9. Pszczeli chłopiec
9
Pszczeli chłopiec
U stóp starej niani, a pod gniazdem troskliwych pszczół, Simonopio
nauczył się wodzić za nimi wzrokiem. Nawet gdy cały rój opuszczał
gniazdo o poranku, chłopiec potrafił je od siebie odróżnić i wyczekiwał
ich punktualnego powrotu pod wieczór. Nauczył się żyć rytmem pszczół i bardzo szybko zaczął oddalać się od materacyka, na którym go kładziono,
aby podążać śladami skrzydlatych towarzyszek w ogrodzie.
Wkrótce miał nadejść dzień, w którym pobiegnie za nimi poza jego granice
i poza widoczne z niego wzgórza.
Reja, która prędko wróciła na fotel i do dawnych zwyczajów, pilnowała go
w milczeniu, choć z uwagą. Nie karmiła go osobiście, ale już pierwszego
dnia wyraźnie dała do zrozumienia, że pszczelemu chłopcu należało dawać
kozie mleko z miodem, najpierw za pomocą ścierki, później łyżką, a następnie z kubka. Na początku nie pozwalała nikomu się do niego
zbliżyć, w obawie, że ktoś ze złymi intencjami zrobi mu krzywdę albo że
ktoś z dobrymi nakarmi go jak każde inne dziecko i maluch się udusi.
Jedynymi osobami mogącymi do niego podejść były Beatriz, niania Pola i praczka Lupita.
Reja nigdy nie dopuszczała tej pierwszej do karmienia chłopca. Beatriz
zawsze gdzieś się spieszyła: kiedy nie doglądała domu lub córek, brała
udział w wydarzeniach towarzyskich organizowanych przez lokalne kasyno.
Ponadto Reja wiedziała, że gdyby tylko na to pozwoliła, Beatriz
zaczęłaby wychowywać Simonopia w domu, wśród książek. A Simonopio się do
tego nie nadawał: był dzieckiem natury, dzieckiem gór. Był stworzony do
czytania życia, a nie książek. Gdy Beatriz chciała wziąć chłopca na
ręce, musiała podejść do bujanego fotela niani i zrobić to w jej
obecności.
Pola była stara i cierpliwa, a w Lupicie, choć młodziutkiej, Reja
wyczuwała dobroć, która pozwalała dziewczynie widzieć coś więcej niż
tylko dziurę w twarzy chłopca. Obie potrafiły bez pośpiechu karmić go aż
do ostatniej kropelki. Niania Pola i Lupita nie zabiłyby Simonopia ani
złymi, ani dobrymi intencjami.
I choć nikt więcej nie dostał pozwolenia, by się zbliżać do chłopca, to
on odkąd zaczął chodzić jak każde normalne dziecko, lgnął do ludzi,
zawsze uśmiechając się na swój własny sposób. Najbliższe otoczenie
Moralesów przestało się bać jego zdeformowanej twarzy i z czasem zaczęło
traktować Simonopia przyjaźnie i z czułością, niemal zapominając o naznaczającej go skazie. Przyjmowany był z radością, bo dzięki swojemu
przyjemnemu usposobieniu stanowił doskonałe towarzystwo podczas
wykonywania codziennych obowiązków.
Z biegiem lat stało się jasne, że choć chłopiec przeżył i opanował
sztukę jedzenia, to nigdy nie nauczy się mówić. Spółgłoski
przedniojęzykowe, tak powszechne, gubiły się w czeluściach jego ust. I choć potrafił wymówić dźwięki powstające głębiej, takie jak ń, k, g czy
h, oraz wszystkie samogłoski, to cierpliwość większości jego rozmówców
wyczerpywała się zbyt szybko. Jako że nie mieli problemów z mówieniem,
to bełkotliwe odgłosy, jakie mały Simonopio wydawał z siebie, aby ich
naśladować, krępowały ich tak samo jak słowa, które bez powodzenia
próbował z siebie wydobyć. Niektórzy, nie potrafiąc go zrozumieć,
myśleli nawet -?na jego wielkie nieszczęście -?że nie tylko ma
zdeformowaną twarz, ale także jest ograniczony umysłowo i nic nie
rozumie. "Biedny Simonopio", mówili z życzliwością. "Biedny Simonopio -
komentowali. -?Wpatruje się w swoje pszczoły, śmieje się sam do siebie,
nie potrafi mówić, coś tam podśpiewuje, niczego nie rozumie".
Jak bardzo się mylili.
Simonopio naprawdę chętnie zaśpiewałby piosenkę, którą Lupita próbowała
go nauczyć, ale wymówienie polną dróżką idzie mrówka, a tuż za nią
kroczy krówka wykraczało poza jego możliwości. Chętnie porozmawiałby z innymi o zasłyszanych piosenkach i zawartych w nich historiach o kobietach zarozumiałych i opuszczonych, o pracownicach kolei i karabinierkach. Chętnie poopowiadałby o swoich pszczołach i spytałby:
"Dlaczego ich nie słuchasz, skoro mówią także do ciebie?". Gdyby mógł,
mówiłby o pieśniach, jakie pszczoły śpiewają mu do ucha, o kwiecistych
wzgórzach, o odległych spotkaniach i o towarzyszkach, które nie wróciły
z dalekiej podróży, a także o słońcu, które choć mocno świeciło na
niebie, nazajutrz miało pokryć się burzowymi chmurami. Spytałby wtedy:
"Lupito, dlaczego wieszasz pranie, skoro chwilę później musisz ściągać
je pospiesznie, aby nie zmokło?", "Po co podlewacie rośliny, skoro jutro
będzie padać?". Chciałby spytać swojego ojca chrzestnego, dlaczego
zeszłej zimy nie zrobił nic, aby ochronić zbiory przed nocnymi
przymrozkami. "Nie czułeś, że nadchodzi mróz?". Jak miał rozmawiać o obrazach, które nieustannie przewijały mu się przed zamkniętymi oczami,
albo o przeszłych, teraźniejszych bądź przyszłych wydarzeniach, które
widział, choć nie brał w nich udziału? Co widzą inni, gdy zamykają oczy?
Dlaczego zamykają uszy, nos i oczy, skoro wokół tyle można usłyszeć,
wyczuć i zobaczyć? A może nikt inny tego nie słyszy albo nie słucha?
Jak poruszyć te wszystkie tematy, gdy usta nie są posłuszne sygnałom
wysyłanym przez rozum, gdy wydobywają się z nich wyłącznie nosowe
pomruki i skrzeczenie jak u gęsi? A skoro nie mógł, to tego nie robił.
Simonopio nauczył się, że nie warto wkładać ogromnego wysiłku w wypowiadanie najprostszych rzeczy, skoro i tak nikt go nie rozumie i nikogo to nie obchodzi.
I tak właśnie, u nieruchomych stóp starej niani siedzącej w fotelu
zwróconym w stronę drogi, która ich połączyła, Simonopio opanował sztukę
milczenia.
10. Niespełnione obietnice
10
Niespełnione obietnice
Beatriz Cortés zasiadała na przysługującym jej miejscu przewodniczącej
komitetu organizacyjnego dorocznego balu wydawanego przez kasyno w Linares z okazji Wielkiej Soboty. Przez długie miesiące upierała się, by
wznowić tradycję, która w młodzieńczych latach przyniosła jej tak wiele
radości. W czasach sprzed wojny doroczny bal był magnesem przyciągającym
przedstawicieli znamienitych rodów z Saltillo, Monterrey, Montemorelos i Hualahuises, którzy co roku zjawiali się jak jeden mąż. Przy okazji
głównego wydarzenia przez kilka dni organizowano również pomniejsze
spotkania na przeróżnych hacjendach lub ranczach gospodarzy z Linares.
Wszyscy świetnie się bawili: ci starsi, już z własnymi rodzinami,
odwiedzali przyjaciół z dzieciństwa, a ci młodsi poznawali się i -?jeśli
się im poszczęściło -?znajdowali miłość swojego życia.
Początkowo wiele dam z lokalnej socjety wzbraniało się przed organizacją
tego balu, ale Beatriz przekonała je, jak ważny jest powrót do starych
zwyczajów. "Nikt nie przyjedzie", mówiły. "Wszyscy boją się, że ktoś
zaatakuje ich po drodze. Nikt nie przyjedzie. Na co to komu?". Może
miały rację, ale Beatriz musiała spróbować. Ile czasu potrzeba, by
tradycja zanikła bezpowrotnie? Może nawet mniej niż te osiem lat, na
które ją zawieszono. A może jednak -?i na to liczyła -?wciąż dało się ją
ocalić.
I to właśnie Beatriz miała ożywić tradycję balu z okazji Wielkiej
Soboty. Musiała podjąć tę próbę dla swoich młodych córek. Bo jak dane
pokolenie może stanąć przed następnym, spojrzeć mu w oczy i powiedzieć:
"Pozwoliłem, by przepadła jedna z nielicznych rzeczy, jakie
niepodważalnie miałem przekazać ci w spadku"?
Beatriz nie była kobietą próżną. Nie chciała ratować muzyki czy pięknych
strojów, tylko poczucie przynależności kolejnego pokolenia, pokolenia
swoich córek, które niedawno musiała odesłać do Monterrey, by
kontynuowały naukę w szkole pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa.
Chciała uratować wspomnienia, do których Carmen i Consuelo miały prawo,
a także więzi, jakie powinny tworzyć za młodu, mieszkając w domu swoich
przodków.
Musiała udawać, że naprawdę organizuje ten bal, choć przecież jako
pierwsza wiedziała, że będzie to niemal niemożliwe: w regionie brakowało
zarówno jedzenia, jak i pieniędzy. Czasem kobieta musi podjąć próbę
ratowania samej siebie, a dla Beatriz Cortés de Morales organizacja
balu, członkostwo w nowo powstałym towarzystwie dobroczynnym, a także
wymyślanie i nadzorowanie wszelkiego rodzaju wydarzeń społecznych i charytatywnych w miasteczku były właśnie tym: ratunkiem. Nie mogła nic
zaradzić na niedostatek. Nie mogła zakończyć wojny ani powstrzymać
zabójstw. Mogła natomiast starać się pozostać przy zdrowych zmysłach, a jedynym znanym jej sposobem było rzucenie się w wir rodzinnych spraw,
opiekę nad potrzebującymi, bezustanne szycie oraz, a jakże, planowanie
dorocznego balu.
Choć zazwyczaj koncentrowała się na tym, co bezpośrednio dotyczyło jej
samej, teraz siedziała zamyślona i zastanawiała się nad ironią sytuacji:
tak zwany doroczny bal ostatni raz miał miejsce w 1911 roku, parę
miesięcy po wybuchu wojny. Ponadto miał odbyć się pod egidą kasyna w Linares, które wciąż nie miało własnej siedziby. Kiedyś snuto wielkie
plany, by postawić budynek wzorowany na Operze Paryskiej, przy głównym
placu w mieście. Towarzystwo Rekreacyjne w Linares zakupiło teren
sąsiadujący z katedrą św. Filipa w 1897 roku i pierwotnie zakładano, że
gmach będzie przewyższać swoją elegancją istniejące już kasyno w Monterrey, a przynajmniej mu dorównywać.
Ambicje były wielkie, plany rozbuchane, a projekty kosztowne, ale po
zakupie ziemi ze środków Towarzystwa Rekreacyjnego, od tamtej pory
zwanego kasynem w Linares, nagle temat ucichł. Początkowo zakładano, że
prace budowlane rozpoczną się w ciągu dwóch-trzech lat, ale nic z tego
nie wyszło: potem mówiono o kolejnych dwóch-trzech latach, ale i to nie
wypaliło. Już z mniejszym przekonaniem zakładano, że potrzebne są
kolejne dwa, może trzy lata. Później wybuchła wojna, a niepewność i brak
materiałów, produktów i pożywienia sprawiły, że członkowie kasyna w Linares byli zmuszeni ustalić priorytety zarówno w kwestiach
towarzyskich, jak i finansowych. Datki na wzniesienie budowli dla
socjety spadły na sam dół listy osobistych potrzeb.
