Brutal - T.M. Frazier
44.90 zł
33.68 zł
(27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
King
Zemsta jest słodka.
A przynajmniej tak powiadają. Pojąłem prawdziwość tych słów dopiero wtedy, gdy wydostałem się z potłuczonego samochodu, strzepując z siebie odłamki szkła.
Niemal czułem smak zemsty na języku, śliniłem się w oczekiwaniu na moment, w którym będę mógł zdjąć z przedramienia skórzaną bransoletę i owinąć ją wokół szyi senatora za to, że mnie oszukał.
Minęło tylko kilka chwil, odkąd zabiłem człowieka.
Ale już dawno nie czerpałem z tego prawdziwej przyjemności.
Przez moje żyły płynęła tak potężna adrenalina, jak jeszcze nigdy dotąd. Jej ilość mogłaby ożywić trupa.
Napawałem się tym uczuciem. Żywiłem nim.
Zupełnie jakbym podsunął sobie pod nos miskę białego proszku i wciągał go tak długo, aż poczułem się niezwyciężony.
Jak pieprzony bóg.
I nie zamierzałem kończyć tego haju, dopóki nie naprawię wszystkiego, co zepsułem. Szkoda mi było każdego dupka, który będzie mieć na tyle duże jaja, by stanąć mi na drodze.
To była chwila, gdy po raz pierwszy go usłyszałem.
Preppy.
Czas pokazać tym skurwysynom, że zadarli z niewłaściwym dzieciakiem po niewłaściwej stronie miasta. Głos Preppy'ego był tak wyraźny w mojej głowie, jakby przyjaciel stał tuż obok mnie.
Zaczynało mi odbijać.
Gdy udało mi się wydostać z lasu i dotrzeć do domu, zauważyłem, że Bear właśnie zsiada ze swojego motocykla. Kiedy mnie ujrzał, rzucił niedopałek papierosa na ziemię. Ruszył w moją stronę stanowczym krokiem, marszcząc czoło groźnie i zaciskając pięści. Suche źdźbła trawy chrzęściły pod jego stopami.
- Posłuchaj, sukinkocie. Nie chciałem, żeby doszło do rękoczynów, ale uważam, że chujowo poradziłeś sobie z tą sytuacją. Ona zasługuje na coś lepszego, o wiele lepszego niż pieprzone kłamstwa... - Bear zamarł, gdy zauważył, że byłem pokryty błotem i krwią. - A tobie co się, kurwa, stało?
Odepchnąłem go i ominąłem, ignorując pytanie. Pobiegłem w stronę domu i przeskoczyłem po trzy schody naraz. Otworzyłem drzwi z taką siłą, że śrubki z górnego zawiasu wyleciały w powietrze i wylądowały na ganku.
- Zwierzaczku! - zawołałem. Jakaś część mnie wciąż wierzyła, że ona mimo wszystko znalazła sposób, by zostać. Ale gdy tylko wszedłem do domu, poczułem pustkę i nie musiałem już zaglądać do każdego pokoju. - Kurwa! - krzyknąłem, podnosząc w kuchni krzesło. Rzuciłem nim przez pokój. Krzesło rozbiło szklany stolik i zatrzymało się na cienkiej gipsowej ścianie, w której pojawiła się dziura wielkości piłki bejsbolowej.
Bear wszedł za mną do domu.
- Powiesz mi, co się stało, czy będziesz dalej rujnować ten dom? - zapytał. Przeszedłem obok niego i skierowałem się do garażu. Musiałem dostać się do mojego motocykla i kilku innych rzeczy.
Takich, które wymagały nabojów.
- Nic takiego. Wystarczy tylko torba na zwłoki, by to naprawić.
Jedna obręcz kajdanek wciąż otaczała mój nadgarstek, druga zwisała niżej. Łańcuch pokrywała krew oszusta. Jak tylko ten skurwiel zdechł, samochód zatrzymał się na drzewie, a ja wysiadłem z niego przez przednie drzwi. Na szczęście dupek miał w kieszeni kluczyki do kajdanek.
- Rozumiem - stwierdził Bear. - A gdzie, do cholery, jest Doe? - W jego głosie usłyszałem opiekuńczy ton, który mi się nie spodobał, ale nie zamierzałem teraz zawracać sobie tym głowy.
Zajmę się tym, gdy już odzyskam swoją dziewczynę.
- Senator mnie oszukał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni widziałem Doe, krzyczała i kopała nogami w powietrzu, gdy zabierał mnie wynajęty morderca. - Wściekłem się, gdy w myślach ujrzałem senatora trzymającego Doe. - Wykonaj kilka telefonów - nakazałem. - Dowiedz się, dokąd mogli ją zabrać.
- Kurwa - powiedział Bear. Zamiast wyciągnąć telefon, pochylił się i oparł ręce na kolanach.
- Co tym razem? - warknąłem.
Bear chwycił się palcami za grzbiet nosa.
- Istnieje powód, dla którego wróciłem, stary. Poza tym, że chciałem ci skopać dupę za to, jak zjebałeś sprawę z Doe. Myślę, że zanim zaczniesz rozwiązywać problem przy użyciu kul, powinieneś wiedzieć, że to chyba nie senator chciał cię pogrzebać - oznajmił, prostując się. Oparł się o ścianę i zapalił papierosa.
- A co to ma, kurwa, znaczyć? To on kazał tamtemu człowiekowi mnie aresztować. Oczywiście, że to był on.
Bear pokręcił głową.
- Fakt, on stanowi problem, ale nie jedyny. Niecałe dwadzieścia minut temu dzwonił Rage, a jak pewnie wiesz, facet ma oczy i uszy wszędzie. Mówi się, że sprawa z Isaakiem jeszcze nie jest skończona. Nawet w przybliżeniu. - Przesunął ręką po włosach, a popiół z jego papierosa spadł na dywan.
- Rozwaliłem temu chujowi łeb na kawałki. Jak dla mnie wyglądało to na skończoną robotę - oznajmiłem.
- Nie, nie chodzi o Isaaca. On jest teraz pokarmem dla robaków. Chodzi o kogoś, kto się wkurzył, bo Isaac jest martwy, a w związku z tym nie może sprzedać jego towaru na Florydzie. Ktoś, kto jest w stanie zabić całe rodziny, by dostać się do tego, kto zalazł mu za skórę.
Zesztywniałem. Doskonale wiedziałem, o kim mówił.
- Eli.
- Tak, stary - potwierdził Bear. - I gdybym miał się założyć, to stawiałbym na to, że Eli chciał cię zabić, wykorzystując do tego tatusia senatora.
Eli Mitchell był osobą, któremu Isaac oddawał część pieniędzy ze sprzedaży narkotyków. Cóż, a przynajmniej dopóki ja, Preppy i Bear nie zabiliśmy Isaaca i nie wytłuk liśmy jego gangu. Eli zawsze nosił okulary przeciwsłoneczne w czarnej oprawce i nie był wysoki, nikt nawet nie podejrzewałby go o połowę rzeczy, które robi na co dzień.
Kiedy chce się wykurzyć królika z jego nory, trzeba rzucić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było zabijanie każdego, kogo kochałeś, dopóki się mu nie pokażesz. By wtedy mógł w końcu zabić też ciebie.
- Mam tajne informacje, na podstawie których sądzę, że Eli wciąż przebywa w Miami, ale niedługo zrobi jakiś ruch. Mój gang motocyklowy ukrył się w obawie przed odwetem. Staruszek cholernie się wkurzył.
- Najpierw Isaac, a teraz ten pieprzony Eli - powiedziałem. - Czy ja nie mogę mieć chociaż chwili spokoju? Czasami myślę, że lepiej by mi było, gdybym wciąż siedział w więzieniu.
- Rozumiem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie chodzi o sprawy motocyklistów. Teraz dotyczy to całego kartelu. To grubsza sprawa, bardziej niebezpieczna... Trzeba liczyć się ze śmiercią - stwierdził Bear. - I nie mogę zamknąć w naszej kryjówce Grace. Wiem, że ona jest dla ciebie jak matka, bardziej niż była nią tamta suka, ale mój staruszek jest ostatnio podenerwowany. Nie chce, żeby w klubie pojawili się cywile, szczególnie w kryjówce. Będziemy musieli znaleźć dla niej jakieś bezpieczne miejsce na pewien czas. - Bear patrzył na mnie cały czas, gdy to mówił, i dopiero po chwili dotarło do mnie, co miał na myśli. - Nie mam nikogo bliskiego, kto nie należy do klubu, ale ty zdecydowanie masz takie osoby.
Doe.
- Kurwa! - krzyknąłem i wtedy zrozumiałem, że nie mogę sprowadzić jej do domu. Odwróciłem się i uderzyłem pięścią w ścianę, przebijając się przez nią na drugą stronę. Poczułem ból w kościach w całym ramieniu, co i tak było o wiele lepsze niż to, co czułem głębiej. To było uczucie przegranej. - To moja wina, że Prep nie żyje. Nigdy nie powinienem był pozwalać mu zakładać Babcinej Zielarni. Powinienem był... - Przeczesałem ręką włosy. Nie wiedziałem, co jeszcze mogłem zrobić. W ciągu ostatnich kilku miesięcy całe moje życie było po brzegi wypełnione smutkiem, poczuciem winy i szczęściem. Tak wiele rzeczy chciałbym zmienić, gdybym mógł cofnąć czas. Myślałem, że w życiu brakuje mi tylko jednego: Max. Tylko że teraz nie miałem Max, Doe... i Preppy'ego.
I cokolwiek bym zrobił, kogokolwiek bym zabił, Preppy już nie wróci.
- A więc jaki jest plan, stary? - zapytał Bear.
- Dotrzemy do niego, zanim on dotrze do nas... I zrobimy to jeszcze dzisiaj - powiedziałem, strzelając palcami. Skończyło się użalanie nad sobą. Czas zabić jeszcze kilku ludzi.
- Odważny ruch - podsumował Bear.
- Może i tak, ale najpierw muszę się dowiedzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stamtąd wyciągnąć, ale muszę się z nią zobaczyć. I powiedzieć, co się dzieje.
Bear pokiwał głową.
- Mogę się dowiedzieć, gdzie ona jest. Przesłać jej wiadomość - zaproponował.
Pokręciłem głową.
- Nie, tę wiadomość muszę dostarczyć osobiście, bo tylko w ten sposób mnie wysłucha.
- Rozumiem. Na jej miejscu odciąłbym ci jaja - powiedział Bear. Spojrzałem na niego groźnie, dając do zrozumienia, że testował resztki mojej cierpliwości. - Dowiem się, gdzie jest - wymamrotał Bear, wyciągając telefon z kieszeni. Zgasił papierosa w popielnicy stojącej na parapecie i zapalił kolejnego. - To wszystko jest bardzo ryzykowne, stary. Czy ty się może uderzyłeś w głowę, czy coś?
Wyszedłem na pomost i oparłem się o barierkę, wdychając słone nocne powietrze.
- Właściwie to tak. Cierpię na to samo, co mój zwierzaczek.
- Czyli na co? - zapytał Bear, podążywszy za mną.
- Oboje zapomnieliśmy, kim byliśmy wcześniej.
Bear zaczął przeszukiwać kontakty. Słyszałem dźwięk połączenia, gdy przyłożył telefon do ucha.
- A teraz już pamiętasz?
- Tak, przypomniałem sobie.
- I kim dokładnie jesteś? - zapytał Bear.
- Jestem, kurwa, złym człowiekiem. Złoczyńcą.
ROZDZIAŁ 2
Doe
Była m zszokowana.
Przytłoczona. Oszołomiona. Nie mogłam znaleźć właściwych słów. Szczęka mi opadła.
"Szok" to najlepsze określenie tego, jak się czułam, gdy siedziałam w samochodzie.
Miałam w głowie milion pytań, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu, by zadać chociaż jedno.
I nie mogłam się zmusić, by zachowywać się uprzejmie wobec dwóch mężczyzn, którzy podawali się za moją rodzinę. Byli dla mnie obcymi ludźmi, którzy wyciągali broń, kiedy nie chciałam iść z nimi po dobroci.
No i do tego jeszcze ten chłopczyk z blond loczkami i dużymi niebieskimi oczami, zupełnie takimi jak moje.
Chłopczyk, który nazwał mnie mamusią.
Odkąd obudziłam się bez wspomnień, moje życie przypominało serię popieprzonych wydarzeń, które razem tworzyły jedną wielką plątaninę. Za każdym razem, gdy byłam na tyle głupia, by myśleć, że uda mi się to rozwiązać, plątanina zacieśniała się bardziej, pochłaniała mnie i wszystko dookoła, aż zniszczyła to, co potencjalnie mogło być dobre w moim życiu.
Dusiła to w zarodku.
To żałosne z ich strony, że przyprowadzili tu chłopca. Tylko z jego powodu siedziałam teraz oszołomiona i milczałam, nie mogąc zadać miliona pytań. Bałam się, że go wystraszę lub powiem coś złego i przez to dziecko będzie mieć traumę do końca życia.
Cisza w samochodzie była niemal ogłuszająca. Nie wątpiłam w to, że jeśli ktoś wystarczająco wytężyłby słuch, usłyszałby moje zszokowanie. Z ulgą przywitałam dźwięk przyspieszających opon, gdy wjechaliśmy na autostradę.
Mężczyzna, który podawał się za mojego ojca, siedział na fotelu pasażera. Wydawał się sztywny i zimny jak kamień. Jego garnitur nie miał ani jednego zagniecenia czy plamy potu, a pomimo upału i wilgotnego powietrza nie zdjął marynarki. Zaczynałam myśleć, że ten garnitur był odrębnym, żyjącym organizmem. Wyglądał zbyt doskonale. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w rękawach tego garnituru żył mały kosmita, który kontrolował senatora i to ubranie.
Nagle rozległ się dźwięk telefonu.
- Price - warknął senator do aparatu. Wymamrotał coś cicho, a następnie wyciągnął rękę i nacisnął jakiś guzik. Wtedy szyba oddzielająca przednie i tylne siedzenia uniosła się.
Siedziałam jak najdalej od chłopaka, który przedstawił się jako Tanner.
I to był mój chłopak.
A właściwie jej.
- Wiesz... - powiedział do mnie szeptem. W jego oczach pojawił się łobuzerski błysk. - ...sposobu, w jaki on odbiera telefon, nikt nie nazywa powitaniem. - Zmusiłam się do uśmiechu, a Tanner ponownie skupił wzrok za oknem.
Przez większość godzinnej jazdy gapiłam się na niego, gdy miałam pewność, że nie patrzy, i próbowałam zmusić mój popsuty mózg, by przejrzał listę zapomnianych przeze mnie osób i odnalazł nazwisko Tannera oraz moje uczucia do niego.
Wyglądał dobrze, zupełnie jak facet z reklamy pasty do zębów. Ale gdy na niego patrzyłam, myślałam tylko o tym, że wygląda na... miłego. I mimo że był w moim wieku, to nadal miałam go tylko za chłopca.
I to właśnie było jedno słowo, którego nie mogłam użyć, by określić... Kinga.
Nie potrafiłam jeszcze o nim myśleć. Nie chciałam. Było zbyt wiele do przetrawienia. Zdrada Kinga, jego aresztowanie... Wolałam o tym nie myśleć. Ale kiedy patrzyłam na Tannera, nie mogłam powstrzymać się od porównania. Jego skóra była jasna i niewytatuowana, był wysoki i szczupły, miał sylwetkę pływaka. King był wytatuowany, opalony, jego oczy zawsze ciskały błyskawice, a ciało wyglądało, jakby zostało wyrzeźbione podczas treningów z samym diabłem.
Kiedy nie gapiłam się na Tannera, wiedziałam, że on patrzy na mnie, czułam na sobie jego palący wzrok. Jednak za każdym razem, gdy zerkałam w jego stronę, on odwracał twarz i udawał, że patrzy na coś interesującego za oknem.
No i jeszcze ten mały chłopczyk.
To, że miałabym być jego matką, wydawało mi się absurdalnym żartem.
To zupełnie niewiarygodne.
Ale co dziwne, chłopczyk był jedyną osobą w tym samochodzie, która nie budziła moich wątpliwości.
Mój ojciec, chłopak i syn. W samochodzie siedziała moja domniemana rodzina, a mimo to każda komórka mojego ciała mówiła mi, że rodzina - z wyjątkiem tego małego - oddala się ode mnie z każdym kilometrem.
Chodziło mi o Kinga.
Może to wszystko było tylko kłamstwem. Każdy najmniejszy szczegół. King powiedział, że mnie kocha - ale może to też było tylko kłamstwem. Nie wiedziałam, komu mam wierzyć.
Nie egzystuj. Zacznij żyć, powiedział kiedyś.
A więc zaczęłam żyć.
I kochać.
Gniew, który czułam do niego przez to, że mnie okłamał, zniknął na chwilę, gdy ujrzałam na twarzy Kinga rozczarowanie, kiedy okazało się, że Max nie było w tamtym samochodzie.
A potem, gdy detektyw założył mu kajdanki, poczułam oślepiającą wściekłość.
Chciałam o niego walczyć. Pragnęłam oddać mu córkę. Dałabym mu wszystko, co tylko w leżało w mojej mocy, ale nie potrafiłam zrobić nic, gdy odgrywała się przede mną ta okropna scena. Czułam się sparaliżowana, gdy detektyw zakuwał Kinga w kajdanki. Ściskało mnie w żołądku, kiedy wpychał go do swojego samochodu, by zawieźć do jakiejś celi bez okien.
Mówiłam prawdę, kiedy oznajmiłam senatorowi, że King mnie uratował. I nie chodziło mi o to, że uratował mnie przed Edem czy nawet przed Isaakiem.
Chodziło mi o to, że uratował mnie przede mną samą.
Nigdy nie spodziewałam się, że zakocham się w Kingu. Moim porywaczu, dręczycielu, kochanku, przyjacielu, moim całym świecie.
Ale tak się stało.
Chłopiec śpiący na moich kolanach poruszył się lekko. Jego oddech ogrzewał moją skórę przez koszulkę w miejscu, gdzie jego nos był przyciśnięty do mojego brzucha.
Miałam wiele pytań. Tak wiele, że dzwoniło mi w głowie gorzej niż wtedy, gdy Nikki mnie postrzeliła. Miałam ochotę wykrzyczeć je z prędkością pocisków karabinu maszynowego, ale nie chciałam wystraszyć chłopczyka o pyzatych policzkach, których dotykały rzęsy, gdy spał. Przesunęłam dłonią po jego miękkich kręconych włosach, a on westchnął przez sen z zadowoleniem.
- Nie do wiary, że to naprawdę ty, Ray. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, a mimo to siedzisz tu teraz przede mną. Już sobie mnie przypominasz? Albo jego? Cokolwiek? - zapytał Tanner z niecierpliwością w głosie. Uniosłam głowę, by napotkać jego wzrok. Jego piękne, orzechowe oczy były jedynym, co pamiętałam z tamtego życia. Widziałam je w swoim śnie.
Pokręciłam głową.
- Pamiętam tylko twoje oczy. Śniłam o nich. Raz - przyznałam.
- Hm, a więc o mnie śniłaś, tak? - Tanner uniósł brwi sugestywnie. Szturchnął mnie ramieniem, a ja odsunęłam się gwałtownie, zaskoczona tym nagłym dotykiem. - Przepraszam - powiedział, gdy zauważył, że zesztywniałam. - To z przyzwyczajenia.
- W porządku - oznajmiłam, chociaż nie byłam pewna, czy powiedziałam to szczerze. - Muszę zapytać cię o jedną rzecz.
Tanner spojrzał z miłością na chłopca leżącego obok mnie.
- Proszę.
- Ile on ma lat? Powiedziałeś, że mam osiemnaście lat. Kiedy to się stało? I jak?
- Jak? - Tanner zaśmiał się nerwowo. - Cóż, Ray, gdy mężczyzna i kobieta bardzo się kochają... - Zamilkł, gdy zauważył, że się nie uśmiechałam. - Przepraszam, jestem przyzwyczajony do tego, że często żartowaliśmy. Jesteś jedyną, która rozumie moje żarty. A właściwie byłaś. - Tanner przesunął ręką po kręconych włosach i westchnął. Zaczął skubać szwy na skórzanych siedzeniach.
Samochód zatrzymał się nagle przed dużym dwupiętrowym domem o różowych ścianach. Ganek podtrzymywały spiralne kolumny. Wokół licznie stały plastikowe flamingi, a w ogrodzie znajdowały się krasnale o różnych rozmiarach. Do budynku prowadził podjazd z różowej kostki układający się w kształt wachlarzy. Na trawniku również stały plastikowe flamingi. Ponadto posiadłość otaczały betonowe fontanny, każda w innym stylu. Było ich około trzydzieści.
- To mój dom - oznajmił Tanner, otwierając drzwi. Zabrał chłopczyka z moich kolan, a serce skurczyło mi się boleśnie.
- Zaczekaj, dokąd idziesz? - zapytałam nagle spanikowana.
- To był dla niego długi dzień. Kiedyś spędzał dużo czasu u ciebie w domu, ale skoro zniknęłaś, zamieszkał ze mną - powiedział Tanner. Mimo że nie pamiętałam tego dziecka, to poczułam się rozczarowana, bo nie mógł ze mną pojechać. Tanner chyba wyczuł moje emocje, bo dodał: - Ale obiecuję, że niedługo wrócę. Jedź do domu i przyzwyczaj się do nowego miejsca, a potem dokończymy rozmowę.
