Brutal - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

King

Ze­msta jest słodka.

A przy­naj­mniej tak po­wia­dają. Po­ją­łem praw­dzi­wość tych słów do­piero wtedy, gdy wy­do­sta­łem się z po­tłu­czo­nego sa­mo­chodu, strze­pu­jąc z sie­bie odłamki szkła.

Nie­mal czu­łem smak ze­msty na ję­zyku, śli­ni­łem się w ocze­ki­wa­niu na mo­ment, w któ­rym będę mógł zdjąć z przed­ra­mie­nia skó­rzaną bran­so­letę i owi­nąć ją wo­kół szyi se­na­tora za to, że mnie oszu­kał.

Mi­nęło tylko kilka chwil, od­kąd za­bi­łem czło­wieka.

Ale już dawno nie czer­pa­łem z tego praw­dzi­wej przy­jem­no­ści.

Przez moje żyły pły­nęła tak po­tężna ad­re­na­lina, jak jesz­cze ni­gdy do­tąd. Jej ilość mo­głaby oży­wić trupa.

Na­pa­wa­łem się tym uczu­ciem. Ży­wi­łem nim.

Zu­peł­nie jak­bym pod­su­nął so­bie pod nos mi­skę bia­łego proszku i wcią­gał go tak długo, aż po­czu­łem się nie­zwy­cię­żony.

Jak pie­przony bóg.

I nie za­mie­rza­łem koń­czyć tego haju, do­póki nie na­pra­wię wszyst­kiego, co ze­psu­łem. Szkoda mi było każ­dego dupka, który bę­dzie mieć na tyle duże jaja, by sta­nąć mi na dro­dze.

To była chwila, gdy po raz pierw­szy go usły­sza­łem.

Preppy.

Czas po­ka­zać tym skur­wy­sy­nom, że za­darli z nie­wła­ści­wym dzie­cia­kiem po nie­wła­ści­wej stro­nie mia­sta. Głos Preppy'ego był tak wy­raźny w mo­jej gło­wie, jakby przy­ja­ciel stał tuż obok mnie.

Za­czy­nało mi od­bi­jać.

Gdy udało mi się wy­do­stać z lasu i do­trzeć do domu, za­uwa­ży­łem, że Bear wła­śnie zsiada ze swo­jego mo­to­cy­kla. Kiedy mnie uj­rzał, rzu­cił nie­do­pa­łek pa­pie­rosa na zie­mię. Ru­szył w moją stronę sta­now­czym kro­kiem, marsz­cząc czoło groź­nie i za­ci­ska­jąc pię­ści. Su­che źdźbła trawy chrzę­ściły pod jego sto­pami.

- Po­słu­chaj, su­kin­ko­cie. Nie chcia­łem, żeby do­szło do rę­ko­czy­nów, ale uwa­żam, że chu­jowo po­ra­dzi­łeś so­bie z tą sy­tu­acją. Ona za­słu­guje na coś lep­szego, o wiele lep­szego niż pie­przone kłam­stwa... - Bear za­marł, gdy za­uwa­żył, że by­łem po­kryty bło­tem i krwią. - A to­bie co się, kurwa, stało?

Ode­pchną­łem go i omi­ną­łem, igno­ru­jąc py­ta­nie. Po­bie­głem w stronę domu i prze­sko­czy­łem po trzy schody na­raz. Otwo­rzy­łem drzwi z taką siłą, że śrubki z gór­nego za­wiasu wy­le­ciały w po­wie­trze i wy­lą­do­wały na ganku.

- Zwier­zaczku! - za­wo­ła­łem. Ja­kaś część mnie wciąż wie­rzyła, że ona mimo wszystko zna­la­zła spo­sób, by zo­stać. Ale gdy tylko wsze­dłem do domu, po­czu­łem pustkę i nie mu­sia­łem już za­glą­dać do każ­dego po­koju. - Kurwa! - krzyk­ną­łem, pod­no­sząc w kuchni krze­sło. Rzu­ci­łem nim przez po­kój. Krze­sło roz­biło szklany sto­lik i za­trzy­mało się na cien­kiej gip­so­wej ścia­nie, w któ­rej po­ja­wiła się dziura wiel­ko­ści piłki bejs­bo­lo­wej.

Bear wszedł za mną do domu.

- Po­wiesz mi, co się stało, czy bę­dziesz da­lej ruj­no­wać ten dom? - za­py­tał. Prze­sze­dłem obok niego i skie­ro­wa­łem się do ga­rażu. Mu­sia­łem do­stać się do mo­jego mo­to­cy­kla i kilku in­nych rze­czy.

Ta­kich, które wy­ma­gały na­bo­jów.

- Nic ta­kiego. Wy­star­czy tylko torba na zwłoki, by to na­pra­wić.

Jedna ob­ręcz kaj­da­nek wciąż ota­czała mój nad­gar­stek, druga zwi­sała ni­żej. Łań­cuch po­kry­wała krew oszu­sta. Jak tylko ten skur­wiel zdechł, sa­mo­chód za­trzy­mał się na drze­wie, a ja wy­sia­dłem z niego przez przed­nie drzwi. Na szczę­ście du­pek miał w kie­szeni klu­czyki do kaj­da­nek.

- Ro­zu­miem - stwier­dził Bear. - A gdzie, do cho­lery, jest Doe? - W jego gło­sie usły­sza­łem opie­kuń­czy ton, który mi się nie spodo­bał, ale nie za­mie­rza­łem te­raz za­wra­cać so­bie tym głowy.

Zajmę się tym, gdy już od­zy­skam swoją dziew­czynę.

- Se­na­tor mnie oszu­kał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni wi­dzia­łem Doe, krzy­czała i ko­pała no­gami w po­wie­trzu, gdy za­bie­rał mnie wy­na­jęty mor­derca. - Wście­kłem się, gdy w my­ślach uj­rza­łem se­na­tora trzy­ma­ją­cego Doe. - Wy­ko­naj kilka te­le­fo­nów - na­ka­za­łem. - Do­wiedz się, do­kąd mo­gli ją za­brać.

- Kurwa - po­wie­dział Bear. Za­miast wy­cią­gnąć te­le­fon, po­chy­lił się i oparł ręce na ko­la­nach.

- Co tym ra­zem? - wark­ną­łem.

Bear chwy­cił się pal­cami za grzbiet nosa.

- Ist­nieje po­wód, dla któ­rego wró­ci­łem, stary. Poza tym, że chcia­łem ci sko­pać dupę za to, jak zje­ba­łeś sprawę z Doe. My­ślę, że za­nim za­czniesz roz­wią­zy­wać pro­blem przy uży­ciu kul, po­wi­nie­neś wie­dzieć, że to chyba nie se­na­tor chciał cię po­grze­bać - oznaj­mił, pro­stu­jąc się. Oparł się o ścianę i za­pa­lił pa­pie­rosa.

- A co to ma, kurwa, zna­czyć? To on ka­zał tam­temu czło­wie­kowi mnie aresz­to­wać. Oczy­wi­ście, że to był on.

Bear po­krę­cił głową.

- Fakt, on sta­nowi pro­blem, ale nie je­dyny. Nie­całe dwa­dzie­ścia mi­nut temu dzwo­nił Rage, a jak pew­nie wiesz, fa­cet ma oczy i uszy wszę­dzie. Mówi się, że sprawa z Isa­akiem jesz­cze nie jest skoń­czona. Na­wet w przy­bli­że­niu. - Prze­su­nął ręką po wło­sach, a po­piół z jego pa­pie­rosa spadł na dy­wan.

- Roz­wa­li­łem temu chu­jowi łeb na ka­wałki. Jak dla mnie wy­glą­dało to na skoń­czoną ro­botę - oznaj­mi­łem.

- Nie, nie cho­dzi o Isa­aca. On jest te­raz po­kar­mem dla ro­ba­ków. Cho­dzi o ko­goś, kto się wku­rzył, bo Isaac jest mar­twy, a w związku z tym nie może sprze­dać jego to­waru na Flo­ry­dzie. Ktoś, kto jest w sta­nie za­bić całe ro­dziny, by do­stać się do tego, kto za­lazł mu za skórę.

Ze­sztyw­nia­łem. Do­sko­nale wie­dzia­łem, o kim mó­wił.

- Eli.

- Tak, stary - po­twier­dził Bear. - I gdy­bym miał się za­ło­żyć, to sta­wiał­bym na to, że Eli chciał cię za­bić, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego ta­tu­sia se­na­tora.

Eli Mit­chell był osobą, któ­remu Isaac od­da­wał część pie­nię­dzy ze sprze­daży nar­ko­ty­ków. Cóż, a przy­naj­mniej do­póki ja, Preppy i Bear nie za­bi­li­śmy Isa­aca i nie wy­tłuk­ li­śmy jego gangu. Eli za­wsze no­sił oku­lary prze­ciw­sło­neczne w czar­nej oprawce i nie był wy­soki, nikt na­wet nie po­dej­rze­wałby go o po­łowę rze­czy, które robi na co dzień.

Kiedy chce się wy­ku­rzyć kró­lika z jego nory, trzeba rzu­cić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było za­bi­ja­nie każ­dego, kogo ko­cha­łeś, do­póki się mu nie po­ka­żesz. By wtedy mógł w końcu za­bić też cie­bie.

- Mam tajne in­for­ma­cje, na pod­sta­wie któ­rych są­dzę, że Eli wciąż prze­bywa w Miami, ale nie­długo zrobi ja­kiś ruch. Mój gang mo­to­cy­klowy ukrył się w oba­wie przed od­we­tem. Sta­ru­szek cho­ler­nie się wku­rzył.

- Naj­pierw Isaac, a te­raz ten pie­przony Eli - po­wie­dzia­łem. - Czy ja nie mogę mieć cho­ciaż chwili spo­koju? Cza­sami my­ślę, że le­piej by mi było, gdy­bym wciąż sie­dział w wię­zie­niu.

- Ro­zu­miem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie cho­dzi o sprawy mo­to­cy­kli­stów. Te­raz do­ty­czy to ca­łego kar­telu. To grub­sza sprawa, bar­dziej nie­bez­pieczna... Trzeba li­czyć się ze śmier­cią - stwier­dził Bear. - I nie mogę za­mknąć w na­szej kry­jówce Grace. Wiem, że ona jest dla cie­bie jak matka, bar­dziej niż była nią tamta suka, ale mój sta­ru­szek jest ostat­nio po­de­ner­wo­wany. Nie chce, żeby w klu­bie po­ja­wili się cy­wile, szcze­gól­nie w kry­jówce. Bę­dziemy mu­sieli zna­leźć dla niej ja­kieś bez­pieczne miej­sce na pe­wien czas. - Bear pa­trzył na mnie cały czas, gdy to mó­wił, i do­piero po chwili do­tarło do mnie, co miał na my­śli. - Nie mam ni­kogo bli­skiego, kto nie na­leży do klubu, ale ty zde­cy­do­wa­nie masz ta­kie osoby.

Doe.

- Kurwa! - krzyk­ną­łem i wtedy zro­zu­mia­łem, że nie mogę spro­wa­dzić jej do domu. Od­wró­ci­łem się i ude­rzy­łem pię­ścią w ścianę, prze­bi­ja­jąc się przez nią na drugą stronę. Po­czu­łem ból w ko­ściach w ca­łym ra­mie­niu, co i tak było o wiele lep­sze niż to, co czu­łem głę­biej. To było uczu­cie prze­gra­nej. - To moja wina, że Prep nie żyje. Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był po­zwa­lać mu za­kła­dać Bab­ci­nej Zie­larni. Po­wi­nie­nem był... - Prze­cze­sa­łem ręką włosy. Nie wie­dzia­łem, co jesz­cze mo­głem zro­bić. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy całe moje ży­cie było po brzegi wy­peł­nione smut­kiem, po­czu­ciem winy i szczę­ściem. Tak wiele rze­czy chciał­bym zmie­nić, gdy­bym mógł cof­nąć czas. My­śla­łem, że w ży­ciu bra­kuje mi tylko jed­nego: Max. Tylko że te­raz nie mia­łem Max, Doe... i Preppy'ego.

I co­kol­wiek bym zro­bił, ko­go­kol­wiek bym za­bił, Preppy już nie wróci.

- A więc jaki jest plan, stary? - za­py­tał Bear.

- Do­trzemy do niego, za­nim on do­trze do nas... I zro­bimy to jesz­cze dzi­siaj - po­wie­dzia­łem, strze­la­jąc pal­cami. Skoń­czyło się uża­la­nie nad sobą. Czas za­bić jesz­cze kilku lu­dzi.

- Od­ważny ruch - pod­su­mo­wał Bear.

- Może i tak, ale naj­pierw mu­szę się do­wie­dzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stam­tąd wy­cią­gnąć, ale mu­szę się z nią zo­ba­czyć. I po­wie­dzieć, co się dzieje.

Bear po­ki­wał głową.

- Mogę się do­wie­dzieć, gdzie ona jest. Prze­słać jej wia­do­mość - za­pro­po­no­wał.

Po­krę­ci­łem głową.

- Nie, tę wia­do­mość mu­szę do­star­czyć oso­bi­ście, bo tylko w ten spo­sób mnie wy­słu­cha.

- Ro­zu­miem. Na jej miej­scu od­ciął­bym ci jaja - po­wie­dział Bear. Spoj­rza­łem na niego groź­nie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że te­sto­wał resztki mo­jej cier­pli­wo­ści. - Do­wiem się, gdzie jest - wy­mam­ro­tał Bear, wy­cią­ga­jąc te­le­fon z kie­szeni. Zga­sił pa­pie­rosa w po­piel­nicy sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie i za­pa­lił ko­lej­nego. - To wszystko jest bar­dzo ry­zy­kowne, stary. Czy ty się może ude­rzy­łeś w głowę, czy coś?

Wy­sze­dłem na po­most i opar­łem się o ba­rierkę, wdy­cha­jąc słone nocne po­wie­trze.

- Wła­ści­wie to tak. Cier­pię na to samo, co mój zwier­za­czek.

- Czyli na co? - za­py­tał Bear, po­dą­żyw­szy za mną.

- Oboje za­po­mnie­li­śmy, kim by­li­śmy wcze­śniej.

Bear za­czął prze­szu­ki­wać kon­takty. Sły­sza­łem dźwięk po­łą­cze­nia, gdy przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

- A te­raz już pa­mię­tasz?

- Tak, przy­po­mnia­łem so­bie.

- I kim do­kład­nie je­steś? - za­py­tał Bear.

- Je­stem, kurwa, złym czło­wie­kiem. Zło­czyńcą.

ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Była m zszo­ko­wana.

Przy­tło­czona. Oszo­ło­miona. Nie mo­głam zna­leźć wła­ści­wych słów. Szczęka mi opa­dła.

"Szok" to naj­lep­sze okre­śle­nie tego, jak się czu­łam, gdy sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie.

Mia­łam w gło­wie mi­lion py­tań, ale nie mo­głam wy­do­być z sie­bie głosu, by za­dać cho­ciaż jedno.

I nie mo­głam się zmu­sić, by za­cho­wy­wać się uprzej­mie wo­bec dwóch męż­czyzn, któ­rzy po­da­wali się za moją ro­dzinę. Byli dla mnie ob­cymi ludźmi, któ­rzy wy­cią­gali broń, kiedy nie chcia­łam iść z nimi po do­broci.

No i do tego jesz­cze ten chłop­czyk z blond locz­kami i du­żymi nie­bie­skimi oczami, zu­peł­nie ta­kimi jak moje.

Chłop­czyk, który na­zwał mnie ma­mu­sią.

Od­kąd obu­dzi­łam się bez wspo­mnień, moje ży­cie przy­po­mi­nało se­rię po­pie­przo­nych wy­da­rzeń, które ra­zem two­rzyły jedną wielką plą­ta­ninę. Za każ­dym ra­zem, gdy by­łam na tyle głu­pia, by my­śleć, że uda mi się to roz­wią­zać, plą­ta­nina za­cie­śniała się bar­dziej, po­chła­niała mnie i wszystko do­okoła, aż znisz­czyła to, co po­ten­cjal­nie mo­gło być do­bre w moim ży­ciu.

Du­siła to w za­rodku.

To ża­ło­sne z ich strony, że przy­pro­wa­dzili tu chłopca. Tylko z jego po­wodu sie­dzia­łam te­raz oszo­ło­miona i mil­cza­łam, nie mo­gąc za­dać mi­liona py­tań. Ba­łam się, że go wy­stra­szę lub po­wiem coś złego i przez to dziecko bę­dzie mieć traumę do końca ży­cia.

Ci­sza w sa­mo­cho­dzie była nie­mal ogłu­sza­jąca. Nie wąt­pi­łam w to, że je­śli ktoś wy­star­cza­jąco wy­tę­żyłby słuch, usły­szałby moje zszo­ko­wa­nie. Z ulgą przy­wi­ta­łam dźwięk przy­spie­sza­ją­cych opon, gdy wje­cha­li­śmy na au­to­stradę.

Męż­czy­zna, który po­da­wał się za mo­jego ojca, sie­dział na fo­telu pa­sa­żera. Wy­da­wał się sztywny i zimny jak ka­mień. Jego gar­ni­tur nie miał ani jed­nego za­gnie­ce­nia czy plamy potu, a po­mimo upału i wil­got­nego po­wie­trza nie zdjął ma­ry­narki. Za­czy­na­łam my­śleć, że ten gar­ni­tur był od­ręb­nym, ży­ją­cym or­ga­ni­zmem. Wy­glą­dał zbyt do­sko­nale. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby oka­zało się, że w rę­ka­wach tego gar­ni­turu żył mały ko­smita, który kon­tro­lo­wał se­na­tora i to ubra­nie.

Na­gle roz­legł się dźwięk te­le­fonu.

- Price - wark­nął se­na­tor do apa­ratu. Wy­mam­ro­tał coś ci­cho, a na­stęp­nie wy­cią­gnął rękę i na­ci­snął ja­kiś gu­zik. Wtedy szyba od­dzie­la­jąca przed­nie i tylne sie­dze­nia unio­sła się.

Sie­dzia­łam jak naj­da­lej od chło­paka, który przed­sta­wił się jako Tan­ner.

I to był mój chło­pak.

A wła­ści­wie jej.

- Wiesz... - po­wie­dział do mnie szep­tem. W jego oczach po­ja­wił się ło­bu­zer­ski błysk. - ...spo­sobu, w jaki on od­biera te­le­fon, nikt nie na­zywa po­wi­ta­niem. - Zmu­si­łam się do uśmie­chu, a Tan­ner po­now­nie sku­pił wzrok za oknem.

Przez więk­szość go­dzin­nej jazdy ga­pi­łam się na niego, gdy mia­łam pew­ność, że nie pa­trzy, i pró­bo­wa­łam zmu­sić mój po­psuty mózg, by przej­rzał li­stę za­po­mnia­nych przeze mnie osób i od­na­lazł na­zwi­sko Tan­nera oraz moje uczu­cia do niego.

Wy­glą­dał do­brze, zu­peł­nie jak fa­cet z re­klamy pa­sty do zę­bów. Ale gdy na niego pa­trzy­łam, my­śla­łam tylko o tym, że wy­gląda na... mi­łego. I mimo że był w moim wieku, to na­dal mia­łam go tylko za chłopca.

I to wła­śnie było jedno słowo, któ­rego nie mo­głam użyć, by okre­ślić... Kinga.

Nie po­tra­fi­łam jesz­cze o nim my­śleć. Nie chcia­łam. Było zbyt wiele do prze­tra­wie­nia. Zdrada Kinga, jego aresz­to­wa­nie... Wo­la­łam o tym nie my­śleć. Ale kiedy pa­trzy­łam na Tan­nera, nie mo­głam po­wstrzy­mać się od po­rów­na­nia. Jego skóra była ja­sna i nie­wy­ta­tu­owana, był wy­soki i szczu­pły, miał syl­wetkę pły­waka. King był wy­ta­tu­owany, opa­lony, jego oczy za­wsze ci­skały bły­ska­wice, a ciało wy­glą­dało, jakby zo­stało wy­rzeź­bione pod­czas tre­nin­gów z sa­mym dia­błem.

Kiedy nie ga­pi­łam się na Tan­nera, wie­dzia­łam, że on pa­trzy na mnie, czu­łam na so­bie jego pa­lący wzrok. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy zer­ka­łam w jego stronę, on od­wra­cał twarz i uda­wał, że pa­trzy na coś in­te­re­su­ją­cego za oknem.

No i jesz­cze ten mały chłop­czyk.

To, że mia­ła­bym być jego matką, wy­da­wało mi się ab­sur­dal­nym żar­tem.

To zu­peł­nie nie­wia­ry­godne.

Ale co dziwne, chłop­czyk był je­dyną osobą w tym sa­mo­cho­dzie, która nie bu­dziła mo­ich wąt­pli­wo­ści.

Mój oj­ciec, chło­pak i syn. W sa­mo­cho­dzie sie­działa moja do­mnie­mana ro­dzina, a mimo to każda ko­mórka mo­jego ciała mó­wiła mi, że ro­dzina - z wy­jąt­kiem tego ma­łego - od­dala się ode mnie z każ­dym ki­lo­me­trem.

Cho­dziło mi o Kinga.

Może to wszystko było tylko kłam­stwem. Każdy naj­mniej­szy szcze­gół. King po­wie­dział, że mnie ko­cha - ale może to też było tylko kłam­stwem. Nie wie­dzia­łam, komu mam wie­rzyć.

Nie eg­zy­stuj. Za­cznij żyć, po­wie­dział kie­dyś.

A więc za­czę­łam żyć.

I ko­chać.

Gniew, który czu­łam do niego przez to, że mnie okła­mał, znik­nął na chwilę, gdy uj­rza­łam na twa­rzy Kinga roz­cza­ro­wa­nie, kiedy oka­zało się, że Max nie było w tam­tym sa­mo­cho­dzie.

A po­tem, gdy de­tek­tyw za­ło­żył mu kaj­danki, po­czu­łam ośle­pia­jącą wście­kłość.

Chcia­łam o niego wal­czyć. Pra­gnę­łam od­dać mu córkę. Da­ła­bym mu wszystko, co tylko w le­żało w mo­jej mocy, ale nie po­tra­fi­łam zro­bić nic, gdy od­gry­wała się przede mną ta okropna scena. Czu­łam się spa­ra­li­żo­wana, gdy de­tek­tyw za­ku­wał Kinga w kaj­danki. Ści­skało mnie w żo­łądku, kiedy wpy­chał go do swo­jego sa­mo­chodu, by za­wieźć do ja­kiejś celi bez okien.

Mó­wi­łam prawdę, kiedy oznaj­mi­łam se­na­to­rowi, że King mnie ura­to­wał. I nie cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przed Edem czy na­wet przed Isa­akiem.

Cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przede mną samą.

Ni­gdy nie spo­dzie­wa­łam się, że za­ko­cham się w Kingu. Moim po­ry­wa­czu, drę­czy­cielu, ko­chanku, przy­ja­cielu, moim ca­łym świe­cie.

Ale tak się stało.

Chło­piec śpiący na mo­ich ko­la­nach po­ru­szył się lekko. Jego od­dech ogrze­wał moją skórę przez ko­szulkę w miej­scu, gdzie jego nos był przy­ci­śnięty do mo­jego brzu­cha.

Mia­łam wiele py­tań. Tak wiele, że dzwo­niło mi w gło­wie go­rzej niż wtedy, gdy Nikki mnie po­strze­liła. Mia­łam ochotę wy­krzy­czeć je z pręd­ko­ścią po­ci­sków ka­ra­binu ma­szy­no­wego, ale nie chcia­łam wy­stra­szyć chłop­czyka o py­za­tych po­licz­kach, któ­rych do­ty­kały rzęsy, gdy spał. Prze­su­nę­łam dło­nią po jego mięk­kich krę­co­nych wło­sach, a on wes­tchnął przez sen z za­do­wo­le­niem.

- Nie do wiary, że to na­prawdę ty, Ray. My­śla­łem, że już ni­gdy cię nie zo­ba­czę, a mimo to sie­dzisz tu te­raz przede mną. Już so­bie mnie przy­po­mi­nasz? Albo jego? Co­kol­wiek? - za­py­tał Tan­ner z nie­cier­pli­wo­ścią w gło­sie. Unio­słam głowę, by na­po­tkać jego wzrok. Jego piękne, orze­chowe oczy były je­dy­nym, co pa­mię­ta­łam z tam­tego ży­cia. Wi­dzia­łam je w swoim śnie.

Po­krę­ci­łam głową.

- Pa­mię­tam tylko twoje oczy. Śni­łam o nich. Raz - przy­zna­łam.

- Hm, a więc o mnie śni­łaś, tak? - Tan­ner uniósł brwi su­ge­styw­nie. Szturch­nął mnie ra­mie­niem, a ja od­su­nę­łam się gwał­tow­nie, za­sko­czona tym na­głym do­ty­kiem. - Prze­pra­szam - po­wie­dział, gdy za­uwa­żył, że ze­sztyw­nia­łam. - To z przy­zwy­cza­je­nia.

- W po­rządku - oznaj­mi­łam, cho­ciaż nie by­łam pewna, czy po­wie­dzia­łam to szcze­rze. - Mu­szę za­py­tać cię o jedną rzecz.

Tan­ner spoj­rzał z mi­ło­ścią na chłopca le­żą­cego obok mnie.

- Pro­szę.

- Ile on ma lat? Po­wie­dzia­łeś, że mam osiem­na­ście lat. Kiedy to się stało? I jak?

- Jak? - Tan­ner za­śmiał się ner­wowo. - Cóż, Ray, gdy męż­czy­zna i ko­bieta bar­dzo się ko­chają... - Za­milkł, gdy za­uwa­żył, że się nie uśmie­cha­łam. - Prze­pra­szam, je­stem przy­zwy­cza­jony do tego, że czę­sto żar­to­wa­li­śmy. Je­steś je­dyną, która ro­zu­mie moje żarty. A wła­ści­wie by­łaś. - Tan­ner prze­su­nął ręką po krę­co­nych wło­sach i wes­tchnął. Za­czął sku­bać szwy na skó­rza­nych sie­dze­niach.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się na­gle przed du­żym dwu­pię­tro­wym do­mem o ró­żo­wych ścia­nach. Ga­nek pod­trzy­my­wały spi­ralne ko­lumny. Wo­kół licz­nie stały pla­sti­kowe fla­mingi, a w ogro­dzie znaj­do­wały się kra­snale o róż­nych roz­mia­rach. Do bu­dynku pro­wa­dził pod­jazd z ró­żo­wej kostki ukła­da­jący się w kształt wa­chla­rzy. Na traw­niku rów­nież stały pla­sti­kowe fla­mingi. Po­nadto po­sia­dłość ota­czały be­to­nowe fon­tanny, każda w in­nym stylu. Było ich około trzy­dzie­ści.

- To mój dom - oznaj­mił Tan­ner, otwie­ra­jąc drzwi. Za­brał chłop­czyka z mo­ich ko­lan, a serce skur­czyło mi się bo­le­śnie.

- Za­cze­kaj, do­kąd idziesz? - za­py­ta­łam na­gle spa­ni­ko­wana.

- To był dla niego długi dzień. Kie­dyś spę­dzał dużo czasu u cie­bie w domu, ale skoro znik­nę­łaś, za­miesz­kał ze mną - po­wie­dział Tan­ner. Mimo że nie pa­mię­ta­łam tego dziecka, to po­czu­łam się roz­cza­ro­wana, bo nie mógł ze mną po­je­chać. Tan­ner chyba wy­czuł moje emo­cje, bo do­dał: - Ale obie­cuję, że nie­długo wrócę. Jedź do domu i przy­zwy­czaj się do no­wego miej­sca, a po­tem do­koń­czymy roz­mowę.

