra­fiły bez pośpie­chu kar­mić go aż do ostat­niej kro­pelki. Nia­nia Pola i Lupita nie zabi­łyby Simo­no­pia ani złymi, ani dobrymi inten­cjami.

I choć nikt wię­cej nie dostał pozwo­le­nia, by się zbli­żać do chłopca, to on odkąd zaczął cho­dzić jak każde nor­malne dziecko, lgnął do ludzi, zawsze uśmie­cha­jąc się na swój wła­sny spo­sób. Naj­bliż­sze oto­cze­nie Mora­le­sów prze­stało się bać jego zde­for­mo­wa­nej twa­rzy i z cza­sem zaczęło trak­to­wać Simo­no­pia przy­jaź­nie i z czu­ło­ścią, nie­mal zapo­mi­na­jąc o nazna­cza­ją­cej go ska­zie. Przyj­mo­wany był z rado­ścią, bo dzięki swo­jemu przy­jem­nemu uspo­so­bie­niu sta­no­wił dosko­nałe towa­rzy­stwo pod­czas wyko­ny­wa­nia codzien­nych obo­wiąz­ków.

Z bie­giem lat stało się jasne, że choć chło­piec prze­żył i opa­no­wał sztukę jedze­nia, to ni­gdy nie nauczy się mówić. Spół­gło­ski przed­nio­ję­zy­kowe, tak powszechne, gubiły się w cze­lu­ściach jego ust. I choć potra­fił wymó­wić dźwięki powsta­jące głę­biej, takie jak ń, k, g czy h, oraz wszyst­kie samo­gło­ski, to cier­pli­wość więk­szo­ści jego roz­mów­ców wyczer­py­wała się zbyt szybko. Jako że nie mieli pro­ble­mów z mówie­niem, to beł­ko­tliwe odgłosy, jakie mały Simo­no­pio wyda­wał z sie­bie, aby ich naśla­do­wać, krę­po­wały ich tak samo jak słowa, które bez powo­dze­nia pró­bo­wał z sie­bie wydo­być. Nie­któ­rzy, nie potra­fiąc go zro­zu­mieć, myśleli nawet -?na jego wiel­kie nie­szczę­ście -?że nie tylko ma zde­for­mo­waną twarz, ale także jest ogra­ni­czony umy­słowo i nic nie rozu­mie. "Biedny Simo­no­pio", mówili z życz­li­wo­ścią. "Biedny Simo­no­pio - komen­to­wali. -?Wpa­truje się w swoje psz­czoły, śmieje się sam do sie­bie, nie potrafi mówić, coś tam pod­śpie­wuje, niczego nie rozu­mie".

Jak bar­dzo się mylili.

Simo­no­pio naprawdę chęt­nie zaśpie­wałby pio­senkę, którą Lupita pró­bo­wała go nauczyć, ale wymó­wie­nie polną dróżką idzie mrówka, a tuż za nią kro­czy krówka wykra­czało poza jego moż­li­wo­ści. Chęt­nie poroz­ma­wiałby z innymi o zasły­sza­nych pio­sen­kach i zawar­tych w nich histo­riach o kobie­tach zaro­zu­mia­łych i opusz­czo­nych, o pra­cow­ni­cach kolei i kara­bi­nier­kach. Chęt­nie poopo­wia­dałby o swo­ich psz­czo­łach i spy­tałby: "Dla­czego ich nie słu­chasz, skoro mówią także do cie­bie?". Gdyby mógł, mówiłby o pie­śniach, jakie psz­czoły śpie­wają mu do ucha, o kwie­ci­stych wzgó­rzach, o odle­głych spo­tka­niach i o towa­rzysz­kach, które nie wró­ciły z dale­kiej podróży, a także o słońcu, które choć mocno świe­ciło na nie­bie, naza­jutrz miało pokryć się burzo­wymi chmu­rami. Spy­tałby wtedy: "Lupito, dla­czego wie­szasz pra­nie, skoro chwilę póź­niej musisz ścią­gać je pospiesz­nie, aby nie zmo­kło?", "Po co pod­le­wa­cie rośliny, skoro jutro będzie padać?". Chciałby spy­tać swo­jego ojca chrzest­nego, dla­czego zeszłej zimy nie zro­bił nic, aby ochro­nić zbiory przed noc­nymi przy­mroz­kami. "Nie czu­łeś, że nad­cho­dzi mróz?". Jak miał roz­ma­wiać o obra­zach, które nie­ustan­nie prze­wi­jały mu się przed zamknię­tymi oczami, albo o prze­szłych, teraź­niej­szych bądź przy­szłych wyda­rze­niach, które widział, choć nie brał w nich udziału? Co widzą inni, gdy zamy­kają oczy? Dla­czego zamy­kają uszy, nos i oczy, skoro wokół tyle można usły­szeć, wyczuć i zoba­czyć? A może nikt inny tego nie sły­szy albo nie słu­cha?

Jak poru­szyć te wszyst­kie tematy, gdy usta nie są posłuszne sygna­łom wysy­ła­nym przez rozum, gdy wydo­by­wają się z nich wyłącz­nie nosowe pomruki i skrze­cze­nie jak u gęsi? A skoro nie mógł, to tego nie robił. Simo­no­pio nauczył się, że nie warto wkła­dać ogrom­nego wysiłku w wypo­wia­da­nie naj­prost­szych rze­czy, skoro i tak nikt go nie rozu­mie i nikogo to nie obcho­dzi.

I tak wła­śnie, u nie­ru­cho­mych stóp sta­rej niani sie­dzą­cej w fotelu zwró­co­nym w stronę drogi, która ich połą­czyła, Simo­no­pio opa­no­wał sztukę mil­cze­nia.

10. Niespełnione obietnice

10

Nie­speł­nione obiet­nice

Beatriz Cortés zasia­dała na przy­słu­gu­ją­cym jej miej­scu prze­wod­ni­czą­cej komi­tetu orga­ni­za­cyj­nego dorocz­nego balu wyda­wa­nego przez kasyno w Lina­res z oka­zji Wiel­kiej Soboty. Przez dłu­gie mie­siące upie­rała się, by wzno­wić tra­dy­cję, która w mło­dzień­czych latach przy­nio­sła jej tak wiele rado­ści. W cza­sach sprzed wojny doroczny bal był magne­sem przy­cią­ga­ją­cym przed­sta­wi­cieli zna­mie­ni­tych rodów z Sal­tillo, Mon­ter­rey, Mon­te­mo­re­los i Huala­hu­ises, któ­rzy co roku zja­wiali się jak jeden mąż. Przy oka­zji głów­nego wyda­rze­nia przez kilka dni orga­ni­zo­wano rów­nież pomniej­sze spo­tka­nia na prze­róż­nych hacjen­dach lub ran­czach gospo­da­rzy z Lina­res. Wszy­scy świet­nie się bawili: ci starsi, już z wła­snymi rodzi­nami, odwie­dzali przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, a ci młodsi pozna­wali się i -?jeśli się im poszczę­ściło -?znaj­do­wali miłość swo­jego życia.

Począt­kowo wiele dam z lokal­nej socjety wzbra­niało się przed orga­ni­za­cją tego balu, ale Beatriz prze­ko­nała je, jak ważny jest powrót do sta­rych zwy­cza­jów. "Nikt nie przy­je­dzie", mówiły. "Wszy­scy boją się, że ktoś zaata­kuje ich po dro­dze. Nikt nie przy­je­dzie. Na co to komu?". Może miały rację, ale Beatriz musiała spró­bo­wać. Ile czasu potrzeba, by tra­dy­cja zani­kła bez­pow­rot­nie? Może nawet mniej niż te osiem lat, na które ją zawie­szono. A może jed­nak -?i na to liczyła -?wciąż dało się ją oca­lić.

I to wła­śnie Beatriz miała oży­wić tra­dy­cję balu z oka­zji Wiel­kiej Soboty. Musiała pod­jąć tę próbę dla swo­ich mło­dych córek. Bo jak dane poko­le­nie może sta­nąć przed następ­nym, spoj­rzeć mu w oczy i powie­dzieć: "Pozwo­li­łem, by prze­pa­dła jedna z nie­licz­nych rze­czy, jakie nie­pod­wa­żal­nie mia­łem prze­ka­zać ci w spadku"?

Beatriz nie była kobietą próżną. Nie chciała rato­wać muzyki czy pięk­nych stro­jów, tylko poczu­cie przy­na­leż­no­ści kolej­nego poko­le­nia, poko­le­nia swo­ich córek, które nie­dawno musiała ode­słać do Mon­ter­rey, by kon­ty­nu­owały naukę w szkole pod wezwa­niem Naj­święt­szego Serca Jezusa. Chciała urato­wać wspo­mnie­nia, do któ­rych Car­men i Con­su­elo miały prawo, a także więzi, jakie powinny two­rzyć za młodu, miesz­ka­jąc w domu swo­ich przod­ków.

Musiała uda­wać, że naprawdę orga­ni­zuje ten bal, choć prze­cież jako pierw­sza wie­działa, że będzie to nie­mal nie­moż­liwe: w regio­nie bra­ko­wało zarówno jedze­nia, jak i pie­nię­dzy. Cza­sem kobieta musi pod­jąć próbę rato­wa­nia samej sie­bie, a dla Beatriz Cortés de Mora­les orga­ni­za­cja balu, człon­ko­stwo w nowo powsta­łym towa­rzy­stwie dobro­czyn­nym, a także wymy­śla­nie i nad­zo­ro­wa­nie wszel­kiego rodzaju wyda­rzeń spo­łecz­nych i cha­ry­ta­tyw­nych w mia­steczku były wła­śnie tym: ratun­kiem. Nie mogła nic zara­dzić na nie­do­sta­tek. Nie mogła zakoń­czyć wojny ani powstrzy­mać zabójstw. Mogła nato­miast sta­rać się pozo­stać przy zdro­wych zmy­słach, a jedy­nym zna­nym jej spo­so­bem było rzu­ce­nie się w wir rodzin­nych spraw, opiekę nad potrze­bu­ją­cymi, bez­u­stanne szy­cie oraz, a jakże, pla­no­wa­nie dorocz­nego balu.

Choć zazwy­czaj kon­cen­tro­wała się na tym, co bez­po­śred­nio doty­czyło jej samej, teraz sie­działa zamy­ślona i zasta­na­wiała się nad iro­nią sytu­acji: tak zwany doroczny bal ostatni raz miał miej­sce w 1911 roku, parę mie­sięcy po wybu­chu wojny. Ponadto miał odbyć się pod egidą kasyna w Lina­res, które wciąż nie miało wła­snej sie­dziby. Kie­dyś snuto wiel­kie plany, by posta­wić budy­nek wzo­ro­wany na Ope­rze Pary­skiej, przy głów­nym placu w mie­ście. Towa­rzy­stwo Rekre­acyjne w Lina­res zaku­piło teren sąsia­du­jący z kate­drą św. Filipa w 1897 roku i pier­wot­nie zakła­dano, że gmach będzie prze­wyż­szać swoją ele­gan­cją ist­nie­jące już kasyno w Mon­ter­rey, a przy­naj­mniej mu dorów­ny­wać.

Ambi­cje były wiel­kie, plany roz­bu­chane, a pro­jekty kosz­towne, ale po zaku­pie ziemi ze środ­ków Towa­rzy­stwa Rekre­acyj­nego, od tam­tej pory zwa­nego kasy­nem w Lina­res, nagle temat ucichł. Począt­kowo zakła­dano, że prace budow­lane roz­poczną się w ciągu dwóch-trzech lat, ale nic z tego nie wyszło: potem mówiono o kolej­nych dwóch-trzech latach, ale i to nie wypa­liło. Już z mniej­szym prze­ko­na­niem zakła­dano, że potrzebne są kolejne dwa, może trzy lata. Póź­niej wybu­chła wojna, a nie­pew­ność i brak mate­ria­łów, pro­duk­tów i poży­wie­nia spra­wiły, że człon­ko­wie kasyna w Lina­res byli zmu­szeni usta­lić prio­ry­tety zarówno w kwe­stiach towa­rzy­skich, jak i finan­so­wych. Datki na wznie­sie­nie budowli dla socjety spa­dły na sam dół listy oso­bi­stych potrzeb.

W paź­dzier­niku 1918 roku, dwa­dzie­ścia jeden lat od zało­że­nia kasyna, śmie­tanka towa­rzy­ska Lina­res na­dal cze­kała na odpo­wied­nią sie­dzibę. Za każ­dym razem, gdy jej człon­ko­wie uda­wali się na mszę, do cen­trum czy na zakupy, mijali pustą działkę, a Beatriz była prze­ko­nana, że nie­je­den ubo­le­wał nad nie­wy­ko­rzy­staną prze­strze­nią. Wie­działa też, że więk­szość zrze­szo­nych na­dal pie­lę­gno­wała w sobie poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia i braku zgody na to, iż towa­rzy­stwo dzia­ła­jące w sąsied­nim i nie­gdyś nic nie­zna­czą­cym mie­ście Mon­ter­rey sta­wiało już drugi budy­nek, lep­szy i więk­szy od poprzed­niego, stra­wio­nego przez pożar w 1914 roku. Socjeta w Mon­ter­rey budo­wała kasyno już po raz drugi, pod­czas gdy w Lina­res nawet nie roz­po­częto prac. To było dla nie­któ­rych praw­dzi­wym cio­sem. Cza­sem Beatriz nawie­dzały wąt­pli­wo­ści, czy może to któ­ryś z człon­ków zało­ży­cieli kasyna Lina­res był skry­tym piro­ma­nem i posta­no­wił pod­ło­żyć ogień pod budzący zazdrość budy­nek w sąsied­nim mie­ście, choć ni­gdy się z nikim tym nie podzie­liła, bo niby po co?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Niebieskie dziecko, białe dziecko

1

Nie­bie­skie dziecko, białe dziecko

Tam­tego paź­dzier­ni­ko­wego poranka płacz dziecka zle­wał się z szu­mem krą­żą­cego mię­dzy drze­wami chłod­nego wia­tru, śpie­wem pta­ków i poże­gnalną wrzawą noc­nych owa­dów. Dobie­gał z głębi gór, lecz ury­wał się zale­d­wie kilka metrów od swo­jego źró­dła, jak gdyby jakieś czary nie pozwa­lały mu docie­rać do ludz­kich uszu.