Senator wysiadł z samochodu.
- Zaczekaj! - zawołałam. Tanner obrócił się. - Jak on ma na imię? - Wskazałam na dziecko, które przytulało policzek do ramienia Tannera. Nie obudził się, mimo lekkich wstrząsów.
Tanner uśmiechnął się.
- Samuel.
Ścisnęło mnie w sercu. Samuel.
Tak miał na imię Preppy.
- Ale nazywamy go Sammy - dodał Tanner.
- Tanner - odezwał się senator lekceważącym tonem, jakby odprawiał chłopaka. Mężczyzna zajął miejsce obok mnie. Natychmiast poczułam odrazę, którą wcześniej w sobie stłumiłam, bo obok mnie znajdował się Sammy. Wyjechaliśmy na główną drogę i zaczęłam zadawać pytania.
- Dlaczego King został aresztowany? - zapytałam, nie mogąc ukryć goryczy w moim głosie. - On mnie przyjął. Zapewnił dach nad głową. Zanim go poznałam, mieszkałam na ulicach, walczyłam o przetrwanie i żebrałam o jedzenie. Moją jedyną przyjaciółką była bezdomna prostytutka, która współczuła mi takiego żywota!
Senator nawet się nie skrzywił, słysząc opowieść o mojej niedoli. Wyglądał, jakby w ogóle go to nie ruszało. Poprawił spinki od mankietów i zaczął przeglądać coś w telefonie.
- Brantley King jest byłym skazańcem, oszustem i mordercą - oznajmił, nie podnosząc wzroku. - Relacja, która najwyraźniej was łączyła, była tylko farsą. W dodatku niemal nielegalną. Kiedy do mnie przyszedł i zasugerował, że łączy was coś... intymnego, naprawdę miałem nadzieję, że chciał mnie po prostu wkurzyć, ale teraz widzę, że mówił prawdę. Ten mężczyzna przyszedł do mnie, chcąc użyć ciebie jako karty przetargowej, by dostać to, czego pragnie. Nic więcej. Wykorzystał cię, a jesteś tylko nastolatką. Chciał mnie oszukać. A teraz trafi tam, gdzie sobie zasłużył, i dostanie to, co mu się należy. I nigdy więcej nie chcę o tym słuchać, młoda damo.
- On chciał tylko odzyskać swoją córkę - oponowałam z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Senator uważał, że efektywnie zakończył tę konwersację, ale nie miałam zamiaru do tego dopuścić.
- Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy - powiedział głosem wypranym z emocji. Jego słowa odbiły się echem w moich myślach, jakbym już gdzieś je słyszała. - Poza tym nie wiem, jaką według niego senator ma władzę. Ja co najwyżej mógłbym mu napisać list do sądu rodzinnego. Może mógłbym zadzwonić do sędziego Fletchera, jeśli ciągle ma swoją posadę.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś i nie dotrzymałeś umowy? - dociekałam. - Ja nawet cię nie znam. Zabierz mnie z powrotem! - krzyknęłam i sięgnęłam do klamki, nie dbając o to, że samochód wciąż był w ruchu. Otworzyłam drzwi i ujrzałam umykającą spod kół samochodu jezdnię. Senator wyciągnął się, szybko zamknął drzwi i zablokował je.
- Ramie, nie wygłupiaj się. Nie masz do czego tam wracać. A poza tym czy naprawdę chcesz zostawić swojego syna? - zapytał, unosząc brwi.
Kurwa.
- Według Tannera wmówiłeś ludziom, że byłam w Paryżu, żeby nie ośmieszyć się faktem, że twoja córka jest uciekinierką. Nie uważasz, że lepiej było poświęcić czas na szukanie mnie, a nie na wymyślanie kolejnych kłamstw? - zapytałam, wciąż trzymając rękę na klamce drzwi. - Gdybyś był mną, to chciałbyś tu zostać, wiedząc, jak cię potraktowano?
Senator westchnął.
- Szukaliśmy cię, Ramie. Ale nie wiedzieliśmy o tym, że straciłaś pamięć. Gdy nie mogliśmy cię odnaleźć, pomyśleliśmy, że po prostu nie chcesz zostać odnaleziona. I przestań robić z siebie centrum świata. To niepowodzenie nie wpłynęło tylko na ciebie, więc może pomyśl trochę, zanim zaczniesz oskarżać ludzi wokół.
- King mnie nie porwał. Masz wycofać oskarżenia. Nie chcę, by znowu trafił do więzienia - oznajmiłam, zakładając ramiona na piersi.
Senator zmrużył oczy.
- Coś ci powiem. Odwiedź specjalistę, z którym się skontaktowałem. Postaraj się odnaleźć w swoim starym życiu. Spróbuj przypomnieć sobie coś, zanim odejdziesz i rzucisz wszystko, by zostać pierwszą damą... Logan's Beach. - Wymówił Logan's Beach jakby ta nazwa zostawiła w jego ustach zły posmak. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. - Daj sobie miesiąc. Miesiąc prawdziwych starań, by wyzdrowieć. I jeśli po tym czasie wciąż będziesz chciała wrócić, wycofam zarzuty przeciwko niemu i każę szoferowi odwieźć cię do jego domu z listem polecającym do sądu rodzinnego, który będzie mógł wykorzystać, by starać się o córkę. To jest moja oferta. - Wygładził krawat. - Żadnej innej nie złożę.
- Nie ufam twoim ofertom. Spójrz tylko, co zrobiłeś z Kingiem - warknęłam.
- Ramie, on jest przestępcą! On nawet nie ma prawa głosu, na miłość boską! Dla mnie nie istnieje jako obywatel tego kraju, a poza tym nie mam zamiaru wchodzić w układy z kryminalistami. Ale ty jesteś moją córką. - Gdy to oznajmił, w końcu oderwał wzrok od ekranu telefonu. - Nigdy nie złożyłbym ci obietnicy, której nie mógłbym dotrzymać.
Nie ufałam mu. Za grosz. W końcu był pieprzonym politykiem. Ale czy pozostawał mi inny wybór? Poniekąd się nie mylił. Nie miałam do czego wracać. I dręczyła mnie ciekawość, która nigdy nie zniknęła, bo chciałam wiedzieć, kim naprawdę byłam. Pragnęłam dowiedzieć się, jak wyglądało moje życie wcześniej.
- Okej - zgodziłam się. - Ale mam więcej pytań dotyczących mnie i mojego...
Nagle zadzwonił telefon senatora. Uniósł aparat do ucha i wywarczał swoje powitanie, skutecznie kończąc naszą rozmowę.
Nie byłam pewna, jakiego rodzaju relacja łączyła mnie z ojcem wcześniej, ale odnosiłam wrażenie, że on nie był typem rodzica, który kibicowałby mi na meczach i pomagał w odrabianiu pracy domowej z matematyki.
Kilka minut po tym, gdy wysiedli Tanner i Sammy, samochód zatrzymał się i senator oznajmił:
- No i jesteśmy. - Włożył telefon do kieszeni marynarki. Po obu stronach drogi wyrastały ogromne palmy, musiały liczyć przynajmniej sześć metrów. Zatrzymaliśmy się na podjeździe w kształcie litery "U" tuż przed dużym, otwartym gankiem w południowym stylu, z białymi barierkami.
Wyciągnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się budynkowi.
- To tutaj mieszkasz?
- Nie, my tu mieszkamy - poprawił mnie senator. - Ty, twoja matka, ja, Sammy i nasza gosposia, Nadine. A gdy mnie tu nie ma, mieszkam w Tallahassee lub w Waszyngtonie.
Senator wyciągnął się i otworzył dla mnie drzwi. Gestem nakazał mi wysiąść z samochodu. Musiałam osłonić oczy przed rażącymi promieniami słońca przedzierającymi się przez palmy.
Dom nie wyglądał na tak duży czy okazały, jak sobie wyobrażałam. Był raczej mały, z nieskazitelnie białymi ścianami i akcentami w postaci niebieskich okiennic. Na ganku kołysał się fotel bujany, co dodawało budynkowi południowego uroku. Przed frontowymi drzwiami powiewała flaga Ameryki. Na drzewach zawieszono dzwoneczki, którymi kołysał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hipnotyzujące.
- Nie ma jak w domu - podsumował senator oschłym tonem.
Nie. Może rzeczywiście kiedyś tam mieszkałam, ale nie czułam, by było to moje miejsce.
Ten budynek nawet nie został zbudowany na palach.
- Nadine wskaże ci twój pokój - oznajmił senator, kiwając głową w stronę kobiety w średnim wieku o oliwkowej skórze i ciemnobrązowych włosach ściągniętych w koka tuż nad karkiem, która właśnie wyszła z domu. Miała na sobie czarne spodnie i białą koszulkę polo z krótkim rękawem. - Wtajemniczyliśmy Nadine, wie wszystko o twojej sytuacji. I odpowie na każde twoje pytanie. - Senator wyglądał na usatysfakcjonowanego tą prezentacją, jakby co najmniej przedstawił swojemu szefowi nowego pracownika. - Czy w ogóle pamiętasz Nadine, Ramie?
- Nie, nie pamiętam nikogo - warknęłam z naciskiem.
Senator przewrócił oczami.
- Widzę, że twój charakterek nie wyparował tak, jak wspomnienia. Nadine jest... cóż, ona zajmuje się tu wszystkim. Jest z nami, odkąd się urodziłaś. Wkrótce będziemy mieli okazję porozmawiać dłużej. - Skinął głową w moją stronę i wsiadł do samochodu. Po chwili otworzył okno i dodał: - Mimo tego, co możesz sobie o tym wszystkim myśleć, naprawdę dobrze jest znów mieć cię w domu, Ramie.
- Wyjeżdżasz? - zapytałam. - Tak po prostu?
- Niedługo wrócę. Mam spotkania. Twojej matki też nie ma. Jest w spa... Znowu. Wkrótce pogadamy. - Zamknął drzwi i samochód odjechał.
- Pieprzony ważniak - wymamrotałam. Nadine zaśmiała się na głos, ale szybko zakryła usta dłońmi. Odchrząknęła i powiedziała:
- Cóż, on ma rację co do jednej rzeczy - powiedziała ze słabym południowym akcentem. - Twój charakterek nie zniknął.
Nadine poprowadziła mnie po schodach na ganek i otworzyła dla mnie frontowe drzwi, ustępując mi miejsca.
- Dziewczyno, znam cię, odkąd nosiłaś pieluchy. Znam cię jak nikt inny - powiedziała z takim uśmiechem, że jej uwierzyłam. - Chodź, zrobię ci coś do jedzenia, a potem będziesz mogła iść do swojego pokoju i go obejrzeć. - Podążyłam za Nadine niczym zagubione kaczątko za matką. Nie spodobało mi się to. Nie czułam się tak bezradna, odkąd wylądowałam na ulicy. Obiecałam sobie, że już nigdy nie dopuszczę, by tak się poczuć, a teraz podążałam za obcą osobą w nieznanym mi domu, bo nie miałam wyjścia.
Nie, nie dano mi wyboru, przypomniałam sobie. Mogłabym przecież zadzwonić po taksówkę i wyjechać stąd, ale było tylko jedno miejsce, dokąd mogłam się udać.
I nikogo bym tam nie zastała.
Nawet gdyby King nie jechał teraz do więzienia, to czy wciąż by mnie przyjął po tym, jak gotowy był mnie oddać?
Czy ja w ogóle chciałabym tam przebywać po tym wszystkim?
Jeszcze nie byłam gotowa, by o tym myśleć.
Podłogę w budynku pokrywały ciemnobrązowe panele, a ściany miały gołębioszary kolor. Wystrój sprawiał wrażenie gustownego, ale nie przytłaczał. Wydawał się komfortowy, ale też nowoczesny.
Cholernie mi się nie podobał.
- Ten dom wygląda dość zwyczajnie jak na dom polityka, prawda? - zapytałam.
Nadine zamknęła za sobą drzwi, a ja zatrzymałam się w małym foyer, które służyło również za korytarz, i rozejrzałam się po pomieszczeniu.
- Senator jest wschodzącym politykiem - wyjaśniła. - Nie pochodzi z bogatej rodziny jak wielu jego znajomych. Kiedyś pracował jako programista komputerowy. Dotarł tu, gdzie teraz jest, dzięki składanym obietnicom, a nie dzięki pieniądzom - poinformowała mnie Nadine. - A to rzadkość w tych czasach.
- Brzmisz, jakbyś go lubiła - stwierdziłam zaskoczona.
Pokręciła głową.
- To nie kwestia sympatii. Senator ma swoje wady. Jak wszyscy. Ale trzeba uznać jego realne zasługi. - Podeszła do mnie i znowu gdzieś mnie poprowadziła. Ruszyłam za nią. - Jego metody wychowawcze pozostawiają naprawdę wiele do życzenia, ale jeśli chodzi o politykę, nie można zaprzeczyć, że niemało osiągnął.
Zatrzymałyśmy się pośrodku domu. Kuchnia, salon i jadalnia tworzyły razem otwartą przestrzeń. Kuchnia znajdowała się w najodleglejszym kącie. Szafki były wysokie, w kolorze złamanej bieli, a blaty czarne i błyszczące.
- Siadaj. - Nadine skinęła głową w stronę wysokich stołków wepchniętych pod barek kuchenny. Ja jednak ani drgnęłam. W końcu dotarło do mnie, co się właściwie działo. Zawsze zastanawiałam się, jak wyglądał dom, w którym dorastałam, i oto tu jestem. Ale mimo to nie czułam takiego zachwytu, jakiego oczekiwałam.
Wciąż byłam w szoku. Zła. Rozgoryczona. Cholernie zdezorientowana.
Ale zachwycona?
Zdecydowanie nie.
Nadine wyciągnęła z kilku szafek jakieś składniki i włączyła kuchenkę.
- Siadaj, dziewczyno, a ja coś dla ciebie przygotuję. Możesz mnie pytać, o co tylko chcesz. Wiem, że lubisz zadawać pytania.- Uśmiechnęła się szeroko i wytarła ręce o fartuch, który założyła przed chwilą.
- Cóż, najwyraźniej to się nie zmieniło - powiedziałam, w końcu siadając na stołku. - Od paru miesięcy ktoś ciągle mi mówił, że zadaję za dużo pytań.
Nadine wbiła jajka do miski.
- Ale ty się zmieniłaś. Widzę to.
- I jak mniemam, na gorsze? - westchnęłam.
- Nie. - Podeszła do mnie i oparła się łokciami o blat naprzeciwko mnie. - Właściwie... Nawet mi się to podoba.
- Co to znaczy, że się zmieniłam? - dopytywałam.
Nadine wydęła wargi w zamyśleniu.
- Nie jestem w stu procentach pewna, ale powiem ci, jak tylko do tego dojdę. - Wyciągnęła rękę i pstryknęła mnie w koniuszek nosa. Puściła do mnie oczko, odwróciła się w stronę kuchenki i zaczęła mieszać składniki drewnianą łyżką.
- To nie fair - powiedziałam. Zabrzmiało to trochę płaczliwiej, niż chciałam. - Wszyscy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kompletnie obcy. Sama dla siebie jestem niemal obca.
- Dziecko, przykro mi, że muszę ci to mówić, ale czy twój ojciec w jakiś sposób pozwolił ci odnieść wrażenie, że jest ciepłą i przyjazną osobą? - Nadine wyciągnęła chochlę z szuflady.
- Nie - odpowiedziałam bez wahania.
- Cóż, no więc w pewien sposób wy dwoje zawsze byliście dla siebie obcy. A więc w tej kwestii niewiele się zmieniło - stwierdziła z uśmiechem.
Zagryzłam dolną wargę.
- Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Nadine wzruszyła ramionami.
- A co z moją matką? Kto chodzi do spa, gdy ich zaginione dziecko jest w drodze do domu? - zapytałam, nie chowając nawet urazy w głosie, bo naprawdę czułam się urażona.
Nadine skrzywiła się, jakby wcześniej miała nadzieję, że nie zacznę wypytywać o matkę. Kobieta nie oderwała wzroku od swojego aktualnego zajęcia.
- Spa jest tutaj swego rodzaju kodem. To znaczy, że albo ukrywa się gdzieś w hotelu, albo jest na odwyku w jakimś ośrodku lub na pustyni, czy gdziekolwiek ona jeździ, by wyleczyć swoją schorowaną wątrobę. - Wytarła rękę o ścierkę zwisającą z jej ramienia. - To znaczy, ja tylko...
Odechciało mi się już słuchać o mojej matce, więc przerwałam Nadine, bo miałam przeczucie, że zacznie przepraszać za swoje zachowanie.
- Co robisz do jedzenia? - zapytałam, opierając łokcie na blacie i pochylając się.
- Twoje ulubione: śniadanie na obiad! - Moje serce zabiło mocniej, gdy nabrała chochlą ciasto i nalała je na rozgrzaną patelnię. Kiedy przewróciła szpatułką zawartość patelni, ujrzałam przed sobą Preppy'ego, który stał w jej miejscu, mając na sobie swój ulubiony czerwony, koronkowy fartuch.
- Naleśniki - wyszeptałam. Ścisnęło mnie w sercu i nagle zrobiło mi się słabo, a gwiazdki zatańczyły mi przed oczami. Przytrzymałam się blatu, by nie spaść ze stołka.
Nadine podeszła do mnie i postawiła przede mną talerz z trzema idealnie okrągłymi naleśnikami ociekającymi syropem. Na czubku stosu roztapiał się kawałek masła, tłuszcz spływał po bokach na talerz. Słodki zapach zaatakował moje zmysły. To sprawiło, że znów poczułam ból, gdy przypomniałam sobie chwilę, gdy obserwowałam uchodzące z mojego przyjaciela życie.
- Już nie lubisz naleśników? - zapytała Nadine, źle zrozumiawszy moją reakcję.
Potrząsnęłam głową.
- Nie o to chodzi - przyznałam z trudem, bo ściskało mnie w gardle.
- A więc w czym tkwi problem, maleńka? - zapytała Nadine, kładąc ręce na moich ramionach i patrząc na mnie z troską w oczach. Nie odpowiedziałam.
Nie potrafiłam.
A gdy przytuliła mnie do swojej miękkiej piersi, nie walczyłam z nią i po prostu do niej przylgnęłam. Po śmierci Preppy'ego tak bardzo martwiłam się o Kinga, że sama nie miałam okazji właściwie opłakać śmierci mojego przyjaciela. Nie zauważyłam, że zaczęłam szlochać, dopóki nie poczułam, jak drżą mi ramiona.
- Po co te łzy?
- Bo tak - udało mi się wydusić, oddychając płytko.
- Ale dlaczego?
- Bo... to naleśniki.
ROZDZIAŁ 3
Doe
Nadine trzymała mnie w ramionach, dopóki się nie uspokoiłam. Odepchnęła na bok naleśniki, jakby one były powodem mojego małego załamania.
Obie stwierdziłyśmy, że potrzebuję porządnie wypocząć i przespać się. Nadine poprowadziła mnie na górę, a potem w stronę drzwi na końcu korytarza.
Do mojego pokoju.
Zobaczyłam w nim białe koronkowe zasłony, jasnoniebieskie ściany i puchaty różowy koc. Z sufitu zwisał mały, biały żyrandol z elektrycznymi świeczkami, a na łóżku leżały pluszowe zwierzątka. Rozejrzałam się i mimowolnie przypomniałam sobie inną małą sypialnię mieszczącą się w innym domu, w innym mieście. Tam znajdowały się gruby materac, najcieplejszy wyblakły niebieski koc i połamany klimatyzator, który pękł po tym, jak Preppy uderzył w niego głową, gdy zbyt entuzjastycznie zaczął skakać po naszym łóżku.
Poczułam w sercu lekkie ukłucie.
A w tym pokoju - w moim pokoju - nad prostym biurkiem wisiała tablica korkowa. Przypięto do niej kartki wyrwane z notesu ze szkicami. Zaczęłam powoli krążyć po pokoju, przesuwając ręką po różnych powierzchniach, od lekko chropowatych ścian, po połyskujący materiał poduszek rzuconych na parapet, na którym można było wygodnie usiąść, aż do samych szkiców, które głównie przedstawiały krajobrazy i portrety. Na kilku z nich rozpoznałam Sammy'ego, a na kolejnym Tannera. W rogu tablicy wisiał szkic, który przedstawiał ich razem siedzących pod drzewem, uśmiechających się i patrzących najprawdopodobniej na mnie.
- Uwielbiasz rysować. Twój ojciec niemal dostał zawału, gdy oznajmiłaś, że chcesz studiować w akademii sztuk pięknych - wyjaśniła Nadine, która wciąż stała w drzwiach. - To wszystko musi być dla ciebie bardzo trudne.
Czułam na sobie jej wzrok, gdy chodziłam po pokoju, szukając czegoś, co bym rozpoznała.
- Znam to spojrzenie - powiedziała.
- A co to dokładnie za spojrzenie? - zapytałam. Podeszłam do tablicy, odpięłam jeden rysunek i podeszłam z nim do okna, unosząc go przed siebie. Szkic idealnie pasował do widoku za oknem. Dostrzegłam na nim nawet okiennice i guziki poduszek, a także zadbany trawnik i liczne dęby, w tym jeden, który częściowo zasłaniał okno. Nadine weszła do pokoju i usiadła na brzegu łóżka. Ja ciągle stałam odwrócona do niej tyłem i porównywałam rysunek z rzeczywistym obrazem.