W październiku 1918 roku, dwadzieścia jeden lat od założenia kasyna,
śmietanka towarzyska Linares nadal czekała na odpowiednią siedzibę. Za
każdym razem, gdy jej członkowie udawali się na mszę, do centrum czy na
zakupy, mijali pustą działkę, a Beatriz była przekonana, że niejeden
ubolewał nad niewykorzystaną przestrzenią. Wiedziała też, że większość
zrzeszonych nadal pielęgnowała w sobie poczucie niezrozumienia i braku
zgody na to, iż towarzystwo działające w sąsiednim i niegdyś nic
nieznaczącym mieście Monterrey stawiało już drugi budynek, lepszy i większy od poprzedniego, strawionego przez pożar w 1914 roku. Socjeta w Monterrey budowała kasyno już po raz drugi, podczas gdy w Linares nawet
nie rozpoczęto prac. To było dla niektórych prawdziwym ciosem. Czasem
Beatriz nawiedzały wątpliwości, czy może to któryś z członków
założycieli kasyna Linares był skrytym piromanem i postanowił podłożyć
ogień pod budzący zazdrość budynek w sąsiednim mieście, choć nigdy się z nikim tym nie podzieliła, bo niby po co?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Niebieskie dziecko, białe dziecko
1
Niebieskie dziecko, białe dziecko
Tamtego październikowego poranka płacz dziecka zlewał się z szumem
krążącego między drzewami chłodnego wiatru, śpiewem ptaków i pożegnalną
wrzawą nocnych owadów. Dobiegał z głębi gór, lecz urywał się zaledwie
kilka metrów od swojego źródła, jak gdyby jakieś czary nie pozwalały mu
docierać do ludzkich uszu.
Potem przez wiele lat opowiadano, jak to don Teodosio w drodze do pracy
na sąsiedniej hacjendzie na pewno musiał przejść obok biednego,
porzuconego niemowlęcia, nie słysząc najmniejszego hałasu, i jak to
Lupita, praczka Moralesów, przekroczyła most prowadzący do La Petaki w poszukiwaniu miłosnego napoju, nie zauważywszy niczego dziwnego:
"Przecież gdybym je usłyszała, to bym je wzięła, no bo nikt, choćby nie
wiem jak był okropny, nie zostawia tak nowo narodzonego dziecka, żeby
tam zmarło samiuteńkie", mówiła po południu każdemu, kto tylko chciał
jej słuchać.
To była prawdziwa zagadka. Czy ktoś w okolicy zaszedł ostatnio w niechcianą ciążę? Czyje było to nieszczęsne dziecko? Wieści o tego typu
historiach roznosiły się w miasteczku szybciej niż odra, więc gdyby
tylko ktoś o czymś wiedział, to zaraz zwiedzieliby się wszyscy. A jednak
w tym przypadku nikt nie miał o niczym pojęcia.
Pojawiły się wszelkiego rodzaju teorie, ale zbiorową wyobraźnię
najbardziej rozpalała ta, jakoby niemowlę należało do jednej z czarownic
z La Petaki. Było powszechnie wiadomo, że tamtejsze kobiety dość
swobodnie rozporządzały swoim ciałem, a gdy dziecko okazało się ułomne i dziwaczne -?kto wie, może to kara od Najwyższego lub od samego diabła -
matka wyrzuciła je pod mostem, pozostawiając na pastwę losu.
Nikt nie wiedział, jak długo dziecko leżało pod tym mostem, nagie i głodne. Nikt nie potrafił wyjaśnić, jak zdołało przeżyć na dworze i nie
wykrwawić się przez niezawiązaną pępowinę albo nie paść ofiarą szczurów,
drapieżnych ptaków, niedźwiedzi czy pum, których w tych górach nie
brakowało.
Wszyscy zastanawiali się również, jak to się stało, że niania Reja
odnalazła je, okryte żywym kocem utkanym z pszczół.
Reja zwykła spędzać swój niezmierzony czas w hacjendzie La Amistad w jednym i tym samym miejscu, przy pełniącej funkcję składziku szopie o prostej konstrukcji i pozbawionej okien, podobnej do wielu innych
postawionych na tyłach głównego domu, tak aby ukryć je przed wzrokiem
gości. Od pozostałych odróżniała ją jedynie pergola, dzięki której
staruszka mogła przebywać na świeżym powietrzu zarówno zimą, jak i latem. Ale ten szczegół był ledwie szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Reja nie wybrała tamtego miejsca, aby chronić się przed żywiołami, ale z powodu rozpościerającego się stamtąd widoku oraz wiatru,
przedzierającego się przez górski labirynt, sunącego ku niej i szumiącego dla niej.
Staruszka wybrała to miejsce wiele lat wcześniej, tak wiele, że oprócz
niej samej nie było żywej duszy pamiętającej dzień, w którym pojawił się
tam jej bujany fotel, albo chwilę, w której niania umościła się w nim na
zawsze.
Wszyscy byli przekonani, że niania nigdy się stamtąd nie rusza i podejrzewali, że w jej wieku -?którego nikt nie potrafił określić -
kości nie potrafią już podtrzymać ciała, a mięśnie odmawiają
posłuszeństwa. Było tak dlatego, że siedziała tam już o świcie, a fotel
bujał się delikatnie, poruszany raczej przez wiatr niż przez siłę jej
stóp. W nocy zaś nikt nie zauważał jej nieobecności, bo wszyscy skupiali
się na własnym odpoczynku.
Tak wiele spędzonych w bujanym fotelu lat sprawiło, że ludzie w miasteczku zapomnieli o jej historii i o tym, że jest żywą osobą: stała
się częścią krajobrazu i zapuściła korzenie w ziemi, na której się
bujała. Jej ciało zdrewniało, a skóra stała się twardą, ciemną i pomarszczoną korą.
Nikt, przechodząc obok, nie witał się z nią, tak jak nikt nie wita się
ze starym i umierającym drzewem. Nieraz dzieci przemierzały krótką drogę
z miasteczka w poszukiwaniu tej prawdziwej legendy i przyglądały się jej
z daleka, a czasem znalazł się nawet jakiś śmiałek, który podchodził do
niej, aby upewnić się, że naprawdę jest żywą kobietą, a nie drewnianą
figurką. I wtedy szybko okazywało się, że w tej korze były jeszcze
pokłady życia, bo -?nie otwierając nawet oczu -?wymierzała mu cios
laską.
Reja nie chciała być żadną ciekawostką; wolała udawać, że jest z drewna.
Wolała, by ją ignorowano. Czuła, że osiągnęła wiek, w którym -?z tym
wszystkim, co jej oczy widziały, jej uszy słyszały, jej usta
powiedziały, jej skóra doznała, a jej serce wycierpiało -?każdy miałby
już dość. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wciąż żyje i na co jeszcze
czeka, skoro nie jest już nikomu potrzebna, a jej ciało wyschło. Dlatego
właśnie wolała, by jej nie widziano i nie słyszano, by nie musiała mówić
i czuła najmniej, jak tylko się da.
Chociaż z tym czuciem nie do końca jej wychodziło.
Były jeszcze osoby, które Reja tolerowała w pobliżu; wśród nich
znajdowała się druga niania, Pola, która też najlepsze dni miała już
dawno za sobą. Tolerowała też małego Francisca, bo kiedyś, gdy jeszcze
pozwalała sobie na jakieś uczucia, kochała go mocno, a dziś ledwie
znosiła jego żonę Beatriz i ich córki. Tę pierwszą, bo nie miała ochoty
wpuszczać nikogo nowego do swojego życia, a te ostatnie, bo wydawały się
jej nieznośne.
Nikt od niej niczego nie potrzebował, a i ona nie miała nikomu już nic
do zaoferowania, bo starość stopniowo zaczęła ją zwalniać z obowiązków
służącej. Od lat nie zajmowała się pracami domowymi, więc zaczęła
wtapiać się w swój bujany fotel. Tak bardzo, że ciężko było odróżnić,
gdzie kończy się mebel, a gdzie zaczyna się jej zdrewniałe ciało.
Przed świtem wychodziła ze swojego pokoju i szła w stronę szopy, gdzie
pod pergolą czekał na nią fotel; tam zamykała oczy, aby nie widzieć,
oraz uszy, aby nie słyszeć. Pola zanosiła jej śniadanie, obiad i kolację, których niemal nie tykała, ponieważ jej ciało nie potrzebowało
już tyle pożywienia. Podnosiła się z fotela po wielu godzinach, gdy pod
zamknięte powieki dochodziło migotanie świetlików zwiastujące nadejście
nocy i gdy zaczynała czuć, jak fotel -?dużo bardziej tą ciągłą
bliskością zmęczony niż ona -?wymierza jej ciosy i ją podszczypuje.
Czasami otwierała oczy w drodze do łóżka. Nie musiała ich otwierać, by
widzieć. Następnie kładła się na pościeli, nie czując zimna, bo jej
skóra nie przepuszczała już nawet jego. Ale nie spała. Jej ciało już o wiele wcześniej przestało odczuwać potrzebę snu. Może dlatego, że w swoim życiu wykorzystała już jego limit, a może nie chciała zasnąć, bo
mogłaby się już nigdy nie obudzić, tego nie wiedziała. Od dawna o tym
nie myślała. Po kilku godzinach spędzonych w miękkim łóżku zaczynała
czuć ciosy i podszczypywania, jakimi mebel przypominał jej, że znów
nadszedł czas odwiedzić wiernego przyjaciela, swój bujany fotel.
Niania Reja nie wiedziała dokładnie, ile już lat spędziła na tym padole.
Nie znała swojego pochodzenia ani pełnego nazwiska, jeśli w ogóle ktoś
zadał sobie tyle trudu, by jej takowe nadać. I choć pewnie miała jakieś
dzieciństwo, to nie pamiętała ani jego, ani swoich rodziców -?jeśli ich
kiedykolwiek miała -?a gdyby ktoś powiedział jej, że wyrosła z ziemi
niczym drzewo orzechowe, to pewnie by mu uwierzyła. Nie pamiętała też
twarzy mężczyzny, który zrobił jej dziecko, choć zachowała w pamięci
jego plecy, jak odchodził od niej, zostawiając ją w chatce z badyli i błota, porzuconą na pastwę losu w zupełnie nieznanym świecie.
Tak czy inaczej, nie zapomniała silnego kotłowania w brzuchu, kłucia w piersiach i żółtawego słodkiego płynu, wypływającego z nich jeszcze
przed urodzeniem jedynego dziecka, jakie miała wydać na świat. Nie była
pewna, czy udało się jej zapamiętać jego twarz, bo niewykluczone, że
wyobraźnia płatała jej figle i łączyła rysy wszystkich dzieci, tych
białych i tych ciemnych, jakie wykarmiła w młodości.
Pamiętała wyraźnie dzień, w którym po raz pierwszy znalazła się w Linares, ledwie żywa z głodu i zimna, i jeszcze czuła w ramionach swoje
dziecko, które przyciskała mocno do piersi, by ochronić je przed
lodowatym styczniowym powietrzem. Nigdy wcześniej nie schodziła z gór,
nic więc dziwnego, że dopiero wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyła
tak wiele stojących obok siebie domów, przeszła się ulicą i przemierzyła
plac; wtedy również po raz pierwszy usiadła na ławce, na którą opadła,
gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
Wiedziała, że powinna poprosić o pomoc, ale nie miała pojęcia, jak to
się robi, bo gdyby chodziło tylko o nią, to nigdy by się na to nie
odważyła. Musiała to zrobić ze względu na trzymane w ramionach dziecko,
które już od dwóch dni nie chciało ssać piersi i nie płakało.
Tylko to sprawiło, że zeszła do miasteczka, na które czasami spoglądała
z oddali, z okien swojej górskiej chaty.
Bez wątpienia nigdy wcześniej nie czuła takiego zimna. Zapewne tak samo
jak mieszkańcy tego miejsca, bo nie spotkała nikogo, kto wyszedłby
mierzyć się -?jak ona -?z tym lodowatym powietrzem. Wszystkie domy
zdawały się jej niedostępne. Okna i drzwi były okratowane, a okiennice
zamknięte. Siedziała więc na ławeczce na placu, nie wiedząc, co robić,
coraz bardziej przemarznięta i zmartwiona stanem dziecka.