Se­na­tor wy­siadł z sa­mo­chodu.

- Za­cze­kaj! - za­wo­ła­łam. Tan­ner ob­ró­cił się. - Jak on ma na imię? - Wska­za­łam na dziecko, które przy­tu­lało po­li­czek do ra­mie­nia Tan­nera. Nie obu­dził się, mimo lek­kich wstrzą­sów.

Tan­ner uśmiech­nął się.

- Sa­muel.

Ści­snęło mnie w sercu. Sa­muel.

Tak miał na imię Preppy.

- Ale na­zy­wamy go Sammy - do­dał Tan­ner.

- Tan­ner - ode­zwał się se­na­tor lek­ce­wa­żą­cym to­nem, jakby od­pra­wiał chło­paka. Męż­czy­zna za­jął miej­sce obok mnie. Na­tych­miast po­czu­łam od­razę, którą wcze­śniej w so­bie stłu­mi­łam, bo obok mnie znaj­do­wał się Sammy. Wy­je­cha­li­śmy na główną drogę i za­czę­łam za­da­wać py­ta­nia.

- Dla­czego King zo­stał aresz­to­wany? - za­py­ta­łam, nie mo­gąc ukryć go­ry­czy w moim gło­sie. - On mnie przy­jął. Za­pew­nił dach nad głową. Za­nim go po­zna­łam, miesz­ka­łam na uli­cach, wal­czy­łam o prze­trwa­nie i że­bra­łam o je­dze­nie. Moją je­dyną przy­ja­ciółką była bez­domna pro­sty­tutka, która współ­czuła mi ta­kiego ży­wota!

Se­na­tor na­wet się nie skrzy­wił, sły­sząc opo­wieść o mo­jej nie­doli. Wy­glą­dał, jakby w ogóle go to nie ru­szało. Po­pra­wił spinki od man­kie­tów i za­czął prze­glą­dać coś w te­le­fo­nie.

- Bran­tley King jest by­łym ska­zań­cem, oszu­stem i mor­dercą - oznaj­mił, nie pod­no­sząc wzroku. - Re­la­cja, która naj­wy­raź­niej was łą­czyła, była tylko farsą. W do­datku nie­mal nie­le­galną. Kiedy do mnie przy­szedł i za­su­ge­ro­wał, że łą­czy was coś... in­tym­nego, na­prawdę mia­łem na­dzieję, że chciał mnie po pro­stu wku­rzyć, ale te­raz wi­dzę, że mó­wił prawdę. Ten męż­czy­zna przy­szedł do mnie, chcąc użyć cie­bie jako karty prze­tar­go­wej, by do­stać to, czego pra­gnie. Nic wię­cej. Wy­ko­rzy­stał cię, a je­steś tylko na­sto­latką. Chciał mnie oszu­kać. A te­raz trafi tam, gdzie so­bie za­słu­żył, i do­sta­nie to, co mu się na­leży. I ni­gdy wię­cej nie chcę o tym słu­chać, młoda damo.

- On chciał tylko od­zy­skać swoją córkę - opo­no­wa­łam z ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Se­na­tor uwa­żał, że efek­tyw­nie za­koń­czył tę kon­wer­sa­cję, ale nie mia­łam za­miaru do tego do­pu­ścić.

- Nie za­wsze do­sta­jemy to, czego chcemy - po­wie­dział gło­sem wy­pra­nym z emo­cji. Jego słowa od­biły się echem w mo­ich my­ślach, jak­bym już gdzieś je sły­szała. - Poza tym nie wiem, jaką we­dług niego se­na­tor ma wła­dzę. Ja co naj­wy­żej mógł­bym mu na­pi­sać list do sądu ro­dzin­nego. Może mógł­bym za­dzwo­nić do sę­dziego Flet­chera, je­śli cią­gle ma swoją po­sadę.

- To dla­czego tego nie zro­bi­łeś i nie do­trzy­ma­łeś umowy? - do­cie­ka­łam. - Ja na­wet cię nie znam. Za­bierz mnie z po­wro­tem! - krzyk­nę­łam i się­gnę­łam do klamki, nie dba­jąc o to, że sa­mo­chód wciąż był w ru­chu. Otwo­rzy­łam drzwi i uj­rza­łam umy­ka­jącą spod kół sa­mo­chodu jezd­nię. Se­na­tor wy­cią­gnął się, szybko za­mknął drzwi i za­blo­ko­wał je.

- Ra­mie, nie wy­głu­piaj się. Nie masz do czego tam wra­cać. A poza tym czy na­prawdę chcesz zo­sta­wić swo­jego syna? - za­py­tał, uno­sząc brwi.

Kurwa.

- We­dług Tan­nera wmó­wi­łeś lu­dziom, że by­łam w Pa­ryżu, żeby nie ośmie­szyć się fak­tem, że twoja córka jest ucie­ki­nierką. Nie uwa­żasz, że le­piej było po­świę­cić czas na szu­ka­nie mnie, a nie na wy­my­śla­nie ko­lej­nych kłamstw? - za­py­ta­łam, wciąż trzy­ma­jąc rękę na klamce drzwi. - Gdy­byś był mną, to chciał­byś tu zo­stać, wie­dząc, jak cię po­trak­to­wano?

Se­na­tor wes­tchnął.

- Szu­ka­li­śmy cię, Ra­mie. Ale nie wie­dzie­li­śmy o tym, że stra­ci­łaś pa­mięć. Gdy nie mo­gli­śmy cię od­na­leźć, po­my­śle­li­śmy, że po pro­stu nie chcesz zo­stać od­na­le­ziona. I prze­stań ro­bić z sie­bie cen­trum świata. To nie­po­wo­dze­nie nie wpły­nęło tylko na cie­bie, więc może po­myśl tro­chę, za­nim za­czniesz oskar­żać lu­dzi wo­kół.

- King mnie nie po­rwał. Masz wy­co­fać oskar­że­nia. Nie chcę, by znowu tra­fił do wię­zie­nia - oznaj­mi­łam, za­kła­da­jąc ra­miona na piersi.

Se­na­tor zmru­żył oczy.

- Coś ci po­wiem. Od­wiedź spe­cja­li­stę, z któ­rym się skon­tak­to­wa­łem. Po­sta­raj się od­na­leźć w swoim sta­rym ży­ciu. Spró­buj przy­po­mnieć so­bie coś, za­nim odej­dziesz i rzu­cisz wszystko, by zo­stać pierw­szą damą... Lo­gan's Be­ach. - Wy­mó­wił Lo­gan's Be­ach jakby ta na­zwa zo­sta­wiła w jego ustach zły po­smak. Otwo­rzy­łam usta, by coś po­wie­dzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. - Daj so­bie mie­siąc. Mie­siąc praw­dzi­wych sta­rań, by wy­zdro­wieć. I je­śli po tym cza­sie wciąż bę­dziesz chciała wró­cić, wy­co­fam za­rzuty prze­ciwko niemu i każę szo­fe­rowi od­wieźć cię do jego domu z li­stem po­le­ca­ją­cym do sądu ro­dzin­nego, który bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać, by sta­rać się o córkę. To jest moja oferta. - Wy­gła­dził kra­wat. - Żad­nej in­nej nie złożę.

- Nie ufam twoim ofer­tom. Spójrz tylko, co zro­bi­łeś z Kin­giem - wark­nę­łam.

- Ra­mie, on jest prze­stępcą! On na­wet nie ma prawa głosu, na mi­łość bo­ską! Dla mnie nie ist­nieje jako oby­wa­tel tego kraju, a poza tym nie mam za­miaru wcho­dzić w układy z kry­mi­na­li­stami. Ale ty je­steś moją córką. - Gdy to oznaj­mił, w końcu ode­rwał wzrok od ekranu te­le­fonu. - Ni­gdy nie zło­żył­bym ci obiet­nicy, któ­rej nie mógł­bym do­trzy­mać.

Nie ufa­łam mu. Za grosz. W końcu był pie­przo­nym po­li­ty­kiem. Ale czy po­zo­sta­wał mi inny wy­bór? Po­nie­kąd się nie my­lił. Nie mia­łam do czego wra­cać. I drę­czyła mnie cie­ka­wość, która ni­gdy nie znik­nęła, bo chcia­łam wie­dzieć, kim na­prawdę by­łam. Pra­gnę­łam do­wie­dzieć się, jak wy­glą­dało moje ży­cie wcze­śniej.

- Okej - zgo­dzi­łam się. - Ale mam wię­cej py­tań do­ty­czą­cych mnie i mo­jego...

Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon se­na­tora. Uniósł apa­rat do ucha i wy­war­czał swoje po­wi­ta­nie, sku­tecz­nie koń­cząc na­szą roz­mowę.

Nie by­łam pewna, ja­kiego ro­dzaju re­la­cja łą­czyła mnie z oj­cem wcze­śniej, ale od­no­si­łam wra­że­nie, że on nie był ty­pem ro­dzica, który ki­bi­co­wałby mi na me­czach i po­ma­gał w od­ra­bia­niu pracy do­mo­wej z ma­te­ma­tyki.

Kilka mi­nut po tym, gdy wy­sie­dli Tan­ner i Sammy, sa­mo­chód za­trzy­mał się i se­na­tor oznaj­mił:

- No i je­ste­śmy. - Wło­żył te­le­fon do kie­szeni ma­ry­narki. Po obu stro­nach drogi wy­ra­stały ogromne palmy, mu­siały li­czyć przy­naj­mniej sześć me­trów. Za­trzy­ma­li­śmy się na pod­jeź­dzie w kształ­cie li­tery "U" tuż przed du­żym, otwar­tym gan­kiem w po­łu­dnio­wym stylu, z bia­łymi ba­rier­kami.

Wy­cią­gnę­łam szyję, by le­piej przyj­rzeć się bu­dyn­kowi.

- To tu­taj miesz­kasz?

- Nie, my tu miesz­kamy - po­pra­wił mnie se­na­tor. - Ty, twoja matka, ja, Sammy i na­sza go­spo­sia, Nad­ine. A gdy mnie tu nie ma, miesz­kam w Tal­la­has­see lub w Wa­szyng­to­nie.

Se­na­tor wy­cią­gnął się i otwo­rzył dla mnie drzwi. Ge­stem na­ka­zał mi wy­siąść z sa­mo­chodu. Mu­sia­łam osło­nić oczy przed ra­żą­cymi pro­mie­niami słońca prze­dzie­ra­ją­cymi się przez palmy.

Dom nie wy­glą­dał na tak duży czy oka­zały, jak so­bie wy­obra­ża­łam. Był ra­czej mały, z nie­ska­zi­tel­nie bia­łymi ścia­nami i ak­cen­tami w po­staci nie­bie­skich okien­nic. Na ganku ko­ły­sał się fo­tel bu­jany, co do­da­wało bu­dyn­kowi po­łu­dnio­wego uroku. Przed fron­to­wymi drzwiami po­wie­wała flaga Ame­ryki. Na drze­wach za­wie­szono dzwo­neczki, któ­rymi ko­ły­sał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hip­no­ty­zu­jące.

- Nie ma jak w domu - pod­su­mo­wał se­na­tor oschłym to­nem.

Nie. Może rze­czy­wi­ście kie­dyś tam miesz­ka­łam, ale nie czu­łam, by było to moje miej­sce.

Ten bu­dy­nek na­wet nie zo­stał zbu­do­wany na pa­lach.

- Nad­ine wskaże ci twój po­kój - oznaj­mił se­na­tor, ki­wa­jąc głową w stronę ko­biety w śred­nim wieku o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­no­brą­zo­wych wło­sach ścią­gnię­tych w koka tuż nad kar­kiem, która wła­śnie wy­szła z domu. Miała na so­bie czarne spodnie i białą ko­szulkę polo z krót­kim rę­ka­wem. - Wta­jem­ni­czy­li­śmy Nad­ine, wie wszystko o two­jej sy­tu­acji. I od­po­wie na każde twoje py­ta­nie. - Se­na­tor wy­glą­dał na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego tą pre­zen­ta­cją, jakby co naj­mniej przed­sta­wił swo­jemu sze­fowi no­wego pra­cow­nika. - Czy w ogóle pa­mię­tasz Nad­ine, Ra­mie?

- Nie, nie pa­mię­tam ni­kogo - wark­nę­łam z na­ci­skiem.

Se­na­tor prze­wró­cił oczami.

- Wi­dzę, że twój cha­rak­te­rek nie wy­pa­ro­wał tak, jak wspo­mnie­nia. Nad­ine jest... cóż, ona zaj­muje się tu wszyst­kim. Jest z nami, od­kąd się uro­dzi­łaś. Wkrótce bę­dziemy mieli oka­zję po­roz­ma­wiać dłu­żej. - Ski­nął głową w moją stronę i wsiadł do sa­mo­chodu. Po chwili otwo­rzył okno i do­dał: - Mimo tego, co mo­żesz so­bie o tym wszyst­kim my­śleć, na­prawdę do­brze jest znów mieć cię w domu, Ra­mie.

- Wy­jeż­dżasz? - za­py­ta­łam. - Tak po pro­stu?

- Nie­długo wrócę. Mam spo­tka­nia. Two­jej matki też nie ma. Jest w spa... Znowu. Wkrótce po­ga­damy. - Za­mknął drzwi i sa­mo­chód od­je­chał.

- Pie­przony waż­niak - wy­mam­ro­ta­łam. Nad­ine za­śmiała się na głos, ale szybko za­kryła usta dłońmi. Od­chrząk­nęła i po­wie­działa:

- Cóż, on ma ra­cję co do jed­nej rze­czy - po­wie­działa ze sła­bym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem. - Twój cha­rak­te­rek nie znik­nął.

Nad­ine po­pro­wa­dziła mnie po scho­dach na ga­nek i otwo­rzyła dla mnie fron­towe drzwi, ustę­pu­jąc mi miej­sca.

- Dziew­czyno, znam cię, od­kąd no­si­łaś pie­lu­chy. Znam cię jak nikt inny - po­wie­działa z ta­kim uśmie­chem, że jej uwie­rzy­łam. - Chodź, zro­bię ci coś do je­dze­nia, a po­tem bę­dziesz mo­gła iść do swo­jego po­koju i go obej­rzeć. - Po­dą­ży­łam za Nad­ine ni­czym za­gu­bione ka­czątko za matką. Nie spodo­bało mi się to. Nie czu­łam się tak bez­radna, od­kąd wy­lą­do­wa­łam na ulicy. Obie­ca­łam so­bie, że już ni­gdy nie do­pusz­czę, by tak się po­czuć, a te­raz po­dą­ża­łam za obcą osobą w nie­zna­nym mi domu, bo nie mia­łam wyj­ścia.

Nie, nie dano mi wy­boru, przy­po­mnia­łam so­bie. Mo­gła­bym prze­cież za­dzwo­nić po tak­sówkę i wy­je­chać stąd, ale było tylko jedno miej­sce, do­kąd mo­głam się udać.

I ni­kogo bym tam nie za­stała.

Na­wet gdyby King nie je­chał te­raz do wię­zie­nia, to czy wciąż by mnie przy­jął po tym, jak go­towy był mnie od­dać?

Czy ja w ogóle chcia­ła­bym tam prze­by­wać po tym wszyst­kim?

Jesz­cze nie by­łam go­towa, by o tym my­śleć.

Pod­łogę w bu­dynku po­kry­wały ciem­no­brą­zowe pa­nele, a ściany miały go­łę­bio­szary ko­lor. Wy­strój spra­wiał wra­że­nie gu­stow­nego, ale nie przy­tła­czał. Wy­da­wał się kom­for­towy, ale też no­wo­cze­sny.

Cho­ler­nie mi się nie po­do­bał.

- Ten dom wy­gląda dość zwy­czaj­nie jak na dom po­li­tyka, prawda? - za­py­ta­łam.

Nad­ine za­mknęła za sobą drzwi, a ja za­trzy­ma­łam się w ma­łym foyer, które słu­żyło rów­nież za ko­ry­tarz, i ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu.

- Se­na­tor jest wscho­dzą­cym po­li­ty­kiem - wy­ja­śniła. - Nie po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny jak wielu jego zna­jo­mych. Kie­dyś pra­co­wał jako pro­gra­mi­sta kom­pu­te­rowy. Do­tarł tu, gdzie te­raz jest, dzięki skła­da­nym obiet­ni­com, a nie dzięki pie­nią­dzom - po­in­for­mo­wała mnie Nad­ine. - A to rzad­kość w tych cza­sach.

- Brzmisz, jak­byś go lu­biła - stwier­dzi­łam za­sko­czona.

Po­krę­ciła głową.

- To nie kwe­stia sym­pa­tii. Se­na­tor ma swoje wady. Jak wszy­scy. Ale trzeba uznać jego re­alne za­sługi. - Po­de­szła do mnie i znowu gdzieś mnie po­pro­wa­dziła. Ru­szy­łam za nią. - Jego me­tody wy­cho­waw­cze po­zo­sta­wiają na­prawdę wiele do ży­cze­nia, ale je­śli cho­dzi o po­li­tykę, nie można za­prze­czyć, że nie­mało osią­gnął.

Za­trzy­ma­ły­śmy się po­środku domu. Kuch­nia, sa­lon i ja­dal­nia two­rzyły ra­zem otwartą prze­strzeń. Kuch­nia znaj­do­wała się w naj­od­le­glej­szym ką­cie. Szafki były wy­so­kie, w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli, a blaty czarne i błysz­czące.

- Sia­daj. - Nad­ine ski­nęła głową w stronę wy­so­kich stoł­ków we­pchnię­tych pod ba­rek ku­chenny. Ja jed­nak ani drgnę­łam. W końcu do­tarło do mnie, co się wła­ści­wie działo. Za­wsze za­sta­na­wia­łam się, jak wy­glą­dał dom, w któ­rym do­ra­sta­łam, i oto tu je­stem. Ale mimo to nie czu­łam ta­kiego za­chwytu, ja­kiego ocze­ki­wa­łam.

Wciąż by­łam w szoku. Zła. Roz­go­ry­czona. Cho­ler­nie zdez­o­rien­to­wana.

Ale za­chwy­cona?

Zde­cy­do­wa­nie nie.

Nad­ine wy­cią­gnęła z kilku sza­fek ja­kieś skład­niki i włą­czyła ku­chenkę.

- Sia­daj, dziew­czyno, a ja coś dla cie­bie przy­go­tuję. Mo­żesz mnie py­tać, o co tylko chcesz. Wiem, że lu­bisz za­da­wać py­ta­nia.- Uśmiech­nęła się sze­roko i wy­tarła ręce o far­tuch, który za­ło­żyła przed chwilą.

- Cóż, naj­wy­raź­niej to się nie zmie­niło - po­wie­dzia­łam, w końcu sia­da­jąc na stołku. - Od paru mie­sięcy ktoś cią­gle mi mó­wił, że za­daję za dużo py­tań.

Nad­ine wbiła jajka do mi­ski.

- Ale ty się zmie­ni­łaś. Wi­dzę to.

- I jak mnie­mam, na gor­sze? - wes­tchnę­łam.

- Nie. - Po­de­szła do mnie i oparła się łok­ciami o blat na­prze­ciwko mnie. - Wła­ści­wie... Na­wet mi się to po­doba.

- Co to zna­czy, że się zmie­ni­łam? - do­py­ty­wa­łam.

Nad­ine wy­dęła wargi w za­my­śle­niu.

- Nie je­stem w stu pro­cen­tach pewna, ale po­wiem ci, jak tylko do tego dojdę. - Wy­cią­gnęła rękę i pstryk­nęła mnie w ko­niu­szek nosa. Pu­ściła do mnie oczko, od­wró­ciła się w stronę ku­chenki i za­częła mie­szać skład­niki drew­nianą łyżką.

- To nie fair - po­wie­dzia­łam. Za­brzmiało to tro­chę płacz­li­wiej, niż chcia­łam. - Wszy­scy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kom­plet­nie obcy. Sama dla sie­bie je­stem nie­mal obca.

- Dziecko, przy­kro mi, że mu­szę ci to mó­wić, ale czy twój oj­ciec w ja­kiś spo­sób po­zwo­lił ci od­nieść wra­że­nie, że jest cie­płą i przy­ja­zną osobą? - Nad­ine wy­cią­gnęła cho­chlę z szu­flady.

- Nie - od­po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia.

- Cóż, no więc w pe­wien spo­sób wy dwoje za­wsze by­li­ście dla sie­bie obcy. A więc w tej kwe­stii nie­wiele się zmie­niło - stwier­dziła z uśmie­chem.

Za­gry­złam dolną wargę.

- Nie wiem, czy to do­brze, czy źle.

Nad­ine wzru­szyła ra­mio­nami.

- A co z moją matką? Kto cho­dzi do spa, gdy ich za­gi­nione dziecko jest w dro­dze do domu? - za­py­ta­łam, nie cho­wa­jąc na­wet urazy w gło­sie, bo na­prawdę czu­łam się ura­żona.

Nad­ine skrzy­wiła się, jakby wcze­śniej miała na­dzieję, że nie za­cznę wy­py­ty­wać o matkę. Ko­bieta nie ode­rwała wzroku od swo­jego ak­tu­al­nego za­ję­cia.

- Spa jest tu­taj swego ro­dzaju ko­dem. To zna­czy, że albo ukrywa się gdzieś w ho­telu, albo jest na od­wyku w ja­kimś ośrodku lub na pu­styni, czy gdzie­kol­wiek ona jeź­dzi, by wy­le­czyć swoją scho­ro­waną wą­trobę. - Wy­tarła rękę o ścierkę zwi­sa­jącą z jej ra­mie­nia. - To zna­czy, ja tylko...

Ode­chciało mi się już słu­chać o mo­jej matce, więc prze­rwa­łam Nad­ine, bo mia­łam prze­czu­cie, że za­cznie prze­pra­szać za swoje za­cho­wa­nie.

- Co ro­bisz do je­dze­nia? - za­py­ta­łam, opie­ra­jąc łok­cie na bla­cie i po­chy­la­jąc się.

- Twoje ulu­bione: śnia­da­nie na obiad! - Moje serce za­biło moc­niej, gdy na­brała cho­chlą cia­sto i na­lała je na roz­grzaną pa­tel­nię. Kiedy prze­wró­ciła szpa­tułką za­war­tość pa­telni, uj­rza­łam przed sobą Preppy'ego, który stał w jej miej­scu, ma­jąc na so­bie swój ulu­biony czer­wony, ko­ron­kowy far­tuch.

- Na­le­śniki - wy­szep­ta­łam. Ści­snęło mnie w sercu i na­gle zro­biło mi się słabo, a gwiazdki za­tań­czyły mi przed oczami. Przy­trzy­ma­łam się blatu, by nie spaść ze stołka.

Nad­ine po­de­szła do mnie i po­sta­wiła przede mną ta­lerz z trzema ide­al­nie okrą­głymi na­le­śni­kami ocie­ka­ją­cymi sy­ro­pem. Na czubku stosu roz­ta­piał się ka­wa­łek ma­sła, tłuszcz spły­wał po bo­kach na ta­lerz. Słodki za­pach za­ata­ko­wał moje zmy­sły. To spra­wiło, że znów po­czu­łam ból, gdy przy­po­mnia­łam so­bie chwilę, gdy ob­ser­wo­wa­łam ucho­dzące z mo­jego przy­ja­ciela ży­cie.

- Już nie lu­bisz na­le­śni­ków? - za­py­tała Nad­ine, źle zro­zu­miaw­szy moją re­ak­cję.

Po­trzą­snę­łam głową.

- Nie o to cho­dzi - przy­zna­łam z tru­dem, bo ści­skało mnie w gar­dle.

- A więc w czym tkwi pro­blem, ma­leńka? - za­py­tała Nad­ine, kła­dąc ręce na mo­ich ra­mio­nach i pa­trząc na mnie z tro­ską w oczach. Nie od­po­wie­dzia­łam.

Nie po­tra­fi­łam.

A gdy przy­tu­liła mnie do swo­jej mięk­kiej piersi, nie wal­czy­łam z nią i po pro­stu do niej przy­lgnę­łam. Po śmierci Preppy'ego tak bar­dzo mar­twi­łam się o Kinga, że sama nie mia­łam oka­zji wła­ści­wie opła­kać śmierci mo­jego przy­ja­ciela. Nie za­uwa­ży­łam, że za­czę­łam szlo­chać, do­póki nie po­czu­łam, jak drżą mi ra­miona.

- Po co te łzy?

- Bo tak - udało mi się wy­du­sić, od­dy­cha­jąc płytko.

- Ale dla­czego?

- Bo... to na­le­śniki.

ROZ­DZIAŁ 3

Doe

Nad­ine trzy­mała mnie w ra­mio­nach, do­póki się nie uspo­ko­iłam. Ode­pchnęła na bok na­le­śniki, jakby one były po­wo­dem mo­jego ma­łego za­ła­ma­nia.

Obie stwier­dzi­ły­śmy, że po­trze­buję po­rząd­nie wy­po­cząć i prze­spać się. Nad­ine po­pro­wa­dziła mnie na górę, a po­tem w stronę drzwi na końcu ko­ry­ta­rza.

Do mo­jego po­koju.

Zo­ba­czy­łam w nim białe ko­ron­kowe za­słony, ja­sno­nie­bie­skie ściany i pu­chaty ró­żowy koc. Z su­fitu zwi­sał mały, biały ży­ran­dol z elek­trycz­nymi świecz­kami, a na łóżku le­żały plu­szowe zwie­rzątka. Ro­zej­rza­łam się i mi­mo­wol­nie przy­po­mnia­łam so­bie inną małą sy­pial­nię miesz­czącą się w in­nym domu, w in­nym mie­ście. Tam znaj­do­wały się gruby ma­te­rac, naj­cie­plej­szy wy­bla­kły nie­bie­ski koc i po­ła­many kli­ma­ty­za­tor, który pękł po tym, jak Preppy ude­rzył w niego głową, gdy zbyt en­tu­zja­stycz­nie za­czął ska­kać po na­szym łóżku.

Po­czu­łam w sercu lek­kie ukłu­cie.

A w tym po­koju - w moim po­koju - nad pro­stym biur­kiem wi­siała ta­blica kor­kowa. Przy­pięto do niej kartki wy­rwane z no­tesu ze szki­cami. Za­czę­łam po­woli krą­żyć po po­koju, prze­su­wa­jąc ręką po róż­nych po­wierzch­niach, od lekko chro­po­wa­tych ścian, po po­ły­sku­jący ma­te­riał po­du­szek rzu­co­nych na pa­ra­pet, na któ­rym można było wy­god­nie usiąść, aż do sa­mych szki­ców, które głów­nie przed­sta­wiały kra­jo­brazy i por­trety. Na kilku z nich roz­po­zna­łam Sammy'ego, a na ko­lej­nym Tan­nera. W rogu ta­blicy wi­siał szkic, który przed­sta­wiał ich ra­zem sie­dzą­cych pod drze­wem, uśmie­cha­ją­cych się i pa­trzą­cych naj­praw­do­po­dob­niej na mnie.

- Uwiel­biasz ry­so­wać. Twój oj­ciec nie­mal do­stał za­wału, gdy oznaj­mi­łaś, że chcesz stu­dio­wać w aka­de­mii sztuk pięk­nych - wy­ja­śniła Nad­ine, która wciąż stała w drzwiach. - To wszystko musi być dla cie­bie bar­dzo trudne.

Czu­łam na so­bie jej wzrok, gdy cho­dzi­łam po po­koju, szu­ka­jąc cze­goś, co bym roz­po­znała.

- Znam to spoj­rze­nie - po­wie­działa.

