Pięknym wieczorem jesiennym, o słońca zachodzie, ostatnie trąbki
zwołujące myśliwych odzywały się w lesie z jodeł i buków starych
złożonym. Szerokim gościńcem przerzynającym puszczę odwieczną,
ciągnęły wielkiego dworu łowieckie oddziały, po bokach ludzie z
oszczepami i sieciami; konni w zielonych sukniach ze złotemi
galonami i kapeluszach z piórami czarnemi: środkiem strojne
towarzystwo i wozy ze zwierzyną, zielonemi gałęziami umajoną. Łowy
musiały pójść bardzo szczęśliwie, gdyż myśliwcy byli w wesołém
usposobieniu i na wozach sterczały rogi jeleni, zwieszały się łby
dzików z kłami zakrwawionemi. Przodem widać było orszak pański, świetne stroje, piękne
konie i kilka amazonek z różowemi twarzyczkami. Wszystko to
przybrane było jak na uroczystość i galę, bo łowy najmilszą
stanowiły zabawę panującego naówczas, mniéj więcéj, szczęśliwie
Saksonii i Polsce Augusta II. Sam król wiódł łowy, a u boku jego jechał najmilszy syn
pierworodny, umiłowany naówczas Saksonii następca, na którym
spoczywały nadzieje narodu. Król mimo wieku wyglądał jeszcze
wspaniale i rzeźko, na koniu siedział rycersko, a syn równie
przystojny, z łagodniejszą nieco twarzą, niemal młodszym bratem się
przy nim wydawał. Mnogi i świetny bardzo dwór otaczał dwóch panów.
Zdążał na noc do niedalekiego Hubertsburga, gdzie syn ojca miał
przyjmować, bo myśliwski zameczek ten do niego należał. W
Hubertsburgu czekała na nich królewiczowa Józefa, synowa królewska,
cesarskiego Habsburgów domu córa, niedawno młodemu Fryderykowi
poślubiona. Dwór królewski był tak liczny, że mu się na zamku
trudno było pomieścić. Zawczasu więc rozbito nieopodal namioty w
gaju i tam miała noc spędzić znaczniejsza część pańskiego orszaku.
Nakryte już były stoły do wieczerzy i w chwili gdy król wjeżdżał na
zamek, rozpuszczone myślistwo poczęło sobie szukać wyznaczonych
stanowisk. Mrok padać zaczynał: pod namiotami gwarno już było i
wesoło; odgłosy młodzieńczych śmiechów, które przytomność króla i
starszych hamowała, rozlegały się teraz swobodniéj. Po znużeniu
całodzienném chwytano za stojące flasze, choć marszałek nie dał
jeszcze znać do stołu. Namioty dla dworu ocienione drzewami
oświecały się zapalonemi latarniami; tuż obok przy improwizowanych
żłobach ustawiano rżące konie, których głosy niekiedy wywoływały
groźne klątwy masztalerzy. Nieznane sobie rumaki poczynały
znajomość od kąsania i kwiku, klaskanie z batów pokój przywracało.
Daléj jeszcze psiarnie króla dawały znać o sobie szczekaniem i
warczeniem. Nakładano sfory; i tu téż dozorcy mieli do czynienia
aby wrzawę uśmierzać. Ale pod namiotami nie było nikogo, coby
młodzieży śmiechy i śpiewy i kłótnie śmiał powagą swą zahamować.
Sprzeczano się jeszcze o najpiękniejszą twarz, o najlepszy strzał,
o najpochlebniejsze Jego Królewskiéj Mości słowo. Królewicz tego
dnia był bohatérem: położył ze sztućca kulą w sam łeb trafiwszy
odyńca, który wprost szedł na niego. Unoszono się nad przytomnością
umysłu niezmierną i flegmą, z jaką celował długo i wypalił. Gdy
myśliwcy przypadli na strzał chyżo, ażeby rozjuszoną bestyę dobić
kordelasami, leżała już brocząc krwią ziemię. Król August pocałował
syna, który rękę ojca a pana z uszanowaniem ustami dotknął i
pozostał po zwycięztwie tak zimnym i spokojnym jak był przedtém.
Jedyną dobrego humoru oznaką było, iż na uboczu potém fajkę sobie
podać kazał i dym puszczał daleko większemi kłębami niż zwykle.