- To smutek. Jesteś piękną dziewczyną, smutek do ciebie nie pasuje. - Obróciłam się i ujrzałam pełen nostalgii uśmiech Nadine.
Odłożyłam rysunek na biurko.
- Mówiąc szczerze, nie wiem, co mam myśleć.
- Może to brzmi dziwnie, szczególnie jeśli mnie nie pamiętasz, ale kocham cię, jakbyś była jednym z moich dzieci. Nieważne, co robili twoi przyjaciele, ty zawsze byłaś sobą i miałaś głowę na karku. Wiedziałam więc, że nie zniknęłaś ot tak, jak wszyscy mówili. I zdecydowanie nie kupowałam tych bzdur o Paryżu. Ty po prostu... nie jesteś dziewczyną tego rodzaju.
Wybuchnęłam krótkim śmiechem.
- Nie jestem? Najwyraźniej jestem córką senatora, nastoletnią mamą i robiłam na tyle podejrzane rzeczy, że moja rodzina okrzyknęła mnie uciekinierką. Wybacz więc mój wybuch wesołości, ale nie mam pojęcia, kim ja, kurwa, jestem. - Powiedziałam to wszystko na wydechu i od razu poczułam ukłucie winy, gdy te ostre słowa opuściły moje usta.
Nadine wstała z łóżka.
- Dam ci spokój, żebyś mogła odpocząć - powiedziała, wygładzając dłońmi spodnie i koszulkę.
- Przepraszam - powiedziałam łagodnie, gdy zbliżyła się do drzwi.
- Ja też - odparła. Nasze przeprosiny zawisły w powietrzu między nami. Jej swoboda zmieniła się w profesjonalne nastawienie. Gdy tu przyjechałam, uśmiechała się do mnie łagodnie i szczerze, teraz jej uśmiech był napięty i wymuszony. - Twoja mama ostatnio nie czuje się zbyt dobrze. Zobaczy się z tobą, gdy tylko wróci twój ojciec.
- To gdzie ona w końcu jest? - zapytałam.
- Leży w łóżku z migreną - odparła bezbarwnym tonem.
- Nie było mnie wiele miesięcy, a gdy wracam, mój ojciec pracuje, a matka leży w łóżku z migreną? - spytałam.
- Tak - potwierdziła Nadine, wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Zanim się zatrzasnęły, dodała jeszcze: - Wszystko wróciło do normy.
Resztę wieczoru spędziłam na przyglądaniu się szkicom zawieszonym na tablicy korkowej. Patrzyłam na ubrania w szafie, które pasowały na mnie rozmiarem, ale zupełnie nie były w moim stylu. Wiele garsonek i koszul na długi rękaw. Wszystko zbyt konserwatywne. Zbyt drogie. Zupełnie... nie takie, jak trzeba. W końcu na dnie jednej z szuflad znalazłam spodnie dresowe i żółtą koszulkę na ramiączkach. Ubrałam się w nie, po wzięciu prysznica w łazience znajdującej się w moim pokoju. Potem zaczęłam przeglądać biurko w poszukiwaniu czegoś, co mogło pomóc mi przywrócić wspomnienia. Znalazłam różowego iPhone'a. Próbowałam go włączyć, ale bateria padła, więc podłączyłam go do ładowania i odłożyłam na szafkę nocną.
Zatrzymałam się i spojrzałam na swoje odbicie w wysokim podłużnym lustrze. Uniosłam koszulkę i przyjrzałam się mojemu brzuchowi. Jakim cudem zmieściło się tu dziecko? Przesunęłam ręką po gładkiej skórze i wypięłam brzuch tak, jak tylko się dało, udając, że jestem w ciąży. Czułam się dziwnie, widząc siebie taką wydętą, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze niedawno wyglądałam jak skóra i kości i dopiero gotowanie Preppy'ego pozwoliło mi trochę przybrać na wadze.
Preppy.
Kolana się pode mną ugięły, aż musiałam się przytrzymać biurka, by nie upaść na podłogę. Wciąż nie potrafiłam uwierzyć w to, że on nie żyje. Cały czas myślałam, że zaraz zobaczę, jak wychodzi zza rogu lub usłyszę jego okrzyk, który doprowadzi mnie do śmiechu. Tylko że nie chodziło już wyłącznie o Preppy'ego. Poniekąd czułam się tak, jakby King również umarł, bo nieważne, co mnie jeszcze czekało, wiedziałam, że już nic nie będzie takie samo. Jeśli senator oszuka mnie w kwestii naszej umowy, jak zrobił to z Kingiem, to szansa na to, że on znowu stanie się częścią mojego życia, prawie nie istniała.
Nagle poczułam się równie zmęczona jak wtedy, gdy sypiałam na ławkach w parku. Podeszłam do łóżka i zrzuciłam pluszowe zabawki na podłogę. Położyłam się na boku, tonąc w poduszkach. Materac i koc sprawiały wrażenie miękkich, ale jednak wydawały mi się jakby puste w środku.
To dlatego, że jego tu nie ma, pomyślałam.
Zaledwie kilka tygodni temu byłam zwykłą dziewczyną bez domu, nazwiska i rodziny.
Potem stałam się jego zwierzaczkiem. Dziewczyną, która mieszała na Logan's Beach z rodziną, którą sama sobie wybrała, w domu, który uwielbiała.
A teraz byłam Ramie Price, córką senatora, matką. W końcu wróciłam do domu, z którego pochodziłam. Wróciłam na swoje miejsce.
W końcu odnalazłam dom.
Zapadając w ciężki sen, zastanawiałam się, dlaczego to miejsce, które powinno być moim domem, zupełnie nie sprawiało takiego wrażenia.
***
Stoję pośrodku zamarzniętej tafli lodu. Robię niepewny krok naprzód w stronę brzegu. Dźwięk lodu pękającego pod moim ciężkim butem jest ogłuszający. Muszę zrobić kolejny krok. Muszę przejść na drugą stronę, zanim będzie za późno, jednak nie potrafię ruszyć nogami. Jestem w stanie tylko patrzeć z niedowierzaniem, jak pęknięcia mnożą się na miliony mniejszych rys. Są jak powykrzywiane węże, które pędzą w każdym kierunku i przez które lód zaczyna pękać i wpadać do wody wraz ze mną.
Woda jest lodowata.
Spadam na dno.
Jestem coraz głębiej i głębiej, dookoła tylko ciemność i woda, aż w końcu nade mną pojawiają się dwie ręce wyciągnięte w moją stronę. Ktoś krzyczy do mnie, mówiąc, bym za nie złapała, a wtedy się uratuję. Na jednej ręce zauważam złoty zegarek, druga jest owinięta grubym skórzanym paskiem. Próbuję chwycić się obu rąk, ale nie mogę ich dosięgnąć, bo jestem zbyt głęboko.
Wtedy dociera do mnie, że jeśli chcę zostać uratowana, muszę wybrać jedną z nich.
Sięgam w stronę ręki z paskiem i łapię ją, jednak ta osoba nie wyciąga mnie z otchłani na powierzchnię, jak się tego spodziewałam. Zamiast tego popycha mnie jeszcze głębiej, aż w końcu nie mam wyboru i zachłystuję się mętną wodą.
Pogrążam się w czeluści, zastanawiając, czy to naprawdę był właściwy wybór. Mam jednak wrażenie, że nieważne, którą rękę bym wybrała, obie by mnie utopiły.
ROZDZIAŁ 4
Doe
Stuk, stuk, stuk.
Myślałam, że wciąż słyszę pękający lód z mojego snu, ale gdy dźwięk przybrał na sile i stał się bardziej natarczywy, otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że dobiega zza mojego okna.
Zauważyłam, że telewizor, który zostawiłam wcześniej włączony, bym nie spała w całkowitej ciemności, zgasł w ciągu nocy i leżałam teraz pogrążona w mroku. Mój strach urósł do niebotycznych rozmiarów.
A potem usłyszałam dźwięk rozsuwanego okna. Zamarłam, bo nie miałam pojęcia, skąd wziąć jakiś przedmiot, którym mogłabym się obronić, a jednocześnie nie chciałam zdradzać swojej lokalizacji. Nie mogłam zrobić nic więcej poza otuleniem się kocem i czekaniem.
Tak jak się spodziewałam, cień przeszedł przez okno, przekładając przez parapet najpierw jedną nogę, potem drugą. Zauważyłam leżący na biurku przycisk do papieru i już miałam się ruszyć, by go wziąć, a potem zamierzyć się na intruza, kiedy nagle obcy zaczął zbliżać się do mojego łóżka. Poczułam narastającą panikę.
Była tylko jedna osoba, która potrafiła ukoić mój przytłaczający strach przed ciemnością.
King.
Moja złość wobec niego, którą tłumiłam w sobie cały dzień, była teraz ledwie szeptem w moim umyśle, gdy wyszłam z łóżka i ruszyłam w jego stronę. Już miałam wsunąć się w jego ramiona, gdy chmura zasłaniająca księżyc zniknęła i do pokoju wpadło jego jasne światło. Wtedy mogłam lepiej przyjrzeć się intruzowi.
To był Tanner.
Zatrzymałam się nagle, a kiedy zobaczyłam, że trzymam wyciągnięte w jego stronę ramiona, opuściłam je szybko i schowałam ręce za plecami, czując się niezręcznie.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam bez tchu.
- Powiedziałem ci, że przyjdę, by z tobą porozmawiać - odpowiedział Tanner. - A myślałaś, że kim jestem?
Pokręciłam głową i machnęłam ręką lekceważąco.
- Och, nikim, po prostu mnie zaskoczyłeś, kiedy wszedłeś przez to okno - skłamałam. - Kto został z Sammym?
Tanner posłał mi spojrzenie, które mówiło, że mi nie wierzy, ale na szczęście nie ciągnął tego tematu.
- Moja mama się nim zajmuje.
- Och - westchnęłam. Odwróciłam się, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
- Przepraszam, że cię zaskoczyłem. I szczerze mówiąc, nawet nie pomyślałem o tym, by wejść przez drzwi, skoro nie ma ze mną Sammy'ego. Ja po prostu zawsze przychodziłem do ciebie przez okno... - Tanner urwał w pół zdania i zamknął mocno powieki. Pokręcił głową i podszedł do łóżka. Rzucił mi niepewne spojrzenie, a ja skinęłam głową. Usiadł na skraju materaca. Wyglądał, jakby próbował się na coś przygotować. - Po prostu ciągle zapominam, że ty niczego nie pamiętasz. - Wskazał ręką na mnie i siebie.
- Nie musisz się przede mną tłumaczyć - powiedziałam.
Mimo mojego protestu Tanner i tak próbował mi coś wyjaśnić.
- Twój ojciec zawsze był dupkiem. Ale pewnie już sama do tego doszłaś. Toleruje mnie, ale ledwo, i to tylko z powodu mojego nazwiska. Mój ojciec jest w czwartym pokoleniu dyrektorem generalnym firmy Redmond Shoes. I chociaż senator próbował przekonać cię, żebyś się mnie pozbyła, odkąd byliśmy w pieluchach, to po tym, jak urodził się Sammy, chyba pogodził się z tym, że nigdzie się nie wybieram. Nieważne, jak bardzo podoba mu się moje nazwisko, to nadal jestem tylko gościem, który zapłodnił jego nastoletnią córkę. I chociaż mamy dziecko, to ja nadal wspinam się po tym cholernym drzewie i wchodzę przez okno, tak jak robiłem, odkąd tylko nauczyłem się, jak wchodzić po drzewach, bo twój wiecznie niezadowolony ojciec lubi myśleć, że ma kontrolę nad wszystkim, co dzieje się w tym domu. - Tanner uśmiechnął się, a jego zęby błysnęły w świetle księżyca. - A więc moja obecność tutaj jest... niepożądana.
- Niepożądana? - Nie brzmiało mi to na słowo, którego użyłby nastoletni chłopak.
- Twój ojciec tak mówi, nie ja - wyjaśnił. - I wiesz, o co mi chodzi, Ray. Nie wygłupiaj się - powiedział żartobliwie Tanner.
Usiadłam w nogach łóżka i przyznałam:
- Mam tyle pytań, które chciałabym ci zadać, ale nie wiem, od czego zacząć.
Tanner szturchnął mnie łokciem.
- Cóż, ja też mam trochę pytań... Jeśli ci to nie przeszkadza - powiedział Tanner. - Może wymieniajmy się pytaniami, po jednym na raz. Ale musisz obiecać, że będziesz odpowiadać szczerze. Nigdy wcześniej się nie okłamywaliśmy i nie mam zamiaru zaczynać.
- Okej - złagodziłam ton.
- Ty zaczynasz - stwierdził Tanner. - Co chcesz wiedzieć najpierw?
Była jedna rzecz, o którą chciałam zapytać jak najszybciej.
- Chcę wiedzieć więcej o nas i o Samuelu. O Sammym. - Wcześniej byłam zbyt zszokowana, by wypytywać o szczegóły.
Tanner klasnął w dłonie.
- No to zacznę od samego początku - powiedział z dziwnym akcentem. Uniosłam brwi, bo nie wiedziałam, jak mam zareagować na jego specyficzny humor. Spuścił głowę i wbił wzrok w dywan, a potem kontynuował już bez akcentu. - Byliśmy nierozłączni od dziecka. Jeśli pójdzie się na skróty, to nasze domy dzieli tylko 5 minut drogi. Nasze matki były ze sobą blisko, zanim twoja uznała, że wódka jest lepszym przyjacielem niż ludzie. Zawsze chodziliśmy do tej samej klasy. Gdy byliśmy mali, udawaliśmy małżeństwo i spędzaliśmy dużo czasu w naszej bazie. Nasza przyjaciółka udawała pastora. Nawet ukradła i pocięła koszule swojego ojca od Hugo Bossa, by zrobić z nich "święte szaty". Dostała za to szlaban na tydzień i po tym, jak jej rodzice powiedzieli naszym o tej całej sytuacji, nie widzieliśmy się z nią przez całe wakacje. - Tanner zaśmiał się nerwowo. - Naprawdę dziwnie się czuję, musząc objaśniać ci historię naszego związku.
- Zapewniam cię, że słuchanie o tym jest znacznie dziwniejsze - przyznałam.
Tannerowi trudno było o tym mówić. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zamknął je i westchnął ciężko, aż w końcu wydusił.
- Mieliśmy piętnaście lat, kiedy Samuel... się przytrafił. Najpierw planowaliśmy poczekać... z seksem aż do ukończenia liceum. - Jego twarz wyglądała na udręczoną. Zaczął niespokojnie stukać butem o podłogę. - Ale wtedy zachorowałem. Tak poważnie. - Odwrócił się i spojrzał mi w twarz. - Na białaczkę.
Nie wiedziałam, jak w tych okolicznościach mam zareagować, więc po prostu uśmiechnęłam się słabo i powiedziałam:
- Przykro mi.
Zacisnął usta na chwilę, po czym kontynuował:
- Któregoś dnia powiedzieli mi, że mogę nie dożyć zakończenia liceum, więc zmieniliśmy nasze plany. Byliśmy młodzi i głupi. Złożyliśmy sobie wtedy przysięgi, które sami wymyśliliśmy. To się stało w tym pokoju. - Mimo że historia, którą mi opowiadał, była poruszająca, to nie potrafiłam się z nią utożsamić. Zupełnie jakby w ogóle mnie nie dotyczyła.
Tanner podrapał się po głowie i wyjrzał przez okno.
- Obiecałem, że zawsze będę wkładał do twoich kanapek cheetosy, a ty przysięgałaś, że nie zapomnisz o mnie, gdy już zniknę. A potem... - urwał, a po chwili dokończył niezręcznie: - ...zrobiliśmy Samuela. - Znowu się uśmiechnął, lecz tym razem uśmiech był szeroki i pełen dumy, więc wiedziałam, że szczerze się cieszył, że to zrobiliśmy.
I kogo przy tym stworzyliśmy.
- Mam nadzieję, że w końcu przypomnisz sobie tę noc, bo ja kiedyś mogę umrzeć, a to była najlepsza noc w moim życiu - dokończył Tanner. Położył dłonie na kolanach, westchnął i spojrzał na mnie, czekając na moją odpowiedź.
Nie byłam pewna, co powiedzieć, więc postawiłam na pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
- Nadal jem kanapki z cheetosami - przyznałam.
Tanner uśmiechnął się lekko i zaśmiał cicho pod nosem. Najwyraźniej ciążyły na nim emocje dotyczące naszego związku i tym, co kiedyś razem zrobiliśmy, a co było dla niego najważniejsze.
- Wciąż jesteś chory? - zapytałam.
Pokręcił głową.
- Nie. Przeżyłem wbrew życzeniom twojego ojca. Niedługo po tym, jak dowiedzieliśmy się, że jesteś w ciąży, przyjęto mnie do eksperymentalnego programu medycznego w Kolorado. Gdy Sammy się urodził, wróciłem i polepszało mi się z każdym dniem. Nadal muszę brać leki, ale rak odpuścił i teraz lekarze uważają, że będę żył wiecznie, jak wampir albo jeszcze lepiej, jak mutant - powiedział, robiąc zeza i wytykając język.
Zagryzłam wargę, zastanawiając się, czy powinnam zadać mu pytanie, które miałam na końcu języka.
- Myślisz, że mogłabym zobaczyć się z Sammym? Spędzić z nim trochę czasu? - zapytałam. - Może wtedy coś sobie przypomnę - dodałam, mając nadzieję, że dzięki temu Tanner się zgodzi.
Machnął ręką, jakby moje pytanie było niepoważne.
- Oczywiście, Ray. Jesteś jego mamą. Nie musisz nawet pytać. - Wyciągnął rękę, jakby chciał mnie chwycić, ale gdy jego dłoń zawisła nad moją, wycofał się szybko, rozmyśliwszy się.
- A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? - zapytał.
- Tak, twoja kolej - odparłam.
Tanner zaczął obgryzać paznokieć, jakby był zdenerwowany.
- Ty i ten facet z tatuażami... Mieszkałaś z nim, prawda? A gdy po ciebie przyjechaliśmy, kłóciliście się, jakbyście... - Tanner urwał.
Nie chciałam, żeby czuł się jeszcze bardziej niezręcznie, więc nie naciskałam, by dokończył pytanie. Zamiast tego powiedziałam coś innego.
- King. On się nazywa Brantley King. - Gdy wypowiedziałam jego imię, poczułam się, jakby powietrze uszło z moich płuc, a jednocześnie czułam, że mogę oddychać pełną piersią. Taki właśnie był King: pełen sprzeczności w każdym calu.
Tanner oparł łokcie o kolana i ukrył twarz w dłoniach.
- To cholernie trudne pytanie, Ray, ale czuję, że po prostu muszę to wiedzieć - jęknął. - Czy wy... to znaczy, czy ty...?
Chciałam mieć to już z głowy. Musiałam zrobić to szybko, tak jak odrywa się plaster.
- Tak - odparłam. W końcu obiecałam mu szczerość, a nie delikatność.
- O mój Boże. Chyba zaraz się porzygam - wypalił Tanner, zeskakując nagle z łóżka.
- Powiedziałeś, że mam być z tobą szczera! - wykrzyknęłam, również zrywając się na równe nogi. - I nie patrz na mnie tak, jakbym cię zdradziła. Nawet nie wiedziałam, że jest ktoś, kogo mogłabym zdradzić!
Tanner przestąpił z nogi na nogę, jakby niespokojny.
- Wiem co powiedziałem. Ale nie spodziewałem się, że twoja odpowiedź złamie mi serce! - odparł podniosłym szeptem. - I wiem, że wcale mnie nie zdradziłaś, bo Ray, którą ja znam, nigdy nie uprawiałaby seksu z jakimś gościem, którego dopiero co poznała. - Tanner zaczął krążyć po pokoju. Nie był celowo złośliwy, tylko rozgniewany, ale jego pełen wyrzutu ton, który brzmiał, jakby mnie oceniał, działał mi na nerwy i zaczęłam żałować, że obiecałam mu szczerość.
- Wiadomość z ostatniej chwili, kolego. Ja cię nie znam i nie wiem, kim jest Ray, którą ty znasz. Nawet nie mam tak na imię. Nazywali mnie Doe. Jak Jane Doe. Jakby nikt, kurwa, nie wiedział, kim byłam. Bo nikt mnie nie szukał. Więc jeśli chcesz pogadać o byciu wkurzonym i tym, kto komu zrobił coś złego, to ustaw się w kolejce, do cholery! - krzyknęłam.
Tanner objął się ramionami w pasie, jakbym uderzyła go w brzuch.
- Szukałem cię, wiesz? Dniami, tygodniami, miesiącami. Nigdy nie straciłem nadziei. - Jego głos był tak cichy, że ledwo go słyszałam. Pokręcił głową i dodał: - Ale masz rację. Naprawdę cię nie znam.
- To nas donikąd nie doprowadzi - powiedziałam i opadłam na łóżko, a potem położyłam się na brzuchu i krzyknęłam w poduszkę, sfrustrowana. Kiedy uniosłam głowę, Tanner wyglądał, jakby opadła mu szczęka.
- No co? - zapytałam, patrząc na siebie, by sprawdzić, czy byłam odpowiednio ubrana, ale wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Wstałam i sprawdziłam jeszcze raz.
Wciąż nie wiedziałam, o co mu chodziło.