Potem przez wiele lat opo­wia­dano, jak to don Teo­do­sio w dro­dze do pracy na sąsied­niej hacjen­dzie na pewno musiał przejść obok bied­nego, porzu­co­nego nie­mow­lę­cia, nie sły­sząc naj­mniej­szego hałasu, i jak to Lupita, praczka Mora­le­sów, prze­kro­czyła most pro­wa­dzący do La Petaki w poszu­ki­wa­niu miło­snego napoju, nie zauwa­żyw­szy niczego dziw­nego: "Prze­cież gdy­bym je usły­szała, to bym je wzięła, no bo nikt, choćby nie wiem jak był okropny, nie zosta­wia tak nowo naro­dzo­nego dziecka, żeby tam zmarło samiu­teń­kie", mówiła po połu­dniu każ­demu, kto tylko chciał jej słu­chać.

To była praw­dziwa zagadka. Czy ktoś w oko­licy zaszedł ostat­nio w nie­chcianą ciążę? Czyje było to nie­szczę­sne dziecko? Wie­ści o tego typu histo­riach roz­no­siły się w mia­steczku szyb­ciej niż odra, więc gdyby tylko ktoś o czymś wie­dział, to zaraz zwie­dzie­liby się wszy­scy. A jed­nak w tym przy­padku nikt nie miał o niczym poję­cia.

Poja­wiły się wszel­kiego rodzaju teo­rie, ale zbio­rową wyobraź­nię naj­bar­dziej roz­pa­lała ta, jakoby nie­mowlę nale­żało do jed­nej z cza­row­nic z La Petaki. Było powszech­nie wia­domo, że tam­tej­sze kobiety dość swo­bod­nie roz­po­rzą­dzały swoim cia­łem, a gdy dziecko oka­zało się ułomne i dzi­waczne -?kto wie, może to kara od Naj­wyż­szego lub od samego dia­bła - matka wyrzu­ciła je pod mostem, pozo­sta­wia­jąc na pastwę losu.

Nikt nie wie­dział, jak długo dziecko leżało pod tym mostem, nagie i głodne. Nikt nie potra­fił wyja­śnić, jak zdo­łało prze­żyć na dwo­rze i nie wykrwa­wić się przez nie­za­wią­zaną pępo­winę albo nie paść ofiarą szczu­rów, dra­pież­nych pta­ków, niedź­wie­dzi czy pum, któ­rych w tych górach nie bra­ko­wało.

Wszy­scy zasta­na­wiali się rów­nież, jak to się stało, że nia­nia Reja odna­la­zła je, okryte żywym kocem utka­nym z psz­czół.

Reja zwy­kła spę­dzać swój nie­zmie­rzony czas w hacjen­dzie La Ami­stad w jed­nym i tym samym miej­scu, przy peł­nią­cej funk­cję skła­dziku szo­pie o pro­stej kon­struk­cji i pozba­wio­nej okien, podob­nej do wielu innych posta­wio­nych na tyłach głów­nego domu, tak aby ukryć je przed wzro­kiem gości. Od pozo­sta­łych odróż­niała ją jedy­nie per­gola, dzięki któ­rej sta­ruszka mogła prze­by­wać na świe­żym powie­trzu zarówno zimą, jak i latem. Ale ten szcze­gół był led­wie szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści. Reja nie wybrała tam­tego miej­sca, aby chro­nić się przed żywio­łami, ale z powodu roz­po­ście­ra­ją­cego się stam­tąd widoku oraz wia­tru, prze­dzie­ra­ją­cego się przez gór­ski labi­rynt, suną­cego ku niej i szu­mią­cego dla niej.

Sta­ruszka wybrała to miej­sce wiele lat wcze­śniej, tak wiele, że oprócz niej samej nie było żywej duszy pamię­ta­ją­cej dzień, w któ­rym poja­wił się tam jej bujany fotel, albo chwilę, w któ­rej nia­nia umo­ściła się w nim na zawsze.

Wszy­scy byli prze­ko­nani, że nia­nia ni­gdy się stam­tąd nie rusza i podej­rze­wali, że w jej wieku -?któ­rego nikt nie potra­fił okre­ślić - kości nie potra­fią już pod­trzy­mać ciała, a mię­śnie odma­wiają posłu­szeń­stwa. Było tak dla­tego, że sie­działa tam już o świ­cie, a fotel bujał się deli­kat­nie, poru­szany raczej przez wiatr niż przez siłę jej stóp. W nocy zaś nikt nie zauwa­żał jej nie­obec­no­ści, bo wszy­scy sku­piali się na wła­snym odpo­czynku.

Tak wiele spę­dzo­nych w buja­nym fotelu lat spra­wiło, że ludzie w mia­steczku zapo­mnieli o jej histo­rii i o tym, że jest żywą osobą: stała się czę­ścią kra­jo­brazu i zapu­ściła korze­nie w ziemi, na któ­rej się bujała. Jej ciało zdrew­niało, a skóra stała się twardą, ciemną i pomarsz­czoną korą.

Nikt, prze­cho­dząc obok, nie witał się z nią, tak jak nikt nie wita się ze sta­rym i umie­ra­ją­cym drze­wem. Nie­raz dzieci prze­mie­rzały krótką drogę z mia­steczka w poszu­ki­wa­niu tej praw­dzi­wej legendy i przy­glą­dały się jej z daleka, a cza­sem zna­lazł się nawet jakiś śmia­łek, który pod­cho­dził do niej, aby upew­nić się, że naprawdę jest żywą kobietą, a nie drew­nianą figurką. I wtedy szybko oka­zy­wało się, że w tej korze były jesz­cze pokłady życia, bo -?nie otwie­ra­jąc nawet oczu -?wymie­rzała mu cios laską.

Reja nie chciała być żadną cie­ka­wostką; wolała uda­wać, że jest z drewna. Wolała, by ją igno­ro­wano. Czuła, że osią­gnęła wiek, w któ­rym -?z tym wszyst­kim, co jej oczy widziały, jej uszy sły­szały, jej usta powie­działy, jej skóra doznała, a jej serce wycier­piało -?każdy miałby już dość. Nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego wciąż żyje i na co jesz­cze czeka, skoro nie jest już nikomu potrzebna, a jej ciało wyschło. Dla­tego wła­śnie wolała, by jej nie widziano i nie sły­szano, by nie musiała mówić i czuła naj­mniej, jak tylko się da.

Cho­ciaż z tym czu­ciem nie do końca jej wycho­dziło.

Były jesz­cze osoby, które Reja tole­ro­wała w pobliżu; wśród nich znaj­do­wała się druga nia­nia, Pola, która też naj­lep­sze dni miała już dawno za sobą. Tole­ro­wała też małego Fran­ci­sca, bo kie­dyś, gdy jesz­cze pozwa­lała sobie na jakieś uczu­cia, kochała go mocno, a dziś led­wie zno­siła jego żonę Beatriz i ich córki. Tę pierw­szą, bo nie miała ochoty wpusz­czać nikogo nowego do swo­jego życia, a te ostat­nie, bo wyda­wały się jej nie­zno­śne.

Nikt od niej niczego nie potrze­bo­wał, a i ona nie miała nikomu już nic do zaofe­ro­wa­nia, bo sta­rość stop­niowo zaczęła ją zwal­niać z obo­wiąz­ków słu­żą­cej. Od lat nie zaj­mo­wała się pra­cami domo­wymi, więc zaczęła wta­piać się w swój bujany fotel. Tak bar­dzo, że ciężko było odróż­nić, gdzie koń­czy się mebel, a gdzie zaczyna się jej zdrew­niałe ciało.

Przed świ­tem wycho­dziła ze swo­jego pokoju i szła w stronę szopy, gdzie pod per­golą cze­kał na nią fotel; tam zamy­kała oczy, aby nie widzieć, oraz uszy, aby nie sły­szeć. Pola zano­siła jej śnia­da­nie, obiad i kola­cję, któ­rych nie­mal nie tykała, ponie­waż jej ciało nie potrze­bo­wało już tyle poży­wie­nia. Pod­no­siła się z fotela po wielu godzi­nach, gdy pod zamknięte powieki docho­dziło migo­ta­nie świe­tli­ków zwia­stu­jące nadej­ście nocy i gdy zaczy­nała czuć, jak fotel -?dużo bar­dziej tą cią­głą bli­sko­ścią zmę­czony niż ona -?wymie­rza jej ciosy i ją pod­szczy­puje.

Cza­sami otwie­rała oczy w dro­dze do łóżka. Nie musiała ich otwie­rać, by widzieć. Następ­nie kła­dła się na pościeli, nie czu­jąc zimna, bo jej skóra nie prze­pusz­czała już nawet jego. Ale nie spała. Jej ciało już o wiele wcze­śniej prze­stało odczu­wać potrzebę snu. Może dla­tego, że w swoim życiu wyko­rzy­stała już jego limit, a może nie chciała zasnąć, bo mogłaby się już ni­gdy nie obu­dzić, tego nie wie­działa. Od dawna o tym nie myślała. Po kilku godzi­nach spę­dzo­nych w mięk­kim łóżku zaczy­nała czuć ciosy i pod­szczy­py­wa­nia, jakimi mebel przy­po­mi­nał jej, że znów nad­szedł czas odwie­dzić wier­nego przy­ja­ciela, swój bujany fotel.

Nia­nia Reja nie wie­działa dokład­nie, ile już lat spę­dziła na tym padole. Nie znała swo­jego pocho­dze­nia ani peł­nego nazwi­ska, jeśli w ogóle ktoś zadał sobie tyle trudu, by jej takowe nadać. I choć pew­nie miała jakieś dzie­ciń­stwo, to nie pamię­tała ani jego, ani swo­ich rodzi­ców -?jeśli ich kie­dy­kol­wiek miała -?a gdyby ktoś powie­dział jej, że wyro­sła z ziemi niczym drzewo orze­chowe, to pew­nie by mu uwie­rzyła. Nie pamię­tała też twa­rzy męż­czy­zny, który zro­bił jej dziecko, choć zacho­wała w pamięci jego plecy, jak odcho­dził od niej, zosta­wia­jąc ją w chatce z badyli i błota, porzu­coną na pastwę losu w zupeł­nie nie­zna­nym świe­cie.

Tak czy ina­czej, nie zapo­mniała sil­nego kotło­wa­nia w brzu­chu, kłu­cia w pier­siach i żół­ta­wego słod­kiego płynu, wypły­wa­ją­cego z nich jesz­cze przed uro­dze­niem jedy­nego dziecka, jakie miała wydać na świat. Nie była pewna, czy udało się jej zapa­mię­tać jego twarz, bo nie­wy­klu­czone, że wyobraź­nia pła­tała jej figle i łączyła rysy wszyst­kich dzieci, tych bia­łych i tych ciem­nych, jakie wykar­miła w mło­do­ści.

Pamię­tała wyraź­nie dzień, w któ­rym po raz pierw­szy zna­la­zła się w Lina­res, led­wie żywa z głodu i zimna, i jesz­cze czuła w ramio­nach swoje dziecko, które przy­ci­skała mocno do piersi, by ochro­nić je przed lodo­wa­tym stycz­nio­wym powie­trzem. Ni­gdy wcze­śniej nie scho­dziła z gór, nic więc dziw­nego, że dopiero wtedy po raz pierw­szy w życiu zoba­czyła tak wiele sto­ją­cych obok sie­bie domów, prze­szła się ulicą i prze­mie­rzyła plac; wtedy rów­nież po raz pierw­szy usia­dła na ławce, na którą opa­dła, gdy nogi odmó­wiły jej posłu­szeń­stwa.

Wie­działa, że powinna popro­sić o pomoc, ale nie miała poję­cia, jak to się robi, bo gdyby cho­dziło tylko o nią, to ni­gdy by się na to nie odwa­żyła. Musiała to zro­bić ze względu na trzy­mane w ramio­nach dziecko, które już od dwóch dni nie chciało ssać piersi i nie pła­kało.

Tylko to spra­wiło, że zeszła do mia­steczka, na które cza­sami spo­glą­dała z oddali, z okien swo­jej gór­skiej chaty.

Bez wąt­pie­nia ni­gdy wcze­śniej nie czuła takiego zimna. Zapewne tak samo jak miesz­kańcy tego miej­sca, bo nie spo­tkała nikogo, kto wyszedłby mie­rzyć się -?jak ona -?z tym lodo­wa­tym powie­trzem. Wszyst­kie domy zda­wały się jej nie­do­stępne. Okna i drzwi były okra­to­wane, a okien­nice zamknięte. Sie­działa więc na ławeczce na placu, nie wie­dząc, co robić, coraz bar­dziej prze­mar­z­nięta i zmar­twiona sta­nem dziecka.

Nie wie­działa, ile czasu tam spę­dziła, i zapewne sie­dzia­łaby tam dłu­żej, zmie­nia­jąc się w końcu w posąg, gdyby nie miej­scowy lekarz, który był dobrym czło­wie­kiem i zanie­po­koił się wido­kiem tak zmar­nia­łej kobiety.

Dok­tor Doria wyszedł z domu w taką pogodę, ponie­waż pani Mora­les była bli­ska śmierci. Dwa dni wcze­śniej, w obec­no­ści aku­szerki, powiła swoje pierw­sze dziecko. Jej mąż posłał po niego nad ranem, ponie­waż zatrwo­żyła go tra­wiąca żonę gorączka. Musiał ją nama­wiać, aby wska­zała, gdzie ją boli: w pier­siach. Infek­cja obja­wiała się sil­nym bólem pod­czas kar­mie­nia.

Zapa­le­nie piersi.

-?Dla­czego pani nie powie­działa mi tego wcze­śniej?

-?Bo się wsty­dzi­łam, dok­to­rze.

Teraz infek­cja była już daleko posu­nięta. Dziecko nie prze­sta­wało pła­kać; nie jadło już od ponad dwu­na­stu godzin, gdyż jego matka nie była w sta­nie go kar­mić. Dok­tor nie wie­dział, że zapa­le­nie piersi może być śmier­telne, ale było jasne, że pani Mora­les umiera. Popie­lata skóra i cho­ro­bliwy błysk w oczach mówiły dok­to­rowi, że świeżo upie­czona matka nie­długo wyzio­nie ducha. Skon­ster­no­wany, wyszedł z panem Mora­lesem na kory­tarz.