Nie wiedziała, ile czasu tam spędziła, i zapewne siedziałaby tam dłużej,
zmieniając się w końcu w posąg, gdyby nie miejscowy lekarz, który był
dobrym człowiekiem i zaniepokoił się widokiem tak zmarniałej kobiety.
Doktor Doria wyszedł z domu w taką pogodę, ponieważ pani Morales była
bliska śmierci. Dwa dni wcześniej, w obecności akuszerki, powiła swoje
pierwsze dziecko. Jej mąż posłał po niego nad ranem, ponieważ zatrwożyła
go trawiąca żonę gorączka. Musiał ją namawiać, aby wskazała, gdzie ją
boli: w piersiach. Infekcja objawiała się silnym bólem podczas
karmienia.
Zapalenie piersi.
-?Dlaczego pani nie powiedziała mi tego wcześniej?
-?Bo się wstydziłam, doktorze.
Teraz infekcja była już daleko posunięta. Dziecko nie przestawało
płakać; nie jadło już od ponad dwunastu godzin, gdyż jego matka nie była
w stanie go karmić. Doktor nie wiedział, że zapalenie piersi może być
śmiertelne, ale było jasne, że pani Morales umiera. Popielata skóra i chorobliwy błysk w oczach mówiły doktorowi, że świeżo upieczona matka
niedługo wyzionie ducha. Skonsternowany, wyszedł z panem Moralesem na
korytarz.
-?Muszę uzyskać pańską zgodę na badanie.
-?Nie, doktorze. Proszę tylko dać jej jakieś lekarstwa.
-?Jakie lekarstwa? Ona umiera, panie Morales, i musi mi pan pozwolić
ustalić tego przyczynę.
-?To pewnie przez mleko.
-?To pewnie przez coś innego.
Musiał go przekonać: obiecać mu, że tylko dotknie, ale nie spojrzy; albo
że tylko spojrzy, ale nie dotknie. W końcu mąż wyraził zgodę i nakłonił
umierającą, by dała doktorowi dotknąć swoich piersi, a co gorsza:
pokazać i pozwolić dotknąć podbrzusza czy krocza. Nie musiał niczego
dotykać: silny ból miednicy i ropna wydzielina zwiastowały rychły zgon.
Pewnego dnia uda się odkryć przyczyny śmierci w połogu i sposoby na jej
uniknięcie, ale dla pani Morales ten dzień miał nadejść zbyt późno.
Nie można już było nic zrobić, jedynie zadbać o komfort umierającej,
dopóki Bóg w końcu nie weźmie jej do siebie.
By uratować dziecko, lekarz posłał służącego Moralesów po kozę mleczną.
W tym czasie doktor Doria próbował karmić je przez zaimprowizowany
smoczek mieszanką wody i cukru. Niemowlę nie tolerowało jednak koziego
mleka, więc było skazane na powolną i okrutną agonię.
Doria zamartwiał się tym w drodze do domu. Pożegnał się z mężem i ojcem,
mówiąc, że nie może zrobić nic więcej.
-?Życzę dużo siły, panie Morales. Bóg wie, co robi.
-?Dziękuję, doktorze.
I właśnie wtedy, gdy wracał pieszo do domu, dostrzegł kobietę z czarnego
lodu, co już samo w sobie doktor Doria uznał za mały cud, ponieważ był
wykończony, przemarznięty i szedł ze spuszczoną głową. Zobaczył ją na
placu, siedzącą tuż przy tabliczce z brązu obwieszczającej, iż ławeczka
została ufundowana przez rodzinę Moralesów. Współczucie wzięło górę nad
zmęczeniem, więc podszedł do niej i spytał, co tu robi i czy nie
potrzebuje pomocy.
Mężczyzna mówił zbyt szybko, by Reja mogła go zrozumieć, ale odczytała
jego spojrzenie i zaufała mu na tyle, by udać się za nim do jego domu.
Już w cieple, Reja odważyła się uchylić rąbka i pokazać twarz dziecka.
Była niebieska i nieruchoma. Nie mogła powstrzymać jęku. Miejscowy
lekarz zrobił wszystko co w jego mocy, by je ożywić. Gdyby odrętwiała z zimna Reja mogła się odezwać, powiedziałaby mu, że to nie ma sensu. Ale
tylko zawodziła, znękana widokiem swojego niebieskiego dziecka.
Nie zorientowała się, kiedy doktor ją rozebrał, i nawet nie zdołała
sobie uświadomić, że po raz pierwszy w życiu jakiś mężczyzna nie zrobił
tego, aby się na nią rzucić. Pozwoliła się dotykać i badać, niczym
szmaciana lalka; reagowała jedynie wtedy, gdy lekarz muskał jej gorące
piersi, wielkie, nabrzmiałe i obolałe od nagromadzonego w nich mleka.
Potem pozwoliła się ubrać w cieplejsze i czyste ubrania, nie pytając
nawet, do kogo należą.
Gdy doktor wyszedł z nią na ulicę, pomyślała, że przynajmniej już nie
będzie jej tak zimno, gdy zostawi ją na tej samej ławeczce. Zdziwiła
się, gdy przeszli obok placu i poszli ścieżką prowadzącą aż do
najokazalszego domu w okolicy.
W środku panował mrok. Dokładnie taki, jaki czuła w sobie. Reja nigdy
wcześniej nie widziała ludzi tak białych, choć w ich spojrzeniu było coś
ponurego: bił z niego smutek. Posadzono ją w kuchni, ale nie podnosiła
wzroku. Nie chciała patrzyć na ich twarze ani wymieniać z nimi spojrzeń.
Chciała być sama, na powrót w swojej chatce z badyli i błota, choćby
miała tam umrzeć z zimna; chciała być sama tylko ze swoim smutkiem; nie
mogła znieść cudzych zmartwień.
Płacz noworodka dotarł najpierw do jej piersi świeżo upieczonej matki, a dopiero potem do jej uszu. Ciało reagowało tak za każdym razem, gdy jej
dziecko płakało z głodu, nawet gdy była za daleko, by je usłyszeć. Ale
przecież jej dziecko było niebieskie, prawda? A może lekarzowi udało się
je uratować?
Piersi nabrzmiewały coraz mocniej. Potrzebowała ulgi. Potrzebowała
dziecka.
-?Dziecka barkuje -?oznajmiła, a że nikt z obecnych w kuchni zdawał się
jej nie słyszeć, odważyła się powtórzyć głośniej: -?Dziecka barkuje.
-?Co mówi?
-?Że dziecka barkuje.
-?Ale co to znaczy, że barkuje?
-?Że brakuje jej dziecka -?powiedział lekarz, który wszedł z zawiniątkiem i podał je kobiecie. -?Jest bardzo słabe. Może nie będzie
dobrze jadło.
-?To moje?
-?Nie, ale też cię potrzebuje.
Potrzebowali siebie nawzajem.
Rozpięła bluzkę, przystawiła dziecko do piersi, a ono przestało płakać.
Gdy piersi zaczęły się powoli opróżniać, Reja poczuła ulgę i przyjrzała
się dziecku: to nie był jej syn. Zorientowała się od razu, bo odgłosy,
jakie wydawało podczas płaczu i karmienia, były całkiem inne. Tak samo
jak jego zapach. Jednak efekt był podobny: pragnęła pochylić się ku
niemu, by zatopić nos w dołeczku na jego szyi, ale pomyślała, że pewnie
nikt jej na to nie pozwoli, bo koniec końców o tym, że trzyma w ramionach cudze dziecko, dobitnie świadczył jego kolor. Jej syn z ciemnego stał się wyraźnie niebieski, natomiast żywo czerwona skóra tego
dziecka powoli zaczęła blednąć.
Wszyscy patrzyli na nią w milczeniu. Po kuchni rozchodził się jedynie
odgłos ssania.
Alberto Morales przysnął, czuwając przy umierającej. Po kilku dniach
wypełnionych jękami żony i nieprzerwanym płaczem noworodka pogodził się
z myślą, że dźwięki te były dowodem na to, że oboje jeszcze żyją.
Obudziła go nieznośna cisza: żona nie pojękiwała, a syn nie płakał.
Zaniepokojony, nie odważył się dotknąć małżonki i wybiegł w poszukiwaniu
dziecka.
W kuchni natknął się na służbę i doktora Dorię, zebranych wokół -?jak
podejrzewał -?ciała jego syna. Gdy go zauważyli, rozsunęli się.
I wtedy zobaczył swoje dziecko, przyssane do najciemniejszej piersi,
jaką kiedykolwiek widział.
-?Znaleźliśmy mamkę dla pańskiego syna.
-?Jest bardzo ciemna.
-?Ale jej mleko jest białe, jak być powinno.
-?To prawda. Czy z dzieckiem wszystko w porządku?
-?Z dzieckiem wszystko w porządku. Było tylko głodne. Proszę spojrzeć.
-?Doktorze, kiedy się obudziłem, moja żona leżała cicho -?powiedział
Morales.
I taki właśnie był koniec pani Morales.
Reję ominął proces żałoby, czuwanie, pogrzeb i lamenty. Dla niej pani
nigdy nie istniała, a czasem, gdy dziecko dawało jej chwilę wytchnienia
i przysłuchiwała się płynącemu z gór wezwaniu, zaczynała wierzyć, że ten
chłopiec, niezrodzony z jej ciała, został zrodzony z ziemi. Zupełnie jak
ona, dla której góry były jedynym wspomnieniem.
Ogarnęło ją coś znacznie silniejszego niż instynkt macierzyński, i w ciągu kolejnych lat w jej świecie istniało tylko i wyłącznie to dziecko.
Wyobrażała sobie, że podtrzymuje je przy życiu dla ziemi, tej daremnej
matki, dlatego nawet nie przeszło jej przez myśl, by odstawić je od
piersi, gdy wyrósł mu pierwszy ząb, ani nawet gdy miało już pełne
uzębienie. Mówiła tylko: "Dziecko, nie gryź". Jej mleko było pokarmem,
niosło pocieszenie i ukojenie. Gdy chłopiec płakał, dawała mu pierś; gdy
był nadąsany, hałaśliwy, przybity, smutny, wściekły, zasmarkany lub nie
mógł zasnąć, dawała mu pierś.
Mały Guillermo Morales korzystał z piersi niani przez sześć lat. Wszyscy
uważali, że skoro biedny chłopiec omal nie zmarł z głodu, nie można mu
było niczego odmawiać. Ale pewnego dnia w odwiedziny do nieszczęsnego
wdowca przybyły ciotki Benítez, które oburzyły się na widok uwieszonego
czarnej piersi służącej, będącego już niemal w szkolnym wieku dziecka, i wymogły na panu Moralesie, aby raz na zawsze z tym skończył.
-?Z głodu przecież nie umrze -?powiedziała jedna.
-?Toż to skandal, Alberto, to oburzające -?dodała druga.
Pod koniec wizyty dwie stare panny postanowiły wyświadczyć przysługę
zakłopotanemu ojcu i zabrać Guillerma na jakiś czas do Monterrey,
ponieważ uważały, że tylko w ten sposób chłopiec da sobie przemówić do
rozsądku i samodzielnie zaśnie. Jak dotąd, zawsze w takich przypadkach
niania Reja służyła mu piersią.
Reja została z pustymi ramionami i piersiami tak pełnymi, że kapały z nich krople mleka.
-?I co my z tobą zrobimy? -?pytały ją inne służące, zmęczone ścieraniem
pozostawianych przez nią strużek.
Nie wiedziała, co im odpowiedzieć. Wiedziała tylko, że barkowało jej
dziecka.
-?Ech, Reja: jak masz już tak łazić, to lepiej tego nie marnuj.
I tak zaczęto przynosić jej niedożywione dzieci lub sieroty, a także
podstawiać szklane butelki do napełnienia, bo im częściej karmiła
piersią, tym więcej mleka mogła zaoferować. Później wdowiec Morales
ponownie się ożenił z niejaką Maríą, młodszą siostrą swojej zmarłej
małżonki, dzięki czemu niania Reja dostała do wykarmienia jeszcze
dwadzieścioro dwoje dzieci.