Wchodziła wówczas w używanie powszechne roślina zwana
tobacco, którą i Stanisław Leszczyński palić lubił, palił
ją zapamiętale August Mocny, a namiętnie syn jego Fryderyk.
Szczególniéj przy męzkich ucztach i piwie, nie obeszło się bez
fajek. Podawano je na dworze pruskim u króla czy kto chciał czy nie
chciał, a jeśli komu dym zawadził koło serca, śmiano się zeń do
rozpuku. Należało do dobrego hulaszczego tonu fajkę ssać od rana do
wieczora. Brzydziły się nią niewiasty, lecz ich wstręt nie
odstręczał ówczesnych panów od przyjemnego upojenia, jakie owe
tobacco przynosiło z sobą. Bardzo młodym tylko zakazywano wczesnego nawyknienia do
tego trunku, który z kartami i winem razem, uchodził za
niebezpiecznego uwodziciela. Pod namiotami téż fajek widać nie było. Znużeni jeźdźcy
pozsiadawszy z koni, gdzie który mógł popadali na ziemię, na
kobiercach, na kłodach i ławach. W zamku widać było zapalające się
światła rzęsiste i dźwięk muzyki dochodził do gaju, w którym
rozłożony był dwór, służba i czeladź pańska. Nazajutrz miano
polować w innym dziale lasów i wcześnie rozporządzono, by wszyscy
byli gotowi. Nieco opodal od pozbieranych w gromadki starszych
panów, na drodze wiodącéj do zamku, jakby z chęcią dostania się do
niego, przechadzał się piękny dwudziestoletni młodzieniec. Po sukni łatwo było w nim poznać pazia przywiązanego do
osoby króla JMci. Zręczna bardzo, pięknéj budowy, giętka, wyłamana, nieco
niewieściego wdzięku postać, musiała nań najobojętniejsze zwrócić
oko. Suknie na nim leżały, jakby się w nich urodził, peruczka,
jakby w niéj przyszedł na świat ufryzowany, nie potargała się nawet
w czasie łowów, a z pod niéj wyglądała twarzyczka, niby z
mejseńskiéj porcelany, biała, różowa, niemal dziecinnéj i
dziewiczéj piękności, z uśmieszkiem w pogotowiu na zawołanie, z
oczyma bystremi, ale zostającemi na pana rozkazach. Mogły one w
każdéj chwili pogasnąć i zamilknąć, lub rozpłomienić i wypowiedzieć
nawet to może, czego w duszy nie było. Śliczny ów młodzieniec pociągał jak zagadka. Kochali go
niemal wszyscy, niewyjmując króla, a mimo to nie było
grzeczniejszego, usłużniejszego, potulniejszego stworzenia na
dworze. Nie starał się popisywać z niczém, nigdy, nikogo nie chciał
nigdy zaćmić, a mimo to wezwany do jakiejkolwiek roboty, wywiązywał
się z niéj ze zręcznością, łatwością, prędkością i roztropnością
nadzwyczajną. Była to uboga szlachetka z Turyngii rodem, ostatni i
najmłodszy z czterech braci Brühlów z Gangloffs-Sömmern. Ojciec
jego na dworze malutkim w Weissenfels był jakimś mniejszym jeszcze
radzcą, pozbywszy pono ojczystego odłużonego majątku, nie miał co
zrobić z tym synem, zawczasu go więc oddał, aby się dworskiéj
trzymał klamki, księżnie wdowie Fryderyce Elżbiecie, mieszkającéj
najczęściéj w Lipsku. Na ówczesne jarmarki do tego miasta zjeżdżały
się dwory książęce; lubił je nadewszystko August Mocny i mówią, że
na jedném z nich, młody paź ze swą miluchną, uśmiechniętą
twarzyczką wpadł mu w oko. Księżna go chętnie królowi JMci
ustąpiła. Osobliwsza rzecz, że chłopak co takiego pańskiego,
wspaniałego a pełnego etykiety dworu, nigdy w życiu nie widział a
może i nie śnił, od pierwszego dnia wrodzonym instynktem wpadł na
dobry tor i tak swą służbę zrozumiał, że starszych od siebie
królewskich paziów gorliwością i zręcznością prześcignął. Król mu
się wdzięcznie uśmiechał, bawiła go pokora chłopaka, który w oczy
patrzał, myśli zgadywał, nie skrzywił się nigdy, a przed słonecznym
majestatem króla Herkulesa i Apollina, padał na twarz z
uwielbieniem. Zazdrościli mu służący z nim razem, lecz krótko przejednał
ich dobrocią, łagodnością, skromnością i chętném do usługi sercem.