-?Muszę uzy­skać pań­ską zgodę na bada­nie.

-?Nie, dok­to­rze. Pro­szę tylko dać jej jakieś lekar­stwa.

-?Jakie lekar­stwa? Ona umiera, panie Mora­les, i musi mi pan pozwo­lić usta­lić tego przy­czynę.

-?To pew­nie przez mleko.

-?To pew­nie przez coś innego.

Musiał go prze­ko­nać: obie­cać mu, że tylko dotknie, ale nie spoj­rzy; albo że tylko spoj­rzy, ale nie dotknie. W końcu mąż wyra­ził zgodę i nakło­nił umie­ra­jącą, by dała dok­to­rowi dotknąć swo­ich piersi, a co gor­sza: poka­zać i pozwo­lić dotknąć pod­brzu­sza czy kro­cza. Nie musiał niczego doty­kać: silny ból mied­nicy i ropna wydzie­lina zwia­sto­wały rychły zgon.

Pew­nego dnia uda się odkryć przy­czyny śmierci w połogu i spo­soby na jej unik­nię­cie, ale dla pani Mora­les ten dzień miał nadejść zbyt późno.

Nie można już było nic zro­bić, jedy­nie zadbać o kom­fort umie­ra­ją­cej, dopóki Bóg w końcu nie weź­mie jej do sie­bie.

By ura­to­wać dziecko, lekarz posłał słu­żą­cego Mora­le­sów po kozę mleczną. W tym cza­sie dok­tor Doria pró­bo­wał kar­mić je przez zaim­pro­wi­zo­wany smo­czek mie­szanką wody i cukru. Nie­mowlę nie tole­ro­wało jed­nak koziego mleka, więc było ska­zane na powolną i okrutną ago­nię.

Doria zamar­twiał się tym w dro­dze do domu. Poże­gnał się z mężem i ojcem, mówiąc, że nie może zro­bić nic wię­cej.

-?Życzę dużo siły, panie Mora­les. Bóg wie, co robi.

-?Dzię­kuję, dok­to­rze.

I wła­śnie wtedy, gdy wra­cał pie­szo do domu, dostrzegł kobietę z czar­nego lodu, co już samo w sobie dok­tor Doria uznał za mały cud, ponie­waż był wykoń­czony, prze­mar­z­nięty i szedł ze spusz­czoną głową. Zoba­czył ją na placu, sie­dzącą tuż przy tabliczce z brązu obwiesz­cza­ją­cej, iż ławeczka została ufun­do­wana przez rodzinę Mora­le­sów. Współ­czu­cie wzięło górę nad zmę­cze­niem, więc pod­szedł do niej i spy­tał, co tu robi i czy nie potrze­buje pomocy.

Męż­czy­zna mówił zbyt szybko, by Reja mogła go zro­zu­mieć, ale odczy­tała jego spoj­rze­nie i zaufała mu na tyle, by udać się za nim do jego domu. Już w cie­ple, Reja odwa­żyła się uchy­lić rąbka i poka­zać twarz dziecka. Była nie­bie­ska i nie­ru­choma. Nie mogła powstrzy­mać jęku. Miej­scowy lekarz zro­bił wszystko co w jego mocy, by je oży­wić. Gdyby odrę­twiała z zimna Reja mogła się ode­zwać, powie­dzia­łaby mu, że to nie ma sensu. Ale tylko zawo­dziła, znę­kana wido­kiem swo­jego nie­bie­skiego dziecka.

Nie zorien­to­wała się, kiedy dok­tor ją roze­brał, i nawet nie zdo­łała sobie uświa­do­mić, że po raz pierw­szy w życiu jakiś męż­czy­zna nie zro­bił tego, aby się na nią rzu­cić. Pozwo­liła się doty­kać i badać, niczym szma­ciana lalka; reago­wała jedy­nie wtedy, gdy lekarz muskał jej gorące piersi, wiel­kie, nabrzmiałe i obo­lałe od nagro­ma­dzo­nego w nich mleka. Potem pozwo­liła się ubrać w cie­plej­sze i czy­ste ubra­nia, nie pyta­jąc nawet, do kogo należą.

Gdy dok­tor wyszedł z nią na ulicę, pomy­ślała, że przy­naj­mniej już nie będzie jej tak zimno, gdy zostawi ją na tej samej ławeczce. Zdzi­wiła się, gdy prze­szli obok placu i poszli ścieżką pro­wa­dzącą aż do naj­oka­zal­szego domu w oko­licy.

W środku pano­wał mrok. Dokład­nie taki, jaki czuła w sobie. Reja ni­gdy wcze­śniej nie widziała ludzi tak bia­łych, choć w ich spoj­rze­niu było coś ponu­rego: bił z niego smu­tek. Posa­dzono ją w kuchni, ale nie pod­no­siła wzroku. Nie chciała patrzyć na ich twa­rze ani wymie­niać z nimi spoj­rzeń. Chciała być sama, na powrót w swo­jej chatce z badyli i błota, choćby miała tam umrzeć z zimna; chciała być sama tylko ze swoim smut­kiem; nie mogła znieść cudzych zmar­twień.

Płacz nowo­rodka dotarł naj­pierw do jej piersi świeżo upie­czo­nej matki, a dopiero potem do jej uszu. Ciało reago­wało tak za każ­dym razem, gdy jej dziecko pła­kało z głodu, nawet gdy była za daleko, by je usły­szeć. Ale prze­cież jej dziecko było nie­bie­skie, prawda? A może leka­rzowi udało się je ura­to­wać?

Piersi nabrzmie­wały coraz moc­niej. Potrze­bo­wała ulgi. Potrze­bo­wała dziecka.

-?Dziecka bar­kuje -?oznaj­miła, a że nikt z obec­nych w kuchni zda­wał się jej nie sły­szeć, odwa­żyła się powtó­rzyć gło­śniej: -?Dziecka bar­kuje.

-?Co mówi?

-?Że dziecka bar­kuje.

-?Ale co to zna­czy, że bar­kuje?

-?Że bra­kuje jej dziecka -?powie­dział lekarz, który wszedł z zawi­niąt­kiem i podał je kobie­cie. -?Jest bar­dzo słabe. Może nie będzie dobrze jadło.

-?To moje?

-?Nie, ale też cię potrze­buje.

Potrze­bo­wali sie­bie nawza­jem.

Roz­pięła bluzkę, przy­sta­wiła dziecko do piersi, a ono prze­stało pła­kać. Gdy piersi zaczęły się powoli opróż­niać, Reja poczuła ulgę i przyj­rzała się dziecku: to nie był jej syn. Zorien­to­wała się od razu, bo odgłosy, jakie wyda­wało pod­czas pła­czu i kar­mie­nia, były cał­kiem inne. Tak samo jak jego zapach. Jed­nak efekt był podobny: pra­gnęła pochy­lić się ku niemu, by zato­pić nos w dołeczku na jego szyi, ale pomy­ślała, że pew­nie nikt jej na to nie pozwoli, bo koniec koń­ców o tym, że trzyma w ramio­nach cudze dziecko, dobit­nie świad­czył jego kolor. Jej syn z ciem­nego stał się wyraź­nie nie­bie­ski, nato­miast żywo czer­wona skóra tego dziecka powoli zaczęła bled­nąć.

Wszy­scy patrzyli na nią w mil­cze­niu. Po kuchni roz­cho­dził się jedy­nie odgłos ssa­nia.

Alberto Mora­les przy­snął, czu­wa­jąc przy umie­ra­ją­cej. Po kilku dniach wypeł­nio­nych jękami żony i nie­prze­rwa­nym pła­czem nowo­rodka pogo­dził się z myślą, że dźwięki te były dowo­dem na to, że oboje jesz­cze żyją. Obu­dziła go nie­zno­śna cisza: żona nie poję­ki­wała, a syn nie pła­kał. Zanie­po­ko­jony, nie odwa­żył się dotknąć mał­żonki i wybiegł w poszu­ki­wa­niu dziecka.

W kuchni natknął się na służbę i dok­tora Dorię, zebra­nych wokół -?jak podej­rze­wał -?ciała jego syna. Gdy go zauwa­żyli, roz­su­nęli się.

I wtedy zoba­czył swoje dziecko, przy­ssane do naj­ciem­niej­szej piersi, jaką kie­dy­kol­wiek widział.

-?Zna­leź­li­śmy mamkę dla pań­skiego syna.

-?Jest bar­dzo ciemna.

-?Ale jej mleko jest białe, jak być powinno.

-?To prawda. Czy z dziec­kiem wszystko w porządku?

-?Z dziec­kiem wszystko w porządku. Było tylko głodne. Pro­szę spoj­rzeć.

-?Dok­to­rze, kiedy się obu­dzi­łem, moja żona leżała cicho -?powie­dział Mora­les.

I taki wła­śnie był koniec pani Mora­les.

Reję omi­nął pro­ces żałoby, czu­wa­nie, pogrzeb i lamenty. Dla niej pani ni­gdy nie ist­niała, a cza­sem, gdy dziecko dawało jej chwilę wytchnie­nia i przy­słu­chi­wała się pły­ną­cemu z gór wezwa­niu, zaczy­nała wie­rzyć, że ten chło­piec, nie­zro­dzony z jej ciała, został zro­dzony z ziemi. Zupeł­nie jak ona, dla któ­rej góry były jedy­nym wspo­mnie­niem.

Ogar­nęło ją coś znacz­nie sil­niej­szego niż instynkt macie­rzyń­ski, i w ciągu kolej­nych lat w jej świe­cie ist­niało tylko i wyłącz­nie to dziecko. Wyobra­żała sobie, że pod­trzy­muje je przy życiu dla ziemi, tej darem­nej matki, dla­tego nawet nie prze­szło jej przez myśl, by odsta­wić je od piersi, gdy wyrósł mu pierw­szy ząb, ani nawet gdy miało już pełne uzę­bie­nie. Mówiła tylko: "Dziecko, nie gryź". Jej mleko było pokar­mem, nio­sło pocie­sze­nie i uko­je­nie. Gdy chło­piec pła­kał, dawała mu pierś; gdy był nadą­sany, hała­śliwy, przy­bity, smutny, wście­kły, zasmar­kany lub nie mógł zasnąć, dawała mu pierś.

Mały Guil­lermo Mora­les korzy­stał z piersi niani przez sześć lat. Wszy­scy uwa­żali, że skoro biedny chło­piec omal nie zmarł z głodu, nie można mu było niczego odma­wiać. Ale pew­nego dnia w odwie­dziny do nie­szczę­snego wdowca przy­były ciotki Benítez, które obu­rzyły się na widok uwie­szo­nego czar­nej piersi słu­żą­cej, będą­cego już nie­mal w szkol­nym wieku dziecka, i wymo­gły na panu Mora­lesie, aby raz na zawsze z tym skoń­czył.

-?Z głodu prze­cież nie umrze -?powie­działa jedna.

-?Toż to skan­dal, Alberto, to obu­rza­jące -?dodała druga.

Pod koniec wizyty dwie stare panny posta­no­wiły wyświad­czyć przy­sługę zakło­po­ta­nemu ojcu i zabrać Guil­lerma na jakiś czas do Mon­ter­rey, ponie­waż uwa­żały, że tylko w ten spo­sób chło­piec da sobie prze­mó­wić do roz­sądku i samo­dziel­nie zaśnie. Jak dotąd, zawsze w takich przy­pad­kach nia­nia Reja słu­żyła mu pier­sią.

Reja została z pustymi ramio­nami i pier­siami tak peł­nymi, że kapały z nich kro­ple mleka.

-?I co my z tobą zro­bimy? -?pytały ją inne słu­żące, zmę­czone ście­ra­niem pozo­sta­wia­nych przez nią stru­żek.

Nie wie­działa, co im odpo­wie­dzieć. Wie­działa tylko, że bar­ko­wało jej dziecka.

-?Ech, Reja: jak masz już tak łazić, to lepiej tego nie mar­nuj.

I tak zaczęto przy­no­sić jej nie­do­ży­wione dzieci lub sie­roty, a także pod­sta­wiać szklane butelki do napeł­nie­nia, bo im czę­ściej kar­miła pier­sią, tym wię­cej mleka mogła zaofe­ro­wać. Póź­niej wdo­wiec Mora­les ponow­nie się oże­nił z nie­jaką Maríą, młod­szą sio­strą swo­jej zmar­łej mał­żonki, dzięki czemu nia­nia Reja dostała do wykar­mie­nia jesz­cze dwa­dzie­ścioro dwoje dzieci.

Choć w kolej­nych latach zawsze była widziana z jakimś dziec­kiem u piersi, ze szcze­gólną czu­ło­ścią wspo­mi­nała Guil­lerma Mora­lesa: pierw­sze dziecko, dla któ­rego była mamką, dziecko, które ura­to­wało ją od doj­mu­ją­cej samot­no­ści i dało jej życiu cel, mający przy­no­sić satys­fak­cję przez długi czas.

Oczy­wi­ście, kiedy Guil­lermo wró­cił, wciąż był dziec­kiem. Potem dorósł i zało­żył wła­sną rodzinę. Gdy odzie­dzi­czył hacjendę po śmierci ojca - który padł ofiarą niczego innego, jak upływu czasu -?wraz z nią odzie­dzi­czył nia­nię Reję, która zajęła się wykar­mie­niem jego wła­snych dzieci, gdy te poja­wiły się na świe­cie.

Dziwna sprawa, ojciec żywił się z tej samej piersi co jego dzieci. Lecz gdy poja­wiła się alter­na­tywa -?poszu­kać innej mamki, by Reja mogła odpo­cząć -?jego żona wyraź­nie się temu sprze­ci­wiła: "Gdzie znaj­dziemy lep­sze mleko?". Ni­gdzie. Wtedy Guil­lermo się pod­dał, choć sta­rał się zbyt wiele o tym nie myśleć, i uda­wał, że nie pamięta, jak wiele czasu sam spę­dził przy tej piersi.