Choć w kolejnych latach zawsze była widziana z jakimś dzieckiem u piersi, ze szczególną czułością wspominała Guillerma Moralesa: pierwsze
dziecko, dla którego była mamką, dziecko, które uratowało ją od
dojmującej samotności i dało jej życiu cel, mający przynosić satysfakcję
przez długi czas.
Oczywiście, kiedy Guillermo wrócił, wciąż był dzieckiem. Potem dorósł i założył własną rodzinę. Gdy odziedziczył hacjendę po śmierci ojca -
który padł ofiarą niczego innego, jak upływu czasu -?wraz z nią
odziedziczył nianię Reję, która zajęła się wykarmieniem jego własnych
dzieci, gdy te pojawiły się na świecie.
Dziwna sprawa, ojciec żywił się z tej samej piersi co jego dzieci. Lecz
gdy pojawiła się alternatywa -?poszukać innej mamki, by Reja mogła
odpocząć -?jego żona wyraźnie się temu sprzeciwiła: "Gdzie znajdziemy
lepsze mleko?". Nigdzie. Wtedy Guillermo się poddał, choć starał się
zbyt wiele o tym nie myśleć, i udawał, że nie pamięta, jak wiele czasu
sam spędził przy tej piersi.
Zmęczony panującym w centrum Linares zgiełkiem, Guillermo podjął
ekstrawagancką decyzję i postanowił opuścić rodzinną rezydencję przy
placu, aby przenieść się do hacjendy La Amistad, oddalonej o kilometr od
zabudowań miejskich. To tam zestarzała się Reja, a on zestarzał się
razem z nią, by w końcu umrzeć z powodu jakiejś zakaźnej choroby. I tak
jak poprzednio, gdy Francisco -?jedyny syn pozostały przy życiu po
epidemiach dyzenterii i żółtej gorączki -?odziedziczył po nim hacjendę,
wraz z nią dostał w spadku starą nianię Reję i jej bujany fotel.
Niania już nie karmiła córek Francisca i jego żony Beatriz. Czas w końcu
ją wysuszył, a ona nawet nie była zdolna spamiętać, ile okolicznych
dzieci przeżyło dzięki jej obfitości. Nie pamiętała też ostatniej białej
kropli, która wypłynęła po ściśnięciu piersi, ani ucisku, jaki pojawiał
się w nich jeszcze przed usłyszeniem płaczu głodnego dziecka.
Tamtego poranka, w październiku 1910 roku, mieszkańcy hacjendy obudzili
się jak każdego innego dnia, gotowi do codziennych zajęć.
Pola otworzyła oczy i nawet nie spojrzała w stronę łóżka swojej
współlokatorki. Po wielu dekadach dzielenia z nią pokoju wiedziała, że
niania Reja wychodzi i wraca bezszelestnie, nikogo nie uprzedzając. To
była jej rutyna. W hacjendzie zaczął się już harmider: parobkowie
przychodzili po narzędzia, by wyruszyć na pola trzciny cukrowej, a służba zaczęła wybudzać dom z nocnego spoczynku. Pola umyła się i ubrała. Poszła do kuchni, aby napić się kawy przed wyprawą do
miasteczka, gdzie w położonej przy placu piekarni miała kupić świeżo
upieczony chleb. Gdy skończyła swoją kawę z mlekiem, wzięła pieniądze,
zawsze zostawiane jej przez panią Beatriz w blaszanej puszce w kuchni.
Zapowiadał się słoneczny dzień, ale i tak musiała okryć się chustą, bo o tej godzinie i o tej porze roku powietrze po nocy nadal było zimne.
Wybrała najkrótszą drogę, jak każdego dnia, gdy udawała się do
miasteczka.
-?Już pani wychodzi, Polu? -?spytał Martín, ogrodnik, jak to również
miał każdego dnia w zwyczaju.
-?Tak, Martínie. Niedługo wracam.
Pola lubiła tę rutynę. Lubiła codzienne spacery po chleb. W ten sposób
poznawała najnowsze ploteczki z Linares i przyglądała się z oddali temu
chłopakowi, dziś już dziadkowi, który tak bardzo podobał się jej za
młodu. Szła w rytmie miarowego skrzypienia bujanego fotela, na którym
siedziała Reja. Lubiła chodzić wysadzaną ogromnymi drzewami drogą,
łączącą hacjendę z centrum miasteczka.
Gdy niania Reja jeszcze się odzywała, opowiedziała jej, że to wdowiec
Alberto Morales posadził te drzewa, gdy były ledwie gałązkami.
Po powrocie zaniesie starej niani śniadanie, jak zwykle.
Niania Pola zatrzymała się nagle, próbując sobie coś przypomnieć. A Reja? Jak każdego dnia, i dziś Pola przeszła obok czarnego fotela
bujanego. Już wiele lat temu przestała zagadywać do staruszki, ale
podtrzymywało ją na duchu to, że -?tak jak stare drzewa -?Reja zawsze
tam była, i że być może miała pozostać tam już na zawsze.
"A dziś? Czy widziałam ją, przechodząc obok?". Obróciła się.
-?Czegoś pani zapomniała, Polu?
-?Martínie, czy widziałeś nianię Reję?
-?A jak, siedzi w fotelu.
-?Jesteś pewien?
-?A niby gdzie miałaby być? -?powiedział Martín, starając się nadążyć za
szybkimi krokami niani Poli.
Gdy doszli na miejsce, zauważyli, że wcale jej tam nie ma, choć sam
fotel się bujał. Zaniepokojeni, udali się do pokoju, który współdzieliły
nianie.
Tam też jej nie znaleźli.
-?Martínie, biegnij spytać parobków, czy widzieli nianię Reję. Poszukaj
jej po drodze. A ja powiadomię panią Beatriz.
Beatriz nie zwykła budzić się tak wcześnie. Zaczynała swój dzień
dopiero, gdy wiedziała, że wszystko, co potrzebne, jest już gotowe:
chleb i kawa czekają na stole, ogrody są podlewane, a czyste ubrania
właśnie prasowane. Lubiła rozpoczynać poranki, przysłuchując się,
jeszcze w półśnie, jak mąż udaje się na ablucje, a potem rozbudzała się
i -?ciągle leżąc w pościeli -?odmawiała w spokoju różaniec.
Ale tamtego dnia w domu rodziny Morales Cortés nie było ani ablucji, ani
różańca, ani spokoju.
2. Echa miodu
2
Echa miodu
Urodziłem się pośród tej sterty otynkowanych i wymalowanych kamiennych
cegieł dawno temu, nieważne jak dawno. Ważne, że po wyjściu z łona matki
pierwsze, co poczułem, to leżące na jej łóżku czyste prześcieradła,
ponieważ miałem szczęście urodzić się we wtorek wieczorem, a nie w poniedziałek. Kobiety w mojej rodzinie od niepamiętnych czasów zmieniały
pościel we wtorki, jak wszyscy porządni ludzie. W tamten wtorek pościel
pachniała lawendą i słońcem. Czy to pamiętam? Nie, ale mogę to sobie
wyobrazić. Przez te wszystkie lata gdy mieszkałem z mamą, nie zauważyłem
u niej żadnych zmian w rutynie, przyzwyczajeniach czy sposobie, w jaki
należy robić rzeczy jak pan Bóg przykazał: we wtorki zmieniano lnianą
pościel, wypraną i wybieloną poprzedniego dnia, a następnie skropioną
wodą lawendową, wywieszoną na słońcu, a na koniec wyprasowaną.
Tak było w każdy wtorek jej życia, z jednym bolesnym wyjątkiem, ale ten
dopiero miał nadejść.
Mógł to być dzień moich narodzin, ale ja akurat urodziłem się we wtorek
jak każdy inny, dlatego wiem, czym pachniały prześcieradła tamtej nocy i jakie odczucia wywoływały w kontakcie ze skórą.
Choć tego nie pamiętam, w dniu moich narodzin dom roztaczał zwykłą woń.
Jego porowate cegły wchłonęły niczym gąbka przyjemne zapachy trzech
pokoleń pracowitych mężczyzn oraz lubiących porządek kobiet,
skrupulatnie dobierających olejki i mydła; przesiąkły aromatem
rodzinnych przepisów i ubrań gotowanych w białym mydle. W powietrzu
zawsze unosiła się woń robionych przez babcię mleczno-orzechowych
cukierków, jej przetworów i dżemów, tymianku i komosy, rosnących w ogrodowych doniczkach, a potem jeszcze pomarańczy, ich kwiatów i miodu.
W zakamarkach domu kryły się również śmiech i odgłosy -?ówczesnych i przeszłych -?dziecięcych zabaw, połajanek i trzaskania drzwiami.
Stawiałem stopy na tej samej mozaice z gliny, po której w dzieciństwie
najpierw chodził boso mój dziadek i jego dwadzieścioro dwoje rodzeństwa,
a później mój tata. Mozaika ta zdradzała wszelkie nocne psoty, ponieważ
jej nieubłagane klak alarmowało matkę o knowaniach potomstwa. Belki
trzeszczały bez wyraźnej przyczyny, drzwi skrzypiały, a okiennice
uderzały rytmicznie w ścianę nawet przy bezwietrznej pogodzie. Na
zewnątrz brzęczały pszczoły, a cykady osaczały nas swoją szaleńczą
pieśnią we wszystkie letnie wieczory, tuż przed zmrokiem, gdy
przeżywałem jeszcze ostatnie przygody danego dnia. O zachodzie słońca
najpierw zaczynała jedna, a potem w ślad za nią szły pozostałe, aż w końcu wszystkie raptownie cichły, zapewne przerażone nieuchronnym
nadejściem nocy.
Dom, w którym się urodziłem, żył. Gdy czasem w samym środku zimy
wydzielał zapach kwiatów pomarańczy lub w nocy rozbrzmiewały bezpańskie
śmiechy, nikt się nie bał: było to częścią jego natury, jego istoty.
Tata mówił mi, że w tym domu nie ma duchów: "Słyszysz jedynie
przechowywane przez niego echa, abyśmy pamiętali o tych, którzy kiedyś
tu mieszkali". Rozumiałem to doskonale. Wyobrażałem sobie dwadzieścioro
dwoje rodzeństwa mojego dziadka i harmider, jaki musiał wtedy panować,
więc uważałem za całkiem logiczne, że nawet po wielu latach można było
usłyszeć echa tych śmiechów rozchodzące się po niektórych kątach.
I tak jak podejrzewam, że w ciągu spędzonych tam lat ja również
pozostawiłem swoje własne echa -?wszak nie bez powodu mama mówiła mi:
"Ucisz się już, dziecko, nadajesz jak katarynka" -?tak i we mnie
pobrzmiewają echa tego domu. Noszę je w sobie do dziś. Jestem pewien, że
przechowuję w tkankach nie tylko mamę i tatę, ale także lawendę, kwiaty
pomarańczy, mamine prześcieradła, ostrożne kroki babci, prażone orzechy,
klak zdradzieckiej mozaiki, karmelizowany cukier, kajmak, szalone
cykady, zapachy starego drewna i terakoty. Składam się też z zielonych,
słodkich czy zgniłych pomarańczy; z miodu z ich kwiatów oraz z mleczka
pszczelego. Składam się ze wszystkiego, z czym w tamtych czasach
zetknęły się moje zmysły i ta część mózgu, w której przechowuję
wspomnienia.
Dziś, gdybym tylko mógł tam pojechać, zobaczyć dom i poczuć go na nowo,
zrobiłbym to.