Tanner zaczął się jąkać, mówiąc:
- Chodzi o... ttwoje ramiona, ttwoje pplecy. Masz... ttatuaż - powiedział z niedowierzaniem, ledwo kończąc zdanie.
- Tak. No i co z tego? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersi i kładąc dłoń na miejscu, gdzie King mnie oznaczył. Byłam gotowa do kłótni i krzyku.
Tanner zbladł.
- Masz tam jego imię. Na tatuażu jest jego imię - powtórzył. To nie brzmiało jak stwierdzenie, bardziej jak oskarżenie. Nie miałam ochoty wyjaśniać mu, że tam nie widniało żadne imię. W pokoju panował mrok, a tatuaż był zawiły, więc łatwo było pomylić to z czymś innym. Odetchnęłam głęboko i próbowałam sobie przypomnieć, że Tanner przechodził przez coś, co trudno mi było zrozumieć, tak samo jak ja przechodziłam przez coś, czego on nie mógł do końca pojąć.
- Nie chcę cię skrzywdzić, Tanner, ale nie mam też zamiaru się przed tobą tłumaczyć.
- Nie wiem, co teraz zrobimy. Co ja zrobię. - Zakrył usta dłonią, a potem przesunął nią po szczęce. - Byłaś z kimś innym.
- Nie zrobiłam tego na złość tobie. Wiesz, wcześniej uważałam, że zachowam czystość czy cokolwiek, że nie będę robić niczego, co mogłoby kolidować z moim starym życiem, z tą osobą, którą byłam. Ale wraz z upływem czasu King i ja zbliżyliśmy się do siebie. A potem byłam już zmęczona tym, że musiałam stać w miejscu, odkładać swoje życie na potem, czekać, aż odzyskam życie, o którym nic nie wiedziałam. Więc pozwoliłam mu się do mnie zbliżyć. Pozwoliłam zrobić sobie tatuaż. Pozwoliłam mu... mnie pokochać. - Słowa wywołały we mnie wspomnienia i poczułam łzy piekące mnie pod powiekami. - Ale tego nie żałuję. Niczego nie żałuję i nie będę. I nie ma znaczenia, co powiesz, bo do niczego mnie nie zmusisz.
- Jezu Chryste, Ray. On ma ze trzydzieści lat, a ty jesteś tylko nastolatką. A co więcej, jesteś jedyną dziewczyną, z jaką byłem. Ostatnim razem, gdy uprawialiśmy seks, mieliśmy po piętnaście lat! A teraz ty stoisz przede mną i mówisz mi, że pozwoliłaś mu... - Podszedł do okna i chwycił się parapetu, pochylając nad nim głowę. - Pozwoliłaś mu... się dotknąć - dokończył znacznie spokojniejszym tonem, niż zaczął.
Gula zaczęła dławić mnie w gardle.
- Tak - odparłam, próbując zwalczyć łzy. - I nie waż się mnie osądzać. Mogę ci współczuć, bo wiem, jak to jest. Sama czuję się przytłoczona i zdezorientowana, ale to nie zmienia faktu, że cię nie znam. - Popatrzyłam na niego, nie ruszając się z miejsca. Nie miałam zamiaru dać sobie wmówić, że King i ja robiliśmy coś niewłaściwego.
Tanner wyrzucił ręce w powietrze.
- No to jest nas dwoje. Ray, którą znałem, nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie krzyczała i nie przeklinała. Może i wyglądasz jak ona, ale jesteś tylko oszustką. - Jego słowa były dla mnie jak policzek. Czułam piekący ból, chociaż nawet nie podniósł na mnie ręki. - Może w ogóle nie powinnaś była wracać - dodał, krzywiąc usta w obrzydzeniu.
- Wyjdź stąd - nakazałam, tupiąc nogą w podłogę i wskazując ręką na okno, przez które wszedł. - W tej chwili.
Tanner podszedł do okna, przerzucił nogę przez okiennicę i zawahał się przez chwilę. Powoli obrócił się w moją stronę. Wtedy ujrzałam, że jego oczy błyszczą od łez. - Przepraszam. Naprawdę jest mi przykro. Ja po prostu... wciąż cię kocham, Ray - powiedział Tanner miękkim głosem.
Wciąż byłam do niego negatywnie nastawiona, ale mimo to zrozumiałam, że wyżywał się na mnie tylko dlatego, że naprawdę miał złamane serce. Nie mogłam pozwolić mu odejść, nie dając czegoś od siebie.
- Nie mogę ci odpowiedzieć tym samym, ale wiem, że coś kiedyś do ciebie czułam. Uważam, że właśnie dlatego twoje oczy są jedynym, co w ogóle sobie przypomniałam, mimo utraty pamięci. To musi coś znaczyć, prawda? - spytałam. Tanner uśmiechnął się słabo. - Nawet kiedyś je naszkicowałam - dodałam, mając nadzieję, że ta informacja może przynieść mu odrobinę ukojenia.
- Kochasz go? - zapytał ze smutkiem w głosie. - Powiedz mi prawdę, Ray. Poradzę sobie z tym. - Nie wierzyłam mu ani przez chwilę. Próbowałam znaleźć odpowiedź w sercu i myślach. Mimo moich niepewności, kłamstw, nieporozumień, nie wątpiłam w swoje uczucia.
- Tak - odpowiedziałam.
Tanner skrzywił się, obrócił i wyszedł na zewnątrz, po czym zaczął schodzić na dół po najbliższym drzewie. Gdy doszłam do okna i wychyliłam się, on już stał na dole i otrzepywał spodnie z liści. Uniósł głowę i spojrzał w stronę mojego okna.
- Mimo że od początku wiedział, kim byłaś, i nie powiedział ci o tym? Mimo że wykorzystał cię, by odzyskać swoją córkę? Naprawdę mimo to go kochasz? - zapytał podniosłym szeptem.
Chciałam mu wytłumaczyć moje skomplikowane uczucia najprościej, jak się dało.
- Można być na kogoś wkurzonym, ale wciąż go kochać - odparłam.
Tanner przeszedł trawnik i zanim zniknął w ciemnościach, usłyszałam jego szept:
- Coś o tym wiem.
ROZDZIAŁ 5
Doe
Następne trzy dni spędziłam w swoim pokoju, zupełnie sama. Wychodziłam z łóżka tylko po to, by wziąć prysznic i się przebrać. Prawie nie spałam, z wyjątkiem krótkich drzemek, gdy mój organizm protestował ze zmęczenia. Tylko mój mózg był bardzo pobudzony.
Kiedy obudziłam się z jednej takiej drzemki, było po północy. Zobaczyłam, że siedzę w zupełnych ciemnościach. Poczułam narastającą panikę. Próbowałam złapać oddech, ale nie mogłam. Zaczęłam szukać po omacku pilota od telewizora. Gdy go znalazłam, nacisnęłam każdy przycisk, by włączyć telewizor, lecz nic się nie stało. Zmusiłam się, by poszukać przełącznika światła. Zaczęłam macać ścianę przy łóżku, ale nie znalazłam go. W końcu wstałam i podbiegłam do okna, by odsunąć zasłony i wpuścić do środka trochę księżycowej poświaty. Wiedziałam, że wtedy się uspokoję i odzyskam oddech. Znów szczęście mi nie dopisało. Księżyc krył się za chmurami, które wisiały nisko na niebie, a podłoga zadrżała pod moimi stopami, kiedy rozległ się grzmot błyskawic. Myślałam tylko o tym, że zaraz umrę na atak paniki.
Skuliłam się na podłodze i objęłam nogi ramionami. Czułam ucisk w klatce piersiowej. Pokój wirował wokół mnie, a książki na półkach zlały się w jedną linię. Wtedy coś do mnie dotarło - może mój atak paniki nie miał nic wspólnego z tym, że siedziałam tu w kompletnej ciemności.
Może chodziło tylko o to, że byłam sama.
Jedyną osobą, z którą czułam jakąś więź w tym nowym/ starym życiu, był Sammy, a widziałam go tylko przez kilka chwil. Sądząc po tym, jak Tanner i ja się rozstaliśmy, nie wiedziałam, czy jeszcze będę miała szansę kiedykolwiek zobaczyć mojego chłopca.
Może nigdy do tego nie dojdzie.
Nagle poczułam, że wdychanie powietrza w tym domu, w tym pokoju, było jak zaciąganie się trucizną. Każdemu oddechowi towarzyszyło wrażenie, jakbym zaraz miała umrzeć na podłodze w pokoju, którego nie pamiętałam.
Dusiłam się.
Musiałam się stąd wydostać.
Nie poszukałam nawet butów. Mając na sobie tylko koszulkę i spodenki do spania, uniosłam ramę okienną i przerzuciłam nogi przez parapet, tak jak wcześniej zrobił to Tanner. Pod stopami nie widziałam niczego, prócz ciemności. Przytrzymałam się okna jedną rękę, a drugą wyciągnęłam, by chwycić się drzewa. Wiedziałam, że dam radę. Gdy tylko moja dłoń dotknęła pnia, ogarnęło mnie znajome uczucie. Zdecydowanie robiłam to już wcześniej. Byłam tego pewna. Może nie wiedziałam, gdzie patrzeć i czego się przytrzymać, ale moje ciało wręcz przeciwnie. Bez jednego potknięcia udało mi się dostać na konar, potem bez chwili wahania chwyciłam się kolejnego i znalazłam oparcie dla stopy niżej. W tej chwili poczułam, że mogę już zeskoczyć, chociaż nawet nie wiedziałam, jak daleko mam do ziemi.
Więc skoczyłam.
Ostre źdźbła trawy podrażniły moje stopy, gdy spadłam. Przykucnęłam i złapałam równowagę. Gdy się podniosłam, czujnik ruchu włączył się nagle, a jego cichy szum był w tej ciszy jak gwizd pociągu towarowego jadącego z pełną prędkością. Tanner musiał wiedzieć, jak zeskoczyć, by nie włączyć światła.
Rzuciłam się biegiem przed siebie.
Przebiegłam podwórko, rozpryskując dookoła błoto i wodę, brudząc sobie łydki. Biegłam tak szybko, jak pozwalały mi na to moje krótkie nogi.
Niskie metalowe ogrodzenie wokół posiadłości kończyło się przy krzakach rosnących na końcu podwórka. Zarośla służyły za naturalny płot. Przebiegłam pod krzakami przez mały tunel, który tam się znajdował. Zaczęłam przechodzić na drugą stronę, nie zatrzymując się nawet na chwilę, zupełnie jakbym robiła to już tysiące razy. Liście muskały moją skórę, a ciernie ją drapały i zahaczały o moje włosy, ale brnęłam dalej, aż w końcu znalazłam się po drugiej stronie na małej plaży.
Chmury jedna po drugiej przesuwały się na niebie, mijając księżyc. Światło odbijało się od spokojnej tafli wody. Wyglądało to tak, jakby ktoś bawił się latarką i na zmianę włączał i wyłączał światło. Szłam brzegiem, a woda obmywała moje stopy. Między palcami czułam miałki piasek.
Kiedy przeszłam przerośnięte namorzyny, które rosły niedaleko ogrodzenia mojego domu, nie zatrzymałam się nawet na chwilę. Bez zastanowienia weszłam do ciemnej wody. Dla moich stóp woda była tylko trochę chłodna, ale im głębiej wchodziłam, tym było mi zimniej.
Zadrżałam, kiedy woda sięgnęła mojej talii.
Odepchnęłam się ramionami, zanurzając stopy w miękkim dnie. Na powierzchni wody pojawiły się lekkie fale. Nagle coś wskoczyło do wody tuż przede mną. Na początku myślałam, że to wąż, bo poruszało się w wodzie slalomem. Próbowałam odsunąć się na bok, ale gdy to coś przemknęło tuż obok mnie, zrozumiałam, że to tylko duża jaszczurka. Syknęła, gdy mnie mijała. Była jak wkurzony kierowca pokazujący mi środkowy palec.
Po chwili udało mi się przepłynąć na drugi brzeg, przejść przez zanurzone w wodzie korzenie drzew i wyjść na powierzchnię. Ciężkie od wody szorty zwisały mi z bioder.
Znalazłam się obok starego, zniszczonego przez warunki atmosferyczne pomostu, a obok ujrzałam jeszcze bardziej zniszczone molo. Do molo przywiązano rozklekotaną łódź mieszkalną, której czasy świetności minęły dekady temu. Lina była zupełnie niepotrzebna, bo łódź niemal całkowicie ugrzęzła w piasku na brzegu i chyba od dawna znajdowała się w tym miejscu. Gdy się zbliżyłam, odór pleśni zmieszany z zapachem soli stał się coraz silniejszy. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy wciągnęłam powietrze głęboko, poczułam dziwne uczucie spokoju, zupełnie niepodobne do paniki, której doświadczyłam w domu.
Uśmiechnęłam się. Znałam to miejsce. Kochałam je.
Nie wiedziałam, jak do tego doszło ani dlaczego, ale po prostu musiałam znaleźć się bliżej.
Weszłam na pomost, który zaprotestował pod moim ciężarem głośnym skrzypieniem. Przeszłam przez molo, a gdy zbliżyłam się do łodzi, zauważyłam, że znajdowała się dobre półtora metra od krawędzi molo. Podniosłam leżącą nieopodal deskę, zrzucając z niej mrówki. Szybko położyłam ją między łodzią a molo, tworząc dla siebie przejście.
Ostrożnie przeszłam po kładce i zeskoczyłam na pokład łodzi, która była duża, ale nie znajdowało się na niej nic poza trzema zardzewiałymi krzesłami wystawionymi przed szklane drzwi, które kryły się pod małym zadaszeniem. Na krzesłach stały trzy puste puszki po napojach gazowanych, a obok leżała różowa latarka z wizerunkiem My Little Pony. Podniosłam ją i spróbowałam włączyć. Nie działała. Potrząsnęłam nią energicznie i uderzyłam o wnętrze dłoni. O dziwo poskutkowało. Zaświeciła mi prosto w oczy, na chwilę mnie oślepiając. Zamrugałam i poczekałam, aż wzrok się przyzwyczai. Z pomocą latarki odnalazłam klamkę w drzwiach i próbowałam je otworzyć. Chwilę się z nimi mocowałam, bo pod spodem nagromadziło się sporo błota, ale w końcu ustąpiły.
Podobnie jak pokład, kabina również była pusta, poza kilkoma szafkami wiszącymi na odległej ścianie. Prawie wszystkie drzwiczki wypadły z zawiasów. W środku brakowało półek. Pod ścianą leżały trzy wyblaknięte śpiwory. Jeden był purpurowy, drugi różowy, a trzeci niebieski. Wszystkie przeżarła pleśń i miały popękane szwy.
Każdy centymetr ściany i sufitu pokrywały strony z magazynów i inne wycinki. Kiedy przyjrzałam się im bliżej, mimo warstwy brudu mogłam zobaczyć nastoletnie gwiazdy i chłopaków z boysbandów czy telewizji.
Magazyny dla nastolatek. Całe ściany w wycinkach.
Zamknęłam oczy i wciągnęłam powietrze, mając nadzieję, że poczuję coś jeszcze, co przed chwilą wywołało znajome wrażenie. Spędzałam w tym miejscu dużo czasu. Byłam pewna, że jeden z tych śpiworów należał do mnie. I musiałam pomagać przy zawieszaniu tych wycinków albo sama je wieszałam, bo gdy przechodziłam obok, zaczęłam nucić piosenkę jednego z boysbandów, którego wizerunki i wycinki z gazet zajmowały pół ściany.
Byłam tak pogrążona w myślach, próbując sobie coś przypomnieć, że nie słyszałam zbliżających się kroków.
Ktoś zaszedł mnie od tyłu i zakrył mi usta dłonią, tłumiąc mój okrzyk zdziwienia. Wtedy otoczył mnie drugą ręką w talii i przycisnął do bardzo znajomego twardego ciała.
- Tęskniłaś za mną, zwierzaczku? - Głęboki głos zawibrował tuż przy moim uchu. Poczułam lekki zapach papierosów i mydła zmieszany z odrobiną potu. Moje napięte ciało od razu się rozluźniło, a oddech przyspieszył. Uwolnił mnie z uścisku na tyle, by obrócić mnie twarzą do siebie.
King.
Powinnam się cieszyć, że go widzę. Powinnam być w siódmym niebie. Odkąd widziałam go po raz ostatni kilka dni temu, myślałam o nim non stop.
Ale moją radość przyćmiewał gniew.
Byłam wkurwiona.
I najwyraźniej to uczucie było obustronne, bo gdy patrzyłam w zielone oczy Kinga, mogłam określić je tylko jako pełne furii.
- Co ty tutaj robisz? Myślałam...
- Nie - przerwał mi King. - Wiem, że chcesz zacząć z tymi swoimi pytaniami i normalnie uważałbym, że to urocze, ale teraz, zanim stracę, kurwa, cierpliwość, odpowiesz na jedno moje pytanie. - Jego głos brzmiał na napięty, zachrypnięty, jakby z trudem zachowywał nad sobą kontrolę.
Próbowałam znowu coś powiedzieć, ale zakrył mi usta ręką i włożył mi palec do ust, kneblując mnie w ten sposób.
- Po co ten mały gówniarz zakradł się w nocy do twojego pokoju kilka dni temu? - Wyciągnął palce z moich ust, a ja zaczęłam żałować, że nie ugryzłam go, gdy miałam okazję.
- Skąd wiesz? Obserwowałeś mnie?
King przesunął wilgotnym palcem po moich ustach, a ja instynktownie przysunęłam się bliżej niego.
- Nie ja. Ale mam na ciebie oko. - King zmarszczył brwi i ścisnął mnie mocniej. - Odpowiedz mi, zwierzaczku - nakazał, wbijając mi palce w biodra.
King nie był osobą, którą można było zignorować.
Wysunął język i przesunął nim po swojej wardze. Próbowałam się nie gapić i zamiast tego skupić na gniewie, który narastał we mnie od kilku dni, ale nie potrafiłam kontrolować mojego ciała. To niesamowite, ale wystarczyło, że oblizał swoje pełne wargi utalentowanym językiem, a moje sutki stały na baczność gotowe na jego dotyk.
King mruknął tuż przy mojej szyi.
- Jeśli cię chociaż tknął, to gołymi rękami oderwę mu tę pieprzoną głowę od reszty ciała. - Nic w postawie Kinga nie mówiło, że żartował. Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, wiedziałam, że spełniłby swoją groźbę.
Już miałam mu odpowiedzieć. Chciałam go uspokoić i powiedzieć, że Tanner mnie nie tknął, lecz nagle uderzyło mnie coś innego.
Furia.
Dlaczego miałabym uspokajać jego, kiedy to on mnie wcześniej oszukał? To on wyrzucił mnie ze swojego domu. Jeśli myślał, że mogłam udawać, że to nigdy nie miało miejsca, to grubo się mylił.
Odepchnęłam go od siebie z całej siły, ale udało mi się uzyskać tylko odrobinę przestrzeni między nami.
- Ty! Jak śmiesz! Nie masz prawa być teraz na mnie zły!
- Zwierzaczku... - zaczął King, ale jego twardy wzrok nie złagodniał. Żyła na szyi tuż pod kolorowym tatuażem z imieniem Max zapulsowała.
Pokręciłam głową i próbowałam się cofnąć, ale on od razu zrobił krok w moją stronę.
- Nie! Nie "zwierzaczkuj" mi tutaj! Od początku wiedziałeś, kim jestem, i nigdy mi nie powiedziałeś! Cały czas pierdoliłeś o tym, że jestem twoja, a potem oddałeś mnie, gdy tylko miałeś okazję! - krzyknęłam, gestykulując żywiołowo.
- Myślałem, że nie mam wyboru - odparł King. Chciał się oprzeć czołem o moje czoło, co normalnie dałoby mi poczucie spokoju, więc pozwoliłabym mu na to, ale teraz nie byłam na to gotowa. Odsunęłam się od niego, unikając kontaktu.
- Nie! Właśnie że miałeś wybór. Mogłeś mi, kurwa, powiedzieć. Mogłeś pozwolić mi podjąć tę decyzję z tobą zamiast za mnie! - Znowu go od siebie odepchnęłam i tym razem udało mi się uzyskać więcej przestrzeni i wyrwać z jego uścisku. Wyszłam z kajuty i ponownie znalazłam się na pokładzie, idąc stanowczym krokiem tam, skąd przybyłam. Duszne, wilgotne nocne powietrze zawisło ciężko jak mokre pranie na sznurku. Weszłam do wody, ale tym razem nie byłam tak ostrożna, jak za pierwszym. Nad moją głową rozległ się grzmot. Niebo przecięła błyskawica, eksplodując jak fajerwerki. Spieszyłam się, potykałam się na każdym kroku, a moje stopy zanurzały się aż po kostki w piasku na dnie.
Nagle usłyszałam za sobą głośne pluśnięcie.
- Przyszedłeś, żeby przeprosić? Za późno! Trzeba było o tym pomyśleć, zanim mnie okłamałeś - krzyknęłam przez ramię. Zanim udało mi się dotrzeć na brzeg, King złapał mnie brutalnie za nadgarstek i obrócił w swoją stronę. Woda rozprysnęła się dookoła mnie, a moje włosy unosiły się na powierzchni.
- Spójrz na mnie - warknął, unosząc mój podbródek.
- Nie - odparłam, zacisnąwszy mocno powieki.
- Spójrz na mnie, zwierzaczku - nakazał znowu. - Nie puszczę cię, dopóki tego nie zrobisz.