- A co to do­kład­nie za spoj­rze­nie? - za­py­ta­łam. Po­de­szłam do ta­blicy, od­pię­łam je­den ry­su­nek i po­de­szłam z nim do okna, uno­sząc go przed sie­bie. Szkic ide­al­nie pa­so­wał do wi­doku za oknem. Do­strze­głam na nim na­wet okien­nice i gu­ziki po­du­szek, a także za­dbany traw­nik i liczne dęby, w tym je­den, który czę­ściowo za­sła­niał okno. Nad­ine we­szła do po­koju i usia­dła na brzegu łóżka. Ja cią­gle sta­łam od­wró­cona do niej ty­łem i po­rów­ny­wa­łam ry­su­nek z rze­czy­wi­stym ob­ra­zem.

- To smu­tek. Je­steś piękną dziew­czyną, smu­tek do cie­bie nie pa­suje. - Ob­ró­ci­łam się i uj­rza­łam pe­łen no­stal­gii uśmiech Nad­ine.

Odło­ży­łam ry­su­nek na biurko.

- Mó­wiąc szcze­rze, nie wiem, co mam my­śleć.

- Może to brzmi dziw­nie, szcze­gól­nie je­śli mnie nie pa­mię­tasz, ale ko­cham cię, jak­byś była jed­nym z mo­ich dzieci. Nie­ważne, co ro­bili twoi przy­ja­ciele, ty za­wsze by­łaś sobą i mia­łaś głowę na karku. Wie­dzia­łam więc, że nie znik­nę­łaś ot tak, jak wszy­scy mó­wili. I zde­cy­do­wa­nie nie ku­po­wa­łam tych bzdur o Pa­ryżu. Ty po pro­stu... nie je­steś dziew­czyną tego ro­dzaju.

Wy­buch­nę­łam krót­kim śmie­chem.

- Nie je­stem? Naj­wy­raź­niej je­stem córką se­na­tora, na­sto­let­nią mamą i ro­bi­łam na tyle po­dej­rzane rze­czy, że moja ro­dzina okrzyk­nęła mnie ucie­ki­nierką. Wy­bacz więc mój wy­buch we­so­ło­ści, ale nie mam po­ję­cia, kim ja, kurwa, je­stem. - Po­wie­dzia­łam to wszystko na wy­de­chu i od razu po­czu­łam ukłu­cie winy, gdy te ostre słowa opu­ściły moje usta.

Nad­ine wstała z łóżka.

- Dam ci spo­kój, że­byś mo­gła od­po­cząć - po­wie­działa, wy­gła­dza­jąc dłońmi spodnie i ko­szulkę.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­łam ła­god­nie, gdy zbli­żyła się do drzwi.

- Ja też - od­parła. Na­sze prze­pro­siny za­wi­sły w po­wie­trzu mię­dzy nami. Jej swo­boda zmie­niła się w pro­fe­sjo­nalne na­sta­wie­nie. Gdy tu przy­je­cha­łam, uśmie­chała się do mnie ła­god­nie i szcze­rze, te­raz jej uśmiech był na­pięty i wy­mu­szony. - Twoja mama ostat­nio nie czuje się zbyt do­brze. Zo­ba­czy się z tobą, gdy tylko wróci twój oj­ciec.

- To gdzie ona w końcu jest? - za­py­ta­łam.

- Leży w łóżku z mi­greną - od­parła bez­barw­nym to­nem.

- Nie było mnie wiele mie­sięcy, a gdy wra­cam, mój oj­ciec pra­cuje, a matka leży w łóżku z mi­greną? - spy­ta­łam.

- Tak - po­twier­dziła Nad­ine, wy­szła z po­koju i za­mknęła za sobą drzwi. Za­nim się za­trza­snęły, do­dała jesz­cze: - Wszystko wró­ciło do normy.

Resztę wie­czoru spę­dzi­łam na przy­glą­da­niu się szki­com za­wie­szo­nym na ta­blicy kor­ko­wej. Pa­trzy­łam na ubra­nia w sza­fie, które pa­so­wały na mnie roz­mia­rem, ale zu­peł­nie nie były w moim stylu. Wiele gar­so­nek i ko­szul na długi rę­kaw. Wszystko zbyt kon­ser­wa­tywne. Zbyt dro­gie. Zu­peł­nie... nie ta­kie, jak trzeba. W końcu na dnie jed­nej z szu­flad zna­la­złam spodnie dre­sowe i żółtą ko­szulkę na ra­miącz­kach. Ubra­łam się w nie, po wzię­ciu prysz­nica w ła­zience znaj­du­ją­cej się w moim po­koju. Po­tem za­czę­łam prze­glą­dać biurko w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mo­gło po­móc mi przy­wró­cić wspo­mnie­nia. Zna­la­złam ró­żo­wego iPhone'a. Pró­bo­wa­łam go włą­czyć, ale ba­te­ria pa­dła, więc pod­łą­czy­łam go do ła­do­wa­nia i odło­ży­łam na szafkę nocną.

Za­trzy­ma­łam się i spoj­rza­łam na swoje od­bi­cie w wy­so­kim po­dłuż­nym lu­strze. Unio­słam ko­szulkę i przyj­rza­łam się mo­jemu brzu­chowi. Ja­kim cu­dem zmie­ściło się tu dziecko? Prze­su­nę­łam ręką po gład­kiej skó­rze i wy­pię­łam brzuch tak, jak tylko się dało, uda­jąc, że je­stem w ciąży. Czu­łam się dziw­nie, wi­dząc sie­bie taką wy­dętą, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę fakt, że jesz­cze nie­dawno wy­glą­da­łam jak skóra i ko­ści i do­piero go­to­wa­nie Preppy'ego po­zwo­liło mi tro­chę przy­brać na wa­dze.

Preppy.

Ko­lana się pode mną ugięły, aż mu­sia­łam się przy­trzy­mać biurka, by nie upaść na pod­łogę. Wciąż nie po­tra­fi­łam uwie­rzyć w to, że on nie żyje. Cały czas my­śla­łam, że za­raz zo­ba­czę, jak wy­cho­dzi zza rogu lub usły­szę jego okrzyk, który do­pro­wa­dzi mnie do śmie­chu. Tylko że nie cho­dziło już wy­łącz­nie o Preppy'ego. Po­nie­kąd czu­łam się tak, jakby King rów­nież umarł, bo nie­ważne, co mnie jesz­cze cze­kało, wie­dzia­łam, że już nic nie bę­dzie ta­kie samo. Je­śli se­na­tor oszuka mnie w kwe­stii na­szej umowy, jak zro­bił to z Kin­giem, to szansa na to, że on znowu sta­nie się czę­ścią mo­jego ży­cia, pra­wie nie ist­niała.

Na­gle po­czu­łam się rów­nie zmę­czona jak wtedy, gdy sy­pia­łam na ław­kach w parku. Po­de­szłam do łóżka i zrzu­ci­łam plu­szowe za­bawki na pod­łogę. Po­ło­ży­łam się na boku, to­nąc w po­dusz­kach. Ma­te­rac i koc spra­wiały wra­że­nie mięk­kich, ale jed­nak wy­da­wały mi się jakby pu­ste w środku.

To dla­tego, że jego tu nie ma, po­my­śla­łam.

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni temu by­łam zwy­kłą dziew­czyną bez domu, na­zwi­ska i ro­dziny.

Po­tem sta­łam się jego zwier­zacz­kiem. Dziew­czyną, która mie­szała na Lo­gan's Be­ach z ro­dziną, którą sama so­bie wy­brała, w domu, który uwiel­biała.

A te­raz by­łam Ra­mie Price, córką se­na­tora, matką. W końcu wró­ci­łam do domu, z któ­rego po­cho­dzi­łam. Wró­ci­łam na swoje miej­sce.

W końcu od­na­la­złam dom.

Za­pa­da­jąc w ciężki sen, za­sta­na­wia­łam się, dla­czego to miej­sce, które po­winno być moim do­mem, zu­peł­nie nie spra­wiało ta­kiego wra­że­nia.

***

Stoję po­środku za­mar­z­nię­tej ta­fli lodu. Ro­bię nie­pewny krok na­przód w stronę brzegu. Dźwięk lodu pę­ka­ją­cego pod moim cięż­kim bu­tem jest ogłu­sza­jący. Mu­szę zro­bić ko­lejny krok. Mu­szę przejść na drugą stronę, za­nim bę­dzie za późno, jed­nak nie po­tra­fię ru­szyć no­gami. Je­stem w sta­nie tylko pa­trzeć z nie­do­wie­rza­niem, jak pęk­nię­cia mnożą się na mi­liony mniej­szych rys. Są jak po­wy­krzy­wiane węże, które pę­dzą w każ­dym kie­runku i przez które lód za­czyna pę­kać i wpa­dać do wody wraz ze mną.

Woda jest lo­do­wata.

Spa­dam na dno.

Je­stem co­raz głę­biej i głę­biej, do­okoła tylko ciem­ność i woda, aż w końcu nade mną po­ja­wiają się dwie ręce wy­cią­gnięte w moją stronę. Ktoś krzy­czy do mnie, mó­wiąc, bym za nie zła­pała, a wtedy się ura­tuję. Na jed­nej ręce za­uwa­żam złoty ze­ga­rek, druga jest owi­nięta gru­bym skó­rza­nym pa­skiem. Pró­buję chwy­cić się obu rąk, ale nie mogę ich do­się­gnąć, bo je­stem zbyt głę­boko.

Wtedy do­ciera do mnie, że je­śli chcę zo­stać ura­to­wana, mu­szę wy­brać jedną z nich.

Się­gam w stronę ręki z pa­skiem i ła­pię ją, jed­nak ta osoba nie wy­ciąga mnie z ot­chłani na po­wierzch­nię, jak się tego spo­dzie­wa­łam. Za­miast tego po­py­cha mnie jesz­cze głę­biej, aż w końcu nie mam wy­boru i za­chły­stuję się mętną wodą.

Po­grą­żam się w cze­lu­ści, za­sta­na­wia­jąc, czy to na­prawdę był wła­ściwy wy­bór. Mam jed­nak wra­że­nie, że nie­ważne, którą rękę bym wy­brała, obie by mnie uto­piły.

ROZ­DZIAŁ 4

Doe

Stuk, stuk, stuk.

My­śla­łam, że wciąż sły­szę pę­ka­jący lód z mo­jego snu, ale gdy dźwięk przy­brał na sile i stał się bar­dziej na­tar­czywy, otwo­rzy­łam oczy i zda­łam so­bie sprawę, że do­biega zza mo­jego okna.

Za­uwa­ży­łam, że te­le­wi­zor, który zo­sta­wi­łam wcze­śniej włą­czony, bym nie spała w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, zgasł w ciągu nocy i le­ża­łam te­raz po­grą­żona w mroku. Mój strach urósł do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów.

A po­tem usły­sza­łam dźwięk roz­su­wa­nego okna. Za­mar­łam, bo nie mia­łam po­ję­cia, skąd wziąć ja­kiś przed­miot, któ­rym mo­gła­bym się obro­nić, a jed­no­cze­śnie nie chcia­łam zdra­dzać swo­jej lo­ka­li­za­cji. Nie mo­głam zro­bić nic wię­cej poza otu­le­niem się ko­cem i cze­ka­niem.

Tak jak się spo­dzie­wa­łam, cień prze­szedł przez okno, prze­kła­da­jąc przez pa­ra­pet naj­pierw jedną nogę, po­tem drugą. Za­uwa­ży­łam le­żący na biurku przy­cisk do pa­pieru i już mia­łam się ru­szyć, by go wziąć, a po­tem za­mie­rzyć się na in­truza, kiedy na­gle obcy za­czął zbli­żać się do mo­jego łóżka. Po­czu­łam na­ra­sta­jącą pa­nikę.

Była tylko jedna osoba, która po­tra­fiła ukoić mój przy­tła­cza­jący strach przed ciem­no­ścią.

King.

Moja złość wo­bec niego, którą tłu­mi­łam w so­bie cały dzień, była te­raz le­d­wie szep­tem w moim umy­śle, gdy wy­szłam z łóżka i ru­szy­łam w jego stronę. Już mia­łam wsu­nąć się w jego ra­miona, gdy chmura za­sła­nia­jąca księ­życ znik­nęła i do po­koju wpa­dło jego ja­sne świa­tło. Wtedy mo­głam le­piej przyj­rzeć się in­tru­zowi.

To był Tan­ner.

Za­trzy­ma­łam się na­gle, a kiedy zo­ba­czy­łam, że trzy­mam wy­cią­gnięte w jego stronę ra­miona, opu­ści­łam je szybko i scho­wa­łam ręce za ple­cami, czu­jąc się nie­zręcz­nie.

- Co ty tu­taj ro­bisz? - za­py­ta­łam bez tchu.

- Po­wie­dzia­łem ci, że przyjdę, by z tobą po­roz­ma­wiać - od­po­wie­dział Tan­ner. - A my­śla­łaś, że kim je­stem?

Po­krę­ci­łam głową i mach­nę­łam ręką lek­ce­wa­żąco.

- Och, ni­kim, po pro­stu mnie za­sko­czy­łeś, kiedy wsze­dłeś przez to okno - skła­ma­łam. - Kto zo­stał z Sam­mym?

Tan­ner po­słał mi spoj­rze­nie, które mó­wiło, że mi nie wie­rzy, ale na szczę­ście nie cią­gnął tego te­matu.

- Moja mama się nim zaj­muje.

- Och - wes­tchnę­łam. Od­wró­ci­łam się, nie chcąc pa­trzeć mu w oczy.

- Prze­pra­szam, że cię za­sko­czy­łem. I szcze­rze mó­wiąc, na­wet nie po­my­śla­łem o tym, by wejść przez drzwi, skoro nie ma ze mną Sammy'ego. Ja po pro­stu za­wsze przy­cho­dzi­łem do cie­bie przez okno... - Tan­ner urwał w pół zda­nia i za­mknął mocno po­wieki. Po­krę­cił głową i pod­szedł do łóżka. Rzu­cił mi nie­pewne spoj­rze­nie, a ja ski­nę­łam głową. Usiadł na skraju ma­te­raca. Wy­glą­dał, jakby pró­bo­wał się na coś przy­go­to­wać. - Po pro­stu cią­gle za­po­mi­nam, że ty ni­czego nie pa­mię­tasz. - Wska­zał ręką na mnie i sie­bie.

- Nie mu­sisz się przede mną tłu­ma­czyć - po­wie­dzia­łam.

Mimo mo­jego pro­te­stu Tan­ner i tak pró­bo­wał mi coś wy­ja­śnić.

- Twój oj­ciec za­wsze był dup­kiem. Ale pew­nie już sama do tego do­szłaś. To­le­ruje mnie, ale le­dwo, i to tylko z po­wodu mo­jego na­zwi­ska. Mój oj­ciec jest w czwar­tym po­ko­le­niu dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym firmy Red­mond Shoes. I cho­ciaż se­na­tor pró­bo­wał prze­ko­nać cię, że­byś się mnie po­zbyła, od­kąd by­li­śmy w pie­lu­chach, to po tym, jak uro­dził się Sammy, chyba po­go­dził się z tym, że ni­g­dzie się nie wy­bie­ram. Nie­ważne, jak bar­dzo po­doba mu się moje na­zwi­sko, to na­dal je­stem tylko go­ściem, który za­płod­nił jego na­sto­let­nią córkę. I cho­ciaż mamy dziecko, to ja na­dal wspi­nam się po tym cho­ler­nym drze­wie i wcho­dzę przez okno, tak jak ro­bi­łem, od­kąd tylko na­uczy­łem się, jak wcho­dzić po drze­wach, bo twój wiecz­nie nie­za­do­wo­lony oj­ciec lubi my­śleć, że ma kon­trolę nad wszyst­kim, co dzieje się w tym domu. - Tan­ner uśmiech­nął się, a jego zęby bły­snęły w świe­tle księ­życa. - A więc moja obec­ność tu­taj jest... nie­po­żą­dana.

- Nie­po­żą­dana? - Nie brzmiało mi to na słowo, któ­rego użyłby na­sto­letni chło­pak.

- Twój oj­ciec tak mówi, nie ja - wy­ja­śnił. - I wiesz, o co mi cho­dzi, Ray. Nie wy­głu­piaj się - po­wie­dział żar­to­bli­wie Tan­ner.

Usia­dłam w no­gach łóżka i przy­zna­łam:

- Mam tyle py­tań, które chcia­ła­bym ci za­dać, ale nie wiem, od czego za­cząć.

Tan­ner szturch­nął mnie łok­ciem.

- Cóż, ja też mam tro­chę py­tań... Je­śli ci to nie prze­szka­dza - po­wie­dział Tan­ner. - Może wy­mie­niajmy się py­ta­niami, po jed­nym na raz. Ale mu­sisz obie­cać, że bę­dziesz od­po­wia­dać szcze­rze. Ni­gdy wcze­śniej się nie okła­my­wa­li­śmy i nie mam za­miaru za­czy­nać.

- Okej - zła­go­dzi­łam ton.

- Ty za­czy­nasz - stwier­dził Tan­ner. - Co chcesz wie­dzieć naj­pierw?

Była jedna rzecz, o którą chcia­łam za­py­tać jak naj­szyb­ciej.

- Chcę wie­dzieć wię­cej o nas i o Sa­mu­elu. O Sam­mym. - Wcze­śniej by­łam zbyt zszo­ko­wana, by wy­py­ty­wać o szcze­góły.

Tan­ner kla­snął w dło­nie.

- No to za­cznę od sa­mego po­czątku - po­wie­dział z dziw­nym ak­cen­tem. Unio­słam brwi, bo nie wie­dzia­łam, jak mam za­re­ago­wać na jego spe­cy­ficzny hu­mor. Spu­ścił głowę i wbił wzrok w dy­wan, a po­tem kon­ty­nu­ował już bez ak­centu. - By­li­śmy nie­roz­łączni od dziecka. Je­śli pój­dzie się na skróty, to na­sze domy dzieli tylko 5 mi­nut drogi. Na­sze matki były ze sobą bli­sko, za­nim twoja uznała, że wódka jest lep­szym przy­ja­cie­lem niż lu­dzie. Za­wsze cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej klasy. Gdy by­li­śmy mali, uda­wa­li­śmy mał­żeń­stwo i spę­dza­li­śmy dużo czasu w na­szej ba­zie. Na­sza przy­ja­ciółka uda­wała pa­stora. Na­wet ukra­dła i po­cięła ko­szule swo­jego ojca od Hugo Bossa, by zro­bić z nich "święte szaty". Do­stała za to szla­ban na ty­dzień i po tym, jak jej ro­dzice po­wie­dzieli na­szym o tej ca­łej sy­tu­acji, nie wi­dzie­li­śmy się z nią przez całe wa­ka­cje. - Tan­ner za­śmiał się ner­wowo. - Na­prawdę dziw­nie się czuję, mu­sząc ob­ja­śniać ci hi­sto­rię na­szego związku.

- Za­pew­niam cię, że słu­cha­nie o tym jest znacz­nie dziw­niej­sze - przy­zna­łam.

Tan­ne­rowi trudno było o tym mó­wić. Otwo­rzył usta, by coś po­wie­dzieć, ale za­mknął je i wes­tchnął ciężko, aż w końcu wy­du­sił.

- Mie­li­śmy pięt­na­ście lat, kiedy Sa­muel... się przy­tra­fił. Naj­pierw pla­no­wa­li­śmy po­cze­kać... z sek­sem aż do ukoń­cze­nia li­ceum. - Jego twarz wy­glą­dała na udrę­czoną. Za­czął nie­spo­koj­nie stu­kać bu­tem o pod­łogę. - Ale wtedy za­cho­ro­wa­łem. Tak po­waż­nie. - Od­wró­cił się i spoj­rzał mi w twarz. - Na bia­łaczkę.

Nie wie­dzia­łam, jak w tych oko­licz­no­ściach mam za­re­ago­wać, więc po pro­stu uśmiech­nę­łam się słabo i po­wie­dzia­łam:

- Przy­kro mi.

Za­ci­snął usta na chwilę, po czym kon­ty­nu­ował:

- Któ­re­goś dnia po­wie­dzieli mi, że mogę nie do­żyć za­koń­cze­nia li­ceum, więc zmie­ni­li­śmy na­sze plany. By­li­śmy mło­dzi i głupi. Zło­ży­li­śmy so­bie wtedy przy­sięgi, które sami wy­my­śli­li­śmy. To się stało w tym po­koju. - Mimo że hi­sto­ria, którą mi opo­wia­dał, była po­ru­sza­jąca, to nie po­tra­fi­łam się z nią utoż­sa­mić. Zu­peł­nie jakby w ogóle mnie nie do­ty­czyła.

Tan­ner po­dra­pał się po gło­wie i wyj­rzał przez okno.

- Obie­ca­łem, że za­wsze będę wkła­dał do two­ich ka­na­pek che­etosy, a ty przy­się­ga­łaś, że nie za­po­mnisz o mnie, gdy już zniknę. A po­tem... - urwał, a po chwili do­koń­czył nie­zręcz­nie: - ...zro­bi­li­śmy Sa­mu­ela. - Znowu się uśmiech­nął, lecz tym ra­zem uśmiech był sze­roki i pe­łen dumy, więc wie­dzia­łam, że szcze­rze się cie­szył, że to zro­bi­li­śmy.

I kogo przy tym stwo­rzy­li­śmy.

- Mam na­dzieję, że w końcu przy­po­mnisz so­bie tę noc, bo ja kie­dyś mogę umrzeć, a to była naj­lep­sza noc w moim ży­ciu - do­koń­czył Tan­ner. Po­ło­żył dło­nie na ko­la­nach, wes­tchnął i spoj­rzał na mnie, cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź.

Nie by­łam pewna, co po­wie­dzieć, więc po­sta­wi­łam na pierw­szą rzecz, jaka przy­szła mi do głowy.

- Na­dal jem ka­napki z che­eto­sami - przy­zna­łam.

Tan­ner uśmiech­nął się lekko i za­śmiał ci­cho pod no­sem. Naj­wy­raź­niej cią­żyły na nim emo­cje do­ty­czące na­szego związku i tym, co kie­dyś ra­zem zro­bi­li­śmy, a co było dla niego naj­waż­niej­sze.

- Wciąż je­steś chory? - za­py­ta­łam.

Po­krę­cił głową.

- Nie. Prze­ży­łem wbrew ży­cze­niom two­jego ojca. Nie­długo po tym, jak do­wie­dzie­li­śmy się, że je­steś w ciąży, przy­jęto mnie do eks­pe­ry­men­tal­nego pro­gramu me­dycz­nego w Ko­lo­rado. Gdy Sammy się uro­dził, wró­ci­łem i po­lep­szało mi się z każ­dym dniem. Na­dal mu­szę brać leki, ale rak od­pu­ścił i te­raz le­ka­rze uwa­żają, że będę żył wiecz­nie, jak wam­pir albo jesz­cze le­piej, jak mu­tant - po­wie­dział, ro­biąc zeza i wy­ty­ka­jąc ję­zyk.

Za­gry­złam wargę, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­win­nam za­dać mu py­ta­nie, które mia­łam na końcu ję­zyka.

- My­ślisz, że mo­gła­bym zo­ba­czyć się z Sam­mym? Spę­dzić z nim tro­chę czasu? - za­py­ta­łam. - Może wtedy coś so­bie przy­po­mnę - do­da­łam, ma­jąc na­dzieję, że dzięki temu Tan­ner się zgo­dzi.

Mach­nął ręką, jakby moje py­ta­nie było nie­po­ważne.

- Oczy­wi­ście, Ray. Je­steś jego mamą. Nie mu­sisz na­wet py­tać. - Wy­cią­gnął rękę, jakby chciał mnie chwy­cić, ale gdy jego dłoń za­wi­sła nad moją, wy­co­fał się szybko, roz­my­śliw­szy się.

- A czy te­raz ja mogę ci za­dać py­ta­nie? - za­py­tał.

- Tak, twoja ko­lej - od­par­łam.

Tan­ner za­czął ob­gry­zać pa­zno­kieć, jakby był zde­ner­wo­wany.

- Ty i ten fa­cet z ta­tu­ażami... Miesz­ka­łaś z nim, prawda? A gdy po cie­bie przy­je­cha­li­śmy, kłó­ci­li­ście się, jak­by­ście... - Tan­ner urwał.

Nie chcia­łam, żeby czuł się jesz­cze bar­dziej nie­zręcz­nie, więc nie na­ci­ska­łam, by do­koń­czył py­ta­nie. Za­miast tego po­wie­dzia­łam coś in­nego.

- King. On się na­zywa Bran­tley King. - Gdy wy­po­wie­dzia­łam jego imię, po­czu­łam się, jakby po­wie­trze uszło z mo­ich płuc, a jed­no­cze­śnie czu­łam, że mogę od­dy­chać pełną pier­sią. Taki wła­śnie był King: pe­łen sprzecz­no­ści w każ­dym calu.

Tan­ner oparł łok­cie o ko­lana i ukrył twarz w dło­niach.

- To cho­ler­nie trudne py­ta­nie, Ray, ale czuję, że po pro­stu mu­szę to wie­dzieć - jęk­nął. - Czy wy... to zna­czy, czy ty...?

Chcia­łam mieć to już z głowy. Mu­sia­łam zro­bić to szybko, tak jak od­rywa się pla­ster.

- Tak - od­par­łam. W końcu obie­ca­łam mu szcze­rość, a nie de­li­kat­ność.

- O mój Boże. Chyba za­raz się po­rzy­gam - wy­pa­lił Tan­ner, ze­ska­ku­jąc na­gle z łóżka.

- Po­wie­dzia­łeś, że mam być z tobą szczera! - wy­krzyk­nę­łam, rów­nież zry­wa­jąc się na równe nogi. - I nie patrz na mnie tak, jak­bym cię zdra­dziła. Na­wet nie wie­dzia­łam, że jest ktoś, kogo mo­gła­bym zdra­dzić!

Tan­ner prze­stą­pił z nogi na nogę, jakby nie­spo­kojny.

- Wiem co po­wie­dzia­łem. Ale nie spo­dzie­wa­łem się, że twoja od­po­wiedź zła­mie mi serce! - od­parł pod­nio­słym szep­tem. - I wiem, że wcale mnie nie zdra­dzi­łaś, bo Ray, którą ja znam, ni­gdy nie upra­wia­łaby seksu z ja­kimś go­ściem, któ­rego do­piero co po­znała. - Tan­ner za­czął krą­żyć po po­koju. Nie był ce­lowo zło­śliwy, tylko roz­gnie­wany, ale jego pe­łen wy­rzutu ton, który brzmiał, jakby mnie oce­niał, dzia­łał mi na nerwy i za­czę­łam ża­ło­wać, że obie­ca­łam mu szcze­rość.

- Wia­do­mość z ostat­niej chwili, ko­lego. Ja cię nie znam i nie wiem, kim jest Ray, którą ty znasz. Na­wet nie mam tak na imię. Na­zy­wali mnie Doe. Jak Jane Doe. Jakby nikt, kurwa, nie wie­dział, kim by­łam. Bo nikt mnie nie szu­kał. Więc je­śli chcesz po­ga­dać o by­ciu wku­rzo­nym i tym, kto komu zro­bił coś złego, to ustaw się w ko­lejce, do cho­lery! - krzyk­nę­łam.

Tan­ner ob­jął się ra­mio­nami w pa­sie, jak­bym ude­rzyła go w brzuch.

- Szu­ka­łem cię, wiesz? Dniami, ty­go­dniami, mie­sią­cami. Ni­gdy nie stra­ci­łem na­dziei. - Jego głos był tak ci­chy, że le­dwo go sły­sza­łam. Po­krę­cił głową i do­dał: - Ale masz ra­cję. Na­prawdę cię nie znam.