Zmę­czony panu­ją­cym w cen­trum Lina­res zgieł­kiem, Guil­lermo pod­jął eks­tra­wa­gancką decy­zję i posta­no­wił opu­ścić rodzinną rezy­den­cję przy placu, aby prze­nieść się do hacjendy La Ami­stad, odda­lo­nej o kilo­metr od zabu­do­wań miej­skich. To tam zesta­rzała się Reja, a on zesta­rzał się razem z nią, by w końcu umrzeć z powodu jakiejś zakaź­nej cho­roby. I tak jak poprzed­nio, gdy Fran­ci­sco -?jedyny syn pozo­stały przy życiu po epi­de­miach dyzen­te­rii i żół­tej gorączki -?odzie­dzi­czył po nim hacjendę, wraz z nią dostał w spadku starą nia­nię Reję i jej bujany fotel.

Nia­nia już nie kar­miła córek Fran­ci­sca i jego żony Beatriz. Czas w końcu ją wysu­szył, a ona nawet nie była zdolna spa­mię­tać, ile oko­licz­nych dzieci prze­żyło dzięki jej obfi­to­ści. Nie pamię­tała też ostat­niej bia­łej kro­pli, która wypły­nęła po ści­śnię­ciu piersi, ani uci­sku, jaki poja­wiał się w nich jesz­cze przed usły­sze­niem pła­czu głod­nego dziecka.

Tam­tego poranka, w paź­dzier­niku 1910 roku, miesz­kańcy hacjendy obu­dzili się jak każ­dego innego dnia, gotowi do codzien­nych zajęć.

Pola otwo­rzyła oczy i nawet nie spoj­rzała w stronę łóżka swo­jej współ­lo­ka­torki. Po wielu deka­dach dzie­le­nia z nią pokoju wie­działa, że nia­nia Reja wycho­dzi i wraca bez­sze­lest­nie, nikogo nie uprze­dza­jąc. To była jej rutyna. W hacjen­dzie zaczął się już har­mi­der: parob­ko­wie przy­cho­dzili po narzę­dzia, by wyru­szyć na pola trzciny cukro­wej, a służba zaczęła wybu­dzać dom z noc­nego spo­czynku. Pola umyła się i ubrała. Poszła do kuchni, aby napić się kawy przed wyprawą do mia­steczka, gdzie w poło­żo­nej przy placu pie­karni miała kupić świeżo upie­czony chleb. Gdy skoń­czyła swoją kawę z mle­kiem, wzięła pie­nią­dze, zawsze zosta­wiane jej przez panią Beatriz w bla­sza­nej puszce w kuchni.

Zapo­wia­dał się sło­neczny dzień, ale i tak musiała okryć się chu­stą, bo o tej godzi­nie i o tej porze roku powie­trze po nocy na­dal było zimne. Wybrała naj­krót­szą drogę, jak każ­dego dnia, gdy uda­wała się do mia­steczka.

-?Już pani wycho­dzi, Polu? -?spy­tał Martín, ogrod­nik, jak to rów­nież miał każ­dego dnia w zwy­czaju.

-?Tak, Martínie. Nie­długo wra­cam.

Pola lubiła tę rutynę. Lubiła codzienne spa­cery po chleb. W ten spo­sób pozna­wała naj­now­sze plo­teczki z Lina­res i przy­glą­dała się z oddali temu chło­pa­kowi, dziś już dziad­kowi, który tak bar­dzo podo­bał się jej za młodu. Szła w ryt­mie mia­ro­wego skrzy­pie­nia buja­nego fotela, na któ­rym sie­działa Reja. Lubiła cho­dzić wysa­dzaną ogrom­nymi drze­wami drogą, łączącą hacjendę z cen­trum mia­steczka.

Gdy nia­nia Reja jesz­cze się odzy­wała, opo­wie­działa jej, że to wdo­wiec Alberto Mora­les posa­dził te drzewa, gdy były led­wie gałąz­kami.

Po powro­cie zanie­sie sta­rej niani śnia­da­nie, jak zwy­kle.

Nia­nia Pola zatrzy­mała się nagle, pró­bu­jąc sobie coś przy­po­mnieć. A Reja? Jak każ­dego dnia, i dziś Pola prze­szła obok czar­nego fotela buja­nego. Już wiele lat temu prze­stała zaga­dy­wać do sta­ruszki, ale pod­trzy­my­wało ją na duchu to, że -?tak jak stare drzewa -?Reja zawsze tam była, i że być może miała pozo­stać tam już na zawsze.

"A dziś? Czy widzia­łam ją, prze­cho­dząc obok?". Obró­ciła się.

-?Cze­goś pani zapo­mniała, Polu?

-?Martínie, czy widzia­łeś nia­nię Reję?

-?A jak, sie­dzi w fotelu.

-?Jesteś pewien?

-?A niby gdzie mia­łaby być? -?powie­dział Martín, sta­ra­jąc się nadą­żyć za szyb­kimi kro­kami niani Poli.

Gdy doszli na miej­sce, zauwa­żyli, że wcale jej tam nie ma, choć sam fotel się bujał. Zanie­po­ko­jeni, udali się do pokoju, który współ­dzie­liły nia­nie.

Tam też jej nie zna­leźli.

-?Martínie, bie­gnij spy­tać parob­ków, czy widzieli nia­nię Reję. Poszu­kaj jej po dro­dze. A ja powia­do­mię panią Beatriz.

Beatriz nie zwy­kła budzić się tak wcze­śnie. Zaczy­nała swój dzień dopiero, gdy wie­działa, że wszystko, co potrzebne, jest już gotowe: chleb i kawa cze­kają na stole, ogrody są pod­le­wane, a czy­ste ubra­nia wła­śnie pra­so­wane. Lubiła roz­po­czy­nać poranki, przy­słu­chu­jąc się, jesz­cze w pół­śnie, jak mąż udaje się na ablu­cje, a potem roz­bu­dzała się i -?cią­gle leżąc w pościeli -?odma­wiała w spo­koju róża­niec.

Ale tam­tego dnia w domu rodziny Mora­les Cortés nie było ani ablu­cji, ani różańca, ani spo­koju.

2. Echa miodu

2

Echa miodu

Uro­dzi­łem się pośród tej sterty otyn­ko­wa­nych i wyma­lo­wa­nych kamien­nych cegieł dawno temu, nie­ważne jak dawno. Ważne, że po wyj­ściu z łona matki pierw­sze, co poczu­łem, to leżące na jej łóżku czy­ste prze­ście­ra­dła, ponie­waż mia­łem szczę­ście uro­dzić się we wto­rek wie­czo­rem, a nie w ponie­dzia­łek. Kobiety w mojej rodzi­nie od nie­pa­mięt­nych cza­sów zmie­niały pościel we wtorki, jak wszy­scy porządni ludzie. W tam­ten wto­rek pościel pach­niała lawendą i słoń­cem. Czy to pamię­tam? Nie, ale mogę to sobie wyobra­zić. Przez te wszyst­kie lata gdy miesz­ka­łem z mamą, nie zauwa­ży­łem u niej żad­nych zmian w ruty­nie, przy­zwy­cza­je­niach czy spo­so­bie, w jaki należy robić rze­czy jak pan Bóg przy­ka­zał: we wtorki zmie­niano lnianą pościel, wypraną i wybie­loną poprzed­niego dnia, a następ­nie skro­pioną wodą lawen­dową, wywie­szoną na słońcu, a na koniec wypra­so­waną.

Tak było w każdy wto­rek jej życia, z jed­nym bole­snym wyjąt­kiem, ale ten dopiero miał nadejść.

Mógł to być dzień moich naro­dzin, ale ja aku­rat uro­dzi­łem się we wto­rek jak każdy inny, dla­tego wiem, czym pach­niały prze­ście­ra­dła tam­tej nocy i jakie odczu­cia wywo­ły­wały w kon­tak­cie ze skórą.

Choć tego nie pamię­tam, w dniu moich naro­dzin dom roz­ta­czał zwy­kłą woń. Jego poro­wate cegły wchło­nęły niczym gąbka przy­jemne zapa­chy trzech poko­leń pra­co­wi­tych męż­czyzn oraz lubią­cych porzą­dek kobiet, skru­pu­lat­nie dobie­ra­ją­cych olejki i mydła; prze­sią­kły aro­ma­tem rodzin­nych prze­pi­sów i ubrań goto­wa­nych w bia­łym mydle. W powie­trzu zawsze uno­siła się woń robio­nych przez bab­cię mleczno-orze­cho­wych cukier­ków, jej prze­two­rów i dże­mów, tymianku i komosy, rosną­cych w ogro­do­wych donicz­kach, a potem jesz­cze poma­rań­czy, ich kwia­tów i miodu.

W zaka­mar­kach domu kryły się rów­nież śmiech i odgłosy -?ówcze­snych i prze­szłych -?dzie­cię­cych zabaw, poła­ja­nek i trza­ska­nia drzwiami. Sta­wia­łem stopy na tej samej moza­ice z gliny, po któ­rej w dzie­ciń­stwie naj­pierw cho­dził boso mój dzia­dek i jego dwa­dzie­ścioro dwoje rodzeń­stwa, a póź­niej mój tata. Mozaika ta zdra­dzała wszel­kie nocne psoty, ponie­waż jej nie­ubła­gane klak alar­mo­wało matkę o kno­wa­niach potom­stwa. Belki trzesz­czały bez wyraź­nej przy­czyny, drzwi skrzy­piały, a okien­nice ude­rzały ryt­micz­nie w ścianę nawet przy bez­wietrz­nej pogo­dzie. Na zewnątrz brzę­czały psz­czoły, a cykady osa­czały nas swoją sza­leń­czą pie­śnią we wszyst­kie let­nie wie­czory, tuż przed zmro­kiem, gdy prze­ży­wa­łem jesz­cze ostat­nie przy­gody danego dnia. O zacho­dzie słońca naj­pierw zaczy­nała jedna, a potem w ślad za nią szły pozo­stałe, aż w końcu wszyst­kie rap­tow­nie cichły, zapewne prze­ra­żone nie­uchron­nym nadej­ściem nocy.

Dom, w któ­rym się uro­dzi­łem, żył. Gdy cza­sem w samym środku zimy wydzie­lał zapach kwia­tów poma­rań­czy lub w nocy roz­brzmie­wały bez­pań­skie śmie­chy, nikt się nie bał: było to czę­ścią jego natury, jego istoty. Tata mówił mi, że w tym domu nie ma duchów: "Sły­szysz jedy­nie prze­cho­wy­wane przez niego echa, aby­śmy pamię­tali o tych, któ­rzy kie­dyś tu miesz­kali". Rozu­mia­łem to dosko­nale. Wyobra­ża­łem sobie dwa­dzie­ścioro dwoje rodzeń­stwa mojego dziadka i har­mi­der, jaki musiał wtedy pano­wać, więc uwa­ża­łem za cał­kiem logiczne, że nawet po wielu latach można było usły­szeć echa tych śmie­chów roz­cho­dzące się po nie­któ­rych kątach.

I tak jak podej­rze­wam, że w ciągu spę­dzo­nych tam lat ja rów­nież pozo­sta­wi­łem swoje wła­sne echa -?wszak nie bez powodu mama mówiła mi: "Ucisz się już, dziecko, nada­jesz jak kata­rynka" -?tak i we mnie pobrzmie­wają echa tego domu. Noszę je w sobie do dziś. Jestem pewien, że prze­cho­wuję w tkan­kach nie tylko mamę i tatę, ale także lawendę, kwiaty poma­rań­czy, mamine prze­ście­ra­dła, ostrożne kroki babci, pra­żone orze­chy, klak zdra­dziec­kiej mozaiki, kar­me­li­zo­wany cukier, kaj­mak, sza­lone cykady, zapa­chy sta­rego drewna i tera­koty. Skła­dam się też z zie­lo­nych, słod­kich czy zgni­łych poma­rań­czy; z miodu z ich kwia­tów oraz z mleczka psz­cze­lego. Skła­dam się ze wszyst­kiego, z czym w tam­tych cza­sach zetknęły się moje zmy­sły i ta część mózgu, w któ­rej prze­cho­wuję wspo­mnie­nia.

Dziś, gdy­bym tylko mógł tam poje­chać, zoba­czyć dom i poczuć go na nowo, zro­bił­bym to.

Ale jestem stary. Dzieci, które mi pozo­stały -?a teraz nawet i wnuki - podej­mują za mnie decy­zje. Już od wielu lat nie pozwa­lają mi pro­wa­dzić samo­chodu czy wypeł­niać cze­ków. Mówią do mnie tak, jak gdy­bym ich nie sły­szał albo nie rozu­miał. Muszę przy­znać, że ow­szem, sły­szę je, ale ich nie słu­cham. Chyba nie mam na to ochoty. Przy­znaję, że moje oczy nie dzia­łają już tak dobrze jak kie­dyś, że trzęsą mi się ręce, męczą mi się nogi, a cier­pli­wość wyczer­puje się, gdy odwie­dzają mnie pra­wnuki, bo choć jestem stary, to nie nie­do­łężny. Wiem, jaki jest dziś dzień, wiem też, że obec­nie wszystko jest kosz­mar­nie dro­gie: nie podoba mi się to, ale mam tego świa­do­mość.

Wiem dosko­nale, ile będzie mnie kosz­to­wać ta podróż.

Nie jest też tak, że ze sta­ro­ści mówię do sie­bie, czy widzę rze­czy, któ­rych nie ma. Jesz­cze nie. Potra­fię roz­róż­nić wspo­mnie­nia od rze­czywistości, choć coraz bar­dziej pocią­gają mnie wła­śnie te pierw­sze, a nie ta druga. W zaci­szu swo­jego umy­słu ana­li­zuję, kto co powie­dział, kto się z kim oże­nił, co zda­rzyło się wcze­śniej, a co póź­niej. Na nowo prze­ży­wam to cudowne uczu­cie, jakie towa­rzy­szyło mi, gdy kry­łem się wysoko w gałę­ziach drzewa orze­cho­wego, wycią­ga­łem rękę, zry­wa­łem orzech i roz­łu­py­wa­łem go naj­lep­szym dziad­kiem do orze­chów, jakim kie­dy­kol­wiek dys­po­no­wa­łem: wła­snymi zębami. Sły­szę i czuję zapach oraz fak­turę rze­czy, które były i są czę­ścią mnie, które kieł­kują od środka. Gdy ktoś obiera poma­rań­czę i dociera do mnie jej aro­mat, umysł prze­nosi mnie do mami­nej kuchni albo do tato­wego sadu. Kupne opa­ko­wa­nia kaj­maku przy­po­mi­nają mi o nie­stru­dzo­nych rękach babci, która spę­dzała dłu­gie godziny, mie­sza­jąc mleko z cukrem nad pale­ni­skiem, tak by zbrą­zo­wiało, ale się nie przy­pa­liło.