- To nie fair! - krzyknęłam, próbując uwolnić się z jego uścisku. - Nie chcę na ciebie patrzeć! Chcę, żebyś mnie, do cholery, puścił i dał mi odejść! - Kiedy w końcu udało mi się wyrwać rękę z jego uścisku, uniosłam ją i już miałam go uderzyć, ale King zdążył chwycić moją dłoń.
- Och, zwierzaczku - powiedział głębokim głosem, który brzmiał nieco niepokojąco. Pochylił się nade mną, aż jego twarz znalazła się na równi z moją. Czułam na policzku jego chłodny oddech, gdy mówił: - Zapłacisz mi za to. - Spojrzałam na niego w chwili, gdy złapał mnie w talii i uniósł, a potem wrzucił z pluskiem do wody. Nawet nie miałam czasu złapać oddechu. Wyciągnął mnie szybko, a ja zaczęłam się krztusić.
Kaszlałam, wycierając oczy. Słona woda piekła mnie w nos.
- Co to miało, do cholery, znaczyć? - krzyknęłam.
King odgarnął mi mokre włosy z czoła. Znowu uniósł mój podbródek i powiedział:
- A teraz spójrz na mnie albo znowu cię zanurzę.
- Pieprz się - warknęłam. King znowu chciał wziąć mnie ramiona, ale tak usilnie z nim walczyłam, że nie był w stanie mnie podnieść, więc po prostu pociągnął mnie pod powierzchnię za sobą.
Kiedy wynurzyliśmy się z wody sięgającej ramion, ścisnął mnie mocno za biodra i powiedział:
- To było znacznie łatwiejsze, kiedy jeszcze się mnie bałaś.
Ale już się ciebie nie boję, chciałam powiedzieć. Boję się tylko życia bez ciebie.
A on zniknął i odrzucił to wszystko.
Tutaj nie chodziło tylko o to, że byłam na niego zła.
Przede wszystkim czułam się zraniona.
Postanowiłam otworzyć oczy i mieć to już za sobą. Przekonywałam samą siebie, że niczego nie poczuję. Że na niego spojrzę i wciąż będę w stanie od niego odejść.
Ale to było kłamstwo, nawet jeśli jedyną osobą, którą próbowałam przekonać, byłam ja sama.
Powoli i niechętnie otworzyłam powieki, a gdy napotkałam jego wzrok, oddech ugrzązł mi w gardle.
Powiedziałam sobie, że to wszystko przez błyskawice przecinające niebo nad nami. I przez to, że staliśmy w wodzie podczas pełni księżyca, którego światło malowało się na tafli wody i rozświetlało jego wytatuowaną kolorami skórę. Miałam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć go.
Na pewno nie chodziło o to, że w oczach Kinga widziałam płomienie, gdy jego palący wzrok przeszywał moją duszę. To nie dlatego, że widziałam, jak jego mięśnie napinają się i rozluźniają, gdy oddychał szybko, a materiał jego koszulki mocniej rozciągał się na piersi.
On dosłownie dyszał.
Staliśmy tak chyba wieczność, wyzywając się nawzajem do zrobienia pierwszego kroku, zatraceni w tej chwili. To, co do niego czułam, nie było tylko gniewem.
Czułam wszystko.
Gniew, niepewność, miłość... pożądanie. To wszystko opływało nas niczym woda, w której staliśmy zanurzeni, wpatrując się w siebie.
Zaczęło padać. Grzmot był tak głośny, że poczułam wibracje w piersi. Powierzchnia wody zaczęła się burzyć, gdy spadł deszcz, zimny i nieustępliwy. Padało, a każda kropla dodatkowo rozpryskiwała wodę, lecz to nie wystarczyło, by przerwać naszą walkę na spojrzenia. To było dla nas wyzwanie. Ostrzeżenie.
A nawet pokaz siły.
- Mogłeś mi powiedzieć... - zaczęłam pierwsza. Byłam w pełni gotowa na walkę. Potrzebowałam jej. Minęło za dużo czasu, odkąd po raz ostatni naprawdę się pokłóciliśmy. Ostatnia sprzeczka miała miejsce w noc festynu. Pragnęłam w końcu się na nim wyżyć.
Tamtej nocy oddałam mu swoje serce.
- Nie - warknął. - Nie mogłem ci powiedzieć - dodał podniesionym głosem i przyciągnął mnie do siebie tak blisko, że czułam, jak na niego działam. Był twardy, stał na baczność tuż przy moim udzie. Moje kolana zadrżały i niemal się pode mną ugięły jak u jakiejś głupiutkiej dziewczynki, którą zresztą byłam.
- Dlaczego? - zażądałam odpowiedzi. Trudno było mi się skupić na naszych słowach, gdy wiedziałam, co działo się pod powierzchnią wody. Deszcz padał tak mocno, że tłumił nasze głosy, jakbyśmy też byli pod wodą. - Dlaczego nie mogłeś tego zrobić? - powtórzyłam.
- Bo nie mogłem tak ryzykować! Gdybyś znała prawdę... Po prostu nie mogłem ryzykować - odparł.
- Czym ryzykowałeś? O co ci chodzi? - naciskałam.
- Nie mogłem cię stracić! - krzyknął. - Nie chciałem tak ryzykować! - King otoczył mnie ręką w talii i przycisnął się swoim twardym penisem do moich miękkich kobiecych partii między nogami, które reagowały na każdy jego dotyk. To miejsce pragnęło go niemal tak bardzo, jak moje serce.
Chwycił mój tyłek w dłonie i uniósł mnie, bym mogła otoczyć go nogami w pasie.
- Raz naszła mnie ochota, by powiedzieć ci prawdę. Byłem ci to winny. Ale potem wszystko szlag trafił, bo pojawił się Isaac i Preppy zginął. Więc gdy poszedłem do twojego ojca z propozycją, myślałem, że wyświadczam ci przysługę, oddając ci twoje stare życie i uwalniając cię od tego, w jaki sposób musiałaś przy mnie żyć.
Zacisnęłam uda wokół niego i otarłam się o jego twardość. Jęknęłam cicho.
- Ale ty wcale nie oddałeś mi mojego życia - poprawiłam go. Przyłożyłam dłonie do jego policzków, by unieść jego twarz i znaleźć w jego oczach jakikolwiek znak mówiący, że to, co do niego czułam, mogło być niewłaściwe, ale zamiast tego poczułam nieprzemożną chęć, by naprawić to, co między nami było popsute. Łzy zebrały mi się pod powiekami. - Odebrałeś mi je. - King rozchylił wargi i przesunął kciukiem po moich ustach. Potem pochylił się i zaczął całować mnie po ramieniu.
- Masz gęsią skórkę - zauważył, przesunąwszy opuszkiem palca po mojej wrażliwej skórze. Zagryzłam usta i zdusiłam jęk.
- To przez tę temperaturę - skłamałam.
- Masz, kurwa, rację - warknął King i unieruchomił mi nadgarstek za plecami, po czym pocałował mnie brutalnie. Nasze usta pieściły się, zęby uderzały o siebie, a woda rozpryskiwała dookoła nas.
Kierowała nami niepohamowana potrzeba.
- Nadal jestem na ciebie wściekła za to, że pozwoliłeś mi odejść - powiedziałam tuż przy jego ustach. Czułam pulsowanie między nogami.
King zamarł, ujął moją twarz w dłonie i odsunął od siebie. Nasze ciała unosiły się i opadały w jednym rytmie, moje sterczące sutki ocierały się o jego rozgrzaną skórę. Nie mog liśmy złapać tchu. King przesunął ręką po moim policzku.
- Nie oddałem cię, zwierzaczku. Ja cię uwolniłem.
Zamarłam.
- Uwolniłeś mnie? - Nie potrafiłam ukryć zranienia w moim głosie. Z jakiegoś powodu uwolnienie mnie brzmiało gorzej niż oddanie.
King przesunął językiem po płatku mojego ucha i przycisnął mnie mocno do swojego gorącego ciała. Poczułam przebiegające po kręgosłupie dreszcze i to nie miało nic wspólnego z zimnym deszczem.
- Próbowałem cię uwolnić, zwierzaczku. Ale głównym mankamentem tego planu było to, że nigdy by nie zadziałał - wyznał King.
- A to dlaczego? - zapytałam. Musiałam to wiedzieć teraz, ale jednocześnie niecierpliwiłam się, bo czułam pulsowanie między nogami. Poczułabym ulgę i spełnienie po kilku potarciach.
- Problem tkwił w tym... że ty nigdy nie uwolniłaś mnie - warknął King i zmiażdżył moje usta w pocałunku. Jęknął cicho, gdy otarłam się o jego twardą męskość. Odsunął materiał moich spodenek i gdy tylko dotknął mnie palcem tam na dole, zadrżałam. Wepchnął we mnie palec wskazujący i na chwilę moje oczy uciekły w głąb czaszki, dopóki go nie wyciągnął. Zajęczałam, sfrustrowana, wiercąc się ze zniecierpliwienia, bo potrzebowałam poczuć go w sobie.
King zdjął mnie z siebie i ściągnął mi spodenki. Pomogłam mu w tym, a gdy już się z nich uwolniłam, rzuciłam ubranie na brzeg. King rozpiął swoje dżinsy, po czym odepchnął mi majtki na bok.
- Obejmij mnie jeszcze raz nogami. - Zrobiłam, co mi kazał. Otarłam się o jego twardą męskość, a King uniósł mnie na tyle, by znaleźć się tuż przed moją szparką. - Będzie szybko i ostro, skarbie, ale muszę poczuć, że jestem w tobie. - Po tych słowach wszedł we mnie. Kiedy poczuł opór mojego ciasnego ciała, wepchnął się mocniej, jakby umierał z pragnienia. Im bardziej się zagłębiał, tym głośniej stękał.
- O cholera! - krzyknęłam głośno. Chciałam, by zaczął mnie pieprzyć, ale poczucie wypełnienia również było zachwycające.
- Tak, zwierzaczku. Będę cię pieprzył cholernie mocno. - Wepchnął się we mnie jednym mocnym ruchem, aż zadrżały mi uda.
- Jasna cholera. Ja pierdolę. Ale ty jesteś ciasna - przeklinał King. - Kocham tę twoją cipkę. Jest moja.
Trzymałam go za szyję, a on pieprzył mnie z furią, pokazując, jak bardzo potrzebował mnie poczuć. Niemal tak bardzo, jak ja potrzebowałam jego.
- Tak. Tak. Twoja. - Pokiwałam głową energicznie, gdy King odnalazł rytm, tworząc przy tym wokół nas wodny wir. Napięcie w dolnej części mojego brzucha wzmocniło się. Z każdym pchnięciem jego bioder czułam większą przyjemność i oddychałam szybciej.
- To takie cholernie przyjemne uczucie, gdy zaciskasz się wokół mojego fiuta - wydyszał. W końcu byłam gotowa przyznać, że nie miałam żadnej kontroli nad tym, co nas łączyło. Wcale nie pozwalałam mu zwyciężyć. To była walka, której i tak bym nie wygrała.
I nawet nie chciałam brać w niej udziału.
- To wszystko... I ty... Jesteś dla mnie wszystkim... - wysapał King. Położył mi ręce pod udami i wbijał się we mnie raz po raz, a moje mięśnie zaciskały się wokół niego mocniej i mocniej. Potrzebowałam więcej. Podniosłam się lekko, opierając się policzkiem o jego zarośniętą szczękę, podczas gdy ten piękny mężczyzna, którego kochałam, bzykał mnie bez chwili wytchnienia.
Bezlitośnie. Poczułam jego frustrację, nienawiść i ślepe pożądanie. Mimo że to wszystko razem było przytłaczające, brałam, co tylko mi dawał.
Nagle zaczęłam drżeć i doszłam mocno, zaciskając się wokół jego członka. Gdy już myślałam, że mój orgazm się kończy, King pchnął we mnie jeszcze kilka razy, przedłużając go. Jego penis drgnął i wtedy poczułam, że najchętniej zrobiłabym to jeszcze raz. Zaczęłam powoli kręcić biodrami, zachwycając się doznaniem jego ciała ocierającego się o moje wrażliwe wnętrze.
- Spokojnie, zwierzaczku - droczył się King. Oparł swoje czoło o moje. Tym razem mu na to pozwoliłam... Tak jak się spodziewałam, zalał mnie spokój, mimo że oboje dyszeliśmy ciężko.
- Nie widzisz, co ty, kurwa, ze mną robisz?
- Czuję to - odparłam.
- To nawet lepiej - stwierdził i przycisnął mnie do swojej piersi.
King zaczął ostrożnie iść w stronę brzegu, wciąż trzymając mnie w ramionach.
- Jestem na ciebie bardzo zła - udało mi się wysapać. - Nie jestem już przykuta kajdankami do twojego łóżka, ale gdy mnie okłamałeś, poczułam się, jakbym nadal była więziona, bo odebrałeś mi wybór.
Wzrok Kinga wyostrzył się.
- Tak. Ale może najpierw zapytaj mnie, czy czuję się źle z tego powodu. Z powodu okłamywania cię i trzymania w niewoli. Jest wiele rzeczy, które zrobiłbym inaczej, zwierzaczku, ale to nie jest jedna z nich. Gdybym miał to robić jeszcze raz, to tak by się stało. I tak bym cię uwięził. I tak bym cię złapał, gdy uciekłaś, i ponownie przykuł do łóżka. - Gdy mówił, chwycił mnie za kark, unieruchamiając mi głowę, jakby chciał się upewnić, że tym razem nie odwrócę od niego wzroku. - Aż w końcu poddałbym się temu, co nas łączy, kiedy pozwoliłaś mi po raz pierwszy wejść w siebie, kiedy pieprzyłem cię pod ścianą mojego domu... Chyba zdajesz sobie sprawę, że tego też bym nie zmienił? Bo ja nie mam co do tego wątpliwości.
Mój oddech przyspieszył, gdy przypomniałam sobie, jak kłóciliśmy się w noc festynu, a niedługo potem znalazł się we mnie. Wtedy nawet nasz seks był walką.
Cudowną walką.
- Żałuję tylko tego, jak to wszystko się skończyło, gdy odeszłaś. I co zrobił senator. To wszystko moja wina. Po wyjściu z więzienia nie byłem sobą, a po śmierci Preppy'ego dodatkowo mi odbiło. Myślałem, że to jedyny sposób, by odzyskać rodzinę, która mi pozostała. - King przesunął wierzchem dłoni po moim policzku i przysunął się bliżej. - To był błąd, bo to, co jest między nami, nie jest uczuciem, któremu można tak po prostu pozwolić odejść. - Musnął ustami moje wargi, a ja uniosłam głowę, szukając z nim więcej kontaktu, jednak on złapał mnie wtedy za ramiona i odsunął od siebie.
- No co? - zapytałam.
King zmarszczył brwi.
- Powiedziałem ci to, co chciałaś usłyszeć. Co musiałem ci powiedzieć. A teraz ty powiedz mi to, co chcę wiedzieć. - Jego ton stał się ostrzejszy. - Masz dziesięć sekund, by powiedzieć mi, dlaczego ten gówniarz był w twoim pokoju. Jeśli chcesz.
- Jeśli chcę? - zapytałam nagle zdezorientowana.
King pokręcił głową.
- Nie musisz. Ale wiedz, że wtedy od razu zabiję tego małego drania - syknął King.
- Jesteś zazdrosny? - zapytałam, unosząc brew. Droczyłam się z nim, ale ten dupek zasługiwał na każdą sekundę niewymownej udręki za to, co przez niego przeszłam.
- Bardzo - przyznał ku mojemu zdziwieniu. - Więc nie igraj ze mną, maleńka. - Zacisnął ręce na moich ramionach, przypominając mi tym samym, że z Kingiem się nie pogrywa.
- Chciał pogadać - wyjaśniłam. - A potem...
- Co potem? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
Zagryzłam wargę.
- Zapytał, czy go kocham, a ja powiedziałam mu prawdę. Zachowywał się tak, jakbym z nim zerwała.
- Nie próbował cię dotknąć? - dopytywał z odrobiną ulgi w głosie.
- Nie! - odparłam, przeciągając słowo tak długo, że powinno trafić do jego upartego umysłu.
King wyglądał na niemal zawiedzionego.
- A więc dzieciak będzie żył - stwierdził. - Przynajmniej na razie.
- Nadal mi nie powiedziałeś, skąd się tu wziąłeś - powiedziałam. - Jak dostałeś się tu tak szybko? Zapłaciłeś kaucję czy coś? Nie wiem w sumie, jak to działa.
King westchnął.
- I znowu zaczynasz z tymi swoimi pytaniami, zwierzaczku. - Założył mi mokry kosmyk włosów za ucho. Ten gest był jednocześnie intymny i delikatny. - Tęskniłem za twoimi irytującymi pytaniami.
- Myślałam, że już cię więcej nie zobaczę - powiedziałam i ukryłam twarz w zagłębieniu między jego szyją a ramieniem, walcząc ze łzami, które chciały spłynąć mi po policzkach.
- Nigdy bym do tego nie dopuścił. Nawet gdyby senator mnie nie oszukał, to i tak odnalazłbym sposób, by się z tobą zobaczyć, skarbie. Zawsze. - King przesunął palcem po moich powiekach.
- Czego mi nie mówisz? - zapytałam, wyczuwając jego wahanie.
- Detektyw, który mnie aresztował, tak naprawdę nim nie był i wcale nie zabierał mnie do więzienia. To był tylko człowiek wynajęty do zlecenia.
- Nie rozumiem...
- Wynajęto go, by mnie zabił.
- Jasna cholera - powiedziałam i poczułam się winna, bo walczyłam z nim tak zaciekle, chociaż mało brakowało, a straciłby życie.
- Na całe szczęście zrozumiałem to, zanim było za późno. - Deszcz przestał nagle padać, zupełnie jakby ktoś zakręcił kran. Zaraz nad wodą zaczęła zbierać się mgła, otaczając nas białymi mackami.
- Co zrobiłeś? Jak to się stało, że żyjesz, chociaż wynajęto go, by cię zabił? - Chwyciłam go mocniej, ciesząc się, że był obok mnie. Gdy zadałam mu to pytanie, poczułam mdłości.
King wzruszył ramionami.
- W moim świecie albo zostaje się zabitym, albo trzeba zabić. - Zacisnął usta w cienką linię, po czym dokończył. - Więc zabiłem.
Powinno mi przeszkadzać to, do czego King się właśnie przyznał. Ale, o dziwo, tak się nie stało.
Cieszyłam się.
I wtedy coś do mnie dotarło.
- O cholera, to wszystko wina senatora, prawda? On wynajął tego gościa, by cię zabił!
- Też tak na początku pomyślałem. Że może twój ojciec nie uznał więzienia za wystarczającą karę dla mnie, ostateczne rozwiązanie problemu i sposób, by trzymać mnie od ciebie z daleka - oznajmił King. - Ale okazuje się, że mamy większe problemy. Jest taki facet, ma na imię Eli. Był głównym dostawcą Isaaca i nie przyjął dobrze wiadomości, że jego źródełko wyschło. Wszystkie znaki, także to, że Isaac jest teraz pokarmem dla robaków, prowadzą do mnie i Beara.
Wytrzeszczyłam oczy.
- On chce was dopaść - wyszeptałam, a moje serce zabiło mocniej.
King pokiwał głową.
- Tak, człowiek Beara, Rage, nigdy się nie myli. Kiedy mówi, że ktoś po ciebie idzie, to trzeba się zamknąć i go posłuchać. - Zamilkł, jakby myślał nad tym, jak ubrać w słowa to, co miał zamiar powiedzieć. - Jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, Eli jest nawet gorszy niż Isaac.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
- I co też zrobisz?
King pocałował mnie w skroń.
- To samo, co zrobiłem z glinąoszustem. Dopadnę go, zanim on dopadnie mnie.
- To dlaczego w ogóle tu jesteś, kiedy twoje życie jest w niebezpieczeństwie?
- Musiałem przyjść i powiedzieć ci o tym osobiście - odparł King.
- Ale to zbyt ryzykowne! Nie powinieneś był przychodzić! - Zaczęłam uderzać pięściami w jego klatkę piersiową.
King prychnął.
- Ty chyba ciągle tego nie łapiesz, zwierzaczku, więc wyjaśnię ci to jeszcze raz. Jesteś moja. Gdybym miał zrobić to po swojemu, to przerzuciłbym cię przez ramię, wsadził na motocykl i już bylibyśmy w połowie drogi do domu, ale teraz nie jest tam bezpiecznie. Dobija mnie to, ale aktualnie najbezpieczniejszym miejscem dla ciebie jest ten dom. - King wyglądał, jakby nie potrafił uwierzyć w to, co mówił. - Nie pozwolę, byś brała w tym wszystkim udział. Znowu. - Spojrzał gdzieś w dal, zastanawiając się nad czymś lub uspokajając się. Zamknął oczy i odetchnął głęboko.
- To nie była twoja wina - powiedziałam. Teraz to ja zmusiłam go, by na mnie spojrzał. - Za nic cię nie obwiniam. Może i mam kiepską pamięć, ale nie jestem dzieckiem. Potrafię o siebie zadbać. Potrafię wziąć odpowiedzialność za moje czyny. I wiem, że bycie z tobą wiąże się z ryzykiem. - Pocałowałam go lekko w szczękę, a on złożył pocałunek we wnętrzu mojej dłoni.