- To nas do­ni­kąd nie do­pro­wa­dzi - po­wie­dzia­łam i opa­dłam na łóżko, a po­tem po­ło­ży­łam się na brzu­chu i krzyk­nę­łam w po­duszkę, sfru­stro­wana. Kiedy unio­słam głowę, Tan­ner wy­glą­dał, jakby opa­dła mu szczęka.

- No co? - za­py­ta­łam, pa­trząc na sie­bie, by spraw­dzić, czy by­łam od­po­wied­nio ubrana, ale wszystko znaj­do­wało się na swoim miej­scu. Wsta­łam i spraw­dzi­łam jesz­cze raz.

Wciąż nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dziło.

Tan­ner za­czął się ją­kać, mó­wiąc:

- Cho­dzi o... t­twoje ra­miona, t­twoje p­plecy. Masz... t­ta­tuaż - po­wie­dział z nie­do­wie­rza­niem, le­dwo koń­cząc zda­nie.

- Tak. No i co z tego? - za­py­ta­łam, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi i kła­dąc dłoń na miej­scu, gdzie King mnie ozna­czył. By­łam go­towa do kłótni i krzyku.

Tan­ner zbladł.

- Masz tam jego imię. Na ta­tu­ażu jest jego imię - po­wtó­rzył. To nie brzmiało jak stwier­dze­nie, bar­dziej jak oskar­że­nie. Nie mia­łam ochoty wy­ja­śniać mu, że tam nie wid­niało żadne imię. W po­koju pa­no­wał mrok, a ta­tuaż był za­wiły, więc ła­two było po­my­lić to z czymś in­nym. Ode­tchnę­łam głę­boko i pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, że Tan­ner prze­cho­dził przez coś, co trudno mi było zro­zu­mieć, tak samo jak ja prze­cho­dzi­łam przez coś, czego on nie mógł do końca po­jąć.

- Nie chcę cię skrzyw­dzić, Tan­ner, ale nie mam też za­miaru się przed tobą tłu­ma­czyć.

- Nie wiem, co te­raz zro­bimy. Co ja zro­bię. - Za­krył usta dło­nią, a po­tem prze­su­nął nią po szczęce. - By­łaś z kimś in­nym.

- Nie zro­bi­łam tego na złość to­bie. Wiesz, wcze­śniej uwa­ża­łam, że za­cho­wam czy­stość czy co­kol­wiek, że nie będę ro­bić ni­czego, co mo­głoby ko­li­do­wać z moim sta­rym ży­ciem, z tą osobą, którą by­łam. Ale wraz z upły­wem czasu King i ja zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. A po­tem by­łam już zmę­czona tym, że mu­sia­łam stać w miej­scu, od­kła­dać swoje ży­cie na po­tem, cze­kać, aż od­zy­skam ży­cie, o któ­rym nic nie wie­dzia­łam. Więc po­zwo­li­łam mu się do mnie zbli­żyć. Po­zwo­li­łam zro­bić so­bie ta­tuaż. Po­zwo­li­łam mu... mnie po­ko­chać. - Słowa wy­wo­łały we mnie wspo­mnie­nia i po­czu­łam łzy pie­kące mnie pod po­wie­kami. - Ale tego nie ża­łuję. Ni­czego nie ża­łuję i nie będę. I nie ma zna­cze­nia, co po­wiesz, bo do ni­czego mnie nie zmu­sisz.

- Jezu Chry­ste, Ray. On ma ze trzy­dzie­ści lat, a ty je­steś tylko na­sto­latką. A co wię­cej, je­steś je­dyną dziew­czyną, z jaką by­łem. Ostat­nim ra­zem, gdy upra­wia­li­śmy seks, mie­li­śmy po pięt­na­ście lat! A te­raz ty sto­isz przede mną i mó­wisz mi, że po­zwo­li­łaś mu... - Pod­szedł do okna i chwy­cił się pa­ra­petu, po­chy­la­jąc nad nim głowę. - Po­zwo­li­łaś mu... się do­tknąć - do­koń­czył znacz­nie spo­koj­niej­szym to­nem, niż za­czął.

Gula za­częła dła­wić mnie w gar­dle.

- Tak - od­par­łam, pró­bu­jąc zwal­czyć łzy. - I nie waż się mnie osą­dzać. Mogę ci współ­czuć, bo wiem, jak to jest. Sama czuję się przy­tło­czona i zdez­o­rien­to­wana, ale to nie zmie­nia faktu, że cię nie znam. - Po­pa­trzy­łam na niego, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. Nie mia­łam za­miaru dać so­bie wmó­wić, że King i ja ro­bi­li­śmy coś nie­wła­ści­wego.

Tan­ner wy­rzu­cił ręce w po­wie­trze.

- No to jest nas dwoje. Ray, którą zna­łem, ni­gdy nie pod­no­siła głosu, ni­gdy nie krzy­czała i nie prze­kli­nała. Może i wy­glą­dasz jak ona, ale je­steś tylko oszustką. - Jego słowa były dla mnie jak po­li­czek. Czu­łam pie­kący ból, cho­ciaż na­wet nie pod­niósł na mnie ręki. - Może w ogóle nie po­win­naś była wra­cać - do­dał, krzy­wiąc usta w obrzy­dze­niu.

- Wyjdź stąd - na­ka­za­łam, tu­piąc nogą w pod­łogę i wska­zu­jąc ręką na okno, przez które wszedł. - W tej chwili.

Tan­ner pod­szedł do okna, prze­rzu­cił nogę przez okien­nicę i za­wa­hał się przez chwilę. Po­woli ob­ró­cił się w moją stronę. Wtedy uj­rza­łam, że jego oczy błysz­czą od łez. - Prze­pra­szam. Na­prawdę jest mi przy­kro. Ja po pro­stu... wciąż cię ko­cham, Ray - po­wie­dział Tan­ner mięk­kim gło­sem.

Wciąż by­łam do niego ne­ga­tyw­nie na­sta­wiona, ale mimo to zro­zu­mia­łam, że wy­ży­wał się na mnie tylko dla­tego, że na­prawdę miał zła­mane serce. Nie mo­głam po­zwo­lić mu odejść, nie da­jąc cze­goś od sie­bie.

- Nie mogę ci od­po­wie­dzieć tym sa­mym, ale wiem, że coś kie­dyś do cie­bie czu­łam. Uwa­żam, że wła­śnie dla­tego twoje oczy są je­dy­nym, co w ogóle so­bie przy­po­mnia­łam, mimo utraty pa­mięci. To musi coś zna­czyć, prawda? - spy­ta­łam. Tan­ner uśmiech­nął się słabo. - Na­wet kie­dyś je na­szki­co­wa­łam - do­da­łam, ma­jąc na­dzieję, że ta in­for­ma­cja może przy­nieść mu odro­binę uko­je­nia.

- Ko­chasz go? - za­py­tał ze smut­kiem w gło­sie. - Po­wiedz mi prawdę, Ray. Po­ra­dzę so­bie z tym. - Nie wie­rzy­łam mu ani przez chwilę. Pró­bo­wa­łam zna­leźć od­po­wiedź w sercu i my­ślach. Mimo mo­ich nie­pew­no­ści, kłamstw, nie­po­ro­zu­mień, nie wąt­pi­łam w swoje uczu­cia.

- Tak - od­po­wie­dzia­łam.

Tan­ner skrzy­wił się, ob­ró­cił i wy­szedł na ze­wnątrz, po czym za­czął scho­dzić na dół po naj­bliż­szym drze­wie. Gdy do­szłam do okna i wy­chy­li­łam się, on już stał na dole i otrze­py­wał spodnie z li­ści. Uniósł głowę i spoj­rzał w stronę mo­jego okna.

- Mimo że od po­czątku wie­dział, kim by­łaś, i nie po­wie­dział ci o tym? Mimo że wy­ko­rzy­stał cię, by od­zy­skać swoją córkę? Na­prawdę mimo to go ko­chasz? - za­py­tał pod­nio­słym szep­tem.

Chcia­łam mu wy­tłu­ma­czyć moje skom­pli­ko­wane uczu­cia naj­pro­ściej, jak się dało.

- Można być na ko­goś wku­rzo­nym, ale wciąż go ko­chać - od­par­łam.

Tan­ner prze­szedł traw­nik i za­nim znik­nął w ciem­no­ściach, usły­sza­łam jego szept:

- Coś o tym wiem.

ROZ­DZIAŁ 5

Doe

Na­stępne trzy dni spę­dzi­łam w swoim po­koju, zu­peł­nie sama. Wy­cho­dzi­łam z łóżka tylko po to, by wziąć prysz­nic i się prze­brać. Pra­wie nie spa­łam, z wy­jąt­kiem krót­kich drze­mek, gdy mój or­ga­nizm pro­te­sto­wał ze zmę­cze­nia. Tylko mój mózg był bar­dzo po­bu­dzony.

Kiedy obu­dzi­łam się z jed­nej ta­kiej drzemki, było po pół­nocy. Zo­ba­czy­łam, że sie­dzę w zu­peł­nych ciem­no­ściach. Po­czu­łam na­ra­sta­jącą pa­nikę. Pró­bo­wa­łam zła­pać od­dech, ale nie mo­głam. Za­czę­łam szu­kać po omacku pi­lota od te­le­wi­zora. Gdy go zna­la­złam, na­ci­snę­łam każdy przy­cisk, by włą­czyć te­le­wi­zor, lecz nic się nie stało. Zmu­si­łam się, by po­szu­kać prze­łącz­nika świa­tła. Za­czę­łam ma­cać ścianę przy łóżku, ale nie zna­la­złam go. W końcu wsta­łam i pod­bie­głam do okna, by od­su­nąć za­słony i wpu­ścić do środka tro­chę księ­ży­co­wej po­światy. Wie­dzia­łam, że wtedy się uspo­koję i od­zy­skam od­dech. Znów szczę­ście mi nie do­pi­sało. Księ­życ krył się za chmu­rami, które wi­siały ni­sko na nie­bie, a pod­łoga za­drżała pod mo­imi sto­pami, kiedy roz­legł się grzmot bły­ska­wic. My­śla­łam tylko o tym, że za­raz umrę na atak pa­niki.

Sku­li­łam się na pod­ło­dze i ob­ję­łam nogi ra­mio­nami. Czu­łam ucisk w klatce pier­sio­wej. Po­kój wi­ro­wał wo­kół mnie, a książki na pół­kach zlały się w jedną li­nię. Wtedy coś do mnie do­tarło - może mój atak pa­niki nie miał nic wspól­nego z tym, że sie­dzia­łam tu w kom­plet­nej ciem­no­ści.

Może cho­dziło tylko o to, że by­łam sama.

Je­dyną osobą, z którą czu­łam ja­kąś więź w tym no­wym/ sta­rym ży­ciu, był Sammy, a wi­dzia­łam go tylko przez kilka chwil. Są­dząc po tym, jak Tan­ner i ja się roz­sta­li­śmy, nie wie­dzia­łam, czy jesz­cze będę miała szansę kie­dy­kol­wiek zo­ba­czyć mo­jego chłopca.

Może ni­gdy do tego nie doj­dzie.

Na­gle po­czu­łam, że wdy­cha­nie po­wie­trza w tym domu, w tym po­koju, było jak za­cią­ga­nie się tru­ci­zną. Każ­demu od­de­chowi to­wa­rzy­szyło wra­że­nie, jak­bym za­raz miała umrzeć na pod­ło­dze w po­koju, któ­rego nie pa­mię­ta­łam.

Du­si­łam się.

Mu­sia­łam się stąd wy­do­stać.

Nie po­szu­ka­łam na­wet bu­tów. Ma­jąc na so­bie tylko ko­szulkę i spodenki do spa­nia, unio­słam ramę okienną i prze­rzu­ci­łam nogi przez pa­ra­pet, tak jak wcze­śniej zro­bił to Tan­ner. Pod sto­pami nie wi­dzia­łam ni­czego, prócz ciem­no­ści. Przy­trzy­ma­łam się okna jedną rękę, a drugą wy­cią­gnę­łam, by chwy­cić się drzewa. Wie­dzia­łam, że dam radę. Gdy tylko moja dłoń do­tknęła pnia, ogar­nęło mnie zna­jome uczu­cie. Zde­cy­do­wa­nie ro­bi­łam to już wcze­śniej. By­łam tego pewna. Może nie wie­dzia­łam, gdzie pa­trzeć i czego się przy­trzy­mać, ale moje ciało wręcz prze­ciw­nie. Bez jed­nego po­tknię­cia udało mi się do­stać na ko­nar, po­tem bez chwili wa­ha­nia chwy­ci­łam się ko­lej­nego i zna­la­złam opar­cie dla stopy ni­żej. W tej chwili po­czu­łam, że mogę już ze­sko­czyć, cho­ciaż na­wet nie wie­dzia­łam, jak da­leko mam do ziemi.

Więc sko­czy­łam.

Ostre źdźbła trawy po­draż­niły moje stopy, gdy spa­dłam. Przy­kuc­nę­łam i zła­pa­łam rów­no­wagę. Gdy się pod­nio­słam, czuj­nik ru­chu włą­czył się na­gle, a jego ci­chy szum był w tej ci­szy jak gwizd po­ciągu to­wa­ro­wego ja­dą­cego z pełną pręd­ko­ścią. Tan­ner mu­siał wie­dzieć, jak ze­sko­czyć, by nie włą­czyć świa­tła.

Rzu­ci­łam się bie­giem przed sie­bie.

Prze­bie­głam po­dwórko, roz­pry­sku­jąc do­okoła błoto i wodę, bru­dząc so­bie łydki. Bie­głam tak szybko, jak po­zwa­lały mi na to moje krót­kie nogi.

Ni­skie me­ta­lowe ogro­dze­nie wo­kół po­sia­dło­ści koń­czyło się przy krza­kach ro­sną­cych na końcu po­dwórka. Za­ro­śla słu­żyły za na­tu­ralny płot. Prze­bie­głam pod krza­kami przez mały tu­nel, który tam się znaj­do­wał. Za­czę­łam prze­cho­dzić na drugą stronę, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet na chwilę, zu­peł­nie jak­bym ro­biła to już ty­siące razy. Li­ście mu­skały moją skórę, a cier­nie ją dra­pały i za­ha­czały o moje włosy, ale brnę­łam da­lej, aż w końcu zna­la­złam się po dru­giej stro­nie na ma­łej plaży.

Chmury jedna po dru­giej prze­su­wały się na nie­bie, mi­ja­jąc księ­życ. Świa­tło od­bi­jało się od spo­koj­nej ta­fli wody. Wy­glą­dało to tak, jakby ktoś ba­wił się la­tarką i na zmianę włą­czał i wy­łą­czał świa­tło. Szłam brze­giem, a woda ob­my­wała moje stopy. Mię­dzy pal­cami czu­łam miałki pia­sek.

Kiedy prze­szłam prze­ro­śnięte na­mo­rzyny, które ro­sły nie­da­leko ogro­dze­nia mo­jego domu, nie za­trzy­ma­łam się na­wet na chwilę. Bez za­sta­no­wie­nia we­szłam do ciem­nej wody. Dla mo­ich stóp woda była tylko tro­chę chłodna, ale im głę­biej wcho­dzi­łam, tym było mi zim­niej.

Za­drża­łam, kiedy woda się­gnęła mo­jej ta­lii.

Ode­pchnę­łam się ra­mio­nami, za­nu­rza­jąc stopy w mięk­kim dnie. Na po­wierzchni wody po­ja­wiły się lek­kie fale. Na­gle coś wsko­czyło do wody tuż przede mną. Na po­czątku my­śla­łam, że to wąż, bo po­ru­szało się w wo­dzie sla­lo­mem. Pró­bo­wa­łam od­su­nąć się na bok, ale gdy to coś prze­mknęło tuż obok mnie, zro­zu­mia­łam, że to tylko duża jasz­czurka. Syk­nęła, gdy mnie mi­jała. Była jak wku­rzony kie­rowca po­ka­zu­jący mi środ­kowy pa­lec.

Po chwili udało mi się prze­pły­nąć na drugi brzeg, przejść przez za­nu­rzone w wo­dzie ko­rze­nie drzew i wyjść na po­wierzch­nię. Cięż­kie od wody szorty zwi­sały mi z bio­der.

Zna­la­złam się obok sta­rego, znisz­czo­nego przez wa­runki at­mos­fe­ryczne po­mo­stu, a obok uj­rza­łam jesz­cze bar­dziej znisz­czone molo. Do molo przy­wią­zano roz­kle­ko­taną łódź miesz­kalną, któ­rej czasy świet­no­ści mi­nęły de­kady temu. Lina była zu­peł­nie nie­po­trzebna, bo łódź nie­mal cał­ko­wi­cie ugrzę­zła w pia­sku na brzegu i chyba od dawna znaj­do­wała się w tym miej­scu. Gdy się zbli­ży­łam, odór ple­śni zmie­szany z za­pa­chem soli stał się co­raz sil­niej­szy. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu, gdy wcią­gnę­łam po­wie­trze głę­boko, po­czu­łam dziwne uczu­cie spo­koju, zu­peł­nie nie­po­dobne do pa­niki, któ­rej do­świad­czy­łam w domu.

Uśmiech­nę­łam się. Zna­łam to miej­sce. Ko­cha­łam je.

Nie wie­dzia­łam, jak do tego do­szło ani dla­czego, ale po pro­stu mu­sia­łam zna­leźć się bli­żej.

We­szłam na po­most, który za­pro­te­sto­wał pod moim cię­ża­rem gło­śnym skrzy­pie­niem. Prze­szłam przez molo, a gdy zbli­ży­łam się do ło­dzi, za­uwa­ży­łam, że znaj­do­wała się do­bre pół­tora me­tra od kra­wę­dzi molo. Pod­nio­słam le­żącą nie­opo­dal de­skę, zrzu­ca­jąc z niej mrówki. Szybko po­ło­ży­łam ją mię­dzy ło­dzią a molo, two­rząc dla sie­bie przej­ście.

Ostroż­nie prze­szłam po kładce i ze­sko­czy­łam na po­kład ło­dzi, która była duża, ale nie znaj­do­wało się na niej nic poza trzema za­rdze­wia­łymi krze­słami wy­sta­wio­nymi przed szklane drzwi, które kryły się pod ma­łym za­da­sze­niem. Na krze­słach stały trzy pu­ste puszki po na­po­jach ga­zo­wa­nych, a obok le­żała ró­żowa la­tarka z wi­ze­run­kiem My Lit­tle Pony. Pod­nio­słam ją i spró­bo­wa­łam włą­czyć. Nie dzia­łała. Po­trzą­snę­łam nią ener­gicz­nie i ude­rzy­łam o wnę­trze dłoni. O dziwo po­skut­ko­wało. Za­świe­ciła mi pro­sto w oczy, na chwilę mnie ośle­pia­jąc. Za­mru­ga­łam i po­cze­ka­łam, aż wzrok się przy­zwy­czai. Z po­mocą la­tarki od­na­la­złam klamkę w drzwiach i pró­bo­wa­łam je otwo­rzyć. Chwilę się z nimi mo­co­wa­łam, bo pod spodem na­gro­ma­dziło się sporo błota, ale w końcu ustą­piły.

Po­dob­nie jak po­kład, ka­bina rów­nież była pu­sta, poza kil­koma szaf­kami wi­szą­cymi na od­le­głej ścia­nie. Pra­wie wszyst­kie drzwiczki wy­pa­dły z za­wia­sów. W środku bra­ko­wało pó­łek. Pod ścianą le­żały trzy wy­blak­nięte śpi­wory. Je­den był pur­pu­rowy, drugi ró­żowy, a trzeci nie­bie­ski. Wszyst­kie prze­żarła pleśń i miały po­pę­kane szwy.

Każdy cen­ty­metr ściany i su­fitu po­kry­wały strony z ma­ga­zy­nów i inne wy­cinki. Kiedy przyj­rza­łam się im bli­żej, mimo war­stwy brudu mo­głam zo­ba­czyć na­sto­let­nie gwiazdy i chło­pa­ków z boys­ban­dów czy te­le­wi­zji.

Ma­ga­zyny dla na­sto­la­tek. Całe ściany w wy­cin­kach.

Za­mknę­łam oczy i wcią­gnę­łam po­wie­trze, ma­jąc na­dzieję, że po­czuję coś jesz­cze, co przed chwilą wy­wo­łało zna­jome wra­że­nie. Spę­dza­łam w tym miej­scu dużo czasu. By­łam pewna, że je­den z tych śpi­wo­rów na­le­żał do mnie. I mu­sia­łam po­ma­gać przy za­wie­sza­niu tych wy­cin­ków albo sama je wie­sza­łam, bo gdy prze­cho­dzi­łam obok, za­czę­łam nu­cić pio­senkę jed­nego z boys­ban­dów, któ­rego wi­ze­runki i wy­cinki z ga­zet zaj­mo­wały pół ściany.

By­łam tak po­grą­żona w my­ślach, pró­bu­jąc so­bie coś przy­po­mnieć, że nie sły­sza­łam zbli­ża­ją­cych się kro­ków.

Ktoś za­szedł mnie od tyłu i za­krył mi usta dło­nią, tłu­miąc mój okrzyk zdzi­wie­nia. Wtedy oto­czył mnie drugą ręką w ta­lii i przy­ci­snął do bar­dzo zna­jo­mego twar­dego ciała.

- Tę­sk­ni­łaś za mną, zwier­zaczku? - Głę­boki głos za­wi­bro­wał tuż przy moim uchu. Po­czu­łam lekki za­pach pa­pie­ro­sów i my­dła zmie­szany z odro­biną potu. Moje na­pięte ciało od razu się roz­luź­niło, a od­dech przy­spie­szył. Uwol­nił mnie z uści­sku na tyle, by ob­ró­cić mnie twa­rzą do sie­bie.

King.

Po­win­nam się cie­szyć, że go wi­dzę. Po­win­nam być w siód­mym nie­bie. Od­kąd wi­dzia­łam go po raz ostatni kilka dni temu, my­śla­łam o nim non stop.

Ale moją ra­dość przy­ćmie­wał gniew.

By­łam wkur­wiona.

I naj­wy­raź­niej to uczu­cie było obu­stronne, bo gdy pa­trzy­łam w zie­lone oczy Kinga, mo­głam okre­ślić je tylko jako pełne fu­rii.

- Co ty tu­taj ro­bisz? My­śla­łam...

- Nie - prze­rwał mi King. - Wiem, że chcesz za­cząć z tymi swo­imi py­ta­niami i nor­mal­nie uwa­żał­bym, że to uro­cze, ale te­raz, za­nim stracę, kurwa, cier­pli­wość, od­po­wiesz na jedno moje py­ta­nie. - Jego głos brzmiał na na­pięty, za­chryp­nięty, jakby z tru­dem za­cho­wy­wał nad sobą kon­trolę.

Pró­bo­wa­łam znowu coś po­wie­dzieć, ale za­krył mi usta ręką i wło­żył mi pa­lec do ust, kne­blu­jąc mnie w ten spo­sób.

- Po co ten mały gów­niarz za­kradł się w nocy do two­jego po­koju kilka dni temu? - Wy­cią­gnął palce z mo­ich ust, a ja za­czę­łam ża­ło­wać, że nie ugry­złam go, gdy mia­łam oka­zję.

- Skąd wiesz? Ob­ser­wo­wa­łeś mnie?

King prze­su­nął wil­got­nym pal­cem po mo­ich ustach, a ja in­stynk­tow­nie przy­su­nę­łam się bli­żej niego.

- Nie ja. Ale mam na cie­bie oko. - King zmarsz­czył brwi i ści­snął mnie moc­niej. - Od­po­wiedz mi, zwier­zaczku - na­ka­zał, wbi­ja­jąc mi palce w bio­dra.

King nie był osobą, którą można było zi­gno­ro­wać.

Wy­su­nął ję­zyk i prze­su­nął nim po swo­jej war­dze. Pró­bo­wa­łam się nie ga­pić i za­miast tego sku­pić na gnie­wie, który na­ra­stał we mnie od kilku dni, ale nie po­tra­fi­łam kon­tro­lo­wać mo­jego ciała. To nie­sa­mo­wite, ale wy­star­czyło, że ob­li­zał swoje pełne wargi uta­len­to­wa­nym ję­zy­kiem, a moje sutki stały na bacz­ność go­towe na jego do­tyk.

King mruk­nął tuż przy mo­jej szyi.

- Je­śli cię cho­ciaż tknął, to go­łymi rę­kami ode­rwę mu tę pie­przoną głowę od reszty ciała. - Nic w po­sta­wie Kinga nie mó­wiło, że żar­to­wał. Gdy tylko te słowa opu­ściły jego usta, wie­dzia­łam, że speł­niłby swoją groźbę.

Już mia­łam mu od­po­wie­dzieć. Chcia­łam go uspo­koić i po­wie­dzieć, że Tan­ner mnie nie tknął, lecz na­gle ude­rzyło mnie coś in­nego.

Fu­ria.

Dla­czego mia­ła­bym uspo­ka­jać jego, kiedy to on mnie wcze­śniej oszu­kał? To on wy­rzu­cił mnie ze swo­jego domu. Je­śli my­ślał, że mo­głam uda­wać, że to ni­gdy nie miało miej­sca, to grubo się my­lił.

Ode­pchnę­łam go od sie­bie z ca­łej siły, ale udało mi się uzy­skać tylko odro­binę prze­strzeni mię­dzy nami.

- Ty! Jak śmiesz! Nie masz prawa być te­raz na mnie zły!

- Zwier­zaczku... - za­czął King, ale jego twardy wzrok nie zła­god­niał. Żyła na szyi tuż pod ko­lo­ro­wym ta­tu­ażem z imie­niem Max za­pul­so­wała.

Po­krę­ci­łam głową i pró­bo­wa­łam się cof­nąć, ale on od razu zro­bił krok w moją stronę.

- Nie! Nie "zwier­zacz­kuj" mi tu­taj! Od po­czątku wie­dzia­łeś, kim je­stem, i ni­gdy mi nie po­wie­dzia­łeś! Cały czas pier­do­li­łeś o tym, że je­stem twoja, a po­tem od­da­łeś mnie, gdy tylko mia­łeś oka­zję! - krzyk­nę­łam, ge­sty­ku­lu­jąc ży­wio­łowo.

- My­śla­łem, że nie mam wy­boru - od­parł King. Chciał się oprzeć czo­łem o moje czoło, co nor­mal­nie da­łoby mi po­czu­cie spo­koju, więc po­zwo­li­ła­bym mu na to, ale te­raz nie by­łam na to go­towa. Od­su­nę­łam się od niego, uni­ka­jąc kon­taktu.

- Nie! Wła­śnie że mia­łeś wy­bór. Mo­głeś mi, kurwa, po­wie­dzieć. Mo­głeś po­zwo­lić mi pod­jąć tę de­cy­zję z tobą za­miast za mnie! - Znowu go od sie­bie ode­pchnę­łam i tym ra­zem udało mi się uzy­skać wię­cej prze­strzeni i wy­rwać z jego uści­sku. Wy­szłam z ka­juty i po­now­nie zna­la­złam się na po­kła­dzie, idąc sta­now­czym kro­kiem tam, skąd przy­by­łam. Duszne, wil­gotne nocne po­wie­trze za­wi­sło ciężko jak mo­kre pra­nie na sznurku. We­szłam do wody, ale tym ra­zem nie by­łam tak ostrożna, jak za pierw­szym. Nad moją głową roz­legł się grzmot. Niebo prze­cięła bły­ska­wica, eks­plo­du­jąc jak fa­jer­werki. Spie­szy­łam się, po­ty­ka­łam się na każ­dym kroku, a moje stopy za­nu­rzały się aż po kostki w pia­sku na dnie.

Na­gle usły­sza­łam za sobą gło­śne plu­śnię­cie.