Odgłosy cykad i psz­czół, obec­nie tak rzadko spo­ty­kane w mie­ście, prze­no­szą mnie do cza­sów dzie­ciń­stwa, choć nie mogę już bie­gać. Cią­gle tro­pię zapach lawendy i wyczu­wam go, nawet jeśli wiem, że nie jest praw­dziwy. Nocami, gdy zamy­kam oczy, sły­szę klak mozaiki, trzesz­cze­nie belek i stu­kot okien­nic, choć w moim miej­skim domu nie ma oblu­zo­wa­nych pły­tek, belek czy okien­nic. Czuję się jak w domu, ale w tym, który opu­ści­łem w dzie­ciń­stwie. Tym, który opu­ści­łem zbyt wcze­śnie. Nie czuję się sam, i jestem z tego rad.

3. Pusty fotel

3

Pusty fotel

Beatriz Cortés de Mora­les miała zapa­mię­tać ten paź­dzier­ni­kowy pora­nek 1910 roku do końca życia.

Upo­rczywe puka­nie do drzwi kazało jej myśleć, że pew­nie na któ­rymś z pól trzciny cukro­wej wybuchł pożar, dla­tego opu­ściła cie­płe łóżko i poszła otwo­rzyć. Na progu stała zapła­kana Pola: Reja znik­nęła. Nie leży przy­pad­kiem w łóżku? Nie. A może jest w fotelu? Też nie. Gdzie jesz­cze sta­ruszka mogła się podzie­wać?

Pew­nie leży mar­twa, porzu­cona w jakichś krza­kach.

Beatriz znała nia­nię Reję od zawsze, ponie­waż Mora­le­so­wie i Cortésowie byli sąsia­dami i czę­sto wza­jem­nie się odwie­dzali. I choć z przy­szłym mężem znała się przez całe swoje życie, zako­chała się w nim, gdy miała szes­na­ście lat, a Fran­ci­sco Mora­les wła­śnie skoń­czył inży­nie­rię lądową na Uni­wer­sy­te­cie Nôtre Dame i zapro­sił ją do roman­tycz­nego tańca pod­czas zabawy z oka­zji Wiel­kiej Soboty.

Odkąd zmarł jej teść, a Fran­ci­sco odzie­dzi­czył po nim mają­tek, Beatriz dzie­liła z mężem wszyst­kie obo­wiązki, w tym opiekę nad sta­ruszką, która wła­śnie prze­pa­dła.

Mora­le­so­wie zmo­bi­li­zo­wali pra­cow­ni­ków hacjendy: jedni mieli popy­tać o nią w mia­steczku, inni wyru­szyć w chasz­cze na poszu­ki­wa­nia.

-?A jeśli porwał ją niedź­wiedź?

-?Zna­leź­li­by­śmy jakieś ślady.

-?Dokąd mia­łaby pójść, skoro od prze­szło trzy­dzie­stu lat nie rusza się z miej­sca?

Na to pyta­nie nie było odpo­wie­dzi. Musieli ją odna­leźć, żywą lub mar­twą. Pod­czas gdy Fran­ci­sco koor­dy­no­wał poszu­ki­wa­nia konne, Beatriz usia­dła na pustym fotelu niani, który zaskrzy­piał pod jej cię­ża­rem. Myślała, że to będzie naj­lep­sze miej­sce do ocze­ki­wa­nia na wie­ści, ale prędko popro­siła praczkę Lupitę, by przy­nio­sła jej krze­sło. Nie­ważne, jak bar­dzo się sta­rała, nie potra­fiła ujarz­mić nie­przy­sto­so­wa­nego do jej kształ­tów mebla.

Spę­dziła dłu­żące się godziny na wła­snym krze­śle, obok fotela niani, który bujał się sam z sie­bie, już to przy podmu­chach scho­dzą­cego z gór wia­tru, już to ze zwy­kłego przy­zwy­cza­je­nia. Mati, kucharka, przy­nio­sła jej śnia­da­nie, ale Beatriz nie miała ape­tytu. Mogła tylko patrzeć w dal. Wypa­try­wać jakie­goś ruchu. Cze­goś, co zakłó­ci­łoby mono­tonny obraz pól lub nie­okieł­znane i dzie­wi­cze piękno wzgórz.

Stam­tąd roz­cią­gał się piękny widok na góry i pola trzciny cukro­wej. Beatriz ni­gdy nie podzi­wiała go z tej per­spek­tywy i teraz już rozu­miała zachwyt, jaki to miej­sce budziło w niani. Ale po co mia­łaby wpa­try­wać się nie­ustan­nie w bez­kre­sne i nie­ru­chome wzgó­rza? Po co mia­łaby wiecz­nie obser­wo­wać tę samą ubitą ścieżkę, wplą­taną w zbo­cza gór? Wresz­cie czemu tak upar­cie przy­glą­dała się z zamknię­tymi oczami? Na co cze­kała?

Beatriz, która była kobietą prak­tyczną, doszła do wnio­sku, że nia­nia raczej nie odnaj­dzie się żywa. Dla­tego w całym swoim prag­ma­ty­zmie zaczęła snuć kon­kretne plany co do czu­wa­nia przy zwło­kach uko­cha­nej niani: owiną ją bia­łym lnia­nym prze­ście­ra­dłem i złożą w trum­nie z ele­ganc­kiego drewna, po którą zdą­żyła już posłać. Mszę odprawi ojciec Pedro, a na pogrzeb naj­bar­dziej dłu­go­wiecz­nej kobiety w regio­nie zosta­nie zapro­szone całe mia­steczko.

Oczy­wi­ście bez ciała nie było mowy o czu­wa­niu. A czy można odpra­wić mszę żałobną bez zmar­łego?

Jeśli cho­dzi o bujany fotel, nie mogła się zde­cy­do­wać, co powinna z nim zro­bić. Spa­lić, czy zmie­lić na tro­ciny i roz­sy­pać w przy­do­mo­wym ogro­dzie albo umie­ścić te tro­ciny w trum­nie, przy nie­boszczce. Mogli też po pro­stu zosta­wić go tam, gdzie zwy­kle, na pamiątkę po ciele, które zaj­mo­wało go przez tak długi czas.

Byłoby świę­to­kradz­twem, gdyby z prze­dłu­że­nia jeste­stwa niani stał się na powrót przed­mio­tem czy­je­goś użytku. To nie ule­gało wąt­pli­wo­ści.

Przyj­rzała się uważ­nie sta­remu fote­lowi; ni­gdy wcze­śniej nie widziała, żeby był pusty. Ni­gdy go nie napra­wiano ani nie zro­biono niczego, by utrzy­mać go w dobrym sta­nie, a mimo to miał się cał­kiem nie­źle. Nieco skrzy­piał przy buja­niu, ale zda­wał się być odporny na czas i warunki pogo­dowe, zupeł­nie jak jego wła­ści­cielka. Sym­bioza mię­dzy fote­lem a jego posia­daczką była fak­tem, a Beatriz przy­pusz­czała, że dopóki Reja będzie żywa, dopóty mebel się nie znisz­czy.

Nagle zauwa­żyła z nie­po­ko­jem, że ktoś bie­gnie ścieżką, wyzna­czoną wśród rosną­cego na wzgó­rzach sito­wia.

-?Co się stało, Martínie? Zna­leźli ją?

-?Tak, pro­szę pani. Pan Fran­ci­sco posłał mnie po wóz.

Beatriz patrzyła, jak Martín oddala się w pośpie­chu w poszu­ki­wa­niu trans­portu. "Zna­leźli ciało", pomy­ślała i na prze­kór swo­jemu prak­tycz­nemu umy­słowi poczuła silny smu­tek. Choć nia­nia Reja była nie­spo­ty­ka­nie stara i można się było spo­dzie­wać, że wkrótce umrze, wola­łaby, żeby stało się to w innych oko­licz­no­ściach: by ode­szła spo­koj­nie, we wła­snym łóżku lub buja­jąc się w fotelu. Nie w ten spo­sób, być może zaata­ko­wana przez jakieś zwie­rzę, sama i na pewno prze­ra­żona, pozo­sta­wiona na pastwę żywio­łów na ścieżce krę­cą­cej się pośród wzgórz.

Taki kawał życia, a potem taki koniec.

Otrzą­snęła się ze smutku: przed przy­by­ciem ciała było tyle do zro­bie­nia.

Gdy męż­czyźni przy­je­chali zała­do­wa­nym wozem, stało się jasne, że wszyst­kie plany i przy­go­to­wa­nia były zbędne: wbrew wszel­kim prze­wi­dy­wa­niom nia­nia wró­ciła żywa.

4. W cieniu anacahuity

4

W cie­niu ana­ca­hu­ity

Fran­ci­sco opo­wia­dał póź­niej, że odna­leźli ją parob­ko­wie, jakieś pół­to­rej mili od domu. Wró­cili po niego, skon­ster­no­wani, bo gdy w końcu zlo­ka­li­zo­wali sta­ruszkę, ta nie odpo­wia­dała na ich pyta­nia i nie chciała ruszyć się z miej­sca. Wtedy Fran­ci­sco posłał po wóz, a następ­nie oso­bi­ście udał się tam, gdzie znaj­do­wała się nia­nia Reja. Sie­działa na kamie­niu z zamknię­tymi oczami, buja­jąc się w cie­niu ana­ca­hu­ity. W ramio­nach trzy­mała dwa zawi­niątka: jedno oku­tane w jej far­tuch, a dru­gie w chu­stę. Męż­czy­zna pod­szedł ostroż­nie, by jej nie prze­stra­szyć.

-?Nia­niu Rejo, tu Fran­ci­sco -?odwa­żył się powie­dzieć, gdy otwo­rzyła oczy. -?Co robisz tak daleko od domu? -?spy­tał, nie ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi od sta­ruszki, która zamil­kła już wiele lat wcze­śniej.

-?Poszłam go odszu­kać -?odparła cicho, gło­sem zachryp­nię­tym od sta­ro­ści i dłu­giego mil­cze­nia.

-?Kogo?

-?Pła­czące dziecko.

-?Tu nie ma żad­nych dzieci, nia­niu -?odrzekł. -?Już nie.

W odpo­wie­dzi Reja wska­zała na zawi­niątka.

-?Co tam jest? -?Fran­ci­sco wziął pierw­sze, owi­nięte w far­tuch. Gdy je odwi­nął, prze­stra­szył się i wypu­ścił z rąk. W środku znaj­do­wało się gniazdo psz­czół. -?Po co to wzię­łaś, nia­niu? Użą­dliły cię?

Po zde­rze­niu z zie­mią nie­liczne psz­czoły znaj­du­jące się w środku gniazda wyle­ciały roz­złosz­czone w poszu­ki­wa­niu win­nych. Nie­któ­rzy parob­ko­wie roz­bie­gli się, ści­gani przez owady, lecz te po kilku metrach prze­rwały zgod­nie swój wście­kły pościg i zawró­ciły, jak gdyby ktoś wezwał je do domu. Zawi­niątko, które nia­nia Reja wciąż trzy­mała w ramio­nach, poru­szyło się w chu­ście. Fran­ci­sco i kilku robot­ni­ków, któ­rzy oparli się poku­sie ucieczki po pierw­szym ataku roz­ju­szo­nych psz­czół, wpa­dli w osłu­pie­nie. Tym więk­sze, że sta­ruszka przy­tu­liła do sie­bie tobo­łek i zaczęła go koły­sać, jak gdyby cho­dziło o dziecko.

-?Co tam jesz­cze masz, nia­niu?

Wtedy zawi­niątko wybu­chło pła­czem i zaczęło się gwał­tow­nie poru­szać.

-?Jest głodne, to dziecko -?powie­działa nia­nia Reja, nie prze­sta­jąc się bujać.

-?Mogę je zoba­czyć?

Gdy Fran­ci­sco odwi­nął chu­stę, męż­czyźni w końcu zoba­czyli, co nia­nia trzy­mała w ramio­nach: było to nie­mowlę.

Cof­nęli się z prze­ra­że­nia. Nie­któ­rzy wyko­nali znak krzyża.

5. Tu wstążeczki, a tam wszy

5

Tu wstą­żeczki, a tam wszy

Ni­gdy nie pozo­sta­wiano mi więk­szych złu­dzeń w kwe­stii tego, skąd się biorą dzieci. Od zawsze wie­dzia­łem, że bajeczka o bocia­nie była wła­śnie tym, zwy­kłą bajeczką dla cie­kaw­skich dzie­cia­ków. Mama, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści dam z epoki, nie ukry­wała tego przede mną. "A ja cię tyle godzin rodzi­łam", mówiła, kiedy dosta­wa­łem ataku szału, a gdy się jej nie słu­cha­łem, wypo­mi­nała mi bóle poro­dowe. Cza­sami myślę, że gdyby tylko mogła, to po tego typu moich wybry­kach chęt­nie zre­wan­żo­wa­łaby się za każdy skurcz.

Mama była dobrą kobietą. Naprawdę. Tyle tylko że nie potra­fiła sobie wytłu­ma­czyć, skąd się wzią­łem. Nie mam na myśli aspek­tów fizycz­nych: była bar­dzo inte­li­gentna i choć żyła w pru­de­ryj­nych cza­sach, to wie­działa, że dzieci są kon­se­kwen­cją mał­żeń­skiej bli­sko­ści. Pro­blem pole­gał na tym, że gdy dowie­działa się o ciąży, już od dawna myślała, że kwe­stie płod­no­ści jej nie doty­czą: moje dwie sio­stry wyszły już za mąż i uczy­niły ją bab­cią. Moje późne poja­wie­nie się w jej życiu było dla niej wielką nie­spo­dzianką.