- Posłuchaj, jeśli chodzi o to, co stało się z Isaakiem... Wiem, że nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o tym wszystkim, szczególnie po tym, co stało się z Preppym, ale wiedz, że nigdy nie pozwoliłbym, żeby coś tak strasznego przytrafiło się...
- Przestań. - Uniosłam rękę, by mu przerwać. - Nie chcę być ofiarą, więc nie traktuj mnie tak. Uciekłam od mojego obecnego życia, ale tylko przez ciebie. Przynajmniej tak to widzę. I chcę, żebyś ty też tak na to patrzył. Nikt nie będzie się nade mną użalał, więc nie próbuj tego robić, nie traktuj mnie tak.
- Skąd ja wytrzasnąłem taką niesamowicie silną dziewczynę jak ty? - zapytał King, patrząc mi głęboko w oczy, jakby chciał w nich znaleźć odpowiedź.
- Znalazłeś ją na imprezie. Próbowała się sprzedać, ale jej nie wyszło.
- Ray? - nagle rozległ się czyjś głos.
- Cholera, to Nadine. - Kiedy King posłał mi zdezorientowane spojrzenie, wyjaśniłam: - Gosposia.
- Kurwa! - King zaciągnął nas bliżej namorzynów, by nas nie zauważyła. - Kazałem cię pilnować. Będziesz tu bezpieczna, obiecuję.
- Tak, już to mówiłeś. A kto mnie pilnuje?
King pokręcił głową.
- To nie ma znaczenia, po prostu wiedz, że oni tu są. - Pocałował mnie, ssąc przez chwilę moją dolną wargę, po czym się odsunął. - Wrócę tak szybko, jak tylko się da, ale nie wiem, kiedy to będzie. Tylko proszę cię, nie staraj się mnie znaleźć. Eli właśnie na taką okazję czeka. Odnajduje osoby związane ze swoim celem i dzięki temu łatwiej mu dopaść tego człowieka. Nie chcę, żeby się o tobie dowiedział. Nie pozwolę na to, by coś ci się stało. - Pocałował mnie w czoło. - Nie pozwolę.
- Ray, jesteś tam? - znowu zawołała Nadine, jednak tym razem jej głos był głośniejszy. Jakby bliższy.
- Cholera! - syknął King. - Muszę ci powiedzieć coś jeszcze. - Jego usta znalazły się tuż przy moich. - Musisz wiedzieć, że nie obchodzi mnie to, czy twoja pamięć wróci, kiedy mnie nie będzie, bo to niczego między nami nie zmieni. Od tej pory musisz pamiętać tylko o jednym.
- Czyli?
- O tym. - King złapał mnie za kark i zmiażdżył moje usta w pocałunku, od którego zaczęłam trząść się ze strachu i pożądania.
To była gniewna namiętność.
Naznaczenie.
King miał rację. Nigdy bym tego nie zapomniała. Odsunął się ode mnie niechętnie i spojrzał mi w oczy. Oboje próbowaliśmy odzyskać oddech. Dotknęłam swojej dolnej wargi opuchniętej po pocałunku.
- Jest tak wiele rzeczy, o których chciałbym ci powiedzieć. Rzeczy, których nie ogarniam umysłem - powiedziałam.
Jak na przykład to, że mam syna, pomyślałam.
- Poradzimy sobie ze wszystkim. Obiecuję. Nieważne, co to jest.
- Ale co, jeśli moja obecna sytuacja jest zbyt skomplikowana, by po prostu zebrać się i wyjechać? - Chciałam powiedzieć mu o Sammym, ale nie było teraz na to czasu. Sama nie miałam czasu, by do końca przetrawić fakt, że byłam matką.
King przesunął kciukiem po moim karku.
- Do tego czasu powinnaś już wiedzieć, zwierzaczku, że nie jestem człowiekiem, który akceptuje odpowiedź "nie". Kiedy to wszystko się skończy, zabieram cię do domu. I to nie podlega negocjacjom. Jeśli chcesz ze mną walczyć, to proszę bardzo. Mówiąc szczerze, robię się twardy na myśl o tym, że miałbym cię znowu skuć kajdankami i przypiąć do łóżka. - Jego słowa wibrowały tuż przy mojej skórze, gdy mówił z ustami przyciśniętymi do wrażliwego miejsca za uchem.
- Dziecko, czy ty jesteś na tej przeklętej łodzi? - zawołała Nadine stojąca na molo. Widziałam ją między gałęziami. Trzymała moje szorty w dłoniach. - Jeszcze chwila, a ta łódź zgnije całkowicie i zatonie. Tu nie jest bezpiecznie.
- Idź - wyszeptał King. - Kocham cię. - Nabrał powietrza i zniknął pod wodą, nie wytwarzając przy tym ani zmarszczki na powierzchni. Moje mocno bijące serce było jedynym wspomnieniem tego, że on naprawdę tutaj był. Wyszłam zza drzew, a Nadine od razu obróciła głowę w moją stronę.
Kobieta oparła rękę na biodrze i oznajmiła:
- Dziewczyno, wszędzie cię szukałam! Co ty tam, do cholery, robisz? Przyszłam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku, a ciebie nie było w pokoju. Przez ciebie prawie zeszłam ze zmartwienia!
- Przepraszam. Nie mogłam zasnąć, więc postanowiłam iść popływać - skłamałam.
- W trakcie burzy? - zapytała Nadine sceptycznie.
- Kiedy wychodziłam z domu, nie padało.
Nadine chyba przyjęła moją odpowiedź i rzuciła mi spodenki. Ubrałam je, po czym wyszłam na brzeg.
Kobieta prowadziła mnie do domu, trzymając za łokieć, jakbym była starszą osobą, która mogłaby gdzieś uciec.
- Jeszcze nie czujesz się tu jak w domu, prawda?
Przytaknęłam jej. Poklepała mnie po dłoni.
- Wiesz, te wody są dość nieprzejrzyste, szczególnie w nocy, i czają się w nich rzeczy, których normalni ludzie by się bali.
Próbowałam ukryć swój uśmiech.
Gdyby tylko wiedziała...
ROZDZIAŁ 6
Doe
Już miała m wrócić do łóżka, gdy nagle rozbłysnął ekran telefonu i przypomniałam sobie, że wcześniej podłączyłam go do ładowania. Odłączyłam kabel i położyłam się na brzuchu na łóżku, a telefon odłożyłam na poduszkę. Wiadomość na ekranie pokazywała, że bateria była w pełni naładowana.
Chciałam odblokować ekran, ale pojawiła się kolejna informacja. Odblokowanie telefonu wymagało hasła. Rozejrzałam się po pokoju i mój wzrok padł od razu na jeden z rysunków przedstawiających Sammy'ego, które wisiały na tablicy korkowej.
Wpisałam hasło "SAMMY".
Ekran został odblokowany. Tapeta przedstawiała zdjęcie Sammy'ego, który siedział na krześle i uśmiechał się od ucha do ucha, a jego twarz była umazana niebieskim lukrem. Uśmiechnęłam się, widząc tort, który zmiażdżył w dłoniach. Na szczyt zniszczonego ciasta wetknięto świeczkę.
- Ray najwyraźniej powinna była nauczyć się tworzyć lepsze hasła - wymamrotałam.
Kliknęłam na ikonkę aparatu i zaczęłam przeglądać zdjęcia. Większość z nich przedstawiała Tannera i Samuela. Znalazłam też selfie nas trojga w parku. Musieliśmy robić to zdjęcie kilka razy, bo się powtarzało. Ale na każdym się uśmiechaliśmy.
Wyglądaliśmy na szczęśliwych.
Nie wiedziałam, jakie uczucia wywoływały we mnie te zdjęcia, oprócz tego, że miałam przez nie mętlik w głowie. Już chciałam odłożyć telefon i przespać się trochę, gdy nagle jedno zdjęcie przyciągnęło moją uwagę.
A dokładniej osoba na tym zdjęciu.
Na ławce w parku, niedaleko miejsca, w którym robiliśmy sobie zdjęcie, siedziała rudowłosa dziewczyna, wyglądająca na mniej więcej moją rówieśniczkę. Zamrugałam, bo myślałam, że mam przywidzenia. Ale nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że znam tę dziewczynę. Miała podkrążone oczy, jej ubrania były podarte i zniszczone. Zaczęłam jeszcze raz przeglądać zdjęcia z parku. Dziewczyna znajdowała się na każdym z nich, patrzyła wprost na nas. Na ostatnim selfie uśmiechała się, ale ten uśmiech wyglądał na smutny.
Głośno wciągnęłam powietrze do płuc.
Nie. To nie mogła być ona.
To nie miało sensu.
Zaczęłam biegać po pokoju, przeglądając zdjęcia oprawione w ramce. Przewróciłam kilka z nich w trakcie, ale w końcu znalazłam to, czego szukałam.
Znalazłam ją.
Zdjęcie zostało zrobione w jednaj z budek fotograficznych z motywem Dzikiego Zachodu. Tanner i ja też byliśmy na tej fotografii, przebrani za kowboja i kowbojkę. Mieliśmy na sobie kapelusze, buty z ostrogami i chustki pod szyjami. A ona stała między nami. Opierała nogę o przewróconą beczkę. Włosy opadały jej na ramiona, a rozporek z boku spodni rozciągał się od uda do biodra. Wyglądała zupełnie inaczej niż na zdjęciu z parku, ale bez wątpienia to była ta sama osoba, tym bardziej że na zdjęciu z budki dziewczyna celowała w obiektyw z plastikowej broni.
Widziałam, jak robi to wcześniej.
Tylko że wtedy nie celowała we mnie plastikową bronią, lecz prawdziwą.
Jasna cholera.
I wtedy coś się stało. Jakby wtyczka została podłączona do gniazdka i urządzenie w końcu zadziałało. Najpierw ujrzałam rozbłysk światła i obrazów. Ale potem zobaczyłam potok obrazów, który pędził przez moje myśli z zawrotną prędkością, a gdy już mnie zalał, nie było odwrotu.
To moje pierwsze wspomnienie.
I na pewno nie ostatnie.
***
- Jeszcze tylko raz, Ray. Obiecuję. Nie będę już cię o to więcej prosić, ale nie mam gdzie się podziać.
To trzeci raz w tym miesiącu, gdy moja najlepsza przyjaciółka weszła do mojej sypialni przez okno w środku nocy i prosiła, bym ją przenocowała. Przychodzi mi to z trudem, ale tym razem muszę jej odmówić.
- Nie mogę. Nie tym razem... Już nie mogę. Co będzie, jeśli mój tata cię nakryje? Zadzwoni po gliny. Poza tym nie możesz wspinać się po drzewie i wchodzić do mojej sypialni przez okno w środku nocy. Co będzie, jak zobaczy cię Sammy?
- Sammy tu jest? - wykrzykuje. Rozgląda się po moim ciemnym pokoju. Sammy jest dziś u Tannera, a ona jak zwykle mnie nie słucha. - Sammy kocha swoją ciocię! Hej, Sammy! To ja! Ciocia przyszła!
- Ciiii! Nie, nie ma go tutaj, ale zaraz obudzisz cały dom! - Nie chcę niańczyć jej jak niemowlaka, wolałabym z nią porozmawiać jak kiedyś. Chciałabym prowadzić z nią prawdziwą rozmowę, tak jak z dziewczyną, którą poznałam, gdy miałam cztery lata. Chodziłyśmy razem do przedszkola, po raz pierwszy trafiłam z nią do kozy, bo za dużo rozmawiałyśmy na lekcjach. Ale ta najlepsza przyjaciółka, dziewczyna, którą znałam całe życie, już nie istnieje i zamiast niej stoi przede mną osoba, której nie poznaję.
Jej niegdyś kasztanowe włosy mają teraz dziwny, rudoczerwony kolor. Jej zielone oczy, kiedyś jasne i przejrzyste, są teraz rozbiegane i zamglone. A jak na kogoś, kto kiedyś na poważnie zajmował się baletem i poruszał z gracją i płynnością, teraz dziewczyna dziwnie drży, jakby wypiła za dużo kawy. Paznokcie obgryzła niemal do skóry.
- A więc nie chcesz, żebym zbliżała się do twojego syna? - Krzyżuje ramiona na piersi i chwieje się. Wyciąga rękę i przytrzymuje się konaru drzewa, by nie spaść na ziemię i nie połamać karku.
- Nie. Nie chcę. - Zwykle owijam przy niej w bawełnę, normalnie powiedziałabym coś z stylu: "Oczywiście, że chcę, byś spędzała z nim czas, ale..." i coś bym wymyśliła. Ale zbyt długo unikałam prawdy i patrzyłam, jak przyjaciółka oddala się ode mnie coraz bardziej i bardziej, schodzi na dno przez narkotyki i seks.
Zaczęło się od tego, że jak typowa nastolatka buntowała się przeciwko rodzicom. W pierwszej klasie liceum zaczęła wymykać się w nocy z domu i chodziła na imprezy wyprawiane przez najstarszy rocznik licealistów. Często się upijała. I ćpała. I spotykała się z jakimiś chłopakami ze szkoły.
Nie chcę wyrzucać jej ze swojego życia, ale przypominam sobie, że ta dziewczyna nie jest już moją przyjaciółką, którą wcześniej znałam. Kiedyś znaczyła dla mnie więcej niż rodzina, na którą składała się pijana matka i apodyktyczny ojciec. Ale nic, co robię, na nią nie działa. Już trzy razy była na odwyku. Podczas trzeciego razu nawet nie zadała sobie trudu, by być czysta przez trzy miesiące, a gdy tylko skończyła osiemnaście lat, wypisała się i wyszła z placówki.
I wtedy jej rodzice odcięli się od niej na dobre. I wtedy też zaczęła znikać na dłużej. Czasami nie miałam od niej wieści przez kilka tygodni. Czasami nawet wiele miesięcy jej nie widziałam. Bywały chwile, gdy myślałam, że nie żyje, a potem pojawiała się znikąd i wyglądała na jeszcze chudszą, niż była. Jej ubrania były coraz bardziej niechlujne, włosy suche. Skóra zaczęła się pokrywać plamami i zadrapaniami. Paznokcie zarosły brudem. Wyznała mi, że żyje na ulicy. Pomagałam jej i zbierałam dla niej tyle pieniędzy, ile się dało, a potem znikała i pojawiała się jakiś czas później, wyglądając gorzej niż poprzednio.
- Dobra, nie wejdę - mówi. - Ale umieram z głodu. Dasz mi trochę pieniędzy? Wystarczy mi tyle, by przeżyć tydzień. Może stówę? Na jedzenie.
- Jeśli jesteś głodna, to mogę zrobić ci coś do jedzenia i przynieść, ale nie dostaniesz pieniędzy. - Głos mi się załamuje, ale postanawiam wytrzymać.
- Ale... - Jej dolna warga zaczyna drżeć. - Skinny mnie zabije, jeśli nie dam mu pieniędzy. Mam mu dzisiaj przynieść pięćdziesiąt dolców, ale nie mam tyle. Wydałam na taksówkę, by tu przyjechać... Żeby się z tobą zobaczyć. - No i proszę, to znowu się dzieje. Wywołuje we mnie poczucie winy i to działa, bo już chcę sięgnąć do mojej skarbonki i wyciągnąć z niej ostatnie pieniądze, jakie mam. Dostałam je na urodziny od prababci, której nigdy nie spotkałam.
- Kim jest Skinny i dlaczego chce od ciebie wyciągnąć pięćdziesiąt dolców? Jest dilerem czy coś?
- Nie. - Rozgląda się, jakby sprawdzała, czy ktoś jej nie obserwuje, a potem wraca do mnie wzrokiem. - To mój alfons.
- Jezu Chryste! W coś ty się wpakowała, do cholery? - krzyczę. Milknę i czekam na jakiś znak dochodzący z domu, po którym poznałabym, że ktoś się obudził, ale nic nie słyszę, więc ściszam głos do wkurzonego szeptu i mówię: - Po co ci, do cholery, jakiś alfons?
- Nie wiem. - Jej głos się załamuje. - Nie wiem, w którym momencie wszystko się popsuło, Ray. Nie wiem, kiedy go spotkałam. Nie pamiętam wielu rzeczy, które zrobiłam. Robię nowe odrażające rzeczy i nienawidzę tego, ale on naprawdę mnie zabije, jeśli dzisiaj nie przyniosę mu tych pieniędzy. - Unosi głowę gwałtownie. - A poza tym to nie fair, że mówisz to ty, Ray. Nastoletnia matka - syczy w moją stronę.
"Trzymaj się, Ray - mówię do siebie. - Pamiętaj, że jest mistrzynią manipulacji". Potrzebuje pomocy, nie pieniędzy. Jej komplementy i obelgi mają grać na moich emocjach. Przypominam to sobie, niedawno czytałam o tym artykuł.
- Rozmawiałam dzisiaj z twoimi rodzicami. Mówią, że jeśli pójdziesz na odwyk i przejdziesz półroczny program, to możesz potem wrócić do domu. Dlaczego tego nie zrobisz? - pytam, mając nadzieję, że zgodzi się tam wrócić. Jednak w głębi duszy czuję, że tym razem jest jakoś inaczej. Wiem, że ona tego nie zrobi.
- Wiem, Ray. Dopiero co wróciłam od rodziców. I zgodziłam się tam pójść. Naprawdę. Ale dzisiaj muszę oddać kasę Skinny'emu, a oni nie chcieli mi dać pieniędzy. - Czuję, że zaraz się złamię i dam jej te pieniądze, ale w tej chwili przyjaciółka pociąga nosem, a ja dostrzegam resztki białego proszku pod jej nosem. Znowu przypominam sobie, że każde słowo wychodzące z jej ust nie jest tak naprawdę jej. To nałóg przez nią przemawia. Wiedziałam, że nie poszła zobaczyć się z rodzicami. Z okna mojego pokoju widzę ich salon: cały wieczór oglądali jakiś dokument w telewizji, a godzinę temu zgasili światło.
- Przepraszam. Po prostu nie mogę - mówię, zakładając ramiona na piersi.
- Dobra! - krzyczy, uderzając ręką w pień drzewa. - A czy mogę chociaż pożyczyć od ciebie latarkę? Jest tak ciemno, że nic nie widzę... Swoją zostawiłam na tej przeklętej łodzi.
Podchodzę do szafy i wyciągam z niej starą, różową latarkę. Gdy byłyśmy w piątej klasie, kupiłyśmy zestaw dwóch takich latarek za dolara w sklepie z tanimi rzeczami. Wymyśliłyśmy własną wersję alfabetu Morse'a i przez wiele nocy wysyłałyśmy sobie znaki świetlne z okien. Gdy inny sąsiad zadzwonił na policję i zgłosił to, sugerując, że może to być potencjalny złodziej, musiałyśmy przestać.
- Proszę - mówię, podając jej latarkę. Bierze ją i włącza. Nie załącza się od razu, więc uderza nią o rękę i dopiero wtedy przedmiot zaczyna świecić.
- Masz, co chciałaś, Ray. Ja odchodzę. Nigdy więcej nie będziesz musiała się ze mną użerać.
- Zaczekaj! Dopiero co powiedziałaś, że wracasz na odwyk. Dlaczego miałabym się z tobą nie zobaczyć? - Ściska mnie w gardle. Popełniłam błąd. Nie ma znaczenia, co ona zrobiła. Nie mogę stracić najlepszej przyjaciółki. Ona jest chora i potrzebuje pomocy.
Potrzebuje mnie.
- Powiedziałam ci już, jeśli nie dostarczę Skinny'emu pieniędzy, to mnie zabije. - Zakłada na głowę czarny kaptur i oświetla swoją twarz od spodu. Sapię głośno przerażona. Jej nos wygląda na złamany i pokrywają go ciemnofioletowe siniaki, oczy ma podpuchnięte, a białka przekrwione. W kącikach ust dostrzegam zaschniętą krew. Szczęka wygląda na przestawioną.
Nie kłamała. A może kłamała, ale ktoś rzeczywiście pobił ją dość mocno. Już chcę zmienić zdanie i powiedzieć jej, że dostanie pieniądze, gdy ona wyciąga nagle rękę i mówi:
- Nieważne, Ray. Miło było cię znać. - Wyłącza latarkę i zaczyna schodzić po drzewie. Znika na chwilę w ciemności, a potem znowu pojawia się na podwórku zalanym światłem lamp. Odwraca się jeszcze i macha mi. - Cześć, Ray. - Słyszę jej cichy szept przecinający nocną ciszę. W tym pożegnaniu jest coś ostatecznego, co mnie przeraża, aż włoski na karku stają dęba. Odwraca się, by odejść, lecz po chwili znowu na mnie patrzy.
- I jeszcze jedno Ray. Cokolwiek się stanie, nigdy nie ufaj Tyranowi.
Patrzę, jak moja najlepsza przyjaciółka odchodzi.
Może widzę ją po raz ostatni.
Szepczę, mając nadzieję, że mnie jeszcze usłyszy.
- Pa, Nikki.
ROZDZIAŁ 7
King
- Co ty, kurwa, powiedziałeś? - zapytał Bear.
- Masz - odparłem, rzucając w jego stronę kopertę. Wylądowała na podłodze. Bear pochylił się i otworzył pismo. Żałowałem, że w ogóle to dostałem. Czytając, mamrotał pod nosem. List pochodził z urzędu i informowano w nim, że nie kwalifikuję się do opieki nad Max i że chcą ją oddać do adopcji. Zainteresowana rodzina już skontaktowała się z jej opiekunem.