- Przy­sze­dłeś, żeby prze­pro­sić? Za późno! Trzeba było o tym po­my­śleć, za­nim mnie okła­ma­łeś - krzyk­nę­łam przez ra­mię. Za­nim udało mi się do­trzeć na brzeg, King zła­pał mnie bru­tal­nie za nad­gar­stek i ob­ró­cił w swoją stronę. Woda roz­pry­snęła się do­okoła mnie, a moje włosy uno­siły się na po­wierzchni.

- Spójrz na mnie - wark­nął, uno­sząc mój pod­bró­dek.

- Nie - od­par­łam, za­ci­snąw­szy mocno po­wieki.

- Spójrz na mnie, zwier­zaczku - na­ka­zał znowu. - Nie pusz­czę cię, do­póki tego nie zro­bisz.

- To nie fair! - krzyk­nę­łam, pró­bu­jąc uwol­nić się z jego uści­sku. - Nie chcę na cie­bie pa­trzeć! Chcę, że­byś mnie, do cho­lery, pu­ścił i dał mi odejść! - Kiedy w końcu udało mi się wy­rwać rękę z jego uści­sku, unio­słam ją i już mia­łam go ude­rzyć, ale King zdą­żył chwy­cić moją dłoń.

- Och, zwier­zaczku - po­wie­dział głę­bo­kim gło­sem, który brzmiał nieco nie­po­ko­jąco. Po­chy­lił się nade mną, aż jego twarz zna­la­zła się na równi z moją. Czu­łam na po­liczku jego chłodny od­dech, gdy mó­wił: - Za­pła­cisz mi za to. - Spoj­rza­łam na niego w chwili, gdy zła­pał mnie w ta­lii i uniósł, a po­tem wrzu­cił z plu­skiem do wody. Na­wet nie mia­łam czasu zła­pać od­de­chu. Wy­cią­gnął mnie szybko, a ja za­czę­łam się krztu­sić.

Kasz­la­łam, wy­cie­ra­jąc oczy. Słona woda pie­kła mnie w nos.

- Co to miało, do cho­lery, zna­czyć? - krzyk­nę­łam.

King od­gar­nął mi mo­kre włosy z czoła. Znowu uniósł mój pod­bró­dek i po­wie­dział:

- A te­raz spójrz na mnie albo znowu cię za­nu­rzę.

- Pieprz się - wark­nę­łam. King znowu chciał wziąć mnie ra­miona, ale tak usil­nie z nim wal­czy­łam, że nie był w sta­nie mnie pod­nieść, więc po pro­stu po­cią­gnął mnie pod po­wierzch­nię za sobą.

Kiedy wy­nu­rzy­li­śmy się z wody się­ga­ją­cej ra­mion, ści­snął mnie mocno za bio­dra i po­wie­dział:

- To było znacz­nie ła­twiej­sze, kiedy jesz­cze się mnie ba­łaś.

Ale już się cie­bie nie boję, chcia­łam po­wie­dzieć. Boję się tylko ży­cia bez cie­bie.

A on znik­nął i od­rzu­cił to wszystko.

Tu­taj nie cho­dziło tylko o to, że by­łam na niego zła.

Przede wszyst­kim czu­łam się zra­niona.

Po­sta­no­wi­łam otwo­rzyć oczy i mieć to już za sobą. Prze­ko­ny­wa­łam samą sie­bie, że ni­czego nie po­czuję. Że na niego spoj­rzę i wciąż będę w sta­nie od niego odejść.

Ale to było kłam­stwo, na­wet je­śli je­dyną osobą, którą pró­bo­wa­łam prze­ko­nać, by­łam ja sama.

Po­woli i nie­chęt­nie otwo­rzy­łam po­wieki, a gdy na­po­tka­łam jego wzrok, od­dech ugrzązł mi w gar­dle.

Po­wie­dzia­łam so­bie, że to wszystko przez bły­ska­wice prze­ci­na­jące niebo nad nami. I przez to, że sta­li­śmy w wo­dzie pod­czas pełni księ­życa, któ­rego świa­tło ma­lo­wało się na ta­fli wody i roz­świe­tlało jego wy­ta­tu­owaną ko­lo­rami skórę. Mia­łam ochotę wy­cią­gnąć rękę i do­tknąć go.

Na pewno nie cho­dziło o to, że w oczach Kinga wi­dzia­łam pło­mie­nie, gdy jego pa­lący wzrok prze­szy­wał moją du­szę. To nie dla­tego, że wi­dzia­łam, jak jego mię­śnie na­pi­nają się i roz­luź­niają, gdy od­dy­chał szybko, a ma­te­riał jego ko­szulki moc­niej roz­cią­gał się na piersi.

On do­słow­nie dy­szał.

Sta­li­śmy tak chyba wiecz­ność, wy­zy­wa­jąc się na­wza­jem do zro­bie­nia pierw­szego kroku, za­tra­ceni w tej chwili. To, co do niego czu­łam, nie było tylko gnie­wem.

Czu­łam wszystko.

Gniew, nie­pew­ność, mi­łość... po­żą­da­nie. To wszystko opły­wało nas ni­czym woda, w któ­rej sta­li­śmy za­nu­rzeni, wpa­tru­jąc się w sie­bie.

Za­częło pa­dać. Grzmot był tak gło­śny, że po­czu­łam wi­bra­cje w piersi. Po­wierzch­nia wody za­częła się bu­rzyć, gdy spadł deszcz, zimny i nie­ustę­pliwy. Pa­dało, a każda kro­pla do­dat­kowo roz­pry­ski­wała wodę, lecz to nie wy­star­czyło, by prze­rwać na­szą walkę na spoj­rze­nia. To było dla nas wy­zwa­nie. Ostrze­że­nie.

A na­wet po­kaz siły.

- Mo­głeś mi po­wie­dzieć... - za­czę­łam pierw­sza. By­łam w pełni go­towa na walkę. Po­trze­bo­wa­łam jej. Mi­nęło za dużo czasu, od­kąd po raz ostatni na­prawdę się po­kłó­ci­li­śmy. Ostat­nia sprzeczka miała miej­sce w noc fe­stynu. Pra­gnę­łam w końcu się na nim wy­żyć.

Tam­tej nocy od­da­łam mu swoje serce.

- Nie - wark­nął. - Nie mo­głem ci po­wie­dzieć - do­dał pod­nie­sio­nym gło­sem i przy­cią­gnął mnie do sie­bie tak bli­sko, że czu­łam, jak na niego dzia­łam. Był twardy, stał na bacz­ność tuż przy moim udzie. Moje ko­lana za­drżały i nie­mal się pode mną ugięły jak u ja­kiejś głu­piut­kiej dziew­czynki, którą zresztą by­łam.

- Dla­czego? - za­żą­da­łam od­po­wie­dzi. Trudno było mi się sku­pić na na­szych sło­wach, gdy wie­dzia­łam, co działo się pod po­wierzch­nią wody. Deszcz pa­dał tak mocno, że tłu­mił na­sze głosy, jak­by­śmy też byli pod wodą. - Dla­czego nie mo­głeś tego zro­bić? - po­wtó­rzy­łam.

- Bo nie mo­głem tak ry­zy­ko­wać! Gdy­byś znała prawdę... Po pro­stu nie mo­głem ry­zy­ko­wać - od­parł.

- Czym ry­zy­ko­wa­łeś? O co ci cho­dzi? - na­ci­ska­łam.

- Nie mo­głem cię stra­cić! - krzyk­nął. - Nie chcia­łem tak ry­zy­ko­wać! - King oto­czył mnie ręką w ta­lii i przy­ci­snął się swoim twar­dym pe­ni­sem do mo­ich mięk­kich ko­bie­cych par­tii mię­dzy no­gami, które re­ago­wały na każdy jego do­tyk. To miej­sce pra­gnęło go nie­mal tak bar­dzo, jak moje serce.

Chwy­cił mój ty­łek w dło­nie i uniósł mnie, bym mo­gła oto­czyć go no­gami w pa­sie.

- Raz na­szła mnie ochota, by po­wie­dzieć ci prawdę. By­łem ci to winny. Ale po­tem wszystko szlag tra­fił, bo po­ja­wił się Isaac i Preppy zgi­nął. Więc gdy po­sze­dłem do two­jego ojca z pro­po­zy­cją, my­śla­łem, że wy­świad­czam ci przy­sługę, od­da­jąc ci twoje stare ży­cie i uwal­nia­jąc cię od tego, w jaki spo­sób mu­sia­łaś przy mnie żyć.

Za­ci­snę­łam uda wo­kół niego i otar­łam się o jego twar­dość. Jęk­nę­łam ci­cho.

- Ale ty wcale nie od­da­łeś mi mo­jego ży­cia - po­pra­wi­łam go. Przy­ło­ży­łam dło­nie do jego po­licz­ków, by unieść jego twarz i zna­leźć w jego oczach ja­ki­kol­wiek znak mó­wiący, że to, co do niego czu­łam, mo­gło być nie­wła­ściwe, ale za­miast tego po­czu­łam nie­prze­możną chęć, by na­pra­wić to, co mię­dzy nami było po­psute. Łzy ze­brały mi się pod po­wie­kami. - Ode­bra­łeś mi je. - King roz­chy­lił wargi i prze­su­nął kciu­kiem po mo­ich ustach. Po­tem po­chy­lił się i za­czął ca­ło­wać mnie po ra­mie­niu.

- Masz gę­sią skórkę - za­uwa­żył, prze­su­nąw­szy opusz­kiem palca po mo­jej wraż­li­wej skó­rze. Za­gry­złam usta i zdu­si­łam jęk.

- To przez tę tem­pe­ra­turę - skła­ma­łam.

- Masz, kurwa, ra­cję - wark­nął King i unie­ru­cho­mił mi nad­gar­stek za ple­cami, po czym po­ca­ło­wał mnie bru­tal­nie. Na­sze usta pie­ściły się, zęby ude­rzały o sie­bie, a woda roz­pry­ski­wała do­okoła nas.

Kie­ro­wała nami nie­po­ha­mo­wana po­trzeba.

- Na­dal je­stem na cie­bie wście­kła za to, że po­zwo­li­łeś mi odejść - po­wie­dzia­łam tuż przy jego ustach. Czu­łam pul­so­wa­nie mię­dzy no­gami.

King za­marł, ujął moją twarz w dło­nie i od­su­nął od sie­bie. Na­sze ciała uno­siły się i opa­dały w jed­nym ryt­mie, moje ster­czące sutki ocie­rały się o jego roz­grzaną skórę. Nie mog­ li­śmy zła­pać tchu. King prze­su­nął ręką po moim po­liczku.

- Nie od­da­łem cię, zwier­zaczku. Ja cię uwol­ni­łem.

Za­mar­łam.

- Uwol­ni­łeś mnie? - Nie po­tra­fi­łam ukryć zra­nie­nia w moim gło­sie. Z ja­kie­goś po­wodu uwol­nie­nie mnie brzmiało go­rzej niż od­da­nie.

King prze­su­nął ję­zy­kiem po płatku mo­jego ucha i przy­ci­snął mnie mocno do swo­jego go­rą­cego ciała. Po­czu­łam prze­bie­ga­jące po krę­go­słu­pie dresz­cze i to nie miało nic wspól­nego z zim­nym desz­czem.

- Pró­bo­wa­łem cię uwol­nić, zwier­zaczku. Ale głów­nym man­ka­men­tem tego planu było to, że ni­gdy by nie za­dzia­łał - wy­znał King.

- A to dla­czego? - za­py­ta­łam. Mu­sia­łam to wie­dzieć te­raz, ale jed­no­cze­śnie nie­cier­pli­wi­łam się, bo czu­łam pul­so­wa­nie mię­dzy no­gami. Po­czu­ła­bym ulgę i speł­nie­nie po kilku po­tar­ciach.

- Pro­blem tkwił w tym... że ty ni­gdy nie uwol­ni­łaś mnie - wark­nął King i zmiaż­dżył moje usta w po­ca­łunku. Jęk­nął ci­cho, gdy otar­łam się o jego twardą mę­skość. Od­su­nął ma­te­riał mo­ich spode­nek i gdy tylko do­tknął mnie pal­cem tam na dole, za­drża­łam. We­pchnął we mnie pa­lec wska­zu­jący i na chwilę moje oczy ucie­kły w głąb czaszki, do­póki go nie wy­cią­gnął. Za­ję­cza­łam, sfru­stro­wana, wier­cąc się ze znie­cier­pli­wie­nia, bo po­trze­bo­wa­łam po­czuć go w so­bie.

King zdjął mnie z sie­bie i ścią­gnął mi spodenki. Po­mo­głam mu w tym, a gdy już się z nich uwol­ni­łam, rzu­ci­łam ubra­nie na brzeg. King roz­piął swoje dżinsy, po czym ode­pchnął mi majtki na bok.

- Obej­mij mnie jesz­cze raz no­gami. - Zro­bi­łam, co mi ka­zał. Otar­łam się o jego twardą mę­skość, a King uniósł mnie na tyle, by zna­leźć się tuż przed moją szparką. - Bę­dzie szybko i ostro, skar­bie, ale mu­szę po­czuć, że je­stem w to­bie. - Po tych sło­wach wszedł we mnie. Kiedy po­czuł opór mo­jego cia­snego ciała, we­pchnął się moc­niej, jakby umie­rał z pra­gnie­nia. Im bar­dziej się za­głę­biał, tym gło­śniej stę­kał.

- O cho­lera! - krzyk­nę­łam gło­śno. Chcia­łam, by za­czął mnie pie­przyć, ale po­czu­cie wy­peł­nie­nia rów­nież było za­chwy­ca­jące.

- Tak, zwier­zaczku. Będę cię pie­przył cho­ler­nie mocno. - We­pchnął się we mnie jed­nym moc­nym ru­chem, aż za­drżały mi uda.

- Ja­sna cho­lera. Ja pier­dolę. Ale ty je­steś cia­sna - prze­kli­nał King. - Ko­cham tę twoją cipkę. Jest moja.

Trzy­ma­łam go za szyję, a on pie­przył mnie z fu­rią, po­ka­zu­jąc, jak bar­dzo po­trze­bo­wał mnie po­czuć. Nie­mal tak bar­dzo, jak ja po­trze­bo­wa­łam jego.

- Tak. Tak. Twoja. - Po­ki­wa­łam głową ener­gicz­nie, gdy King od­na­lazł rytm, two­rząc przy tym wo­kół nas wodny wir. Na­pię­cie w dol­nej czę­ści mo­jego brzu­cha wzmoc­niło się. Z każ­dym pchnię­ciem jego bio­der czu­łam więk­szą przy­jem­ność i od­dy­cha­łam szyb­ciej.

- To ta­kie cho­ler­nie przy­jemne uczu­cie, gdy za­ci­skasz się wo­kół mo­jego fiuta - wy­dy­szał. W końcu by­łam go­towa przy­znać, że nie mia­łam żad­nej kon­troli nad tym, co nas łą­czyło. Wcale nie po­zwa­la­łam mu zwy­cię­żyć. To była walka, któ­rej i tak bym nie wy­grała.

I na­wet nie chcia­łam brać w niej udziału.

- To wszystko... I ty... Je­steś dla mnie wszyst­kim... - wy­sa­pał King. Po­ło­żył mi ręce pod udami i wbi­jał się we mnie raz po raz, a moje mię­śnie za­ci­skały się wo­kół niego moc­niej i moc­niej. Po­trze­bo­wa­łam wię­cej. Pod­nio­słam się lekko, opie­ra­jąc się po­licz­kiem o jego za­ro­śniętą szczękę, pod­czas gdy ten piękny męż­czy­zna, któ­rego ko­cha­łam, bzy­kał mnie bez chwili wy­tchnie­nia.

Bez­li­to­śnie. Po­czu­łam jego fru­stra­cję, nie­na­wiść i ślepe po­żą­da­nie. Mimo że to wszystko ra­zem było przy­tła­cza­jące, bra­łam, co tylko mi da­wał.

Na­gle za­czę­łam drżeć i do­szłam mocno, za­ci­ska­jąc się wo­kół jego członka. Gdy już my­śla­łam, że mój or­gazm się koń­czy, King pchnął we mnie jesz­cze kilka razy, prze­dłu­ża­jąc go. Jego pe­nis drgnął i wtedy po­czu­łam, że naj­chęt­niej zro­bi­ła­bym to jesz­cze raz. Za­czę­łam po­woli krę­cić bio­drami, za­chwy­ca­jąc się do­zna­niem jego ciała ocie­ra­ją­cego się o moje wraż­liwe wnę­trze.

- Spo­koj­nie, zwier­zaczku - dro­czył się King. Oparł swoje czoło o moje. Tym ra­zem mu na to po­zwo­li­łam... Tak jak się spo­dzie­wa­łam, za­lał mnie spo­kój, mimo że oboje dy­sze­li­śmy ciężko.

- Nie wi­dzisz, co ty, kurwa, ze mną ro­bisz?

- Czuję to - od­par­łam.

- To na­wet le­piej - stwier­dził i przy­ci­snął mnie do swo­jej piersi.

King za­czął ostroż­nie iść w stronę brzegu, wciąż trzy­ma­jąc mnie w ra­mio­nach.

- Je­stem na cie­bie bar­dzo zła - udało mi się wy­sa­pać. - Nie je­stem już przy­kuta kaj­dan­kami do two­jego łóżka, ale gdy mnie okła­ma­łeś, po­czu­łam się, jak­bym na­dal była wię­ziona, bo ode­bra­łeś mi wy­bór.

Wzrok Kinga wy­ostrzył się.

- Tak. Ale może naj­pierw za­py­taj mnie, czy czuję się źle z tego po­wodu. Z po­wodu okła­my­wa­nia cię i trzy­ma­nia w nie­woli. Jest wiele rze­czy, które zro­bił­bym ina­czej, zwier­zaczku, ale to nie jest jedna z nich. Gdy­bym miał to ro­bić jesz­cze raz, to tak by się stało. I tak bym cię uwię­ził. I tak bym cię zła­pał, gdy ucie­kłaś, i po­now­nie przy­kuł do łóżka. - Gdy mó­wił, chwy­cił mnie za kark, unie­ru­cha­mia­jąc mi głowę, jakby chciał się upew­nić, że tym ra­zem nie od­wrócę od niego wzroku. - Aż w końcu pod­dał­bym się temu, co nas łą­czy, kiedy po­zwo­li­łaś mi po raz pierw­szy wejść w sie­bie, kiedy pie­przy­łem cię pod ścianą mo­jego domu... Chyba zda­jesz so­bie sprawę, że tego też bym nie zmie­nił? Bo ja nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści.

Mój od­dech przy­spie­szył, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, jak kłó­ci­li­śmy się w noc fe­stynu, a nie­długo po­tem zna­lazł się we mnie. Wtedy na­wet nasz seks był walką.

Cu­downą walką.

- Ża­łuję tylko tego, jak to wszystko się skoń­czyło, gdy ode­szłaś. I co zro­bił se­na­tor. To wszystko moja wina. Po wyj­ściu z wię­zie­nia nie by­łem sobą, a po śmierci Preppy'ego do­dat­kowo mi od­biło. My­śla­łem, że to je­dyny spo­sób, by od­zy­skać ro­dzinę, która mi po­zo­stała. - King prze­su­nął wierz­chem dłoni po moim po­liczku i przy­su­nął się bli­żej. - To był błąd, bo to, co jest mię­dzy nami, nie jest uczu­ciem, któ­remu można tak po pro­stu po­zwo­lić odejść. - Mu­snął ustami moje wargi, a ja unio­słam głowę, szu­ka­jąc z nim wię­cej kon­taktu, jed­nak on zła­pał mnie wtedy za ra­miona i od­su­nął od sie­bie.

- No co? - za­py­ta­łam.

King zmarsz­czył brwi.

- Po­wie­dzia­łem ci to, co chcia­łaś usły­szeć. Co mu­sia­łem ci po­wie­dzieć. A te­raz ty po­wiedz mi to, co chcę wie­dzieć. - Jego ton stał się ostrzej­szy. - Masz dzie­sięć se­kund, by po­wie­dzieć mi, dla­czego ten gów­niarz był w twoim po­koju. Je­śli chcesz.

- Je­śli chcę? - za­py­ta­łam na­gle zdez­o­rien­to­wana.

King po­krę­cił głową.

- Nie mu­sisz. Ale wiedz, że wtedy od razu za­biję tego ma­łego dra­nia - syk­nął King.

- Je­steś za­zdro­sny? - za­py­ta­łam, uno­sząc brew. Dro­czy­łam się z nim, ale ten du­pek za­słu­gi­wał na każdą se­kundę nie­wy­mow­nej udręki za to, co przez niego prze­szłam.

- Bar­dzo - przy­znał ku mo­jemu zdzi­wie­niu. - Więc nie igraj ze mną, ma­leńka. - Za­ci­snął ręce na mo­ich ra­mio­nach, przy­po­mi­na­jąc mi tym sa­mym, że z Kin­giem się nie po­grywa.

- Chciał po­ga­dać - wy­ja­śni­łam. - A po­tem...

- Co po­tem? - za­py­tał przez za­ci­śnięte zęby.

Za­gry­złam wargę.

- Za­py­tał, czy go ko­cham, a ja po­wie­dzia­łam mu prawdę. Za­cho­wy­wał się tak, jak­bym z nim ze­rwała.

- Nie pró­bo­wał cię do­tknąć? - do­py­ty­wał z odro­biną ulgi w gło­sie.

- Nie! - od­par­łam, prze­cią­ga­jąc słowo tak długo, że po­winno tra­fić do jego upar­tego umy­słu.

King wy­glą­dał na nie­mal za­wie­dzio­nego.

- A więc dzie­ciak bę­dzie żył - stwier­dził. - Przy­naj­mniej na ra­zie.

- Na­dal mi nie po­wie­dzia­łeś, skąd się tu wzią­łeś - po­wie­dzia­łam. - Jak do­sta­łeś się tu tak szybko? Za­pła­ci­łeś kau­cję czy coś? Nie wiem w su­mie, jak to działa.

King wes­tchnął.

- I znowu za­czy­nasz z tymi swo­imi py­ta­niami, zwier­zaczku. - Za­ło­żył mi mo­kry ko­smyk wło­sów za ucho. Ten gest był jed­no­cze­śnie in­tymny i de­li­katny. - Tę­sk­ni­łem za two­imi iry­tu­ją­cymi py­ta­niami.

- My­śla­łam, że już cię wię­cej nie zo­ba­czę - po­wie­dzia­łam i ukry­łam twarz w za­głę­bie­niu mię­dzy jego szyją a ra­mie­niem, wal­cząc ze łzami, które chciały spły­nąć mi po po­licz­kach.

- Ni­gdy bym do tego nie do­pu­ścił. Na­wet gdyby se­na­tor mnie nie oszu­kał, to i tak od­na­la­zł­bym spo­sób, by się z tobą zo­ba­czyć, skar­bie. Za­wsze. - King prze­su­nął pal­cem po mo­ich po­wie­kach.

- Czego mi nie mó­wisz? - za­py­ta­łam, wy­czu­wa­jąc jego wa­ha­nie.

- De­tek­tyw, który mnie aresz­to­wał, tak na­prawdę nim nie był i wcale nie za­bie­rał mnie do wię­zie­nia. To był tylko czło­wiek wy­na­jęty do zle­ce­nia.

- Nie ro­zu­miem...

- Wy­na­jęto go, by mnie za­bił.

- Ja­sna cho­lera - po­wie­dzia­łam i po­czu­łam się winna, bo wal­czy­łam z nim tak za­cie­kle, cho­ciaż mało bra­ko­wało, a stra­ciłby ży­cie.

- Na całe szczę­ście zro­zu­mia­łem to, za­nim było za późno. - Deszcz prze­stał na­gle pa­dać, zu­peł­nie jakby ktoś za­krę­cił kran. Za­raz nad wodą za­częła zbie­rać się mgła, ota­cza­jąc nas bia­łymi mac­kami.

- Co zro­bi­łeś? Jak to się stało, że ży­jesz, cho­ciaż wy­na­jęto go, by cię za­bił? - Chwy­ci­łam go moc­niej, cie­sząc się, że był obok mnie. Gdy za­da­łam mu to py­ta­nie, po­czu­łam mdło­ści.

King wzru­szył ra­mio­nami.

- W moim świe­cie albo zo­staje się za­bi­tym, albo trzeba za­bić. - Za­ci­snął usta w cienką li­nię, po czym do­koń­czył. - Więc za­bi­łem.

Po­winno mi prze­szka­dzać to, do czego King się wła­śnie przy­znał. Ale, o dziwo, tak się nie stało.

Cie­szy­łam się.

I wtedy coś do mnie do­tarło.

- O cho­lera, to wszystko wina se­na­tora, prawda? On wy­na­jął tego go­ścia, by cię za­bił!

- Też tak na po­czątku po­my­śla­łem. Że może twój oj­ciec nie uznał wię­zie­nia za wy­star­cza­jącą karę dla mnie, osta­teczne roz­wią­za­nie pro­blemu i spo­sób, by trzy­mać mnie od cie­bie z da­leka - oznaj­mił King. - Ale oka­zuje się, że mamy więk­sze pro­blemy. Jest taki fa­cet, ma na imię Eli. Był głów­nym do­stawcą Isa­aca i nie przy­jął do­brze wia­do­mo­ści, że jego źró­dełko wy­schło. Wszyst­kie znaki, także to, że Isaac jest te­raz po­kar­mem dla ro­ba­ków, pro­wa­dzą do mnie i Be­ara.

Wy­trzesz­czy­łam oczy.

- On chce was do­paść - wy­szep­ta­łam, a moje serce za­biło moc­niej.

King po­ki­wał głową.

- Tak, czło­wiek Be­ara, Rage, ni­gdy się nie myli. Kiedy mówi, że ktoś po cie­bie idzie, to trzeba się za­mknąć i go po­słu­chać. - Za­milkł, jakby my­ślał nad tym, jak ubrać w słowa to, co miał za­miar po­wie­dzieć. - Je­śli po­tra­fisz to so­bie wy­obra­zić, Eli jest na­wet gor­szy niż Isaac.

Po­czu­łam, jak krew od­pływa mi z twa­rzy.

- I co też zro­bisz?

King po­ca­ło­wał mnie w skroń.

- To samo, co zro­bi­łem z gliną­oszu­stem. Do­padnę go, za­nim on do­pad­nie mnie.

- To dla­czego w ogóle tu je­steś, kiedy twoje ży­cie jest w nie­bez­pie­czeń­stwie?

- Mu­sia­łem przyjść i po­wie­dzieć ci o tym oso­bi­ście - od­parł King.

- Ale to zbyt ry­zy­kowne! Nie po­wi­nie­neś był przy­cho­dzić! - Za­czę­łam ude­rzać pię­ściami w jego klatkę pier­siową.

King prych­nął.

- Ty chyba cią­gle tego nie ła­piesz, zwier­zaczku, więc wy­ja­śnię ci to jesz­cze raz. Je­steś moja. Gdy­bym miał zro­bić to po swo­jemu, to prze­rzu­cił­bym cię przez ra­mię, wsa­dził na mo­to­cykl i już by­li­by­śmy w po­ło­wie drogi do domu, ale te­raz nie jest tam bez­piecz­nie. Do­bija mnie to, ale ak­tu­al­nie naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem dla cie­bie jest ten dom. - King wy­glą­dał, jakby nie po­tra­fił uwie­rzyć w to, co mó­wił. - Nie po­zwolę, byś brała w tym wszyst­kim udział. Znowu. - Spoj­rzał gdzieś w dal, za­sta­na­wia­jąc się nad czymś lub uspo­ka­ja­jąc się. Za­mknął oczy i ode­tchnął głę­boko.