Nie obawiano się wcale aby takie niebożątko pokorne, mogło zajść
wysoko. Ubogie téż to było, a rodzina Brühlów, choć stara
szlachecka, tak podupadła naówczas, że o niéj spokrewnieni
zapomnieli. Nie miał więc innego protektora nad tę swoją wdzięczną,
miłą, uśmiechnioną twarzyczkę. Ale do malowania był téż ładny... kobiéty, starsze
zwłaszcza, patrzały nań wdzięczącemi się oczyma, on swoje naówczas
spuszczał zmieszany. Nigdy słówko złośliwe, ów dowcip paziowski,
który za cechę młodzieży dworskiéj uchodził, nie wyrwało się z ust
jego. Brühl był z uwielbieniem dla pana, dla dostojnych
dygnitarzów, dla pań, dla sobie równych i dla całéj służby, i dla
kamerlokajów królewskich, którym szczególne poszanowanie okazywał,
jak gdyby już naówczas znał tę wielką tajemnicę, że przez
najmniejszych dokonywały się największe rzeczy, i że lokaje obalali
cichuteńko ministrów, a ministrom trudno było ruszyć lokajów;
wszystko to szczęśliwie obdarzonemu młodzieńcowi dyktował instynkt,
jakim go uposażyła szczodrobliwa matka-natura. I w téj chwili gdy Henryczek (pieszczotliwie go tak zwykle
nazywano) przechadzał się samotny po ścieżce do zamku od namiotów
wiodącéj, rzekłbyś że to czynił ażeby nikomu nie zawadzać, a
wszystkim na oku będąc, stać do usług w pogotowiu. Tego rodzaju ludziom szczęście dziwne służy... Gdy tak bez
celu się przechadzał, z zamku wybiegł młody, równie piękny chłopak,
prawie rówieśnik co do lat, ale suknią i powierzchownością cale
różny od skromnego Brühla. Znać było po nim że siebie pewny, już nie wiele miał do
życzenia. Słusznego wzrostu, mężny, zręczny, z oczyma czarnemi,
bystro patrzącemi na świat, z postawą pańską, młodzieniec szedł
żywo, jednę rękę założywszy za szeroką kamizelę wyszywaną bogato,
drugą pod poły sukni myśliwskiéj, galonowanéj przepysznie. Peruka
jaką miał na łowach, starczyła mu za kapelusz. Rysy jego twarzy
porównane z miluchną Brühla, jakby malowaną przez włoskiego mistrza
XVII-go wieku, miały zupełnie różny charakter. Pierwszy więcéj był
stworzony na dworaka, drugi na żołnierza. Kłaniali mu się wszyscy po drodze, i witali go uprzejmie,
był to bowiem od lat dziecinnych towarzysz i przyjaciel królewicza,
najulubieńszy jego łowów wspólnik, małych tajemnic powiernik,
hrabia Aleksander Sułkowski (syn nie majętnego téż polskiego
szlachcica), który paziem był wzięty niegdyś na dwór Fryderyka, a
teraz domem i łowami zarządzał. Już to samo znaczyło wiele, że mu
królewicz powierzył co miał najmilszego w świecie, bo polowanie
dlań stanowiło nie zabawę i rozrywkę, ale całe zajęcie i
najważniejszą pracę. Sułkowskiego szanowano i obawiano się razem,
bo choć August II wyglądał przy swém zdrowiu i sile na
nieśmiertelnego, prędzéj lub późniéj bóstwo to musiało skończyć jak
najprostszy śmiertelnik. Z nowém słońcem wschodzącém i ta gwiazda
na horyzont saski wnijść musiała i przyświecać jéj swym blaskiem. Na widok zbliżającego się Sułkowskiego, skromny paź
królewski ustąpił z drogi, przybrał postać baranka, zgiął się
nieco, uśmiechnął wdzięcznie i zdawał taką okazywać radość, jakby
mu najpiękniejsza z bogiń dworu Augusta się ukazała. Sułkowski
przyjął ten uśmiech i nieme, pełne poszanowania powitanie, z powagą
ale z łaskawością razem. Z dala ręką wyjętą z za kamizeli potrząsł
i nieco głowę uchylił, zwolnił kroku, zbliżył się i odwracając do
Brühla, rzekł wesoło: - Jak się masz Henryku! cóż tak samotnie rozmyślasz?
