Urodziłem się 2 lipca 1986 roku w Rio de Janeiro. Już na podstawie tego powinienem się domyślić, że lubię być w centrum gry. Wybrałem dzień, który dzieli rok dokładnie na pół, 183. dzień roku.
Mój tata Bernardo Rezende, nazywany przez wszystkich Bernardinho, jest legendą siatkówki. Jako rozgrywający wywalczył srebro na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku, przegrywając finał ze Stanami Zjednoczonymi, srebro na mistrzostwach świata w Buenos Aires w 1982 roku i trzy mistrzostwa Ameryki Południowej. Moja mama Vera Mossa wystąpiła na igrzyskach w Moskwie 1980 i na mundialu 1982. Kiedy przychodzę na świat, tata kończy karierę zawodniczą i jest gotowy stawiać pierwsze kroki jako trener, mama zaś zdobywa drugie z rzędu mistrzostwo kraju z Supergasbras, klubem z Rio de Janeiro.
Krótko mówiąc, musiałem pójść w ślady rodziców.
Nie mam żadnych wspomnień z igrzysk w Seulu. Nic dziwnego: w 1988 roku miałem zaledwie dwa lata. Wiem jednak, że oboje rodzice wrócili do domu bez medali. Mama znalazła się poza najlepszą czwórką, a tata, jako asystent cenionego Bebeta, przegrał półfinał ze Stanami Zjednoczonymi 0:3 i mecz o trzecie miejsce z Argentyną 2:3.
Rok później w życie naszej rodziny wkraczają Włochy. Żeńska drużyna Perugii, która dopiero co awansowała do Serie A1, po sześciu porażkach z rzędu zwalnia południowokoreańskiego szkoleniowca Park Ki-wona i postanawia powierzyć zespół młodemu brazylijskiemu trenerowi, o którym mówi się wiele dobrego. 8 grudnia klub ogłasza zatrudnienie Bernardinho, powierzając mu prawie niemożliwe zadanie uratowania drużyny przed spadkiem. Każdy ma świadomość, że marne na to szanse - w pierwszych jedenastu kolejkach Perugia wygrała tylko raz - ale tata wie, co robić. Jest już trenerem, który potrafi dokonać czegoś znaczącego i pokazuje to. Bezpiecznie sprowadza statek do portu i kończy sezon na 12. miejscu.
Latem tata i mama wiedzą, że muszą podjąć jakąś decyzję. W ciągu ostatnich miesięcy ojciec mieszkał we Włoszech, podczas gdy matka została w Brazylii ze mną i z moim bratem Éderem, jej synem z poprzedniego małżeństwa. Ale ta sytuacja nie może długo trwać: rozmawiają o tym i postanawiają połączyć rodzinę. Przeprowadzamy się więc do Perugii. A Vera Mossa zostaje także zawodniczką drużyny ze stolicy Umbrii.
Przyjeżdżamy do Włoch, gdzie właśnie trwa piłkarskie święto - mundial. Brazylia z Dungą w składzie odpada w 1/8 finału, po porażce z naszym historycznym rywalem Argentyną, ale Azzurri również dostają zimny prysznic: przegrywają po karnych, też z Maradoną i spółką. "Magiczne wieczory" kończą się na półfinale. My tymczasem staramy się zadomowić: nowy język, nowe zwyczaje...
W Perugii PalaEvangelisti - hala sportowa, która przypomina nieco hangar - staje się moim drugim domem. W tych nielicznych razach, kiedy mama i tata nie zabierają ze sobą mnie i mojego brata, do domu przychodzi pani Marcia. Nie ma łatwego zadania. Ja i Éder jesteśmy mili, piękni jak słońce, uśmiechnięci, ale także niesamowicie ruchliwi. Pewnego dnia Marcia musi nawet zadzwonić do taty podczas treningu.
- Panie Bernardo, jest duży kłopot! - krzyczy do słuchawki.
- Marcia, uspokój się i wyjaśnij, co się stało - odpowiada tata.
- Chłopcy... chłopcy... - jąka się Marcia.
- Co, chłopcy? - niecierpliwi się Bernardo. - Powiedz, co się stało. Przerażasz mnie.
- Bawili się... i przewrócili na siebie szafę!
- Co z nimi? Powiedz, co z nimi! - Głos taty staje się coraz bardziej zdenerwowany. - Zrobili sobie krzywdę!?
- Bruno utknął pod spodem, nie mogę go wyciągnąć...