- To nie była twoja wina - po­wie­dzia­łam. Te­raz to ja zmu­si­łam go, by na mnie spoj­rzał. - Za nic cię nie ob­wi­niam. Może i mam kiep­ską pa­mięć, ale nie je­stem dziec­kiem. Po­tra­fię o sie­bie za­dbać. Po­tra­fię wziąć od­po­wie­dzial­ność za moje czyny. I wiem, że by­cie z tobą wiąże się z ry­zy­kiem. - Po­ca­ło­wa­łam go lekko w szczękę, a on zło­żył po­ca­łu­nek we wnę­trzu mo­jej dłoni.

- Po­słu­chaj, je­śli cho­dzi o to, co stało się z Isa­akiem... Wiem, że ni­gdy tak na­prawdę nie roz­ma­wia­li­śmy o tym wszyst­kim, szcze­gól­nie po tym, co stało się z Prep­pym, ale wiedz, że ni­gdy nie po­zwo­lił­bym, żeby coś tak strasz­nego przy­tra­fiło się...

- Prze­stań. - Unio­słam rękę, by mu prze­rwać. - Nie chcę być ofiarą, więc nie trak­tuj mnie tak. Ucie­kłam od mo­jego obec­nego ży­cia, ale tylko przez cie­bie. Przy­naj­mniej tak to wi­dzę. I chcę, że­byś ty też tak na to pa­trzył. Nikt nie bę­dzie się nade mną uża­lał, więc nie pró­buj tego ro­bić, nie trak­tuj mnie tak.

- Skąd ja wy­trza­sną­łem taką nie­sa­mo­wi­cie silną dziew­czynę jak ty? - za­py­tał King, pa­trząc mi głę­boko w oczy, jakby chciał w nich zna­leźć od­po­wiedź.

- Zna­la­złeś ją na im­pre­zie. Pró­bo­wała się sprze­dać, ale jej nie wy­szło.

- Ray? - na­gle roz­legł się czyjś głos.

- Cho­lera, to Nad­ine. - Kiedy King po­słał mi zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie, wy­ja­śni­łam: - Go­spo­sia.

- Kurwa! - King za­cią­gnął nas bli­żej na­mo­rzy­nów, by nas nie za­uwa­żyła. - Ka­za­łem cię pil­no­wać. Bę­dziesz tu bez­pieczna, obie­cuję.

- Tak, już to mó­wi­łeś. A kto mnie pil­nuje?

King po­krę­cił głową.

- To nie ma zna­cze­nia, po pro­stu wiedz, że oni tu są. - Po­ca­ło­wał mnie, ssąc przez chwilę moją dolną wargę, po czym się od­su­nął. - Wrócę tak szybko, jak tylko się da, ale nie wiem, kiedy to bę­dzie. Tylko pro­szę cię, nie sta­raj się mnie zna­leźć. Eli wła­śnie na taką oka­zję czeka. Od­naj­duje osoby zwią­zane ze swoim ce­lem i dzięki temu ła­twiej mu do­paść tego czło­wieka. Nie chcę, żeby się o to­bie do­wie­dział. Nie po­zwolę na to, by coś ci się stało. - Po­ca­ło­wał mnie w czoło. - Nie po­zwolę.

- Ray, je­steś tam? - znowu za­wo­łała Nad­ine, jed­nak tym ra­zem jej głos był gło­śniej­szy. Jakby bliż­szy.

- Cho­lera! - syk­nął King. - Mu­szę ci po­wie­dzieć coś jesz­cze. - Jego usta zna­la­zły się tuż przy mo­ich. - Mu­sisz wie­dzieć, że nie ob­cho­dzi mnie to, czy twoja pa­mięć wróci, kiedy mnie nie bę­dzie, bo to ni­czego mię­dzy nami nie zmieni. Od tej pory mu­sisz pa­mię­tać tylko o jed­nym.

- Czyli?

- O tym. - King zła­pał mnie za kark i zmiaż­dżył moje usta w po­ca­łunku, od któ­rego za­czę­łam trząść się ze stra­chu i po­żą­da­nia.

To była gniewna na­mięt­ność.

Na­zna­cze­nie.

King miał ra­cję. Ni­gdy bym tego nie za­po­mniała. Od­su­nął się ode mnie nie­chęt­nie i spoj­rzał mi w oczy. Oboje pró­bo­wa­li­śmy od­zy­skać od­dech. Do­tknę­łam swo­jej dol­nej wargi opuch­nię­tej po po­ca­łunku.

- Jest tak wiele rze­czy, o któ­rych chciał­bym ci po­wie­dzieć. Rze­czy, któ­rych nie ogar­niam umy­słem - po­wie­dzia­łam.

Jak na przy­kład to, że mam syna, po­my­śla­łam.

- Po­ra­dzimy so­bie ze wszyst­kim. Obie­cuję. Nie­ważne, co to jest.

- Ale co, je­śli moja obecna sy­tu­acja jest zbyt skom­pli­ko­wana, by po pro­stu ze­brać się i wy­je­chać? - Chcia­łam po­wie­dzieć mu o Sam­mym, ale nie było te­raz na to czasu. Sama nie mia­łam czasu, by do końca prze­tra­wić fakt, że by­łam matką.

King prze­su­nął kciu­kiem po moim karku.

- Do tego czasu po­win­naś już wie­dzieć, zwier­zaczku, że nie je­stem czło­wie­kiem, który ak­cep­tuje od­po­wiedź "nie". Kiedy to wszystko się skoń­czy, za­bie­ram cię do domu. I to nie pod­lega ne­go­cja­cjom. Je­śli chcesz ze mną wal­czyć, to pro­szę bar­dzo. Mó­wiąc szcze­rze, ro­bię się twardy na myśl o tym, że miał­bym cię znowu skuć kaj­dan­kami i przy­piąć do łóżka. - Jego słowa wi­bro­wały tuż przy mo­jej skó­rze, gdy mó­wił z ustami przy­ci­śnię­tymi do wraż­li­wego miej­sca za uchem.

- Dziecko, czy ty je­steś na tej prze­klę­tej ło­dzi? - za­wo­łała Nad­ine sto­jąca na molo. Wi­dzia­łam ją mię­dzy ga­łę­ziami. Trzy­mała moje szorty w dło­niach. - Jesz­cze chwila, a ta łódź zgnije cał­ko­wi­cie i za­to­nie. Tu nie jest bez­piecz­nie.

- Idź - wy­szep­tał King. - Ko­cham cię. - Na­brał po­wie­trza i znik­nął pod wodą, nie wy­twa­rza­jąc przy tym ani zmarszczki na po­wierzchni. Moje mocno bi­jące serce było je­dy­nym wspo­mnie­niem tego, że on na­prawdę tu­taj był. Wy­szłam zza drzew, a Nad­ine od razu ob­ró­ciła głowę w moją stronę.

Ko­bieta oparła rękę na bio­drze i oznaj­miła:

- Dziew­czyno, wszę­dzie cię szu­ka­łam! Co ty tam, do cho­lery, ro­bisz? Przy­szłam spraw­dzić, czy wszystko u cie­bie w po­rządku, a cie­bie nie było w po­koju. Przez cie­bie pra­wie ze­szłam ze zmar­twie­nia!

- Prze­pra­szam. Nie mo­głam za­snąć, więc po­sta­no­wi­łam iść po­pły­wać - skła­ma­łam.

- W trak­cie bu­rzy? - za­py­tała Nad­ine scep­tycz­nie.

- Kiedy wy­cho­dzi­łam z domu, nie pa­dało.

Nad­ine chyba przy­jęła moją od­po­wiedź i rzu­ciła mi spodenki. Ubra­łam je, po czym wy­szłam na brzeg.

Ko­bieta pro­wa­dziła mnie do domu, trzy­ma­jąc za ło­kieć, jak­bym była star­szą osobą, która mo­głaby gdzieś uciec.

- Jesz­cze nie czu­jesz się tu jak w domu, prawda?

Przy­tak­nę­łam jej. Po­kle­pała mnie po dłoni.

- Wiesz, te wody są dość nie­przej­rzy­ste, szcze­gól­nie w nocy, i czają się w nich rze­czy, któ­rych nor­malni lu­dzie by się bali.

Pró­bo­wa­łam ukryć swój uśmiech.

Gdyby tylko wie­działa...

ROZ­DZIAŁ 6

Doe

Już miała m wró­cić do łóżka, gdy na­gle roz­bły­snął ekran te­le­fonu i przy­po­mnia­łam so­bie, że wcze­śniej pod­łą­czy­łam go do ła­do­wa­nia. Odłą­czy­łam ka­bel i po­ło­ży­łam się na brzu­chu na łóżku, a te­le­fon odło­ży­łam na po­duszkę. Wia­do­mość na ekra­nie po­ka­zy­wała, że ba­te­ria była w pełni na­ła­do­wana.

Chcia­łam od­blo­ko­wać ekran, ale po­ja­wiła się ko­lejna in­for­ma­cja. Od­blo­ko­wa­nie te­le­fonu wy­ma­gało ha­sła. Ro­zej­rza­łam się po po­koju i mój wzrok padł od razu na je­den z ry­sun­ków przed­sta­wia­ją­cych Sammy'ego, które wi­siały na ta­blicy kor­ko­wej.

Wpi­sa­łam ha­sło "SAMMY".

Ekran zo­stał od­blo­ko­wany. Ta­peta przed­sta­wiała zdję­cie Sammy'ego, który sie­dział na krze­śle i uśmie­chał się od ucha do ucha, a jego twarz była uma­zana nie­bie­skim lu­krem. Uśmiech­nę­łam się, wi­dząc tort, który zmiaż­dżył w dło­niach. Na szczyt znisz­czo­nego cia­sta we­tknięto świeczkę.

- Ray naj­wy­raź­niej po­winna była na­uczyć się two­rzyć lep­sze ha­sła - wy­mam­ro­ta­łam.

Klik­nę­łam na ikonkę apa­ratu i za­czę­łam prze­glą­dać zdję­cia. Więk­szość z nich przed­sta­wiała Tan­nera i Sa­mu­ela. Zna­la­złam też sel­fie nas trojga w parku. Mu­sie­li­śmy ro­bić to zdję­cie kilka razy, bo się po­wta­rzało. Ale na każ­dym się uśmie­cha­li­śmy.

Wy­glą­da­li­śmy na szczę­śli­wych.

Nie wie­dzia­łam, ja­kie uczu­cia wy­wo­ły­wały we mnie te zdję­cia, oprócz tego, że mia­łam przez nie mę­tlik w gło­wie. Już chcia­łam odło­żyć te­le­fon i prze­spać się tro­chę, gdy na­gle jedno zdję­cie przy­cią­gnęło moją uwagę.

A do­kład­niej osoba na tym zdję­ciu.

Na ławce w parku, nie­da­leko miej­sca, w któ­rym ro­bi­li­śmy so­bie zdję­cie, sie­działa ru­do­włosa dziew­czyna, wy­glą­da­jąca na mniej wię­cej moją ró­wie­śniczkę. Za­mru­ga­łam, bo my­śla­łam, że mam przy­wi­dze­nia. Ale nie po­tra­fi­łam po­zbyć się wra­że­nia, że znam tę dziew­czynę. Miała pod­krą­żone oczy, jej ubra­nia były po­darte i znisz­czone. Za­czę­łam jesz­cze raz prze­glą­dać zdję­cia z parku. Dziew­czyna znaj­do­wała się na każ­dym z nich, pa­trzyła wprost na nas. Na ostat­nim sel­fie uśmie­chała się, ale ten uśmiech wy­glą­dał na smutny.

Gło­śno wcią­gnę­łam po­wie­trze do płuc.

Nie. To nie mo­gła być ona.

To nie miało sensu.

Za­czę­łam bie­gać po po­koju, prze­glą­da­jąc zdję­cia opra­wione w ramce. Prze­wró­ci­łam kilka z nich w trak­cie, ale w końcu zna­la­złam to, czego szu­ka­łam.

Zna­la­złam ją.

Zdję­cie zo­stało zro­bione w jed­naj z bu­dek fo­to­gra­ficz­nych z mo­ty­wem Dzi­kiego Za­chodu. Tan­ner i ja też by­li­śmy na tej fo­to­gra­fii, prze­brani za kow­boja i kow­bojkę. Mie­li­śmy na so­bie ka­pe­lu­sze, buty z ostro­gami i chustki pod szy­jami. A ona stała mię­dzy nami. Opie­rała nogę o prze­wró­coną beczkę. Włosy opa­dały jej na ra­miona, a roz­po­rek z boku spodni roz­cią­gał się od uda do bio­dra. Wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż na zdję­ciu z parku, ale bez wąt­pie­nia to była ta sama osoba, tym bar­dziej że na zdję­ciu z budki dziew­czyna ce­lo­wała w obiek­tyw z pla­sti­ko­wej broni.

Wi­dzia­łam, jak robi to wcze­śniej.

Tylko że wtedy nie ce­lo­wała we mnie pla­sti­kową bro­nią, lecz praw­dziwą.

Ja­sna cho­lera.

I wtedy coś się stało. Jakby wtyczka zo­stała pod­łą­czona do gniazdka i urzą­dze­nie w końcu za­dzia­łało. Naj­pierw uj­rza­łam roz­błysk świa­tła i ob­ra­zów. Ale po­tem zo­ba­czy­łam po­tok ob­ra­zów, który pę­dził przez moje my­śli z za­wrotną pręd­ko­ścią, a gdy już mnie za­lał, nie było od­wrotu.

To moje pierw­sze wspo­mnie­nie.

I na pewno nie ostat­nie.

***

- Jesz­cze tylko raz, Ray. Obie­cuję. Nie będę już cię o to wię­cej pro­sić, ale nie mam gdzie się po­dziać.

To trzeci raz w tym mie­siącu, gdy moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka we­szła do mo­jej sy­pialni przez okno w środku nocy i pro­siła, bym ją prze­no­co­wała. Przy­cho­dzi mi to z tru­dem, ale tym ra­zem mu­szę jej od­mó­wić.

- Nie mogę. Nie tym ra­zem... Już nie mogę. Co bę­dzie, je­śli mój tata cię na­kryje? Za­dzwoni po gliny. Poza tym nie mo­żesz wspi­nać się po drze­wie i wcho­dzić do mo­jej sy­pialni przez okno w środku nocy. Co bę­dzie, jak zo­ba­czy cię Sammy?

- Sammy tu jest? - wy­krzy­kuje. Roz­gląda się po moim ciem­nym po­koju. Sammy jest dziś u Tan­nera, a ona jak zwy­kle mnie nie słu­cha. - Sammy ko­cha swoją cio­cię! Hej, Sammy! To ja! Cio­cia przy­szła!

- Ciiii! Nie, nie ma go tu­taj, ale za­raz obu­dzisz cały dom! - Nie chcę niań­czyć jej jak nie­mow­laka, wo­la­ła­bym z nią po­roz­ma­wiać jak kie­dyś. Chcia­ła­bym pro­wa­dzić z nią praw­dziwą roz­mowę, tak jak z dziew­czyną, którą po­zna­łam, gdy mia­łam cztery lata. Cho­dzi­ły­śmy ra­zem do przed­szkola, po raz pierw­szy tra­fi­łam z nią do kozy, bo za dużo roz­ma­wia­ły­śmy na lek­cjach. Ale ta naj­lep­sza przy­ja­ciółka, dziew­czyna, którą zna­łam całe ży­cie, już nie ist­nieje i za­miast niej stoi przede mną osoba, któ­rej nie po­znaję.

Jej nie­gdyś kasz­ta­nowe włosy mają te­raz dziwny, ru­do­czer­wony ko­lor. Jej zie­lone oczy, kie­dyś ja­sne i przej­rzy­ste, są te­raz roz­bie­gane i za­mglone. A jak na ko­goś, kto kie­dyś na po­waż­nie zaj­mo­wał się ba­le­tem i po­ru­szał z gra­cją i płyn­no­ścią, te­raz dziew­czyna dziw­nie drży, jakby wy­piła za dużo kawy. Pa­znok­cie ob­gry­zła nie­mal do skóry.

- A więc nie chcesz, że­bym zbli­żała się do two­jego syna? - Krzy­żuje ra­miona na piersi i chwieje się. Wy­ciąga rękę i przy­trzy­muje się ko­naru drzewa, by nie spaść na zie­mię i nie po­ła­mać karku.

- Nie. Nie chcę. - Zwy­kle owi­jam przy niej w ba­wełnę, nor­mal­nie po­wie­dzia­ła­bym coś z stylu: "Oczy­wi­ście, że chcę, byś spę­dzała z nim czas, ale..." i coś bym wy­my­śliła. Ale zbyt długo uni­ka­łam prawdy i pa­trzy­łam, jak przy­ja­ciółka od­dala się ode mnie co­raz bar­dziej i bar­dziej, scho­dzi na dno przez nar­ko­tyki i seks.

Za­częło się od tego, że jak ty­powa na­sto­latka bun­to­wała się prze­ciwko ro­dzi­com. W pierw­szej kla­sie li­ceum za­częła wy­my­kać się w nocy z domu i cho­dziła na im­prezy wy­pra­wiane przez naj­star­szy rocz­nik li­ce­ali­stów. Czę­sto się upi­jała. I ćpała. I spo­ty­kała się z ja­ki­miś chło­pa­kami ze szkoły.

Nie chcę wy­rzu­cać jej ze swo­jego ży­cia, ale przy­po­mi­nam so­bie, że ta dziew­czyna nie jest już moją przy­ja­ciółką, którą wcze­śniej zna­łam. Kie­dyś zna­czyła dla mnie wię­cej niż ro­dzina, na którą skła­dała się pi­jana matka i apo­dyk­tyczny oj­ciec. Ale nic, co ro­bię, na nią nie działa. Już trzy razy była na od­wyku. Pod­czas trze­ciego razu na­wet nie za­dała so­bie trudu, by być czy­sta przez trzy mie­siące, a gdy tylko skoń­czyła osiem­na­ście lat, wy­pi­sała się i wy­szła z pla­cówki.

I wtedy jej ro­dzice od­cięli się od niej na do­bre. I wtedy też za­częła zni­kać na dłu­żej. Cza­sami nie mia­łam od niej wie­ści przez kilka ty­go­dni. Cza­sami na­wet wiele mie­sięcy jej nie wi­dzia­łam. By­wały chwile, gdy my­śla­łam, że nie żyje, a po­tem po­ja­wiała się zni­kąd i wy­glą­dała na jesz­cze chud­szą, niż była. Jej ubra­nia były co­raz bar­dziej nie­chlujne, włosy su­che. Skóra za­częła się po­kry­wać pla­mami i za­dra­pa­niami. Pa­znok­cie za­ro­sły bru­dem. Wy­znała mi, że żyje na ulicy. Po­ma­ga­łam jej i zbie­ra­łam dla niej tyle pie­nię­dzy, ile się dało, a po­tem zni­kała i po­ja­wiała się ja­kiś czas póź­niej, wy­glą­da­jąc go­rzej niż po­przed­nio.

- Do­bra, nie wejdę - mówi. - Ale umie­ram z głodu. Dasz mi tro­chę pie­nię­dzy? Wy­star­czy mi tyle, by prze­żyć ty­dzień. Może stówę? Na je­dze­nie.

- Je­śli je­steś głodna, to mogę zro­bić ci coś do je­dze­nia i przy­nieść, ale nie do­sta­niesz pie­nię­dzy. - Głos mi się za­ła­muje, ale po­sta­na­wiam wy­trzy­mać.

- Ale... - Jej dolna warga za­czyna drżeć. - Skinny mnie za­bije, je­śli nie dam mu pie­nię­dzy. Mam mu dzi­siaj przy­nieść pięć­dzie­siąt do­lców, ale nie mam tyle. Wy­da­łam na tak­sówkę, by tu przy­je­chać... Żeby się z tobą zo­ba­czyć. - No i pro­szę, to znowu się dzieje. Wy­wo­łuje we mnie po­czu­cie winy i to działa, bo już chcę się­gnąć do mo­jej skar­bonki i wy­cią­gnąć z niej ostat­nie pie­nią­dze, ja­kie mam. Do­sta­łam je na uro­dziny od pra­babci, któ­rej ni­gdy nie spo­tka­łam.

- Kim jest Skinny i dla­czego chce od cie­bie wy­cią­gnąć pięć­dzie­siąt do­lców? Jest di­le­rem czy coś?

- Nie. - Roz­gląda się, jakby spraw­dzała, czy ktoś jej nie ob­ser­wuje, a po­tem wraca do mnie wzro­kiem. - To mój al­fons.

- Jezu Chry­ste! W coś ty się wpa­ko­wała, do cho­lery? - krzy­czę. Milknę i cze­kam na ja­kiś znak do­cho­dzący z domu, po któ­rym po­zna­ła­bym, że ktoś się obu­dził, ale nic nie sły­szę, więc ści­szam głos do wku­rzo­nego szeptu i mó­wię: - Po co ci, do cho­lery, ja­kiś al­fons?

- Nie wiem. - Jej głos się za­ła­muje. - Nie wiem, w któ­rym mo­men­cie wszystko się po­psuło, Ray. Nie wiem, kiedy go spo­tka­łam. Nie pa­mię­tam wielu rze­czy, które zro­bi­łam. Ro­bię nowe od­ra­ża­jące rze­czy i nie­na­wi­dzę tego, ale on na­prawdę mnie za­bije, je­śli dzi­siaj nie przy­niosę mu tych pie­nię­dzy. - Unosi głowę gwał­tow­nie. - A poza tym to nie fair, że mó­wisz to ty, Ray. Na­sto­let­nia matka - sy­czy w moją stronę.

"Trzy­maj się, Ray - mó­wię do sie­bie. - Pa­mię­taj, że jest mi­strzy­nią ma­ni­pu­la­cji". Po­trze­buje po­mocy, nie pie­nię­dzy. Jej kom­ple­menty i obe­lgi mają grać na mo­ich emo­cjach. Przy­po­mi­nam to so­bie, nie­dawno czy­ta­łam o tym ar­ty­kuł.

- Roz­ma­wia­łam dzi­siaj z two­imi ro­dzi­cami. Mó­wią, że je­śli pój­dziesz na od­wyk i przej­dziesz pół­roczny pro­gram, to mo­żesz po­tem wró­cić do domu. Dla­czego tego nie zro­bisz? - py­tam, ma­jąc na­dzieję, że zgo­dzi się tam wró­cić. Jed­nak w głębi du­szy czuję, że tym ra­zem jest ja­koś ina­czej. Wiem, że ona tego nie zrobi.

- Wiem, Ray. Do­piero co wró­ci­łam od ro­dzi­ców. I zgo­dzi­łam się tam pójść. Na­prawdę. Ale dzi­siaj mu­szę od­dać kasę Skinny'emu, a oni nie chcieli mi dać pie­nię­dzy. - Czuję, że za­raz się zła­mię i dam jej te pie­nią­dze, ale w tej chwili przy­ja­ciółka po­ciąga no­sem, a ja do­strze­gam resztki bia­łego proszku pod jej no­sem. Znowu przy­po­mi­nam so­bie, że każde słowo wy­cho­dzące z jej ust nie jest tak na­prawdę jej. To na­łóg przez nią prze­ma­wia. Wie­dzia­łam, że nie po­szła zo­ba­czyć się z ro­dzi­cami. Z okna mo­jego po­koju wi­dzę ich sa­lon: cały wie­czór oglą­dali ja­kiś do­ku­ment w te­le­wi­zji, a go­dzinę temu zga­sili świa­tło.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu nie mogę - mó­wię, za­kła­da­jąc ra­miona na piersi.

- Do­bra! - krzy­czy, ude­rza­jąc ręką w pień drzewa. - A czy mogę cho­ciaż po­ży­czyć od cie­bie la­tarkę? Jest tak ciemno, że nic nie wi­dzę... Swoją zo­sta­wi­łam na tej prze­klę­tej ło­dzi.

Pod­cho­dzę do szafy i wy­cią­gam z niej starą, ró­żową la­tarkę. Gdy by­ły­śmy w pią­tej kla­sie, ku­pi­ły­śmy ze­staw dwóch ta­kich la­ta­rek za do­lara w skle­pie z ta­nimi rze­czami. Wy­my­śli­ły­śmy wła­sną wer­sję al­fa­betu Morse'a i przez wiele nocy wy­sy­ła­ły­śmy so­bie znaki świetlne z okien. Gdy inny są­siad za­dzwo­nił na po­li­cję i zgło­sił to, su­ge­ru­jąc, że może to być po­ten­cjalny zło­dziej, mu­sia­ły­śmy prze­stać.

- Pro­szę - mó­wię, po­da­jąc jej la­tarkę. Bie­rze ją i włą­cza. Nie za­łą­cza się od razu, więc ude­rza nią o rękę i do­piero wtedy przed­miot za­czyna świe­cić.

- Masz, co chcia­łaś, Ray. Ja od­cho­dzę. Ni­gdy wię­cej nie bę­dziesz mu­siała się ze mną uże­rać.

- Za­cze­kaj! Do­piero co po­wie­dzia­łaś, że wra­casz na od­wyk. Dla­czego mia­ła­bym się z tobą nie zo­ba­czyć? - Ści­ska mnie w gar­dle. Po­peł­ni­łam błąd. Nie ma zna­cze­nia, co ona zro­biła. Nie mogę stra­cić naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Ona jest chora i po­trze­buje po­mocy.

Po­trze­buje mnie.

- Po­wie­dzia­łam ci już, je­śli nie do­star­czę Skinny'emu pie­nię­dzy, to mnie za­bije. - Za­kłada na głowę czarny kap­tur i oświe­tla swoją twarz od spodu. Sa­pię gło­śno prze­ra­żona. Jej nos wy­gląda na zła­many i po­kry­wają go ciem­no­fio­le­towe si­niaki, oczy ma pod­puch­nięte, a białka prze­krwione. W ką­ci­kach ust do­strze­gam za­schniętą krew. Szczęka wy­gląda na prze­sta­wioną.

Nie kła­mała. A może kła­mała, ale ktoś rze­czy­wi­ście po­bił ją dość mocno. Już chcę zmie­nić zda­nie i po­wie­dzieć jej, że do­sta­nie pie­nią­dze, gdy ona wy­ciąga na­gle rękę i mówi:

- Nie­ważne, Ray. Miło było cię znać. - Wy­łą­cza la­tarkę i za­czyna scho­dzić po drze­wie. Znika na chwilę w ciem­no­ści, a po­tem znowu po­ja­wia się na po­dwórku za­la­nym świa­tłem lamp. Od­wraca się jesz­cze i ma­cha mi. - Cześć, Ray. - Sły­szę jej ci­chy szept prze­ci­na­jący nocną ci­szę. W tym po­że­gna­niu jest coś osta­tecz­nego, co mnie prze­raża, aż wło­ski na karku stają dęba. Od­wraca się, by odejść, lecz po chwili znowu na mnie pa­trzy.

- I jesz­cze jedno Ray. Co­kol­wiek się sta­nie, ni­gdy nie ufaj Ty­ra­nowi.

Pa­trzę, jak moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka od­cho­dzi.

Może wi­dzę ją po raz ostatni.

Szep­czę, ma­jąc na­dzieję, że mnie jesz­cze usły­szy.

- Pa, Nikki.

ROZ­DZIAŁ 7

King

- Co ty, kurwa, po­wie­dzia­łeś? - za­py­tał Bear.

- Masz - od­par­łem, rzu­ca­jąc w jego stronę ko­pertę. Wy­lą­do­wała na pod­ło­dze. Bear po­chy­lił się i otwo­rzył pi­smo. Ża­ło­wa­łem, że w ogóle to do­sta­łem. Czy­ta­jąc, mam­ro­tał pod no­sem. List po­cho­dził z urzędu i in­for­mo­wano w nim, że nie kwa­li­fi­kuję się do opieki nad Max i że chcą ją od­dać do ad­op­cji. Za­in­te­re­so­wana ro­dzina już skon­tak­to­wała się z jej opie­ku­nem.