Szczęśliwy, możesz odpoczywać, a ja tu za wszystko odpowiedzialny i
nie wiem od czego począć, żeby o niczém nie zapomnieć. - Gdybyś hrabia kazał mi sobie pomódz? - A! nie, dziękuję ci; trzeba obowiązki swe spełnić! Dla
takiego gościa jak nasz pan miłościwy, wszelki trud miły. Westchnął zlekka. Cóż? polowanie się udało; ja, jak wiész,
nie mogłem być na niém, łowczego wysłałem z ekwipażami, w zamku
tyle było przygotowań... - Tak! polowanie się wybornie udało, N. Pan był w humorze,
w jakim go oddawna nie widziano. Sułkowski do ucha Brühlowi się pochylił: - Któż tam teraz
w alkowie panuje? hę? - Doprawdy, nie wiem: mamy pono bezkrólewie? - A! a! to nie może być! - zaśmiał się Sułkowski -
Dieskau? nie... - A! nie, to są dawno pogrzebione rzeczy... ja, nie wiem. - Jakżebyś ty, paź królewski, nie wiedział? Brühl spojrzał nań z uśmiechem. - Kiedy wszyscy wiedzą, paziowie wiedziéć niepowinni...
Myśmy jak tureccy
muets, głusi i niemi. - A! rozumiem - odparł Sułkowski - ale, między nami. Brühl zbliżył się do ucha hrabiego i rzucił w nie słówko
dyskretne, ciche, jak szelest listka spadającego z drzewa jesienią. -
Intermezzo! - rzekł Sułkowski. Zdaje się że teraz po tylu wielkich dramatach, z których
każdy tyle naszego drogiego pana kosztował boleści, pieniędzy i
troski, już na
intermezzach poprzestaniemy. Sułkowskiemu pod namioty do których zdawał się kierować,
widać już nie było pilno, ani na zamek z powrotem. Wziąwszy Brühla
pod rękę, co pazia uszczęśliwiło widocznie, zamyślony, począł z nim
przechadzkę. - Mam chwilę wytchnienia - odezwał się - miło mi jéj użyć
w waszém towarzystwie, chociaż my oba jesteśmy pomęczeni tak, że i
rozmowa być może trudem. - O! ja nic a nic! - odparł Brühl - a wierz mi hrabio, dla
was chodziłbym noc całą i nie czułbym się znużonym. Od pierwszéj
chwili gdym miał szczęście zbliżyć się do was, uczułem razem
najwyższy szacunek, i jeśli mi się godzi to powiedziéć, najżywszą,
najgłębszą przyjaźń. Przyznać się mam? ale prawdziwie żem się po
téj dróżynie wybrał przechadzać z jakiémś przeczuciem, z nadzieją,
że was choć z dala zobaczę i pozdrowię, a tu mię spotyka szczęście
takie. Sułkowski spojrzał na uradowaną, rozjaśnioną twarz i
ścisnął podaną rękę. - Wierzcież mi - odezwał się - iż nie trafiliście na
niewdzięcznika: na dworze przyjaźń taka bezinteresowna jest rzadka,
a wziąwszy się za ręce we dwóch, daleko zajść można. Oczy ich się spotkały, Brühl skinął głową. - Wy jesteście przy królu i w łaskach. - O! o! - odparł Brühl - nie pochlebiam sobie. - Ja wam zaręczam! słyszałem to z ust własnych
Najjaśniejszego Pana, chwalił waszą usłużność i rozum. Wy jesteście
w łaskach lub na drodze do nich... to od was zależy. Brühl nader skromnie złożył ręce. - Nie pochlebiam sobie. - Ja wam mówię - powtórzył Sułkowski - ja mam serce
Fryderyka, mogę się pochwalić tém, że mnie przyjacielem nazywa.
Sądzę że nie obszedłby się bezemnie. - Wy, to co innego - przerwał Brühl żywo - mieliście to
szczęście towarzyszyć od najmłodszych lat królewiczowi, mieliście
czas pozyskać jego serce, a któżby się nie przywiązał do was,
zbliżywszy!! Co do mnie, obcy tu niemal jestem. Winienem łasce księżnéj że mnie przy boku J. K. Mości
umieściła; staram się wdzięczność moją okazać, ale na ślizkiéj
posadzce dworu jakże to utrzymać się trudno. Im więcéj gorliwości
dla pana okażę, którego czczę i kocham, tém na większą zazdrość
zarabiam. Każdy uśmiech pański opłaca się wejrzeniem jadu pełném.