Ale jestem stary. Dzieci, które mi pozostały -?a teraz nawet i wnuki -
podejmują za mnie decyzje. Już od wielu lat nie pozwalają mi prowadzić
samochodu czy wypełniać czeków. Mówią do mnie tak, jak gdybym ich nie
słyszał albo nie rozumiał. Muszę przyznać, że owszem, słyszę je, ale ich
nie słucham. Chyba nie mam na to ochoty. Przyznaję, że moje oczy nie
działają już tak dobrze jak kiedyś, że trzęsą mi się ręce, męczą mi się
nogi, a cierpliwość wyczerpuje się, gdy odwiedzają mnie prawnuki, bo
choć jestem stary, to nie niedołężny. Wiem, jaki jest dziś dzień, wiem
też, że obecnie wszystko jest koszmarnie drogie: nie podoba mi się to,
ale mam tego świadomość.
Wiem doskonale, ile będzie mnie kosztować ta podróż.
Nie jest też tak, że ze starości mówię do siebie, czy widzę rzeczy,
których nie ma. Jeszcze nie. Potrafię rozróżnić wspomnienia od
rzeczywistości, choć coraz bardziej pociągają mnie właśnie te pierwsze,
a nie ta druga. W zaciszu swojego umysłu analizuję, kto co powiedział,
kto się z kim ożenił, co zdarzyło się wcześniej, a co później. Na nowo
przeżywam to cudowne uczucie, jakie towarzyszyło mi, gdy kryłem się
wysoko w gałęziach drzewa orzechowego, wyciągałem rękę, zrywałem orzech
i rozłupywałem go najlepszym dziadkiem do orzechów, jakim kiedykolwiek
dysponowałem: własnymi zębami. Słyszę i czuję zapach oraz fakturę
rzeczy, które były i są częścią mnie, które kiełkują od środka. Gdy ktoś
obiera pomarańczę i dociera do mnie jej aromat, umysł przenosi mnie do
maminej kuchni albo do tatowego sadu. Kupne opakowania kajmaku
przypominają mi o niestrudzonych rękach babci, która spędzała długie
godziny, mieszając mleko z cukrem nad paleniskiem, tak by zbrązowiało,
ale się nie przypaliło.
Odgłosy cykad i pszczół, obecnie tak rzadko spotykane w mieście,
przenoszą mnie do czasów dzieciństwa, choć nie mogę już biegać. Ciągle
tropię zapach lawendy i wyczuwam go, nawet jeśli wiem, że nie jest
prawdziwy. Nocami, gdy zamykam oczy, słyszę klak mozaiki, trzeszczenie
belek i stukot okiennic, choć w moim miejskim domu nie ma obluzowanych
płytek, belek czy okiennic. Czuję się jak w domu, ale w tym, który
opuściłem w dzieciństwie. Tym, który opuściłem zbyt wcześnie. Nie czuję
się sam, i jestem z tego rad.
3. Pusty fotel
3
Pusty fotel
Beatriz Cortés de Morales miała zapamiętać ten październikowy poranek
1910 roku do końca życia.
Uporczywe pukanie do drzwi kazało jej myśleć, że pewnie na którymś z pól
trzciny cukrowej wybuchł pożar, dlatego opuściła ciepłe łóżko i poszła
otworzyć. Na progu stała zapłakana Pola: Reja zniknęła. Nie leży
przypadkiem w łóżku? Nie. A może jest w fotelu? Też nie. Gdzie jeszcze
staruszka mogła się podziewać?
Pewnie leży martwa, porzucona w jakichś krzakach.
Beatriz znała nianię Reję od zawsze, ponieważ Moralesowie i Cortésowie
byli sąsiadami i często wzajemnie się odwiedzali. I choć z przyszłym
mężem znała się przez całe swoje życie, zakochała się w nim, gdy miała
szesnaście lat, a Francisco Morales właśnie skończył inżynierię lądową
na Uniwersytecie Nôtre Dame i zaprosił ją do romantycznego tańca podczas
zabawy z okazji Wielkiej Soboty.
Odkąd zmarł jej teść, a Francisco odziedziczył po nim majątek, Beatriz
dzieliła z mężem wszystkie obowiązki, w tym opiekę nad staruszką, która
właśnie przepadła.
Moralesowie zmobilizowali pracowników hacjendy: jedni mieli popytać o nią w miasteczku, inni wyruszyć w chaszcze na poszukiwania.
-?A jeśli porwał ją niedźwiedź?
-?Znaleźlibyśmy jakieś ślady.
-?Dokąd miałaby pójść, skoro od przeszło trzydziestu lat nie rusza się z miejsca?
Na to pytanie nie było odpowiedzi. Musieli ją odnaleźć, żywą lub martwą.
Podczas gdy Francisco koordynował poszukiwania konne, Beatriz usiadła na
pustym fotelu niani, który zaskrzypiał pod jej ciężarem. Myślała, że to
będzie najlepsze miejsce do oczekiwania na wieści, ale prędko poprosiła
praczkę Lupitę, by przyniosła jej krzesło. Nieważne, jak bardzo się
starała, nie potrafiła ujarzmić nieprzystosowanego do jej kształtów
mebla.
Spędziła dłużące się godziny na własnym krześle, obok fotela niani,
który bujał się sam z siebie, już to przy podmuchach schodzącego z gór
wiatru, już to ze zwykłego przyzwyczajenia. Mati, kucharka, przyniosła
jej śniadanie, ale Beatriz nie miała apetytu. Mogła tylko patrzeć w dal.
Wypatrywać jakiegoś ruchu. Czegoś, co zakłóciłoby monotonny obraz pól
lub nieokiełznane i dziewicze piękno wzgórz.
Stamtąd rozciągał się piękny widok na góry i pola trzciny cukrowej.
Beatriz nigdy nie podziwiała go z tej perspektywy i teraz już rozumiała
zachwyt, jaki to miejsce budziło w niani. Ale po co miałaby wpatrywać
się nieustannie w bezkresne i nieruchome wzgórza? Po co miałaby wiecznie
obserwować tę samą ubitą ścieżkę, wplątaną w zbocza gór? Wreszcie czemu
tak uparcie przyglądała się z zamkniętymi oczami? Na co czekała?
Beatriz, która była kobietą praktyczną, doszła do wniosku, że niania
raczej nie odnajdzie się żywa. Dlatego w całym swoim pragmatyzmie
zaczęła snuć konkretne plany co do czuwania przy zwłokach ukochanej
niani: owiną ją białym lnianym prześcieradłem i złożą w trumnie z eleganckiego drewna, po którą zdążyła już posłać. Mszę odprawi ojciec
Pedro, a na pogrzeb najbardziej długowiecznej kobiety w regionie
zostanie zaproszone całe miasteczko.
Oczywiście bez ciała nie było mowy o czuwaniu. A czy można odprawić mszę
żałobną bez zmarłego?
Jeśli chodzi o bujany fotel, nie mogła się zdecydować, co powinna z nim
zrobić. Spalić, czy zmielić na trociny i rozsypać w przydomowym ogrodzie
albo umieścić te trociny w trumnie, przy nieboszczce. Mogli też po
prostu zostawić go tam, gdzie zwykle, na pamiątkę po ciele, które
zajmowało go przez tak długi czas.
Byłoby świętokradztwem, gdyby z przedłużenia jestestwa niani stał się na
powrót przedmiotem czyjegoś użytku. To nie ulegało wątpliwości.
Przyjrzała się uważnie staremu fotelowi; nigdy wcześniej nie widziała,
żeby był pusty. Nigdy go nie naprawiano ani nie zrobiono niczego, by
utrzymać go w dobrym stanie, a mimo to miał się całkiem nieźle. Nieco
skrzypiał przy bujaniu, ale zdawał się być odporny na czas i warunki
pogodowe, zupełnie jak jego właścicielka. Symbioza między fotelem a jego
posiadaczką była faktem, a Beatriz przypuszczała, że dopóki Reja będzie
żywa, dopóty mebel się nie zniszczy.
Nagle zauważyła z niepokojem, że ktoś biegnie ścieżką, wyznaczoną wśród
rosnącego na wzgórzach sitowia.
-?Co się stało, Martínie? Znaleźli ją?
-?Tak, proszę pani. Pan Francisco posłał mnie po wóz.
Beatriz patrzyła, jak Martín oddala się w pośpiechu w poszukiwaniu
transportu. "Znaleźli ciało", pomyślała i na przekór swojemu
praktycznemu umysłowi poczuła silny smutek. Choć niania Reja była
niespotykanie stara i można się było spodziewać, że wkrótce umrze,
wolałaby, żeby stało się to w innych okolicznościach: by odeszła
spokojnie, we własnym łóżku lub bujając się w fotelu. Nie w ten sposób,
być może zaatakowana przez jakieś zwierzę, sama i na pewno przerażona,
pozostawiona na pastwę żywiołów na ścieżce kręcącej się pośród wzgórz.
Taki kawał życia, a potem taki koniec.
Otrząsnęła się ze smutku: przed przybyciem ciała było tyle do zrobienia.
Gdy mężczyźni przyjechali załadowanym wozem, stało się jasne, że
wszystkie plany i przygotowania były zbędne: wbrew wszelkim
przewidywaniom niania wróciła żywa.
4. W cieniu anacahuity
4
W cieniu anacahuity
Francisco opowiadał później, że odnaleźli ją parobkowie, jakieś półtorej
mili od domu. Wrócili po niego, skonsternowani, bo gdy w końcu
zlokalizowali staruszkę, ta nie odpowiadała na ich pytania i nie chciała
ruszyć się z miejsca. Wtedy Francisco posłał po wóz, a następnie
osobiście udał się tam, gdzie znajdowała się niania Reja. Siedziała na
kamieniu z zamkniętymi oczami, bujając się w cieniu anacahuity. W ramionach trzymała dwa zawiniątka: jedno okutane w jej fartuch, a drugie
w chustę. Mężczyzna podszedł ostrożnie, by jej nie przestraszyć.
-?Nianiu Rejo, tu Francisco -?odważył się powiedzieć, gdy otworzyła
oczy. -?Co robisz tak daleko od domu? -?spytał, nie oczekując odpowiedzi
od staruszki, która zamilkła już wiele lat wcześniej.
-?Poszłam go odszukać -?odparła cicho, głosem zachrypniętym od starości
i długiego milczenia.
-?Kogo?
-?Płaczące dziecko.
-?Tu nie ma żadnych dzieci, nianiu -?odrzekł. -?Już nie.
W odpowiedzi Reja wskazała na zawiniątka.
-?Co tam jest? -?Francisco wziął pierwsze, owinięte w fartuch. Gdy je
odwinął, przestraszył się i wypuścił z rąk. W środku znajdowało się
gniazdo pszczół. -?Po co to wzięłaś, nianiu? Użądliły cię?
Po zderzeniu z ziemią nieliczne pszczoły znajdujące się w środku gniazda
wyleciały rozzłoszczone w poszukiwaniu winnych. Niektórzy parobkowie
rozbiegli się, ścigani przez owady, lecz te po kilku metrach przerwały
zgodnie swój wściekły pościg i zawróciły, jak gdyby ktoś wezwał je do
domu. Zawiniątko, które niania Reja wciąż trzymała w ramionach,
poruszyło się w chuście. Francisco i kilku robotników, którzy oparli się
pokusie ucieczki po pierwszym ataku rozjuszonych pszczół, wpadli w osłupienie. Tym większe, że staruszka przytuliła do siebie tobołek i zaczęła go kołysać, jak gdyby chodziło o dziecko.
-?Co tam jeszcze masz, nianiu?
Wtedy zawiniątko wybuchło płaczem i zaczęło się gwałtownie poruszać.
-?Jest głodne, to dziecko -?powiedziała niania Reja, nie przestając się
bujać.
-?Mogę je zobaczyć?
Gdy Francisco odwinął chustę, mężczyźni w końcu zobaczyli, co niania
trzymała w ramionach: było to niemowlę.
Cofnęli się z przerażenia. Niektórzy wykonali znak krzyża.
5. Tu wstążeczki, a tam wszy
5
Tu wstążeczki, a tam wszy
Nigdy nie pozostawiano mi większych złudzeń w kwestii tego, skąd się
biorą dzieci. Od zawsze wiedziałem, że bajeczka o bocianie była właśnie
tym, zwykłą bajeczką dla ciekawskich dzieciaków. Mama, w przeciwieństwie
do większości dam z epoki, nie ukrywała tego przede mną. "A ja cię tyle
godzin rodziłam", mówiła, kiedy dostawałem ataku szału, a gdy się jej
nie słuchałem, wypominała mi bóle porodowe. Czasami myślę, że gdyby
tylko mogła, to po tego typu moich wybrykach chętnie zrewanżowałaby się
za każdy skurcz.