Już zdą­żyli za­brać ją ode mnie w fi­zyczny spo­sób, a te­raz chcą, bym dał im po­zwo­le­nie na po­zba­wie­nie jej mo­jego na­zwi­ska i od­da­nie ko­muś in­nemu.

To ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wa­łem.

Bear i ja mie­li­śmy już omamy z braku snu, bo spa­li­śmy tylko po kilka go­dzin na ty­dzień. Masę czasu spę­dzi­li­śmy, przy­go­to­wu­jąc się do ataku i ak­tyw­nie szu­ka­jąc Eliego. By­li­śmy już wszę­dzie, od Miami aż po Atlantę, ale fa­cet za­padł się pod zie­mię. Każda in­for­ma­cja, jaką do­sta­li­śmy, pro­wa­dziła nas do miej­sca, które nie­dawno opu­ścił.

Cza­sami mi­ja­li­śmy się z nim do­słow­nie o mi­nuty.

- Tu­taj jest na­pi­sane, że gówno mogą zro­bić bez two­jego pod­pisu - pod­su­mo­wał Bear, wska­zu­jąc pal­cem na pa­pier, po czym rzu­cił go od nie­chce­nia na sto­lik.

- Tak, ale jest tam też na­pi­sane, że je­śli nie kiwnę pal­cem, to zo­sta­nie w domu dziecka do osiem­na­stego roku ży­cia. - Ob­ró­ci­łem w miej­scu część ma­szynki do ta­tu­ażu. - Nie wiem, czy mogę jej coś ta­kiego zro­bić. Kiedy by­łem dziec­kiem, od­dał­bym wszystko, by moja mama na­prawdę była mamą. Kurwa, od­dał­bym też wszystko, by do­wie­dzieć się, kim jest mój oj­ciec.

- Ale twoja matka była pie­przoną szmatą - stwier­dził Bear. - A te­raz jest zde­chłą pie­przoną szmatą.

- To, że jest zde­chłą pie­przoną szmatą, po­skut­ko­wało tym, że te­raz nie mogę od­zy­skać dziecka - przy­po­mnia­łem mu. - I może bę­dzie le­piej, je­śli za­mieszka z nor­mal­nymi ludźmi, któ­rzy nie mu­szą się mar­twić o to, czy ktoś ich za­bije, czy mu­szą sami za­bić, by prze­trwać.

Bear prze­wró­cił oczami.

- Gówno prawda. Za­bi­ja­nie skur­wieli to biz­nes. Nie ma nic wspól­nego z ro­dziną. A poza tym, co oni mogą wie­dzieć? Je­ste­śmy wy­jęci spod prawa, mój przy­ja­cielu. Cy­wile nie po­tra­fią ogar­nąć tymi swo­imi ma­łymi móżdż­kami tego, co to ozna­cza, po­prze­pa­la­łyby im się zwoje.

- Wiesz, że w oczach gangu mo­to­cy­klo­wego sam je­stem cy­wi­lem? - przy­po­mnia­łem mu.

Bear mach­nął ręką lek­ce­wa­żąco.

- Tylko dla mo­jego sta­ruszka, ale co on może wie­dzieć.

Mil­cza­łem przez mi­nutę, a po­tem po­dzie­li­łem się z Be­arem czymś, o czym nie sły­szał jesz­cze nikt, na­wet Preppy.

- Je­śli będę mieć szansę, by na­prawdę zo­stać oj­cem Max... To rzu­cam to wszystko i będę cy­wi­lem.

Wcale nie mu­siał­byś mi o tym mó­wić. Ja to już wie­dzia­łem, do cho­lery. Daj znać, do czego ci się przy­dał ten cho­lerny dy­plom uczelni, ty pie­przona ka­na­lio, za­wył głos du­cha Preppy'ego.

- Te­raz nie my­ślisz trzeźwo. Za­bi­jemy Eliego i wszystko bę­dzie cacy, a po­tem za­sta­no­wisz się, jaki był z cie­bie głu­pek, gdy twier­dzi­łeś, że Król Nad­brzeża po­sta­no­wił przejść na ścieżkę pra­wo­ści - ob­ru­szył się Bear.

Wła­śnie ta­kiej od­po­wie­dzi się po nim spo­dzie­wa­łem. Wie­dzia­łem, że nie zro­zu­mie, do czego czło­wiek jest się w sta­nie po­su­nąć dla swo­jego dziecka, dla ro­dziny.

- Zro­bił­byś wszystko dla swo­ich braci z gangu mo­to­cy­klo­wego, prawda?

Bear po­ki­wał głową.

- Dla gangu. Dla cie­bie. Tak, stary. Zro­bił­bym wszystko. Ukradł­bym, wal­czył, oka­le­czył, za­bił. Cho­lera, przy­jął­bym na­wet kulkę. Gdy­bym mógł, to w tej chwili bym wró­cił i przy­jął kulkę za Preppy'ego. - Uwie­rzy­łem mu, bo Bear był bar­dzo lo­jal­nym czło­wie­kiem.

- Cóż - stwier­dzi­łem. - Te rze­czy to pryszcz w po­rów­na­niu z tym, co jest się w sta­nie zro­bić dla swo­jego dziecka.

Bear po­krę­cił głową. Wie­dzia­łem, że ni­gdy nie zro­zu­mie tego tak na­prawdę, chyba że kie­dyś bę­dzie mieć wła­sne dziecko, ale samo to przy­pusz­cze­nie było śmie­chu warte.

Po­tar­łem ręką za­rost na szczęce, który w ciągu ty­go­dnia zmie­nił się w brodę. Nie mia­łem ochoty na nic poza za­cią­gnię­ciem Doe do łóżka i spę­dza­niem z nią tam naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Ale nie mo­głem tego zro­bić, do­póki nie skoń­czy się ta sy­tu­acja z Elim.

Fa­cet jest mą­dry. Lubi ze­mstę po­wolną, słodką i pełną udręki.

Udręką dla mnie było to, że nie mo­głem być z moją dziew­czyną. To zbyt nie­bez­pieczne. Ostatni fa­cet, na któ­rego Eli się uwziął, stra­cił całą ro­dzinę aż do dru­giej li­nii ku­zy­no­stwa, za­nim go za­bił i ukró­cił jego męki. Czło­wiek mu­siał pa­trzeć, jak giną jego bli­scy.

- Za­czniemy z sa­mego rana - oznaj­mi­łem. - Wy­ślemy wię­cej lu­dzi na zwiady, zo­ba­czymy, czy można się do niego ja­koś zbli­żyć. Po­trzebny nam ktoś, kto bę­dzie wie­dział, gdzie on obec­nie prze­bywa, a nie gdzie był kie­dyś.

Po­tar­łem oczy. By­łem zmę­czony, nie po­tra­fi­łem się roz­luź­nić. Skóra do­słow­nie mnie swę­działa, chcia­łem roz­wią­zać te wszyst­kie pie­przone pro­blemy.

Wy­star­czyło na­fa­sze­ro­wać Eliego oło­wiem.

Naj­le­piej by było, gdyby udało mi się to zro­bić, na­wet nie wy­sia­da­jąc z pę­dzą­cego sa­mo­chodu, by po­tem jak naj­szyb­ciej do­trzeć do Doe. Po­tem wy­my­ślił­bym, co zro­bić z Max.

Ra­zem z Doe.

- Zo­stało ci jesz­cze tro­chę wol­nego miej­sca? - za­py­ta­łem Be­ara, który le­żał na ka­na­pie na brzu­chu. Znaj­do­wa­li­śmy się w jego miesz­ka­niu, które urzą­dził so­bie w moim ga­rażu. Było bez okien i pro­wa­dziły tu tylko jedne drzwi, więc czu­li­śmy się bar­dziej swo­bod­nie niż w moim du­żym domu.

Bear ode­zwał się, mó­wiąc z ustami przy­ci­śnię­tymi do obi­cia ka­napy.

- Tro­chę na szyi, po we­wnętrz­nej czę­ści pra­wego ra­mie­nia - za­czął wy­mie­niać miej­sca na ciele, któ­rych nie po­kry­wały ta­tu­aże. - Na kilku pal­cach jest też tro­chę wol­nego... i na fiu­cie, ale nie je­steś w moim ty­pie, ty gnoju, więc się od­wal.

On nie może wy­ta­tu­ować ci fiuta, Bear. Nie umie ro­bić mi­kro­sko­pij­nych ta­tu­aży.

Za­śmia­łem się, sły­sząc w gło­wie głos Preppy'ego i po­cią­gną­łem jo­inta, któ­rego Bear i ja po­da­wa­li­śmy so­bie co ja­kiś czas.

- Co cię tak śmie­szy? - za­py­tał, uno­sząc głowę znad ka­napy. Jego oczy się za­czer­wie­niły.

- Prep - po­wie­dzia­łem, za­trzy­mu­jąc na chwilę dym w płu­cach. Wy­pu­ści­łem go do­piero, gdy za­częło mnie pa­lić w piersi. - To po­pie­przone, ale... cza­sami wciąż go sły­szę.

Bear usiadł i za­brał ode mnie jo­inta. Za­cią­gnął się trzy razy, po czym roz­wa­lił się wy­god­nie na ka­na­pie.

- Wiem, co masz na my­śli. Ja też. Za­wsze tu był, by roz­luź­nić at­mos­ferę, którą sami so­bie psu­li­śmy. A te­raz go nie ma i ta ciężka at­mos­fera zo­stała.

Plan był taki, by wy­ko­rzy­stać noc i prze­spać się tro­chę przed po­wro­tem do pracy. Krę­ci­łem się z boku na bok go­dzi­nami, wie­dząc, że ni­gdy się nie wy­śpię, do­póki nie bę­dzie przy mnie mo­jego zwier­zaczka.

Sły­sza­łem, jak Bear stęka, prze­wraca się i rzuca na łóżku.

Więc w końcu prze­sta­li­śmy się mę­czyć i wsta­li­śmy.

Od trzech go­dzin ja­ra­li­śmy trawę i przez chwilę nie­mal czu­łem się jak za daw­nych cza­sów: tylko ja, Bear i Preppy. Wła­śnie tak spę­dza­li­śmy więk­szość nocy. Ale tym ra­zem nie było Preppy'ego. I jak za daw­nych cza­sów znowu wy­cią­gną­łem ma­szynkę do ta­tu­ażu.

- Je­steś go­towy? - za­py­ta­łem, uno­sząc sprzęt. Wy­ko­rzy­sta­łem pe­dał, by urzą­dze­nie za­częło bu­czeć.

- Ja­sne. Wy­ta­tuuj mnie, gnoju. - Bear pod­szedł do mnie i usiadł na sta­rej opo­nie, któ­rej uży­wa­łem jako sto­lika. Gdy ob­ró­cił się do mnie ple­cami, po­chy­lił głowę, wy­cią­gnął rękę i od­su­nął włosy. Do­tknął pal­cem jed­nego z miejsc po­zba­wio­nych tu­szu na swoim ciele. - Tu­taj, stary.

Nie sko­rzy­sta­łem z sza­blonu i po czter­dzie­stu mi­nu­tach miał nowy ta­tuaż. Wy­tłusz­czone li­tery gło­siły: PREP.

Na­wet nie spy­tał, czy może obej­rzeć, po pro­stu po­ło­żył się po­now­nie na ka­na­pie. Za­pa­lił pa­pie­rosa i wy­sy­pał na stół odro­binę bia­łego proszku z to­rebki. Po­dzie­lił go na równe li­nie z po­mocą ży­letki, a po­tem wcią­gnął dwie kre­ski przez zwi­nięty bank­not. Ści­snął się za noz­drza i za­śmiał.

- Pa­mię­tasz, jak sko­czy­łem kie­dyś z da­chu ga­rażu pro­sto do za­toki? Stary, to było coś.

- Pa­mię­tam - po­wie­dzia­łem, krę­cąc głową, gdy Bear chciał mi po­dać bank­not. - Preppy pra­wie do­stał za­wału, kiedy wrzu­ci­łeś go do wody. Trzy razy w ciągu tam­tego ty­go­dnia prał swoje białe szelki.

Bear wy­glą­dał na rów­nie zmę­czo­nego, co ja, ale cho­dziło o coś wię­cej niż tylko brak snu. Ni­gdy nie wi­dzia­łem, żeby był taki wy­cień­czony.

- Co się z tobą ostat­nio dzieje? Od ja­kie­goś czasu źle wy­glą­dasz. Za­uwa­ży­łem to jesz­cze przed pie­kłem, które się ostat­nio roz­pę­tało, i za­nim zgi­nął Preppy. Co ci, do cho­lery, jest? - spy­ta­łem.

Bear wes­tchnął i przy­ło­żył rękę do skroni.

- Sta­ru­szek chce mi od­dać do­wo­dze­nie.

- Ale chyba od po­czątku wła­śnie taki był plan, co?

Bear wzru­szył ra­mio­nami.

- Tak, ale my­śla­łem, że doj­dzie do tego, jak umrze albo bę­dzie miał z dzie­więć­dzie­siąt lat. I cza­sem so­bie my­śla­łem, że na­wet po śmierci wciąż bę­dzie trzy­mać ten mło­tek wła­dzy w dło­niach i bę­dzie trzeba wy­rwać mu go z jego sztyw­nych pal­ców. A on tak po pro­stu chce mi go od­dać... i to te­raz.

- Na­dal nie ła­pię. W czym pro­blem?

Bear wstał i za­czął krą­żyć przed ka­napą.

- Mó­wiąc szcze­rze, nie je­stem pewny, czy w ogóle tego chcę. To, co kie­dyś miało sens, gdy do­piero do­sta­łem się do klubu, te­raz już go nie ma. Wszystko się po­zmie­niało. Sy­tu­acja w klu­bie się spie­przyła. Poza nim też. Już nie jest tak, jak kie­dyś my­śla­łem, że bę­dzie - oznaj­mił Bear, pa­trząc w su­fit pu­stym wzro­kiem. Po­krę­cił głową, jakby pró­bo­wał prze­go­nić z my­śli mgłę. - A może po pro­stu po­trzebna mi ja­kaś cipka - po­wie­dział. - Może, jak to wszystko się już skoń­czy, na­pi­szę do tej Bry­tyjki Jodi. Ona się pie­przy jak pro­fe­sjo­na­listka i lubi w ty­łek.

- Ja­kaś przy­pad­kowa la­ska ni­czego nie na­prawi - stwier­dzi­łem.

- Wiem, ale jak wejdę w nią od tyłu, to cho­ciaż na chwilę o wszyst­kim za­po­mnę. - Bear opadł znowu na ka­napę i po­dra­pał się po ręce. Naj­wy­raź­niej nie tylko ja nie mo­głem od­po­cząć i czu­łem swę­dze­nie na ca­łym ciele.

- Mogę cię o coś za­py­tać? - Bear po­chy­lił się i wziął ze stołu pa­pie­rosa. Na­wet nie po­cze­kał na moją od­po­wiedź. - Dla­czego wła­śnie Doe chwy­ciła cię za jaja, choć wcze­śniej po­tra­fi­łeś mieć dwie la­ski na dzień? Cza­sem na­wet jed­no­cze­śnie - wy­ję­czał Bear.

Unio­słem brwi.

- Bę­dziemy tu sie­dzieć i roz­ma­wiać o na­szych uczu­ciach?

- To zna­czy przy­znaję, jest cho­ler­nie piękna, stary. Na­zy­wa­łem dziew­czyny sek­sow­nymi, go­rą­cymi, bom­bo­wymi, ale na za­sa­dzie "po­wiem ci, że je­steś piękna, że­bym tylko mógł cię wy­ru­chać". Ale Doe jest inna. Dziew­czyna w jej ty­pie po­winna trzy­mać się jak naj­da­lej od ta­kich bia­łych śmieci z Flo­rydy jak my.

Wy­cią­gną­łem swoją broń i po­ło­ży­łem ją na stole.

- Chcesz po­wie­dzieć coś, przez co będę mu­siał tego użyć? - za­py­ta­łem.

Ale nie cho­dziło o to, co mó­wił, bo wszystko miał wy­pi­sane na po­ro­śnię­tej blond brodą twa­rzy. I to mnie tak wku­rzało.

Chciał chro­nić Doe.

Bo ją ko­chał.

Mia­łem ochotę wpa­ko­wać mu za­war­tość ma­ga­zynku w łeb, ale tego nie zro­bi­łem. Ro­zu­mia­łem go. Doe miała w so­bie wszystko i do­dat­kowo było to ład­nie opa­ko­wane. I to nie była jej wina, że nie tylko ja to do­strze­głem, i też nie wina Be­ara, że to po­czuł. Ale bę­dzie to jego wina, je­śli kie­dy­kol­wiek jej do­tknie.

I je­śli to zrobi, to tego dnia będę stał nad jego mar­twym cia­łem, trzy­ma­jąc dy­miącą broń w dłoni. Nie czuł­bym się ani tro­chę winny, ten gnój by so­bie na to za­słu­żył.

Bear o tym wie­dział.

- Pieprz się i pie­przyć twoją broń - prych­nął Bear. - Do­sko­nale wiesz, że lu­bi­łem ją od po­czątku. - Strzep­nął z pa­pie­rosa nad­miar po­piołu do pu­stej bu­telki po pi­wie. - Ża­łuję, że wy­sła­łem ją wtedy na górę do cie­bie tam­tej nocy. I że nie za­trzy­ma­łem jej dla sie­bie - po­wie­dział. Sły­sza­łem w jego gło­sie smu­tek. - A po­tem nie­mal to wszystko zje­ba­łeś, bo za­chciało ci się prze­le­cieć inną la­skę i pra­wie to zro­bi­łeś. Ni­gdy wcze­śniej nie by­łem tak wście­kły, jak wtedy, gdy po­ja­wi­łeś się na po­mo­ście. - Bear za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. - Więc wi­dzę to tak, że je­steś mi coś winny.

To, że wy­słał Doe wtedy do mnie na górę, było je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego nie zmiaż­dży­łem mu nosa pię­ścią.

Trzeba zmie­nić te­mat roz­mowy, za­nim obaj zro­bimy coś, czego bę­dziemy ża­ło­wać. Ja - bo stra­cił­bym przy­ja­ciela, a on - bo miałby głowę pełną oło­wiu.

- Na­dal nie od­po­wie­dzia­łeś mi na py­ta­nie, skur­wielu. - Bear po­chy­lił się w moją stronę. - Dla­czego ona?

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Nie wiem - od­po­wie­dzia­łem szcze­rze. - To po pro­stu ko­lejny fakt, jak to, że niebo jest nie­bie­skie, a trawa zie­lona. - Po­now­nie wzru­szy­łem ra­mio­nami. - Ona jest moja. I pa­mię­taj o tym.

- Czy kie­dy­kol­wiek po­my­śla­łeś, że ona za­słu­guje na coś lep­szego niż to gówno? - za­py­tał Bear, za­ta­cza­jąc ręką łuk w po­wie­trzu. - Niż ty? - Po­sła­łem mu py­ta­jące spoj­rze­nie. By­łem już roz­draż­niony tą roz­mową i za­czy­na­łem tra­cić nad sobą kon­trolę. - Nie cho­dzi o to, że ja miał­bym być lep­szy. Po pro­stu... Czy nie za­słu­guje na coś lep­szego niż ta­kie ży­cie?

- Oczy­wi­ście, że tak. - Za­pa­li­łem pa­pie­rosa i za­cią­gną­łem się nim, rzu­ca­jąc za­pal­niczkę na stół. Po­tem unio­słem głowę i uśmiech­ną­łem się do Be­ara.

- Ale ona nie po­trze­buje ni­czego lep­szego... bo ma mnie.

Le­dwo wy­po­wie­dzia­łem te słowa, a be­ton i stal za­pa­dły się na nas. Fru­wały po ga­rażu, jakby ze­rwało się tor­nado.

Po­chy­li­łem się i zna­la­złem schro­nie­nie pod sto­łem. Za­czą­łem się du­sić wdy­cha­nym po­wie­trzem z py­łem. Zmru­ży­łem oczy, chcąc zo­ba­czyć, gdzie na­stą­pił wy­buch.

W miej­scu, w któ­rym jesz­cze przed chwilą znaj­do­wała się ściana, była te­raz zie­jąca pustką dziura.

W sa­lo­nie za­legł stos gruzu.

Pod reszt­kami ściany stała ka­napa. A na niej le­żał Bear.

ROZ­DZIAŁ 8

Doe

To zbyt wcze­śnie. Albo zbyt późno.

Sama nie wie­dzia­łam.

W końcu od­zy­ska­łam wspo­mnie­nia o ja­kiejś oso­bie i to mu­siała być osoba, którą pa­mię­ta­łam po utra­cie pa­mięci.

Nikki.

Przy­jaź­ni­ły­śmy się od dziecka. I była dziwką, która za­cho­wy­wała się, jakby wy­świad­czała mi przy­sługę, po­zwa­la­jąc mi się do sie­bie przy­łą­czyć, gdy obie pró­bo­wa­ły­śmy prze­żyć na ulicy.

Nie­wąt­pli­wie przy­po­mnia­łam so­bie o tym tylko dla­tego, że to wspo­mnie­nie łą­czyło prze­szłość z te­raź­niej­szo­ścią. Tylko to było dla mnie ja­sne. Cała reszta przy­po­mi­nała pro­wa­dze­nie sa­mo­chodu z za­bło­coną przed­nią szybą i próbę do­strze­że­nia drogi przez smugi.

Dla­czego Nikki - skoro by­ły­śmy dla sie­bie pra­wie jak sio­stry - za­su­ge­ro­wała, bym sprze­dała się ja­kie­muś mo­to­cy­kli­ście na im­pre­zie u Kinga w za­mian za cie­płe łóżko i ochronę?

Nie mo­głam spać, bo w mo­jej gło­wie ko­tło­wało się zbyt wiele py­tań. Wy­szłam na ga­nek i sie­dzia­łam tam długo, pa­trząc na zdję­cie Nikki w ramce.

King nie był je­dyną osobą, która mnie ostat­nio okła­my­wała.

- Dla­czego nie po­wie­dzia­łaś mi, kim by­łaś? Kim ja by­łam? - spy­ta­łam zdję­cie, prze­su­wa­jąc pal­cami po me­ta­lo­wej ramce.

- Hej, Ray, kopę lat! Jak leci? Jak twój wy­jazd? I jak się ma Ty­ran? - Spoj­rza­łam na li­sto­no­sza, który stał u pod­nóża scho­dów. Za­częło już świ­tać, ale ja na­wet nie za­uwa­ży­łam, kiedy wze­szło słońce. Męż­czy­zna miał na so­bie ciem­no­nie­bie­skie szorty i pa­su­jące do nich skar­petki do ko­lan. Jego uśmiech da­wał do zro­zu­mie­nia, że był jed­nym z tych lu­dzi, któ­rzy za­wsze byli na­prawdę szczę­śliwi, mocno na­ćpani albo zu­peł­nie sza­leni.

- Hej... - Usia­dłam wy­pro­sto­wana na huś­tawce i zmru­ży­łam oczy, by od­czy­tać imię z jego pla­kietki. - ...Barry? Wszystko u niego w po­rządku... chyba. - Na­prawdę kiep­sko kła­ma­łam, ale w tym mo­men­cie nie mo­głam się zmu­sić, by przy­znać, że go nie pa­mię­tam ani że nie wi­dzia­łam ojca, od­kąd mnie tu­taj przy­wiózł. I od­je­chał, nie mó­wiąc, kiedy wróci.

Nie chcia­łam ura­zić tego we­so­łego czło­wieka.

Barry nie po­wie­dział ani słowa, ale też nie mu­siał tego ro­bić. Jego ścią­gnięte brwi i zmarsz­czony nos mó­wiły wy­star­cza­jąco dużo. W mil­cze­niu po­ło­żył pocztę na stop­niu, od­wró­cił się i od­szedł, na­wet się nie od­wra­ca­jąc, zu­peł­nie jakby na­kar­mił groź­nego pit­bulla i nie chciał, by ten go ugryzł.

Ja też by­łam zła. Zdez­o­rien­to­wa­nie po­trafi być upier­dliwe. Pro­wa­dzi do py­tań, które pro­wa­dzą do ko­lej­nych py­tań, a to koń­czy się fru­stra­cją i gnie­wem.

- Oj­ciec chce się z tobą wi­dzieć w swoim ga­bi­ne­cie - po­wie­działa Nad­ine. - Twoja matka też tam jest. Cze­kają na cie­bie.

- Po­waż­nie? - Wsta­łam gwał­tow­nie z huś­tawki, wy­gła­dzi­łam włosy i po­pra­wi­łam szorty, by wy­dały się cho­ciaż odro­binę dłuż­sze.

To było dziwne, bo prze­cież mia­łam gdzieś, co so­bie o mnie po­my­ślą, ale wi­docz­nie moja po­trzeba do­brego za­pre­zen­to­wa­nia się była au­to­ma­tyczna. Rano wi­dzia­łam, jak pod dom pod­jeż­dża ten sam sa­mo­chód, któ­rym przy­je­cha­łam tu po raz pierw­szy, ale nie mia­łam ochoty wy­biec se­na­to­rowi na spo­tka­nie i przy­wi­tać się z nim w domu. Może rze­czy­wi­ście to nie on ka­zał za­bić Kinga, ale w tej sy­tu­acji było za dużo przy­padku i z tego po­wodu cały czas by­łam po­de­ner­wo­wana i go­towa do walki.

- Czy moja matka czuje się już le­piej? - za­py­ta­łam, po­dą­ża­jąc za Nad­ine do ga­bi­netu. Dom nie był duży. Szklane drzwi ga­bi­netu ojca dało się do­strzec z każ­dego punktu w sa­lo­nie oraz kuchni i znaj­do­wały się do­kład­nie na­prze­ciwko drzwi fron­to­wych. Nad­ine nie mu­siała mnie tam pro­wa­dzić, ale po chwili do­tarło do mnie, że chyba sta­rała się mi po­ma­gać, bo stra­ci­łam pa­mięć. - Dzię­kuję - po­wie­dzia­łam. Nad­ine po­ki­wała głową i uśmiech­nęła się z na­pię­ciem, po czym wró­ciła do kuchni.

I wtedy to znowu się stało. Po raz drugi w mniej niż dwa­na­ście go­dzin. Tym ra­zem za­krę­ciło mi się w gło­wie tylko na chwilę, a ob­razy po­ja­wiły się szyb­ciej i były wy­raź­niej­sze.

Ko­lejne wspo­mnie­nie.

***

Ray

W wieku pięt­na­stu lat

Ga­bi­net mo­jego ojca jest świą­ty­nią dla niego i jego idoli po­li­tycz­nych. W środku na ścia­nie wisi ame­ry­kań­ska flaga w an­ty­ra­mie, a także zdję­cia przed­sta­wia­jące jego i męż­czyzn, z któ­rymi po­daje so­bie dło­nie, uśmie­cha­jąc się sztucz­nie, po­ka­zu­jąc wy­bie­lone zęby. To byli lu­dzie, któ­rych miał za ko­goś wię­cej niż zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

On chce być taki jak oni.

To byli bo­go­wie Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej.

Oj­ciec ob­rał taką drogę, by stać się jak oni, i jed­no­cze­śnie wy­brał po­li­tykę za­miast ro­dziny. Oczy­wi­ście poza ustawą lub in­nym za­pi­sem, który chciał prze­pchnąć, a który do­ty­czył ja­kichś war­to­ści ro­dzin­nych. Po­tem mu­sie­li­śmy po­ka­zy­wać się w te­le­wi­zji i pa­ra­do­wać ra­zem, a on wy­ko­rzy­sty­wał nas jako przy­kład do­brej, chrze­ści­jań­skiej, kon­ser­wa­tyw­nej ro­dziny.