Gdy człowiek mógłby być najszczęśliwszym, musi drżéć. Sułkowski słuchał roztargniony. - Tak! to prawda - rzekł cicho - lecz wy macie wiele za
sobą i obawiać się nie macie powodu. Uważałem na was, metodę
przyjęliście przedziwną: jesteście skromni i macie cierpliwość. Na
dworze dosyć jest ustać w miejscu, to się posunie mimowoli, a kto
się nazbyt rzuca, ten najłatwiéj pada. - A! czerpię najdroższe rady z ust waszych! - wykrzyknął
Brühl - co za szczęście miéć takiego przewodnika. Sułkowski zdawał się za dobrą monetę brać ten wykrzyknik
przyjaciela i z niedostrzeżoną dumą uśmiechnął się: pochlebiało mu
uznanie tego, o czém był w głębi duszy najmocniéj przekonanym. - Nie lękaj się Brühl - dodał - idź śmiało, a rachuj na
mnie. Wyrazy te zdał się w najżywsze zachwycenie wprawiać
młodego Henryka, złożył ręce jak do modlitwy, twarz jego błyskała
radością, spojrzał na Sułkowskiego i zdawał się tylko wahać, czy mu
się do nóg nie ma rzucić. Wspaniałomyślny hrabia z protekcyonalną dobrocią uścisnął
go. W téj chwili na zamku zabrzmiały trąby: był to jakiś znak
zrozumiały znać dla młodego faworyta, który tylko ręką dawszy znak
towarzyszowi że pośpieszać musi, rzucił się krokiem żywym ku
zamkowi. Brühl pozostał sam, wahał się trochę co począć z sobą.
Król go od służby wieczornéj uwolnił, i pozwolił mu spocząć tego
wieczoru, miał więc swobodę zupełną. Pod namiotami rozpoczynała się
wieczerza dla dworu. Chciał zrazu pójść i razem z innemi się
zabawić, potém z dala popatrzywszy, w bok się skierował zadumany
ścieżyną w głąb lasu idącą, poszedł wolnym krokiem. Chciał być może
sam na sam z myślami, choć wiek jego i twarzyczka o głębokie
rozmyślania posądzić go nie dozwalały. Prędzéjby na ówczesnym
dworze, pełnym miłostek i intryg kobiecych, o jakąś serdeczną
chorobę podejrzywać się godziło. Ale na spokojnéj wielce twarzy
niewidać było troski sercowéj, która się maluje na niéj, łatwemi do
poznania symptomatami. Brühl nie wzdychał, patrzał chłodno, brew
miał namarszczoną, usta zacięte, prędzéj rachował coś i kombinował
niż z uczuciem walczył. Zadumany tak głęboko, pominął namioty, konie, psiarnie,
rozłożone ogniska ludzi spędzonych dla łowów, którzy się z toreb
dobytym chlebem z sobą posilali, gdy obok piekły się dla panów
jelenie i warzyły korzenne poléwki. Około dwóchset do obławy
spędzonych Wendów gwarzyło cicho, w języku niezrozumiałym,
nieśmiejąc nawet głośniéj się rozśmiać. Z namiotów dolatywały ich
wesołe okrzyki, spoglądali i im tam szumiano głośniéj, tém oni
starali się ciszéj sprawować. Łowczych kilku czuwało nad tą
gawiedzią, która sobie chléb swój z domów przynieść musiała, bo o
niéj jednéj na zamku nie pamiętano. Dla psów gotowano w kotle
strawę, o nich nikt się nie kłopotał. Prędko téż skończyli
wieczerzę o chlebie i wodzie. Większa część już się pod drzewami na
trawie kładła, aby do rana snem się pokrzepić. Brühl ledwie na nich
okiem rzuciwszy, poszedł daléj. Wieczór był piękny, spokojny,
ciepły, jasny i gdyby nie opadające liście żółte starych buków,
wiosnęby przypominał. W powietrzu woń lasów zdrowa, zapach uwiędłéj
zieleni, wyziewy jedlin, unosiły się lekkim wietrzykiem, który
ledwie gałązki poruszał. Za gajem w którym obozowano, panowała już cisza,
samotność, pustynia, gwar tu zaledwie dolatywał, drzewa zasłaniały
zamek, można się było sądzić daleko od ludzi. Brühl podniósł głowę i wolniéj odetchnął, twarz, któréj
układać nie potrzebował dla ludzi, jakby na wolność puszczona,