Już zdążyli zabrać ją ode mnie w fizyczny sposób, a teraz chcą, bym dał im pozwolenie na pozbawienie jej mojego nazwiska i oddanie komuś innemu.
To ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałem.
Bear i ja mieliśmy już omamy z braku snu, bo spaliśmy tylko po kilka godzin na tydzień. Masę czasu spędziliśmy, przygotowując się do ataku i aktywnie szukając Eliego. Byliśmy już wszędzie, od Miami aż po Atlantę, ale facet zapadł się pod ziemię. Każda informacja, jaką dostaliśmy, prowadziła nas do miejsca, które niedawno opuścił.
Czasami mijaliśmy się z nim dosłownie o minuty.
- Tutaj jest napisane, że gówno mogą zrobić bez twojego podpisu - podsumował Bear, wskazując palcem na papier, po czym rzucił go od niechcenia na stolik.
- Tak, ale jest tam też napisane, że jeśli nie kiwnę palcem, to zostanie w domu dziecka do osiemnastego roku życia. - Obróciłem w miejscu część maszynki do tatuażu. - Nie wiem, czy mogę jej coś takiego zrobić. Kiedy byłem dzieckiem, oddałbym wszystko, by moja mama naprawdę była mamą. Kurwa, oddałbym też wszystko, by dowiedzieć się, kim jest mój ojciec.
- Ale twoja matka była pieprzoną szmatą - stwierdził Bear. - A teraz jest zdechłą pieprzoną szmatą.
- To, że jest zdechłą pieprzoną szmatą, poskutkowało tym, że teraz nie mogę odzyskać dziecka - przypomniałem mu. - I może będzie lepiej, jeśli zamieszka z normalnymi ludźmi, którzy nie muszą się martwić o to, czy ktoś ich zabije, czy muszą sami zabić, by przetrwać.
Bear przewrócił oczami.
- Gówno prawda. Zabijanie skurwieli to biznes. Nie ma nic wspólnego z rodziną. A poza tym, co oni mogą wiedzieć? Jesteśmy wyjęci spod prawa, mój przyjacielu. Cywile nie potrafią ogarnąć tymi swoimi małymi móżdżkami tego, co to oznacza, poprzepalałyby im się zwoje.
- Wiesz, że w oczach gangu motocyklowego sam jestem cywilem? - przypomniałem mu.
Bear machnął ręką lekceważąco.
- Tylko dla mojego staruszka, ale co on może wiedzieć.
Milczałem przez minutę, a potem podzieliłem się z Bearem czymś, o czym nie słyszał jeszcze nikt, nawet Preppy.
- Jeśli będę mieć szansę, by naprawdę zostać ojcem Max... To rzucam to wszystko i będę cywilem.
Wcale nie musiałbyś mi o tym mówić. Ja to już wiedziałem, do cholery. Daj znać, do czego ci się przydał ten cholerny dyplom uczelni, ty pieprzona kanalio, zawył głos ducha Preppy'ego.
- Teraz nie myślisz trzeźwo. Zabijemy Eliego i wszystko będzie cacy, a potem zastanowisz się, jaki był z ciebie głupek, gdy twierdziłeś, że Król Nadbrzeża postanowił przejść na ścieżkę prawości - obruszył się Bear.
Właśnie takiej odpowiedzi się po nim spodziewałem. Wiedziałem, że nie zrozumie, do czego człowiek jest się w stanie posunąć dla swojego dziecka, dla rodziny.
- Zrobiłbyś wszystko dla swoich braci z gangu motocyklowego, prawda?
Bear pokiwał głową.
- Dla gangu. Dla ciebie. Tak, stary. Zrobiłbym wszystko. Ukradłbym, walczył, okaleczył, zabił. Cholera, przyjąłbym nawet kulkę. Gdybym mógł, to w tej chwili bym wrócił i przyjął kulkę za Preppy'ego. - Uwierzyłem mu, bo Bear był bardzo lojalnym człowiekiem.
- Cóż - stwierdziłem. - Te rzeczy to pryszcz w porównaniu z tym, co jest się w stanie zrobić dla swojego dziecka.
Bear pokręcił głową. Wiedziałem, że nigdy nie zrozumie tego tak naprawdę, chyba że kiedyś będzie mieć własne dziecko, ale samo to przypuszczenie było śmiechu warte.
Potarłem ręką zarost na szczęce, który w ciągu tygodnia zmienił się w brodę. Nie miałem ochoty na nic poza zaciągnięciem Doe do łóżka i spędzaniem z nią tam najbliższej przyszłości.
Ale nie mogłem tego zrobić, dopóki nie skończy się ta sytuacja z Elim.
Facet jest mądry. Lubi zemstę powolną, słodką i pełną udręki.
Udręką dla mnie było to, że nie mogłem być z moją dziewczyną. To zbyt niebezpieczne. Ostatni facet, na którego Eli się uwziął, stracił całą rodzinę aż do drugiej linii kuzynostwa, zanim go zabił i ukrócił jego męki. Człowiek musiał patrzeć, jak giną jego bliscy.
- Zaczniemy z samego rana - oznajmiłem. - Wyślemy więcej ludzi na zwiady, zobaczymy, czy można się do niego jakoś zbliżyć. Potrzebny nam ktoś, kto będzie wiedział, gdzie on obecnie przebywa, a nie gdzie był kiedyś.
Potarłem oczy. Byłem zmęczony, nie potrafiłem się rozluźnić. Skóra dosłownie mnie swędziała, chciałem rozwiązać te wszystkie pieprzone problemy.
Wystarczyło nafaszerować Eliego ołowiem.
Najlepiej by było, gdyby udało mi się to zrobić, nawet nie wysiadając z pędzącego samochodu, by potem jak najszybciej dotrzeć do Doe. Potem wymyśliłbym, co zrobić z Max.
Razem z Doe.
- Zostało ci jeszcze trochę wolnego miejsca? - zapytałem Beara, który leżał na kanapie na brzuchu. Znajdowaliśmy się w jego mieszkaniu, które urządził sobie w moim garażu. Było bez okien i prowadziły tu tylko jedne drzwi, więc czuliśmy się bardziej swobodnie niż w moim dużym domu.
Bear odezwał się, mówiąc z ustami przyciśniętymi do obicia kanapy.
- Trochę na szyi, po wewnętrznej części prawego ramienia - zaczął wymieniać miejsca na ciele, których nie pokrywały tatuaże. - Na kilku palcach jest też trochę wolnego... i na fiucie, ale nie jesteś w moim typie, ty gnoju, więc się odwal.
On nie może wytatuować ci fiuta, Bear. Nie umie robić mikroskopijnych tatuaży.
Zaśmiałem się, słysząc w głowie głos Preppy'ego i pociągnąłem jointa, którego Bear i ja podawaliśmy sobie co jakiś czas.
- Co cię tak śmieszy? - zapytał, unosząc głowę znad kanapy. Jego oczy się zaczerwieniły.
- Prep - powiedziałem, zatrzymując na chwilę dym w płucach. Wypuściłem go dopiero, gdy zaczęło mnie palić w piersi. - To popieprzone, ale... czasami wciąż go słyszę.
Bear usiadł i zabrał ode mnie jointa. Zaciągnął się trzy razy, po czym rozwalił się wygodnie na kanapie.
- Wiem, co masz na myśli. Ja też. Zawsze tu był, by rozluźnić atmosferę, którą sami sobie psuliśmy. A teraz go nie ma i ta ciężka atmosfera została.
Plan był taki, by wykorzystać noc i przespać się trochę przed powrotem do pracy. Kręciłem się z boku na bok godzinami, wiedząc, że nigdy się nie wyśpię, dopóki nie będzie przy mnie mojego zwierzaczka.
Słyszałem, jak Bear stęka, przewraca się i rzuca na łóżku.
Więc w końcu przestaliśmy się męczyć i wstaliśmy.
Od trzech godzin jaraliśmy trawę i przez chwilę niemal czułem się jak za dawnych czasów: tylko ja, Bear i Preppy. Właśnie tak spędzaliśmy większość nocy. Ale tym razem nie było Preppy'ego. I jak za dawnych czasów znowu wyciągnąłem maszynkę do tatuażu.
- Jesteś gotowy? - zapytałem, unosząc sprzęt. Wykorzystałem pedał, by urządzenie zaczęło buczeć.
- Jasne. Wytatuuj mnie, gnoju. - Bear podszedł do mnie i usiadł na starej oponie, której używałem jako stolika. Gdy obrócił się do mnie plecami, pochylił głowę, wyciągnął rękę i odsunął włosy. Dotknął palcem jednego z miejsc pozbawionych tuszu na swoim ciele. - Tutaj, stary.
Nie skorzystałem z szablonu i po czterdziestu minutach miał nowy tatuaż. Wytłuszczone litery głosiły: PREP.
Nawet nie spytał, czy może obejrzeć, po prostu położył się ponownie na kanapie. Zapalił papierosa i wysypał na stół odrobinę białego proszku z torebki. Podzielił go na równe linie z pomocą żyletki, a potem wciągnął dwie kreski przez zwinięty banknot. Ścisnął się za nozdrza i zaśmiał.
- Pamiętasz, jak skoczyłem kiedyś z dachu garażu prosto do zatoki? Stary, to było coś.
- Pamiętam - powiedziałem, kręcąc głową, gdy Bear chciał mi podać banknot. - Preppy prawie dostał zawału, kiedy wrzuciłeś go do wody. Trzy razy w ciągu tamtego tygodnia prał swoje białe szelki.
Bear wyglądał na równie zmęczonego, co ja, ale chodziło o coś więcej niż tylko brak snu. Nigdy nie widziałem, żeby był taki wycieńczony.
- Co się z tobą ostatnio dzieje? Od jakiegoś czasu źle wyglądasz. Zauważyłem to jeszcze przed piekłem, które się ostatnio rozpętało, i zanim zginął Preppy. Co ci, do cholery, jest? - spytałem.
Bear westchnął i przyłożył rękę do skroni.
- Staruszek chce mi oddać dowodzenie.
- Ale chyba od początku właśnie taki był plan, co?
Bear wzruszył ramionami.
- Tak, ale myślałem, że dojdzie do tego, jak umrze albo będzie miał z dziewięćdziesiąt lat. I czasem sobie myślałem, że nawet po śmierci wciąż będzie trzymać ten młotek władzy w dłoniach i będzie trzeba wyrwać mu go z jego sztywnych palców. A on tak po prostu chce mi go oddać... i to teraz.
- Nadal nie łapię. W czym problem?
Bear wstał i zaczął krążyć przed kanapą.
- Mówiąc szczerze, nie jestem pewny, czy w ogóle tego chcę. To, co kiedyś miało sens, gdy dopiero dostałem się do klubu, teraz już go nie ma. Wszystko się pozmieniało. Sytuacja w klubie się spieprzyła. Poza nim też. Już nie jest tak, jak kiedyś myślałem, że będzie - oznajmił Bear, patrząc w sufit pustym wzrokiem. Pokręcił głową, jakby próbował przegonić z myśli mgłę. - A może po prostu potrzebna mi jakaś cipka - powiedział. - Może, jak to wszystko się już skończy, napiszę do tej Brytyjki Jodi. Ona się pieprzy jak profesjonalistka i lubi w tyłek.
- Jakaś przypadkowa laska niczego nie naprawi - stwierdziłem.
- Wiem, ale jak wejdę w nią od tyłu, to chociaż na chwilę o wszystkim zapomnę. - Bear opadł znowu na kanapę i podrapał się po ręce. Najwyraźniej nie tylko ja nie mogłem odpocząć i czułem swędzenie na całym ciele.
- Mogę cię o coś zapytać? - Bear pochylił się i wziął ze stołu papierosa. Nawet nie poczekał na moją odpowiedź. - Dlaczego właśnie Doe chwyciła cię za jaja, choć wcześniej potrafiłeś mieć dwie laski na dzień? Czasem nawet jednocześnie - wyjęczał Bear.
Uniosłem brwi.
- Będziemy tu siedzieć i rozmawiać o naszych uczuciach?
- To znaczy przyznaję, jest cholernie piękna, stary. Nazywałem dziewczyny seksownymi, gorącymi, bombowymi, ale na zasadzie "powiem ci, że jesteś piękna, żebym tylko mógł cię wyruchać". Ale Doe jest inna. Dziewczyna w jej typie powinna trzymać się jak najdalej od takich białych śmieci z Florydy jak my.
Wyciągnąłem swoją broń i położyłem ją na stole.
- Chcesz powiedzieć coś, przez co będę musiał tego użyć? - zapytałem.
Ale nie chodziło o to, co mówił, bo wszystko miał wypisane na porośniętej blond brodą twarzy. I to mnie tak wkurzało.
Chciał chronić Doe.
Bo ją kochał.
Miałem ochotę wpakować mu zawartość magazynku w łeb, ale tego nie zrobiłem. Rozumiałem go. Doe miała w sobie wszystko i dodatkowo było to ładnie opakowane. I to nie była jej wina, że nie tylko ja to dostrzegłem, i też nie wina Beara, że to poczuł. Ale będzie to jego wina, jeśli kiedykolwiek jej dotknie.
I jeśli to zrobi, to tego dnia będę stał nad jego martwym ciałem, trzymając dymiącą broń w dłoni. Nie czułbym się ani trochę winny, ten gnój by sobie na to zasłużył.
Bear o tym wiedział.
- Pieprz się i pieprzyć twoją broń - prychnął Bear. - Doskonale wiesz, że lubiłem ją od początku. - Strzepnął z papierosa nadmiar popiołu do pustej butelki po piwie. - Żałuję, że wysłałem ją wtedy na górę do ciebie tamtej nocy. I że nie zatrzymałem jej dla siebie - powiedział. Słyszałem w jego głosie smutek. - A potem niemal to wszystko zjebałeś, bo zachciało ci się przelecieć inną laskę i prawie to zrobiłeś. Nigdy wcześniej nie byłem tak wściekły, jak wtedy, gdy pojawiłeś się na pomoście. - Bear zaciągnął się papierosem. - Więc widzę to tak, że jesteś mi coś winny.
To, że wysłał Doe wtedy do mnie na górę, było jedynym powodem, dla którego nie zmiażdżyłem mu nosa pięścią.
Trzeba zmienić temat rozmowy, zanim obaj zrobimy coś, czego będziemy żałować. Ja - bo straciłbym przyjaciela, a on - bo miałby głowę pełną ołowiu.
- Nadal nie odpowiedziałeś mi na pytanie, skurwielu. - Bear pochylił się w moją stronę. - Dlaczego ona?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem - odpowiedziałem szczerze. - To po prostu kolejny fakt, jak to, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona. - Ponownie wzruszyłem ramionami. - Ona jest moja. I pamiętaj o tym.
- Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że ona zasługuje na coś lepszego niż to gówno? - zapytał Bear, zataczając ręką łuk w powietrzu. - Niż ty? - Posłałem mu pytające spojrzenie. Byłem już rozdrażniony tą rozmową i zaczynałem tracić nad sobą kontrolę. - Nie chodzi o to, że ja miałbym być lepszy. Po prostu... Czy nie zasługuje na coś lepszego niż takie życie?
- Oczywiście, że tak. - Zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się nim, rzucając zapalniczkę na stół. Potem uniosłem głowę i uśmiechnąłem się do Beara.
- Ale ona nie potrzebuje niczego lepszego... bo ma mnie.
Ledwo wypowiedziałem te słowa, a beton i stal zapadły się na nas. Fruwały po garażu, jakby zerwało się tornado.
Pochyliłem się i znalazłem schronienie pod stołem. Zacząłem się dusić wdychanym powietrzem z pyłem. Zmrużyłem oczy, chcąc zobaczyć, gdzie nastąpił wybuch.
W miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się ściana, była teraz ziejąca pustką dziura.
W salonie zaległ stos gruzu.
Pod resztkami ściany stała kanapa. A na niej leżał Bear.
ROZDZIAŁ 8
Doe
To zbyt wcześnie. Albo zbyt późno.
Sama nie wiedziałam.
W końcu odzyskałam wspomnienia o jakiejś osobie i to musiała być osoba, którą pamiętałam po utracie pamięci.
Nikki.
Przyjaźniłyśmy się od dziecka. I była dziwką, która zachowywała się, jakby wyświadczała mi przysługę, pozwalając mi się do siebie przyłączyć, gdy obie próbowałyśmy przeżyć na ulicy.
Niewątpliwie przypomniałam sobie o tym tylko dlatego, że to wspomnienie łączyło przeszłość z teraźniejszością. Tylko to było dla mnie jasne. Cała reszta przypominała prowadzenie samochodu z zabłoconą przednią szybą i próbę dostrzeżenia drogi przez smugi.
Dlaczego Nikki - skoro byłyśmy dla siebie prawie jak siostry - zasugerowała, bym sprzedała się jakiemuś motocykliście na imprezie u Kinga w zamian za ciepłe łóżko i ochronę?
Nie mogłam spać, bo w mojej głowie kotłowało się zbyt wiele pytań. Wyszłam na ganek i siedziałam tam długo, patrząc na zdjęcie Nikki w ramce.
King nie był jedyną osobą, która mnie ostatnio okłamywała.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, kim byłaś? Kim ja byłam? - spytałam zdjęcie, przesuwając palcami po metalowej ramce.
- Hej, Ray, kopę lat! Jak leci? Jak twój wyjazd? I jak się ma Tyran? - Spojrzałam na listonosza, który stał u podnóża schodów. Zaczęło już świtać, ale ja nawet nie zauważyłam, kiedy wzeszło słońce. Mężczyzna miał na sobie ciemnoniebieskie szorty i pasujące do nich skarpetki do kolan. Jego uśmiech dawał do zrozumienia, że był jednym z tych ludzi, którzy zawsze byli naprawdę szczęśliwi, mocno naćpani albo zupełnie szaleni.
- Hej... - Usiadłam wyprostowana na huśtawce i zmrużyłam oczy, by odczytać imię z jego plakietki. - ...Barry? Wszystko u niego w porządku... chyba. - Naprawdę kiepsko kłamałam, ale w tym momencie nie mogłam się zmusić, by przyznać, że go nie pamiętam ani że nie widziałam ojca, odkąd mnie tutaj przywiózł. I odjechał, nie mówiąc, kiedy wróci.
Nie chciałam urazić tego wesołego człowieka.
Barry nie powiedział ani słowa, ale też nie musiał tego robić. Jego ściągnięte brwi i zmarszczony nos mówiły wystarczająco dużo. W milczeniu położył pocztę na stopniu, odwrócił się i odszedł, nawet się nie odwracając, zupełnie jakby nakarmił groźnego pitbulla i nie chciał, by ten go ugryzł.
Ja też byłam zła. Zdezorientowanie potrafi być upierdliwe. Prowadzi do pytań, które prowadzą do kolejnych pytań, a to kończy się frustracją i gniewem.
- Ojciec chce się z tobą widzieć w swoim gabinecie - powiedziała Nadine. - Twoja matka też tam jest. Czekają na ciebie.
- Poważnie? - Wstałam gwałtownie z huśtawki, wygładziłam włosy i poprawiłam szorty, by wydały się chociaż odrobinę dłuższe.
To było dziwne, bo przecież miałam gdzieś, co sobie o mnie pomyślą, ale widocznie moja potrzeba dobrego zaprezentowania się była automatyczna. Rano widziałam, jak pod dom podjeżdża ten sam samochód, którym przyjechałam tu po raz pierwszy, ale nie miałam ochoty wybiec senatorowi na spotkanie i przywitać się z nim w domu. Może rzeczywiście to nie on kazał zabić Kinga, ale w tej sytuacji było za dużo przypadku i z tego powodu cały czas byłam podenerwowana i gotowa do walki.
- Czy moja matka czuje się już lepiej? - zapytałam, podążając za Nadine do gabinetu. Dom nie był duży. Szklane drzwi gabinetu ojca dało się dostrzec z każdego punktu w salonie oraz kuchni i znajdowały się dokładnie naprzeciwko drzwi frontowych. Nadine nie musiała mnie tam prowadzić, ale po chwili dotarło do mnie, że chyba starała się mi pomagać, bo straciłam pamięć. - Dziękuję - powiedziałam. Nadine pokiwała głową i uśmiechnęła się z napięciem, po czym wróciła do kuchni.
I wtedy to znowu się stało. Po raz drugi w mniej niż dwanaście godzin. Tym razem zakręciło mi się w głowie tylko na chwilę, a obrazy pojawiły się szybciej i były wyraźniejsze.
Kolejne wspomnienie.
***
Ray
W wieku piętnastu lat
Gabinet mojego ojca jest świątynią dla niego i jego idoli politycznych. W środku na ścianie wisi amerykańska flaga w antyramie, a także zdjęcia przedstawiające jego i mężczyzn, z którymi podaje sobie dłonie, uśmiechając się sztucznie, pokazując wybielone zęby. To byli ludzie, których miał za kogoś więcej niż zwykłych śmiertelników.
On chce być taki jak oni.
To byli bogowie Partii Republikańskiej.
Ojciec obrał taką drogę, by stać się jak oni, i jednocześnie wybrał politykę zamiast rodziny. Oczywiście poza ustawą lub innym zapisem, który chciał przepchnąć, a który dotyczył jakichś wartości rodzinnych. Potem musieliśmy pokazywać się w telewizji i paradować razem, a on wykorzystywał nas jako przykład dobrej, chrześcijańskiej, konserwatywnej rodziny.