Dla­tego łatwo zro­zu­mieć osłu­pie­nie, w jakie wpa­dła, gdy dowie­działa się o ciąży w czci­god­nym wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat. Wyobra­żam sobie, jak ciężko było jej przy­znać się do swo­jego stanu przed moimi star­szymi sio­strami. A jesz­cze cię­żej przed zna­jo­mymi z kasyna w Lina­res. Rozu­miem też jej roz­pacz, gdy po odcho­wa­niu dwóch dziew­czy­nek gustu­ją­cych we wstą­żecz­kach i koron­kach tra­fił się jej chło­piec, tapla­jący się w bło­cie i przy­no­szący do domu wszy i ropu­chy.

Tak więc uro­dzi­łem się, gdy mamie pisana już była rola babci. Bar­dzo mnie kochała, a ja kocha­łem ją, ale mie­li­śmy nasze pro­blemy. Pamię­tam, że skoro nie mogła mnie stroić w fal­banki i kokardki, to upie­rała się, bym wyglą­dał jak hisz­pań­ski pani­czyk, i szyła dla mnie sto­sowne wdzianka, choć nie mia­łem w sobie nic z pani­czyka. Hisz­pan też był ze mnie żaden, choć mama nie­zmor­do­wa­nie pró­bo­wała wci­skać mnie w hafto­wane stroje, kopio­wane z naj­now­szych madryc­kich cza­so­pism.

Ku jej prze­ra­że­niu zawsze byłem umo­ru­sany jedze­niem, zie­mią albo psią, kro­wią czy koń­ską kupą. Zawsze mia­łem zdarte kolana, a moje jasne włosy były sztywne i ubło­cone. Zupeł­nie nie prze­szka­dzało mi też, że cho­dzę zasmar­kany. Chu­s­teczka z wyszy­tymi ini­cja­łami, którą zgod­nie z życze­niem matki codzien­nie wkła­dano mi do kie­szeni, słu­żyła mi do wszyst­kiego, tylko nie do wycie­ra­nia nosa. I choć już nie pamię­tam, bo zapewne wyro­słem z tego dość wcze­śnie, podobno wola­łem jeść chrząsz­cze niż przy­go­to­wy­waną mi przez nia­nie -?z roz­kazu mamy -?dro­biową lub wołową wątróbkę, po któ­rej mia­łem mieć rumiane policzki.

Teraz, gdy jestem już ojcem, dziad­kiem i pradziad­kiem, muszę przy­znać, że nie było łatwo przy­wo­łać mnie do porządku. A jesz­cze trud­niej było mną mani­pu­lo­wać.

Mama przez całe życie skar­żyła się, że odkąd wresz­cie nauczy­łem się mówić, do moich ulu­bio­nych zwro­tów nale­żały "nie", "ja sam" i "to nie­spra­wie­dliwe"; że po posta­wie­niu pierw­szych kro­ków od razu zaczą­łem bie­gać; że gdy zapa­no­wa­łem już nad pręd­ko­ścią, potra­fi­łem wspiąć się na dowolne drzewo. Krótko mówiąc, że miała ze mną krzyż pań­ski. Czuła się zbyt stara i uwa­żała, że speł­niła już swoje mat­czyne obo­wiązki, wycho­wu­jąc dwie star­sze córki, które były nie­mal ide­alne.

Mówiła, że ma swoje oczko w gło­wie, bo moja star­sza sio­stra Car­men, trzeba to przy­znać, była prze­śliczna.W dzie­ciń­stwie mama krę­ciła jej blond loki i puszyła się jak paw, gdy ludzie mówili, że dziew­czynka wygląda jak anio­łek, jak laleczka, jak skarb. Gdy pod­ro­sła, zła­mała serca poło­wie chłop­ców z mia­steczka, naj­pierw wyjeż­dża­jąc do szkoły do Mon­ter­rey, a potem wycho­dząc za mąż. I choć moja sio­stra mil­czała na ten temat, to wiem, że wsty­dziła się, że nawet po ślu­bie i prze­pro­wadzce legenda o jej uro­dzie była wciąż żywa w Lina­res. Mama przez lata prze­cho­wy­wała nie­zli­czone listy pełne zapew­nień o wiecz­nej miło­ści i pre­ten­sjo­nalne rymy od nie­szczę­śli­wie zako­cha­nych chłop­ców, wysłane do Car­men zarówno przed jej ślu­bem, jak i po nim. Można było pomy­śleć, że listy były adre­so­wane do mamy, bo prze­cho­wy­wała te sto­siki papieru niczym tro­fea, któ­rymi chwa­liła się przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji.

Mówiła też, że ma swoje uszko w gło­wie, bo druga z moich sióstr, choć rów­nież ładna, wyróż­niała się gło­sem. Mama kazała Con­su­elo śpie­wać przed każ­dym, kto odwie­dzał nasz dom, a jej melo­dyjny tembr zawsze zbie­rał pochwały.

-?Ma głos anioła! -?twier­dzili wszy­scy.

Ni­gdy nie sły­sza­łem śpiewu anio­łów, acz­kol­wiek podej­rze­wam, że była to prawda: moja sio­stra miała głos anioła. Nie­wielu jed­nak wie­działo, że krył się za nim dia­bel­ski tem­pe­ra­ment. Nawet w chwi­lach naj­więk­szego unie­sie­nia nie tra­ciła swo­jego melo­dyj­nego tonu, a każde zda­nie brzmiało jak istna poezja. Mogła powie­dzieć: "Nawet się nie zbli­żaj, wszawy smarku, bo mi nie­do­brze", a do uszu mojej mamy i tak docho­dziła aniel­ska muzyka.

-?Opo­wia­dam mu bajkę -?odpo­wia­dała zawsze, gdy mama pytała ją, co tam do mnie mówi.

Mia­łem to gdzieś, bo Con­su­elo była tak naprawdę nie­zna­jomą, nie przy­sta­wała do mojego świata. Przez wiele lat widzia­łem w niej wiedźmę, podobną do tych z bajek, więc było dla mnie jasne, że cza­ro­wała swoim gło­sem, by wszy­scy -?a szcze­gól­nie nasza mama -?uwie­rzyli w jej życz­li­wość i aniel­ską sło­dycz.

Byłem jedną z nie­licz­nych osób, które opie­rały się jej wdzię­kom. Mama nie rozu­miała, dla­czego w trak­cie wizyt mojej sio­stry nie pada­łem jej do stóp. Nie poj­mo­wała, jak mogłem wtedy zni­kać na cały dzień lub że wola­łem zatrzy­my­wać się w domu Car­men, tej star­szej, gdy wysy­łali mnie z wizytą do Mon­ter­rey. "Prze­cież twoja sio­stra jest taka kochana, taka uro­cza", mówiła mi czę­sto mama, by zała­go­dzić lub napra­wić nasze rela­cje.

Mama uwa­żała, że w rodzi­nie były dwa anioły i dziecko, czyli ja. Kiedy o mnie opo­wia­dała, mówiła nieco prze­pra­sza­ją­cym tonem: "A to jest dziecko". Albo: "To tylko chło­piec". Ni­gdy nie powie­działa o mnie, że jestem czym­kol­wiek w jej gło­wie. A prze­cież bez prze­rwy do mnie wzdy­chała. "O Boże", mówiła cały czas. Nie pamię­tam, żeby kie­dy­kol­wiek, gdy wpa­da­łem na nią na kory­ta­rzu, patio, w salo­nie czy kuchni, nie wydała z sie­bie gło­śnego wes­tchnię­cia. "O Boże", mówiła, lekko sapiąc. "Popatrz na sie­bie, jakie ty masz włosy, a ile smar­ków, a to ubra­nie, a jakiś ty brudny, a jaki gru­biań­ski, a jaki zgrzany, o Boże, już jestem na to za stara". Prędko zaczęła skra­cać te swoje wes­tchnie­nia. Naj­pierw zaczęła mówić "o Boże", potem już tylko "Boże", a póź­niej już nic nie mówiła, tylko wzdy­chała.

Zawsze robi­łem dużo hałasu i mia­łem piskliwy głos. Moje ciało było ide­al­nym przy­tu­li­skiem dla róż­nego rodzaju klesz­czy, pcheł i wszy, potrze­bu­ją­cych nowego domu, więc wszel­kie mamine próby zapusz­cze­nia moich blond loków były nie­sku­teczne. Strzy­żono mnie z koniecz­no­ści. Byłem łysy jak w hospi­cjum.

"O Boże!". Wes­tchnię­cie.

Gdyby oddano mnie pod wyłączną opiekę mamy, pew­nie nosił­bym wię­cej kokar­dek niż moje sio­stry. Oko­licz­no­ści uchro­niły mnie przed tym losem, ponie­waż tata, który jesz­cze przed moimi naro­dzi­nami został dziad­kiem i zaczął myśleć o prze­ka­za­niu ziem swoim zię­ciom, nie chciał pozwo­lić, aby jego jedyny, choć późno przy­były syn był tchó­rzem. I choć wcze­śniej nie wtrą­cał się do wycho­wa­nia star­szych córek, to odkąd zyskał męskiego potomka, zaczął w tej kwe­stii kon­fron­to­wać się z mamą. Dobrze wie­dział, że w naszej oko­licy i w tam­tych cza­sach nie było miej­sca dla sła­be­uszy, szcze­gól­nie w obli­czu toczą­cej się wokół -?a cza­sem nawie­dza­ją­cej nas - wojny.

Te kon­fron­ta­cje musiały być nie­zwy­kle trudne do znie­sie­nia dla mamy, którą zawsze mia­łem za nie­ustra­szoną. Uwiel­biała mojego tatę, co było dość nie­zwy­kłe jak na tak doj­rzałą, nie­mal czter­dzie­sto­let­nią kobietę - już bab­cię -?więc wolała odsu­nąć się nieco od spraw bez­po­śred­nio zwią­za­nych z moim wycho­wa­niem, by utrzy­mać spo­kój. Tato zaś nie miał ani czasu, ani moż­li­wo­ści, by się mną zająć: po pierw­sze, nie miał poję­cia, co robić z nie­mow­lę­ciem czy małym dziec­kiem, a po dru­gie, całe dnie spę­dzał na doglą­da­niu i obro­nie rancz hodow­la­nych w Tamau­li­pas i sadów w Nuevo León.

Mimo to mogłem liczyć na stałą opiekę. Nia­nia Pola zosta­wiała mnie z kucharką Mati, która pod­rzu­cała mnie praczce Lupi­cie, a ta z kolei prze­ka­zy­wała mnie ogrod­ni­kowi Martínowi, który to po jakimś cza­sie odda­wał mnie w ręce tro­skli­wego i weso­łego Simo­no­pia. Ten zaś nie dzie­lił się mną z nikim aż do zmierz­chu, gdy ktoś wycho­dził z domu i pytał, gdzie jest dziecko.

6. Skrzydła, które go otulają

6

Skrzy­dła, które go otu­lają

Poja­wie­nie się Simo­no­pia nazna­czyło nas na zawsze i sta­no­wiło punkt zwrotny w histo­rii naszej rodziny. Póź­niej miało też decy­do­wać o życiu lub śmierci, choć to zro­zu­mie­li­śmy dopiero z per­spek­tywy czasu.

Tato do końca życia wyrzu­cał sobie swoją reak­cję na jego widok.

Przy­pusz­czam, że nie­za­leż­nie od oby­cia w świe­cie, wykształ­ce­nia i inte­li­gen­cji, ni­gdy nie prze­stał cał­ko­wi­cie wie­rzyć w prze­sądy krą­żące po mia­steczku, które sąsia­do­wało prze­cież z wio­ską cza­row­nic. Zapewne wytrą­ciły go też z rów­no­wagi wszyst­kie pozo­stałe wyda­rze­nia tam­tego dnia: pusty fotel, znik­nię­cie niani, prze­świad­cze­nie o jej śmierci, coraz sze­rzej zakro­jone poszu­ki­wa­nia wśród ota­cza­ją­cych hacjendę krze­wów; potem odna­le­zie­nie sta­ruszki, jej słowa, wojow­ni­czy rój wyla­tu­jący ze skry­wa­nego w zawi­niątku gniazda; na koniec nowo­ro­dek o znie­kształ­co­nej twa­rzy, otu­lony chu­stą niani i żywą pie­rzynką z psz­czół.

Jeśli cho­dzi o pierw­sze wra­że­nie, zawsze tak istotne, to Simo­no­pio -?jak nazwano go pod naci­skiem niani i mimo sprze­ci­wów ze strony moich rodzi­ców i księ­dza -?nie wywarł naj­lep­szego z moż­li­wych. Wie­śniacy pro­sili chle­bo­dawcę, by porzu­cił to mon­strum przy dro­dze, pod ana­ca­hu­itą.

-?Ażby się wola Boża wypeł­niła, patrón1, bo to pomiot dia­bel­ski -?nale­gał Anselmo Espi­ri­cu­eta.

W tam­tej chwili mój tata już otrzą­snął się z pierw­szego wra­że­nia. Pod­jął wysi­łek godny czło­wieka świa­to­wego, oby­tego, wykształ­co­nego i inte­li­gent­nego, i zapo­mniał o prze­są­dach, sku­pia­jąc się na roz­wią­za­niu zagadki.

-?To nie­do­rzeczne, Espi­ri­cu­eto. Tutaj nie wie­rzymy w takie rze­czy - powie­dział, a następ­nie znów zaczął deli­kat­nie pod­py­ty­wać nia­nię.

Z nie­wielu wypo­wie­dzia­nych przez nią słów Fran­ci­sco dowie­dział się, gdzie i w jakich oko­licz­no­ściach zna­la­zła nie­mowlę. Ni­gdy jed­nak nie udało mu się zro­zu­mieć, jak to się stało, że sta­ruszka wyru­szyła w góry i doszła aż do mostu, pod któ­rym leżało dziecko. "Usły­sza­łam je", mówiła tylko; "usły­sza­łam je". Wszy­scy, zarówno ci prze­sądni, jak i wykształ­ceni, wie­dzieli, że z odle­gło­ści kilku kilo­me­trów nie da się usły­szeć deli­kat­nego kwi­le­nia dziecka porzu­co­nego pod mostem.

To była wielka zagadka, tym więk­sza że don Teo­do­sio i młoda praczka Lupita zaprze­czyli, by widzieli je, prze­cho­dząc tam­tędy nieco wcze­śniej. I miała pozo­stać nie­roz­wią­zana. Jak to moż­liwe, że sta­ruszka usły­szała płacz? Nie było na to żad­nej odpo­wie­dzi. A przy­naj­mniej żad­nej wia­ry­god­nej.