To są ostatnie słowa Marcii. Bernardo nie pozwala jej nawet dokończyć zdania: przerywa trening, woła mamę i wraca z nią do domu. Na szczęście sytuacja jest mniej dramatyczna, niż się obawiali. W jakiś sposób udaje im się mnie uwolnić, mam tylko kilka zadrapań, ale obaj z bratem dostajemy porządną burę. Od następnego dnia bawimy się tak samo, ale przynajmniej meble zostają na swoim miejscu, zatem to i tak duży postęp.
W tym samym domu niekiedy są organizowane sesje wideo, podczas których drużyna ogląda nagrane na VHS mecze rywalek (a oprócz tego zajada przekąski). Jest cała grupa, zawodniczki i sztab, wszyscy bez wyjątku. A dla mnie to pierwszy prawdziwy moment w "szatni". Mam dopiero cztery lata, ale już zaczynam oddychać i żyć tym poczuciem wspólnoty, które będzie mi zawsze towarzyszyć, tak w sporcie, jak i w życiu. Myślę, że to właśnie podczas tamtych długich, cudownych popołudni narodziła się moja świadomość tego, jak istotna jest grupa, jak wielką może zrobić różnicę. Właśnie dlatego kluczowe jest bycie razem: oczywiście w hali, ale także i przede wszystkim poza nią.
Moja ruchliwość, żywotność, chęć odkrywania świata rosną, w miarę jak rośnie moje ciało. Jestem wulkanem energii. Za PalaEvangelisti, na parkingu, jest mała rampa, gdzie uczę się jeździć rowerem. W górę i w dół, w górę i w dół, bez przerwy, bez końca... Świadomość, że umiem opanować ten pojazd, sprawia, iż czuję się świetnie. To mój pierwszy sukces, a w jego tle jest znajomy obrazek hali sportowej. Siatkówka to dla mnie dom, rodzina, życie.
Na każdym treningu, między innymi, pozwalam się przytulać koleżankom z drużyny mamy. Uwielbiam to. Mam słabość do Giorgii Marchi. Rumienię się, kiedy na mnie patrzy, ale ma taki wspaniały uśmiech; pamiętam go wyraźnie do dziś. Czasami ucinam sobie drzemkę na ławce, usypiany dudnieniem odbijanych piłek. Częściej jednak sam biorę piłkę i zaczynam grać. Z tego punktu widzenia najbardziej wyczekiwanym momentem jest zakończenie sesji: dopóki drużyna trenuje, nie mogę przeszkadzać. Czekam więc na swoją kolej, aż się palę, żeby zmierzyć się z mamą i tatą. Jestem w siódmym niebie, kiedy wreszcie słyszę głosy rodziców:
- Bruno, chodź!
Parkiet, mama, tata i ja. Najpiękniejsze, co może być. To moje pierwsze "ćwiczenie w dwójkach" - podstawowe w siatkówce. Dwaj zawodnicy, jeden naprzeciwko drugiego, muszą utrzymać piłkę w górze poprzez odbicia sposobem dolnym i górnym.
Innym razem przyglądam się kibicom i ekspertom, którzy oglądają trening z trybun hali. Obserwuję ich wszystkich po kolei i kiedy czyjaś twarz wydaje mi się tą właściwą, ruszam do działania. Podchodzę niewinnie z uśmiechem na ustach. Pytam:
- Zagrasz ze mną w siatkówkę? Masz ochotę?
Siatka to czerwona metalowa balustrada oddzielająca parkiet od trybuny. Idealna wysokość dla kogoś w moim wieku.
- Ja zaczynam, dobrze? - mówię nieszczęśnikowi.
Kto mógłby odmówić dziecku? I faktycznie, odpowiada:
- Okej.
Podbijam piłkę sposobem dolnym i atakuję.
- A masz! - krzyczę.
Jeśli się orientuję, że przeciwnik daje mi się ograć, bo jestem mały (zdarza się, niestety), wtedy biorę piłkę pod pachę i kończę grę.
- Wygrałem, dziękuję - mówię. - Teraz poszukam sobie kogoś innego.
I ruszam w stronę kolejnego przeciwnika... Mój duch rywalizacji jest już nadzwyczajny. W moim słowniku nie ma miejsca na słowo "porażka". Zawody są moim paliwem.