Mama była dobrą kobietą. Naprawdę. Tyle tylko że nie potrafiła sobie
wytłumaczyć, skąd się wziąłem. Nie mam na myśli aspektów fizycznych:
była bardzo inteligentna i choć żyła w pruderyjnych czasach, to
wiedziała, że dzieci są konsekwencją małżeńskiej bliskości. Problem
polegał na tym, że gdy dowiedziała się o ciąży, już od dawna myślała, że
kwestie płodności jej nie dotyczą: moje dwie siostry wyszły już za mąż i uczyniły ją babcią. Moje późne pojawienie się w jej życiu było dla niej
wielką niespodzianką.
Dlatego łatwo zrozumieć osłupienie, w jakie wpadła, gdy dowiedziała się
o ciąży w czcigodnym wieku trzydziestu ośmiu lat. Wyobrażam sobie, jak
ciężko było jej przyznać się do swojego stanu przed moimi starszymi
siostrami. A jeszcze ciężej przed znajomymi z kasyna w Linares. Rozumiem
też jej rozpacz, gdy po odchowaniu dwóch dziewczynek gustujących we
wstążeczkach i koronkach trafił się jej chłopiec, taplający się w błocie
i przynoszący do domu wszy i ropuchy.
Tak więc urodziłem się, gdy mamie pisana już była rola babci. Bardzo
mnie kochała, a ja kochałem ją, ale mieliśmy nasze problemy. Pamiętam,
że skoro nie mogła mnie stroić w falbanki i kokardki, to upierała się,
bym wyglądał jak hiszpański paniczyk, i szyła dla mnie stosowne
wdzianka, choć nie miałem w sobie nic z paniczyka. Hiszpan też był ze
mnie żaden, choć mama niezmordowanie próbowała wciskać mnie w haftowane
stroje, kopiowane z najnowszych madryckich czasopism.
Ku jej przerażeniu zawsze byłem umorusany jedzeniem, ziemią albo psią,
krowią czy końską kupą. Zawsze miałem zdarte kolana, a moje jasne włosy
były sztywne i ubłocone. Zupełnie nie przeszkadzało mi też, że chodzę
zasmarkany. Chusteczka z wyszytymi inicjałami, którą zgodnie z życzeniem
matki codziennie wkładano mi do kieszeni, służyła mi do wszystkiego,
tylko nie do wycierania nosa. I choć już nie pamiętam, bo zapewne
wyrosłem z tego dość wcześnie, podobno wolałem jeść chrząszcze niż
przygotowywaną mi przez nianie -?z rozkazu mamy -?drobiową lub wołową
wątróbkę, po której miałem mieć rumiane policzki.
Teraz, gdy jestem już ojcem, dziadkiem i pradziadkiem, muszę przyznać,
że nie było łatwo przywołać mnie do porządku. A jeszcze trudniej było
mną manipulować.
Mama przez całe życie skarżyła się, że odkąd wreszcie nauczyłem się
mówić, do moich ulubionych zwrotów należały "nie", "ja sam" i "to
niesprawiedliwe"; że po postawieniu pierwszych kroków od razu zacząłem
biegać; że gdy zapanowałem już nad prędkością, potrafiłem wspiąć się na
dowolne drzewo. Krótko mówiąc, że miała ze mną krzyż pański. Czuła się
zbyt stara i uważała, że spełniła już swoje matczyne obowiązki,
wychowując dwie starsze córki, które były niemal idealne.
Mówiła, że ma swoje oczko w głowie, bo moja starsza siostra Carmen,
trzeba to przyznać, była prześliczna.W dzieciństwie mama kręciła jej
blond loki i puszyła się jak paw, gdy ludzie mówili, że dziewczynka
wygląda jak aniołek, jak laleczka, jak skarb. Gdy podrosła, złamała
serca połowie chłopców z miasteczka, najpierw wyjeżdżając do szkoły do
Monterrey, a potem wychodząc za mąż. I choć moja siostra milczała na ten
temat, to wiem, że wstydziła się, że nawet po ślubie i przeprowadzce
legenda o jej urodzie była wciąż żywa w Linares. Mama przez lata
przechowywała niezliczone listy pełne zapewnień o wiecznej miłości i pretensjonalne rymy od nieszczęśliwie zakochanych chłopców, wysłane do
Carmen zarówno przed jej ślubem, jak i po nim. Można było pomyśleć, że
listy były adresowane do mamy, bo przechowywała te stosiki papieru
niczym trofea, którymi chwaliła się przy każdej nadarzającej się okazji.
Mówiła też, że ma swoje uszko w głowie, bo druga z moich sióstr, choć
również ładna, wyróżniała się głosem. Mama kazała Consuelo śpiewać przed
każdym, kto odwiedzał nasz dom, a jej melodyjny tembr zawsze zbierał
pochwały.
-?Ma głos anioła! -?twierdzili wszyscy.
Nigdy nie słyszałem śpiewu aniołów, aczkolwiek podejrzewam, że była to
prawda: moja siostra miała głos anioła. Niewielu jednak wiedziało, że
krył się za nim diabelski temperament. Nawet w chwilach największego
uniesienia nie traciła swojego melodyjnego tonu, a każde zdanie brzmiało
jak istna poezja. Mogła powiedzieć: "Nawet się nie zbliżaj, wszawy
smarku, bo mi niedobrze", a do uszu mojej mamy i tak dochodziła anielska
muzyka.
-?Opowiadam mu bajkę -?odpowiadała zawsze, gdy mama pytała ją, co tam do
mnie mówi.
Miałem to gdzieś, bo Consuelo była tak naprawdę nieznajomą, nie
przystawała do mojego świata. Przez wiele lat widziałem w niej wiedźmę,
podobną do tych z bajek, więc było dla mnie jasne, że czarowała swoim
głosem, by wszyscy -?a szczególnie nasza mama -?uwierzyli w jej
życzliwość i anielską słodycz.
Byłem jedną z nielicznych osób, które opierały się jej wdziękom. Mama
nie rozumiała, dlaczego w trakcie wizyt mojej siostry nie padałem jej do
stóp. Nie pojmowała, jak mogłem wtedy znikać na cały dzień lub że
wolałem zatrzymywać się w domu Carmen, tej starszej, gdy wysyłali mnie z wizytą do Monterrey. "Przecież twoja siostra jest taka kochana, taka
urocza", mówiła mi często mama, by załagodzić lub naprawić nasze
relacje.
Mama uważała, że w rodzinie były dwa anioły i dziecko, czyli ja. Kiedy o mnie opowiadała, mówiła nieco przepraszającym tonem: "A to jest
dziecko". Albo: "To tylko chłopiec". Nigdy nie powiedziała o mnie, że
jestem czymkolwiek w jej głowie. A przecież bez przerwy do mnie
wzdychała. "O Boże", mówiła cały czas. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek,
gdy wpadałem na nią na korytarzu, patio, w salonie czy kuchni, nie
wydała z siebie głośnego westchnięcia. "O Boże", mówiła, lekko sapiąc.
"Popatrz na siebie, jakie ty masz włosy, a ile smarków, a to ubranie, a jakiś ty brudny, a jaki grubiański, a jaki zgrzany, o Boże, już jestem
na to za stara". Prędko zaczęła skracać te swoje westchnienia. Najpierw
zaczęła mówić "o Boże", potem już tylko "Boże", a później już nic nie
mówiła, tylko wzdychała.
Zawsze robiłem dużo hałasu i miałem piskliwy głos. Moje ciało było
idealnym przytuliskiem dla różnego rodzaju kleszczy, pcheł i wszy,
potrzebujących nowego domu, więc wszelkie mamine próby zapuszczenia
moich blond loków były nieskuteczne. Strzyżono mnie z konieczności.
Byłem łysy jak w hospicjum.
"O Boże!". Westchnięcie.
Gdyby oddano mnie pod wyłączną opiekę mamy, pewnie nosiłbym więcej
kokardek niż moje siostry. Okoliczności uchroniły mnie przed tym losem,
ponieważ tata, który jeszcze przed moimi narodzinami został dziadkiem i zaczął myśleć o przekazaniu ziem swoim zięciom, nie chciał pozwolić, aby
jego jedyny, choć późno przybyły syn był tchórzem. I choć wcześniej nie
wtrącał się do wychowania starszych córek, to odkąd zyskał męskiego
potomka, zaczął w tej kwestii konfrontować się z mamą. Dobrze wiedział,
że w naszej okolicy i w tamtych czasach nie było miejsca dla słabeuszy,
szczególnie w obliczu toczącej się wokół -?a czasem nawiedzającej nas -
wojny.
Te konfrontacje musiały być niezwykle trudne do zniesienia dla mamy,
którą zawsze miałem za nieustraszoną. Uwielbiała mojego tatę, co było
dość niezwykłe jak na tak dojrzałą, niemal czterdziestoletnią kobietę -
już babcię -?więc wolała odsunąć się nieco od spraw bezpośrednio
związanych z moim wychowaniem, by utrzymać spokój. Tato zaś nie miał ani
czasu, ani możliwości, by się mną zająć: po pierwsze, nie miał pojęcia,
co robić z niemowlęciem czy małym dzieckiem, a po drugie, całe dnie
spędzał na doglądaniu i obronie rancz hodowlanych w Tamaulipas i sadów w Nuevo León.
Mimo to mogłem liczyć na stałą opiekę. Niania Pola zostawiała mnie z kucharką Mati, która podrzucała mnie praczce Lupicie, a ta z kolei
przekazywała mnie ogrodnikowi Martínowi, który to po jakimś czasie
oddawał mnie w ręce troskliwego i wesołego Simonopia. Ten zaś nie
dzielił się mną z nikim aż do zmierzchu, gdy ktoś wychodził z domu i pytał, gdzie jest dziecko.
6. Skrzydła, które go otulają
6
Skrzydła, które go otulają
Pojawienie się Simonopia naznaczyło nas na zawsze i stanowiło punkt
zwrotny w historii naszej rodziny. Później miało też decydować o życiu
lub śmierci, choć to zrozumieliśmy dopiero z perspektywy czasu.
Tato do końca życia wyrzucał sobie swoją reakcję na jego widok.
Przypuszczam, że niezależnie od obycia w świecie, wykształcenia i inteligencji, nigdy nie przestał całkowicie wierzyć w przesądy krążące
po miasteczku, które sąsiadowało przecież z wioską czarownic. Zapewne
wytrąciły go też z równowagi wszystkie pozostałe wydarzenia tamtego
dnia: pusty fotel, zniknięcie niani, przeświadczenie o jej śmierci,
coraz szerzej zakrojone poszukiwania wśród otaczających hacjendę
krzewów; potem odnalezienie staruszki, jej słowa, wojowniczy rój
wylatujący ze skrywanego w zawiniątku gniazda; na koniec noworodek o zniekształconej twarzy, otulony chustą niani i żywą pierzynką z pszczół.
Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, zawsze tak istotne, to Simonopio -?jak
nazwano go pod naciskiem niani i mimo sprzeciwów ze strony moich
rodziców i księdza -?nie wywarł najlepszego z możliwych. Wieśniacy
prosili chlebodawcę, by porzucił to monstrum przy drodze, pod
anacahuitą.
-?Ażby się wola Boża wypełniła, patrón1, bo to pomiot
diabelski -?nalegał Anselmo Espiricueta.
W tamtej chwili mój tata już otrząsnął się z pierwszego wrażenia. Podjął
wysiłek godny człowieka światowego, obytego, wykształconego i inteligentnego, i zapomniał o przesądach, skupiając się na rozwiązaniu
zagadki.
-?To niedorzeczne, Espiricueto. Tutaj nie wierzymy w takie rzeczy -
powiedział, a następnie znów zaczął delikatnie podpytywać nianię.