-?Prze­cież ja nawet nie sły­szę żony, jak mówi do mnie przy obie­dzie - mówił paro­bek Leoca­dio każ­demu, kto chciał go słu­chać.

Było jed­nak coś, czemu nie dało się zaprze­czyć: nie­ru­choma sta­ruszka z drewna opu­ściła swój nie­wielki świat, aby udać się na ratu­nek nie­szczę­snemu dziecku, i zdo­łała prze­trans­por­to­wać je wraz z gniaz­dem i jego skrzy­dla­tymi towa­rzysz­kami. Kiedy tata pró­bo­wał odgo­nić wszyst­kie psz­czoły pokry­wa­jące ciałko nowo­rodka, Reja mu na to nie pozwo­liła.

-?Zostaw je, dziecko -?powie­działa, ponow­nie otu­la­jąc maluszka.

-?Ale nia­niu, one go użą­dlą.

-?Już dawno by to zro­biły.

Poiry­to­wany, roz­ka­zał męż­czy­znom, by wnie­śli na wóz nia­nię Reję, która kur­czowo trzy­mała swój paku­nek w oba­wie, że parob­ko­wie jej go wyrwą i speł­nią groźbę ponow­nego porzu­ce­nia dziecka.

-?Jest mój.

-?Jest twój, nia­niu -?zapew­nił tata -?i poje­dzie z nami.

-?I gniazdo też.

Tata oso­bi­ście, nie­chęt­nie acz bar­dzo ostroż­nie, przy­krył je far­tu­chem, by następ­nie wnieść je na wóz. I dopiero wtedy ruszyli z powro­tem do domu i do pustego buja­nego fotela.

7. Kropla po kropli, białej i święconej

7

Kro­pla po kro­pli, bia­łej i świę­co­nej

Fran­ci­sco Mora­les daleki był od pew­no­ści, z jaką odpo­wie­dział niani. "Poje­dzie z nami", rzekł. No dobrze, ale po co? "Co zro­bimy z dziec­kiem, które już od samego początku zostało nazna­czone pięt­nem?". Porzu­ce­nie chłopca nie wcho­dziło dla niego w grę, ale sły­szał głosy parob­ków, a w szcze­gól­no­ści naj­now­szego z nich, Anselma Espi­ri­cu­ety, odma­wia­ją­cych wej­ścia na wóz z tym nowo­rod­kiem. A to że dia­beł zło­żył na nim poca­łu­nek, a to że ktoś się z dia­błem uło­żył, a to że pew­nie to dia­beł we wła­snej oso­bie albo co naj­mniej kara boska. Głu­pie prze­sądy. Nie wyobra­żał sobie jed­nak, jak to dziecko z cze­lu­ścią zamiast ust mogło prze­żyć choć jeden dzień ani jak powi­nien zwal­czać nie­mą­dre zabo­bony wśród tych, któ­rzy mieli zaj­mo­wać się nie­mow­lę­ciem nie­za­leż­nie od tego, jak długo przyj­dzie mu żyć.

Gdy zbli­żali się do mia­steczka, ode­słał Espi­ri­cu­etę. Czę­ściowo dla­tego, że ktoś musiał pójść po dok­tora Cantú, aby prze­ba­dał starą nia­nię i nie­szczę­sne dziecko, a czę­ściowo by odsu­nąć go od chłopca i pode­ner­wo­wa­nej już gro­mady. Nie chciał, by pra­cow­nicy jesz­cze bar­dziej pod­bu­rzali się, sły­sząc apo­ka­lip­tyczne prze­po­wied­nie połu­dniowca.

-?I nawet nie pró­buj roz­pusz­czać tych plo­tek o poca­łunku dia­bła, dobrze? Dość tej gadki o czar­nej magii. Nia­nia zna­la­zła dziecko, które potrze­buje pomocy, to wszystko. Zro­zu­mia­łeś, Ansel­mie?

-?Sí, patrón2 -?odparł Anselmo Espi­ri­cu­eta, odda­la­jąc się bie­giem.

Gdy dotarł do mia­steczka i zoba­czył Juana, ostrzy­ciela noży, Anselmo nie oparł się poku­sie i wypa­plał, oczy­wi­ście w zaufa­niu, o swoim prze­ra­że­niu, o niani, o psz­czo­łach i o dziecku wiedźmy, a następ­nie pero­ro­wał o wszel­kiego rodzaju złych prze­czu­ciach, jakie wtedy przy­szły mu do głowy.

-?Jesz­cze zoba­czysz, że spro­wa­dzi na nas nie­szczę­ście.

I w taki wła­śnie spo­sób, jak to zazwy­czaj bywa, jesz­cze zanim Anselmo odna­lazł leka­rza, całe Lina­res wie­działo już o prze­klę­tym Simo­no­piu i o zgu­bie, jaką może spro­wa­dzić na rodzinę Mora­le­sów oraz całe ich potom­stwo.

Dok­tor Cantú, jak na poważ­nego i pro­fe­sjo­nal­nego czło­wieka przy­stało, nie­zwłocz­nie odpo­wie­dział na wezwa­nie Mora­le­sów i nie zaprzą­tał sobie głowy pyta­niami zabo­bon­nych głup­ców. Gdy wje­chał na teren hacjendy, zasko­czyła go sto­jąca na wozie trumna. Zro­biło mu się przy­kro: wcze­śniej był prze­ko­nany, że w całej tej histo­rii o sta­ruszce i dziecku obe­szło się bez zmar­łych.

Kiedy dotarł do domu, nia­nia znaj­do­wała się tam gdzie zwy­kle: umosz­czona w buja­nym fotelu, oto­czona rodziną i naj­wier­niej­szą służbą. Już samo to, że sta­ro­winka wyrwała się z wła­ści­wego sobie mara­zmu, wydał mu się cokol­wiek zadzi­wia­jący. Nie mógł uwie­rzyć, że ktoś w tak zaawan­so­wa­nym wieku nagle wyru­sza stromą ścieżką w poszu­ki­wa­niu przy­gód i że, co tym bar­dziej zaska­ku­jące, wraca bez widocz­nego uszczerbku. A jesz­cze że wró­ciła z gór z żywym dziec­kiem w ramio­nach?

Jeśli Fran­ci­sco Mora­les mówił, że tak było, nie miał powodu mu nie wie­rzyć.

-?Kto umarł?

-?Nikt -?odparł Fran­ci­sco.

-?To dla kogo ta trumna?

Odwró­cili się i zoba­czyli, że Martín i Leoca­dio trzy­mają ciężką skrzy­nię w ocze­ki­wa­niu na instruk­cje. Dok­tor był zain­try­go­wany, Fran­ci­sco nic z tego nie rozu­miał, a Beatriz się zlę­kła: trumna! Zupeł­nie zapo­mniała o przy­go­to­wa­niach, jakie poczy­niła po znik­nię­ciu niani, gdy pole­ciła Leoca­diowi, aby udał się do mia­steczka po trumnę. Teraz Fran­ci­sco patrzył na nią z zasko­cze­niem.

-?Ech... To na wszelki wypa­dek.

Beatriz odda­liła się, aby poin­stru­ować Martína, by szczel­nie okrył trumnę grubą plan­deką i scho­wał ją głę­boko w szo­pie, z dala od ludz­kich oczu. Gdy wró­ciła, dok­tor Cantú chciał prze­ba­dać dziecko.

Nie pozwo­lili mu zbli­żyć się do trzy­ma­nego przez sta­ruszkę zawi­niątka, zanim nie zało­żył gru­bych skó­rza­nych ręka­wi­czek, nale­żą­cych do jed­nego z najem­ni­ków: "Wie pan, dok­to­rze, psz­czoły są wszę­dzie". Gdy odwi­nął tobo­łek, zro­zu­miał, o co im cho­dziło: po ciałku nie­mow­lę­cia cho­dziły setki psz­czół. Nie wie­dział, co zro­bić, żeby owady spo­koj­nie odle­ciały, ale z pomocą przy­szła mu Reja. Zasta­na­wiał się, czy żądła psz­czół nie robiły na niej wra­że­nia z uwagi na grubą skórę, czy też po pro­stu wie­działa, że owady nie odważą się zro­bić jej krzywdy.

Nie­za­leż­nie od powodu ze sto­ic­kim spo­ko­jem zaczęła je strze­py­wać, by ich nie roz­ju­szyć.

Dziecko było uważne i spo­kojne, a dok­tor zdzi­wił się, gdy zaczęło wodzić wzro­kiem za ostat­nimi krą­żą­cymi wokół niego psz­czo­łami, które następ­nie wle­ciały do gniazda powie­szo­nego przez kogoś na dru­cie w kącie dachu. Zauwa­żył, że nie­za­wią­zana pępo­wina zaczęła krwa­wić, więc zało­żył na nią szew.

-?To dziecko zostało porzu­cone na pewną śmierć, Mora­les. Nawet nie pró­bo­wali tego ukryć: mogło się wykrwa­wić. Co wię­cej, ono powinno było się wykrwa­wić.

A jed­nak się nie wykrwa­wiło, choć można tego było ocze­ki­wać, jako że krew lała się z pępka jak z odkrę­co­nego węża. Wbrew wszel­kiej logice nie użą­dliła go ani jedna psz­czoła. Nie zostało też pożarte przez dzi­kie zwie­rzęta ani nie zmarło zosta­wione na pastwę żywio­łów. Ten zestaw oko­licz­no­ści tylko spo­tę­go­wał tajem­nicę, która już na zawsze miała spo­wi­jać Simo­no­pia.

-?Dziecko jest zadzi­wia­jąco zdrowe.

-?A usta, dok­to­rze? -?spy­tała zmar­twiona Beatriz.

Dolna szczęka była per­fek­cyj­nie ukształ­to­wana, nato­miast górna roz­sz­cze­py­wała się od kącika ust aż do nosa. Chło­piec nie miał gór­nej wargi, co obna­żało dzią­sła i brak pod­nie­bie­nia.

-?Dia­beł go poca­ło­wał -?rzu­cił ktoś z tłumu; był to Espi­ri­cu­eta.

-?Nic z tych rze­czy -?odparł dok­tor zde­cy­do­wa­nym tonem -?to tylko wada roz­wo­jowa. Cza­sami tak się dzieje, na przy­kład gdy dziecko rodzi się bez pal­ców albo ma ich za dużo. To smutne, ale natu­ralne. Oso­bi­ście nie mia­łem takiego przy­padku, ale widzia­łem to w książ­kach.

-?Da się z tym coś zro­bić?

-?Nie.

Tak miało już zostać, nie­za­leż­nie od tego, ile chłopcu uda się prze­żyć.

-?Takie dzieci nie żyją zbyt długo: umie­rają z głodu, bo nie potra­fią ssać, a gdy jakimś cudem im się to udaje, to zachły­stują się pły­nem, który dostaje się do ich dróg odde­cho­wych. Przy­kro mi. Wąt­pię, by prze­żyło dłu­żej niż trzy dni.

Zanim jesz­cze posłano po mleczną kozę lub jakąś kobietę gotową podzie­lić się pokar­mem, Fran­ci­sco roz­ka­zał przy­pro­wa­dzić ojca Pedra, bo jeśli dziecko miało umrzeć, to musiało zostać ochrzczone jak pan Bóg przy­ka­zał. Koza przy­była przed księ­dzem, więc nia­nia popro­siła, by podano jej kubek z odro­biną let­niego mleka i psz­cze­lego miodu, który zaczął ska­py­wać z gniazda. Zamo­czyła w tej mie­szance rąbek swo­jej chu­sty i wykrę­ca­jąc mate­riał, kro­pla po kro­pli przez ponad godzinę kar­miła dziecko, aż wresz­cie zasnęło.

Kiedy w końcu zja­wił się zzia­jany i obju­czony ole­jami oraz wodą świę­coną kapłan, aby ochrzcić i nama­ścić umie­ra­jące dziecko, ono było na nowo roz­bu­dzone i roz­dzia­wiało buzię w ocze­ki­wa­niu na kolejne słod­kie białe kro­ple, ska­pu­jące na jego język. Chło­piec był już umyty i odziany w ele­ganc­kie pie­luszki i białe szatki, które małe Mora­le­sówny miały na sobie w dniu wła­snego chrztu, a które Beatriz kazała wycią­gnąć ze skrzyni. Pośpiech był wska­zany, ponie­waż dziecko mogło umrzeć w każ­dej chwili, dla­tego nie prze­ry­wano kar­mie­nia nawet w trak­cie cere­mo­nii. W ten spo­sób Simo­no­pio, kro­pla po kro­pli, bia­łej i świę­co­nej, z nia­nią u jed­nego, a Fran­ci­skiem i Beatriz u dru­giego boku, miał ura­to­wać zarówno swoje ciało, jak i duszę.

8. Wojenne plony

8

Wojenne plony

Tam­tego dnia stra­cił wszyst­kie plony kuku­ry­dzy. Nie były nad­zwy­czaj obfite, ale udało mu się je uzy­skać pomimo zarazy. Aby je ura­to­wać, czu­wał przy nich jak przy kolej­nym dziecku. Cza­sami zda­wało mu się, że z czu­ło­ścią głasz­cze każdą poje­dyn­czą kolbę.

Ale mu je ode­brano. Przy­szli po nie już po zara­zie, już po tym, jak kuku­ry­dza została pod­lana, jak zdą­żyła doj­rzeć i jak, miękką i soczy­stą, zebrano ją pod palą­cym kwiet­nio­wym słoń­cem, które cza­sami -?jak wła­śnie wtedy -?daje się we znaki bar­dziej niż w lipcu. Przy­szli po nią, gdy wszyst­kie kolby leżały już w skrzyn­kach, gotowe, by wyru­szyć na pobli­skie i bar­dziej odle­głe tar­go­wi­ska.

-?To dla woj­ska -?powie­dzieli, nim obró­cili się na pię­cie.

Fran­ci­sco Mora­les nie miał innego wyj­ścia, niż przy­glą­dać się, jak zni­kają po zała­do­wa­niu peł­nych skrzy­nek na wozy, i w mil­cze­niu poże­gnać wszyst­kie owoce wło­żo­nego w tam­tym sezo­nie wysiłku.