Pod tym względem przypominam ojca. On ma obsesję na punkcie wygrywania. Taką samą obsesję, jaką ja mam w DNA - zrozumiem to lepiej, kiedy dorosnę. Ma silny, twardy, kanciasty charakter, a jednocześnie jest ekstrawertyczny i chełpliwy. Mama - przeciwnie, jest rozbrajająco słodka, a kiedy mnie przytula, świat się do mnie uśmiecha. Piękna, z natury empatyczna i wrażliwa, silna: nawet dziś rozpoznaję siebie w wielu jej cechach.
Mama zawsze ma czas, żeby zagrać ze mną w mikado albo w pedra, papel e tesoura, papier, kamień, nożyce, co we Włoszech nazywa się morra cinese, chińska mora.
- Bruno, chcesz zagrać? - Mama uśmiecha się do mnie.
- Tak!!! Nie mogę się doczekać.
Już w tym wieku, choć nie do końca zdaję sobie z tego sprawę, myślę o siatkówce. Francesco Fogu i Paolo Santori, asystenci taty w Perugii, opowiedzą mi w przyszłości anegdotę. Pewnego wieczoru drużyna i sztab poszli na kolację, a ja zostałem w domu z Marcią i bratem. Po powrocie zastali mnie siedzącego przed telewizorem, w ręku trzymałem kartkę w kratkę i długopis. Na ekranie było widać pomarańczowy parkiet i rozdzielającą go na pół siatkę.
Tata podchodzi, patrzy na ekran, potem zwraca się do mnie:
- Bruno, co ty robisz?
- Oglądam mecz - odpowiadam zdecydowanie.
- I jednocześnie rysujesz? - pyta mnie Francesco.
- No co ty? Nie. Uważasz, że można oglądać mecz i jednocześnie rysować? - odparowuję niemal poirytowany.
- To po co trzymasz w ręku kartkę i długopis? - dopytuje tata.
- Robię dla was za scouta - wyjaśniam i uśmiecham się zadowolony. - Poszliście na kolację, więc sam wziąłem się do analizowania drużyny, z którą zagracie w następną niedzielę.
Wtedy dane statystyczne gromadziło się właśnie w taki sposób: raz za razem oglądając kasety VHS z meczów i zaznaczając kierunki ataków na kartkach w kratkę. Niektóre z tych kartek nadal są przechowywane w Campinas, u mojej babci. Choć nie byłem tego świadomy, pokazuje to mój pierwszy kontakt z zawodową siatkówką.
Kilka miesięcy później poznaję największego ze wszystkich, czyli Julia Velasco. Tata i mama zabierają mnie na jakiś event i w pewnym momencie zjawia się ten Argentyńczyk o charyzmatycznym spojrzeniu i ciętym języku. W tamtym okresie prowadzi reprezentację Włoch i tworzy generazione di fenomeni, pokolenie fenomenów, czyli drużynę, która zdominuje światową siatkówkę na całą dekadę. Ale nie jestem bynajmniej onieśmielony. Zresztą od razu stawiam sprawę jasno.
- Jestem Bruno, najlepszy under 5 w Brazylii - przedstawiam się odważnie. Prosto z mostu.
Velasco wytrzeszcza oczy, tata na mnie patrzy, po chwili zakłopotania obaj parskają śmiechem.
Podobna sytuacja spotyka mnie z Renanem Dal Zotto, do 2023 roku selekcjonerem reprezentacji Brazylii i byłym przyjmującym Parmy. Renan wygrał wszystko, to żywy pomnik brazylijskiej siatkówki, razem z tatą zdobył srebro na igrzyskach w Los Angeles.
- Kto jest najlepszym zawodnikiem na świecie? - pyta mnie z uśmiechem.
Nie mam żadnych wątpliwości. Odpowiadam z przekonaniem:
- Renan, ty jesteś świetny, ale najlepszy jest Karch Kiraly.
Czyli symbol reprezentacji Stanów Zjednoczonych, która na igrzyskach w Seulu zniszczyła olimpijskie marzenie Brazylii. Na szczęście Dal Zotto też parska śmiechem. Świadomie lub nie, od dziecka nie boję się niczego ani nikogo.
Perugia tymczasem staje się czołową drużyną kobiecej siatkówki: w kwietniu 1992 roku zespół moich rodziców gra w finale Pucharu Włoch. Ja nie skończyłem jeszcze sześciu lat i jadę z nimi do Modeny. PalaPanini przyprawia mnie o ciarki: jest wielka i majestatyczna, nigdy nie widziałem czegoś równie pięknego i fascynującego. Niesamowicie wysoki sufit, piętrowe trybuny pełne ludzi, kolorów i flag. Coś absolutnie wspaniałego!