Z niewielu wypowiedzianych przez nią słów Francisco dowiedział się,
gdzie i w jakich okolicznościach znalazła niemowlę. Nigdy jednak nie
udało mu się zrozumieć, jak to się stało, że staruszka wyruszyła w góry
i doszła aż do mostu, pod którym leżało dziecko. "Usłyszałam je", mówiła
tylko; "usłyszałam je". Wszyscy, zarówno ci przesądni, jak i wykształceni, wiedzieli, że z odległości kilku kilometrów nie da się
usłyszeć delikatnego kwilenia dziecka porzuconego pod mostem.
To była wielka zagadka, tym większa że don Teodosio i młoda praczka
Lupita zaprzeczyli, by widzieli je, przechodząc tamtędy nieco wcześniej.
I miała pozostać nierozwiązana. Jak to możliwe, że staruszka usłyszała
płacz? Nie było na to żadnej odpowiedzi. A przynajmniej żadnej
wiarygodnej.
-?Przecież ja nawet nie słyszę żony, jak mówi do mnie przy obiedzie -
mówił parobek Leocadio każdemu, kto chciał go słuchać.
Było jednak coś, czemu nie dało się zaprzeczyć: nieruchoma staruszka z drewna opuściła swój niewielki świat, aby udać się na ratunek
nieszczęsnemu dziecku, i zdołała przetransportować je wraz z gniazdem i jego skrzydlatymi towarzyszkami. Kiedy tata próbował odgonić wszystkie
pszczoły pokrywające ciałko noworodka, Reja mu na to nie pozwoliła.
-?Zostaw je, dziecko -?powiedziała, ponownie otulając maluszka.
-?Ale nianiu, one go użądlą.
-?Już dawno by to zrobiły.
Poirytowany, rozkazał mężczyznom, by wnieśli na wóz nianię Reję, która
kurczowo trzymała swój pakunek w obawie, że parobkowie jej go wyrwą i spełnią groźbę ponownego porzucenia dziecka.
-?Jest mój.
-?Jest twój, nianiu -?zapewnił tata -?i pojedzie z nami.
-?I gniazdo też.
Tata osobiście, niechętnie acz bardzo ostrożnie, przykrył je fartuchem,
by następnie wnieść je na wóz. I dopiero wtedy ruszyli z powrotem do
domu i do pustego bujanego fotela.
7. Kropla po kropli, białej i święconej
7
Kropla po kropli, białej i święconej
Francisco Morales daleki był od pewności, z jaką odpowiedział niani.
"Pojedzie z nami", rzekł. No dobrze, ale po co? "Co zrobimy z dzieckiem,
które już od samego początku zostało naznaczone piętnem?". Porzucenie
chłopca nie wchodziło dla niego w grę, ale słyszał głosy parobków, a w szczególności najnowszego z nich, Anselma Espiricuety, odmawiających
wejścia na wóz z tym noworodkiem. A to że diabeł złożył na nim
pocałunek, a to że ktoś się z diabłem ułożył, a to że pewnie to diabeł
we własnej osobie albo co najmniej kara boska. Głupie przesądy. Nie
wyobrażał sobie jednak, jak to dziecko z czeluścią zamiast ust mogło
przeżyć choć jeden dzień ani jak powinien zwalczać niemądre zabobony
wśród tych, którzy mieli zajmować się niemowlęciem niezależnie od tego,
jak długo przyjdzie mu żyć.
Gdy zbliżali się do miasteczka, odesłał Espiricuetę. Częściowo dlatego,
że ktoś musiał pójść po doktora Cantú, aby przebadał starą nianię i nieszczęsne dziecko, a częściowo by odsunąć go od chłopca i podenerwowanej już gromady. Nie chciał, by pracownicy jeszcze bardziej
podburzali się, słysząc apokaliptyczne przepowiednie południowca.
-?I nawet nie próbuj rozpuszczać tych plotek o pocałunku diabła, dobrze?
Dość tej gadki o czarnej magii. Niania znalazła dziecko, które
potrzebuje pomocy, to wszystko. Zrozumiałeś, Anselmie?
-?Sí, patrón2 -?odparł Anselmo Espiricueta, oddalając się
biegiem.
Gdy dotarł do miasteczka i zobaczył Juana, ostrzyciela noży, Anselmo nie
oparł się pokusie i wypaplał, oczywiście w zaufaniu, o swoim
przerażeniu, o niani, o pszczołach i o dziecku wiedźmy, a następnie
perorował o wszelkiego rodzaju złych przeczuciach, jakie wtedy przyszły
mu do głowy.
-?Jeszcze zobaczysz, że sprowadzi na nas nieszczęście.
I w taki właśnie sposób, jak to zazwyczaj bywa, jeszcze zanim Anselmo
odnalazł lekarza, całe Linares wiedziało już o przeklętym Simonopiu i o zgubie, jaką może sprowadzić na rodzinę Moralesów oraz całe ich
potomstwo.
Doktor Cantú, jak na poważnego i profesjonalnego człowieka przystało,
niezwłocznie odpowiedział na wezwanie Moralesów i nie zaprzątał sobie
głowy pytaniami zabobonnych głupców. Gdy wjechał na teren hacjendy,
zaskoczyła go stojąca na wozie trumna. Zrobiło mu się przykro: wcześniej
był przekonany, że w całej tej historii o staruszce i dziecku obeszło
się bez zmarłych.
Kiedy dotarł do domu, niania znajdowała się tam gdzie zwykle: umoszczona
w bujanym fotelu, otoczona rodziną i najwierniejszą służbą. Już samo to,
że starowinka wyrwała się z właściwego sobie marazmu, wydał mu się
cokolwiek zadziwiający. Nie mógł uwierzyć, że ktoś w tak zaawansowanym
wieku nagle wyrusza stromą ścieżką w poszukiwaniu przygód i że, co tym
bardziej zaskakujące, wraca bez widocznego uszczerbku. A jeszcze że
wróciła z gór z żywym dzieckiem w ramionach?
Jeśli Francisco Morales mówił, że tak było, nie miał powodu mu nie
wierzyć.
-?Kto umarł?
-?Nikt -?odparł Francisco.
-?To dla kogo ta trumna?
Odwrócili się i zobaczyli, że Martín i Leocadio trzymają ciężką skrzynię
w oczekiwaniu na instrukcje. Doktor był zaintrygowany, Francisco nic z tego nie rozumiał, a Beatriz się zlękła: trumna! Zupełnie zapomniała o przygotowaniach, jakie poczyniła po zniknięciu niani, gdy poleciła
Leocadiowi, aby udał się do miasteczka po trumnę. Teraz Francisco
patrzył na nią z zaskoczeniem.
-?Ech... To na wszelki wypadek.
Beatriz oddaliła się, aby poinstruować Martína, by szczelnie okrył
trumnę grubą plandeką i schował ją głęboko w szopie, z dala od ludzkich
oczu. Gdy wróciła, doktor Cantú chciał przebadać dziecko.
Nie pozwolili mu zbliżyć się do trzymanego przez staruszkę zawiniątka,
zanim nie założył grubych skórzanych rękawiczek, należących do jednego z najemników: "Wie pan, doktorze, pszczoły są wszędzie". Gdy odwinął
tobołek, zrozumiał, o co im chodziło: po ciałku niemowlęcia chodziły
setki pszczół. Nie wiedział, co zrobić, żeby owady spokojnie odleciały,
ale z pomocą przyszła mu Reja. Zastanawiał się, czy żądła pszczół nie
robiły na niej wrażenia z uwagi na grubą skórę, czy też po prostu
wiedziała, że owady nie odważą się zrobić jej krzywdy.
Niezależnie od powodu ze stoickim spokojem zaczęła je strzepywać, by ich
nie rozjuszyć.
Dziecko było uważne i spokojne, a doktor zdziwił się, gdy zaczęło wodzić
wzrokiem za ostatnimi krążącymi wokół niego pszczołami, które następnie
wleciały do gniazda powieszonego przez kogoś na drucie w kącie dachu.
Zauważył, że niezawiązana pępowina zaczęła krwawić, więc założył na nią
szew.
-?To dziecko zostało porzucone na pewną śmierć, Morales. Nawet nie
próbowali tego ukryć: mogło się wykrwawić. Co więcej, ono powinno było
się wykrwawić.
A jednak się nie wykrwawiło, choć można tego było oczekiwać, jako że
krew lała się z pępka jak z odkręconego węża. Wbrew wszelkiej logice nie
użądliła go ani jedna pszczoła. Nie zostało też pożarte przez dzikie
zwierzęta ani nie zmarło zostawione na pastwę żywiołów. Ten zestaw
okoliczności tylko spotęgował tajemnicę, która już na zawsze miała
spowijać Simonopia.
-?Dziecko jest zadziwiająco zdrowe.
-?A usta, doktorze? -?spytała zmartwiona Beatriz.
Dolna szczęka była perfekcyjnie ukształtowana, natomiast górna
rozszczepywała się od kącika ust aż do nosa. Chłopiec nie miał górnej
wargi, co obnażało dziąsła i brak podniebienia.
-?Diabeł go pocałował -?rzucił ktoś z tłumu; był to Espiricueta.
-?Nic z tych rzeczy -?odparł doktor zdecydowanym tonem -?to tylko wada
rozwojowa. Czasami tak się dzieje, na przykład gdy dziecko rodzi się bez
palców albo ma ich za dużo. To smutne, ale naturalne. Osobiście nie
miałem takiego przypadku, ale widziałem to w książkach.
-?Da się z tym coś zrobić?
-?Nie.
Tak miało już zostać, niezależnie od tego, ile chłopcu uda się przeżyć.
-?Takie dzieci nie żyją zbyt długo: umierają z głodu, bo nie potrafią
ssać, a gdy jakimś cudem im się to udaje, to zachłystują się płynem,
który dostaje się do ich dróg oddechowych. Przykro mi. Wątpię, by
przeżyło dłużej niż trzy dni.
Zanim jeszcze posłano po mleczną kozę lub jakąś kobietę gotową podzielić
się pokarmem, Francisco rozkazał przyprowadzić ojca Pedra, bo jeśli
dziecko miało umrzeć, to musiało zostać ochrzczone jak pan Bóg
przykazał. Koza przybyła przed księdzem, więc niania poprosiła, by
podano jej kubek z odrobiną letniego mleka i pszczelego miodu, który
zaczął skapywać z gniazda. Zamoczyła w tej mieszance rąbek swojej chusty
i wykręcając materiał, kropla po kropli przez ponad godzinę karmiła
dziecko, aż wreszcie zasnęło.
Kiedy w końcu zjawił się zziajany i objuczony olejami oraz wodą święconą
kapłan, aby ochrzcić i namaścić umierające dziecko, ono było na nowo
rozbudzone i rozdziawiało buzię w oczekiwaniu na kolejne słodkie białe
krople, skapujące na jego język. Chłopiec był już umyty i odziany w eleganckie pieluszki i białe szatki, które małe Moralesówny miały na
sobie w dniu własnego chrztu, a które Beatriz kazała wyciągnąć ze
skrzyni. Pośpiech był wskazany, ponieważ dziecko mogło umrzeć w każdej
chwili, dlatego nie przerywano karmienia nawet w trakcie ceremonii. W ten sposób Simonopio, kropla po kropli, białej i święconej, z nianią u jednego, a Franciskiem i Beatriz u drugiego boku, miał uratować zarówno
swoje ciało, jak i duszę.
8. Wojenne plony
8
Wojenne plony
Tamtego dnia stracił wszystkie plony kukurydzy. Nie były nadzwyczaj
obfite, ale udało mu się je uzyskać pomimo zarazy. Aby je uratować,
czuwał przy nich jak przy kolejnym dziecku. Czasami zdawało mu się, że z czułością głaszcze każdą pojedynczą kolbę.
Ale mu je odebrano. Przyszli po nie już po zarazie, już po tym, jak
kukurydza została podlana, jak zdążyła dojrzeć i jak, miękką i soczystą,
zebrano ją pod palącym kwietniowym słońcem, które czasami -?jak właśnie
wtedy -?daje się we znaki bardziej niż w lipcu. Przyszli po nią, gdy
wszystkie kolby leżały już w skrzynkach, gotowe, by wyruszyć na
pobliskie i bardziej odległe targowiska.