Nad jego biur­kiem obok flagi wi­siał krzyż.

To kom­pletna ściema. Jest strasz­nym oszu­stem.

Jego noga ni­gdy nie po­stała w ko­ściele, chyba że wy­ma­gała tego od niego po­li­tyka, ale wma­wia lu­dziom, że jest pro­te­stan­tem.

Tak na­prawdę jest zwy­kłym kłamcą.

Wszystko w jego biu­rze, wszystko, co go do­ty­czy, ema­nuje sztucz­no­ścią i kłam­stwem.

I dla­tego wy­bra­łam wła­śnie ten po­kój, by prze­ka­zać mu do­bre wie­ści. Chcę to zro­bić w trak­cie jego go­dzin pracy, ma­jąc na­dzieję, że po­ha­muje wy­buch zło­ści, gdy bę­dziemy w tym świę­tym miej­scu.

Ubra­łam się na tę oka­zję, jak­bym szła na wy­wiad. Mam na so­bie żółtą ma­ry­narkę i ołów­kową spód­nicę wy­glą­da­jące jak z pod­ręcz­nika mody Jac­kie Ken­nedy. Ukry­wa­łam brzuch od mie­sięcy pod luź­nymi ubra­niami, ale ten strój pod­kre­śla go wy­raź­nie. Je­stem w szó­stym mie­siącu i nie mogę już dłu­żej się z tym ukry­wać.

Za­glą­dam przez szklane fran­cu­skie drzwi do ga­bi­netu. Wi­dzę ojca, który opiera się o jedno z krze­seł sto­ją­cych przed jego biur­kiem. Jest od­wró­cony do mnie ple­cami. Biorę głę­boki od­dech i na­ci­skam klamkę.

- Tato, czy mo­żemy po­roz­ma­wiać? - Dziw­nie jest na­zy­wać go "tatą". Od lat tak do niego nie mó­wi­łam. Uży­wam tego słowa tylko wtedy, gdy chcę coś osią­gnąć. Chcę mu w ten spo­sób przy­po­mnieć, kim dla mnie jest.

Cza­sami my­ślę, że o tym za­po­mina.

Od wielu lat nie był dla mnie jak oj­ciec.

W ogóle nie ro­bił nic, co po­wi­nien ro­bić tata.

Od­wraca się, gdy sły­szy, jak wcho­dzę. Za­uwa­żam, że nie jest sam. Jedno zie­lone krze­sło zaj­muje Tan­ner. Uśmie­cha się zbyt sze­roko jak na mój gust. Coś jest nie tak.

- Co tu się dzieje? - py­tam, ro­biąc nie­pewny krok w stronę biurka.

Se­na­tor od­zywa się pierw­szy.

- Tan­ner po­wie­dział mi o wszyst­kim - mówi, pro­stu­jąc ma­ry­narkę. Pa­trzy na moje dło­nie, które trzy­mam na za­okrą­glo­nym brzu­chu. Oj­ciec wy­gląda na za­nie­po­ko­jo­nego, jakby co naj­mniej ktoś po­wie­dział mu, że jego wy­niki w son­da­żach spa­dły, a nie że jego pięt­na­sto­let­nia córka jest w ciąży.

- Na­prawdę? - Za­biję go.

- Tak - po­twier­dził i okrą­żył biurko, by za­jąć miej­sce w swoim bur­gun­do­wym krze­śle o wy­so­kim opar­ciu, które wy­glą­dało bar­dziej jak tron. Za­ci­snął usta w cienką li­nię, po czym do­dał: - I cho­ciaż bar­dzo nie chcę tego ro­bić, to mu­szę o tym jesz­cze ko­muś po­wie­dzieć.

Komu chciał o tym po­wie­dzieć...? O cho­lera.

Mo­jej matce.

W su­mie na­wet o tym nie po­my­śla­łam. Matka nie była dla mnie żad­nym pro­ble­mem. Rzadko ją wi­dy­wa­łam, a gdy już mia­łam tę wąt­pliwą przy­jem­ność, to naj­czę­ściej spo­ty­ka­łam ją na ja­kichś uro­czy­sto­ściach, pod­czas któ­rych grała wzor­cową ma­mu­się, a gdy im­preza się koń­czyła, wra­cała do by­cia "mamą", która igno­ro­wała mnie jak za­zwy­czaj.

Moi ro­dzice na­wet ze sobą nie roz­ma­wiają, chyba że się o coś kłócą. I za­wsze ma to coś wspól­nego z kam­pa­nią ojca. O swój zwią­zek prze­stali się kłó­cić wiele lat temu.

Trudno się kłó­cić o coś, na czym ci nie za­leży.

- Okej - od­po­wia­dam po­tul­nie, przy­go­to­wu­jąc się na wy­buch, który ma za­raz na­dejść. I mimo że sia­dam na krze­śle obok Tan­nera i kulę się ze stra­chu, to nie mogę się do­cze­kać tego, co za­raz ma na­stą­pić. Za­czy­nam wy­gi­nać palce ze znie­cier­pli­wie­nia. Tan­ner nie wy­gląda na zde­ner­wo­wa­nego. Sie­dzi wy­lu­zo­wany, za­ło­żyw­szy nogę na nogę.

Oj­ciec wstaje na­gle. Wy­gląda na znie­cier­pli­wio­nego.

- Za­raz wrócę - oznaj­mia i wy­cho­dzi z po­miesz­cze­nia.

Gwał­tow­nie ob­ra­cam głowę w stronę Tan­nera.

- Co do­kład­nie mu po­wie­dzia­łeś? - py­tam szep­tem.

- Prawdę - od­po­wiada chło­pak.

Ude­rzam go w ra­mię pię­ścią.

- Dla­czego, do cho­lery, to zro­bi­łeś? Wła­śnie za­mie­rza­łam mu po­wie­dzieć. Prze­cież tak się umó­wi­li­śmy!

- Tak, ale prze­my­śla­łem to jesz­cze i uzna­łem, że le­piej bę­dzie, je­śli usły­szy to ode mnie, bo na mnie nie może się wku­rzyć.

- Ta de­cy­zja nie na­le­żała do cie­bie, Tan­ner. Nie mo­żesz tak po pro­stu de­cy­do­wać za mnie, wiesz? - Za­ło­ży­łam ręce na piersi. - I dla­czego niby miałby się na cie­bie nie zło­ścić?

- Może się zło­ścić, ale nie może sko­pać mi dupy ani nic z tych rze­czy. Bo je­śli by to zro­bił i mój oj­ciec by się do­wie­dział, to po­twier­dzi­łoby to jego teo­rię, że se­na­tor jest podły. I wtedy jego główny spon­sor za­dba o to, by se­na­tor nie do­stał wię­cej pie­nię­dzy na kam­pa­nię - od­po­wiada Tan­ner z dumą w gło­sie i pusz­cza do mnie oczko.

Ma tro­chę ra­cji.

Ale ja i tak je­stem wku­rzona.

- Cie­szę się, że sie­dzisz tu so­bie taki za­do­wo­lony i pewny sie­bie, ale ja drżę jak osika - mó­wię.

Mój oj­ciec wraca do po­koju, trzy­ma­jąc w dłoni ko­mórkę. Za­siada za biur­kiem i kła­dzie te­le­fon na bla­cie.

Może chciał za­dzwo­nić do mo­jej matki? Nie ma jej w domu, ale nie wiem, gdzie tym ra­zem znik­nęła. Mogę so­bie tylko wy­obra­zić, co mia­łaby do po­wie­dze­nia na ten te­mat.

Jej py­ta­nia za­wsze do­ty­czą tego, w co się "wpa­ko­wa­łam", rzuca zło­śli­wymi uwa­gami co do tego, jaką nie­po­słuszną i da­leką od ide­ału je­stem córką.

Albo by­łam.

- Ra­mie Eli­za­beth... - za­czyna se­na­tor. Wła­śnie tak mnie za­wsze na­zywa, kiedy nie spro­stam jego wy­ma­ga­niom. Po­tem do­daje jesz­cze oskar­ży­ciel­skie stwier­dze­nie w trze­ciej oso­bie na ko­niec wy­po­wie­dzi.

Na przy­kład: Ra­mie Eli­za­beth po­sta­no­wiła zre­zy­gno­wać z gry na for­te­pia­nie, nie mó­wiąc mi o tym.

Ra­mie Eli­za­beth naj­wy­raź­niej my­śli, że jej ry­su­neczki są waż­niej­sze niż praw­dziwa edu­ka­cja w praw­dzi­wej szkole.

Ra­mie Eli­za­beth znowu szwenda się gdzieś z tą okropną Ni­cole Ar­nold.

To dziwne, ale tym ra­zem cie­szę się, że daję mu po­wód do praw­dzi­wego za­wodu. Cała reszta to były tylko drobne pro­blemy. Le­d­wie pło­my­czek w po­rów­na­niu z tą chwilą. Dzi­siaj bę­dzie mieć oka­zję, by na­prawdę wzbu­dzić we mnie po­czu­cie winy, mó­wiąc, że jest mną za­wie­dziony.

Dzi­siaj bę­dzie praw­dziwy ogień.

- ...je­steś w ciąży - mówi oj­ciec, jakby to on oznaj­miał mi te wie­ści.

Krzy­wię się, bo gdy sły­szę te słowa wy­po­wie­dziane na głos, mam wra­że­nie, że są bar­dziej praw­dziwe. Jak­bym te­raz miała więk­szą pew­ność, że je­stem w ciąży, niż za­nim we­szłam do jego ga­bi­netu.

- Nie uczą cię w tej two­jej pry­wat­nej szkole, jak uży­wać kon­do­mów? - pyta se­na­tor, a ja po chwili za­uwa­żam po jego mi­nie, że ża­łuje tych słów, bo do­sko­nale zna od­po­wiedź.

Tan­ner za­uważa to samo, co ja, i od­po­wiada za mnie.

- Nie, sir. Nie uczą - od­po­wiada z sze­ro­kim uśmie­chem. Wiem, dla­czego się uśmie­cha. Mój oj­ciec pro­wa­dzi kam­pa­nię prze­ciwko edu­ka­cji sek­su­al­nej. We­dług niego je­dy­nym środ­kiem an­ty­kon­cep­cyj­nym jest abs­ty­nen­cja.

- Prze­stań się tak szcze­rzyć - mówi oj­ciec do Tan­nera i po­chyla się nad biur­kiem. - Każę Nad­ine za­dzwo­nić do pry­wat­nego le­ka­rza. Oczy­wi­ście nie mogę po­przeć abor­cji, ale te­raz prawo jest po two­jej stro­nie i de­cy­zja wciąż na­leży do cie­bie, przy­naj­mniej do­póki Re­pu­bli­ka­nie nie zmie­nią obec­nego stanu rze­czy. - Nie mówi tego, jakby po­ka­zy­wał mi różne moż­li­wo­ści. On mi roz­ka­zuje.

- Nie! - mó­wię sta­now­czo, wsta­jąc. Roz­pi­nam ma­ry­narkę i po­ka­zuję mu mój bar­dzo za­okrą­glony brzuch. - Już na to za późno - oznaj­miam. - A na­wet gdyby nie było za późno, to i tak nie po­zby­ła­bym się dziecka - do­daję, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

- Co masz na my­śli, mó­wiąc, że jest już za późno? - pyta oj­ciec ostroż­nie.

- Ona jest w szó­stym mie­siącu ciąży - od­po­wiada za mnie Tan­ner, jakby chciał przy­jąć tro­chę jego gniewu.

Na szczę­ście ta me­toda za­dzia­łała, bo se­na­tor sku­pia się na no­wym pla­nie. A ja wciąż chcę, by za­dzwo­nił do matki.

- Mu­simy coś wy­my­ślić, za­sta­no­wić się, jak po­dej­dziemy do tego pro­blemu - mówi oj­ciec. - W ta­kiej sy­tu­acji trzeba wziąć wiele rze­czy pod uwagę. - I ma ra­cję. Mu­simy po­roz­ma­wiać o tym, co zro­bić z moją szkołą, kto bę­dzie mnie za­wo­ził do le­ka­rza i wiele in­nych. Łą­czę dło­nie i biorę głę­boki od­dech.

- Po­słu­chaj - mó­wię, ale mój oj­ciec unosi rękę, by mnie uci­szyć i sięga po te­le­fon, prze­cią­ga­jąc go na śro­dek biurka. Za­czyna prze­glą­dać coś na ekra­nie, a po­tem na­ci­ska przy­cisk gło­śnika. Sły­szę dźwięk wy­bie­ra­nego po­łą­cze­nia.

- Mówi Mags - roz­lega się ko­biecy głos.

- Tu Price - od­po­wiada oj­ciec. - Do­szło do pew­nej sy­tu­acji. Mu­simy omó­wić stra­te­gię, wziąć pod uwagę ostrą re­ak­cję, a po­tem po­mó­wić o wskaź­niku ak­cep­to­wal­no­ści. Może po­win­ni­śmy prze­pro­wa­dzić son­daż.

Mags. Znam to imię.

Męż­czy­zna sie­dzący przede mną, na­zy­wa­jący się moim oj­cem, roz­ma­wia te­raz z kimś i ma gdzieś, że jego na­sto­let­nia córka jest w ciąży. Ma gdzieś to, że omi­nie mnie szkoła. Nie in­te­re­suje go, że nie wiem nic na te­mat opieki nad dziec­kiem ani że cały mój świat się te­raz dra­stycz­nie zmieni.

Ten te­le­fon jest dla mnie jak ku­beł zim­nej wody. Spro­wa­dza mnie na zie­mię.

Bo wiem, że oj­ciec dzwoni do je­dy­nej i nie­po­wta­rzal­nej Mags Al­l­bri­ght.

Zna­ko­mi­tej spe­cja­listki od PR.

A ja nie je­stem jego córką.

Je­stem sy­tu­acją. Zaj­ściem.

To był ostatni raz, gdy na­zwa­łam go tatą. Od tego dnia na­zy­wa­łam go wy­łącz­nie w je­den spo­sób.

Był dla mnie tylko se­na­to­rem.

***

Mój oj­ciec sie­dział za biur­kiem i wy­glą­dał do­kład­nie jak w dniu, gdy po­wie­dzia­łam mu o ciąży. No, może tylko jego wy­gląd się po­gor­szył. Miał pod­krą­żone oczy, jego włosy wy­raź­nie po­si­wiały, a skóra stała się lekko żółta. Usia­dłam na tym sa­mym zie­lo­nym krze­śle przed biur­kiem, co trzy lata temu.

- Nie przy­wi­tasz się na­wet? - do­biegł mnie głos z kąta po­koju. Ob­ró­ci­łam głowę i za­uwa­ży­łam matkę sie­dzącą na krze­śle o wy­so­kim opar­ciu. Była wy­pro­sto­wana i krzy­żo­wała nogi w kost­kach jak dama.

- Wi­tam - od­par­łam ci­cho. Matka po­chy­liła się i wzięła ze sto­lika jedną ze szkla­nek z ja­kimś ciem­nym trun­kiem, po czym wstała. Odło­żyła ją na biurko se­na­tora, roz­le­wa­jąc al­ko­hol. - Czu­jesz się już le­piej? Po po­by­cie w... spa.

- Tak, moja droga. Cie­szę się, że wró­ci­łaś do domu - oznaj­miła, mó­wiąc jak ro­bot. - Jak mnie­mam, mnie rów­nież nie pa­mię­tasz - stwier­dziła.

Po­krę­ci­łam głową, a po­tem przy­po­mnia­łam so­bie, że trzy­mam w dło­niach ramkę ze zdję­ciem.

- Nie, ale przy­po­mnia­łam so­bie o niej - po­wie­dzia­łam, po­ka­zu­jąc im zdję­cie Nikki.

- Pa­mię­tasz Ni­cole? - za­py­tał mój oj­ciec. Brzmiał na bar­dzo zdzi­wio­nego.

Po­ki­wa­łam głową.

- To tylko jedno wspo­mnie­nie. Pa­mię­tam, że przy­szła pod moje okno, pro­sząc o po­moc. O pie­nią­dze. - Moje oczy wy­peł­niły się łzami, ale po­wstrzy­ma­łam chęć pła­czu. - Od­mó­wi­łam jej.

Se­na­tor wes­tchnął.

- Za­bro­ni­łem ci wi­dy­wać się z nią po tym, jak po raz pierw­szy tra­fiła na od­wyk, ale mnie nie po­słu­cha­łaś. Ni­gdy mnie nie słu­cha­łaś, gdy cho­dziło o tę dziew­czynę.

- Naj­wy­raź­niej za któ­rymś ra­zem po­słu­cha­łam, bo pa­mię­tam, że ka­za­łam jej odejść.

- Po­win­naś być z sie­bie dumna - wtrą­ciła się moja matka. - Bo ta dziew­czyna jest...

- Mar­got - ostrzegł se­na­tor.

- Co z nią? - za­py­ta­łam. Już zna­łam od­po­wiedź, ale część mnie po­trze­bo­wała to usły­szeć.

- Mar­twa - do­koń­czyła matka, wzru­sza­jąc ra­mie­niem. - W końcu za­biła ją tru­ci­zna, którą so­bie wstrzy­ki­wała. Zna­leźli ją w ja­kimś ob­skur­nym mo­telu przy au­to­stra­dzie. - Nie było w jej gło­sie ani odro­biny współ­czu­cia. Zmarsz­czyła nos, jakby wy­czuła ja­kiś brzydki za­pach. - Miała przy so­bie to­rebkę pełną nar­ko­ty­ków i kon­do­mów. Za­częła się sprze­da­wać, by mieć za co ku­pić nar­ko­tyki.

Wsta­łam gwał­tow­nie, nie­mal prze­wra­ca­jąc krze­sło.

- A więc to, że ty ku­pu­jesz drogi al­ko­hol zna­nej marki, ma spra­wiać, że w ja­kiś spo­sób je­steś lep­sza? - Wska­za­łam na drinka, któ­rego trzy­mała. - Nikki wle­wała so­bie nar­ko­tyk w żyłę, a ty wle­wasz tru­ci­znę do gar­dła. - Po­krę­ci­łam głową z nie­do­wie­rza­niem. - Ty igno­rancka małpo! Ona była uza­leż­niona, tak samo jak ty je­steś. Je­dyną róż­nicą mię­dzy wami jest to, że ona nie pró­bo­wała tego ukry­wać.

- Wy­noś się - wy­ce­dziła matka przez zęby, a jej ręka za­drżała. Rzu­ciła szklanką o ścianę, tra­fia­jąc nią w zdję­cie Geo­rge'a Bu­sha.

- Prze­stań­cie. Obie. Mar­got, sa­mo­chód już czeka. Idź. Nie­długo do cie­bie do­łą­czę. - Matka łyp­nęła na mnie okiem, a po­tem opu­ściła po­kój ob­ra­żona. Kilka se­kund póź­niej usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami.

Mój oj­ciec nie sko­men­to­wał za­cho­wa­nia matki.

- Mu­simy je­chać do Myr­tle Be­ach. W tym cza­sie przy­je­dzie do cie­bie spe­cja­li­sta. Jest eks­per­tem od traum i utraty pa­mięci. Pra­cuje głów­nie z we­te­ra­nami w De­par­ta­men­cie do spraw Kom­ba­tan­tów, ale zgo­dził się ci po­móc. Po­sta­raj się do­brze za­cho­wy­wać, gdy nas nie bę­dzie... A co do matki to... jest ostat­nio... sła­bo­wita. Od­puść jej tro­chę. - Wstał i za­piął ma­ry­narkę. Otwo­rzył szu­fladę swo­jego biurka i wy­cią­gnął z niej or­dy­narny złoty ze­ga­rek z czer­wo­nymi dia­men­tami do­okoła tar­czy. - Wró­cimy w czwar­tek - po­wie­dział su­cho i wy­szedł z po­koju.

Na­gle mój strach przed sa­mot­no­ścią stra­cił sens, bo wo­la­ła­bym być sama, niż spę­dzić cho­ciaż jedną mi­nutę w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­ców.

W tej chwili obie­ca­łam so­bie, że będę dla Sammy'ego matką, którą moja ni­gdy dla mnie nie była.

Chcia­łam, by Sammy do­ra­stał oto­czony mi­ło­ścią, wie­dząc, że za­wsze będę przy nim, nie­ważne, co się sta­nie. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej dla niego pra­gnę­łam, było to, że gdy do­ro­śnie, znie­na­wi­dzi swoją matkę.

Tak jak ja nie­na­wi­dzi­łam swo­jej.

PRO­LOG

King

Średni czas, jaki prze­stępca spę­dza na wol­no­ści po wyj­ściu z wię­zie­nia, wy­nosi sześć mie­sięcy.

Ja by­łem na wol­no­ści przez trzy lata.

Spo­dzie­wa­łem się, że w sa­mo­cho­dzie od­najdę Max. A za­miast tego skuto mi nad­garstki zim­nymi kaj­dan­kami. W do­datku ten skur­wiel, de­tek­tyw, miał czel­ność śmiać się w głos, gdy za­kła­dał mi me­ta­lowe ob­rę­cze wo­kół nad­garst­ków, i to wcale nie de­li­kat­nie.

Ale ja na­wet się nie skrzy­wi­łem. Nie dał­bym mu tej sa­tys­fak­cji. Bru­tal­nie we­pchnął mnie na tylne sie­dze­nie sta­rego po­li­cyj­nego wozu. Wy­lą­do­wa­łem na boku z po­licz­kiem przy­ci­śnię­tym do le­pią­cego się sie­dze­nia. Pach­niało tu rzy­gami i złymi de­cy­zjami. Mro­wiło mnie w ra­mio­nach, bo kaj­danki utrud­niały prze­pływ krwi w mo­ich ży­łach.

Ten du­pek miał szczę­ście, że sie­dzia­łem tu skuty kaj­dan­kami.

Trzy lata. Już prze­trzy­my­wali mnie przez trzy za­srane lata, a te­raz chcieli mnie wsa­dzić do paki na znacz­nie dłu­żej. Po­rwa­nie nie było ka­rane ude­rze­niem po dło­niach, szcze­gól­nie w przy­padku osoby, która miała kar­to­tekę rów­nie barwną, co moja. Obie­ca­łem so­bie, że ni­gdy tam nie wrócę, ale też ni­gdy nie by­łem do­bry w do­trzy­my­wa­niu obiet­nic.

Tak na­prawdę mia­łem to wszystko gdzieś. Sys­tem mógł mnie za­trzy­mać. Tam było moje miej­sce, ale oni nie mieli nade mną wła­dzy. I ni­gdy nie będą mieć.

To ona miała nade mną kon­trolę.

Po­sia­dała moje serce i moją za­sraną, czarną du­szę.

Każ­dego pie­przo­nego dnia uśmie­cha­jąc się z wyż­szo­ścią, będę pod­cho­dził do ko­lejki przy bu­fe­cie, ma­jąc na so­bie po­ma­rań­czowy, uwie­ra­jący strój wię­zienny. Będę grał w karty z naj­gor­szymi więź­niami i przy­mi­lał się do straż­ni­ków, któ­rzy dzięki temu tro­chę mi od­pusz­czą. A w nocy, gdy zo­stanę sam w swo­jej celi bez okien, trzy­ma­jąc fiuta w ręce, przy­po­mnę so­bie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, nie­winne oczy pa­trzyły na mnie, kiedy po­ru­sza­łem się w niej. Jak wy­gi­nała plecy w łuk, gdy do­pro­wa­dza­łem ją do or­ga­zmów.

Wma­wia­łem so­bie, że nie mam jej nic do za­ofe­ro­wa­nia, ale my­li­łem się. Mia­łem mi­łość.

Zwier­za­czek. Doe. Ray. Nie­za­leż­nie od imie­nia ko­cha­łem za bar­dzo, by uznać to za nor­malne, ra­cjo­nalne czy zdrowe, i z chę­cią oraz z uśmie­chem na ustach zgnił­bym w wię­zie­niu, je­śli tylko miał­bym pew­ność, że z moją dziew­czyną bę­dzie wszystko w po­rządku.

Tylko że nie mia­łem pew­no­ści.

Po­wi­nie­nem był się do­my­ślić, że ten skur­wiel mnie wy­kiwa.

- Nie­sławny Bran­tley King - po­wie­dział ten du­pek, który za­jął miej­sce na przed­nim sie­dze­niu. Sztuczna skóra za­skrzy­piała nie­przy­jem­nie, a on za­mknął drzwi i uru­cho­mił sil­nik. - Szkoda, że jesz­cze się nie na­uczy­łeś, chłop­cze. A mia­łeś oka­zję.

Za­śmiał się i po­krę­cił głową. To było oczy­wi­ste, że fa­cet czer­pał ja­kąś chorą sa­tys­fak­cję z tego, że to on za­kuł mnie w kaj­danki.

- King - po­pra­wi­łem go su­chym to­nem. Nikt poza nią nie mó­wił mi po imie­niu.

- Słu­cham? - za­py­tał, uno­sząc brwi i pa­trząc na mnie we wstecz­nym lu­sterku.

Wy­pro­sto­wa­łem się i na­po­tka­łem jego wzrok, jak­bym chciał na wskroś prze­szyć jego tchórz­liwą du­szę.

- Na­zy­wają mnie King, ty skur­wielu.

Za­czą­łem go­to­wać się ze zło­ści. I wła­śnie wtedy za­uwa­ży­łem, że de­tek­tyw nie wy­je­chał na główną drogę, lecz skrę­cił i po­je­chał ścieżką pro­wa­dzącą do lasu.

Ten fa­cet nie był żad­nym gliną. Spoj­rza­łem na jego broń, która le­żała na de­sce roz­dziel­czej. Wy­glą­dała jak re­wol­wer, a nie po­li­cyjna spluwa. On wcale nie za­bie­rał mnie do wię­zie­nia.

Ra­czej pro­sto do grobu.

Nie mia­łem czasu do stra­ce­nia.

Moje dziew­czyny mnie po­trze­bo­wały.

A co waż­niej­sze, ja po­trze­bo­wa­łem ich.

Ten kre­tyn za­kuł mi ręce z przodu. To od razu po­winno dać mi do my­śle­nia. Praw­dziwy glina ni­gdy by cze­goś ta­kiego nie zro­bił, chyba że prze­wo­ziłby nie­groź­nego kry­mi­na­li­stę.

Czyli na pewno nie mnie.

Za­ło­ży­łem mu łań­cuch łą­czący kaj­danki na szyję i po­cią­gną­łem mocno, przy­ci­ska­jąc głowę męż­czy­zny do opar­cia fo­tela. Po­cią­gną­łem tak mocno, że nie­mal mię­śnie mo­ich ra­mion eks­plo­do­wały od na­pię­cia.

Zdjął ręce z kie­row­nicy i pró­bo­wał zła­pać mnie za głowę, ale uchy­li­łem się i scho­wa­łem za sie­dze­niem.

Sa­mo­chód zbo­czył ze ścieżki i za­czął po­ru­szać się po niej sla­lo­mem, aż w końcu wje­chał w wy­so­kie po ko­lana za­ro­śla.

Czu­łem na­ra­sta­jący ból, który po­ja­wił się za mo­imi oczami. Raz jesz­cze ści­sną­łem szyję oszu­sta, który po­da­wał się za de­tek­tywa. W końcu sa­mo­chód za­trzy­mał się, a ży­cie ucie­kło z ciała tego czło­wieka.

Oszust miał ra­cję - ni­gdy nie będę ni­kim wię­cej niż nie­sław­nym Bran­tleyem Kin­giem.

Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak, bo mu­sia­łam dać na­uczkę se­na­to­rowi. Nie za­biera się tego, co moje, chyba że za­płaci się za to krwią, po­tem lub cipką.

On ode­brał mi moją dziew­czynę. I chciał ode­brać mi ży­cie.

Więc za­płaci za to krwią.