W sobotę, 4 kwietnia, Perugia pokonuje w półfinale San Lazzaro 3:1. Oprócz mamy w drużynie występują takie siatkarki jak Maurizia Cacciatori i Guendalina Buffon, siostra Gigiego, wieloletniego bramkarza piłkarskiej reprezentacji Włoch i mistrza świata z 2006 roku.
W finale mierzą się z Materą w składzie z Giseli Gávio i Kebą Phipps - drużyną, która z kolei wyeliminowała Teodorę Rawenna 3:1. Mecz jest wyrównany, w piątym secie robi się 16-16. Wtedy grało się maksymalnie do 17 punktów. Ten ostatni zdobywa moja mama. Atak po ciasnym skosie nie do odbicia w finale, który zakończyła z 10 punktami i 11 akcjami wygrywającymi zagrywkę. Szaleję ze szczęścia. Czuję się tak, jakbym to ja grał w tym meczu. Co za emocjonujące zwycięstwo i wspaniałe świętowanie.
Rodzina Rezende-Mossa kończy etap w Perugii z dwoma finałami o scudetto z rzędu: pierwszy w 1991 roku z Rawenną, drugi w 1992 roku z Materą, triumfem w Pucharze Włoch i porażką w finale rok wcześniej. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na drużynę, która zaledwie dwa lata wcześniej została pokonana w dziesięciu z jedenastu pierwszych meczów w lidze.
W tym momencie tata przerzuca się na siatkówkę męską i zostaje zatrudniony przez Modenę. Ten klub jest dla siatkówki tym, czym Real Madryt i Barcelona dla piłki nożnej. Światowy top. Tata jednak trafia tam w niewłaściwym momencie. Również mama zmienia barwy i przenosi się do Sumirago w prowincji Varese. Razem z bratem jedziemy z nią do Lombardii, a w weekendy odwiedzam tatę w Emilii-Romanii. Znajdujemy dom w Albizzate, dwa kroki od hali sportowej, i dołącza do nas Anna - kobieta, która pomagała nam w domu w Rio. Tutaj zaczynam moją szkolną przygodę. Zostaję zapisany do pierwszej klasy i mówię już po włosku lepiej niż moi rodzice.
Wreszcie jestem też w odpowiednim wieku, żeby zacząć grać w minisiatkówkę. Trenerką jest Franca Bardelli (93 występy w reprezentacji), żona byłego selekcjonera kobiecej kadry Włoch Giuseppe Bosettiego, mama Lucii i Cateriny - dwóch znakomitych reprezentantek kraju. W tym sezonie moja mama kończy rozgrywki ligowe na dziesiątym miejscu. Tę samą lokatę zajmuje tata w Modenie: jego drużyna jest w trakcie przebudowy, kończy się też era Panini. W kolejnym sezonie przyjdzie nowy prezes, Giovanni Vandelli, i żółto-niebiescy znowu zaczną wygrywać.
Mój ojciec nie zdąży się o tym przekonać. Po zakończeniu rozgrywek 1992/1993 brazylijska federacja dokonuje wyboru, który zmieni jego życie, a w konsekwencji również moje. Bernardinho zostaje selekcjonerem kobiecej drużyny Canarinhos. Mama natomiast postanawia pograć jeszcze dwa sezony w Sumirago.
W 1994 roku życie po raz pierwszy wystawia mnie na próbę - jak to często bywa - w sposób całkowicie niespodziewany, bez żadnego ostrzeżenia. Moi rodzice się rozwodzą. Przekazują mi to dzień po przyjęciu z okazji moich ósmych urodzin. Trzeci lipca, którego nigdy nie zapomnę... Dla mnie to zimny prysznic: mam osiem lat, jest mi wspaniale z mamą i tatą, wydaje mi się, że oni także są szczęśliwi. Skąd taka decyzja? Nie znoszę tego dobrze, staram się zrozumieć, ale to trudne. Szybko przyzwyczajam się do ich widoku z innymi osobami, ale coś się we mnie zmienia. Nieuchronnie.
Myślę, że to wszystko w kolejnych latach będzie miało wpływ również na moje "nomadyczne" życie. Często żartuję na ten temat z moim przyjacielem i kolegą z reprezentacji Murilo, jednym z najlepszych przyjmujących w historii brazylijskiej siatkówki. Nawet dziś mi powtarza: "Bruno, zorganizuj sobie coś, kup sobie własny dom". Bo ja od zawsze kursowałem między domem mamy, domem taty, domem dziadków, aż trafiałem do mieszkania przydzielanego mi każdorazowo przez klub, w którym akurat gram. Może to spuścizna po rozwodzie moich rodziców, która sprawia, że tak właśnie żyję?