-?To dla wojska -?powiedzieli, nim obrócili się na pięcie.
Francisco Morales nie miał innego wyjścia, niż przyglądać się, jak
znikają po załadowaniu pełnych skrzynek na wozy, i w milczeniu pożegnać
wszystkie owoce włożonego w tamtym sezonie wysiłku.
"Ale to dla wojska", pocieszał się z sarkazmem, nalewając sobie whisky.
Jemu nie zostawili choćby kolby na kolację. Ani złamanego grosza na nowe
ziarna. To dla wojska, owszem, ale dla którego?
Pomyślał, że w tej wojnie wojsko jest tak naprawdę jedno, choć ciągle
wyskakują z niego nowe elementy, jak w drewnianej lalce w kształcie
kręgla, którą rosyjski kolega pokazał mu na uczelni.
-?Nazywa się matrioszka. Otwórz ją -?powiedział Rosjanin.
Zauważył, że lalka ma pośrodku niezauważalne przecięcie. Pociągnął i ją
otworzył. Z zaskoczeniem odkrył, że w środku znajduje się identyczna
laleczka. A potem kolejna i kolejna, każda coraz mniejsza, aż doliczył
się dziesięciu.
Tak wyobrażał sobie wojsko -?czy też wojska -?biorące udział w tej
rewolucji: z jednego powstawało kolejne, a potem jeszcze następne;
wszystkie łączyło przekonanie, iż reprezentują naród, a co za tym idzie,
że mają prawo tratować wszystko, co uznają za stosowne. Zabijać każdego,
kogo uznają za stosowne. Ogłosić zdrajcą narodu, kogo uznają za
stosowne. Za każdym razem gdy wojska przetaczały się przez jego tereny,
Francisco odnosił wrażenie, że -?zupełnie jak matrioszka -?stają się
coraz mniejsze, jeśli nie w sensie dosłownym, to chociaż metaforycznym,
bo ubywało im wiarygodności i poczucia sprawiedliwości. Ubywało im
człowieczeństwa.
Wojna zabrała im nie tylko tamte zbiory. Zabrała też ojca Beatriz, gdy
jedno z owych wojsk zaskoczyło go w drodze do Monterrey i oskarżyło o zdradę, która miała polegać na zaproszeniu na kolację generała Felipe
Ángelesa, przyjaciela z młodości i nowego -?choć tymczasowego -
gubernatora regionu, który był wrogiem odsuniętego od władzy prezydenta
Carranzy3.
Wojna zabrała im więc spokój, bezpieczeństwo, ufność i rodzinę, a przez
Linares przetaczały się bandy morderców i złodziei. Nie odpuszczali
żadnej spódniczce, jaką znaleźli na swojej drodze. Brzydkiej czy ładnej,
starej czy młodej, bogatej czy biednej: nie robiło im to żadnej różnicy.
Francisco nie rozumiał, jak takie rzeczy mogą się dziać w nowoczesnych
czasach. Przypuszczał, że w obliczu wojny nawet nowoczesność odchodzi w niepamięć.
Jego córki zaczynały dorastać: były młode, ładne i bogate. Ze strachu,
że któregoś dnia ktoś może je uprowadzić, Francisco i jego żona
postanowili wysłać je do internatu prowadzonego przez zakonnice. I choć
dziewczynki znalazły schronienie w Monterrey, to ich rodzice czuli,
jakby je stracili.
Pobór sprawił, że znikali również mężczyźni, jeśli nie udało się im w porę ukryć przed przechodzącymi tamtędy wojskami, bo te bez zbędnych
pytań czy wyjaśnień zaciągały ich do walki. Francisco stracił w ten
sposób dwóch parobków i ciężko mu było o tym zapomnieć, bo obu znał,
odkąd byli ledwie dziećmi.
Pobór omijał takich jak on. W 1917 roku nazwisko i majątek jeszcze coś
znaczyły. Ale choć wojna nie potrzebowała go w charakterze żywej tarczy,
to krążyła wokół niego, puszczała do niego oko i mogła mu zabrać dużo
więcej niż tylko kukurydzę, która zresztą pewnie nie starczyła na długo
i nie była w stanie zaspokoić upominającej się o wszystko chciwości.
Teraz wojska chciały zagarnąć ziemie, takie jak te, które posiadał.
Ziemia i wolność to były ich postulaty. Wszyscy walczyli o to samo, a on, ludzie tacy jak on, nie mieli gdzie się schować przed krzyżowym
ogniem: nowa reforma rolna, której wszystkie stronnictwa broniły jak
własnej, przewidywała dla nich wyłącznie utratę ziem i -?na mocy dekretu
-?przekazanie ich do użytku tym, którzy jej łaknęli, choć nigdy nie
wylali na nią ani kropli potu i nie potrafili jej zrozumieć. Mieli ją
posłusznie oddać, gdy ktoś zapuka do ich drzwi, tak samo jak w dniu
zbiorów: bez szemrania. W przeciwnym wypadku czekała ich śmierć.
Z tego powodu nie odważył się protestować, gdy przyszli po jego
kukurydzę. Nawet reputacja nie mogła go uchronić przed otrzymaniem kulki
między oczy. A za zbiory kukurydzy nie było warto umierać. Kochał
odziedziczoną po przodkach ziemię, ale było coś, co cenił sobie jeszcze
bardziej: życie swoje i swojej rodziny. Czy jednak pozwoliłby odebrać
sobie ziemię z taką samą łatwością, z jaką oddał zbiory? Myślał o tym z przygnębieniem.
Jak dotąd udało mu się jedynie rozdysponować tereny na swój własny
sposób: niektóre z nich przepisał na zaufanych przyjaciół. Ale i te
środki nie wystarczały. Nie było legalnego sposobu, by zarejestrować
pozostałe ziemie na Beatriz lub na córki, więc duże połacie nadal były
zagrożone wywłaszczeniem. To dlatego siedział teraz w gabinecie, sącząc
jedyną szklaneczkę whisky, na jaką sobie pozwalał każdego dnia, choć tym
razem wcześniej niż zwykle.
-?Francisco?
Beatriz nie byłaby zachwycona wymówką: "Upijam się, bo przegrałem, bo
stracę wszystko i nie udało mi się znaleźć wyjścia". Bo w jaki sposób
można się uchronić przed kradzieżą w imię prawa?
-?...więc Anselmo chce je potraktować mydłem.
Wypije swoją whisky. Jedną. Jak zwykle. Będzie się nią delektował, nawet
mając świadomość, że tym razem nie znajdzie odpowiedzi. Potem wstanie i uda się na przechadzkę po polach trzciny cukrowej. Będzie się zmuszać do
każdego kroku. A jeśli zajdzie potrzeba, to pochyli się nad każdą
pojedynczą trzciną: to jedyne, co mu pozostało, by nie skończyć pod
kreską; by nie musieć uciekać się do...
-?...Simonopia.
-?Co?
-?Mówi się "proszę". Jak to, "co"? Tego cię nauczyła mama? O czym tak
rozmyślasz?
Zmęczony ogromem odpowiedzialności i niepewnością, pogrążony w defetyzmie, który ledwie pozwalał mu zajmować się bieżącymi sprawami i uniemożliwiał realizację uprzednio poczynionych planów, takich jak
zwiększenie upraw, zatrudnianie kolejnych wieśniaków, budowa nowych
magazynów na narzędzia i zbiory czy postawienie bądź rozbudowa domów
pracowniczych -?i zakup wymarzonego ciągnika -?również zadał sobie
pytanie, o czym tak rozmyśla, po co traci tyle czasu, siedząc tutaj, i dlaczego nie ma ochoty na nic prócz szklaneczki whisky.
Wiedział, że choćby wszystkie zbiory się udały, choćby sprzedał je w całości za najlepszą cenę, choćby nie rozkradli ich złodzieje ani rząd
nie zarekwirował ich dla wojska, to i tak cały wysiłek mógł pójść na
marne. Mogło skończyć się tak, że będzie pracować tylko po to, by ktoś
inny zebrał plony, by ktoś przejął jego własność. Po co inwestować w odziedziczone ziemie czas, pieniądze i wysiłek, skoro nie wiedział, do
kogo będą należeć za miesiąc czy rok?
Może lepiej byłoby przeprowadzić się do Monterrey i tam kupować
nieruchomości? Korzystać z tego, że córki są jeszcze młode? Im też wojna
zabrała, między innymi, czas. Chciałby móc dać więcej swojej żonie i córkom; chciałby poświęcić więcej czasu chłopcu, który pojawił się w ich
życiu.
Tego dnia odkrył z zaskoczeniem, że ma czas. Tego dnia -?gdy podatek od
kukurydzy wyniósł równe sto procent -?wojna zabrała mu zajęcie, ale dała
czas. Podarowała mu przedziwny dzień z pustymi rękami, bez kukurydzy, o którą mógłby zadbać, bez towaru, który mógłby wydać lub wysłać.
Postanowił więc przestać się użalać. Tego dnia nie poświęci już ani
chwili wojnie ani reformie. Ani też utraconej kukurydzy.
Whisky mogła zaczekać na swoją zwykłą godzinę. Trzcina mogła zaczekać na
inspekcję. Wykorzysta czas w inny sposób.
-?Francisco, mówię do ciebie!
-?Proszę, proszę, proszę. Tego nauczyła mnie mama -?powiedział,
odkładając na stół na wpół opróżnioną szklankę z whisky, i wstał, by
objąć żonę i się do niej uśmiechnąć, jak miał w zwyczaju, gdy byli sam
na sam.
-?Ech, Francisco...
-?W takim razie... proszę?
-?Nie! Skończ z tym. Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że Anselmo chce
potraktować pszczoły mydłem, by je zabić. Mówi, że są wysłanniczkami
diabła i tym podobne bzdury. Gada jak najęty. Przestałam już nawet
rozumieć, co mówi.
-?Powiedz mu, że nie ma takiej możliwości.
-?Już mu to powiedziałam! Naprawdę myślisz, że ten człowiek mnie słucha?
Nie. Ty idź. Zostawiłam biedną nianię Reję w fotelu, jak wymachiwała
laską. Jest wściekła. Nawet otworzyła oczy!
-?A Simonopio?
-?Simonopio zawsze znika, gdy pojawia się Anselmo. Nie wiem, gdzie się
chowa.
"Anselmo Espiricueta nie wyzbył się swoich przesądów ani z czasem, ani
po długich rozmowach", pomyślał sfrustrowany Francisco. Popatrzył na
whisky. Spojrzał na żonę, żałując, że muszą porzucić rozpoczętą już grę.
Wojna i ziemia zabierały mu czas, jaki miał dla Simonopia, ale tego dnia
będzie przy nim. Będzie bronił pszczół chłopca, bo one należały do
niego, bo przybył razem z nimi. I chociaż Simonopiowi nigdy nie
brakowało towarzystwa, a przybrani rodzice o niego dbali, to Francisco w trakcie monotonnych przejażdżek konno pomiędzy jednym a drugim ranczem
odnosił wrażenie, że to właśnie pszczoły były głównymi opiekunkami
chłopca. Wraz z ich śmiercią umarłaby jego cząstka. W pewnym sensie
zostałby osierocony.
Ponadto chociaż stopniowo zaczynały zajmować cały dach szopy niani i nikt już nie miał odwagi składować tam rzeczy, nigdy nikogo nie
skrzywdziły. Niemal wszyscy przyzwyczaili się, że zawsze latają wokół
chłopca. Mogłoby się zdawać, że interesuje je tylko Simonopio, a on może
na nie liczyć. Życie, nawet mając je za towarzyszki, i tak będzie dla
niego wystarczająco ciężkie. Co miałby bez nich zrobić?
Przybyły wraz z nim. Musiał być ku temu jakiś powód. Trzeba zostawić je
w spokoju.
-?Chodźmy.
Tego dnia musiał obronić Simonopia i jego pszczoły. Przyjdzie jeszcze
dzień, w którym znajdzie sposób, by obronić swoje ziemie.