przybrała wyraz nowy; lekki, sardoniczny uśmiech przebiegł po niéj
i dziecięcy ów dobroduszny, łagodny wdzięk straciła. Jedną ręką
podparł się w bok, drugą do ust przyłożył, zadumał. Sądził się tu
zupełnie sam, lecz jakież było jego zdumienie i niemal przestrach,
gdy o kilka kroków, pod ogromnym bukiem starym, spostrzegł dwie
postacie jakieś, nieznane, dziwne, podejrzane. Mimowoli się cofnął
krok i począł pilniéj przypatrywać. W istocie o kilkadziesiąt tylko
kroków od królewskiego obozu, wyglądało dziwnie, podejrzanie nawet
tych dwóch ludzi siedzących pod drzewem. Obok nich widać było
leżące kije podróżne i dwie torebki z ramion tylko co zdjęte. Mrok wieczorny nie dawał dobrze rozeznać twarzy, ani
ubiorów; lecz Brühl domyślił się raczéj niż zobaczył, skromnie po
podróżnemu przybranych, dwóch młodych jak on sam ichmościów. Wpatrzywszy się pilniéj dostrzegł twarzy nieco, które
zdały mu się szlachetniejszych rysów, niż wędrownéj rzemieślniczéj
czeladzi, za którą zrazu ich wziąć miał ochotę. Po cichu toczyła
się rozmowa, ale dosłyszéć jéj nie mógł. Lecz cóż tu, pod bokiem króla, ci podróżni na ustroniu
robić mogli? Ciekawość, obawa, nieufność, nie dozwoliły mu odejść.
Zamyślił się czyby nie należało dać znać do namiotów. Więcéj potém instynktem niż rachubą wiedziony,
przyspieszył kroku i stanął tak, że go siedzący na ziemi zobaczyć
mogli. Ukazanie się jego musiało nieco zdziwić spoczywających, gdyż
jeden z nich wstał spiesznie i przypatrując się przybyłemu, chciał
jakby spytać, co tu robi i czego od nich chciéć może? Brühl nie czekał tego pytania, podszedł kilka kroków i
odezwał się tonem dosyć surowym: - Co tu waszmość robicie? - Odpoczywamy - odezwał się siedzący na ziemi. Czy
zakazanym jest tu spoczynek podróżnym? Głos brzmiał łagodnie, a język zapowiadał wykształconego
człowieka. - O kilkadziesiąt kroków dwór N. Pana i sam król. - Czybyśmy mieli zawadzać? - dodał znowu siedzący, wcale
nie zdając się strwożonym. - Ale waszmość sami sobie najszkodliwsi być możecie -
odparł Brühl żywo. Lada kto z łowczych może was tu odkryć i
posądzić o jakie złe zamiary. Śmiechem łagodnym odpowiedział na to spoczywający na ziemi
i wstał, a wyszedłszy z cienia drzew, ukazał się Brühl'owi jako
pięknéj i szlachetnéj postawy młodzian z długiemi włosami na
ramiona spadającemi. Po jego stroju poznać w nim było łatwo
studenta jednego z niemieckich uniwersytetów. Nie miał on żadnych
oznak na sobie, ale prosta suknia, długie buty, z kieszeni
wyglądająca książka, czapeczka jaką nosili
studiosi, dostatecznie go cechowała. - Co waszmość tu robicie? - powtórzył Brühl. - Wyszliśmy na wędrówkę, aby Bogu oddać cześć w naturze,
aby odetchnąć powietrzem lasów, ciszą ich ukołysać duszę do
modlitwy - począł powoli młodzieniec. Noc zaskoczyła nas tutaj: o
królu, o dworze nie wiedzielibyśmy nawet, gdyby nas tu nie doszła
wrzawa łowiecka. I wyrazy i sposób w jaki je wymawiał stojący przed nim,
uderzyły Brühla. Człowiek to był z innego jakiegoś świata. - Pozwolisz pan - dodał spokojnie student - iż jako
zapewne władzę tu jakąś mającemu, zamelduję osobistość moję. Jestem
Mikołaj Ludwik hrabia i pan na Zinzendorfie i Pottendorfie, a w téj
chwili
studiosus, szukający źródła mądrości i światła, zbłąkany
na manowcach świata wędrowiec. Skłonił się. Usłyszawszy nazwisko, Brühl popatrzył uważniéj. Światło
wieczora i lekki blask księżyca wschodzącego opromieniły piękną
twarz mówiącego. Stali przez chwilę niemi, jak gdyby oba nie wiedzieli
jakim do siebie mówić językiem. - Ja jestem Henryk Brühl, paź do osoby J. K. Mości