"Ale to dla woj­ska", pocie­szał się z sar­ka­zmem, nale­wa­jąc sobie whi­sky. Jemu nie zosta­wili choćby kolby na kola­cję. Ani zła­ma­nego gro­sza na nowe ziarna. To dla woj­ska, ow­szem, ale dla któ­rego?

Pomy­ślał, że w tej woj­nie woj­sko jest tak naprawdę jedno, choć cią­gle wyska­kują z niego nowe ele­menty, jak w drew­nia­nej lalce w kształ­cie krę­gla, którą rosyj­ski kolega poka­zał mu na uczelni.

-?Nazywa się matrioszka. Otwórz ją -?powie­dział Rosja­nin.

Zauwa­żył, że lalka ma pośrodku nie­zau­wa­żalne prze­cię­cie. Pocią­gnął i ją otwo­rzył. Z zasko­cze­niem odkrył, że w środku znaj­duje się iden­tyczna laleczka. A potem kolejna i kolejna, każda coraz mniej­sza, aż doli­czył się dzie­się­ciu.

Tak wyobra­żał sobie woj­sko -?czy też woj­ska -?bio­rące udział w tej rewo­lu­cji: z jed­nego powsta­wało kolejne, a potem jesz­cze następne; wszyst­kie łączyło prze­ko­na­nie, iż repre­zen­tują naród, a co za tym idzie, że mają prawo tra­to­wać wszystko, co uznają za sto­sowne. Zabi­jać każ­dego, kogo uznają za sto­sowne. Ogło­sić zdrajcą narodu, kogo uznają za sto­sowne. Za każ­dym razem gdy woj­ska prze­ta­czały się przez jego tereny, Fran­ci­sco odno­sił wra­że­nie, że -?zupeł­nie jak matrioszka -?stają się coraz mniej­sze, jeśli nie w sen­sie dosłow­nym, to cho­ciaż meta­fo­rycz­nym, bo uby­wało im wia­ry­god­no­ści i poczu­cia spra­wie­dli­wo­ści. Uby­wało im czło­wie­czeń­stwa.

Wojna zabrała im nie tylko tamte zbiory. Zabrała też ojca Beatriz, gdy jedno z owych wojsk zasko­czyło go w dro­dze do Mon­ter­rey i oskar­żyło o zdradę, która miała pole­gać na zapro­sze­niu na kola­cję gene­rała Felipe Ángelesa, przy­ja­ciela z mło­do­ści i nowego -?choć tym­cza­so­wego - guber­na­tora regionu, który był wro­giem odsu­nię­tego od wła­dzy pre­zy­denta Car­ranzy3.

Wojna zabrała im więc spo­kój, bez­pie­czeń­stwo, ufność i rodzinę, a przez Lina­res prze­ta­czały się bandy mor­der­ców i zło­dziei. Nie odpusz­czali żad­nej spód­niczce, jaką zna­leźli na swo­jej dro­dze. Brzyd­kiej czy ład­nej, sta­rej czy mło­dej, boga­tej czy bied­nej: nie robiło im to żad­nej róż­nicy.

Fran­ci­sco nie rozu­miał, jak takie rze­czy mogą się dziać w nowo­cze­snych cza­sach. Przy­pusz­czał, że w obli­czu wojny nawet nowo­cze­sność odcho­dzi w nie­pa­mięć.

Jego córki zaczy­nały dora­stać: były młode, ładne i bogate. Ze stra­chu, że któ­re­goś dnia ktoś może je upro­wa­dzić, Fran­ci­sco i jego żona posta­no­wili wysłać je do inter­natu pro­wa­dzo­nego przez zakon­nice. I choć dziew­czynki zna­la­zły schro­nie­nie w Mon­ter­rey, to ich rodzice czuli, jakby je stra­cili.

Pobór spra­wił, że zni­kali rów­nież męż­czyźni, jeśli nie udało się im w porę ukryć przed prze­cho­dzą­cymi tam­tędy woj­skami, bo te bez zbęd­nych pytań czy wyja­śnień zacią­gały ich do walki. Fran­ci­sco stra­cił w ten spo­sób dwóch parob­ków i ciężko mu było o tym zapo­mnieć, bo obu znał, odkąd byli led­wie dziećmi.

Pobór omi­jał takich jak on. W 1917 roku nazwi­sko i mają­tek jesz­cze coś zna­czyły. Ale choć wojna nie potrze­bo­wała go w cha­rak­te­rze żywej tar­czy, to krą­żyła wokół niego, pusz­czała do niego oko i mogła mu zabrać dużo wię­cej niż tylko kuku­ry­dzę, która zresztą pew­nie nie star­czyła na długo i nie była w sta­nie zaspo­koić upo­mi­na­ją­cej się o wszystko chci­wo­ści.

Teraz woj­ska chciały zagar­nąć zie­mie, takie jak te, które posia­dał. Zie­mia i wol­ność to były ich postu­laty. Wszy­scy wal­czyli o to samo, a on, ludzie tacy jak on, nie mieli gdzie się scho­wać przed krzy­żo­wym ogniem: nowa reforma rolna, któ­rej wszyst­kie stron­nic­twa bro­niły jak wła­snej, prze­wi­dy­wała dla nich wyłącz­nie utratę ziem i -?na mocy dekretu -?prze­ka­za­nie ich do użytku tym, któ­rzy jej łak­nęli, choć ni­gdy nie wylali na nią ani kro­pli potu i nie potra­fili jej zro­zu­mieć. Mieli ją posłusz­nie oddać, gdy ktoś zapuka do ich drzwi, tak samo jak w dniu zbio­rów: bez szem­ra­nia. W prze­ciw­nym wypadku cze­kała ich śmierć.

Z tego powodu nie odwa­żył się pro­te­sto­wać, gdy przy­szli po jego kuku­ry­dzę. Nawet repu­ta­cja nie mogła go uchro­nić przed otrzy­ma­niem kulki mię­dzy oczy. A za zbiory kuku­ry­dzy nie było warto umie­rać. Kochał odzie­dzi­czoną po przod­kach zie­mię, ale było coś, co cenił sobie jesz­cze bar­dziej: życie swoje i swo­jej rodziny. Czy jed­nak pozwo­liłby ode­brać sobie zie­mię z taką samą łatwo­ścią, z jaką oddał zbiory? Myślał o tym z przy­gnę­bie­niem.

Jak dotąd udało mu się jedy­nie roz­dy­spo­no­wać tereny na swój wła­sny spo­sób: nie­które z nich prze­pi­sał na zaufa­nych przy­ja­ciół. Ale i te środki nie wystar­czały. Nie było legal­nego spo­sobu, by zare­je­stro­wać pozo­stałe zie­mie na Beatriz lub na córki, więc duże poła­cie na­dal były zagro­żone wywłasz­cze­niem. To dla­tego sie­dział teraz w gabi­ne­cie, sącząc jedyną szkla­neczkę whi­sky, na jaką sobie pozwa­lał każ­dego dnia, choć tym razem wcze­śniej niż zwy­kle.

-?Fran­ci­sco?

Beatriz nie byłaby zachwy­cona wymówką: "Upi­jam się, bo prze­gra­łem, bo stracę wszystko i nie udało mi się zna­leźć wyj­ścia". Bo w jaki spo­sób można się uchro­nić przed kra­dzieżą w imię prawa?

-?...więc Anselmo chce je potrak­to­wać mydłem.

Wypije swoją whi­sky. Jedną. Jak zwy­kle. Będzie się nią delek­to­wał, nawet mając świa­do­mość, że tym razem nie znaj­dzie odpo­wie­dzi. Potem wsta­nie i uda się na prze­chadzkę po polach trzciny cukro­wej. Będzie się zmu­szać do każ­dego kroku. A jeśli zaj­dzie potrzeba, to pochyli się nad każdą poje­dyn­czą trzciną: to jedyne, co mu pozo­stało, by nie skoń­czyć pod kre­ską; by nie musieć ucie­kać się do...

-?...Simo­no­pia.

-?Co?

-?Mówi się "pro­szę". Jak to, "co"? Tego cię nauczyła mama? O czym tak roz­my­ślasz?

Zmę­czony ogro­mem odpo­wie­dzial­no­ści i nie­pew­no­ścią, pogrą­żony w defe­ty­zmie, który led­wie pozwa­lał mu zaj­mo­wać się bie­żą­cymi spra­wami i unie­moż­li­wiał reali­za­cję uprzed­nio poczy­nio­nych pla­nów, takich jak zwięk­sze­nie upraw, zatrud­nia­nie kolej­nych wie­śnia­ków, budowa nowych maga­zy­nów na narzę­dzia i zbiory czy posta­wie­nie bądź roz­bu­dowa domów pra­cow­ni­czych -?i zakup wyma­rzo­nego cią­gnika -?rów­nież zadał sobie pyta­nie, o czym tak roz­my­śla, po co traci tyle czasu, sie­dząc tutaj, i dla­czego nie ma ochoty na nic prócz szkla­neczki whi­sky.

Wie­dział, że choćby wszyst­kie zbiory się udały, choćby sprze­dał je w cało­ści za naj­lep­szą cenę, choćby nie roz­kra­dli ich zło­dzieje ani rząd nie zare­kwi­ro­wał ich dla woj­ska, to i tak cały wysi­łek mógł pójść na marne. Mogło skoń­czyć się tak, że będzie pra­co­wać tylko po to, by ktoś inny zebrał plony, by ktoś prze­jął jego wła­sność. Po co inwe­sto­wać w odzie­dzi­czone zie­mie czas, pie­nią­dze i wysi­łek, skoro nie wie­dział, do kogo będą nale­żeć za mie­siąc czy rok?

Może lepiej byłoby prze­pro­wa­dzić się do Mon­ter­rey i tam kupo­wać nie­ru­cho­mo­ści? Korzy­stać z tego, że córki są jesz­cze młode? Im też wojna zabrała, mię­dzy innymi, czas. Chciałby móc dać wię­cej swo­jej żonie i cór­kom; chciałby poświę­cić wię­cej czasu chłopcu, który poja­wił się w ich życiu.

Tego dnia odkrył z zasko­cze­niem, że ma czas. Tego dnia -?gdy poda­tek od kuku­ry­dzy wyniósł równe sto pro­cent -?wojna zabrała mu zaję­cie, ale dała czas. Poda­ro­wała mu prze­dziwny dzień z pustymi rękami, bez kuku­ry­dzy, o którą mógłby zadbać, bez towaru, który mógłby wydać lub wysłać. Posta­no­wił więc prze­stać się uża­lać. Tego dnia nie poświęci już ani chwili woj­nie ani refor­mie. Ani też utra­co­nej kuku­ry­dzy.

Whi­sky mogła zacze­kać na swoją zwy­kłą godzinę. Trzcina mogła zacze­kać na inspek­cję. Wyko­rzy­sta czas w inny spo­sób.

-?Fran­ci­sco, mówię do cie­bie!

-?Pro­szę, pro­szę, pro­szę. Tego nauczyła mnie mama -?powie­dział, odkła­da­jąc na stół na wpół opróż­nioną szklankę z whi­sky, i wstał, by objąć żonę i się do niej uśmiech­nąć, jak miał w zwy­czaju, gdy byli sam na sam.

-?Ech, Fran­ci­sco...

-?W takim razie... pro­szę?

-?Nie! Skończ z tym. Przy­szłam, żeby ci powie­dzieć, że Anselmo chce potrak­to­wać psz­czoły mydłem, by je zabić. Mówi, że są wysłan­nicz­kami dia­bła i tym podobne bzdury. Gada jak najęty. Prze­sta­łam już nawet rozu­mieć, co mówi.

-?Powiedz mu, że nie ma takiej moż­li­wo­ści.

-?Już mu to powie­dzia­łam! Naprawdę myślisz, że ten czło­wiek mnie słu­cha? Nie. Ty idź. Zosta­wi­łam biedną nia­nię Reję w fotelu, jak wyma­chi­wała laską. Jest wście­kła. Nawet otwo­rzyła oczy!

-?A Simo­no­pio?

-?Simo­no­pio zawsze znika, gdy poja­wia się Anselmo. Nie wiem, gdzie się chowa.

"Anselmo Espi­ri­cu­eta nie wyzbył się swo­ich prze­są­dów ani z cza­sem, ani po dłu­gich roz­mo­wach", pomy­ślał sfru­stro­wany Fran­ci­sco. Popa­trzył na whi­sky. Spoj­rzał na żonę, żału­jąc, że muszą porzu­cić roz­po­czętą już grę. Wojna i zie­mia zabie­rały mu czas, jaki miał dla Simo­no­pia, ale tego dnia będzie przy nim. Będzie bro­nił psz­czół chłopca, bo one nale­żały do niego, bo przy­był razem z nimi. I cho­ciaż Simo­no­piowi ni­gdy nie bra­ko­wało towa­rzy­stwa, a przy­brani rodzice o niego dbali, to Fran­ci­sco w trak­cie mono­ton­nych prze­jaż­dżek konno pomię­dzy jed­nym a dru­gim ran­czem odno­sił wra­że­nie, że to wła­śnie psz­czoły były głów­nymi opie­kun­kami chłopca. Wraz z ich śmier­cią umar­łaby jego cząstka. W pew­nym sen­sie zostałby osie­ro­cony.

Ponadto cho­ciaż stop­niowo zaczy­nały zaj­mo­wać cały dach szopy niani i nikt już nie miał odwagi skła­do­wać tam rze­czy, ni­gdy nikogo nie skrzyw­dziły. Nie­mal wszy­scy przy­zwy­cza­ili się, że zawsze latają wokół chłopca. Mogłoby się zda­wać, że inte­re­suje je tylko Simo­no­pio, a on może na nie liczyć. Życie, nawet mając je za towa­rzyszki, i tak będzie dla niego wystar­cza­jąco cięż­kie. Co miałby bez nich zro­bić?

Przy­były wraz z nim. Musiał być ku temu jakiś powód. Trzeba zosta­wić je w spo­koju.

-?Chodźmy.

Tego dnia musiał obro­nić Simo­no­pia i jego psz­czoły. Przyj­dzie jesz­cze dzień, w któ­rym znaj­dzie spo­sób, by obro­nić swoje zie­mie.