Nad jego biurkiem obok flagi wisiał krzyż.
To kompletna ściema. Jest strasznym oszustem.
Jego noga nigdy nie postała w kościele, chyba że wymagała tego od niego polityka, ale wmawia ludziom, że jest protestantem.
Tak naprawdę jest zwykłym kłamcą.
Wszystko w jego biurze, wszystko, co go dotyczy, emanuje sztucznością i kłamstwem.
I dlatego wybrałam właśnie ten pokój, by przekazać mu dobre wieści. Chcę to zrobić w trakcie jego godzin pracy, mając nadzieję, że pohamuje wybuch złości, gdy będziemy w tym świętym miejscu.
Ubrałam się na tę okazję, jakbym szła na wywiad. Mam na sobie żółtą marynarkę i ołówkową spódnicę wyglądające jak z podręcznika mody Jackie Kennedy. Ukrywałam brzuch od miesięcy pod luźnymi ubraniami, ale ten strój podkreśla go wyraźnie. Jestem w szóstym miesiącu i nie mogę już dłużej się z tym ukrywać.
Zaglądam przez szklane francuskie drzwi do gabinetu. Widzę ojca, który opiera się o jedno z krzeseł stojących przed jego biurkiem. Jest odwrócony do mnie plecami. Biorę głęboki oddech i naciskam klamkę.
- Tato, czy możemy porozmawiać? - Dziwnie jest nazywać go "tatą". Od lat tak do niego nie mówiłam. Używam tego słowa tylko wtedy, gdy chcę coś osiągnąć. Chcę mu w ten sposób przypomnieć, kim dla mnie jest.
Czasami myślę, że o tym zapomina.
Od wielu lat nie był dla mnie jak ojciec.
W ogóle nie robił nic, co powinien robić tata.
Odwraca się, gdy słyszy, jak wchodzę. Zauważam, że nie jest sam. Jedno zielone krzesło zajmuje Tanner. Uśmiecha się zbyt szeroko jak na mój gust. Coś jest nie tak.
- Co tu się dzieje? - pytam, robiąc niepewny krok w stronę biurka.
Senator odzywa się pierwszy.
- Tanner powiedział mi o wszystkim - mówi, prostując marynarkę. Patrzy na moje dłonie, które trzymam na zaokrąglonym brzuchu. Ojciec wygląda na zaniepokojonego, jakby co najmniej ktoś powiedział mu, że jego wyniki w sondażach spadły, a nie że jego piętnastoletnia córka jest w ciąży.
- Naprawdę? - Zabiję go.
- Tak - potwierdził i okrążył biurko, by zająć miejsce w swoim burgundowym krześle o wysokim oparciu, które wyglądało bardziej jak tron. Zacisnął usta w cienką linię, po czym dodał: - I chociaż bardzo nie chcę tego robić, to muszę o tym jeszcze komuś powiedzieć.
Komu chciał o tym powiedzieć...? O cholera.
Mojej matce.
W sumie nawet o tym nie pomyślałam. Matka nie była dla mnie żadnym problemem. Rzadko ją widywałam, a gdy już miałam tę wątpliwą przyjemność, to najczęściej spotykałam ją na jakichś uroczystościach, podczas których grała wzorcową mamusię, a gdy impreza się kończyła, wracała do bycia "mamą", która ignorowała mnie jak zazwyczaj.
Moi rodzice nawet ze sobą nie rozmawiają, chyba że się o coś kłócą. I zawsze ma to coś wspólnego z kampanią ojca. O swój związek przestali się kłócić wiele lat temu.
Trudno się kłócić o coś, na czym ci nie zależy.
- Okej - odpowiadam potulnie, przygotowując się na wybuch, który ma zaraz nadejść. I mimo że siadam na krześle obok Tannera i kulę się ze strachu, to nie mogę się doczekać tego, co zaraz ma nastąpić. Zaczynam wyginać palce ze zniecierpliwienia. Tanner nie wygląda na zdenerwowanego. Siedzi wyluzowany, założywszy nogę na nogę.
Ojciec wstaje nagle. Wygląda na zniecierpliwionego.
- Zaraz wrócę - oznajmia i wychodzi z pomieszczenia.
Gwałtownie obracam głowę w stronę Tannera.
- Co dokładnie mu powiedziałeś? - pytam szeptem.
- Prawdę - odpowiada chłopak.
Uderzam go w ramię pięścią.
- Dlaczego, do cholery, to zrobiłeś? Właśnie zamierzałam mu powiedzieć. Przecież tak się umówiliśmy!
- Tak, ale przemyślałem to jeszcze i uznałem, że lepiej będzie, jeśli usłyszy to ode mnie, bo na mnie nie może się wkurzyć.
- Ta decyzja nie należała do ciebie, Tanner. Nie możesz tak po prostu decydować za mnie, wiesz? - Założyłam ręce na piersi. - I dlaczego niby miałby się na ciebie nie złościć?
- Może się złościć, ale nie może skopać mi dupy ani nic z tych rzeczy. Bo jeśli by to zrobił i mój ojciec by się dowiedział, to potwierdziłoby to jego teorię, że senator jest podły. I wtedy jego główny sponsor zadba o to, by senator nie dostał więcej pieniędzy na kampanię - odpowiada Tanner z dumą w głosie i puszcza do mnie oczko.
Ma trochę racji.
Ale ja i tak jestem wkurzona.
- Cieszę się, że siedzisz tu sobie taki zadowolony i pewny siebie, ale ja drżę jak osika - mówię.
Mój ojciec wraca do pokoju, trzymając w dłoni komórkę. Zasiada za biurkiem i kładzie telefon na blacie.
Może chciał zadzwonić do mojej matki? Nie ma jej w domu, ale nie wiem, gdzie tym razem zniknęła. Mogę sobie tylko wyobrazić, co miałaby do powiedzenia na ten temat.
Jej pytania zawsze dotyczą tego, w co się "wpakowałam", rzuca złośliwymi uwagami co do tego, jaką nieposłuszną i daleką od ideału jestem córką.
Albo byłam.
- Ramie Elizabeth... - zaczyna senator. Właśnie tak mnie zawsze nazywa, kiedy nie sprostam jego wymaganiom. Potem dodaje jeszcze oskarżycielskie stwierdzenie w trzeciej osobie na koniec wypowiedzi.
Na przykład: Ramie Elizabeth postanowiła zrezygnować z gry na fortepianie, nie mówiąc mi o tym.
Ramie Elizabeth najwyraźniej myśli, że jej rysuneczki są ważniejsze niż prawdziwa edukacja w prawdziwej szkole.
Ramie Elizabeth znowu szwenda się gdzieś z tą okropną Nicole Arnold.
To dziwne, ale tym razem cieszę się, że daję mu powód do prawdziwego zawodu. Cała reszta to były tylko drobne problemy. Ledwie płomyczek w porównaniu z tą chwilą. Dzisiaj będzie mieć okazję, by naprawdę wzbudzić we mnie poczucie winy, mówiąc, że jest mną zawiedziony.
Dzisiaj będzie prawdziwy ogień.
- ...jesteś w ciąży - mówi ojciec, jakby to on oznajmiał mi te wieści.
Krzywię się, bo gdy słyszę te słowa wypowiedziane na głos, mam wrażenie, że są bardziej prawdziwe. Jakbym teraz miała większą pewność, że jestem w ciąży, niż zanim weszłam do jego gabinetu.
- Nie uczą cię w tej twojej prywatnej szkole, jak używać kondomów? - pyta senator, a ja po chwili zauważam po jego minie, że żałuje tych słów, bo doskonale zna odpowiedź.
Tanner zauważa to samo, co ja, i odpowiada za mnie.
- Nie, sir. Nie uczą - odpowiada z szerokim uśmiechem. Wiem, dlaczego się uśmiecha. Mój ojciec prowadzi kampanię przeciwko edukacji seksualnej. Według niego jedynym środkiem antykoncepcyjnym jest abstynencja.
- Przestań się tak szczerzyć - mówi ojciec do Tannera i pochyla się nad biurkiem. - Każę Nadine zadzwonić do prywatnego lekarza. Oczywiście nie mogę poprzeć aborcji, ale teraz prawo jest po twojej stronie i decyzja wciąż należy do ciebie, przynajmniej dopóki Republikanie nie zmienią obecnego stanu rzeczy. - Nie mówi tego, jakby pokazywał mi różne możliwości. On mi rozkazuje.
- Nie! - mówię stanowczo, wstając. Rozpinam marynarkę i pokazuję mu mój bardzo zaokrąglony brzuch. - Już na to za późno - oznajmiam. - A nawet gdyby nie było za późno, to i tak nie pozbyłabym się dziecka - dodaję, patrząc mu prosto w oczy.
- Co masz na myśli, mówiąc, że jest już za późno? - pyta ojciec ostrożnie.
- Ona jest w szóstym miesiącu ciąży - odpowiada za mnie Tanner, jakby chciał przyjąć trochę jego gniewu.
Na szczęście ta metoda zadziałała, bo senator skupia się na nowym planie. A ja wciąż chcę, by zadzwonił do matki.
- Musimy coś wymyślić, zastanowić się, jak podejdziemy do tego problemu - mówi ojciec. - W takiej sytuacji trzeba wziąć wiele rzeczy pod uwagę. - I ma rację. Musimy porozmawiać o tym, co zrobić z moją szkołą, kto będzie mnie zawoził do lekarza i wiele innych. Łączę dłonie i biorę głęboki oddech.
- Posłuchaj - mówię, ale mój ojciec unosi rękę, by mnie uciszyć i sięga po telefon, przeciągając go na środek biurka. Zaczyna przeglądać coś na ekranie, a potem naciska przycisk głośnika. Słyszę dźwięk wybieranego połączenia.
- Mówi Mags - rozlega się kobiecy głos.
- Tu Price - odpowiada ojciec. - Doszło do pewnej sytuacji. Musimy omówić strategię, wziąć pod uwagę ostrą reakcję, a potem pomówić o wskaźniku akceptowalności. Może powinniśmy przeprowadzić sondaż.
Mags. Znam to imię.
Mężczyzna siedzący przede mną, nazywający się moim ojcem, rozmawia teraz z kimś i ma gdzieś, że jego nastoletnia córka jest w ciąży. Ma gdzieś to, że ominie mnie szkoła. Nie interesuje go, że nie wiem nic na temat opieki nad dzieckiem ani że cały mój świat się teraz drastycznie zmieni.
Ten telefon jest dla mnie jak kubeł zimnej wody. Sprowadza mnie na ziemię.
Bo wiem, że ojciec dzwoni do jedynej i niepowtarzalnej Mags Allbright.
Znakomitej specjalistki od PR.
A ja nie jestem jego córką.
Jestem sytuacją. Zajściem.
To był ostatni raz, gdy nazwałam go tatą. Od tego dnia nazywałam go wyłącznie w jeden sposób.
Był dla mnie tylko senatorem.
***
Mój ojciec siedział za biurkiem i wyglądał dokładnie jak w dniu, gdy powiedziałam mu o ciąży. No, może tylko jego wygląd się pogorszył. Miał podkrążone oczy, jego włosy wyraźnie posiwiały, a skóra stała się lekko żółta. Usiadłam na tym samym zielonym krześle przed biurkiem, co trzy lata temu.
- Nie przywitasz się nawet? - dobiegł mnie głos z kąta pokoju. Obróciłam głowę i zauważyłam matkę siedzącą na krześle o wysokim oparciu. Była wyprostowana i krzyżowała nogi w kostkach jak dama.
- Witam - odparłam cicho. Matka pochyliła się i wzięła ze stolika jedną ze szklanek z jakimś ciemnym trunkiem, po czym wstała. Odłożyła ją na biurko senatora, rozlewając alkohol. - Czujesz się już lepiej? Po pobycie w... spa.
- Tak, moja droga. Cieszę się, że wróciłaś do domu - oznajmiła, mówiąc jak robot. - Jak mniemam, mnie również nie pamiętasz - stwierdziła.
Pokręciłam głową, a potem przypomniałam sobie, że trzymam w dłoniach ramkę ze zdjęciem.
- Nie, ale przypomniałam sobie o niej - powiedziałam, pokazując im zdjęcie Nikki.
- Pamiętasz Nicole? - zapytał mój ojciec. Brzmiał na bardzo zdziwionego.
Pokiwałam głową.
- To tylko jedno wspomnienie. Pamiętam, że przyszła pod moje okno, prosząc o pomoc. O pieniądze. - Moje oczy wypełniły się łzami, ale powstrzymałam chęć płaczu. - Odmówiłam jej.
Senator westchnął.
- Zabroniłem ci widywać się z nią po tym, jak po raz pierwszy trafiła na odwyk, ale mnie nie posłuchałaś. Nigdy mnie nie słuchałaś, gdy chodziło o tę dziewczynę.
- Najwyraźniej za którymś razem posłuchałam, bo pamiętam, że kazałam jej odejść.
- Powinnaś być z siebie dumna - wtrąciła się moja matka. - Bo ta dziewczyna jest...
- Margot - ostrzegł senator.
- Co z nią? - zapytałam. Już znałam odpowiedź, ale część mnie potrzebowała to usłyszeć.
- Martwa - dokończyła matka, wzruszając ramieniem. - W końcu zabiła ją trucizna, którą sobie wstrzykiwała. Znaleźli ją w jakimś obskurnym motelu przy autostradzie. - Nie było w jej głosie ani odrobiny współczucia. Zmarszczyła nos, jakby wyczuła jakiś brzydki zapach. - Miała przy sobie torebkę pełną narkotyków i kondomów. Zaczęła się sprzedawać, by mieć za co kupić narkotyki.
Wstałam gwałtownie, niemal przewracając krzesło.
- A więc to, że ty kupujesz drogi alkohol znanej marki, ma sprawiać, że w jakiś sposób jesteś lepsza? - Wskazałam na drinka, którego trzymała. - Nikki wlewała sobie narkotyk w żyłę, a ty wlewasz truciznę do gardła. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem. - Ty ignorancka małpo! Ona była uzależniona, tak samo jak ty jesteś. Jedyną różnicą między wami jest to, że ona nie próbowała tego ukrywać.
- Wynoś się - wycedziła matka przez zęby, a jej ręka zadrżała. Rzuciła szklanką o ścianę, trafiając nią w zdjęcie George'a Busha.
- Przestańcie. Obie. Margot, samochód już czeka. Idź. Niedługo do ciebie dołączę. - Matka łypnęła na mnie okiem, a potem opuściła pokój obrażona. Kilka sekund później usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
Mój ojciec nie skomentował zachowania matki.
- Musimy jechać do Myrtle Beach. W tym czasie przyjedzie do ciebie specjalista. Jest ekspertem od traum i utraty pamięci. Pracuje głównie z weteranami w Departamencie do spraw Kombatantów, ale zgodził się ci pomóc. Postaraj się dobrze zachowywać, gdy nas nie będzie... A co do matki to... jest ostatnio... słabowita. Odpuść jej trochę. - Wstał i zapiął marynarkę. Otworzył szufladę swojego biurka i wyciągnął z niej ordynarny złoty zegarek z czerwonymi diamentami dookoła tarczy. - Wrócimy w czwartek - powiedział sucho i wyszedł z pokoju.
Nagle mój strach przed samotnością stracił sens, bo wolałabym być sama, niż spędzić chociaż jedną minutę w towarzystwie rodziców.
W tej chwili obiecałam sobie, że będę dla Sammy'ego matką, którą moja nigdy dla mnie nie była.
Chciałam, by Sammy dorastał otoczony miłością, wiedząc, że zawsze będę przy nim, nieważne, co się stanie. Ostatnią rzeczą, jakiej dla niego pragnęłam, było to, że gdy dorośnie, znienawidzi swoją matkę.
Tak jak ja nienawidziłam swojej.
PROLOG
King
Średni czas, jaki przestępca spędza na wolności po wyjściu z więzienia, wynosi sześć miesięcy.
Ja byłem na wolności przez trzy lata.
Spodziewałem się, że w samochodzie odnajdę Max. A zamiast tego skuto mi nadgarstki zimnymi kajdankami. W dodatku ten skurwiel, detektyw, miał czelność śmiać się w głos, gdy zakładał mi metalowe obręcze wokół nadgarstków, i to wcale nie delikatnie.
Ale ja nawet się nie skrzywiłem. Nie dałbym mu tej satysfakcji. Brutalnie wepchnął mnie na tylne siedzenie starego policyjnego wozu. Wylądowałem na boku z policzkiem przyciśniętym do lepiącego się siedzenia. Pachniało tu rzygami i złymi decyzjami. Mrowiło mnie w ramionach, bo kajdanki utrudniały przepływ krwi w moich żyłach.
Ten dupek miał szczęście, że siedziałem tu skuty kajdankami.
Trzy lata. Już przetrzymywali mnie przez trzy zasrane lata, a teraz chcieli mnie wsadzić do paki na znacznie dłużej. Porwanie nie było karane uderzeniem po dłoniach, szczególnie w przypadku osoby, która miała kartotekę równie barwną, co moja. Obiecałem sobie, że nigdy tam nie wrócę, ale też nigdy nie byłem dobry w dotrzymywaniu obietnic.
Tak naprawdę miałem to wszystko gdzieś. System mógł mnie zatrzymać. Tam było moje miejsce, ale oni nie mieli nade mną władzy. I nigdy nie będą mieć.
To ona miała nade mną kontrolę.
Posiadała moje serce i moją zasraną, czarną duszę.
Każdego pieprzonego dnia uśmiechając się z wyższością, będę podchodził do kolejki przy bufecie, mając na sobie pomarańczowy, uwierający strój więzienny. Będę grał w karty z najgorszymi więźniami i przymilał się do strażników, którzy dzięki temu trochę mi odpuszczą. A w nocy, gdy zostanę sam w swojej celi bez okien, trzymając fiuta w ręce, przypomnę sobie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, niewinne oczy patrzyły na mnie, kiedy poruszałem się w niej. Jak wyginała plecy w łuk, gdy doprowadzałem ją do orgazmów.
Wmawiałem sobie, że nie mam jej nic do zaoferowania, ale myliłem się. Miałem miłość.
Zwierzaczek. Doe. Ray. Niezależnie od imienia kochałem za bardzo, by uznać to za normalne, racjonalne czy zdrowe, i z chęcią oraz z uśmiechem na ustach zgniłbym w więzieniu, jeśli tylko miałbym pewność, że z moją dziewczyną będzie wszystko w porządku.
Tylko że nie miałem pewności.
Powinienem był się domyślić, że ten skurwiel mnie wykiwa.
- Niesławny Brantley King - powiedział ten dupek, który zajął miejsce na przednim siedzeniu. Sztuczna skóra zaskrzypiała nieprzyjemnie, a on zamknął drzwi i uruchomił silnik. - Szkoda, że jeszcze się nie nauczyłeś, chłopcze. A miałeś okazję.
Zaśmiał się i pokręcił głową. To było oczywiste, że facet czerpał jakąś chorą satysfakcję z tego, że to on zakuł mnie w kajdanki.
- King - poprawiłem go suchym tonem. Nikt poza nią nie mówił mi po imieniu.
- Słucham? - zapytał, unosząc brwi i patrząc na mnie we wstecznym lusterku.
Wyprostowałem się i napotkałem jego wzrok, jakbym chciał na wskroś przeszyć jego tchórzliwą duszę.
- Nazywają mnie King, ty skurwielu.
Zacząłem gotować się ze złości. I właśnie wtedy zauważyłem, że detektyw nie wyjechał na główną drogę, lecz skręcił i pojechał ścieżką prowadzącą do lasu.
Ten facet nie był żadnym gliną. Spojrzałem na jego broń, która leżała na desce rozdzielczej. Wyglądała jak rewolwer, a nie policyjna spluwa. On wcale nie zabierał mnie do więzienia.
Raczej prosto do grobu.
Nie miałem czasu do stracenia.
Moje dziewczyny mnie potrzebowały.
A co ważniejsze, ja potrzebowałem ich.
Ten kretyn zakuł mi ręce z przodu. To od razu powinno dać mi do myślenia. Prawdziwy glina nigdy by czegoś takiego nie zrobił, chyba że przewoziłby niegroźnego kryminalistę.
Czyli na pewno nie mnie.
Założyłem mu łańcuch łączący kajdanki na szyję i pociągnąłem mocno, przyciskając głowę mężczyzny do oparcia fotela. Pociągnąłem tak mocno, że niemal mięśnie moich ramion eksplodowały od napięcia.
Zdjął ręce z kierownicy i próbował złapać mnie za głowę, ale uchyliłem się i schowałem za siedzeniem.
Samochód zboczył ze ścieżki i zaczął poruszać się po niej slalomem, aż w końcu wjechał w wysokie po kolana zarośla.
Czułem narastający ból, który pojawił się za moimi oczami. Raz jeszcze ścisnąłem szyję oszusta, który podawał się za detektywa. W końcu samochód zatrzymał się, a życie uciekło z ciała tego człowieka.
Oszust miał rację - nigdy nie będę nikim więcej niż niesławnym Brantleyem Kingiem.
Nie przeszkadzało mi to jednak, bo musiałam dać nauczkę senatorowi. Nie zabiera się tego, co moje, chyba że zapłaci się za to krwią, potem lub cipką.
On odebrał mi moją dziewczynę. I chciał odebrać mi życie.
Więc zapłaci za to krwią.