przywiązany. Skłonił się lekko. Zinzendorf zmierzył go oczyma. - A! bardzo mi was żal! - westchnął. - Jakto żal? dlaczego? - zapytał zdumiony paź. - Dlatego że dworactwo to niewola, że paziostwo to służba
i chociaż szanuję pana naszego, miléj mi sercem i duszą poświęcać
się czci i służbie Pana na niebiosach, Pana nad pany, a miłością
zatapiać w Jezusie Chrystusie Zbawicielu. Właśnie pan znalazł tu
nas na cichéj modlitwie, gdyśmy myślami usiłowali zjednoczyć się z
Panem naszym, który nas krwią swą odkupił. Brühl tak był zdziwiony, że krok odstąpił jakby się
obłąkanego uląkł w młodzieńcu, który z wielką słodyczą, ale bardzo
patetycznie wymówił te wyrazy. - Wiem - dodał Zinzendorf spokojnie - iż się to wydać wam
musi, wam co macie w uszach jeszcze szczebiotanie i śmiechy
dworskie, dziwném i nieprzyzwoitém może; ale ilekroć myślą pobożną
uda się zakołatać do serca chrześcianina uśpionego, jakże tego nie
dopełnić? Brühl stał niemy. Zinzendorf zbliżył się doń. - To godzina modlitwy... słuchaj pan, lasy szumią chór
wieczorny: chwała Panu na wysokościach! strumień szemrze pacierze,
księżyc wszedł przyświecać nabożeństwu natury, a serca nasze nie
miałyby się połączyć ze Zbawicielem w téj uroczystéj chwili. Osłupiały paź słuchał i nie zdawał się rozumiéć. - Widzisz pan przed sobą dziwaka - dodał Zinzendorf - lecz
czyż światowych dziwaków mało spotykasz i przebaczasz im, a
niemiałbyś pobłażyć z gorącego ducha płynącemu zachwyceniu? - Prawdziwie - szepnął Brühl - ja sam jestem pobożny,
lecz... - Lecz zapewne chowacie pobożność waszą na dnie serca,
lękając się by ją ręka, słowo profanów nie tknęło? Ja ją wywieszam
jako chorągiew, bom gotów bronić jéj życiem i krwią moją. Bracie w Chrystusie - rzekł zbliżając się doń Zinzendorf -
jeśli ci zaciężyło życie w ukropie i wirze tego dworu, bo inaczéj
sobie nie tłumaczę wieczornéj waszéj przechadzki samotnéj, siądź tu
spocząć z nami, razem się pomódlmy. Ja czuję w sobie pragnienie
modlitwy, a we dwóch, we trzech spotęgowana bratersko, może
doleciéć do tronu Tego, który dla nas robaków dał krew swoją. Bracie! Brühl jakby się zląkł, ażeby go nie zatrzymano, cofnął się
nieco. - Zwykłem się modlić sam - rzekł - a tam powołują mnie
obowiązki, więc darujecie mi. Wskazał ręką w stronę, od któréj gwar ich dochodził. Zinzendorf stał. - Żal mi was - zawołał - gdybyśmy tu pod tém drzewem
zanucili pieśń wieczorną: Bóg nasza twierdza, Bóg nadzieja nasza... - Naówczas - dorzucił paź - posłyszałby to w. łowczy, lub
który z podkomorzych króla i nie zamknęliby nas do kordegardy, bo
tu jéj niéma, aleby odprowadzili do Drezna pod Frauenkirche i
osadzili na odwachu. To mówiąc ruszył ramionami, skłonił się lekko i chciał
iść, ale Zinzendorf zastąpił mu drogę. - Czy istotnie wzbroniono się tu znajdować? - zapytał. - Może to was podać w podejrzenie i na nieprzyjemności
narazić. Życzę się oddalić. Za Hubertzburgiem jest wieś i gospoda,
która da wygodniejszy nocleg, niż pień bukowy. - Którędyż iść mamy, aby nie wnijść w drogę N. Panu? -
zapytał Zinzendorf. Brühl wskazał ręką i już odchodził. - Wyminąć gościniec będzie dosyć trudno, panie hrabio;
lecz jeśli wam służyć mogę wyprowadzając pod moją opieką na drogę:
służę. Zinzendorf i milczący jego towarzysz pobrali prędko
węzełki swe i kije i pośpieszyli za Brühlem, który wcale się nie
zdawał rad temu spotkaniu. Zinzendorf miał czas nieco ochłonąć z
ekstazy, w jakiéj go Brühl niespodziewanie się zjawiając zastał.