Na początku 1994 wracam z tatą do Rio de Janeiro. We Włoszech znalazłem stabilizację, spokój, przyjaciół. Rodzinę, połączoną tą samą wielką pasją. Wracam do Brazylii i muszę zaczynać od zera. Mama i tata nie wymieniają już uśmiechów jak dawniej. Są dla mnie serdeczni, rozumieją, że jest mi trudno, nadal darzą się wzajemnym szacunkiem i nigdy nie pada żadne nieodpowiednie słowo, żeby "przeciągnąć mnie" na drugą stronę. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że to mi odpowiada.
W Rio przeżywam pierwszą siatkarską przygodę. Gram we Fluminense, tym samym klubie, w którym zaczynał też tata. Zapisałem się niemal bezwiednie, jak gdyby syn Bernardinho i Very Mossy nie mógł robić nic innego, jak tylko uprawiać siatkówkę. Gram trochę na pozycji rozgrywającego, trochę atakującego. Docieramy do regionalnego finału z Flamengo, gdzie spotykam Leandro Vissotto - znakomitego zawodnika, który przeżyje ze mną wspaniałe chwile i mnóstwo zwycięstw w kadrze narodowej. Ten mecz, pierwszy finał w moim życiu, przegrywamy. W tym momencie uświadamiam sobie, że ani trochę nie lubię przegrywać, a tym bardziej grając w siatkówkę.
Pielgrzymki mojego ojca nie kończą się w Rio. Parę lat później przenosimy się do Kurytyby, stolicy stanu Paraná, 900 kilometrów na południe (do klubu z tego miasta w 1998 roku na jeden sezon trafia niesamowita 19-latka Francesca Piccinini). Następnie przeprowadzamy się do Campinas. Tutaj zaczynam się interesować także innymi sportami. Oprócz siatkówki jestem niezły w badmintona i gram też w piłkę, na pozycji środkowego pomocnika. W Brazylii wszyscy szaleją na punkcie Romário i Ronaldo, ale moim absolutnym idolem jest ktoś inny. Túlio Maravilha - już samo imię brzmi jak poezja... To napastnik, który ma nosa do goli i w tamtym czasie występuje w Botafogo, mojej ukochanej drużynie. Nie jest wprawdzie Il Fenomeno i nie ma takiej techniki jak wielcy mistrzowie, ale dla mnie jest wyjątkowy. Biega więcej niż inni, walczy bardziej niż inni, przekładanki wykonuje z niebywałą prędkością. Patrzysz na niego i wiesz, że jeśli on to zrobił, to ty też możesz.
Mam naturalne predyspozycje do różnych dyscyplin. Prawdopodobnie to kwestia genów: moich rodziców, o czym już wspomniałem, ale to nie jedyni sportowcy w rodzinie. Mój dziadek Carlos Luiz Mossa był rekordzistą Brazylii w biegu na 110 metrów przez płotki, a w 1965 roku został mistrzem Ameryki Południowej. A może ma to związek z tym, że uwielbiam chodzić do ośrodka sportowego, który w Brazylii nazywamy club: to właśnie tam mam szczęście obserwować z bliska wielką postać brazylijskiego sportu, jaką jest Antônio de Oliveira Filho, czyli Careca - "bliźniak" Maradony w Napoli. Oglądanie jego gry daje wielką radość.
Wraz z kolejnymi przeprowadzkami nie zmienia się jednak moja "żwawa" natura. Pewnego popołudnia, bawiąc się z kolegami w policjantów i złodziei, wspinam się na dach klubu. Nic dziwnego, kiedy szuka się dobrej drogi ucieczki... W pewnym momencie słyszę dziwne skrzypienie. Rozglądam się wokół, zdezorientowany, nie mam pojęcia, skąd dochodzi ten dźwięk. Kiedy wreszcie uzmysławiam sobie, że dobiega spod moich butów, skrzypienie zamienia się w rumor, a ja znajduję się dosłownie w powietrzu. Dach się załamuje i wpadam do siłowni ośrodka sportowego.
Najadłem się strachu i narobiłem wielkiego bałaganu. W rezultacie zostajemy zawieszeni i musimy pokryć koszty naprawy wyrządzonych szkód. Ale wychodzę z tego w jednym kawałku. Kolejny raz.
To mój ostatni "wygłup": wzywa mnie świat dorosłych.