Widać w nim było człowieka wyższego towarzystwa i przyzwoitego w
obejściu. Ostygłszy zupełnie, przeprosił nawet za to że się tak
dziwacznie odezwał. - Nie dziwuj się pan - rzekł zimno - nazywamy się wszyscy
chrześcianami i synami Bożemi, a w istocie poganami jesteśmy mimo
obietnic na chrzcie uczynionych. Obowiązkiem więc każdego nawracać
i apostołować, ja sobie z tego czynię życia zadanie. Cóż po nauce w
słowach, gdy jéj niéma w czynach? Katolicy, protestanci,
reformowani, wszyscy, wszyscy żywotem poganami jesteśmy. Bogów nie
czcimy, bo ołtarzów ich nié ma, ale im składamy ofiary. Kilku księży sprzecza się i plwa na się o dogmata, a
Zbawiciel na krzyżu krwią opływa, która w ziemię wsiąka nadaremnie,
bo nią ludzie zbawionemi być nie chcą. Westchnął. W téj chwili gdy kończył uroczyste wyrazy, ukazał się obóz
i buchnęła zeń wrzawa od kufli, które spełniano z hałasem.
Zinzendorf z przerażeniem spojrzał. - Nie sąż to bachanalia, tylko co nie słyszę Evoe! -
zawołał - idźmy prędzéj, przybity się czuję do ziemi i upokorzony. Brühl przodem idący nie odpowiedział nic. Tak wyminęli
obóz, idąc bokiem wskazał im blizki gościniec, a sam jakby
coprędzéj się chciał uwolnić od towarzystwa tego, skoczył żywo ku
oświeconemu namiotowi. Jeszcze w uszach brzmiały mu dziwaczne wyrazy Zinzendorfa,
gdy widok osobliwszy oczom się jego w namiocie przedstawił.
Wprawdzie w owych czasach i na tym dworze nie był on tak
bezprzykładnym, aby miał zdumiewać, wszakże mało kto okazywał się
publicznie w takim stanie, w jakim Brühl zastał pana radzcę
wojennego Pauli. Radzca leżał w środku namiotu na ziemi, ogromny gąsior
próżny, rozbity obok niego, obie ręce rozkrzyżowane, twarz
karmazynowa, suknie porozpinane, podarte, a wielki pies gończy,
znać faworyt pański, siedząc nad nim lizał mu oblicze i
skowyczał... Stojący wkoło śmieli się do rozpuku. Radzca wojenny Pauli, który obowiązany był zawsze
znajdować się pod ręką króla dla mnogich korrespondencyj, które po
trzeźwemu i po pijanemu nawet z kancelaryjną wprawą bardzo zręcznie
redagował: nie poraz piérwszy tak nieszczęśliwie zwyciężonym został
od gąsiorka. Trafiało mu się często w miękkiém łożu i pod ławą i
przy ścianie spoczywać po libacyach, ale tak skandalicznie jak dziś
na pośmiewisko być wydanym... przechodziło miarę. Brühl zaledwie to spostrzegł, rzucił się ku
nieszczęśliwemu i zajął się dźwignięciem go z ziemi. Drudzy
opamiętawszy się dopomogli i z niemałym wysiłkiem udało się pana
radzcę usunąć z przed oczów, składając go na posłanie z siana,
które było przygotowane w kącie. W chwili gdy go we trzech ruszono
z ziemi, obudził się Pauli, powlókł oczyma po bliższych twarzach i
wybełkotał: - Dziękuję ci, Brühl... ja wszystko wiem, rozumiem, pijany
nie jestem... tak, mdłości. Ty jesteś wcale dobry chłopiec:
dziękuję ci Brühl. To mówiąc powieki przymknął, westchnął ciężko, mruknął: - Ot to służba!! i usnął.